poniedziałek, 21 września 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 6 - "Demoniczny bar"

 – Calanthe…

Uśmiechnęłam się uroczo w stronę szefa organizacji Nox, składając ręce za plecami jak małe dziecko, które właśnie próbuje zatuszować swoje winy niewinnymi gestami. Nie wiedziałam, jak dokładnie nazwać reakcję Hugh na wieść o tym, że w ciągu dwóch tygodni przyciągnęłam do organizacji kolejnego nastolatka. Bał się, że młode osoby opanują jego ukochane Nox i już nigdy nie będzie tu tak samo? Czy może… bał się mojej samowolki?

– Przecież chciał pan nowych członków – odezwałam się, wzruszając niewinnie ramionami. Uśmiech uroczego dziecka nie schodził mi z twarzy. – Sama młoda krew. Ethan jest bardzo silnym i poważnym siedemnastolatkiem, który nigdy się nie poddaje, a Andreas ma całkiem niezły refleks i duże pokłady zapału do walki. Obydwoje są świadomi, jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą walka z demonami. 

– Calanthe, co innego mnie martwi. – Hugh zmarszczył czoło. – Zniknęły z moich papierów dwie karty z opisem misji. Na dodatek okazało się, że miejsca, do których mieli dotrzeć nasi łowcy, są już czyste i pozbawione demonów. Pamiętasz, jaka była między nami umowa?

Pokiwałam posłusznie głową. Tak, doskonale wiedziałam, że nie wolno wykonywać mi misji samej, a tym bardziej wciągać w to nowych lub potencjalnych członków organizacji. Zachowywałam się bardzo nieodpowiedzialnie. Nie dość, że mogła stać się krzywda mnie (i oczywiście, stała się), to jeszcze innym ludziom, którzy nie są nawet związani ze światem łowców. Nie miałam nic na swoją obronę. W najbliższym czasie zamierzałam po prostu przystopować z werbowaniem, żeby zbytnio nie zwracać na siebie uwagi demonów, a także samego Hugh. Wiedziałam jednak, że nie uda mi się wytrzymać długo. W końcu po latach szukania życiowego celu znalazłam coś, w czym się spełniam. To nie tak, że kompletnie niczego się nie bałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że dużo ryzykuję, ale właśnie takie życie najbardziej lubiłam. Wreszcie czułam się wolna i nie musiałam udawać, że jestem aniołem w białej sukience, bo przecież nie byłam. Potrafiłam się bić i bezlitośnie zabijałam demony.

– Porozmawiamy o tym jeszcze jutro na spotkaniu – powiedział z ciężkim westchnieniem Hugh. Wyglądał, jakby właśnie rozbolała go głowa. – Andreasie, jeżeli naprawdę chcesz zostać łowcą, pozwól na słówko, nie zajmę ci zbyt wiele czasu – mówiąc to, przywołał dłonią nastolatka, który uśmiechnął się do nas z taką radością, że mało nie wybuchłam śmiechem. Andre może był odrobinę głupiutki i naiwny, ale w jego zachowaniu było coś naprawdę uroczego. Zdążyłam go polubić.

Ethan stojący z boku, spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Podoba ci się? – spytał, gdy Hugh zniknął wraz z moim rówieśnikiem w gabinecie.

Tym razem nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

– Zgłupiałeś? – zapytałam i szturchnęłam chłopaka tak mocno, że ledwo utrzymał równowagę. 

Już nic nie powiedział, zakończył naszą rozmowę cichym prychnięciem i niezadowoloną miną. 

Nie powiedzieliśmy Andreasowi, że będziemy na niego czekać, ale zgodnie uznaliśmy, że musimy z nim podyskutować. Postanowiliśmy wyjść na zewnątrz i usiąść na ławeczce znajdującej się pod organizacją. Dzisiaj był bardzo ładny, słoneczny dzień, siedzenie w domu było niepotrzebną stratą czasu. Jedyna wada to mój obecny stan. Po wczorajszej bitwie czułam się połamana. Poza tym miałam liczne rany. Dotychczas jakoś udawało mi się unikać cioci Alice i wujka Billa. Z tej okazji wyjątkowo wcześnie wstawałam, tłumacząc się zajęciami dodatkowymi. Nosiłam też czapkę baseballową i skutecznie tuszowałam podkładem oraz korektorem większe siniaki czy rany. Oczywiście to nie zadziała na dłuższą metę. Będę musiała wymyślić coś innego. Może uczestnictwo w zajęciach ze sztuk walki?   

Zaciągnęłam się świeżym powietrzem i przymknęłam zadowolona oczy. Czułam, że Ethan cały czas mi się przygląda. Chyba jeszcze tego nie wiedział, ale był doskonałym obserwatorem. Szkoda tylko, że wcale nie krył się z tym, że się w kogoś wgapia. Miałam wrażenie, że wciąż ostrożnie do mnie podchodzi i próbuje rozczytać moje intencje. Rzeczywiście, obydwoje niewiele o sobie wiedzieliśmy, to przecież dopiero początek naszej współpracy.

– Wiesz co, Ethan? – zaczęłam jako pierwsza. Otworzyłam oczy i spojrzałam prosto w twarz siedemnastolatka. 

Widziałam w jego twarzy zakłopotanie. Zapewne pomyślał, że chcę go skarcić za to bezczelne patrzenie się na mnie. Nie, to nie w moim stylu. Powiedzmy, że lubiłam być w centrum zainteresowania. 

– To trochę niesprawiedliwe, że Andre już na pierwszej misji zyskał ukryty cień. – Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. 

Każdy łowca prędzej czy później mierzył się z opętaniem przez demona. Gdy się od niego uwalniał własnymi siłami, jego cień zyskiwał miano ukrytego, wtedy już żaden inny potwór nie mógł go opętać – cień stawał się wtedy jak zamknięte, metalowe wrota z milionami kłódek, do których potrzeba było dawno wyrzuconych do fosy kluczy. – To tak, jakby Andreas był pełnoprawnym łowcą. A co z nami? – spytałam rozbawiona.

– Na pewno jesteśmy trochę bardziej doświadczeni niż on – powiedział nieskromnie Ethan, uśmiechając się na boku. – Gdy przyjdzie czas, przyjmiemy do swojego cienia demona i równie szybko go wykurzymy. Wtedy też będziemy mieć ukryty cień. To przecież nie jest warunek przynależności do Nox, prawda? – Ethan spojrzał mi prosto w oczy. 

Uśmiechnęłam się.

– Prawda. Poza tym prędzej czy później nas to spotka – Oparłam głowę o ławkę i przymknęłam powieki. Słońce ogrzewało łagodnie moją twarz. Czułam, że zbliża się jesień.

– Mam nadzieję, że kiedy demon wkradnie się do mojego cienia, będziesz przy mnie – usłyszałam cichy, może nawet niepewny głos.

– Pewnie. W końcu jesteśmy w jednej drużynie. Kiedy jakiś demon będzie chciał przejąć nad tobą kontrolę, osobiście skopię ci tyłek.

– To groźba? – prychnął Ethan.

– Przyjacielska groźba – zaśmiałam się.

Umilkliśmy. Cisza wcale nam nie przeszkadzała. Nie była dla nas niezręczna jak dla wielu osób, które dopiero się poznały. Obydwoje lubiliśmy się czasem pogrążyć we własnych myślach. Nie wiem, o czym myślał w tym momencie Ethan, ale moje rozważania toczyły się wokół Aidena. Ostatnio miałam dziwne wrażenie, że mnie śledzi. Nie lubiłam sama wracać do domu. Nie, żebym się bała, po prostu Aiden sprawiał, że traciłam część swojej odwagi, a to mi się bardzo nie podobało. Może i byłam tylko nastolatką z dziwnie nieludzką profesją, ale miałam swoją godność i żaden demon nie miał prawa zgnieść jej butem. 

– Co to za mina? – spytał rozbawiony Ethan. 

Dopiero teraz zorientowałam się, że zaciskam mocno usta i marszczę czoło.

– Po prostu głęboko nad czymś myślałam – odpowiedziałam. 

Przecież nie powiem Ethanowi, że rozmawiałam z demonem jak gdyby nigdy nic. Nikt nie może się dowiedzieć o Aidenie, a już szczególnie nie moi współpracownicy. Chciałam poprowadzić to dochodzenie na własną rękę.

Drzwi od organizacji nagle się otworzyły. Obydwoje spojrzeliśmy w stronę uśmiechającego się jak dziecko Andreasa. Wyszedł i pomachał do nas ręką jak zadowolona z życia pięciolatka.

Podniosłam się z ławki i posłałam mu uśmiech pełen rozbawienia. Wiedziałam już, że nasza drużyna będzie najlepsza w całym Nox i że na trzech członkach wcale się nie skończy.

***

Przez cały miesiąc starałam się nikogo nie werbować, choć mój instynkt nakazywał mi rozglądać się za potencjalnymi łowcami. Widziałam już kilku dobrych kandydatów, ale na razie nie zebrałam na ich temat zbyt wielu informacji. W pewnym sensie mogłam czuć się jak szpieg, a więc tak, jak i Aiden. Nie widziałam go odkąd spotkaliśmy się na ławeczce pod szkołą. Z jednej strony bardzo mnie to cieszyło, z drugiej… sama nie wiedziałam, co w związku z tym czułam. Nie tęskniłam przecież za demonem. Po pierwsze zbyt krótko go znałam, po drugie to mój potencjalny wróg. Aiden miał w sobie po prostu coś, co mnie przyciągało. Był pewny siebie i bezpośredni. Lubiłam mieć do czynienia z osobami, które mogły się ze mną mierzyć. Ethan i Andre nie byli dobrzy w takich starciach. Wystarczyło powiedzieć im jeden najprostszy komplement, żeby to wywnioskować. „Fajnie dziś wyglądasz” – Ethan spojrzałby na mnie jak na idiotkę i odsunął się ode mnie, jakby miał do czynienia z jakimś demonem, a Andre zamrugał oczami, podrapał się w tył głowy i rzucił krótkie „dzięki” – brakowało jeszcze, żeby się zarumienił, choć sądząc po jego nieśmiałej reakcji, był od tego blisko. Gdybym ten sam tekst użyła w stosunku do Aidena, zapewne uśmiechnąłby się tylko na boku i mnie zignorował. Ciekawe, czy istnieją słowa, które byłyby w stanie zabić w nim pewność siebie? 

Spojrzałam nachmurzona w niebo. Moje myśli na temat tego demona stały się dziwnie obsesyjne. Nie powinnam się nawet do niego zbliżać ani tym bardziej mu ufać. Czasem to, że nie odczuwałam strachu, nieco mnie martwiło. Zachowywałam się tak, jakby nikt i nic nie miało prawa wyrządzić mi krzywdy. Może powinnam posłuchać Hugh? Twierdził, że pewność siebie to potrzebna łowcom cecha, ale jeśli kierowała się w stronę arogancji, mogła doprowadzić do katastrofy.

Potarłam zmarznięte ramiona i wyraźnie się skrzywiłam. Nienawidziłam jesieni. Byłam ogromną zwolenniczką lata, które wczoraj wydało ostatnie tchnienie. Kto by się spodziewał, że akurat dziś zrobi się tak piekielnie chłodno? Na szczęście miałam dobrą odporność. Raczej nie groziło mi żadne przeziębienie.

Dzisiaj wcześniej skończyłam zajęcia, dlatego nie musiałam jeszcze wracać do domu. Planowałam wpaść do jakiejś kawiarni lub knajpy i ukryć się tam przed tym potężnym, okropnym wietrzyskiem. W centrum miasta niewiele było takich miejsc, gdzie można by wypić normalny napój bez procentów. Więcej tu było barów niż kawiarni. Obiecałam sobie, że wejdę do pierwszego lepszego miejsca, jakie napotkam. Nawet, gdybym miałam trafić w takie, gdzie leją się litry alkoholu. W końcu wciąż muszą posiadać w menu jakieś napoje bezalkoholowe, którymi mogliby mnie uraczyć. 

Zaczęłam się rozglądać. Już z daleka moje oczy poraził neonowy, szmaragdowy napis: „Demon bar”. Przystanęłam i uniosłam brew.

– Serio? – mruknęłam do siebie. 

Czy to przypadek, czy głupi żart od losu? Szczerze wątpiłam w to, żeby naprawdę znajdowały się tam demony. Musiałyby być naprawdę głupie.

Weszłam do środka i nie rozglądając się na boki, ruszyłam w stronę baru. Przysiadłam na odrobinę zbyt wysokim jak na mnie krześle barowym i bez przywitania, niczym prawdziwy dorosły żądający whisky z lodem, powiedziałam:

– Sok pomarańczowy.

Nie spodziewałam się, że barman położy przede mną swoje blade dłonie i pochyli się tuż nad moim uchem, szepcząc:

– Chyba pomyliłaś miejsca, Calanthe.

Spojrzałam w górę, gdzie napotkałam błyszczące, szmaragdowe oczy Aidena.

Przyznaję, byłam zaskoczona. Przez chwilę nie mogłam nic powiedzieć i siedziałam z otwartą buzią, wgapiając się w niego niedowierzająco. Najwyraźniej moje zaskoczenie usatysfakcjonowało demona. Wyprostował się i jak gdyby nigdy nic powrócił do czyszczenia szkła.

Aiden miał na sobie białą koszulę i czarną, obcisłą kamizelkę – idealnie wpasowywał się ubiorem w obraz barmana z eleganckiej restauracji, gdzie przyrządzał bogatym gościom drinki z whisky. Szkoda tylko, że to jakaś podrzędna, ciemna knajpa, w której prawie nikogo nie było. Wokół bioder zawiązany miał zwykły, krótki, czarny fartuch. Jego białe włosy układały się dziś tak, jak chciały, zupełnie jakby chwilę temu ściągnął zimową czapkę. Kpiący i zarazem triumfujący uśmieszek nie znikał z demonicznej facjaty nawet przez sekundę.

Poczułam się nagle zirytowana.

– Czy to nie dziwne, że w demonicznym barze pracuje sam demon? – spytałam w końcu z cichym prychnięciem pokazującym moje niezadowolenie. 

– Nie sądzisz, że to najlepsza reklama dla tego baru? – spytał Aiden z cieniem sarkazmu w głosie, posyłając mi ukradkowe spojrzenie. – Rozejrzyj się.

Spojrzałam niepewnie w tył. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłam nic podejrzanego, dopiero po chwili zorientowałam się, że nie ma w tym barze ludzi. Były tu za to nie tylko cieniste demony, ale także inne ich rodzaje, o których słyszałam od Hugh: demony wody, wiatru, ognia i ziemi. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie utknęłam w jakiejś dziwnej pułapce.

Spojrzałam podejrzliwie na Aidena, który wciąż przecierał ścierką szklanki.

– A więc naprawdę trafiłam do baru dla demonów – mruknęłam.

– Można tak powiedzieć, choć przebywają tu również czasem zwyczajni ludzie.

– Mówisz o mnie? – spytałam z sarkazmem.

– Ty i zwyczajność? To chyba dalekie od siebie pojęcia. – Coś w jego minie podpowiadało mi, że chciał się zaśmiać, ale wrodzony chłód na to najwyraźniej nie pozwolił.

– A więc uważasz, że jestem nadzwyczajna?

– Próbujesz mnie podejść ze złej strony, Calanthe. 

W trakcie naszej krótkiej rozmowy nie spojrzał na mnie ani razu. Zupełnie jakby udawał, że czyszczenie szklanek jest bardzo zajmujące i wymaga więcej uwagi ode mnie.

– Gdzie mój sok? – spytałam nachmurzona.

– Pomarańczowego tu nie znajdziesz.

– Jako barman powinieneś mnie o tym wcześniej zawiadomić i zaproponować coś innego. – Prychnęłam i dodałam cicho: – demony.

– Może whisky? Albo Burbon? – spytał z piekielnie chłodnym uśmiechem Aiden. 

– Chcesz upić nastolatkę? Mimo wszystko trzymam się zasad moralnych panujących w naszym świecie.

– Grzeczna dziewczynka. – Bezczelny uśmieszek nie schodził z twarzy mojego demonicznego towarzysza. Cały czas traktował mnie jak dziecko i na dodatek kogoś gorszego od siebie. Chciałam, żeby dostrzegł w mojej osobie godnego przeciwnika, którego należy się bać. Jeszcze zdążę mu udowodnić, jak wiele jestem warta, nawet będąc zwyczajnym człowiekiem.

Szklanka soku bananowego przesunęła się po blacie, trafiając prosto w moje zimne ręce. Na wszelki wypadek obserwowałam ruchy Aidena. Nie chciałam zostać otruta. Chyba niczego mi tu jednak nie dosypał. Musiałby zrobić to podczas jednego mrugnięcia ludzkiego oka. Mała szansa. Dla pewności powąchałam zawartość szklanki. Cienisty demon spojrzał na mnie ukradkiem, ale nie skomentował tego. Zamiast tego podjął inny temat.

– Ludzkie istoty są kruche. Nie sądzisz, że twój ubiór jest nieodpowiedni na tę porę roku? – spytał, a ja mało nie wybuchłam śmiechem. Przez chwilę skojarzył mi się z moim wujkiem, który był zwolennikiem ubierania się na cebulkę. – Ludzie łatwo łapią przeziębienia – dodał.

– Demony nie chorują? – spytałam, opierając się leniwie łokciami o blat. 

Może rzeczywiście nie byłam dziś najlepiej ubrana. Nie miałam na sobie nawet ciepłej kurtki ani szalika. To nic. Ponoć chorowanie z powodu pogody jest tylko głupią wymówką. Poza tym epidemia przeziębień jeszcze nie wybuchła, nie miałam się więc od kogo zarazić.

– Nie. W przeciwieństwie do was możemy umrzeć tylko z powodu zadanego ciosu lub… – tu przerwał i spojrzał znacząco na moją szklankę, zupełnie jakby chciał mnie wystraszyć – poprzez zatrucie.

– Sugerujesz coś?

– Ależ skąd. Wierzę w to, że czeka cię piękniejsza śmierć.

Na dźwięk tych słów przeszyły mnie dreszcze. To była groźba czy może komplement?

Wypiłam bez słowa sok, pokazując tym samym, że wcale się go nie boję, a potem rzuciłam mu wyzywający uśmieszek. Jeżeli chciał mnie wystraszyć – nie udało się.

– Ile za sok? – spytałam, z trudem powstrzymując się użycia podejrzanie nienaturalnego głosu, który mógłby uchodzić za zbyt dumny, ironiczny czy wyzywający.

Aiden oparł dłonie o blat i pochylił się nade mną. Miał przeszywająco chłodne, zmrużone oczy i lekko uniesione kąciki ust. Do tej pory nie uśmiechnął się tak szeroko jak robili to ludzie. Robił to raczej leniwie. Nie było w tym krztyny ciepła.

– Na koszt firmy – szepnął i odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość. 

Znów pokazał swoją zuchwałość, stając do mnie plecami. Tym razem zamiast polerowania szklanek, zajmował się układaniem butelek z alkoholami. Przez chwilę kusiło, żeby wyciągnąć exitialis z kieszeni i rzucić w jego plecy, ale nie byłoby zbyt mądre posunięcie – przede wszystkim mogłabym wzbudzić żądzę mordu w innych demonach, które tu przebywały. Uchodziłam za pewną siebie, ale nie głupią. Na razie nikt nie wiedział, kim była Calanthe Clerinell i jak wyglądała, dlatego mogłam spokojnie uchodzić za zwyczajnego człowieka lub po prostu demona o niebieskich oczach, bo takie też istniały.

Poklepałam czule swoją kieszeń, chcąc dodać sobie otuchy, i zeskoczyłam ze stołka. Pustą szklankę zostawiłam na blacie.

– Myślę, że będę tu częściej wpadać – odezwałam się.

Aiden spojrzał na mnie przez ramię i posłał mi swój zdawkowy, lekko wyzywający uśmieszek.

– Jeśli się nie boisz, łowczyni – powiedział cicho w taki sposób, aby nikt poza mną w tego nie usłyszał.

Nie odpowiedziałam. Machnęłam mu ręką na pożegnanie i nie czekając, wyszłam z knajpy.

Myślę, że to będzie dobre miejsce na zdobywanie informacji. Może trochę niebezpieczne, ale idealne do szpiegowania demonów. Poza tym będę mogła się przyglądać Aidenowi, który wciąż był dla mnie jedną wielką niewiadomą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz