Mecze szachowe nigdy mnie nie ciekawiły, nie powiem jednak, że kompletnie nic na ich temat nie wiedziałam. Wujek był wielkim fanem tej strategicznej gry. Zawsze ubolewał nad tym, że jego dzieci i żona nie pałali do niej taką samą miłością. Jedyną osobą, która z ciekawości dała się namówić pewnego dnia na partyjkę, byłam ja. Pamiętam, że gdy pierwszy raz przysiadłam przy szachach, miałam zaledwie sześć lat. Teraz rozgrywaliśmy przynajmniej dwa mecze w tygodniu. Może dziś, mając piętnaście lat, walczyłam z nim jak równa z równym, ale odnosiłam wrażenie, że wujek Bill często daje mi fory. Nie musiał tego robić. Potrafiłam przegrywać. Co prawda czyniłam to z wielkim bólem, ale ostatecznie przyjmowałam do siebie każdą porażkę.
Kichnęłam potężnie, przerywając piekielną ciszę panującą na turnieju szachowym w naszej szkole. Fanatycy popatrzyli na mnie z oburzeniem. Ich miny mogły mówić tylko jedno: masz zamiar hałasować, to lepiej stąd wyjdź. Bardzo mnie ta reakcja rozbawiła. To tak, jakby od tego turnieju miało zależeć ich życie.
Wyjęłam z kieszeni chusteczkę i wysmarkałam nos. Znowu zostałam rozgromiona złymi spojrzeniami. Uśmiechnęłam się uroczo do najbliżej stojącej dziewczyny, a ona prychnęła ostentacyjnie i odwróciła głowę, nie zwracając uwagi na moje smarkate zaczepki. Obok mnie stał znudzony Andreas, który uparcie klikał coś w telefonie i Ethan, który marszczył czoło, oglądając w skupieniu mecz turniejowy. Dlaczego tu staliśmy? Powód był prosty. Znalazłam kolejną osobę, która mogłaby zasilić nasze młode szeregi w Nox.
Skierowałam spojrzenie na średniego wzrostu dziewczynę, która farbowała włosy na wściekłą czerwień. Miała tak intensywnie zielone oczy, że nawet z odległości kilku metrów mogłam dostrzec jakiej barwy są. Do tego była przeraźliwie blada, jakby na coś chorowała albo po prostu była wampirem, który nie wychodzi na światło dzienne. Wyróżniała się z tłumu, choć może nie do końca zamierzała to robić. Z tego, co zaobserwowałam, uchodziła raczej za nieśmiałą dziewczyną. Chyba nigdy nie ubierała się w inne kolory niż czerń. Dziewczyna nie miała nadwagi, ale tu i ówdzie wystawało jej trochę więcej – starała się to ukryć z pomocą szerokich ciuchów. Idę o zakład, że kiedy choć raz ubrałaby obcisłą bokserkę, męska część społeczności szkolnej miałaby się na co patrzeć.
Spojrzałam na swój biust. Niby nie był taki mały, ale ona niestety dwukrotnie mnie przebijała. Ethan zerknął na mnie z wrednym uśmieszkiem, zupełnie jakby zorientował się, co mam na myśli. W zamian posłałam mu uroczy, choć nieco ironiczny uśmiech.
Dzisiejszy mecz szachowy był wyjątkowy. Szesnastoletnia Ariana Falaise o uroczej, okrągłej buźce właśnie odbywała starcie z dwudziestoma innymi graczami. Zazwyczaj nie widuje się takich turniejów w szkołach, bo nikt nie jest na tak wysokim poziomie, żeby pokonać tylu przeciwników naraz w tak krótkim czasie, tyle że Ariana była młodym geniuszem.
Znów kichnęłam i pociągnęłam potężnie nosem. Tym razem nikt nie zwrócił na mnie uwagi, widocznie wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. W głowie przeklinałam Aidena, który zdawał się rzucić na mnie klątwę. Ostatnio mówił coś o tym, że ludzie łatwo chorują. Dotychczas wyłącznie raz na kilka lat chwytało mnie przeziębienie. Może jednak dosypał mi czegoś do soku bananowego? Jakiegoś groźnego, demonicznego wirusa wyciągającego z człowieka wszystkie siły?
Uśmiechnęłam się pod nosem krzywo, zdając sobie sprawę z tego, że myśli za daleko już odpływają.
– Kiedy stąd wyjdziemy? – spytał nagle znudzony Andre, trochę głośniej niż powinien. Tym razem to na niego spojrzeli, jakby chcieli go zabić, jednak w ogóle się tym nie przejął. – Szachy są takie nudne, wolę gry komputerowe. – Westchnął umęczony.
Pochyliłam się ku rówieśnikowi i zasłoniłam usta w taki sposób, żeby moje chorobowe zarazki znienacka na niego nie przeskoczyły.
– Jesteśmy tu po to, żeby obserwować potencjalną członkinię Nox. Nie musisz znać zasad gry, żeby zauważyć, jak świetnie sobie radzi. Ma świetną taktykę – szepnęłam.
Andreas przewrócił oczami i bez słowa wrócił do gry na swoim starym telefonie. Nie interesowały go ani szachy, ani dziewczyna w nie grająca, ani ludzie, którzy tu byli. Nie miałam mu tego za złe. To ja przyciągnęłam ich tutaj siłą.
Mecz dobiegł końca. Ariana otarła pot z czoła i odetchnęła. Wygrała osiemnaście na dwadzieścia meczów, co było znakomitym wynikiem. Fanatycy szachów klaskali tak, że sala zaczęła się trząść. Postanowiłam, że to dobry moment, żeby niepostrzeżenie się wymknąć. Spojrzałam na Ethana i machnęłam mu ręką. Skupionego na grze Andreasa musiałam pociągnąć za rękaw, siłą wyprowadzając z pomieszczenia, najwyraźniej był zajęty wbijaniem wyższego levelu.
Na zewnątrz blondyn ostentacyjnie ziewnął.
– To było naprawdę nudne.
– Dla osoby, którą nie interesuje nic poza grami komputerowymi, na pewno – odezwał się Ethan.
Andre spojrzał na niego spode łba.
– A ty co, masz w ogóle jakieś zainteresowania? – spytał z prychnięciem piętnastolatek.
Nasz starszy kolega wzruszył obojętnie ramionami. Miałam wrażenie, że ta dwójka za sobą nie przepada. Nie chciałam, żeby w naszej małej drużynie panowała jakaś niezgoda. Może powinniśmy kiedyś wybrać się po szkole do jakiejś knajpy i spędzić trochę czasu razem, aby zacieśnić więzi?
– Zaobserwowałaś coś jeszcze? – spytał nagle Ethan, kierując na mnie spojrzenie.
Kiwnęłam głową. Zanim jednak odpowiedziałam na to pytanie, potężnie kichnęłam. Uniosłam palec wskazujący w górę, chcąc dać im znać, że to nie koniec, więc powinni jeszcze poczekać, i odwróciłam się plecami do chłopaków. Dopiero gdy wysmarkałam nos, zwróciłam się ku nich ponownie.
– Ariana jest geniuszem tej szkoły. Osiąga najlepsze wyniki w nauce i wygrywa większość konkursów, poczynając od tych naukowych i nie kończąc na artystycznych. Najbardziej w świecie lubi czytać książki i pisać własne opowiadania. Ma bloga, gdzie pisze o… – znowu kichnęłam – demonach.
Ethan potrząsnął z pobłażaniem głową. Oboje z Andreasem poddali się już z mówieniem mi „na zdrowie”.
– Zawsze zastanawiało mnie, skąd bierzesz te wszystkie informacje.
Wzruszyłam obojętnie ramionami.
– Chodzę, obserwuję, pytam – powiedziałam to tak, jakbym była pijanym prezenterem telewizyjnym. Miałam naprawdę straszny głos.
Już miałam wyjąć z kieszeni kolejną chusteczkę, kiedy tuż przede mną stanął Ethan. Spojrzałam w górę, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. Kiedy chłopak pochylił się nade mną, odgarnął moją grzywkę w bok i przyłożył swoje czoło do mojego czoła, zesztywniałam. Cóż, niewiele rzeczy jest w stanie mnie zdziwić. Na pewno nie podejrzewałabym nieśmiałego Ethana niemającego podejścia do kobiet o to, że tak się ze mną spoufali.
– Masz gorączkę – usłyszałam wyrok, gdy już się wyprostował. To on teraz wyglądał, jakby miał gorączkę, nie ja. Chyba zrozumiał, co takiego zrobił, bo zrobił się cały czerwony. Na dodatek od razu odwrócił ode mnie wzrok.
– Tak? – spytałam głupio, marszcząc czoło. Czułam się okropnie, ale nie podejrzewałam, że mam gorączkę. Sama przyłożyłam sobie dłoń do czoła, jednak nie dostrzegłam żadnej anomalii.
– Nie powinnaś dzisiaj przychodzić do szkoły – powiedział głosem surowego ojca Ethan. Założył ręce na piersi i spojrzał na mnie z góry karcąco.
– Powiedział ojciec Ethan – dodał zgryźliwie Andreas, za co został obdarzony morderczym spojrzeniem.
– Miałam coś do zrobienia, musiałam przyjść – odpowiedziałam, powstrzymując się od wrednego uśmieszku, który wręcz cisnął mi się na usta po słowach Andre.
– Idź do domu, Calanthe. Powinnaś położyć się do łóżka przynajmniej na jeden dzień, bo wiem, że więcej nie wytrzymasz – powiedział znacząco Ethan. Chyba rzeczywiście miał rację. Zdążył mnie już trochę poznać.
W normalnej sytuacji zapewne zaczęłabym się kłócić, ale w myślach szczerze się z nim zgadzałam. Potrzebowałam odpoczynku, przynajmniej jednodniowego. Czułam się piekielnie źle. Bolała mnie głowa, nie miałam na nic sił, ledwo mówiłam i kichałam jak szalony kot. Pierwszy raz tak bardzo pragnęłam znaleźć się w łóżku pod ciepłą kołdrą.
– Masz rację – mruknęłam i zarzuciłam torbę na ramię. – Zobaczymy się jutro. – Spojrzałam na Ethana i jego uniesioną brew. – Albo za kilka dni. – Posłałam mu uroczy uśmiech.
Zanim chłopacy się odezwali, pomachałam im ręką i odwróciłam się na pięcie.
– Podoba ci się – usłyszałam jeszcze za plecami rozbawionego Andre.
– Zamknij się – syknął w odpowiedzi Ethan.
Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem. Nie wiem, czy zdawali sobie z tego sprawę, ale osoba chora to nie to samo, co głucha. Miałam nadzieję, że to, co powiedział Andreas, nie było prawdą, a wszystko, co robi Ethan, jest tylko przyjacielską chęcią niesienia pomocy. Nie szukałam miłości, a jeżeli już: potrzebowałam kogoś, kto za mną nadąży. Na razie póki co musiałam się zadowolić romansem z nieprzyjemną grypą.
***
Do domu wróciłam ledwo żywa. Ciocia i wujek już dawno byli w pracy, a kuzynostwo w przedszkolu i szkole, musiałam więc radzić sobie sama. Wygrzebałam z szafki jakieś tabletki na zbicie gorączki, wzięłam syrop na kaszel, zaparzyłam sobie gorącą herbatę i poszłam do siebie, poleżeć pod kołdrą. Początkowo myślałam, że wykorzystam ten spokojny i leniwy czas na czytanie książek, które od dawna zalegały na mojej półce, ale byłam tak śpiąca i zmęczona, że prawie od razu, gdy głowa dotknęła poduszki, usnęłam. Nie wiem, ile spałam, był to jednak dosyć niespokojny sen. Kręciłam się z boku na bok, czując, jak pot spływa po moim czole. Może i nie majaczyłam, ale za to nachodziły mnie bardzo głupie myśli i sny. Pojawiał się w nich Aiden ze szklanką soku bananowego w dłoni. Wsypywał mi coś do niej, a potem kazał to pić. Nie chciałam tego robić, ale demon miał w oczach coś, co nakazało mi podnieść szklankę do ust i wypić całą jej zawartość. Sok był trucizną, która sprawiła, że zostałam powalona na ziemię. Tarzałam się po niej i krztusiłam, a Aiden śmiał się tak głośno i nienaturalnie, jakby był zupełnie kimś innym. Kiedy otworzyłam oczy, miałam wrażenie, że sen dalej trwa. Tym razem byłam jednak w swoim pokoju, a w drzwiach stała obca kobieca sylwetka. Wskazywała na mnie palcem, uśmiechała się diabelsko i mówiła coś do swoich cienistych popleczników. Wszystko było jak za mgłą, dlatego byłam niemal pewna, że mój gorączkowy sen trwa. Przynajmniej do momentu, kiedy ktoś nie chwycił brutalnie za moje włosy i wyciągnął spod kołdry. Uderzyłam głową w parapet okna, co nieco mnie otrzeźwiło. Ktoś naprawdę tutaj był i… najwyraźniej próbował doprowadzić do mojej śmierci.
Byłam ogłuszona i słaba. Nie wiedziałam, co się dzieje. Wszystkie głosy dochodziły do mnie, jakby ktoś ukrył je za zasłoną. Czułam, że po czole ścieka mi coś ciepłego. Nie wiedziałam tylko, czy to pot, czy moja własna krew. Z trudem wyjęłam exitialis z kieszeni (miałam szczęście, że w ogóle je tam trzymałam) i zamachnęłam się nim w cienistą postać. Demon zniknął, a ja upadłam na kolana. Nim zdążyłam złapać oddech, znalazły się przy mnie dwie następne pokraki. Skąd się tutaj wzięły? Czyżby Aiden miał rację? Podpisałam na siebie wyrok, dołączając do Nox? Demony mogły wykorzystać moją nieuwagę i chorobowy stan. To nie było fair, ale nie mogłam zapominać, że te pokraki nie miały żadnych zasad. Dla nich liczyło się tylko to, aby kogoś wykończyć.
Znowu zamachnęłam się nożem na oślep. W uszach mi brzęczało. Bałam się, że jeszcze chwila i po prostu zemdleję. Nikt nie potrafił walczyć normalnie w takim stanie, zwłaszcza gdy był po prostu człowiekiem.
Demony rzucały mną między sobą jak zabawką. Próbowałam się uwolnić, ale niewiele to dawało. Raz lądowałam na podłodze, uderzając w nią biodrem z całej siły, potem waliłam głową w szafkę nocną. Jeden z demonów mnie ugryzł, a drugi wbił swoje pazury w moją klatkę piersiową. Wtedy zabrakło mi tchu. Ból był silny i obezwładniający. Nie, nie mogłam tak umrzeć.
Kiedy po raz kolejny upadłam na podłogę, zobaczyłam, że ktoś przy mnie stoi. Nie zdołałam nawet podnieść głowy, żeby zobaczyć, kto to. Obok damskich butów widziałam kałużę krwi. Ciocia Alice i wujek Bill będą przerażeni tym widokiem, ale… nie miałam czasu na sprzątanie, kiedy sama mogłam zaraz umrzeć.
Podniosłam się ociężale na łokciach, próbując nie stracić świadomości tego, co się dzieje. Świat może i wirował mi przed oczami, ale wciąż byłam w stanie się ruszać.
– Ludzie to słabe istoty – usłyszałam nagle kobiecy głos. – Nie wiem dlaczego tyle o tobie mówią w Reverentii.
– Ja też – powiedziałam ochrypłym głosem i podniosłam się z podłogi. Osoba, która przede mną stała, nawet nie dała mi chwili na wytchnienie. Kopnęła mnie w brzuch kolanem, przez co straciłam równowagę. Wylądowałam plecami na parapecie, to dlatego udało mi się go przytrzymać, aby znów nie osunąć się na podłogę.
Widziałam, że krew spływa po mojej twarzy i zdobi koszulkę czerwienią. Już sama nie wiedziałam, czy to mój nos, czy głowa. Pomimo braku sił podniosłam głowę i spojrzałam na kobietę wyłaniającą się z cienia. Miała długie, kręcone, brązowe włosy i szmaragdowe oczy. Tylko tyle byłam w stanie dostrzec, nie miałam czasu na zagłębianie się w szczegóły.
– Komu zawdzięczam to miłe powitanie w moim własnym domu? – spytałam z kpiącym uśmieszkiem. Bałam się, ale nie chciałam tego po sobie pokazywać. Jeżeli już miałam zginąć to jako bohaterka, nie tchórz.
Kobieta stanęła przede mną w lekkim rozkroku.
– Elise Thorne, Departament Kontroli Demonów – powiedziała powolnym, niemal uwodzicielskim głosem. Jeżeli starała się mnie poderwać, to niezbyt jej to wyszło. Nie leciałam na demony.
– A więc w końcu się doczekałam – mruknęłam z uśmieszkiem.
– Cudowny moment na śmierć, nie sądzisz, Calanthe?
– Jestem zaszczycona, że znasz moje imię, ale niestety nie pozwolę się tak łatwo zabić.
– Ach, tak? – Rozbawiona Elise uniosła brew. Najwyraźniej czekała na mój ruch.
Cóż, może nie był to pomysł sezonu, ale kiedy człowiek stał naprzeciwko śmierci, chwytał się każdej deski ratunku.
Uniosłam exitialis, zarysowałam w górze szybki okrąg i oślepiłam demony światłem noża, które zazwyczaj wspomagało ich zabijanie. Tym razem miało jednak odwrócić ich uwagę.
Wzięłam głęboki wdech, rzuciłam nożem w Elise, zapewne celnie trafiając ją w brzuch i wyskoczyłam przez okno. Na szczęście byłam na tyle trzeźwa, żeby chwycić się drewnianej pergoli, którą otaczały róże. Poraniłam sobie dłonie i złamałam pergolę, ale na szczęście udało mi się wylądować na ziemi tak, żeby nie złamać karku. Mój upadek nie należał do przyjemnych ani spektakularnych, ponieważ wylądowałam na kolana, ale przynajmniej z tej pozycji łatwo mogłam się podnieść i uciec.
Kiedy biegłam, czułam się jak pijana. Co rusz potykałam się o jakąś gałąź, upadałam w trawę, raniłam ręce, w które uderzały gałęzie. Miałam wrażenie, że demony wciąż mnie gonią i siedzą mi tuż na ogonie. Mój umysł wytwarzał przedziwne, majaczące się obrazy. Miałam wrażenie, że cienie przekradają się pomiędzy drzewami i szykują się do ataku. Nie mogłam już biec, brakowało mi oddechu. Ostatni upadek sprawił, że więcej się nie podniosłam. Zdołałam tylko przewrócić się na plecy i jęknąć z bólu. Jeśli nikt mnie tutaj nie znajdzie, będę martwa. Wykrwawię się na śmierć. No, chyba że pierwsze pojawią się tu demony.
Kaszlnęłam potężnie i splunęłam w trawę krwią. Cóż, jak widać, zwykła choroba może zmienić się w stan bliski umierania, a to wszystko dzięki departamentowi, który teraz już nawet wiedział, gdzie mieszkam. A co, jeśli zrobią krzywdę mojej rodzinie? Musiałam tam wracać.
Spojrzałam w górę na rozmazujące się na niebie korony drzew. Oddychałam coraz ciężej. Wiedziałam, że za chwilę odpłynę. Już teraz czułam obezwładniający mnie chłód. Byłam pewna, że to trucizna cienistych demonów krążyła po moich żyłach.
Przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się do siebie krzywo. Co za kiepska śmierć dla kogoś takiego jak ja. Nigdy nie podejrzewałam, że tak właśnie skończę. Może Elise miała rację? Ludzie byli słabi.
Nim całkowicie odpłynęłam, ujrzałam nad sobą cień. Nie wiedziałam, do kogo należał, póki się nie odezwał. Kiedy usłyszałam to jedno, jedyne słowo, poczułam ulgę.
– Głupia.
A potem odpłynęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz