wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 12 - "Gdy ktoś wchodzi w twoje życie z butami"

Tak więc przybywam (w końcu). Rozdział trochę nieogarnięty, pomieszany, odrobinę chaotyczny, ale musicie mi to wybaczyć! Potrzebuję chwilki, żeby znowu wkręcić się w ten demoniczny świat.
Mimo chaosu, chciałabym go dedykować Yuki. Ostatnio przeczytała moje opowiadanie i nawet narysowała Laurę! Jaram się! Dedykacja nie jest jednak tylko za to. Po prostu fajna z niej dziewczyna C: (wcale się nie podlizuję, bo chciała zjeść moje myszoskoczki, wcale, serio!).

Ten chłód w oczach! To je Laura (tego nie ogarniesz!)

POPRAWIONE [13.08.2017]

Coraz lepiej idzie z tymi poprawkami. No i nareszcie WCN zaczyna się rozkręcać, więc i mi coraz milej powraca się do tych starych wypocin!

***
 Stał przy oknie, przypatrując się biegnącym po zalanej deszczem ulicy uradowanym dzieciom. Okropna pogoda wcale nie przeszkadzała im w zabawie. Skakały po kałużach, ochlapując siebie nawzajem, śmiały się, wywracały i obejmowały, a wszystko to było połączone z głośną, deszczową piosenką pozbawioną sensu – najwyraźniej słowa do niej musiały wymyślić dzieci. Wydawało się, że nic nie jest w stanie przerwać tej sielanki, a jednak.
Blondyn na widok rozpędzonego auta westchnął cicho i odsunął się od okna. Oparłszy się o parapet, nasłuchiwał. Oddźwięk gwałtownego hamowania, dziecięce krzyki i ostatecznie przejmująca cisza. Zabawa skończona. Prawdopodobnie raz na zawsze.
Z miną niewyrażającą żadnych emocji, oddalił się od okna i zasiadł przy stole. Swoje obojętne spojrzenie utkwił w pustej, szarej ścianie.
Ból, cierpienie, smutek, nieszczęście. To wszystko nieuchronnie zmierzało do jednego: do śmierci. Na co dzień był świadkiem równie makabrycznych zdarzeń i przestało to robić na nim jakiekolwiek wrażenie. W tym świecie nie było litości, nawet dla najmłodszych.
Gdy patrzył na wszystkie nieszczęścia z boku, często zadawał sobie pytanie: gdzie jest Bóg, kiedy dzieją się takie rzeczy? Gdzie jest dobro, kiedy zło grasuje wśród niewinnych dusz, próbując uchwycić je ostrymi pazurami i ściągnąć na samo dno nędzy? Odpowiedź była prosta. Bóg nie istnieje, dobro jest znikome, a zło włada nad niczego nieświadomym światem.  
Zamknął oczy i złożył ręce jak do modlitwy.  
Bycie łowcą nie było łatwe. Każdy dzień traktowany był jak ten, który może być twoim ostatnim, każde zniszczone zło jako zapowiedź następnego, każdy promyk słońca jak preludium burzy, która miała rozpętać się w najmniej oczekiwanej chwili. Bycie nim oznaczało dobrowolnie oddanie się w ręce zła. Czyniłeś dobro, ale nikt tego nie widział, żyłeś, ale nikt o tobie nie słyszał. Piękny, heroiczny obraz życia zwykłego człowieka wplątanego w świat, którego nienawidził z całego serca.
– Ej, Sorath!
Otworzył oczy i spojrzał w stronę skąd dochodził głos. Był tak pogrążony w myślach, że całkowicie stracił swoją łowiecką czujność. Nawet nie słyszał, kiedy jego przyjaciel wrócił do domu, a niestety nie należał do osób najcichszych. Nathiel zazwyczaj robił wokół siebie więcej szumu niż powinien.
Z ciemności korytarza wynurzył się czarnowłosy, całkowicie przemoczony nastolatek. Miał szeroki uśmiech na twarzy, zupełnie jakby chwilę temu spotkało go coś dobrego. Tak właśnie wyglądała ich przyjaźń. Optymizm przeciwko pesymizmowi. Kiedy jedno się cieszyło, drugie dla odmiany miało gorszy dzień.
– Ty wiesz co? – spytał Nathiel z niekrytą dumą w głosie. Sorathiel spodziewał się, że to czas codziennych przechwałek i mało wymagających rozmów. Spojrzał na swojego przyjaciela z miną bez wyrazu, oczekując aż opowie mu o swojej emocjonującej przygodzie. – Uratowałem jakiegoś dzieciaka przed rozpędzonym autem.
Sorathiela sporadycznie udawało się czymś zaskoczyć. Przy każdej misji, każdym wydarzeniu był przygotowany na różne opcje zdarzeń. Rzadko również pokazywał swoje zdziwienie – miał doskonale opanowaną mimikę twarzy, poza tym potrafił grać obojętnego. Aktorem może by nie został, ale pokerzystą lub przedsiębiorcą – jak najbardziej. Kłamanie słowne, kłamanie objawiające się w gestach i wyrazie twarzy, to wszystko było dla niego chlebem powszednim. W końcu ktoś musiał  zatajać wybryki przyjaciela przed członkami organizacji.
Blondyn uśmiechnął się pod nosem i potrząsnął głową z niedowierzaniem.
Witajcie w złym świecie, gdzie promyk słońca nie zwiastuje burzy. Świat wytrwałego łowcy cienia czyniącego dobro kosztem własnego życia. Może jego przyjaciel nie błyszczał inteligencją i podejmował wiele złych decyzji, był trochę narwany i denerwujący, ale jego dobroć i chęć niesienia pomocy innym ludziom zwyciężały wszystkie jego wady. Bez zastanowienia rzucił się pod koła auta, żeby uratować całkowicie obce mu dziecko. Tak potrafił tylko Nathiel.
– Niesamowite – odparł blondyn, wciąż niedowierzając temu, co zrobił Auvrey. – Stąd te rany? – spytał, spoglądając na poharatane przedramię chłopaka.
– Rany – prychnął młody łowca, krzywiąc się znacząco na widok kilku drobnych rozcięć. – Co ja bym dał, żeby mieć prawdziwe rany. Cieszyłbym się wtedy jak rudy z nowego koloru włosów.
W odrobinę gorszym nastroju, skierował się do łazienki. Będąc w niej chwycił za pierwszy lepszy ręcznik i przetarł nim przemoczoną deszczem głowę. Po tym zabiegu spojrzał w lustro i wyszczerzył się w stronę swojego odbicia, które jego zdaniem nawet w tym wydaniu wyglądało wyjątkowo dogodnie.
– Cześć, przystojniaku, co u ciebie słychać?
Śmiejąc się jak wariat, zarzucił ręcznik na kark i wyszedł z ciasnego pomieszczenia rażącego czystą  bielą. Przechodząc przez przyciemniony pokój, chwycił za pilota leżącego na wieży i przycisnął przycisk „play”. Z głośników popłynął spokojny utwór zespołu Diecast – Coldest rain.
Sorathiel przymknął powieki i wsłuchał się w smutną melodię tak bardzo odpowiadającą jego dzisiejszemu nastrojowi oraz pogodzie za oknem. Te nostalgicznie brzmiące smyczki, ten smutny dźwięk pianina, nie ma nic piękniejszego, niż...
– Stary, czasem żałuję, że mamy jedną playlistę – powiedział zielonooki, przełączając piosenkę.
W głośnikach rozbrzmiał zdecydowanie weselszy utwór zespołu AC/DC – Highway to hell.
Blondyn przewrócił oczami. Owszem, mieli bardzo podobne gusta muzyczne, ale nastroje całkowicie różne, podobnie jak charaktery i wszystko inne, co może dotyczyć osobowości człowieka. Gdyby przyrównać ich do kolorów, pewnie jeden z nich miałby barwę słonecznej, rażącej w oczy żółci, a drugi bezwzględnej szarości.
– Yeeeeeeeaaaaaaah! – wykrzyknął zielonooki, wskakując na stół. Jedną ręką zdjął z siebie przemoczoną koszulkę i rzucił nią prosto w twarz Sorathiela. – Tylko hard rock, dziwki! A teraz wszyscy razem śpiewamy! HIIIIGHWAY TOO HEEEELL! – darł się wprost do swojego wyimaginowanego mikrofonu, którym był pilot od wieży.
– Ta – mruknął Sorath spod mokrej koszulki. – Highway to hell.
Dopiero chwilę potem zdjął ten przemoczony, czarny materiał z twarzy. Następnie złożył go w idealny kwadrat i odłożył na sofę, lekko uklepując. Słowem podsumowania: perfekcyjna pani domu.
– Śpiewaj razem ze mną, Sorath! – krzyknął do niego Nathiel, skaczący po stole. Jego przyjaciel obawiał się, że lada moment drewniana konstrukcja nie wytrzyma tych dzikich wygibasów. – Highway to heeeell!
– Nie.
– Nie bądź sztywniak, poczuj ten ogień!
– Nie.
Nathiel zeskoczył ze stołu i ściszył muzykę. Jego twarz z przeraźliwie radosnego wyrazu przerodziła się w nachmurzoną minę małego dziecka.
– Jesteś ciota, nie umiesz się bawić – mruknął, rozsiadając się na sofie.
– Nie każdy musi. – Blondyn uśmiechnął się pod nosem.
To prawda. Nie potrafił się bawić jak większość jego rówieśników, jednak wcale nie musiał. Nathiel szalał za nich dwóch, przez co nie raz miał ochotę chwycić go za szmaty i wyrzucić z domu. To by się jednak źle skończyło. Nathiel był jak agresywny bumerang – zawsze wracał, robiąc jeszcze więcej szkód, niż przed odejściem. Poza tym lubił się mścić, a nie chciał znowu zobaczyć dwudziestu imprezujących, umięśnionych nastolatków, którzy będą pić wódkę i palić zioło w jego pokoju, grając w Fifę na playstation i drąc się na cały dom swoimi zgrubiałymi od palenia głosami.
Sorathiel spojrzał w stronę rozłożonego na sofie przyjaciela, który uśmiechał się do siebie radośnie – najwyraźniej przeszła mu już mała obraza sytuacyjna. Na ogół był zmienny jak kobieta w ciąży i to na dodatek z okresem, a to przypadek bardzo rzadki – tak samo jak i Nathiel. Blythe wiedział, że spotkało go coś miłego, ale zupełnie innego niż uratowanie niewinnego dziecka przed śmiercią. Zapewne odzyskał swój nóż.
– Jak poszło? – spytał obojętnym tonem głosu.
– Źle – Nathiel mimo wypowiedzianych słów, uśmiechał się szeroko.
Jego przyjaciel uniósł brew do góry. Jak widać, czasem nawet Auvrey mógł intrygować swoją niewymuszoną tajemniczością.
– Źle? To znaczy, że nie odzyskałeś noża?
– Nie.
Sorathiel westchnął ciężko, umęczony zachowaniem swojego niepoprawnego towarzysza. Przyłożył dwa palce do skroni i przymknął powieki, próbując odzyskać upragnioną równowagę umysłu.
– Rozumiem, że jesteś mściwy i od samego początku masz na pieńku z tą całą Laurą, ale powiedz mi proszę, dlaczego chcesz ją od razu skazać na śmierć? Lada moment może być oblegana przez demony i wątpię, aby sobie z nimi poradziła – wyjaśnił rzeczowo i spokojnie.
Nathiel prychnął głośno i położył nogi na stół, krzyżując w tym samym momencie ręce na piersi. Zwyczajowo pokazywał swoją buntowniczą postawę, której nawet twarde słowa nie potrafiłyby zmienić.
– A czy to moja wina, że obmacywała nóż tak często? Przyzwyczaił się do niej. Wolał ją, niż mnie.
– Wcale mu się nie dziwię – mruknął pod nosem Sorath, na co jego przyjaciel obdarował go groźnym spojrzeniem.
– Nie chcę, żeby zginęła – kontynuował Nathiel.
– Nie chcesz, żeby zginęła? – zdziwił się blondyn.
– No, nie – mruknął tamten, marszcząc czoło. – Nie żeby coś, nie lubię jej w dalszym ciągu, no ale… dobra, może trochę ją polubiłem, ale to tylko trochę, bo jest zabawna z tym swoim chłodem, śmiesznie pyskuje, walczy o swoje życie patelnią, domestosem, a to takie kurna oryginalne. Ja bym tak nie umiał, wiesz? Pod ręką zawsze mam nóż – mówiąc to, poklepał swoją kieszeń, gdzie znajdowała się jego zastępcza broń.
Sorathiel przemilczał tę kwestię.
– No i nie boi się mnie, a zazwyczaj wszystkie ode mnie uciekają.
– Dziwisz się, skoro latasz z nożem po mieście i wcale nie kryjesz się z zamiarem zabicia kogoś?
– Zamknij się. Spowiadam ci się jak Bogu w kościele, a pamiętaj, że nie jestem wierzący! – oburzył się Auvrey.
– Do kościoła i tak by cię nikt nie wpuścił.
– No i to jest właśnie złe! Powinienem być postawiony wyżej niż ksiądz-egzorcysta! Zabijam demony jednym ruchem dłoni, a oni co? Mruczą te swoje modlitwy i wierzą, że Bóg ich ocali. Gówno prawda. Gdybym zaczął rządzić takim kościołem, każdy ksiądz zacząłby chodzić z nożem w kształcie krzyża i zrobiłbym im kurs demonicznej samoobrony! A pod sutanną mieliby karabiny maszynowe przeciwko innym kryminalistom! Kościół zamieniłby się wtedy w największy na świecie centrum handlu bronią i...
– Za dużo oglądasz bajek.
– Anime. To się anime nazywa! Ile razy mam to powtarzać?!
Sorath potrząsnął głową. Ten temat zaszedł zbyt daleko, a nie był to niestety nowy chwyt jego przyjaciela. Co prawda nigdy nie rozszyfrował czy robi to celowo, czy całkowicie naturalnie, ale znając jego szczere i proste wnętrze, raczej nie był to jego wymuszony sposób na odejście od tematu.
– Laura – przypomniał swojemu rozmówcy.
– Tak, ona – westchnął Nathiel, który zdołał już uspokoić swoją wyobraźnię. – Obiecałem jej, że coś wymyślę, a do tego czasu będę jej pilnował.
To było bardzo niepodobne do Nathiela. Pomagać jakiejś dziewczynie, która wplątała się w to demoniczne „przedsięwzięcie” całkowicie przypadkiem. Zazwyczaj nie zawierał zbyt bliskich kontaktów z płcią przeciwną. Co takiego miała w sobie Laura Collins, dokładna jego przeciwność? A może Nathiel powoli dorastał? Sorathiel sam nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.
– Lepiej szybko coś wymyśl, bo jeśli Hugh się o tym dowie...
– Ten stary, durny dziad? A co on mi może? Nawet się o tym nie dowie – prychnął Nath. Tracąc zainteresowanie rozmową ze swoim współlokatorem, zaczął grać na telefonie w Pou. W międzyczasie, kiedy starał się odpowiadać leniwym głosem na jego pytania, mruczał do siebie różne obelgi kierowane w stronę gry. Sorathiel zrozumiał tylko jedno zdanie: „ruszaj się, ty tłusta, gruba maso”.
– Dowie się, jeśli czegoś nie zrobisz. Zacznij myśleć poważnie, Nathiel. Nie możesz narażać niewinnej osoby na...
– Za dużo gadasz – prychnął chłopak i już po chwili dodał poirytowany – dlatego skułem.
Nathiel rzucił telefonem za siebie, nie martwiąc się o to, czy będzie miał miękkie, czy twarde lądowanie, na szczęście trafił na fotel, gdzie odbił się kilka razy i opadł na jego puchatym skraju.
Naprawdę zamierzał coś zrobić, tylko nie wiedział jeszcze jak się za to zabrać. Najlepszym rozwiązaniem byłoby się zwrócić do Hugha – ich guru w sprawach demonicznych, jednak gdyby to zrobił najpierw zostałby wyrzucony z organizacji. Nie chciał poświęcać całego swojego życia dla jakiejś bladej przybłędy, która nie wiedziała, gdzie nie można wkładać rączek. Zamiast tego wolał ją poobserwować. Trochę rozrywki zawsze się przyda, poza tym jej matka świetnie gotuje. Użyje swojego nieodpartego uroku i zostanie pupilem domu. Będzie się łasił jak kot. Zapewne przeszkodą będzie Laura, ale on już ją przekabaci na swoją stronę z pomocą wdzięku!
Uśmiechnął się diabelsko pod nosem i ruszył w stronę wyjścia z salonu z nową energią. Sorathiel patrzył na jego plecy, potrząsając głową. Doskonale wiedział, że to nie skończy się dobrze.
***
Nathiel. Utrapienie moich ostatnich, wcale niekończących się dni. Myślałam, że żartował z tym pilnowaniem mnie, później miałam nadzieję, że nie będzie tak źle, jednak jak to mówią przeciętni ludzie niższej warstwy społecznej: nadzieja matką głupich.
Dwa dni temu szanowny Auvrey stanął w drzwiach mojego domu. Miał roztrzepane, mokre włosy, świecące jak u jakiegoś zjaranego marihuaną młodzieńca oczy i wielki uśmiech na twarzy, który pokazywał białe zęby, nadające się do jakiejś nonsensownej reklamy pasty do zębów – osobiście wybieliłabym mu je domestosem, może przestałby się tak uśmiechać. Najbardziej kulturalnie w świecie, spytałam go wtedy:
– Czego chcesz?
Na co on mniej kulturalnie odpowiedział:
– Naprawić zlew. – A uśmiech dalej nie schodził mu z tej wyjątkowo denerwującej buźki.
– Zlew? – Uniosłam brew do góry.
– W kuchni. Wiesz, takie tam rurki kanalizacyjne i te sprawy. Twoja mama mnie o to prosiła.
Szczególnie mocno podkreślił słowa „twoja mama”, a potem uśmiechnął się jak prawdziwy diabeł, czyhający na niewinną duszę małego aniołka.
Człowieku (jeżeli w ogóle nim jesteś), czego ty ode mnie chcesz?
Przez następną godzinę, chcąc nie chcąc, wysłuchiwałam jego rażących uszy piosenek. W głowie po dzień dzisiejszy rozbrzmiewała mi melodia: „jestem hydraulikiem, mam narzędzi kupę, zanim zajmę się zlewikiem, włożę palca w... rurę” – choć do tej pory mam wrażenie, że w miejscu tajemniczej „rury” powinno znaleźć się inne słowo.
Próbowałam przeprowadzić z moją mamą konwersację dotyczącą wyrzucenia z naszego domu nieproszonego gościa. Niestety, nie udało się.                 Stwierdziła, że powinnam się odprężyć i dokładnie przyjrzeć jego nagiej, umięśnionej klatce piersiowej, zamiast narzekać jak stary i zgorzkniały dziadek. Po raz setny podkreśliła to, że wciąż byłam nastolatką i powinnam się jak ona zachowywać.
– To dobry chłopak, kochanie. Musisz go chwycić  w ramiona, póki jeszcze się tobą interesuje, co i tak jest dla mnie dziwne – szepnęła, z rozbawieniem marszcząc czoło.
– Dzięki, mamo.
Na pewno przesadzałam. To przecież cholernie dobry chłopak. Zabija demony, goni za ludźmi z nożem, pilnuje twojej córki, która w każdej chwili może zostać zaatakowana przez jakąś demoniczną pokrakę, tak, po prostu ideał rodem z najskrytszych snów.
Z bezradnością malującą się na twarzy, postanowiłam udać się wtedy do pokoju. Nie chciałam słuchać głupich piosenek Nathiela, widzieć jego uśmiechniętej gęby i oczarowanej przystojnym nastolatkiem matki. Miałam tego dosyć. Moje życie do tej pory było po prostu normalne. Wszystko działo się według określonego, nudnego scenariusza. Nie musiałam robić nic ponad własne siły, niczym się nie stresowałam, otaczałam się jak najmniejszą ilością ludzi i byłam jak niewidzialna postać, o której wszyscy w mgnieniu oka zapominali. W przeciągu kilku miesięcy ten bezpieczny mur, który zbudowałam wokół siebie, zaczął być taranowany przez nowe, nieprzewidziane w skutki zdarzenia oraz osoby. Ktoś brutalnie szarpał za moją pelerynę niewidkę, próbując ją ściągnąć z moich pleców, a ja nie mogłam dłużej walczyć, bo brakowało mi już sił. I pomyśleć, że to dopiero początek.
Położyłam się na łóżku, ukryłam głowę w poduszce i leżałam tak przez następne dwie godziny, próbując zająć myśli kimś innym niż Nathiel, który powoli doprowadzał mnie do szału. Do mojego zmęczonego umysłu całkowicie niespodziewanie trafił wtedy Deaniel, którego nie widziałam już od tygodni. W dalszym ciągu nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje i strasznie mnie ten fakt irytował. Gdybym tylko mogła z nim porozmawiać… Zaraz, porozmawiać? Chyba bym mu wszystkie włosy z głowy powyrywała za to, że mnie tak bezczelnie i bez powodu zostawił. To się po prostu w głowie nie mieściło! Zaakceptowałabym to tylko wtedy, kiedy podałby mi jakiś konkretny powód swojej nieuzasadnionej dotąd nieobecności, a czy taki istniał? Może Deaniel był po prostu tchórzem?
Odwróciłam głowę w bok, wyczuwając czyjąś niechcianą obecność. Dlaczego nigdy nie mogłam porozmyślać w spokoju? Wszędzie, gdzie poszłam, zaraz pojawiał się ten roztrzepany, bezmózgi łowca.
– Czego znowu chcesz? – spytałam umęczonym głosem.
Nathiel stał w moich drzwiach i opierał się o framugę z tym swoim okropnie bezczelnym uśmieszkiem na twarzy, którego nie dałoby się nawet zetrzeć pumeksem.
– To miało być zaproszenie? Dzięki, chętnie przyjmę – odpowiedział i wszedł do pokoju, od razu siadając na krześle obrotowym. Zaczął się obracać wokół własnej osi jak ostatni idiota na świecie. Brakowało tego, żeby zaczął krzyczeć jak małe dziecko. Łiii!
– Nudzi ci się? – spytałam obojętnie.
– Z tobą? Zawsze. Większej nudziary w życiu nie widziałem. Tylko siedzisz, patrzysz na każdego jak na wroga, od czasu do czasu rzucisz jakimś ironicznym tekstem, pójdziesz gdzieś, powyzywasz innych ludzi w myślach, a na końcu pewnie stwierdzisz, że twoje życie jest okropne.
Podniosłam się z łóżka i usiadłam na jego skraju. Spojrzałam na Nathiela oczami, które nie wyrażały żadnych emocji. Przez dłuższą chwilę milczałam, chcąc zbudować odpowiednie tło do wyrażenia moich najskrytszych uczuć w stosunku co do jego osoby.
– Nienawidzę cię.
– Tak bezpodstawnie? Byłabyś trochę bardziej wdzięczna. – Nathiel uśmiechnął się beztrosko. – Pilnuję cię.
– Jak dziecka.
– Czasami mam wrażenie, że jesteś nim w większym stopniu niż ja.
– Niemożliwe – zironizowałam, krzywiąc się w sarkastycznym uśmiechu.
Auvrey stał się jakąś cholerną oazą spokoju. Nie ruszał go już żaden mój tekst. Wszystkie sumował denerwująco pobłażliwym uśmieszkiem i wzruszeniem ramion. Już wolałam, żeby gonił mnie z nożem wokół stołu, niż był taki miły i przy okazji irytujący.
Czarnowłosy roztrzepaniec zaczął podrzucać w skupieniu moim ulubionym długopisem. Kiedy wziął go z biurka? Chyba coś mnie ominęło. Może za bardzo się zamyślałam przez co traciłam czujność?
– Myślisz nad tym, jak się mnie pozbyć? – spytałam, unosząc brew.
Znowu głupkowato się uśmiechał, jakby coś knuł.
– Coś w tym stylu – zaśmiał się.
Przewróciłam oczami. Jednak rozmowa z nim była bezcelowa. Gdyby tylko był tu Deaniel...
Zaraz. Deaniel? Matko, Deaniel! Czemu ja o tym wcześniej nie pomyślałam?!
Ożywiłam się. Chyba zwróciłam tym na siebie uwagę mojego żywego utrapienia, bo spojrzał na mnie z równoczesnym zainteresowaniem i podejrzliwością. Bez chwili zastanowienia podeszłam do niego i nachyliłam się nad nim, kładąc ręce na oparciu krzesła. Nathiel odchylił się do tyłu ze zdziwioną miną. Przez chwilę wyglądał, jakby miał uciec. Tak bardzo przerażała go moja twarz?
– Co ty? Doznałaś nagłej potrzeby rzucenia się na mnie? Nie dla ciebie taki przystojniak, droga Lauro – uśmiechnął się w dziwnie uwodzicielski sposób, próbując zetrzeć ze swojej niezwykle zmiennej facjaty wyraz zdziwienia.
Postanowiłam, że przemilczę jego nieudaną próbę podrywu. Zdążyłam się nauczyć, że nie odpowiada się na głupie odzywki Nathiela. Ten kretyn potrafił pogrążyć każdego człowieka w otchłani swojej bezdennej głupoty.
– Deaniel. Wiesz gdzie mieszka? – spytałam.
Chłopak zmarszczył czoło. Jego bezustanne spoglądanie w moją twarz zaczynało mnie niepokoić. Spojrzenie szmaragdowych oczu było nieprzeniknione. Nie potrafiłam odgadnąć o czym teraz myślał. Patrzył się na mnie naprawdę długi czas, zupełnie jakby chciał mnie odstraszyć.       Jeżeli to był jakiś dziwny test wytrwałościowy to nie zamierzałam mu ulec.
W końcu zastygła w bezruchu twarz łowcy zmieniła swój wyraz. Zdobił ją teraz delikatny uśmieszek, który wciąż niewiele mi jednak mówił.
– Wiem, gdzie ten szatański pomiot mieszka. Tak bardzo cię to ciekawi? – spytał.
Ominęłam jego pytanie, zainteresowałam się zaś odpowiedzią.
– Zaprowadzisz mnie tam? – spytałam, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
Uwolniony Nathiel wstał z krzesła i spojrzał na mnie z góry z dziwnie władczą i pewną siebie miną. Chciał pokazać, że nade mną dominuje, na szczęście nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Pomimo niskiego wzrostu, nie czułam się jak mrówka, którą można było zgnieść butem (czy własnym ego).
– A co dla mnie zrobisz? – Chłopak założył ręce na piersi i przeniósł ciężar swojego ciała na prawą nogę.
– Co chcesz – odpowiedziałam, nim zdołałam pomyśleć. Teraz mogłam się tylko modlić o to, aby nie wymyślił niczego głupiego. Wiele ryzykowałam tą odważną odpowiedzią. Auvrey był w końcu niezrównoważony.
Nim zdążyłam przebudzić się z niepokojących rozmyślań, łowca demonów chwycił za mój podbródek i uniósł go do góry tak, by moja twarz była skierowana w jego stronę. Zesztywniałam. Strach pogonił po moim ciele miliony malutkich mrówek, niosących ze sobą falę zimna.
Nathiel nachylił się nade mną i głębokim szeptem spytał:
– Jesteś tego pewna?
Patrzyłam na niego, niezdolna do żadnego ruchu. W takich chwilach ten nastoletni kretyn przypominał mi potencjalnego gwałciciela. Powinien zaprzestać udawanie seksownego dorosłego, bo w żaden sposób mu to nie wychodziło. Prędzej mnie przeraził niż zachęcił.
– Tak, jestem tego pewna – wyrzuciłam z siebie. – Tylko nie wymyśl niczego głupiego – dodałam szybko. – Nie będę chodzić dla ciebie we wdzianku pokojówki jak te twoje lalki z bajek, które mają biust większy niż ich głowy.
Nathiel zmarszczył czoło i odsunął się ode mnie gwałtownie, jakbym go poparzyła.
– To anime, nie bajki, dlaczego nikt nie potrafi tego zrozumieć? – spytał urażony z założonymi na piersi rękoma.
        Nie obchodziło mnie to. Bajki to bajki, dla mnie dzielą się na dwie określone kategorie: dziecięce i dla dorosłych. Nathiel lubował się raczej w tych drugich, choć mam wrażenie, że powinien siedzieć jeszcze przez kilka dobrych lat w tej pierwszej kategorii filmów animowanych.
– Jutro, punktualnie o ósmej rano, będę stał i czekał pod twoim domem. Spróbuj się spóźnić albo w ogóle nie wstać, a zrobię ci pobudkę jakiej nigdy w życiu nie miałaś – powiedział zbyt poważnym jak na niego głosem, który wywołał u mnie dreszcze strachu.
Kiwnęłam głową jak posłuszna dziewczynka, która właśnie coś zbroiła i została skarcona przez ojca. Dziwne uczucie. Chciałam się go jak najszybciej pozbyć.
Nathiel już bez słowa ruszył w stronę okna. Nie mogłam nie przewrócić oczami. Wciąż nie potrafiłam zrozumieć jego dziwnego zwyczaju wychodzenia niewłaściwą stroną z domu.
– Naprawdę nie umiesz wychodzić drzwiami? – spytałam z westchnięciem.
– Nigdy nie wiesz, którędy będziesz musiała wyjść, chcąc się ratować – uśmiechnął się do mnie i usiadł na parapecie. – Do jutra – mówiąc to, machnął mi obojętnie ręką, a potem skoczył w krzaki. Za jego krokami niósł się szelest liści.
Pierwszy raz się pożegnał się ze mną słowami. Ten człowiek coraz bardziej mnie zaskakiwał.  
Tym razem nie zamknęłam okna. Ruszyłam w stronę wyjścia żwawym krokiem, obmyślając, co takiego przekażę Deanielowi, kiedy już go spotkam. A jeżeli spotkam, z pewnością nie będzie to miła rozmowa. Chyba lepiej byłoby dla niego, gdyby był już martwy.