poniedziałek, 28 września 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 10 - "Dziewczyna spod okna"

No i tu się kończą napisane przed laty rozdziały. Od 11 już moja współczesna twórczość, choć wciąż opierająca się na starej rozpisce (mocno zresztą przerobionej).

***

 Hugh nie był zadowolony z tego, że przeprowadzam się do Nox. Przez cały dzień próbował wybić mi to z głowy i zmusić do powrotu do rodziny. Jego argumentem stał się wiek. Nie chciał, żebym traciła reszty nastoletniego życia na zabijanie demonów. Gdy dowiedział się, co stało się przyczyną mojej długiej nieobecności, poczuł się jeszcze gorzej. Wyglądał, jakby zżerały go wyrzuty sumienia. Chciał odsunąć od Nox już nie tylko mnie, ale także Ethana i Andreasa. Czyżby sam nie podejrzewał, że departament zainteresuje się tak młodymi ludźmi, którzy ledwie stawiali pierwsze kroki w tym niebezpiecznym świecie? Doskonale wiedziałam, że gdyby nie ja, wszystko wyglądałoby inaczej. Jest już jednak za późno na odwrót. A Hugh doskonale o tym wiedział.

Nie zamierzałam zmieniać zdania. Byłam na to zbyt uparta. Tak, wiem, szef organizacji Nox chciał dobrze. Nie mógł mnie jednak traktować jak bezmózgiej nastolatki, która podejmuje tylko irracjonalne decyzje i sama nie wie, czego chce w życiu. Choć często ryzykowałam, wiedziałam dokładnie w co gram. I zamierzałam poprowadzić tę grę do końca. Nieważne, czy mojego, czy demonów. Czułam, że właśnie po to się urodziłam: żeby być łowczynią.

O pomocy Aidena nie powiedziałam nikomu, co uznaję za całkiem rozsądne rozwiązaniem. Nie wspomniałam też, że po wizycie członkini departamentu niemal umarłam. Hugh i chłopakom przedstawiłam podobną wersję co cioci i wujkowi – pomogła mi pewna starsza pani, mieszkająca za miastem. Na tym skończyło się dopytywanie. 

Wróciłam do szkoły cała i zdrowa, choć wiedziałam, że powrót do nauki jest nieco ryzykowny. Ciocia Alice i wujek Bill na pewno będą mnie szukać, ale wątpiłam, że z pomocą policji – naraziliby się wtedy na duże nieprzyjemności, w końcu zgubili jedno z dzieci, które sami adoptowali. Ta sprawa mogłaby wzbudzić zainteresowanie opieki społecznej. Zaczęliby się również przyglądać ich własnym dzieciom. To nie są głupi ludzie, umieli liczyć. Z punktu widzenia zwyczajnego człowieka łatwiej będzie zaakceptować utratę kogoś, kto zniknął dobrowolnie, niż zaryzykować utratą wszystkich biologicznych podopiecznych.

Czy pomyśleliby o tym, żeby przyjść do szkoły? Sami tego nie zrobią. Mogą jedynie zadzwonić do kilku koleżanek z klasy. Na szczęście przekazałam im już, że wyprowadziłam się do wujka, bo nie chciałam robić im problemów – mieli w końcu liczną rodzinę i problemy finansowe (co nie było prawdą).

Aby uspokoić wujostwo, obiecałam w liście, że będę się do nich odzywać. Oczywiście nie zjawię się w domu Bane’ów fizycznie, ale czasem będę się im przyglądać z oddali, żeby upewnić się, że wszystko z nimi w porządku. Miałam również zamiar wysyłać do nich listy. Nie napiszę im swojego adresu, więc nie będą mogli mi odpowiedzieć, ale przynajmniej uspokoję ich i zapewnię, że nic mi nie grozi.

Podczas mojej nieobecności Ethan i Andreas wykonali kawał świetnej roboty. Nie spodziewałam się, że przejmą dochodzenie odnośnie Ariany Falaise, którą ostatni raz widziałam podczas  meczu szachowego. Miło mnie zaskoczyli. Ethan obserwował szesnastolatkę na przerwach, a Andreas, który był bardziej kontaktowy, wypytał wszystkich znajomych o ważne szczegóły na jej temat i spisywał je potajemnie na końcu zeszytu od matematyki. Co prawda nie sądziłam, że spostrzeżenie odnoszące się do rozmiaru biustu dziewczyny będzie mi potrzebne, ale dałam mu się nacieszyć niezwykłą rolą detektywa. Andreas sprawdził Arianę również w strategicznej grze wojennej. Powiedział, że to wielkie poświęcenie, bo nienawidzi strategii, ale specjalnie dla mnie zdobył informacje odnoszące się do tego, w co gra i jaki ma nick. Okazało się, że na każdej bitwie internetowej układała najlepsze strategie. Skoro w naszej małej drużynie ja odpowiadałam za przewodzenie i rekrutowanie, Ethan za siłę, Andreas za… do tej pory tego nie odkryłam, ale niech będzie, że jest wspaniałym szpiegiem, to Ariana mogła odpowiadać za nasze strategiczne działanie. To byłby idealny zespół.

Ethan i Andre zrobili, ile mogli, teraz nadszedł czas na mnie. 

Od początku dnia przyglądałam się potencjalnej członkini Nox. Już dwa tygodnie wcześniej dowiedziałam się, że lunch jada samotnie w stołówce pod oknem. Jako jedna z niewielu osób przynosiła tutaj laptop. Pomiędzy szybkimi kęsami – nie kupowała jedzenia w stołówce, zwykle jadła po prostu kanapki – dopisywała kolejne słowa do swojego demonicznego opowiadania, które prowadziła na blogu. Znałam adres, zdążyłam nawet trochę poczytać jej historii. To, co mnie zszokowało, to spostrzeżenia na temat demonów, które były jak najbardziej prawdziwe. A co, jeżeli miała jakiś związek z pokrakami? Może ktoś z jej rodziny był łowcą? Chciałam to sprawdzić. 

Kiedy tylko weszłam do stołówki, chwyciłam za tacę, nałożyłam na talerz papkę przypominającą ziemniaki, okrągłego, szarawego kotleta i odrobinę ciemnozielonej sałaty, a potem zgrabnie wyminęłam wygłodniałych uczniów, siadając obok Ariany. Tak bardzo skupiła się na pisaniu, że nawet nie zauważyła, iż ktoś się do niej przysiada. Świetnie. Właśnie tego oczekiwałam. Mogłam zerknąć jej przez ramię i udać, że czytam kawałek rozdziału. Liczyłam na to, że na czwartej stronie otwartego programu znajduje się akurat słowo „demon”. Bingo.

– Widzę, że lubisz tematykę demonów – odezwałam się znienacka. Miałam radosny i beztroski głos. Obcej szesnastolatce posłałam szeroki uśmiech.

Ariana podskoczyła i odruchowo zamknęła laptopa. Kiedy zorientowała się, jak niegrzecznie postąpiła, na jej twarz wstąpiły rumieńce zawstydzenia. Zazwyczaj nikt tu nie siadał, dlatego moja obecność ją zaskoczyła.

– T-tak – potwierdziła niepewnie. – Przepraszam za moje… zachowanie, zazwyczaj nikt się do mnie nie przysiada. – Posłała mi przepraszający uśmiech.

Tak zasadniczo to ja powinnam ją przeprosić za to, że wścibskość, ale nie poczuwałam się do tego. Potraktowałam to jak część mojej misji.

Nabrałam na widelec kawałek kotleta. Był ohydny, jak wszystko, co wychodziło spod rąk tych starych i niemiłych pań w siateczkowych czepkach, ale służył mi dziś jako niepozorny rekwizyt, który miał poświadczyć o tym, że jestem tu tylko z powodu lunchu.

– Co o nich sądzisz? – spytałam, gdy już przeżułam strawę. Spojrzałam ukradkiem na dziewczynę. Cudem zdołałam ukryć ciekawość. Starałam się być lekko obojętna, ale towarzyska.

Ariana chyba się rozluźniła, bo posłała mi delikatny uśmiech i odpowiedziała bez jąkania:

– Są złe, to na pewno – przerwała i spojrzała w zamyśleniu przed siebie, jakby wyszukiwała w tłumach demona. – Złe i diabelsko przystojne – powiedziała w rozmarzeniu.

Od razu pomyślałam o Aidenie. Miał nietypowy wygląd, ale rzeczywiście był przystojny. Jednak zbyt dużo ludzkich demonów oprócz niego i Elise, którą ledwo widziałam na oczy z powodu gorączkowego stanu, nie poznałam.

– Hmm – udałam, że się zamyślam. – Pewnie w wielu przypadkach tak jest.

Nastąpiła między nami chwila ciszy. Dziewczyna znów ugryzła kawałek kanapki. Nie wiedziała, jak kontynuować rozmowę, ale chciała to robić ze względu na kulturę, której nauczyli ją w domu. Z tego, co słyszałam, miała wyjątkowo ułożonych rodziców i była jedynaczką. Od zawsze kreowano ją na perfekcyjną dziewczynkę, która we wszystkich dziedzinach będzie zwyciężać. Ciekawe, jak radziła sobie z porażkami.

– Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam – usłyszałam.

– To prawda. Nie jadam zbyt często w stołówce. – Zaśmiałam się. Z radością odsunęłam od siebie tacę i wystawiłam rękę w stronę nowej koleżanki. – Calanthe.

– Ariana. – Dziewczyna chwyciła mnie swoją chłodną dłonią. Ostatni raz dotykałam tak zimnej ręki, kiedy stałam przy trumnie rodziców. Chciałam udowodnić rodzinie, że nie jestem nieczułym dzieckiem i uścisnęłam matkę oraz ojca. Ciocia Alice mało nie zemdlała, kiedy to zrobiłam. Tak, to prawda, dotyk trupiej skóry nie zrobił wrażenia na pięciolatce, ale do tej pory pamiętałam to uczucie, które towarzyszyło mi przy ściskaniu ich dłoni. 

– Masz piękne imię, Calanthe. – Lekko się zaskoczyłam. Nigdy nie patrzyłam na nie pod kątem tego, czy jest ładne. Nigdy też nie usłyszałam podobnego komplementu. – Wiesz, że Calanthe to nazwa na rośliny należącej do rodziny storczykowatej? Jest ponad sto osiemdziesiąt siedem odmian storczyków. Osobiście miałam do czynienia tylko z calanthe davaensis, bo hodował je mój dziadek. To piękny biały kwiat. – Uśmiech Ariany był promienny. 

Powstrzymałam się od tego, żeby unieść brew czy zamrugać oczami. Nie miałam pojęcia, że moje imię ma związek z kwiatami. Owszem, widziałam już różne rodzaje orchidei, bo mój wujek jest zapalonym ogrodnikiem, ale nigdy nie zgłębiłam wiedzy na ich temat w takim stopniu.

– Nie wiedziałam o tym – powiedziałam zgodnie z prawdą, patrząc na dziewczynę z uznaniem.

– Och, i po łacinie Calanthe to „piękny kwiat”.

Jej wiedza naprawdę mnie zadziwiała. Zastanawiałam się, czy nie zrobić jej maratonu pytań ze wszystkich dziedzin życia. Być może potwierdziłabym wtedy tezę, że jest geniuszem.

– Chyba rodzice nie wiedzieli, co oznacza moje imię. Nadali mi je, bo ich zdaniem było ładne. – Uśmiechnęłam się i wzruszyłam obojętnie ramionami. 

Cóż, nawet, gdybym chciała o to spytać ojca i matkę, nie mogłam, tak więc nigdy nie dowiem się, jaką genezę prezentowało moje imię.

– Może kiedy zobaczyli cię zaraz po narodzinach, uznali, że przypominasz im piękny kwiat – rozmarzyła się Ariana. 

Andreas wspominał już, że jedna z opinii na temat Ariany, która krążyła wśród rówieśników, brzmiała tak: dziwak, który siedzi z głową w chmurach. Cóż, może było w tym trochę prawdy. Wolałam jednak określić to jako silne pragnienie romantyzowania życia łamane przez niewinną próbę ucieczki od rzeczywistości.

– Nie czuję się jak kwiat. – Zaśmiałam się. – Raczej nazwałabym siebie chwastem. – Posłałam jej rozbawiony, choć sztuczny uśmiech. – Czepiam się ziemi tak mocno, że nikt nie jest w stanie wyrwać mnie z podłoża.

– A więc masz silną osobowość – stwierdziła Ariana. 

Wyraz zamyślenia nie zniknął z jej twarzy. Wyglądała, jakby snuła kolejną opowieść. Czyżbym stała się jej inspiracją? Żeby tylko nie stworzyła łowczyni o imieniu Calanthe, która będzie zabijać demony.

– Raczej tak – odpowiedziałam beztrosko i wzruszyłam ramionami. – Dasz mi poczytać twoje opowiadanie? – spytałam nagle. 

Musiałam się spieszyć. Lada moment przyjdzie tu Ethan wraz z Andreasem. Miałam z nimi obgadać dzisiejszą misję, którą zlecił nam Hugh. Oczywiście nie mogliśmy iść na nią sami, tylko z obstawą. Cóż, mimo wszystko liczyłam na to, że w końcu staniemy się samodzielną grupą.

– Nie jest to coś wspaniałego. – Szesnastolatka zabrzmiała niepewnie. Odwróciła głowę i uśmiechnęła się niewinnie na boku. Zupełnie, jakby błagała mnie, żebym więcej nie dopytywała o jej twórczość. Udałam, że tego nie widzę.

– Lubię czytać. Wszystko. Szczególnie, jeżeli dotyczy demonów. – Tym razem to ja posłałam jej niewinny uśmiech. Od zawsze byłam królową kłamliwych aniołków. Kiedy czegoś chciałam, potrafiłam wyglądać bardzo przekonująco.

Ariana zastanawiała się przez chwilę, czy aby na pewno to dobry pomysł, ale w końcu otwarła laptopa i przysunęła go w moją stronę.

– To taki rozdział ze środka, ale mam nadzieję, że coś z niego rozumiesz. Jeśli chcesz, po prostu podam ci adres bloga – powiedziała nieśmiało.

– W porządku. – Uśmiechnęłam się i zabrałam za czytanie. 

Jeżeli chodziło o styl nastolatki, musiałam przyznać, że pisała poprawnie. Z takim słownictwem, bezbłędnością i stylistyką mogłaby nawet wydać własną książkę. Cóż, od początku oczekiwałam, że dziewczyna będzie idealna w każdej dziedzinie. Pochodziła z bogatej rodziny, a jej rodzice to lekarze, od najmłodszych lat uczęszczała na przeróżne zajęcia dodatkowe do najlepszych nauczycieli. Jej inteligencja i wszechstronność były wykorzystywane we właściwym zakresie. Czy to jednak nie wypracowany przez rodzinę geniusz, który miał w przyszłości zadowolić ich własne ego? Dobre pytanie.

Im dalej brnęłam w fabułę, tym bardziej się dziwiłam. Nie potrafiłam wciągnąć się w czytaną treść, w końcu nie znałam ani bohaterów, ani historii, jednak to, co widziałam przed oczami, poświadczyło o tym, że dziewczyna musi wiedzieć o prawdziwym świecie demonów. Pisała bowiem o tajemniczej organizacji łowców, która zajmowała się likwidowaniem demonów, a wykonywali to z pomocą specjalnych noży. Znalazła się tu również wzmianka o Departamencie Kontroli Demonów, choć nie użyła na ich określenie tej samej nazwy.

Spojrzałam na nią podejrzliwie znad laptopa.

– Łał, skąd te wyobrażenia na temat demonów? – Udałam zainteresowanie.

Ariana złożyła ręce w podołku i posłała uśmiech w stronę pustego, białego stołu.

– Dziadek dużo mi o nich opowiadał. Wierzę w to, że naprawdę istnieją. Człowiek, który mówił o nich z taką pasją, z pewnością nie mógłby się mylić. – Zaśmiała się, ale nie wesoło, tylko niemrawo. – Pewnie masz mnie za wariatkę. – Podrapała się w rumiany policzek.

– Nie, dlaczego? Ja też wierzę w demony – odpowiedziałam szybko. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. – Chciałabyś zostać takim łowcą? – zapytałam przymilnie, może nawet aż za bardzo, bo Ariana posłała mi nieufne spojrzenie.

– Myślę, że tak – odpowiedziała bez chwili zastanowienia. – Pomaganie ludziom to cudowna sprawa. Moi rodzice też to robią, chociaż nie są łowcami, tylko zwykłymi lekarzami.

Mówiłam, że to idealna kandydatka na łowczynię Nox? Znała się na demonach, była inteligentna, układała niezłe strategie, poza tym wszechstronnie uzdolniona, chętna do współpracy i empatyczna. Nawet przy Ethanie czy Andreasie nie uzyskałam tak dobrych wyników. Miałam ją w garści. Oczywiście nie zamierzałam znienacka wyskoczyć z propozycją: „dołącz do Nox, razem zabijemy wszystkie demony!”. Zapewne to ona uznałaby mnie wtedy za wariatkę.

Postanowiłam kontynuować temat, ale podążać odrobinę odmiennym torem.

– Twój dziadek spotkał się z kiedyś z takimi demonami? – Oparłam podbródek na ręce.

Arianę trochę zdziwiło to pytanie, ale była miła i dlatego odpowiadała na wszystko, o co spytałam.

– Cóż – zaczęła niepewnie – opowiadał kiedyś, że jego przyjaciel walczył z demonami, ale to głupie, prawda?

Zanim odpowiedziałam, usłyszałam za plecami głośne nawoływanie Andreasa. 

Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego przez ramię z miną bazyliszka. Widział, że przepytuję teraz Arianę. Mógł chwilę poczekać.

Westchnęłam i podniosłam się z ławki. Posłałam nowej koleżance przyjazny uśmiech.

– Muszę już iść, koledzy czekają. Fajnie się rozmawiało, mam nadzieję, że jeszcze będziemy miały okazję zamienić słowo.

– Z chęcią. Chociaż raz poznałam kogoś, kto nie patrzył na mnie jak na wariatkę, kiedy mówiłam o demonach. – Ariana zdawała się być szczęśliwa. Jej zielone, jasne oczy iskrzyły się radością. Uśmiech miała tak szeroki, jakby zjadła najlepszy deser na świecie. 

Zrobiło mi się jej trochę szkoda. Tak, zdążyłam zauważyć, że zawsze spędza przerwy sama. Nie miała przyjaciół, bo inni bali się do niej podchodzić. Czuli, że nie są godni rozmowy z nią. To głupie. Byłam pewna, że Ariana nie traktowała innych z wyższością. Pomimo nieśmiałości, obdarzyła mnie zainteresowaniem. Może nawet trochę się zasmuciła, kiedy powiedziałam, że muszę już iść.

– Następnym razem dłużej podyskutujemy sobie o demonach – odpowiedziałam wesoło i wyszczerzyłam zęby. Pomachałam dziewczynie na do widzenia, po czym uciekłam do chłopaków. Po drodze wyrzuciłam całą zawartość tacy do śmietnika. Wiedziałam już, że moja noga więcej tutaj nie postanie. No, chyba że będę chciała porozmawiać z Arianą.

Gdy dołączyłam już do kolegów, skarciłam Andreasa za jego nawoływanie i pochwaliłam Ethana za nową koszulę, potem wyszliśmy z hałaśliwej stołówki, kierując się ku tylnemu wyjściu ze szkoły – to tam zawsze załatwialiśmy wszystkie nasze sprawy. Na szczęście nikt nas nie podsłuchiwał, a nawet jeżeli by to robił, na pewno uznałby nas za wariatów i szybko uciekł.

Nie zauważyłam jednej istotnej rzeczy. Kiedy wychodziłam ze stołówki, rączka exitialis zalśniła w kieszeni mojego plecaka. Nie miałam pojęcia, że ktoś taki jak Ariana wie, czym jest ten nóż, bo już kiedyś go widziała. A powiedział jej o tym dziadek, który był bliżej Nox, niż sądziłam. Pewnie gdyby dziewczyna miała więcej odwagi, chwyciłaby za moją dłoń i zaciągnęła w cichy kąt, gdzie spytałaby, czy jestem łowczynią, jednak tego nie zrobiła. Stłumiła w sobie ciekawską chęć i zachowała wszystko dla siebie.

Żałowałam, że mnie nie zatrzymała, bo gdyby to zrobiła, nasza historia byłaby łatwiejsza, ale… jakie byłoby życie, gdyby samo nie lubiło się komplikować?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz