wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 12 - "Gdy ktoś wchodzi w Twoje życie z butami"

Tak więc przybywam (w końcu). Rozdział trochę nieogarnięty, pomieszany, odrobinę chaotyczny, ale musicie mi to wybaczyć! Potrzebuję chwilki, żeby znowu wkręcić się w ten demoniczny świat!
Mimo chaosu, chciałabym go dedykować Yuki z którą mam nadzieję od października zacząć studia (dietetyka we Wrocku). Ostatnio przeczytała moje opowiadanie i nawet narysowała Laurę! Więc się jaram! Dedykacja nie jest jednak tylko za to. Po prostu fajna z niej dziewczyna C: (wcale się nie podlizuję, bo chciała zjeść moje myszoskoczki, wcale, serio!).

Ten chłód w oczach! To je Laura (tego nie ogarniesz!)

***

           Brązowooki chłopak stał przy oknie, przypatrując się biegnącym po zalanej deszczem ulicy, uradowanym dzieciom. Mimo okropnej pogody potrafiły się świetnie bawić. Skakały po kałużach ochlapując siebie nawzajem, śmiały się, wywracały, obejmowały i skakały. Wydawało się, że nic nie jest w stanie przerwać ich cudownej zabawy, a jednak. 
           Blondyn na widok rozpędzonego auta westchnął cicho i odsunął się od okna. Oparłszy się o parapet, nasłuchiwał. Oddźwięk gwałtownego hamowania, dziecięce krzyki, a ostatecznie: przejmująca cisza. Zabawa skończona. Z miną niewyrażającą żadnych emocji, oddalił się od okna i zasiadł przy stole. Swoje obojętne spojrzenie utkwił na pustej, szarej ścianie. 
           Ból, cierpienie, smutek, nieszczęście, śmierć. Wszystko sprowadza się do jednego. Na co dzień był świadkiem równie makabrycznych zdarzeń i przestało to robić na nim jakiekolwiek wrażenie. W tym świecie nie było litości, nawet dla najmłodszych. Gdy patrzył na wszystkie nieszczęścia z boku, często zadawał sobie pytanie: gdzie jest Bóg, kiedy dzieją się takie rzeczy? Gdzie jest dobro, kiedy zło grasuje wśród niewinnych dusz, próbując uchwycić je ostrymi pazurami i ściągnąć na samo dno nędzy? Odpowiedź była prosta. Bóg nie istnieje, dobro jest znikome, a zło włada nad niczego  nieświadomym światem. 
           Blondyn zamknął oczy i złożył ręce jak do modlitwy. 
           Bycie łowcą nie było rzeczą łatwą. Każdy dzień traktowany był jak ten, który może być twoim ostatnim, każde zniszczone zło, jako zapowiedź następnego, każdy promyk słońca jak burza, która miała rozpętać się lada moment. Bycie nim oznaczało oddanie się dobrowolnie w ręce zła. Czyniłeś dobro, ale nikt tego nie widział, żyłeś, ale nikt o tobie nie słyszał. Piękny, heroiczny obraz życia zwykłego człowieka wplątanego w świat, którego nienawidzi.
          - Ej, Sorath! - dosłyszał z nagła znajomy, irytujący głos.
          Otworzył oczy i spojrzał w stronę korytarza. Z ciemnicy wynurzył się czarnowłosy, całkowicie przemoczony chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy. 
          - Ty wiesz co? - spytał z niekrytą dumą w głosie - Uratowałem małego bachora przed rozpędzonym autem.
          Sorathiel uśmiechnął się pod nosem. Witajcie w złym świecie, gdzie promyk słońca nie zwiastuje burzy. Świat wytrwałego łowcy cienia czyniącego dobro kosztem własnego życia. 
          - Niesamowite - odparł blondyn, trzęsąc głową - Stąd te rany?
          - Rany - prychnął chłopak, krzywiąc się znacząco na widok kilku drobnych rozcięć - Co ja bym dał, żeby mieć prawdziwe rany. Cieszyłbym się wtedy jak rudy z nowego koloru włosów.
          Czarnowłosy chłopak w trochę gorszym nastroju skierował się w stronę łazienki. Będąc w niej chwycił za pierwszy lepszy ręcznik i przetarł nim przemoczoną głowę. Po tym zabiegu spojrzał w lustro i wyszczerzył się w stronę swojego odbicia.
         - Cześć, przystojniaku, co u ciebie słychać?
         Śmiejąc się jak ostatni wariat na ziemi, zarzucił ręcznik na kark i wyszedł z ciasnego pomieszczenia. Przechodząc przez przyciemniony pokój, chwycił za pilota leżącego na wieży i przycisnął przycisk "play". Z głośników poleciał spokojny utwór zespołu Diecast - Coldest rain.
         Sorathiel ponownie zamknął oczy i wsłuchał się w smutną melodię tak bardzo odpowiadającą jego dzisiejszemu nastrojowi oraz pogodzie za oknem. Te nostalgicznie brzmiące smyczki, ten smutny dźwięk pianina! Nie ma nic piękniejszego, niż...
        - Stary, czasem żałuję, że mamy jedną playlistę - powiedział zielonooki, przełączając piosenkę. 
        W głośnikach rozbrzmiał weselszy utwór zespołu AC/DC - Higway to hell. 
        Blondyn przewrócił oczami. Owszem, mieli bardzo podobne gusty muzyczne, ale nastroje całkowicie różne. 
        - Yeeeeeeeaaaaaaah! - wykrzyknął zielonooki, wskakując na stół i zdejmując przemoczoną koszulkę, którą rzucił prosto w twarz Sorathiela - Tylko rock&roll, dziwki! A teraz wszyscy razem śpiewamy! HIIIIGHWAY TOO HEEEELL! - darł się wprost do swojego wyimaginowanego mikrofonu, którym był pilot od wieży.
         - Ta - mruknął Sorath spod mokrej koszulki - Higway to hell.
         Dopiero chwilę potem zdjął ją z twarzy, złożył w idealny kwadrat i odłożył na sofę, lekko uklepując.
         - Śpiewaj razem ze mną, Sorath! - krzyknął do niego Nathiel, skaczący po stole - Higway to heeeell!
         - Nie.
         - Nie bądź sztywniak, poczuj ten ogień! 
         - Nie.
         Nathiel zeskoczył ze stołu i ściszył muzykę. 
         - Jesteś ciota, nie umiesz się bawić - mruknął, rozsiadając się na sofie.
         - Nie każdy musi.
        Blondyn uśmiechnął się pod nosem. 
        Nie potrafił się bawić jak większość jego rówieśników, to fakt, jednak nie musiał. Nathiel szalał za nich dwóch, przez co nie raz miał ochotę chwycić go za szmaty i wyrzucić z domu. To by się jednak źle skończyło. Nathiel był jak agresywny bumerang - zawsze wracał, robiąc jeszcze więcej szkód, niż przed odejściem.
        Sorathiel spojrzał w stronę swojego rozłożonego na sofie przyjaciela, który uśmiechał się do siebie radośnie. Wiedział, że spotkało go coś miłego. Zapewne odzyskał swój nóż.
       - Jak poszło? - spytał obojętnym tonem głosu.
       - Źle - Nathiel mimo wypowiedzianych słów, uśmiechał się szeroko. 
       Jego przyjaciel uniósł brew do góry.
       - Źle? To znaczy, że nie odzyskałeś noża?
       - Nie.
       Sorathiel spojrzał na niego, wzdychając ciężko.
       - Rozumiem, że jesteś mściwy i od samego początku masz na pieńku z tą całą Laurą, ale powiedz ty mi, dlaczego chcesz ją od razu skazać na śmierć? Lada moment może być oblegana przez demony i wątpię, aby sobie z nimi poradziła.
       Nathiel prychnął i położył nogi na stół, krzyżując w tym samym momencie ręce.
       - A czy to moja wina, że obmacywała nóż tak często? Przyzwyczaił się do niej. Wolał ją, niż mnie.
       - W sumie się nie dziwię - mruknął cicho Sorath, na co jego przyjaciel obdarował go groźnym spojrzeniem.
       - I nie chcę żeby zginęła. 
       - Nie chcesz, żeby zginęła? - blondyn uniósł brew do góry.
       - No, nie - mruknął tamten, chmurząc się - Nie żeby coś, nie lubię jej w dalszym ciągu, no... dobra, może trochę polubiłem, ale to tylko trochę, bo jest zabawna z tym swoim chłodem, pyskata jest, walczy o swoje życie patelnią, domestosem, a to takie kurna oryginalne, ja bym tak nie umiał, rozumiesz?
       Sorathiel przemilczał tą kwestię. 
       - No i nie boi się mnie, a zazwyczaj wszystkie ode mnie uciekają. 
       - Dziwisz się, skoro latasz z nożem po mieście i wcale nie kryjesz się z zamiarem zabicia kogoś? - spytał blondyn z uśmiechem.
       - Zamknij się. Spowiadam ci się jak Bogu w kościele, a pamiętaj, że nie jestem wierzący!
       - Do kościoła i tak by cię nikt nie wpuścił.
       - No i to właśnie jest złe! Powinienem być postawiony wyżej niż ksiądz-egzorcysta! Zabijam demony jednym ruchem dłoni, a oni co? Mruczą te swoje modlitwy i wierzą, że Bóg ich ocali. Gówno prawda. Gdybym zaczął rządzić takim kościołem, każdy ksiądz zacząłby chodzić z nożem w kształcie krzyża i zrobiłbym im kurs demonicznej samoobrony! A pod sutanną mieliby karabiny maszynowe przeciwko innym kryminalistom! Kościół zamieniłby się wtedy w największy na świecie handel bronią i...
        - Za dużo oglądasz bajek.
        - Anime. To się anime zwie!
        Sorath potrząsnął głową. Ten temat zaszedł zbyt daleko.
        - Laura - przypomniał przyjacielowi.
        - Tak, ona - westchnął Nathiel, który zdołał już uspokoić swoją wyobraźnię - Obiecałem jej, że coś wymyślę, a do tego czasu będę jej pilnował.
        Blondyn zamyślił się. To było bardzo niepodobne do Nathiela. Pomagać jakiejś... dziewczynie, która wplątała się w to demoniczne "przedsięwzięcie" całkowicie przypadkiem. Zazwyczaj nie zawierał zbyt bliskich kontaktów z płcią przeciwną. Co takiego ma w sobie Laura Collins, dokładna jego przeciwność? A może Nathiel powoli dorasta?
        Sorathiel skierował spojrzenie na przyjaciela, który widząc jego zamyślenie, zaczął grać w Pou na smartfonie, rzucając nim na wszystkie strony i mrucząc pod nosem coś w stylu: "Leć, ty czarna, tłusta maso". 
        Blondyn westchnął.
        - Lepiej szybko coś wymyśl, bo jeśli Hugh się o tym dowie...
        - Ten stary, durny dziad? A co on mi może? - prychnął Nath, rzucając się z komórką na prawą stronę - Nawet się o tym nie dowie.
        - Dowie, jak czegoś nie zrobisz. Zacznij myśleć poważnie, Nathiel. Nie możesz narażać niewinnej osoby na...
        - Za dużo gadasz - prychnął i już po chwili dodał poirytowany - Dlatego skułem.
        Nathiel rzucił komórką w tył, gdzie idealnie wylądowała na fotelu. 
        Naprawdę zamierzał coś zrobić, tylko nie wiedział jak się za to zabrać. Najlepszym rozwiązaniem byłoby się zwrócić do Hugha - ich guru w sprawach demonicznych, jednak gdyby to zrobił z pewnością najpierw zostałby wyrzucony z organizacji. Nie chce poświęcać całego swojego życia dla jakiejś bladej przybłędy, która nie wie gdzie może wkładać rączki. Zamiast tego woli ją poobserwować. Trochę rozrywki zawsze się przyda, poza tym jej matka świetnie gotuje. Użyje swojego nieodpartego uroku i zostanie pupilem domu. Będzie się łasił jak kot. Zapewne przeszkodzą będzie Laura, ale on już ją przekabaci na swoją stronę!
        Nathiel uśmiechnął się diabelsko do samego siebie, zaś Sorathiel westchnął cicho z myślą: "Zaczyna się".
***

        Nathiel. Utrapienie moich ostatnich, wcale niekończących się dni. Myślałam, że żartował z tym pilnowaniem mnie, później miałam nadzieję, że nie będzie tak źle, jednak jak to mówią przeciętni ludzie niższej warstwy społecznej: nadzieja matką głupich.
        Dwa dni temu szanowny Auvrey stanął w drzwiach mojego domu. Miał roztrzepane, zmoczone włosy, świecące jak u jakiegoś zajaranego alkoholika oczy i wielki uśmiech na twarzy pokazujący białe zęby nadające się do jakiejś nonsensownej reklamy pasty do zębów - osobiście wybieliłabym mu je domestosem, może przestałby się tak uśmiechać. 
        Najbardziej kulturalnie w świecie, spytałam go wtedy:
        - Co chcesz?
        Na co on mniej kulturalnie odpowiedział:
        - Naprawić zlew.
        A uśmiech dalej nie schodził mu z tej wyjątkowo denerwującej buźki.
        - Zlew? - uniosłam brew.
        - W kuchni. Wiesz, takie tam rurki kanalizacyjne i te sprawy. Twoja mama mnie o to prosiła.
        Szczególnie mocno podkreślił słowa "twoja mama" i zakończył wypowiedź szatańskim uśmiechem.               Mogłabym przysiąc, że jego oczy zaświeciły się jak u jakiegoś szaleńca. Człowieku, jeżeli w ogóle nim jesteś, czego ty ode mnie chcesz?
        Przez następną godzinę, chcąc nie chcąc wysłuchiwałam jego rażących uszy piosenek. W głowie wciąż mam: "Jestem hydraulikiem, mam narzędzi kupę, zanim zajmę się zlewikiem włożę palca w... rurę" - choć do tej pory mam wrażenie, że powinno znaleźć się tam inne słowo. W między czasie próbowałam przeprowadzić z moją mamą konwersację dotyczącą wyrzucenia z naszego domu Nathiela. Niestety, nie udało się. Była nim wręcz oczarowana. Pewnie gdyby była młodsza od razu by się za niego brała. 
       - Jest słodki, zabawny, przystojny - wymieniała w rozmowie ze mną - To dobry chłopak, kochanie. Musisz brać, póki jeszcze się Tobą interesuje, co i tak jest dla mnie dziwne.
       - Dzięki, mamo.
       Na pewno przesadzam. To naprawdę dobry chłopak. Zabija demony, goni za ludźmi z nożem, pilnuje twoją córkę, która w każdej chwili może być zaatakowana przez jakąś demoniczną pokrakę! Pewnie, mamo.
        Z bezradnością malującą się na twarzy postanowiłam udać się wtedy do pokoju. Nie chciałam słuchać głupich piosenek Nathiela, widzieć jego uśmiechniętej twarzy i oczarowanej nim matki. Miałam tego dosyć. Moje życie do tej pory było naprawdę normalne. Wszystko działo się według określonego, nudnego scenariusza. Nienawidzę zmian. Dotychczasowe życie mi pasowało. Nie musiałam robić nic ponad siły, niczym się nie stresowałam, otaczałam się jak najmniejszą ilością ludzi, byłam jak niewidzialna postać o której wszyscy w mgnieniu oka zapominali, a teraz? Czuję, że ktoś brutalnie szarpie za moją pelerynę niewidkę, próbując ją ściągnąć z moich pleców, a ja nie mogę dłużej walczyć, bo brakuje mi sił. To dopiero początek, ale czuję, że to się tak szybko i łatwo nie skończy. 
       Położyłam się wtedy na łóżku, wbiłam głowę w poduszkę i leżałam tak przez następne dwie godziny, próbując zająć myśli kimś innym niż Nathiel, który sprawiał, że dostaję choroby psychicznej. Do mojego zmęczonego umysłu trafił wtedy obraz Deaniela, którego nie widziałam już naprawdę długi czas. W dalszym ciągu nie miałam pojęcia co się z nim dzieje i strasznie mnie ten fakt irytował. Gdybym tylko mogła go zobaczyć...
       Odwróciłam głowę w prawą stronę czując czyjąś obecność.
       - Czego znowu chcesz? - spytałam zmęczonym głosem Nathiela, który stał w moich drzwiach i opierał się o framugę z tym swoim okropnie bezczelnym uśmieszkiem na twarzy.
       - To miało być zaproszenie? Dzięki, chętnie przyjmę - odpowiedział i wszedł do pokoju, od razu siadając na krześle obrotowym. Zaczął się obracać wokół własnej osi jak ostatni idiota na świecie.
       - Nudzi ci się? - spytałam obojętnie.
       - Z tobą? Bardzo. Większej nudziary w życiu nie widziałem. Tylko siedzisz, patrzysz na każdego jak na wroga, od czasu do czasu rzucisz jakimś ironicznym tekstem, pójdziesz gdzieś, powyzywasz w myślach, a na końcu pewnie stwierdzisz, że twoje życie jest okropne.
       Podniosłam się z łóżka siadając na nim. Spojrzałam na Nathiela oczami, które nie wyrażały żadnych emocji. Przez dłuższą chwilę milczałam.
       - Nienawidzę cię - podsumowałam w końcu.
       - Tak bezpodstawnie? Byłabyś trochę bardziej wdzięczna - uśmiechnął się - Pilnuję cię. 
       - Jak dziecka.
       - Czasami mam wrażenie, że jesteś nim w większym stopniu niż ja.
       - Niemożliwe - zironizowałam, krzywiąc się w sarkastycznym uśmiechu. 
       Nathiel stał się jakąś cholerną oazą spokoju. Nie ruszał go już żaden mój tekst, nawet nie śmiał przez moment się nachmurzyć czy tym bardziej wyjąć nóż z kieszeni i zacząć mnie z nim gonić. Coś się zmieniło?
       Czarnowłosy roztrzepaniec zaczął podrzucać w skupieniu moim długopisem.
       - Myślisz nad tym, jak się mnie pozbyć? - spytałam, unosząc brew.
       - Coś w tym stylu - zaśmiał się.
       Przewróciłam oczami. Jednak rozmowa z nim była bezcelowa. Gdyby tylko był tu Deaniel...
Deaniel? Matko, Deaniel! Czemu ja o tym wcześniej nie pomyślałam! 
       Ożywiłam się. Chyba zwróciłam tym na siebie uwagę mojego ludzkiego utrapienia, bo spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Bez chwili zastanowienia podeszłam do niego i nachyliłam się nad nim, opierając ręce na oparciu krzesła obrotowego. Nathiel odchylił się do tyłu ze zdziwioną miną.
        - Co tak nagle? Doznałaś nagłej potrzeby rzucenia się na mnie? Nie dla ciebie taki przystojniak, droga Lauro - uśmiechnął się w dziwnie uwodzicielski sposób. 
        Postanowiłam, że się tym nie przejmę. Zdążyłam się nauczyć, że nie odpowiada się na głupie odzywki Nathiela. Potrafił pogrążyć każdego człowieka w otchłani głupoty.
       - Deaniel. Wiesz gdzie mieszka? - spytałam.
       Chłopak nachmurzył się. Wciąż patrzył się prosto w moje oczy. Powoli jego spojrzenie zaczynało mnie przerażać. Było nieprzeniknione, nie potrafiłam zgadnąć o czym teraz myśli. Patrzył się na mnie naprawdę długi czas, zupełnie jakby chciał mnie odstraszyć. Nie uległam jednak.
        W końcu uśmiechnął się lekko i odpowiedział:
        - Skoro tak cię to ciekawi.
        - Zaprowadzisz mnie tam? - spytałam, odsuwając się od niego. 
        Nathiel wstał z krzesła i spojrzał na mnie z góry z dziwnie władczą i pewną siebie miną.
        - A co dla mnie zrobisz?
        - Co chcesz - odpowiedziałam, nim zdołałam pomyśleć. 
        Teraz mogłam się tylko modlić o to, aby nie wymyślił nic głupiego. Jego diabelski uśmieszek sprawiał jednak zbyt przerażające wrażenie. Wiedziałam, że za późno na modlitwy.
        Nim zdążyłam przebudzić się z rozmyśleń, chwycił za mój podbródek i uniósł go do góry tak, by moja twarz patrzyła wprost na niego. 
        Nachylił się nade mną i spytał szeptem:
        - Jesteś tego pewna?
        Patrzyłam na niego, niezdolna do ruchu. Skąd ten nagły strach?
        - Tak, tylko nie wymyśl nic głupiego - mruknęłam po dłuższej chwili - Nie będę chodzić dla ciebie we wdzianku pokojówki jak te twoje lalki z bajek, które mają biust większy niż ich głowy.
        Nathiel nachmurzył się i puścił mnie.
        - To anime, nie bajki, dlaczego nikt nie potrafi tego zrozumieć? - spytał lekko obrażonym głosem.
        Co mnie to obchodzi. Bajki to bajki. Mogą być bajki dla dzieci i bajki dla dorosłych. Nathiel lubował się raczej w tych drugich, choć mam wrażenie, że powinien siedzieć jeszcze przez kilka dobrych lat przy tej pierwszej kategorii filmów animowanych.
        - Jutro, punktualnie o 8 będę stał i czekał pod twoim domem. Spróbuj się spóźnić, albo w ogóle nie wstać. Zrobię ci pobudkę jakiej nigdy w życiu nie miałaś - powiedział zbyt poważnym głosem jak na niego. 
        Kiwnęłam głową. Nathiel zaś obrócił się i ruszył w stronę okna.
        - Naprawdę nie umiesz wychodzić drzwiami? - spytałam z westchnięciem.
        - Nigdy nie wiesz, którędy będziesz musiała wyjść, chcąc się ratować - uśmiechnął się do mnie i usiadł na parapecie - Do jutra.
        Nathiel wyskoczył z okna, a ja zrobiłam zdziwioną minę. Pierwszy raz się ze mną pożegnał, niesamowite. Ten człowiek coraz bardziej mnie zaskakuje. 
        Trzęsąc głową, ruszyłam do łazienki w myślach obmyślając najgroźniejsze ataki słowne, które skieruje w stronę Deaniela, gdy go zobaczę. O ile zobaczę.