wtorek, 15 września 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 1 - "Bitwa w galerii handlowej"

Znów to samo. Zaspałam.

Z w połowie zjedzonym tostem zwisającym z buzi, roztrzepanymi, złocistymi włosami, których nigdy nie układałam, bo i tak żyły swoim życiem, opadającą pod kolano zakolanówką i niedbale zawiązanymi sznurówkami od brązowych, eleganckich butów (które i tak za chwilę będą ubłocone), wbiegłam po schodach. Musiałam wrócić się po plecak i zgarnąć niedokończone zadanie domowe z biurka, w końcu byłam przykładną uczennicą – nie mogłam zepsuć wizerunku uroczej, mądrej i poukładanej sierotki, która uchodziła za dumę swojego wujostwa. Na dodatek dwadzieścia cztery na dobę musiałam być wzorem do naśladowania dla piątki ich dzieci. Przysięgam, byłam lepszą bronią wychowawczą niż jakakolwiek groźba klapsa lub kary, te maluchy robiły wszystko, co tylko chciałam.

Zawsze bawiło mnie to, że w oczach innych uchodziłam za anioła, często przytaczano też stwierdzenie, że jak on wyglądałam. W końcu na wszystkich obrazach przedstawiano je jako niebieskookie istoty o jasnych blond włosach. Ciocia właśnie z tego powodu kupowała mi często białe sukienki. Lubiła nazywać mnie swoim małym aniołkiem. Poza tym twierdziła, że spodnie to nie mój ubiór, zwłaszcza że byłam bardzo niska. Uparcie wierzyłam w to, że kiedyś przekroczę chociaż sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Brakowało mi jeszcze około pięciu.

Od piątego roku życia mieszkałam z moim wujostwem, ciocią Alice i wujkiem Billem. W przeciwieństwie do nich nosiłam inne nazwisko. Nazywałam się Calanthe Clerinell. Byłam osieroconą dziewczynką żyjąca jak najzwyklejsza nastolatka. Bez większych celów w życiu, pozornie szczęśliwa, niesprawiająca żadnych problemów. Przykładne dziecko z dobrymi ocenami, uzdolniona sportowo, optymistyczna, zaradna i towarzyska. Do zamkniętych w sobie osób nie należałam, choć jak każdy kryłam w sobie pewne tajemnice.

O tym, jak zginęli moi rodzice, wiedzieli wszyscy w mieście i poza nim – to bardzo głośna sprawa, która odbiła się echem w całym kraju. Ponoć sprawca masakry na lotnisku trafił do zakładu psychiatrycznego na oddział zamknięty. Nikt nie potrafił rozszyfrować, co zmusiło go do popełnienia zbrodni na tak dużą skalę. Wiedziałam to tylko ja. Gdybym wtedy na niego nie spojrzała, może moje losy potoczyłyby się inaczej. Obiecałam sobie, że gdy dorosnę, wybiorę się na małą wycieczkę do zakładu zamkniętego, gdzie go o to spytam. Na razie nikt nie wiedział o tych planach i… lepiej, żeby nie wiedział. Ciocia i wujek niesamowicie mi ufali i dawali dużą swobodę działania, ale czasami byli przewrażliwieni jak moi prawdziwi rodzice. Uważałam, że to całkiem urocze. Traktowali mnie jak własne dziecko, a przecież nie musieli, mieli piątkę własnych.

Ciocia Alice była jedyną siostrą mamy. Na komendzie policji zobaczyłam ją może trzeci raz w życiu. Jako pięciolatka, którą tuli do siebie obca kobieta, podobna zresztą do mojej matki, czułam się dosyć nieswojo. Ciocia Alice była pewna, że milczę, bo jestem w szoku. A ja tak naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje. Wciąż nie docierało do mnie to, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej. Moja nowa rodzina była niezwykle zaskoczona spokojem, jaki przejawiałam. Wbrew słowom psycholożki, do której wówczas trafiłam, moje traumatyczne wspomnienia wcale nie utrudniały mi życia, nawet dziesięć lat po pamiętnej masakrze. Jedyne, co mi zostało z tamtego dnia, to ciekawość. I nierozwiązana zagadka szmaragdowych oczu.

Moje życie generalnie nie było złe, lubiłam je, jednak musiałam przyznać, że trochę mnie nużyło. Nie byłam osobą, która bezczynnie siedziała w miejscu. Wiecznie gdzieś gnałam. Potrzebowałam celu, jednak do tej pory go nie odnalazłam. Gdzieś w środku czułam, że jest na wyciągnięcie ręki, że wszystko co do tej pory osiągnęłam, nie było przypadkowe, z drugiej strony gdy mówiłam o tym mojemu wujostwu, śmiali się, że jak zwykle ponosi mnie wyobraźnia i zdecydowanie powinnam przystopować z chęcią przygód, bo daleko mnie to nie zaprowadzi. Ale ja lubiłam przygody.

Zbiegając po schodach, przeskoczyłam przez barierkę. Dwójka mojego rodzeństwa – Annie i Tom – zaczęli mi klaskać. Rysująca na kartce sześciolatka o imieniu Lily nabazgrała w pośpiechu wielką dziesiątkę na kartce i uniosła ją nad głową. Jak to? Tylko dziesiątka? Dałabym sobie za ten skok nawet jedenaście punktów na dziesięciu możliwych.

Ukłoniłam się moim widzom z gracją godną akrobatki, dźwięcznie się zaśmimałam i wbiegłam do kuchni.

– Calanthe, jak zwykle spóźniona. – Ciocia westchnęła ciężko i nawet na mnie nie patrząc, wystawiła przed siebie torebkę ze śniadaniem. Chwyciłam ją w biegu i ucałowałam ją w policzek.

– Dzięki, ciociu. Od jutra będę nastawiać budzik wcześniej!

– Powtarzasz tak od miesięcy, Cal.

Widziałam, że ciocia Alice jest zmęczona, a mimo tego uśmiechała się pod nosem. Wszyscy w domu byli przyzwyczajeni do tego, ze najpóźniej wstawałam, najszybciej się szykowałam i zawsze biegłam do szkoły. Lubiłam wyzwania. W tym roku szkolnym nie spóźniłam się jeszcze ani razu. Bieganie z rana było całkiem przyjemne.

– Do zobaczenia wieczorem! – wykrzyknęłam, gdy chwyciłam za klamkę. Pomachałam rodzinie i wypadłam na zewnątrz. Teraz moje myśli zaczęła zajmować trasa, którą pokonam. Miałam ich co najmniej dziesięć. Dziś postanowiłam wybrać tę prowadzącą przez las – nie najdłuższą, ale też nie najkrótszą. Najkrótszą wybierałam, gdy byłam chora lub zmęczona, najdłuższą, gdy rozpierała mnie energia. Trasa numer osiem miała sporo przeszkód do pokonania. Dwa mury, mieszkanie prywatne ogrodzone płotem, gdzie posiadłości pilnował mały, podgryzający kostki pies, kilka ruchliwych ulic, gdzie na pewno ktoś na mnie natrąbi i tylna, zamknięta brama szkoły, przez którą nieraz darłam sobie spodnie lub sukienkę. Zazwyczaj trasę numer osiem pokonywałam w ciągu dziesięciu minut, dziś zamierzałam jednak pobić swój rekord.

Biegnąc w białej sukience i z brązowym plecakiem na plecach, witałam się po kolei z sąsiadami – miłą, starszą panią White, która podlewała trawnik w ciepły, wrześniowy dzień, młodego obcokrajowca roznoszącego gazety, który zawsze nieśmiało się uśmiechał oraz pana Willa, który dawał mi cukierki, gdy byłam mała. Wszyscy mnie znali i byli przyzwyczajeni, że każdego dnia pędzę do szkoły.

Pierwsze trąbiące auto zostało zaliczone, barierki uliczne przeskoczone, mur pokonany, mały Pimpek tylko kłapnął zębami na mój widok – chyba się już przyzwyczaił, że nie może mnie dogonić. Gdy w biegu spoglądałam na zegarek, zdziwiłam się, że mam do angielskiego tak dużo czasu. Czyżbym ostatnio  polepszyła swoje wyniki?

Z uśmiechem pokonałam ostatnią przeszkodę – szkolną bramę. Tym razem udało mi się uniknąć dziury w sukience. Ciocia Alice będzie ze mnie dumna, to już tydzień jak nie musi niczego cerować lub zszywać.

Do rozpoczęcia lekcji zostało dziesięć minut. Nieźle. Pierwszy raz od dłuższego czasu mogłam usiąść spokojnie w ławce w kącie klasy. Koleżanki, z którymi się przywitałam, spoglądały na mnie zaskoczone.

– Co się stało, że jesteś tak wcześnie? – spytała jedna z nich.

– No, nie tak znowu wcześnie, to tylko pięć minut wprzód – odpowiedziałam z uśmiechem i wzruszyłam ramionami. – Można powiedzieć, że korki na drodze były mniejsze.

– Chyba nie obeszło się bez strat.

Druga z koleżanek wskazała palcem na róg mojej sukienki. Spojrzałam na nią i westchnęłam ciężko.

– Przepraszam, ciociu Alice, starałam się – powiedziałam, spoglądając z cierpiącą miną prosto w sufit.

Moje koleżanki zaśmiały się, zapełniając tym dźwiękiem całą klasę. Lubiłam je. Były całkiem normalne i… miłe. Nie bardzo jednak do nich pasowałam. One same uważały, że gdyby miały żyć w tak szybkim tempie jak ja, długo by nie pociągnęły. Może cos w tym było. Wszyscy wkoło życzyli mi kogoś, kto mnie dogoni. Nie miałam jednak pewności, że ktoś taki w ogóle istnieje.

– Cala, wybierasz się z nami po szkole do galerii handlowej? – Jedna z koleżanek o imieniu Nomy podparła się na dłoniach i pochyliła z uśmiechem w moją stronę.

Szczerze powiedziawszy nie znosiłam zakupów. To, jak wyglądałam, zawdzięczałam w całości cioci Alice. Akceptowałam wszystko, co mi przynosiła ze sklepu, bo dlaczego miałabym tego nie robić? Skoro znajomi chwalili mój styl, musiała mieć dobry gust.

– Wiecie, że nie bardzo lubię chodzić po galeriach. – Również podparłam się na dłoni i spojrzałam na nie z niewinnym uśmiechem.

– No, dawaj, dawno razem nigdzie nie byłyśmy. Może potem skoczymy na lody bakaliowe?

Zacisnęłam usta.

– Wygrałyście – stwierdziłam krótko i wzruszyłam poddańczo ramionami.

Moje koleżanki ponownie tego dnia wybuchły śmiechem.

Uwielbiałam wszystkie smaki lodów, ale najbardziej te z rodzynkami, drobnymi orzeszkami, a czasem delikatną skórką z pomarańczy. Moja mania na bakaliowe lody była tak wielka, że potrafiłam sama je przyrządzić o każdej porze dnia, nawet w środku nocy. Kucharką nie byłam jednak dobrą, ciocia raczej wolała wypraszać mnie z kuchni niż przyjmować do niej z otwartymi ramionami. W swoim życiu spaliłam już siedem patelni, poza tym wciąż znajduję się na etapie robienia jajecznicy.

– Będzie fajnie. Obskoczymy tylko te najfajniejsze sklepy. Sam musi znaleźć jakąś sukienkę na randkę. – Nomy spojrzała znacząco na swoją ciemnowłosą koleżankę, która lekko się zarumieniła.

– Łał, jeszcze trochę i wszystkie będziecie zajęte. – Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Tobie też by się ktoś przydał. Najbardziej taki, co by miał więcej energii niż ty. Chociaż to chyba niemożliwe. – Sam zaśmiała się dźwięcznie, a ja wzruszyłam ramionami.

– Gdzieś tam daleko istnieje heros, który spadnie z nieba prosto w me objęcia – powiedziałam, machając teatralnie ręką. Po tym krótkim przedstawieniu zachichotałam. – Będzie szybszy niż ja, będzie miał dwukrotnie większą siłę i będzie umiał wyczarować popcorn na wieczorny seans filmów karate.

– Perfekcyjna i równocześnie niemożliwa wizja miłości. – Nomy puściła mi oczko. – Powinnaś znaleźć sobie realnego faceta.

Westchnęłam ciężko.

– Kiedy mnie kręcą istoty nie z tej Ziemi – odpowiedziałam dramatycznie, przybierając zbolałą, aktorską minę. Wierzch dłoni przyłożyłam do czoła jak mdlejąca kobieta ze starych filmów o wampirach. – No i Chuck Norris.

– Wyglądasz tak kobieco, a zachowujesz się czasem jak facet, Cal. – Tym razem odezwała się siedząca dotąd cicho Olivia. – Przydałby ci się ktoś z mocnym charakterem.

– …I nie z tej Ziemi – powtórzyłam rozmarzonym głosem, wpatrując się w sufit.

Udawanie zwyczajnej nastolatki, którą interesowali chłopacy, było całkiem zabawne. Swoją popularność zawdzięczałam głównie umiejętności idealnego dopasowania się do otoczenia. Poza tym ostatnio jednym z przewodnich tematów mojej grupy wiekowej były właśnie randki. Musiałam trochę poudawać, że mnie to interesuje, aby zbytnio nie wyróżniać się z tłumu.

– Rzeczywiście, pewnie tylko istotę nie z tej ziemi nie zdemoralizowałabyś filmami, które oglądasz. Co myślisz o takim seksownym demonie?

Tak. Uwielbiałam filmy akcji. Pistolety, katany, kopniaki, krew i latające kończyny. To był mój żywioł. Czasami żałowałam, że nie urodziłam się w takim filmie.

– Niech i demon będzie – zaśmiałam się.

Naszą rozmowę przerwało głośne brzęczenie dzwonka i trzaśnięcie drzwiami nauczycielki, która uwielbiała przychodzić na zajęcia równo z nim. Standardowo obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem. Zapewne chciała się upewnić, że się nie spóźniłam. Przykro mi, zawsze jestem na czas.

Posłałam w jej stronę miły uśmiech.

***

Ostatecznie dałam się namówić na wyjście do galerii handlowej. Po szkole i tak nie miałam nic innego do roboty. To dlatego kolorowe sukienki fruwały teraz wkoło mnie, a uradowane dziewczyny piszczały na widok każdej z nich. Przy trzecim z rzędu sklepie wymiękłam. Przeprosiłam koleżanki i usiadłam na ławeczce, zajadając się rurką z kremem, którą skusiła mnie sprzedawczyni w kawiarni. Biała sukienka podrygiwała wraz z moimi bujającymi się wprzód i w tył nogami. W oczach innych musiałam wyglądać teraz jak dziecko. Ciocia i wujek często powtarzali, że jestem dojrzalsza niż moi rówieśnicy, ale czy to prawda? Może byłam po prostu inna. Odrobinę inna.

Dojadając resztę rurki, wychyliłam głowę zza palmy sklepowej i zerknęłam na Sam, która patrzyła się teraz w moją stronę zza sklepowej witryny. Jej usta układały się w słowa: „jak wyglądam?”. Uśmiechnęłam się do niej i wystawiłam do góry kciuka. Była ładna, wysoka i zgrabna. Nie znałam się na połączeniach kolorów, ale czerwony raczej pasował do jej blond włosów.

Sam wyglądała na niepewną. Chciałam jej odkrzyknąć, że wygląda wspaniale, ale ktoś przysłonił mi widok. Przed oczami mignęły mi krótkie, białe jak śnieg włosy. Ich właściciel – co najwyżej dwudziestokilkuletni chłopak – spojrzał w moją stronę i posłał mi ukradkowy przerażająco chłodny uśmiech. To nie było jednak coś, co zdziwiło mnie najbardziej. Rzeczą, która sprawiła, że zerwałam się z ławki były jego oczy. Szmaragdowe. Takie same jak zabójca moich rodziców.

Już miałam iść za chłopakiem, gdy ktoś przebiegł obok, krzycząc jak opętany, i szturchnął mnie w ramię. Udało mi się odzyskać równowagę, ale gdy spojrzałam przed siebie, dziwnego, białowłosego mężczyzny już nie było. Gdzie zniknął? W sklepie z bielizną?

– Uciekajcie! – rozległ się wrzask.

Uniosłam brew i spojrzałam na pędzących w moją stronę przerażonych ludzi. Jeszcze nie wiedziałam, co się dzieje, ale czułam, że nie będę musiała długo czekać na odpowiedź. W tle, ze sklepu, gdzie znajdowały się dziewczyny, usłyszałam głośne piski. Serce na chwilę stanęło mi w miejscu. A jak to moje koleżanki? Zignorowałam panicznie krzyczących i uciekających ludzi. Chciałam zobaczyć, co dzieje się w sklepie, skąd masowo zaczęli wybiegać ludzie. Niestety nie dotarłam tam. Ktoś pchnął mnie na szybę jednego ze sklepów. Palma przechyliła się niebezpiecznie w moją stronę. Odzyskałam równowagę, jednak nie na długo. Zanim się obejrzałam, ktoś chwycił mnie za przód sukienki i pchnął w kierunku szklanego balkonu. Upadłam na podłogę, czując, jak pod moimi plecami pęka powoli szkło.

Spojrzałam prosto w twarz osoby, która trzymała mnie teraz za gardło. Gdy zobaczyłam przed sobą istotę nie z tej Ziemi, serce prawie stanęło mi w miejscu.

Krzywa gęba, wielkie zębiska, obślizgła, zielona skóra i… szmaragdowe oczy. Takie same jak psychopata sprzed dziesięciu lat i białowłosy chłopak sprzed chwili. Ślina potwora ściekała po mojej śnieżnobiałej sukience, a ja wiedziałam, że ciocia Alice znowu będzie zawiedziona. Jeżeli oczywiście przeżyję.

Nie chciałam się tak łatwo poddawać. Miałam dopiero piętnaście lat. Całe życie przede mną, jeszcze tyle przygód i porannych biegów do szkoły! Chciałam spotkać zabójcę moich rodziców, pójść na studia… Do cholery!

Trudno było zachować zimną krew, gdy twoją krtań trzymała ohydna, nieludzka bestia, ale nie byłabym sobą, gdybym po prostu się poddała. Czy miałam jakąś drogę ucieczki?

Spojrzałam przed siebie. Ludzie wciąż uciekali w popłochu, a zielonooka bestia właśnie zbliżała do mnie swoją przerażającą gębę. Czułam się tak, jakby chciała mnie pocałować. Tylko dlaczego wkoło zaczęło robić się ciemno? To jakiś cień? Dym? A może to mi robiło się powoli słabo z powodu braku tlenu? Nie miałam czasu.

Spojrzałam w bok. Palma. Szyba. Zero broni, zero ucieczki. A może jednak? Zdecydowanie nie wierzę, że na to wpadłam, ale chyba wolałam już takie rozwiązanie niż śmierć.

Łokciem walnęłam z całej siły w pękająca pod sobą szybę. Nie poczułam bólu, choć niewątpliwie musiałam zranić łokieć, to adrenalina skutecznie zagłuszała to, co naprawdę odczuwałam. Zrobiłam to jeszcze raz, tym razem mocniej. Szyba ustąpiła. Nie przemyślałam tylko tego, co zrobię, gdy będę już spadać z pierwszego piętra na parter. To jak samobójstwo!

Bestia puściła mnie w locie. Była cięższa ode mnie i jako pierwsza wpadła do fontanny. Chwyciłam się tego, co miałam pod ręką, czyli metalowej rury, na której wisiał sklepowy szyld. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, byłam skupiona na tym, co robię.

Dawno temu ćwiczyłam akrobatykę. Byłam w niej całkiem dobra. Najlepiej radziłam sobie na drążku. Zrobienie kilku obrotów nie było dla mnie żadnym wyczynem, gorzej ze skokiem w nieznaną przestrzeń, nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. Po prostu w pewnym momencie się puściłam i robiąc salto, wpadłam prosto na demona w fontannie. Idealnie. Usiadłam mu na plecach, przez co wylądował twarzą w wodzie. Nieważne, że zamoczyłam sobie sukienkę – z niej i tak już nic nie będzie. Dla lepszego efektu chwyciłam za doniczkowego kwiatka, który stał samotnie na progu fontanny i zaczęłam nim okładać bestię.

– Zgiń! – wrzeszczałam i biłam potwora kwiatkiem, póki nie przestał się ruszać. Miałam nadzieję, że go zabiłam.

Prawie natychmiastowo zeskoczyłam z jego głowy i pobiegłam wzdłuż fontanny w stronę lodziarni. Tak podpowiadał mi mój instynkt samozachowawczy. Przecież nie będę szukać broni w sklepie z ubraniami. Z drugiej strony – wieszak mógłby być efektownym mordercą, a manekin robić za przynętę. Nie, lepsza lodziarnia. Szeroki zestaw mikserów, noży i… rożków do lodów.

Nie oglądając się za siebie, przeskoczyłam blat i wylądowałam na podłodze w pozornie bezpiecznym miejscu. Tu mogłam uspokoić oddech, znaleźć broń i wsłuchać się w otoczenie. Pierwsze, co zrobiłam, to rozejrzałam się wkoło. Mądre rozwiązanie. Na wysokości blatu znajdowała się szpachelka do lodów. Obok leżał podłączony do kontaktu mikser – na niewiele się zda w walkach na odległość. Były tu też przeróżne szuflady. Na pewno znajdzie się w nich jakiś nóż.

Dopiero teraz poczułam, że z łokcia na podłogę cieknie mi krew. Musiałam to jakoś opatrzeć. Mogłam to zrobić jedyne z pomocą skrawka sukienki lub ścierki, która wisi na oparciu krzesła barowego. Wybrałam ścierkę. Zgrabnym ruchem obwiązałam nią swoją ranę. Przynajmniej krew nie kapała już na podłogę. Teraz czas na otoczenie. Uważnie się w nie wsłuchałam. Ludzie wciąż krzyczeli. Było też słychać ciężkie kroki potworów, ich poburkiwanie i… całkiem normalną rozmowę dwójki nieznajomych. Ktoś opierał się o blat lodziarni od zewnętrznej strony. Wytężyłam słuch, ponieważ wydawało mi się dziwnie, że jacyś ludzie stali tu spokojnie i rozmawiali. Powinni raczej uciekać.

– I po co nam takie głupie akcje w galeriach? – zapytał męski głos.

– Żeby nakarmić nasze zwierzaczki z Reverentii i trochę się rozerwać – odpowiedział niski kobiecy głos.

– Rozumiem jeszcze, gdybyśmy mogli zatłuc kilku łowców, ale co to za rozkaz, że gdy się pojawią, mamy znikać? – Mężczyzna prychnął z oburzeniem.

– Zamknij się i po prostu go wykonaj.

Rozmówcy rozeszli się w różne strony.

Reverentia? Łowcy? O co tu chodziło? Nawet nie chciałam się nad tym zastanawiać. Musiałam odzyskać koleżanki i stąd uciekać. To nie było bezpieczne miejsce dla nastolatek.

Gdzieś nieopodal zaczęły wydzierać się dzieci. Od tego przerażającego dźwięku przeszły mnie dreszcze. Czy te bestie je atakowały? Nie było tu żadnych dorosłych, którzy by je ocalili? Do cholery.

Bez chwili zastanowienia zerwałam się do góry i chwyciłam za łopatkę do lodów. Nie spodziewałam się, ze tuż za ladą czeka na mnie mój pierwszy klient. Zanim potwór wydrapał mi oczy, wyskoczyłam z mikserem, który miałam pod ręką. Dosyć celnie pozbyłam się jego oczu i wcale nie zdziwiłam się, gdy zamiast krwi wylała się z nich gęsta mgła. Bestia w szale walnęła w mikser swoją wielką łapą i rozwaliła go uderzeniem w podłogę. Straciłam swoją broń, ale to nic, bo demon stracił oczy. Jeden do jednego.

Zanim zdołał odzyskać panowanie nad swoim cielskiem, nerwowym ruchem dłoni zaczęłam przekopywać szuflady. Dopiero w ostatniej z nich znalazłam szeroki nóż. Idealny do zabijania śliniących się bestii.

Demon zamachnął się na mnie łapą, a ja miałam okazję przetestować nową broń. Cóż, nie spodziewałam się, że przetnę nim łapę bestii. Zastanawiało mnie tylko, co cięli w lodziarni takim ostrzem, bo chyba nie ludzi?

Bestia znowu zawyła, a ja wykorzystałam moment i zaczęłam uciekać. Nie spodziewałam się, ze coś mnie nagle chwyci za nogę i rzuci brutalnie o podłogę. To ten ślepy demon? Nie, to kolejna bestia, która miała zdrowe ślepia.

Chwyciłam szybko za nóż, który na szczęście nie upadł daleko. Potwór był tępy jak kapeć. Rzucił się na mnie z głośnym rykiem i dostał nożem prosto w czoło. Można powiedzieć, że ja też nie świeciłam inteligencją, bo nie przewidziałam, iż będzie miał siłę chwycić mnie za głowę i rzucić mną w szybę wystawową jakiegoś sklepu z bielizną. Wylądowałam na końcu sali, uderzając plecami w szybę. Po drodze zahaczyłam o kosz z czerwoną bielizną na promocji, który wyrzucił w górę swoją zawartość.

Co za cholerna gnida! Ból prawie mnie zaślepił. Zapewne drobinki szkła przecięły mi skórę.

Z sykiem bólu podparłam się łokciami o podłoę. Demon miał niezły rzut. Mógłby reprezentować nas na olimpiadzie. Szkoda tylko, że nie istniała taka konkurencja jak rzut Calanthe na odległość.

– Jesteś odważna – usłyszałam kilka kroków od siebie.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tu niczyjej obecności. Tymczasem przede mną stał białowłosy mężczyzna z rękami schowanymi w kieszeniach. Tak, już go dzisiaj widziałam.

– Kim jesteś? – spytałam ostrzegawczo, próbując wymacać dłońmi wśród bielizny nóż, który mógł upaść gdzieś niedaleko.

– Aiden.

Nie spodziewałam się, ze tajemniczy, szmaragdowooki chłopak poda mi pomocną dłoń. Nie czułam się zbyt dobrze po upadku, dlatego z chęcią ją przyjęłam, w końcu co mogło się stać?

Wystarczyło jedno, silne pociągnięcie w górę i byłam przywrócona do pionu. Teraz mogłam bezkarnie wgapiać się w twarz nieznajomego.

Był wysoki. Mógł mieć nawet sto dziewięć centymetrów wzrostu. Żeby na niego spojrzeć, musiałam zadzierać wysoko głowę. Nie byłam pewna, czy włosy miał farbowane, nie widziałam w końcu żadnych odrostów, nie sądziłam jednak, że ktoś mógł w ogóle posiadać tak czysty, biały, naturalny odcień. Brwi ukryte pod grzywką również tonęły w bieli. Nawet starsi ludzie przy nim wymiękali. Oczy? Szmaragdowe. W tych nie było jednak furii, a raczej chłód i opanowanie. Cera i usta blade, twarz całkiem miła dla oka. Nie miałam jednak czasu badać dokładnie każdej rysy jego twarzy. Jak dla mnie nie wyglądał jak człowiek. Było w nim coś nieludzkiego.

Dopiero po chwili zorientowałam się, że wciąż trzymam za jego dłoń.

– Calanthe – przedstawiłam się w końcu. Cały czas patrzyłam na niego badawczo, nie do końca mu ufając.

Zaraz. Kto normalny poznawał ludzi w takich okolicznościach? Miałam się przecież wyrwać i wrócić z dziewczynami do domu. Teraz to mogły być już albo zjedzone przez te bestie, albo dawno uciekły same.

Opuściłam dłoń wzdłuż ciała, a tajemniczy Aiden schował ręce z powrotem do kieszeni czarnego płaszcza.

– Niecodzienne imię – stwierdził głębokim, miłym dla ucha głosem.

– Trochę – mruknęłam na boku. Gdy tak na mnie patrzył, miałam wrażenie, że czyta mi w myślach. Przeszywał mnie swoimi zielonymi oczami. – A tak już na serio. Kim naprawdę jesteś? – Uniosłam brew.

– Demonem – stwierdził obojętnie chłopak.

– Nie żartuj sobie. Lepiej mi mów, co tu się dzieje, bo mam dziwne wrażenie, że szmaragdowe oczy to nie przypadek.

Aiden uśmiechnął się na boku, jednak nie odpowiedział.

Miałam wrażenie, że traktował mnie z góry, co nie do końca mi się podobało. Całe szczęście nasz romans przerwał głośny trzask tłukącego się szkła. Kolejna szyba wystawowa została rozbita. Nowa bestia wparowała z głośnym rykiem do sklepu z bielizną. No cóż, sądząc po nożu w głowie, zapewne był to mój przyjaciel sprzed pięciu minut. Znakomicie.

Spojrzałam w tył, ale oczywiście mojego nowego kolegi już tu nie było. To drugi raz jak umknął moim oczom. Jak to robił? Nieważne. Nie miałam na to czasu.

Zaczęłam uciekać w głąb sklepu, bo tylko taką miałam drogę ucieczki. Demon pędził za mną.

Przeskakując przez czarne, skórzane pufy sklepowe, dobrałam się do pierwszych lepszych wieszaków. Kolorowe szaty brutalnie z nich zdarłam. Potrzebowałam nowej broni.

– Chodź tu, pokrako – syknęłam i wystawiłam w jego stronę mój drewniany miecz z hakiem.

Bestia nie czekała. Rzuciła się na mnie z rykiem. Tak naprawdę niewiele pamiętałam z tego, co się wtedy działo. Wiem, że okładałam go na wszelkie możliwe sposoby. W pewnym momencie owinęłam go nawet ciuchami, wywróciłam na podłogę i tłukłam, ile sił w rękach. Wieszakami i nożem, który wyjęłam z jego czoła.

– Giń! – wrzeszczałam, aż w końcu ktoś nie przeniósł mnie do pionu i nie oderwał od bezradnej, jęczącej z bólu bestii, w którą wbił nóż. W akcie desperacji zaczęłam wyrywać się jak szalona. To na pewno był wróg! Musiałam się bronić za wszelką cenę!

Wbiłam obolałego łokcia prosto w żebra trzymającej mnie osoby, a gdy się uwolniłam, kopnęłam ją z pół obrotu. Jakiś człowiek, który mnie chwycił, poleciał do tyłu, szorując tyłkiem po różowej sukience na podłodze. Dopiero teraz dostrzegłam, że wokół mnie zgromadziło się więcej osób. Co prawda nie mieli szmaragdowych oczu, ale wolałam być ostrożna. W bojowej pozie wycofałam się pod samą ścianę. Dyszałam jak wojownik po bitwie życia.

– Widziałeś to, Hugh?

Wszyscy obcy ludzie patrzyli na mnie, jakbym była jakimś zadziwiającym obiektem w zoo. Nie miałam pojęcia, o co może im chodzić.

– Ona go zniszczyła! – odezwał się inny, kobiecy głos, w którym rozbrzmiewała nuta podniecenia nieadekwatnego do sytuacji. – Taka mała, drobna dziewczynka!

– Na pewno nie ma więcej niż osiemnaście lat – stwierdził ktoś inny.

Miałam tego dosyć.

– Ja tu stoję i na dodatek wszystko słyszę. Tak, nie mam osiemnastu lat, tak, walczyłam wszelkimi dostępnymi sposobami, bo te pokraki mnie zaskoczyły i chciały zabić. Nie, nie wiem kim one są i nie wiem, kim jesteście wy, na dodatek jestem ranna, zmęczona i… co ja tu do cholery jeszcze robię? – jęknęłam.

Nie spodziewałam się, że coś takiego może mnie spotkać w galerii handlowej. Śnię, po prostu śnię. Stanęłam naprzeciw jakiemuś koszmarowi.

Na około czterdziestoletni mężczyzna podszedł do mnie i wystawił w moim kierunku dłoń. Uśmiechał się przy tym podejrzanie miło, jakby koniecznie chciał pokazać, że nie jest wrogiem.

– Hugh – przedstawił się.

Spojrzałam na jego dłoń i uniosłam brew.

– Calanthe – odpowiedziałam, z grzeczności ją ściskając.

– No więc, Calanthe, skoro już się znamy, jestem zmuszony zaprosić cię na herbatę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz