Stanęłam przed lustrem i przyjrzałam się własnemu odbiciu. Tydzień leżenia w łóżku bardzo mnie osłabił. Byłam blada, nieco schudłam, ale nie wyglądałam najgorzej. Wystarczyło, że uczeszę włosy i ubiorę wreszcie coś porządnego, a będę wyglądać jak człowiek.
Obróciłam się wokół własnej osi, wystawiając w bok szerokie rękawy białej koszuli. Wypadałoby ją zmienić. Aidena nie było póki co w domu, dlatego mogłam dobrać się do jego rzeczy.
Uśmiechnęłam się do swojego odbicia jak prawdziwa diablica i podeszłam do komody. Kiedy ją otworzyłam, zagwizdałam. Wszystkie ciuchy były złożone w idealne prostokąty. Czy demon, który uważał, że wszystko, co robi, jest dla niego czystą rozrywką, za zabawę uważał również utrzymywanie porządku?
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Miałam zamiar wprowadzić tu trochę chaosu.
Zaczęłam przekopywać się przez stertę koszul. Większość z nich była czarna lub biała, znalazłam jednak jedną błękitną. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić Aidena w innym kolorze niż biel czy czerń. Oszczędzę mu wstydu i przywłaszczę tę część garderoby, która z pewnością by na nim nie leżała.
Koszula Aidena była na tyle długa, że nawet bez nożyczek mogłam z niej uczynić kobiecą kreację. Zapięłam kilka guzików tak, żeby ciuch trzymał się na moich piersiach bez wspomagania dłońmi. Rękawami owinęłam talię – teraz robiły za wstążkę, którą ułożyłam zgrabnie na boku. Efekt był całkiem niezły. Co prawda moja koszulowa sukienka sięgała zaledwie do ud i spłaszczyła trochę biust, ale to nic. Wciąż wyglądałam dobrze.
Zrobiłam pozę w lustrze, rękami unosząc moje blond włosy. Spojrzałam w odbicie z ukosa. Przez chwilę czułam się jak modelka, co nieco mnie rozbawiło.
Za moimi plecami rozległy się nagle leniwe oklaski.
W ciągu tygodnia spędzonego z demonem zdążyłam zauważyć jedną rzecz: Aiden potrafił się poruszać niemal bezszelestnie. Nawet nie wiedziałam, kiedy wychodził i kiedy wracał, chyba sam mnie o tym powiadamiał.
– Gratuluję kreatywności – odezwał się.
Spojrzałam w lustro i dostrzegłam w odbiciu jego uśmieszek.
Odwróciłam się w stronę tymczasowego współlokatora i założyłam ręce na piersi.
– Ty naprawdę nie potrafisz dawać komplementów, co?
– A czego ode mnie oczekiwałaś? – Aiden uniósł brew.
– No, nie wiem, może na przykład, że powiesz: „pięknie wyglądasz, Calanthe” – odpowiedziałam z ironią. To oczywiste, że go podpuszczałam.
Albo mi się wydawało, albo Aiden cicho prychnął. Założył ręce na piersi tak samo jak ja, zupełnie jakby chciał mnie sparodiować.
– Co? Uważasz, że jestem brzydka i nieatrakcyjna? A może mam straszny charakter? – spytałam wyzywająco, uśmiechając się pod nosem.
– Myślę, że wszystko masz na miejscu i niczego ci nie brakuje – odpowiedział mężczyzna. Wyminął mnie i ruszył do kuchni.
Poszłam za nim.
– Nie powiedziałeś mi jeszcze, ile masz lat – zagaiłam. Od dłuższego czasu mnie to ciekawiło. Zastanawiałam się, czy miał ich pięćset, czy może czterdzieści. Hugh wspominał, że dla demonów upływ czasu był bardzo łaskawy. Na dodatek żyły dwa razy dłużej niż przeciętny człowiek.
– Dwadzieścia dwa – odpowiedział bez wodzenia mnie za nos.
Zdziwiłam się, że tak szybko odpowiedział na to pytanie.
– A więc jest między nami siedem lat różnicy. To nie tak znowu źle. Bałam się, że możesz być jakimś demonicznym staruchem, który przystawia się do nastolatek przypadkowo napotkanych w lesie.
Aiden nastawił wodę na herbatę. Cały czas stał do mnie tyłem.
– Próbujesz mnie do siebie zachęcić czy zniechęcić? – spytał, najwyraźniej rozbawiony.
– Ani to, ani to. Starałam się ciebie rozbawić, bo chociaż raz chciałam zobaczyć, jak się śmiejesz albo okazujesz inne emocje niż chłód – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Będziemy się przecież jeszcze widywać, prawda? – Spojrzałam w jego wyprostowane plecy. Właśnie odmierzał w skupieniu odpowiednią ilość liściastej herbaty. Nigdy go nie pytałam, co to za zioła, chociaż ich niebieski kolor mnie zastanawiał.
Aiden odpowiedział na moje pytanie dopiero wtedy, kiedy skończył już swoją robotę i obrócił się w moją stronę.
– Rozumiem, że dalej będziesz odwiedzać bar.
Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową. Cóż, ostatecznie nie przeszkadzało mi to, że jest taki zimny. Dobrze się z nim bawiłam przez ostatnie dni. Chyba nawet zdołałam mu w jakimś stopniu zaufać. W końcu jeśli należałby do departamentu, prawdopodobnie już dawno by mnie zabił. Poza tym byłam mu wdzięczna za ratunek. Chyba będę musiała odwdzięczyć, pytanie tylko jak?
– Zabiorę twoje koszule ze sobą. Wypiorę je i zwrócę – powiedziałam. – Tak poza tym to… – Westchnęłam. Może nia miałam problemu z dziękowaniem, ale nie lubiłam być nikomu dłużna. – Dzięki za pomoc. Może jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić w zamian? – spytałam podejrzliwie.
Aiden uśmiechnął się na boku, opierając się o kuchenny blat. Założył ręce na piersi.
– Obserwowanie ciebie dostarcza mi wystarczająco dużo rozrywki, dlatego nie musisz robić nic w zamian – odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy.
Po chwili czajnik dał znać o tym, że woda się zagotowała. Zalał nią dwa kubki z niebieskim zielem i zerknął na mnie przez ramię.
– Ostatnia herbata?
– Z chęcią.
***
Nie mogłam uwierzyć, że spędziłam w drewnianym domu na skraju lasu cały tydzień. Odsunęłam się od świata rzeczywistego i trochę się rozleniwiłam, co nie było do mnie podobne. To miłe uczucie, kiedy możesz poleżeć, a inni się tobą zajmują. Aiden pełnił w tym czasie rolę mojego lekarza. Faszerował mnie jakimiś dziwnymi ziołami, które wydobył z Reverentii i kazał się smarować przedziwną, zieloną maścią. Bez tego rekonwalescencja trwałaby znacznie dłużej, tymczasem po moich rozległych ranach nie było nawet śladu. Miałam skórę taką, jak dawniej – pozbawioną blizn i siniaków.
Dziwnie się czułam, kiedy opuszczałam jego dom. Nie potrafiłam nawet nazwać tego uczucia, które mnie opanowało. Smutek? Żal? To prawda, że Aiden okazał się czarującym demonem, ale nie powinnam się do niego zbliżać. Po pierwsze nie spodobałoby się to Nox, po drugie departamentowi. W tym przypadku byliśmy trochę jak Romeo i Julia, z tym że nie łączyła nas żadna miłość. Trudno nazwać to również przyjaźnią, ale musiałam przyznać, że przez ten czas nawet go polubiłam.
Otuliłam się dokładniej szalikiem, który pożyczyłam od Aidena i przekroczyłam próg lasu. Znalazłam się na otwartej przestrzeni, gdzie słońce przedzierało się przez korony jesiennych drzew, niemal atakując moje oczy promieniami. Cóż, musiałam zmierzyć się teraz ze stęsknioną i zmartwioną zniknięciem nastolatki rodziną. Zastanawiałam się, jak przyjęli bardzo wiarygodną historię (wymyśloną na poczekaniu), którą zawarłam w liście. Przekazałam im, że zraniłam się poważnie nożem. Nie mogli mnie przyjąć do szpitala, bo tego dnia było za dużo ludzi, jeden człowiek nawet stracił nogę, a gdzieś nieopodal zdarzył się potężny karambol, tak więc zrezygnowałam, mając nadzieję na to, że sama dobrze sobie poradzę, ale oczywiście się myliłam. Straciłam tak wiele krwi, że zemdlałam w drodze do domu i obudziłam się u obcej kobiety w mieszkaniu (oczywiście, że nie u mężczyzny). Mieszkała za miastem, tak więc nie mogłam wrócić tak szybko. Kobieta odpowiednio się mną zajęła i… oto jestem, po tygodniu, bez śladu blizny na ręce.
Zmarszczyłam czoło. Miałam przy sobie kilka dolarów, a apteka była całkiem niedaleko, to dlatego poszłam do niej i kupiłam bandaż. Owinęłam nim rękę tak profesjonalnie, że można by pomyśleć, iż wyszłam właśnie ze szpitala. Teraz czekało mnie inne wyzwanie.
Do domu weszłam po cichu, ale moje kuzynostwo i tak dosłyszało dźwięk otwierających się drzwi. Momentalnie wybiegli z kuchni i się na mnie rzucili. Cieszyli się, że wróciłam. Roztrzepana i rozespana ciocia Alice wynurzyła głowę z pokoju. Była ubrana w gruby, niebieski szlafrok. Uśmiechnęłam się do niej niewinnie, ale zanim cokolwiek powiedziałam, tuliła mnie już do swojej piersi.
– Tak bardzo się o ciebie martwiliśmy, Calanthe! – załkała.
Poklepałam ją po plecach. Oni się martwili, a ja odwdzięczałam się za tę troskę kłamstwami. Co ciocia Alice i wujek Bill aktualnie o mnie wiedzieli? Już nic. Dawno przestałam im o czymkolwiek mówić. Nigdy nie zrobiłam niczego złego i to dlatego wierzyli we wszystko, co mówiłam. Czułam się z tym strasznie.
– Jesteś głodna? – usłyszałam zaraz.
Uśmiechnęłam się i potrząsnęłam głową.
– Zjadłam śniadanie razem z tą starszą panią, która mnie znalazła. W sumie to mogłam wrócić już wczoraj, ale wiesz… to była samotna pani. Było jej przykro, dlatego zostałam dzień dłużej i odwdzięczyłam się w niewielkim stopniu, sprzątając cały jej ogromny dom – powiedziałam.
Nawet bałam się spojrzeć siostrze własnej matki w oczy. I pomyśleć, że we wszystko mi wierzyła. Ja sama nigdy bym sobie nie zaufała. Za dobrze siebie znałam.
– Będziemy musieli się do niej wybrać z ciastem – powiedziała Alice, ocierając łzy z policzków. Nareszcie się ode mnie oderwała i pozwoliła mi odetchnąć.
– Tak, ale to nie teraz, ponoć przyjeżdżają do niej wnuczki na dwa tygodnie – mruknęłam od niechcenia. Wiedziałam bowiem, że moja ciotka zaraz zapomni o tej dziwnej, nieistniejącej babci i o cieście, które chce jej zrobić. Była wystarczająco zajęta wychowywaniem własnych dzieci.
– Pójdę na górę, mam dużo do nadrobienia – powiedziałam i uśmiechnęłam się niewinnie.
Ta pokiwała tylko głową.
– Przyjdź później, upiekę ciasteczka i wszystko dokładnie nam opowiesz – odpowiedziała i zaraz spojrzała na dzieciaki. – Wracajcie do jedzenia śniadania, już!
Moje kuzynostwo zniknęło wraz z matką w kuchni.
Hugh wspominał kiedyś, że obecni członkowie Nox albo nie mają rodziny, a jeżeli już ją mają, trzyma się od niej z daleka ze względu na departament, który bezustannie nas obserwuje. Wiedzą już, gdzie mieszkam. A ja nie chciałam, aby mojej rodzinie coś się stało. Muszą żyć. Tak wiele dobrego dla mnie zrobili i tak wiele dobrego robili dla innych ludzi. Nie chcę być powodem ich śmierci.
Wspięłam się po schodach z ponurą miną.
Nie miałam zamiaru zrezygnować z bycia łowcą. To coś, do czego byłam stworzona. Mój świat to teraz tylko i wyłącznie Nox. Dawno zapomniałam o szkole, zwyczajnych ludziach, których tam spotykałam, i o wygodnym życiu rodzinnym. Nie było już dla mnie miejsca w domu Bane’ów.
Weszłam do pokoju, zamknęłam po cichu drzwi i zabrałam się do pisania. Długo kreśliłam na kartce zdania, przygryzając końcówkę ołówka. Marszczyłam czoło, wzdychałam, odchylałam się na krześle i wgapiałam tępo w sufit. To wszystko po to, aby zebrać chaotyczne myśli do kupy. Nie byłam najlepsza w wyrażaniu uczuć. Nawet po śmierci rodziców ani razu nie zapłakałam. Czasem miałam wrażenie, że jestem przesadnie obojętna na to, co znajduje się w moim otoczeniu. Bywało, że własne życie traktowałam jak błahostkę.
Ostateczna wersja mojego listu miała zaledwie pięć linijek. Pisałam krótkimi zdaniami, bez uczuć i bez emocji. Byłam jednak pewna, że gdy ciocia przeczyta ten list, poczuje, z jak wielkim bólem go tworzyłam. Przeprosiłam, podziękowałam i poprosiłam, żeby się o mnie nie martwili i nie szukali, bo będę w dobrych rękach, po prostu nie chciałam, żeby groziło im niebezpieczeństwo. To, co zamierzam robić, jest związane ze śmiercią moich rodziców, a także z czynieniem dobra, nie mają się więc o co martwić, przecież zawsze potrafiłam o siebie zadbać. Mają ucałować moje kuzynostwo i po prostu żyć jak zwyczajni ludzie. Nie uniknęłam kłamstw. Zawarłam w liście krótką informację, że poznałam brata mojego ojca, u którego teraz będę mieszkać.
Kartkę spakowałam do koperty. Może i byłam tchórzem, ale nie wyobrażałam sobie naszej rozmowy twarzą w twarz. Trudniej byłoby mi wtedy uciec, poza tym ciocia i wujek to moi prawowici opiekunowie, powstrzymaliby mnie przed odejściem nawet siłą. Tak będzie lepiej.
Zostawiłam wiadomość na biurku, a potem zaczęłam się pakować. Wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy, w razie czego mogłam coś dokupić. Rodzice zostawili po sobie spadek, a wujostwo pozwalało mi z niego korzystać, ponieważ wiedzieli, że jestem rozsądna i nie wydaję pieniędzy na głupoty. Jeżeli czegoś mi zabraknie, zawsze będę mogła zatrudnić się dorywczo. Nie jadłam dużo i nie wymagałam dużo, więc uda mi się przeżyć.
Zawiesiłam torbę na ramieniu, spojrzałam po raz ostatni na pokój, w którym spędziłam większość życia swojego dziecięcego oraz nastoletniego życia i… po prostu zostawiłam to wszystko za sobą.
Nikt nie zorientował się, że wychodzę z domu. Nikt nie zorientował się, że dzisiejsze powitanie będzie równoczesnym pożegnaniem. To prawie tak, jakbym umarła. Jedyną różnicą pomiędzy umieraniem a zaginięciem była tylko nadzieja. Bo gdy ktoś odchodzi, wciąż liczysz na to, że kiedyś wróci. Kiedy ktoś umrze, wiesz, że to koniec.
Opuściłam dom Bane’ów nie oglądając się za siebie. Nie płakałam, nie próbowałam przekonać siebie do powrotu. Kiedy już podejmowałam decyzję, nie wątpiłam w nią. Byłam konsekwentna.
Po kilkudziesięciu minutach pojawiłam się w progu organizacji Nox. Otworzył mi sam Hugh. Był zdziwiony, że widział mnie tu w niedzielę, kiedy zazwyczaj wszyscy odpoczywaliśmy. Był ubrany w spodnie dresowe i wyglądał, jakby zarwał nockę.
– Chyba mamy do pogadania – odezwał się po dłuższej chwili szef organizacji.
Tak, mieliśmy. Ethan na pewno z grubsza opowiedział, dlaczego zniknęłam, ale nikt z Nox nie znał szczegółów. Pewnie martwili się o mnie tak samo jak ciocia i wujek.
– To prawda – powiedziałam. – Ale zanim to nastąpi… – Przekradłam się pod ramieniem przełożonego i stanęłam na przedpokoju, podpierając się na biodrach. – Przeprowadzam się do Nox.
Nastąpiła długa cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz