Z
w połowie zjedzonym tostem zwisającym z buzi, roztrzepanymi, złocistymi
włosami, których nigdy nie układałam, bo i tak żyły swoim życiem, opadającą pod
kolano zakolanówką i niedbale zawiązanymi sznurówkami od brązowych, eleganckich
butów (które i tak za chwilę będą ubłocone), wbiegłam po schodach. Musiałam
wrócić się po plecak i zgarnąć niedokończone zadanie domowe z biurka, w końcu
byłam przykładną uczennicą – nie mogłam zepsuć wizerunku uroczej, mądrej i
poukładanej sierotki, która uchodziła za dumę swojego wujostwa. Na dodatek
dwadzieścia cztery na dobę musiałam być wzorem do naśladowania dla piątki ich
dzieci. Przysięgam, byłam lepszą bronią wychowawczą niż jakakolwiek groźba
klapsa lub kary, te maluchy robiły wszystko, co tylko chciałam.
Zawsze
bawiło mnie to, że w oczach innych uchodziłam za anioła, często przytaczano też
stwierdzenie, że jak on wyglądałam. W końcu na wszystkich obrazach
przedstawiano je jako niebieskookie istoty o jasnych blond włosach. Ciocia właśnie z tego powodu kupowała
mi często białe sukienki. Lubiła nazywać mnie swoim małym aniołkiem. Poza tym twierdziła,
że spodnie to nie mój ubiór, zwłaszcza że byłam bardzo niska. Uparcie wierzyłam
w to, że kiedyś przekroczę chociaż sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu.
Brakowało mi jeszcze około pięciu.
Od
piątego roku życia mieszkałam z moim wujostwem, ciocią Alice i wujkiem Billem.
W przeciwieństwie do nich nosiłam inne nazwisko. Nazywałam się Calanthe Clerinell.
Byłam osieroconą dziewczynką żyjąca jak najzwyklejsza nastolatka. Bez większych
celów w życiu, pozornie szczęśliwa, niesprawiająca żadnych problemów. Przykładne
dziecko z dobrymi ocenami, uzdolniona sportowo, optymistyczna, zaradna i
towarzyska. Do zamkniętych w sobie osób nie należałam, choć jak każdy kryłam w
sobie pewne tajemnice.
O
tym, jak zginęli moi rodzice, wiedzieli wszyscy w mieście i poza nim – to
bardzo głośna sprawa, która odbiła się echem w całym kraju. Ponoć sprawca
masakry na lotnisku trafił do zakładu psychiatrycznego na oddział zamknięty. Nikt
nie potrafił rozszyfrować, co zmusiło go do popełnienia zbrodni na tak dużą
skalę. Wiedziałam to tylko ja. Gdybym wtedy na niego nie spojrzała, może moje
losy potoczyłyby się inaczej. Obiecałam sobie, że gdy dorosnę, wybiorę się na
małą wycieczkę do zakładu zamkniętego, gdzie go o to spytam. Na razie nikt nie
wiedział o tych planach i… lepiej, żeby nie wiedział. Ciocia i wujek
niesamowicie mi ufali i dawali dużą swobodę działania, ale czasami byli
przewrażliwieni jak moi prawdziwi rodzice. Uważałam, że to całkiem urocze.
Traktowali mnie jak własne dziecko, a przecież nie musieli, mieli piątkę
własnych.
Ciocia
Alice była jedyną siostrą mamy. Na komendzie policji zobaczyłam ją może trzeci
raz w życiu. Jako pięciolatka, którą tuli do siebie obca kobieta, podobna zresztą
do mojej matki, czułam się dosyć nieswojo. Ciocia Alice była pewna, że milczę,
bo jestem w szoku. A ja tak naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje. Wciąż nie
docierało do mnie to, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej. Moja nowa
rodzina była niezwykle zaskoczona spokojem, jaki przejawiałam. Wbrew słowom
psycholożki, do której wówczas trafiłam, moje traumatyczne wspomnienia wcale
nie utrudniały mi życia, nawet dziesięć lat po pamiętnej masakrze. Jedyne, co
mi zostało z tamtego dnia, to ciekawość. I nierozwiązana zagadka szmaragdowych
oczu.
Moje
życie generalnie nie było złe, lubiłam je, jednak musiałam przyznać, że trochę
mnie nużyło. Nie byłam osobą, która bezczynnie siedziała w miejscu. Wiecznie
gdzieś gnałam. Potrzebowałam celu, jednak do tej pory go nie odnalazłam. Gdzieś
w środku czułam, że jest na wyciągnięcie ręki, że wszystko co do tej pory
osiągnęłam, nie było przypadkowe, z drugiej strony gdy mówiłam o tym mojemu
wujostwu, śmiali się, że jak zwykle ponosi mnie wyobraźnia i zdecydowanie
powinnam przystopować z chęcią przygód, bo daleko mnie to nie zaprowadzi. Ale
ja lubiłam przygody.
Zbiegając
po schodach, przeskoczyłam przez barierkę. Dwójka mojego rodzeństwa – Annie i
Tom – zaczęli mi klaskać. Rysująca na kartce sześciolatka o imieniu Lily
nabazgrała w pośpiechu wielką dziesiątkę na kartce i uniosła ją nad głową. Jak
to? Tylko dziesiątka? Dałabym sobie za ten skok nawet jedenaście punktów na
dziesięciu możliwych.
Ukłoniłam
się moim widzom z gracją godną akrobatki, dźwięcznie się zaśmimałam i wbiegłam
do kuchni.
–
Calanthe, jak zwykle spóźniona. – Ciocia westchnęła ciężko i nawet na mnie nie
patrząc, wystawiła przed siebie torebkę ze śniadaniem. Chwyciłam ją w biegu i
ucałowałam ją w policzek.
–
Dzięki, ciociu. Od jutra będę nastawiać budzik wcześniej!
–
Powtarzasz tak od miesięcy, Cal.
Widziałam,
że ciocia Alice jest zmęczona, a mimo tego uśmiechała się pod nosem. Wszyscy w
domu byli przyzwyczajeni do tego, ze najpóźniej wstawałam, najszybciej się
szykowałam i zawsze biegłam do szkoły. Lubiłam wyzwania. W tym roku szkolnym
nie spóźniłam się jeszcze ani razu. Bieganie z rana było całkiem przyjemne.
–
Do zobaczenia wieczorem! – wykrzyknęłam, gdy chwyciłam za klamkę. Pomachałam
rodzinie i wypadłam na zewnątrz. Teraz moje myśli zaczęła zajmować trasa, którą
pokonam. Miałam ich co najmniej dziesięć. Dziś postanowiłam wybrać tę
prowadzącą przez las – nie najdłuższą, ale też nie najkrótszą. Najkrótszą
wybierałam, gdy byłam chora lub zmęczona, najdłuższą, gdy rozpierała mnie
energia. Trasa numer osiem miała sporo przeszkód do pokonania. Dwa mury,
mieszkanie prywatne ogrodzone płotem, gdzie posiadłości pilnował mały, podgryzający
kostki pies, kilka ruchliwych ulic, gdzie na pewno ktoś na mnie natrąbi i
tylna, zamknięta brama szkoły, przez którą nieraz darłam sobie spodnie lub
sukienkę. Zazwyczaj trasę numer osiem pokonywałam w ciągu dziesięciu minut,
dziś zamierzałam jednak pobić swój rekord.
Biegnąc
w białej sukience i z brązowym plecakiem na plecach, witałam się po kolei z
sąsiadami – miłą, starszą panią White, która podlewała trawnik w ciepły,
wrześniowy dzień, młodego obcokrajowca roznoszącego gazety, który zawsze
nieśmiało się uśmiechał oraz pana Willa, który dawał mi cukierki, gdy byłam
mała. Wszyscy mnie znali i byli przyzwyczajeni, że każdego dnia pędzę do
szkoły.
Pierwsze
trąbiące auto zostało zaliczone, barierki uliczne przeskoczone, mur pokonany,
mały Pimpek tylko kłapnął zębami na mój widok – chyba się już przyzwyczaił, że
nie może mnie dogonić. Gdy w biegu spoglądałam na zegarek, zdziwiłam się, że
mam do angielskiego tak dużo czasu. Czyżbym ostatnio polepszyła swoje wyniki?
Z
uśmiechem pokonałam ostatnią przeszkodę – szkolną bramę. Tym razem udało mi się
uniknąć dziury w sukience. Ciocia Alice będzie ze mnie dumna, to już tydzień
jak nie musi niczego cerować lub zszywać.
Do
rozpoczęcia lekcji zostało dziesięć minut. Nieźle. Pierwszy raz od dłuższego czasu
mogłam usiąść spokojnie w ławce w kącie klasy. Koleżanki, z którymi się
przywitałam, spoglądały na mnie zaskoczone.
–
Co się stało, że jesteś tak wcześnie? – spytała jedna z nich.
–
No, nie tak znowu wcześnie, to tylko pięć minut wprzód – odpowiedziałam z
uśmiechem i wzruszyłam ramionami. – Można powiedzieć, że korki na drodze były
mniejsze.
–
Chyba nie obeszło się bez strat.
Druga
z koleżanek wskazała palcem na róg mojej sukienki. Spojrzałam na nią i
westchnęłam ciężko.
–
Przepraszam, ciociu Alice, starałam się – powiedziałam, spoglądając z cierpiącą
miną prosto w sufit.
Moje
koleżanki zaśmiały się, zapełniając tym dźwiękiem całą klasę. Lubiłam je. Były
całkiem normalne i… miłe. Nie bardzo jednak do nich pasowałam. One same uważały,
że gdyby miały żyć w tak szybkim tempie jak ja, długo by nie pociągnęły. Może
cos w tym było. Wszyscy wkoło życzyli mi kogoś, kto mnie dogoni. Nie miałam jednak
pewności, że ktoś taki w ogóle istnieje.
–
Cala, wybierasz się z nami po szkole do galerii handlowej? – Jedna z koleżanek
o imieniu Nomy podparła się na dłoniach i pochyliła z uśmiechem w moją stronę.
Szczerze
powiedziawszy nie znosiłam zakupów. To, jak wyglądałam, zawdzięczałam w całości
cioci Alice. Akceptowałam wszystko, co mi przynosiła ze sklepu, bo dlaczego
miałabym tego nie robić? Skoro znajomi chwalili mój styl, musiała mieć dobry
gust.
–
Wiecie, że nie bardzo lubię chodzić po galeriach. – Również podparłam się na
dłoni i spojrzałam na nie z niewinnym uśmiechem.
–
No, dawaj, dawno razem nigdzie nie byłyśmy. Może potem skoczymy na lody
bakaliowe?
Zacisnęłam
usta.
–
Wygrałyście – stwierdziłam krótko i wzruszyłam poddańczo ramionami.
Moje
koleżanki ponownie tego dnia wybuchły śmiechem.
Uwielbiałam
wszystkie smaki lodów, ale najbardziej te z rodzynkami, drobnymi orzeszkami, a
czasem delikatną skórką z pomarańczy. Moja mania na bakaliowe lody była tak
wielka, że potrafiłam sama je przyrządzić o każdej porze dnia, nawet w środku
nocy. Kucharką nie byłam jednak dobrą, ciocia raczej wolała wypraszać mnie z kuchni
niż przyjmować do niej z otwartymi ramionami. W swoim życiu spaliłam już siedem
patelni, poza tym wciąż znajduję się na etapie robienia jajecznicy.
–
Będzie fajnie. Obskoczymy tylko te najfajniejsze sklepy. Sam musi znaleźć jakąś
sukienkę na randkę. – Nomy spojrzała znacząco na swoją ciemnowłosą koleżankę, która
lekko się zarumieniła.
–
Łał, jeszcze trochę i wszystkie będziecie zajęte. – Uśmiechnęłam się pod nosem.
–
Tobie też by się ktoś przydał. Najbardziej taki, co by miał więcej energii niż
ty. Chociaż to chyba niemożliwe. – Sam zaśmiała się dźwięcznie, a ja wzruszyłam
ramionami.
–
Gdzieś tam daleko istnieje heros, który spadnie z nieba prosto w me objęcia –
powiedziałam, machając teatralnie ręką. Po tym krótkim przedstawieniu
zachichotałam. – Będzie szybszy niż ja, będzie miał dwukrotnie większą siłę i
będzie umiał wyczarować popcorn na wieczorny seans filmów karate.
–
Perfekcyjna i równocześnie niemożliwa wizja miłości. – Nomy puściła mi oczko. –
Powinnaś znaleźć sobie realnego faceta.
Westchnęłam
ciężko.
–
Kiedy mnie kręcą istoty nie z tej Ziemi – odpowiedziałam dramatycznie,
przybierając zbolałą, aktorską minę. Wierzch dłoni przyłożyłam do czoła jak
mdlejąca kobieta ze starych filmów o wampirach. – No i Chuck Norris.
–
Wyglądasz tak kobieco, a zachowujesz się czasem jak facet, Cal. – Tym razem
odezwała się siedząca dotąd cicho Olivia. – Przydałby ci się ktoś z mocnym
charakterem.
–
…I nie z tej Ziemi – powtórzyłam rozmarzonym głosem, wpatrując się w sufit.
Udawanie
zwyczajnej nastolatki, którą interesowali chłopacy, było całkiem zabawne. Swoją
popularność zawdzięczałam głównie umiejętności idealnego dopasowania się do
otoczenia. Poza tym ostatnio jednym z przewodnich tematów mojej grupy wiekowej
były właśnie randki. Musiałam trochę poudawać, że mnie to interesuje, aby
zbytnio nie wyróżniać się z tłumu.
–
Rzeczywiście, pewnie tylko istotę nie z tej ziemi nie zdemoralizowałabyś filmami,
które oglądasz. Co myślisz o takim seksownym demonie?
Tak.
Uwielbiałam filmy akcji. Pistolety, katany, kopniaki, krew i latające kończyny.
To był mój żywioł. Czasami żałowałam, że nie urodziłam się w takim filmie.
–
Niech i demon będzie – zaśmiałam się.
Naszą
rozmowę przerwało głośne brzęczenie dzwonka i trzaśnięcie drzwiami nauczycielki,
która uwielbiała przychodzić na zajęcia równo z nim. Standardowo obrzuciła mnie
lodowatym spojrzeniem. Zapewne chciała się upewnić, że się nie spóźniłam.
Przykro mi, zawsze jestem na czas.
Posłałam
w jej stronę miły uśmiech.
***
Ostatecznie
dałam się namówić na wyjście do galerii handlowej. Po szkole i tak nie miałam
nic innego do roboty. To dlatego kolorowe sukienki fruwały teraz wkoło mnie, a
uradowane dziewczyny piszczały na widok każdej z nich. Przy trzecim z rzędu
sklepie wymiękłam. Przeprosiłam koleżanki i usiadłam na ławeczce, zajadając się
rurką z kremem, którą skusiła mnie sprzedawczyni w kawiarni. Biała sukienka
podrygiwała wraz z moimi bujającymi się wprzód i w tył nogami. W oczach innych musiałam
wyglądać teraz jak dziecko. Ciocia i wujek często powtarzali, że jestem
dojrzalsza niż moi rówieśnicy, ale czy to prawda? Może byłam po prostu inna.
Odrobinę inna.
Dojadając
resztę rurki, wychyliłam głowę zza palmy sklepowej i zerknęłam na Sam, która
patrzyła się teraz w moją stronę zza sklepowej witryny. Jej usta układały się w
słowa: „jak wyglądam?”. Uśmiechnęłam się do niej i wystawiłam do góry kciuka.
Była ładna, wysoka i zgrabna. Nie znałam się na połączeniach kolorów, ale
czerwony raczej pasował do jej blond włosów.
Sam
wyglądała na niepewną. Chciałam jej odkrzyknąć, że wygląda wspaniale, ale ktoś
przysłonił mi widok. Przed oczami mignęły mi krótkie, białe jak śnieg włosy.
Ich właściciel – co najwyżej dwudziestokilkuletni chłopak – spojrzał w moją
stronę i posłał mi ukradkowy przerażająco chłodny uśmiech. To nie było jednak
coś, co zdziwiło mnie najbardziej. Rzeczą, która sprawiła, że zerwałam się z
ławki były jego oczy. Szmaragdowe. Takie same jak zabójca moich rodziców.
Już
miałam iść za chłopakiem, gdy ktoś przebiegł obok, krzycząc jak opętany, i szturchnął
mnie w ramię. Udało mi się odzyskać równowagę, ale gdy spojrzałam przed siebie,
dziwnego, białowłosego mężczyzny już nie było. Gdzie zniknął? W sklepie z
bielizną?
–
Uciekajcie! – rozległ się wrzask.
Uniosłam
brew i spojrzałam na pędzących w moją stronę przerażonych ludzi. Jeszcze nie
wiedziałam, co się dzieje, ale czułam, że nie będę musiała długo czekać na odpowiedź.
W tle, ze sklepu, gdzie znajdowały się dziewczyny, usłyszałam głośne piski.
Serce na chwilę stanęło mi w miejscu. A jak to moje koleżanki? Zignorowałam
panicznie krzyczących i uciekających ludzi. Chciałam zobaczyć, co dzieje się w
sklepie, skąd masowo zaczęli wybiegać ludzie. Niestety nie dotarłam tam. Ktoś pchnął
mnie na szybę jednego ze sklepów. Palma przechyliła się niebezpiecznie w moją
stronę. Odzyskałam równowagę, jednak nie na długo. Zanim się obejrzałam, ktoś
chwycił mnie za przód sukienki i pchnął w kierunku szklanego balkonu. Upadłam
na podłogę, czując, jak pod moimi plecami pęka powoli szkło.
Spojrzałam
prosto w twarz osoby, która trzymała mnie teraz za gardło. Gdy zobaczyłam przed
sobą istotę nie z tej Ziemi, serce prawie stanęło mi w miejscu.
Krzywa
gęba, wielkie zębiska, obślizgła, zielona skóra i… szmaragdowe oczy. Takie same
jak psychopata sprzed dziesięciu lat i białowłosy chłopak sprzed chwili. Ślina
potwora ściekała po mojej śnieżnobiałej sukience, a ja wiedziałam, że ciocia
Alice znowu będzie zawiedziona. Jeżeli oczywiście przeżyję.
Nie
chciałam się tak łatwo poddawać. Miałam dopiero piętnaście lat. Całe życie przede
mną, jeszcze tyle przygód i porannych biegów do szkoły! Chciałam spotkać
zabójcę moich rodziców, pójść na studia… Do cholery!
Trudno
było zachować zimną krew, gdy twoją krtań trzymała ohydna, nieludzka bestia,
ale nie byłabym sobą, gdybym po prostu się poddała. Czy miałam jakąś drogę
ucieczki?
Spojrzałam
przed siebie. Ludzie wciąż uciekali w popłochu, a zielonooka bestia właśnie
zbliżała do mnie swoją przerażającą gębę. Czułam się tak, jakby chciała mnie
pocałować. Tylko dlaczego wkoło zaczęło robić się ciemno? To jakiś cień? Dym? A
może to mi robiło się powoli słabo z powodu braku tlenu? Nie miałam czasu.
Spojrzałam
w bok. Palma. Szyba. Zero broni, zero ucieczki. A może jednak? Zdecydowanie nie
wierzę, że na to wpadłam, ale chyba wolałam już takie rozwiązanie niż śmierć.
Łokciem
walnęłam z całej siły w pękająca pod sobą szybę. Nie poczułam bólu, choć
niewątpliwie musiałam zranić łokieć, to adrenalina skutecznie zagłuszała to, co
naprawdę odczuwałam. Zrobiłam to jeszcze raz, tym razem mocniej. Szyba
ustąpiła. Nie przemyślałam tylko tego, co zrobię, gdy będę już spadać z
pierwszego piętra na parter. To jak samobójstwo!
Bestia
puściła mnie w locie. Była cięższa ode mnie i jako pierwsza wpadła do fontanny.
Chwyciłam się tego, co miałam pod ręką, czyli metalowej rury, na której wisiał sklepowy
szyld. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, byłam skupiona na tym, co robię.
Dawno
temu ćwiczyłam akrobatykę. Byłam w niej całkiem dobra. Najlepiej radziłam sobie
na drążku. Zrobienie kilku obrotów nie było dla mnie żadnym wyczynem, gorzej ze
skokiem w nieznaną przestrzeń, nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać.
Po prostu w pewnym momencie się puściłam i robiąc salto, wpadłam prosto na
demona w fontannie. Idealnie. Usiadłam mu na plecach, przez co wylądował twarzą
w wodzie. Nieważne, że zamoczyłam sobie sukienkę – z niej i tak już nic nie będzie.
Dla lepszego efektu chwyciłam za doniczkowego kwiatka, który stał samotnie na
progu fontanny i zaczęłam nim okładać bestię.
–
Zgiń! – wrzeszczałam i biłam potwora kwiatkiem, póki nie przestał się ruszać.
Miałam nadzieję, że go zabiłam.
Prawie
natychmiastowo zeskoczyłam z jego głowy i pobiegłam wzdłuż fontanny w stronę
lodziarni. Tak podpowiadał mi mój instynkt samozachowawczy. Przecież nie będę
szukać broni w sklepie z ubraniami. Z drugiej strony – wieszak mógłby być
efektownym mordercą, a manekin robić za przynętę. Nie, lepsza lodziarnia.
Szeroki zestaw mikserów, noży i… rożków do lodów.
Nie
oglądając się za siebie, przeskoczyłam blat i wylądowałam na podłodze w
pozornie bezpiecznym miejscu. Tu mogłam uspokoić oddech, znaleźć broń i
wsłuchać się w otoczenie. Pierwsze, co zrobiłam, to rozejrzałam się wkoło.
Mądre rozwiązanie. Na wysokości blatu znajdowała się szpachelka do lodów. Obok
leżał podłączony do kontaktu mikser – na niewiele się zda w walkach na
odległość. Były tu też przeróżne szuflady. Na pewno znajdzie się w nich jakiś
nóż.
Dopiero
teraz poczułam, że z łokcia na podłogę cieknie mi krew. Musiałam to jakoś
opatrzeć. Mogłam to zrobić jedyne z pomocą skrawka sukienki lub ścierki, która
wisi na oparciu krzesła barowego. Wybrałam ścierkę. Zgrabnym ruchem obwiązałam nią
swoją ranę. Przynajmniej krew nie kapała już na podłogę. Teraz czas na
otoczenie. Uważnie się w nie wsłuchałam. Ludzie wciąż krzyczeli. Było też
słychać ciężkie kroki potworów, ich poburkiwanie i… całkiem normalną rozmowę
dwójki nieznajomych. Ktoś opierał się o blat lodziarni od zewnętrznej strony.
Wytężyłam słuch, ponieważ wydawało mi się dziwnie, że jacyś ludzie stali tu
spokojnie i rozmawiali. Powinni raczej uciekać.
–
I po co nam takie głupie akcje w galeriach? – zapytał męski głos.
–
Żeby nakarmić nasze zwierzaczki z Reverentii i trochę się rozerwać –
odpowiedział niski kobiecy głos.
–
Rozumiem jeszcze, gdybyśmy mogli zatłuc kilku łowców, ale co to za rozkaz, że
gdy się pojawią, mamy znikać? – Mężczyzna prychnął z oburzeniem.
–
Zamknij się i po prostu go wykonaj.
Rozmówcy
rozeszli się w różne strony.
Reverentia?
Łowcy? O co tu chodziło? Nawet nie chciałam się nad tym zastanawiać. Musiałam
odzyskać koleżanki i stąd uciekać. To nie było bezpieczne miejsce dla
nastolatek.
Gdzieś
nieopodal zaczęły wydzierać się dzieci. Od tego przerażającego dźwięku przeszły
mnie dreszcze. Czy te bestie je atakowały? Nie było tu żadnych dorosłych,
którzy by je ocalili? Do cholery.
Bez
chwili zastanowienia zerwałam się do góry i chwyciłam za łopatkę do lodów. Nie
spodziewałam się, ze tuż za ladą czeka na mnie mój pierwszy klient. Zanim
potwór wydrapał mi oczy, wyskoczyłam z mikserem, który miałam pod ręką. Dosyć celnie
pozbyłam się jego oczu i wcale nie zdziwiłam się, gdy zamiast krwi wylała się z
nich gęsta mgła. Bestia w szale walnęła w mikser swoją wielką łapą i rozwaliła
go uderzeniem w podłogę. Straciłam swoją broń, ale to nic, bo demon stracił
oczy. Jeden do jednego.
Zanim
zdołał odzyskać panowanie nad swoim cielskiem, nerwowym ruchem dłoni zaczęłam
przekopywać szuflady. Dopiero w ostatniej z nich znalazłam szeroki nóż. Idealny
do zabijania śliniących się bestii.
Demon
zamachnął się na mnie łapą, a ja miałam okazję przetestować nową broń. Cóż, nie
spodziewałam się, że przetnę nim łapę bestii. Zastanawiało mnie tylko, co cięli
w lodziarni takim ostrzem, bo chyba nie ludzi?
Bestia
znowu zawyła, a ja wykorzystałam moment i zaczęłam uciekać. Nie spodziewałam
się, ze coś mnie nagle chwyci za nogę i rzuci brutalnie o podłogę. To ten ślepy
demon? Nie, to kolejna bestia, która miała zdrowe ślepia.
Chwyciłam
szybko za nóż, który na szczęście nie upadł daleko. Potwór był tępy jak kapeć.
Rzucił się na mnie z głośnym rykiem i dostał nożem prosto w czoło. Można
powiedzieć, że ja też nie świeciłam inteligencją, bo nie przewidziałam, iż
będzie miał siłę chwycić mnie za głowę i rzucić mną w szybę wystawową jakiegoś
sklepu z bielizną. Wylądowałam na końcu sali, uderzając plecami w szybę. Po
drodze zahaczyłam o kosz z czerwoną bielizną na promocji, który wyrzucił w górę
swoją zawartość.
Co
za cholerna gnida! Ból prawie mnie zaślepił. Zapewne drobinki szkła przecięły
mi skórę.
Z
sykiem bólu podparłam się łokciami o podłoę. Demon miał niezły rzut. Mógłby reprezentować
nas na olimpiadzie. Szkoda tylko, że nie istniała taka konkurencja jak rzut
Calanthe na odległość.
–
Jesteś odważna – usłyszałam kilka kroków od siebie.
Muszę
przyznać, że nie spodziewałam się tu niczyjej obecności. Tymczasem przede mną
stał białowłosy mężczyzna z rękami schowanymi w kieszeniach. Tak, już go
dzisiaj widziałam.
–
Kim jesteś? – spytałam ostrzegawczo, próbując wymacać dłońmi wśród bielizny
nóż, który mógł upaść gdzieś niedaleko.
–
Aiden.
Nie
spodziewałam się, ze tajemniczy, szmaragdowooki chłopak poda mi pomocną dłoń.
Nie czułam się zbyt dobrze po upadku, dlatego z chęcią ją przyjęłam, w końcu co
mogło się stać?
Wystarczyło
jedno, silne pociągnięcie w górę i byłam przywrócona do pionu. Teraz mogłam
bezkarnie wgapiać się w twarz nieznajomego.
Był
wysoki. Mógł mieć nawet sto dziewięć centymetrów wzrostu. Żeby na niego
spojrzeć, musiałam zadzierać wysoko głowę. Nie byłam pewna, czy włosy miał
farbowane, nie widziałam w końcu żadnych odrostów, nie sądziłam jednak, że ktoś
mógł w ogóle posiadać tak czysty, biały, naturalny odcień. Brwi ukryte pod
grzywką również tonęły w bieli. Nawet starsi ludzie przy nim wymiękali. Oczy?
Szmaragdowe. W tych nie było jednak furii, a raczej chłód i opanowanie. Cera i
usta blade, twarz całkiem miła dla oka. Nie miałam jednak czasu badać dokładnie
każdej rysy jego twarzy. Jak dla mnie nie wyglądał jak człowiek. Było w nim coś
nieludzkiego.
Dopiero
po chwili zorientowałam się, że wciąż trzymam za jego dłoń.
–
Calanthe – przedstawiłam się w końcu. Cały czas patrzyłam na niego badawczo,
nie do końca mu ufając.
Zaraz.
Kto normalny poznawał ludzi w takich okolicznościach? Miałam się przecież wyrwać
i wrócić z dziewczynami do domu. Teraz to mogły być już albo zjedzone przez te
bestie, albo dawno uciekły same.
Opuściłam
dłoń wzdłuż ciała, a tajemniczy Aiden schował ręce z powrotem do kieszeni
czarnego płaszcza.
–
Niecodzienne imię – stwierdził głębokim, miłym dla ucha głosem.
–
Trochę – mruknęłam na boku. Gdy tak na mnie patrzył, miałam wrażenie, że czyta
mi w myślach. Przeszywał mnie swoimi zielonymi oczami. – A tak już na serio.
Kim naprawdę jesteś? – Uniosłam brew.
–
Demonem – stwierdził obojętnie chłopak.
–
Nie żartuj sobie. Lepiej mi mów, co tu się dzieje, bo mam dziwne wrażenie, że
szmaragdowe oczy to nie przypadek.
Aiden
uśmiechnął się na boku, jednak nie odpowiedział.
Miałam
wrażenie, że traktował mnie z góry, co nie do końca mi się podobało. Całe
szczęście nasz romans przerwał głośny trzask tłukącego się szkła. Kolejna szyba
wystawowa została rozbita. Nowa bestia wparowała z głośnym rykiem do sklepu z
bielizną. No cóż, sądząc po nożu w głowie, zapewne był to mój przyjaciel sprzed
pięciu minut. Znakomicie.
Spojrzałam
w tył, ale oczywiście mojego nowego kolegi już tu nie było. To drugi raz jak
umknął moim oczom. Jak to robił? Nieważne. Nie miałam na to czasu.
Zaczęłam
uciekać w głąb sklepu, bo tylko taką miałam drogę ucieczki. Demon pędził za
mną.
Przeskakując
przez czarne, skórzane pufy sklepowe, dobrałam się do pierwszych lepszych
wieszaków. Kolorowe szaty brutalnie z nich zdarłam. Potrzebowałam nowej broni.
–
Chodź tu, pokrako – syknęłam i wystawiłam w jego stronę mój drewniany miecz z
hakiem.
Bestia
nie czekała. Rzuciła się na mnie z rykiem. Tak naprawdę niewiele pamiętałam z
tego, co się wtedy działo. Wiem, że okładałam go na wszelkie możliwe sposoby. W
pewnym momencie owinęłam go nawet ciuchami, wywróciłam na podłogę i tłukłam,
ile sił w rękach. Wieszakami i nożem, który wyjęłam z jego czoła.
–
Giń! – wrzeszczałam, aż w końcu ktoś nie przeniósł mnie do pionu i nie oderwał
od bezradnej, jęczącej z bólu bestii, w którą wbił nóż. W akcie desperacji zaczęłam
wyrywać się jak szalona. To na pewno był wróg! Musiałam się bronić za wszelką
cenę!
Wbiłam
obolałego łokcia prosto w żebra trzymającej mnie osoby, a gdy się uwolniłam,
kopnęłam ją z pół obrotu. Jakiś człowiek, który mnie chwycił, poleciał do tyłu,
szorując tyłkiem po różowej sukience na podłodze. Dopiero teraz dostrzegłam, że
wokół mnie zgromadziło się więcej osób. Co prawda nie mieli szmaragdowych oczu,
ale wolałam być ostrożna. W bojowej pozie wycofałam się pod samą ścianę.
Dyszałam jak wojownik po bitwie życia.
–
Widziałeś to, Hugh?
Wszyscy
obcy ludzie patrzyli na mnie, jakbym była jakimś zadziwiającym obiektem w zoo. Nie
miałam pojęcia, o co może im chodzić.
–
Ona go zniszczyła! – odezwał się inny, kobiecy głos, w którym rozbrzmiewała
nuta podniecenia nieadekwatnego do sytuacji. – Taka mała, drobna dziewczynka!
–
Na pewno nie ma więcej niż osiemnaście lat – stwierdził ktoś inny.
Miałam
tego dosyć.
–
Ja tu stoję i na dodatek wszystko słyszę. Tak, nie mam osiemnastu lat, tak, walczyłam
wszelkimi dostępnymi sposobami, bo te pokraki mnie zaskoczyły i chciały zabić.
Nie, nie wiem kim one są i nie wiem, kim jesteście wy, na dodatek jestem ranna,
zmęczona i… co ja tu do cholery jeszcze robię? – jęknęłam.
Nie
spodziewałam się, że coś takiego może mnie spotkać w galerii handlowej. Śnię,
po prostu śnię. Stanęłam naprzeciw jakiemuś koszmarowi.
Na
około czterdziestoletni mężczyzna podszedł do mnie i wystawił w moim kierunku
dłoń. Uśmiechał się przy tym podejrzanie miło, jakby koniecznie chciał pokazać,
że nie jest wrogiem.
–
Hugh – przedstawił się.
Spojrzałam
na jego dłoń i uniosłam brew.
–
Calanthe – odpowiedziałam, z grzeczności ją ściskając.
–
No więc, Calanthe, skoro już się znamy, jestem zmuszony zaprosić cię na
herbatę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz