środa, 25 lutego 2015

Rozdział 55 - "Już nie ma odwrotu"

Patrzę na rozdziały i nagle z 13 w przód, zrobiło się ich 4. Chyba muszę trochę podgonić. 60 rozdział taki trudny do napisania. Ogólnie wszystko teraz takie trudne. Zbyt dużo ważnych rzeczy się dzieje. Boję się, że coś pójdzie nie tak. 
W sumie od 56 będzie trochę poważniej, w większej mierze opisowo. Następny rozdział ma ok. 20 kilku stron, co daje nam najdłuższy rozdział w historii "W cieniu nocy". Nie wiem czemu go nie podzieliłam. Nie chciałam. Kto będzie chciał to przeczyta hueheu >D. 
55 z serii rozkminowej *znowu?*. Trochę Lauriel - bo niedługo będzie ich coraz mniej! *niestety*
***    

     Kubek z gorącą herbatą ogrzewał moje chłodne dłonie, nie pozwalając im na całkowitą utratę ciepła. Był duży, miał narysowaną na sobie śmieszną minkę kota i napis: "Odejdź, bo drapię". Idealnie wpasowywał się w mój charakter, choć nie ja byłam jego właścicielką. To był kubek Calanthe. Jak co dzień, stałam u niej w kuchni i przyglądałam się z okna szumiącym brzozom, okrytym ciemnym płaszczem nocy. Moje myśli były zajęte właśnie jej osobą. Dwa dni temu w raz z Nathielem byłam świadkiem jej utraty przytomności. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, dlatego zaskoczyła mnie tym nagłym upadkiem. Przez następne kilka godzin, do samej północy, trzymała się jej wysoka gorączka. Nie otwierała oczu, a mrużyła je zupełnie tak, jakby coś ją bolało. Odważyłam się na sięgnięcie do jej szuflady, gdzie kryły się tajemnicze, łagodzące leki. Były tam tylko trzy strzykawki. Ostatnie trzy. Wtedy już wiedziałam, że jej życie dobiega końca. Ten fakt męczył mnie dniami i nocami. Niepokoił mnie, targał moimi nerwami i wprowadzał w niechciany tryb bezradności. Świadomość, że kompletnie nic nie mogłam zrobić, uderzała mnie w twarz, raz po raz, sprawiając, że moja psychika słabnie. Wiedziałam, że to ostatnie dni jej życia i że nic nie mogę z tym zrobić. Nawet błaganie na kolanach Blaziera nic nie pomagało. Twardo trzymał się swojej decyzji, nie chcąc wystawiać nosa poza świat ludzi. Czy był wobec tego jakiś ratunek dla Calanthe? Tą kwestię chciałam przedyskutować z Nathielem. Wiedziałam, że jest skłonny do szalonych myśli, wiedziałam, że może wymyślić coś głupiego, ale jeżeli jego rozwiązanie będzie trafne i do wykonania to dlaczego miałabym nie spróbować?
     Spoglądając w okno, potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Nie mogłam nadziwić się własnej osobie. Przecież jeszcze niedawno nie byłam w stanie przebaczyć Calanthe tego, że mnie zostawiła, a teraz? Teraz chcę ratować jej życie, bo stała się dla mnie osobą do której się przywiązałam. Nie, wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do myśli, że była moją matką, bo w żaden sposób na nią nie pasowała. Jej zachowanie było raczej bliskie surowej nauczycielce, pilnującej swoich podopiecznych, to było jednak uzasadnione. Nigdy nie była matką i nie zajmowała się dzieckiem, dlatego też nie miała pojęcia, jak się zachować wobec swojej własnej córki.
     Spojrzałam bezradnie na Nathiela, który stał milcząco tuż obok mnie i spoglądał w to samo miejsce za oknem, co ja. Po ostatnim wyznaniu jego dusza stała się spokojniejsza. Nie próbował już zaczarować mnie oczami, nie wpatrywał się we mnie nienagannie często, nie czynił żadnych aluzji w stosunku co do mnie i co najważniejsze: próby pocałunku nie miały u niego miejsca. Cieszyłam się, że jest taki spokojny, choć wiedziałam, że może to nie potrwać długo. A co, jeżeli uznał, że chce mi dać odrobinę czasu na przemyślenia? A co, jeżeli wreszcie to czekanie mu się znudzi i zaprotestuje, robiąc coś głupiego wobec mnie? Bałam się tej chwili, dlatego starałam się przebywać z nim sam na sam jak najrzadziej. Przecież ja też musiałam zastanowić się nad tym co czuję. Poza tym miałam teraz ważniejsze rzeczy do rozważania.
     - Martwisz się o nią, co? - spytał Nathiel, uśmiechając się znacząco w moją stronę.
     Kiwnęłam głową i westchnęłam cicho.
     - Chciałabym jej pomóc, ale nie umiem - stwierdziłam, wbijając w niego bezradne spojrzenie.
     - Wiem to.
     Nasze spojrzenia ponownie skierowały się ku oknu, gdzie brzozy szaleńczo falowały na wietrze.
     - Mam pomysł - usłyszałam nagle zbawienne, choć wątpliwe dla mnie słowa.
     Spojrzałam w twarz Nathiela niepewnie. Bałam się jego pomysłu.
     - Jutro w Reverentii odbędzie się doroczny bal. Nie wiem co oni tam świętują, ale wiem, że to wygląda zupełnie inaczej, niż tu, w świecie ludzi. Nie noszą kolorowych sukni po ziemię, no i nie tańczą w rytm królewskiej muzyki - stwierdził, uderzając niecierpliwie palcami o blat kuchenny.
     - Nie. Nie mów mi, że myślisz o... - zaczęłam lekko przerażonym tonem głosu.
     - Tak. O podróży do Reverentii. Ty i ja. - stwierdził, spoglądając prosto w moje oczy z niekrytą powagą.
     Miałam wrażenie, że grunt osuwa mi się spod nóg. Ja, Nathiel i niebezpieczny świat demonów? To przecież miejsce, gdzie mieszka mój ojciec, który bezwzględnie mnie zabije, gdy tylko mnie ujrzy. Siedziba całego departamentu kontroli demonów, depczących organizacji po piętach. Świat, gdzie mieszkają wszystkie groźne istoty, które nocą zabijamy. Myśl, że moglibyśmy tam pójść, przyprawiała mnie o zawroty głowy.
     - Nathiel - zaczęłam bezradnie.
     - Chcesz, żeby umarła? - spytał chłopak, posyłając mi znaczący uśmieszek. - Tylko w Reverentii rośnie algea lecznicza.
     Spojrzałam w bok. Doskonale wiedział, że tego nie chciałam i byłam w stanie wykonać każdą opcję, która tylko przyjdzie do mojej głowy, aby zdobyć tą dziwną rośliną. Nie mogłam jednak myśleć o tak absurdalnej i szalonej myśli jak podróż do królestwa nocy.
     - To ryzykowne - zaczęłam zaniepokojona, odrywając się od blatu. Zaczęłam krążyć po całej kuchni, chaotycznie rozważając wszystkie za i przeciw. - Nathiel, ja sama jestem pół demonem. Gdy nas odkryją, najpierw zniszczą mnie, a potem ciebie - powiedziałam bezradnie, spoglądając prosto w jego twarz.
     - Nie dowiedzą się o nas. Na tym ich dziwnym balu wszyscy noszą maski. Założymy je i nikt nas nie pozna - powiedział z nadzieją w głosie.
     Dopiero teraz zauważyłam, że on także ma w tym własny cel. Wciąż jednak nie wiedziałam jaki.
     - Dlaczego tak ci na tym zależy? - spytałam podejrzliwie.
     Chłopak uśmiechnął się ironicznie na boku.
     - Ojciec - odparł - Mój ojciec tam będzie. Z tego co mówi Blazier, jest głównym organizatorem tego dziwnego przyjęcia.
     Spojrzałam w sufit z westchnięciem. Mogłam się tego spodziewać. Przecież przysiągł sobie, że za wszelką cenę zemści się na ojcu, który zabił całą jego rodzinę.
     - I co mu powiesz, gdy go ujrzysz? - spytałam, zakładając ręce na piersi z kpiącym uśmiechem na twarzy.
     Nathiel wzruszył ramionami.
     - A czy muszę mu coś mówić? Wystarczy, że go zabiję - odpowiedział beztrosko.
     Przewróciłam oczami. Dlaczego Sorathiel postanowił zapoznać Nathiela z Blazierem? Gdyby nie ta niebezpieczna znajomość, z pewnością nie przyszła by mu do głowy tak absurdalna myśl. Dlaczego Blazier w ogóle opowiedział mu o tym balu? Dlaczego opowiedział mu o jego ojcu?
     - Słuchaj - zaczął jeszcze raz Nathiel - Pójdziemy na tą ich beztroską imprezę, zabiję swojego ojczulka, a ty zerwiesz tego krzaka i niezauważeni znikniemy stamtąd raz na zawsze.
     - Myślisz, że to będzie takie proste? - spytałam oburzona.
     Dobrze znany mi nóż, przeleciał tuż obok Nathiela, który w ostatniej chwili odsunął się w bok. Mordercza broń uderzyła tępo w ścianę i wpadła prosto do zlewu pełnego wody. Moje serce na chwilę stanęło w miejscu.
     - Nawet nie próbujcie iść do Reverentii - usłyszałam za sobą kobiecy, ochrypły głos.
     - Spokojna głowa, staruszko Calanthe! Możesz mi zaufać - zaśmiał się Nathiel.
     W przeciwieństwie do mojej matki, traktował tą sytuację jak błahostkę i coś prostego do wykonania. Zachowywał się, jakby to miała być najprostsza misja jego życia. Czy on sobie naprawdę nie zdawał sprawy z tego, co go może tam spotkać? Przecież tam będzie cała horda demonów! Demonów używających magii, za nic mających prawdziwe uczucia i litość! Ja pierwsza będę na ich celowniku, bo jestem pół demonem, a on zginie jako drugi, bo nie mieszka w Reverentii i działa przeciw własnej rasie.
     Kolejny nóż przeleciał obok jego głowy, mało nie wbijając się w jego ucho. Wyglądał na zdziwionego.
     - Powiedziałem coś złego? - spytał oburzony.
     - Nawet o tym nie myślcie - powiedziała groźnie Calanthe.
     Od brzmienia jej głosu przeszły mnie ciarki. Zwróciłam się w jej stronę i kiwnęłam głową jak grzeczna i posłuszna córeczka. Nie chciałam z nią dyskutować, bo wiedziałam, że źle się to zakończy. Podczas krótkiej znajomości z moją matką zdążyłam zauważyć, że jeżeli ma ona swoje racje, nikt nie może im zaprzeczać, a co dopiero je zmieniać. Była silną kobietą świadomą swojej wartości. Decyzje na ten temat, chciałam podjąć na osobności, wracając do domu z Nathielem.
     - Dobra - zaczął zadziornie Nathiel - Jak pokażesz mi te nagie fotki Aidena z twojego albumu to tam nie pójdziemy.
     Zamrugałam kilka razy oczyma, nie wiedząc o co może mu chodzić. Calanthe tymczasem uśmiechnęła się kpiąco.
     - Cieszę się, że to nie płeć żeńska cię kręci. Laura będzie bezpieczna - mruknęła, oddalając się z powrotem do salonu.
     - Ej! - wykrzyknął oburzony chłopak - Przecież ją kocham! - dodał udawanym, dramatycznym tonem głosu - Zobaczysz, kiedyś się jej oświadczę, weźmiemy ślub i spłodzimy takie małe, czarnowłose Nathiele juniory!
     - Zacznijmy od tego, że nikt nie wpuści cię do kościoła, demoniczny kretynie! - zawołała z oddali Calanthe.
     - Taka jesteś mądra, stara babo z milionem zmarszczek?!
     Westchnęłam ciężko i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Kolejny dzień przepełniony po brzegi kłótnią mojego demonicznego towarzysza i własnej matki. Chociażbym nie chciała, nie jestem nigdy w stanie im przerwać. Mogą się sprzeczać godzinami. Na szczęście potrafiłam się wyłączyć w chwilach, gdy coś mnie irytowało, bądź nie obchodziło. Mój umysł wyciszył rozmowy w mojej głowie za pomocą magicznego przycisku z rysunkiem skreślonego głośniczka.
     Mój wzrok ponownie utkwiłam w szumiących na wietrze brzozach. Uspokajały mnie i pozwalały na dokładne rozważenie decyzji.
     Podróż do Reverentii. Ryzykowna, choć kusząca. Moje argumenty za? Dzięki niej zdobędę roślinę dla Calanthe, a więc ocalę ją od śmierci i nacieszę się jej obecnością jeszcze przez długi czas. Oprócz tego zaspokoję swoją własną, silną ciekawość obcego dla mnie świata z którym poniekąd związane jest moje istnienie. To chyba koniec wszystkich argumentów za. Teraz przeciw. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że zginiemy, przypadkiem możemy natknąć się przecież na departament. Czyżby to były wszystkie argumenty przeciw tej przygodzie? Mamy więc zwycięzce.
     - Nathiel, zgadzam się - powiedziałam szeptem.
     Wypowiedziałam to szybko, bo bałam się, że mogę stchórzyć i zmienić w głowie swój plan.
     - Na ślub ze mną? - spytał zdziwiony Auvrey.
     Moje usta zdołały się tylko otworzyć. Nie było mi dane wymówić nawet pierwszej litery zdania, które chciałam z siebie wyrzucić: "Zwariowałeś? Nigdy za ciebie nie wyjdę". Czarnowłosy z wielkim rozmachem i radością, chwycił mnie na ręce i zakręcił mną wokół własnej osi. Z trudem powstrzymałam się od okrzyku przerażenia. Czułam się jak na karuzeli, a muszę przyznać, że ich nie lubię.
     - Zgodziłaś się! - wykrzyknął triumfalnie zielonooki.
     Jego mina świadczyła o tym, że za chwilę wybuchnie śmiechem. Miał świadomość tego, że moja zgoda nie oznaczała pozwolenie na ślub. Tylko idiota by tak pomyślał. Zaraz, Nathiel jest idiotą.
     - A teraz pocałuj pana młodego - powiedział, zamykając oczy i robiąc śmiesznego dzióbka z ust.
     Przyłożyłam dłoń do jego twarzy i oddaliłam ją od siebie.
     - Nie zrobię tego - powiedziałam chłodno.
     Zielonooki zaśmiał się w charakterystyczny, zabójczy sposób. Już po chwili byłam wolna i dotykałam stopami podłoża. Wolę chyba twardo stać na ziemi, niż fruwać w ramionach Nathiela, który był nieuważny. Nie mogłam sobie wyobrazić go z niemowlakiem w ręku. Przecież wypadłby mu z rąk i zrobiłby sobie krzywdę. Jeżeli będzie miał kiedykolwiek i jakąkolwiek żonę, muszę ją ostrzec.
     - Nie boisz się? - spytał mnie szeptem, pochylając się ku mnie już z odrobinę poważniejszą miną.
     - Boję się. Boję się jak cholera, ale chcę to zrobić - odpowiedziałam równie cicho, wpatrując się prosto w jego szmaragdowe oczy.
     Chłopak uśmiechnął się delikatnie, przyglądając się mojej zapewne przerażonej twarzy.
     - Obiecasz mi jedną rzecz? - spytał.
     Spojrzałam na niego pytająco.
     - Jeżeli coś się będzie działo, zostawisz mnie i uciekniesz.
     Zrobiłam zdziwioną minę. Dlaczego mnie to zaskoczyło? Doskonale wiedziałam, że Nathielowi na mnie zależy. Poza tym wie, że wciąż nie radzę sobie z zabijaniem demonów. W walce będę dla niego tylko ciężarem, który będzie musiał chronić.
     Westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
     - Świetnie - odpowiedział, prostując się.
     Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech triumfu.
     - W takim razie jesteśmy umówieni na jutrzejszą, wieczorną randkę z demonami - mówiąc to, puścił do mnie uwodzicielskie oczko.
***
     Długie, czarne falbany, lśniły pod rozkloszowaną suknią przypominającą kreację na marsz żałobny. Gdy ujrzałam swoje odbicie w lustrze, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Dlaczego jedynymi, akceptowanymi przez demony kolorami były te ciemne, dołujące? Nie, nie miałam nic przeciwko czerni, ale jeżeli chodzi o długie, balowe suknie, nie wyobrażałam ich sobie właśnie w takim odcieniu. Bal to zazwyczaj karnawał kolorów i różnorodności, jak to mogło wyglądać w Reverentii? Demonice spowite w ciemne, żałobne kolory i ich błyszczące w ciemnościach szmaragdowe oczy ukryte pod maską. Podejrzliwe i pogardliwe spojrzenia, atmosfera przepełniona złem oraz nienawiścią do wszystkiego, co żyje i chodzi. Na myśl o tej wizji, przeszły mnie ciarki. Moje serce ponownie tego dnia zabiło szybciej z niepokoju. Naprawdę bałam się tej misji.
     - Wiesz, Laura? - usłyszałam surowy głos znawcy mody - Ta akurat do ciebie nie pasuje. Zbyt wyzywająca.
     Przewróciłam oczami, przeklinając w duszy moment w którym poprosiłam moją przyjaciółkę o pomoc. Miałyśmy dwie różne perspektywy i styl. Ona godzinami mogła siedzieć w sklepach z ciuchami lub spędzać czas przed lustrem, strojąc się w najróżniejsze kreacje, ja wybierałam zawsze najprostsze rozwiązania - coś wygodnego i nie musi być to nadzwyczaj piękne. W tym momencie przymierzałam już dziesiątą sukienkę z których sama ubrałabym się w jakieś osiem. Amy jednak żadna nie pasowała. Szukała czegoś idealnego.
     Spojrzałam bezradnie w jej stronę. Właśnie zaczynała przekopywać stos sukienek leżących na łóżku w pokoju Sorathiela. Przytargał je ze sobą w wielkim, ciężkim worze Nathiel, który siłą został do tego zmuszony. Suknie należały do przeróżnych osób. Do Amy, do jej mamy, cioci i do osób o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Upór i zaangażowanie mojej przyjaciółki przy wyborze stroju balowego, przerażały mnie w najwyższym stopniu. Chciałam uciec, choć nie wiedziałam jak.
     - O! Ta może być fajna! Przymierz ją! - wykrzyknęła uradowana, podając mi kolejną czarną suknię, sięgającą po samą ziemię.
     Westchnęłam ciężko i zaczęłam jedenastą z rzędu przebierankę. Jeszcze moment i umrę na środku pokoju. Żałuję tego, że w ogóle prosiłam ją o pomoc przy wyborze sukni na "gotycki bal". Musiałam poświęcić swoją godność i okłamać ją, że to część mojej i Nathiela randki. Gdy o niej usłyszała, latała po całym domu jak w skowronkach i powtarzała do siebie: "wiedziałam, że ten dzień nadejdzie!". Nie chciałam jej odwodzić od tej myśli. Poprosiłam ją tylko o to, aby nie mówiła nic Sorathielowi. Gdyby usłyszał o jakimś gotyckim balu z pewnością zacząłby nas o coś podejrzewać. Na szczęście nie wiedział ani o tym, że Calanthe potrzebuje rośliny z Reverentii, ani o tym, że ma się tam odbyć jakiś bal. W raz z Nathielem ubłagaliśmy Blaziera o to, aby przemilczał ten temat.
     W końcu naciągnęłam na siebie dosyć wygodną, czarną suknię. Spojrzałam w lustro. Za bardzo się wyróżniałam tą kreacją. Była błyszcząca i dosyć wyzywająca.
     - Nie, to znowu nie to - mruknęła niepocieszona Amy, marszcząc czoło. Przynajmniej w tej kwestii się zgadzałyśmy.
     Do moich rąk trafiła następna, dwunasta już kreacja. Przysięgam, jeszcze moment tej morderczej przebieranki i wyskoczę stąd przez okno.
     Nim zaczęłam się przebierać, rozległo się ciche pukanie.
     - Wejdź - usłyszałam dźwięczny głos Amy.
     Zrezygnowana, trzymając w ręku następną kreację, usiadłam na łóżku. Do pokoju wszedł Sorathiel z kubkiem gorącej herbaty w ręku i lekturą pod pachą. Na jego nosie spoczywały okulary z bordową obwódką w których było mu całkiem do twarzy. Wyglądał w nich sto razy bardziej inteligentnie, choć nie mogłam zaprzeczyć, że i bez nich taki był.
     - Nigdy nie sądziłem, że będę musiał pukać do własnego pokoju - powiedział blondyn, uśmiechając się w naszą stronę znacząco.
     - Nie narzekaj, Sor! - wykrzyknęła moja przyjaciółka, rzucając go ze śmiechem na ustach poduszką. Z iście stoickim spokojem, odsunął się na bok, dzięki czemu poduszka wyleciała na korytarz.
     - Ktoś musi - stwierdził spokojnie, podchodząc do własnego biurka. Z szafki, która nad nim wisiała, wyjął kolejną książkę. Starą, odłożył na swoje miejsce.
     - Szykujecie się na jakiś pogrzeb? - spytał.
     Uśmiechnęłam się krzywo na boku.
     - Można tak powiedzieć - stwierdziłam, mając na myśli moją rychłą śmierć w królestwie nocy. Przynajmniej będę gustownie ubrana. W sam raz do trumny.
     - Laura wybiera się na gotycki bal - powiedziała dumnie Amy - Poprosiła mnie o pomoc w wyborze sukni.
     Oczywiście, że nie powiedziała mu o tym, że wybieram się tam z Nathielem. Przysięgła mi, że słowem o nim nie napomni. Gdyby to zrobiła, Sorathiel natychmiastowo zacząłby nas o coś podejrzewać. Tymczasem wyglądał tylko na lekko zdziwionego moją nagłą potrzebą zabawy.
     - W takim razie nie przeszkadzam - odpowiedział chłopak, wpatrując się we mnie badawczym wzrokiem. Starałam się nie odwracać od niego oczu. Wiedziałam, że gdy to zrobię, uzna ten fakt za kłamstwo. Musiałam walczyć z własną duszą, aby nie ulec spojrzeniu brązowych, mądrych oczu, potrafiących czytać w myślach. Niech wie, że to tylko bal.
     Wreszcie odpuścił i skierował swoje kroki ku wyjściu.
     - Powodzenia - rzucił tylko i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
     Z jednej strony cieszyłam się, że nas opuścił, z drugiej tego żałowałam, gdyż ponownie musiałam oddać się morderczym, "modowym" dłoniom. Widząc na sobie znaczące i wyczekujące spojrzenie mojej przyjaciółki, przeniosłam się do pionu i zaczęłam siłować się z następną suknią. Miałam z nią niewielki problem, gdyż ciągnął się za nią prześwitujący czernią ogon - zaplątałam się w niego. W końcu jednak kreacja wylądowała na moim ciele. Z cichym westchnięciem spojrzałam w lustro. Cóż, wyglądałam całkiem dobrze. Tak mi się przynajmniej wydawało.
     - Laura! - wykrzyknęła Amy, która stanęła tuż za moimi plecami. Jej oczy błyszczały z radości. - Wyglądasz świetnie! - zaczęła piszczeć, podskakując do góry jak mała, ucieszona dziewczynka - To jest ta sukienka! Idealna!
     Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Nie lubiłam go. Moja twarz nigdy mi się nie podobała, podobnie, jak reszta ciała. Ta suknia jednak coś we mnie zmieniała. Nie pokazywała, że jestem przerażająco chuda, choć silnie kontrastowała z kolorem mojej skóry. Wyglądałam w niej dosyć zgrabnie.
     Gdy ja oglądałam siebie z każdej strony, rozległo się głośne pukanie w ścianę.
     - Już coś wybrałyście? - usłyszałyśmy znudzony głos Nathiela.
     Chciałam odpowiedzieć: "nie", aby tu nie przychodził, uprzedziła mnie jednak Amy, która z pełnym entuzjazmem wykrzyknęła:
     - Matko! Nathiel! Chodź ją zobaczyć! Wygląda pięknie!
     Westchnęłam ciężko, zakrywając dłońmi twarz. Czy musiała mnie stawiać w tak żenującej sytuacji?
     Nim się obejrzałam do pokoju bez pukania i z wielkim rozmachem wparował Nathiel. Wiedziałam, że chce coś powiedzieć, ale zastygł w bezruchu z otwartymi ustami. Wpatrywał się we mnie przez długi czas zdziwionymi oczami. Czyżby był pod wrażeniem?
     - Oniemiałeś! - wykrzyknęła Amy, śmiejąc się głośno i radośnie.
     - Nie - odpowiedział - Przestraszyłem się - dodał z morderczym śmiechem w ustach.
     Co jak co, ale nawet po miłosnym wyznaniu, Nathiel nie wyzbył się swojej ironii. Co prawda była ona teraz ograniczona, ale nie wypleniona jak chwast od podstaw.
     - Żartowałem - przyznał chwilę później, mierząc mnie kilka razy od góry do dołu - Wyglądasz całkiem spoko.
     - Nie wiesz jak postępować z kobietami! - wykrzyknęła oburzona Amy, rzucając poduszką prosto w twarz Auvreya, który nawet się tym nie przejął. Dalej stał w tej samej pozycji, jakby nic się nie stało.
     Przewróciłam oczami. Doskonale wiedziałam, że nie powie tego, co naprawdę sądzi przy Amy. Wiedział, że zacznie się niepotrzebnie emocjonować i nie da nam spokoju przez następne kilka godzin. Wolał odpowiedzieć w bardziej łagodny sposób, choć w jego oczach widziałam prawdziwy, wręcz wulgarny, diabelski wyraz. Jego bezczelny uśmiech i szmaragdowy błysk podpowiadały mi słowa: "Gdyby cię tu nie było, z pewnością bym się na nią rzucił". Na myśl o tym, przeszły mnie ciarki. Skąd w ogóle biorą się w mojej głowie takie myśli?
     Amy spoglądała to na mnie, to na niego, aż w końcu po długiej chwili milczenia uznała, że zostawi nas w pokoju samych. Uśmiechnęła się w moją stronę tajemniczo, puściła oczko i powiedziała:
     - Pójdę sprawdzić co robi Sorath.
     Nathiel spojrzał na nią znacząco, uśmiechając się w istnie diabelski sposób. Wyczuwałam zbliżającą się zemstę słowną.
     - A więc tym razem swoją miłość przerzucacie na kuchnię? - spytał - Do tej pory chichoty słyszałem tylko z pokoju Soratha - dodał, potrząsając głową - Rozumiem, że perspektywa blatów kuchennych i stołu bardziej was jara - zaśmiał się morderczo.
     Moja przyjaciółka zarumieniła się niczym dorodny burak. Widziałam jej rozbiegane po pokoju oczy, które patrzyły wszędzie, tylko nie na Nathiela. Nie mogłam sobie wyobrazić Sorathiela w romantycznej wersji. Nigdy nie widziałam jak się całowali, a co dopiero oddawali namiętności. Dziękowałam wszystkim siłom niebieskim za to, że nie miałam tak wybujałej wyobraźni jak Nathiel.
     Zażenowana Amy, wyminęła mojego zielonookiego towarzysza w drzwiach. Jej gwałtownym, przyspieszonym krokom towarzyszyły ciche i niezrozumiałe pomruki. Drzwi nareszcie zamknęły się za nią, a cisza opanowała pomieszczenie, które wydawało mi się teraz wyjątkowo niezręczne. Byłam tu sama razem z Nathielem, czyli w sytuacji od której wzbraniałam się przez kilka poprzednich dni. Sam na sam, w obawie przed nagłym romantyzmem.
     Spojrzałam na Auvreya, który uśmiechał się w moją stronę, mierzwiąc swoje i tak już roztrzepane włosy.
     - Tak naprawdę to wyglądasz pięknie - stwierdził radośnie - Brałbym cię - dodał, puszczając do mnie swoje uwodzicielskie oczko. Śmiech w jego ustach dowiódł temu, że żartował. Cieszyłam się, bo nie wiedziałam co miał dokładnie na myśli przez "brałbym".
     Westchnęłam ciężko i przysiadłam na krańcu łóżka Sorathiela, nie komentując jego wypowiedzi. Nie chciałam się pogrążać. Mój demoniczny przyjaciel szybko do mnie dołączył.
     - Wiesz co ostatnio odkryłem? - spytał.
     - Nie wiem czy chcę wiedzieć - przyznałam, uśmiechając się ironicznie.
     - Chcesz - stwierdził odważnie Nathiel, spoglądając na mnie z ukosa - Widzisz, ostatnio zauważyłem jedną rzecz. Mimo tchórzostwa i bezradności, zawsze bronisz swoich bliskich.
     Spojrzałam na niego w zamyśleniu. To lekkie odejście od tematu mnie zdziwiło, ale musiałam przyznać, że coś w tym było. Mimo trzęsących się ze strachu portek, łzach w oczach i zmysłów nie do opanowania, byłam w stanie polecieć na złamanie karku tylko dla swoich bliskich. Dziwił mi się? Zostało ich naprawdę niewielu. Kolejnej straty bym nie zniosła.
     Nie odpowiedziałam na jego spostrzeżenie. Zamiast tego, spojrzałam w stronę otwartego na oścież okna. Na parapecie usiadł właśnie malutki ptaszek, który zaćwierkał wesoło w naszą stronę. Zazdrościłam mu w tej chwili swobody, jaką narzuciło mu życie. Wolny, mógł fruwać w przestworzach, nie martwiąc się o przyziemne sprawy. Chciałam się poczuć jak on. Zamienić z nim, choć na jeden dzień i uwolnić od strachu, który deptał mi po piętach w każdej minucie mojego życia. Ile człowiek jest w stanie psychicznie znieść, nim całkowicie się pogrąży?
     - Laura - usłyszałam cichy szept, tuż nad uchem. To Nathiel bezszelestnie zaszedł mnie od tyłu.
     Bałam się jego obecności tuż za moimi plecami. Nie wiedziałam co może zrobić. Czasem był nieprzewidywalny.
     - Wiem, że się boisz - stwierdził.
     Jego ramiona oplotły mnie znienacka, czyniąc swoją niewolnicą. Nie miałam drogi ucieczki. Stałam w miejscu sztywna jak kołek, czując na swoim gołym ramieniu ciepły polik. Karciłam siebie w duchu za nagłą potrzebę bycia w czyiś ramionach. Czy naprawdę aż tak łatwo było mnie przekonać?
     Ptaszek odleciał, pozostawiając po sobie jednoczesną pustkę i chaos w mojej głowie.
     - Nathiel - zaczęłam bezradnie, próbując przekonać go do zostawienia mnie w spokoju.
     Nie chciałam jego bliskości. Przerażała mnie. Bałam się, że tylko jej wkrótce będę pragnęła.
     W odpowiedzi jego ramiona oplotły mnie jeszcze mocniej.
     - Możesz mnie nienawidzić i uważać za kretyna, ale chociażbyś błagała, nie puszczę cię - powiedział odważnie - Cokolwiek będzie się działo, nigdy cię nie puszczę, rozumiesz? - spytał głośno i wyraźnie.
     Jęknęłam załamana, gwałtownie się od niego oddalając.
     - Nie musisz mnie puszczać, sama odejdę - mruknęłam chłodno.
     Nathiel złapał mnie za rękę.
     - A ja złapię cię wtedy jeszcze raz - odpowiedział niczym niezrażony.
     Oczami wyobraźni widziałam jego zabójczy uśmiech. Nie chciałam się jednak obracać, aby go zobaczyć.
     - Możesz uciekać od wszystkiego, ale nie uciekniesz ode mnie - zaśmiał się cicho i dźwięcznie w mniej irytujący sposób, niż zwykle.
     Westchnęłam ciężko, poddając się jego woli. Ubrana w czarną, długą suknię z ogonem, z bezradną, załamaną miną, ponownie skierowałam spojrzenie w stronę okna, które było teraz puste. Miał racje. Nie ucieknę od niego.
     Moja dłoń została oswobodzona. Za plecami słyszałam oddalające się kroki.
     - Szykuj się maleńka na podróż swojego życia w krainę demonów - zaczął na nowo, swoim przesadnie pewnym siebie głosem - Tylko ubiorę garniaka.
     Westchnęłam ciężko, kiwając głową. Nie chciałam na niego spoglądać. Chciałam, żeby wreszcie sobie poszedł. Poszedł i dał mi spokój, bo zawsze, gdy szykowałam się na zagładę, wolałam być sama. Sama ze swoim sercem i myślami.
     Drzwi zamknęły się za Nathielem, a ja zwróciłam się do nich przodem, opadając bezwładnie na łóżko. Sufit przywitał mnie swoją przesadną bielą. I już wiedziałam, że nie ma odwrotu.

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 54 - "Boisz się, że ktoś mógłby się w tobie zakochać?"

54 rozdział jest jeszcze dłuższy, niż 53 i wynagradza to, czego nie było w 53, a więc będzie dużo, dużo Lauriel. 54 rozdział, Cleo! To właśnie ten, który kiedyś ci zaspoilerowałam (i z którego teksty znasz na pamięć XD). W sumie początkowo nie oczekiwałam, że zakończy się tak jak zakończy, ale stało się. Nathiel rusza z grubej rury >D! Witam przy szalonej misji Lauriel (tylko oni i demony), macham wam z różowego BMXa!
PS. Rozdział wstawiany trochę z opóźnieniem. Nie mogłam go poprawić, gdyż przez 3 dni siedziała u mnie koleżanka. Ale i tak mamy sporo nadrobionych, więc nie jest źle!
***

     Żadną cząstką duszy i serca nie żałowałam swojej decyzji. Dzięki niej, każdego dnia po szkole, siadałam w wygodnym fotelu z kubkiem ciepłej herbaty w ręku i przysłuchiwałam się historiom nie z tej ziemi. W ciągu tych kilku dni dowiedziałam się wielu rzeczy na temat demonów, departamentu, organizacji, a także mojego własnego życia. Powoli obraz Calanthe zaczął się przede mną malować w jaśniejszych barwach. Chwilami zdawało mi się, że wiem nawet więcej, niż bym chciała wiedzieć. Moja matka była szczerą do bólu osobą. W rozmowie ze mną, nie kryła nawet najpikantniejszych szczegółów ze swojego życia. Z trudem powstrzymałam ją od tego, aby nie opowiadała mi o tym w jakich okolicznościach i dlaczego zostałam poczęta. Nie byłam gotowa na dawkę tak mocnych w słowa historii. Na razie wystarczył mi sam fakt i opowieści, które sprowadzały się do tego, że jej relacja z Aidenem była czystą, szaloną namiętnością. Ona, płonąca żywym ogniem dziewczyna, on, zimny jak lód mężczyzna, którego nie dało się "ogrzać". Dzięki tym opowieściom zyskałam nową nadzieję na to, że nie byłam do końca taka jak on. Moje rozważania na temat tego, że w większej części charakteru mogłam być demonem, odeszły w dal. Nikt nie zaprzeczy temu, że byłam człowiekiem z krwi i kości, a moja demoniczność to tylko dodatek do całości.
     Mój umysł został także nakarmiony nowymi informacjami odnośnie starej części organizacji. Tak jak podejrzewałam, osoby znajdujące się na zdjęciach w starym albumie, były przyjaciółmi Calanthe, którzy pod wpływem tragicznych wydarzeń zginęli. Ponoć tylko ona i chłopak o imieniu Ethan do dzisiejszego dnia żyli. Historia rodziców Sorathiela była mi już znana - zginęli podczas zwyczajnej przechadzki z własnym synem i Nathielem, dzięki któremu ta sytuacja nie zakończyła się śmiercią czterech osób. Gdy Calanthe opowiadała mi o nich, widziałam w jej oczach ból. Wielokrotnie powtarzała, że Elisabeth była dla niej osobą, której o wszystkim mogła powiedzieć. Jako jedyna wiedziała o jej ciąży i starała się ją odwieść od złych decyzji, mających na celu zabicie mnie. Byłam jej wdzięczna za to, że o mnie walczyła, zanim jeszcze ujrzałam światło dzienne. Kto wie, może to właśnie dzięki niej się narodziłam?
      Byłam pewna, że nikt na tym świecie nie był w stanie przeżyć tyle, ile moja matka. Wcale nie dziwiłam się jej wewnętrznej zmianie. Nikt przy zdrowych zmysłach, nie zachowałby swojej młodzieńczej radości i optymizmu przy takim obrocie sytuacji. Straciła wszystkich swoich bliskich - rodzinę, przyjaciół, a ostatecznie zdradziła ją nawet jej własna miłość. Przeżyła tak wiele w swoim nastoletnim wieku, że nie miałam wątpliwości, iż rzeczywiście jest feniksem, który powstaje z popiołów.
     W moich podróżach często towarzyszył mi Nathiel, choć coraz częściej miałam świadomość tego, że jeżeli dalej będzie przy mnie tkwił, pozabija się nawzajem z Calanthe. Z pewnością nie byli do siebie nastawieni pozytywnie. Nie raz noże latały po całym domu, a sarkazm i agresja wypełniały jego ściany. W takich sytuacjach musiałam interweniować. Nathiela posyłałam wtedy do sklepu albo odstawiałam go w jakikolwiek kąt mieszkania, ją zaś z kolei zajmowałam rozmową. Calanthe wielokrotnie powtarzała, że jeżeli kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy spędzić z nim życie, powinnam się nad tym głęboko zastanowić. Ja jednak nie planowałam tak dalekiej przyszłości. Wystarczyła mi teraźniejszość, która powoli dobiegała końca.
     Calanthe zdobyła kilka nowych fiolek antidotum, co pozwoliło jej na przeżycie dodatkowego tygodnia. To wciąż jednak było za mało. Rozpaczliwie potrzebowała prawdziwej odtrutki, którą mogła jej zapewnić tylko tajemnicza roślina z Reverentii. Nie istniała jednak osoba, która zdolna była do podróży w krainę demonów, a przynajmniej jej nie znałam. Nawet prośby skierowane do Blaziera niedużo dały. Z oburzeniem stwierdził, że nie będzie narażał własnego życia dla obcej kobiety, która żyła po to, aby niszczyć takich typów jak on. Nie wiedziałam jak jej mogę w tej sytuacji pomóc. Ta myśl męczyła moje myśli całymi dniami. Nie miałam pojęcia dlaczego chcę ją za wszelką cenę ratować. Czy człowiek był zdolny przywiązać się do kogoś w tak krótkim czasie? Czy człowiek był w stanie wybaczyć komuś błąd życia tak szybko? Nie wiem. Nie miałam pojęcia. Coś w środku podpowiadało mi jednak, że powinnam utrzymać ją przy życiu.
     - Znowu za dużo myślisz.
     Wybudzona z rozmyśleń, spojrzałam na Nathiela, który szedł tuż obok mnie, podrzucając do góry swój zmasakrowany nóż. Prawie zapomniałam o tym, że mi towarzyszy.
     Westchnęłam głęboko. Powinnam przestać myśleć o Calanthe i skupić się na swoim zadaniu. Tak, byłam wysłana na misję. Wspólną misję w raz z Nathielem na którą strasznie nalegał. To nie był dobry pomysł. Nie bez powodu poszedł na nią tylko i wyłącznie ze mną. Bałam się, że może mu wpaść do głowy jakiś dziwny pomysł, a nie chciałam ulegać mu w tak łatwy sposób. Szybko nie zdobędziesz mojego serca, Nathielu Auvrey. Od dawna wiadomo, że jest skute lodem, który topi się w zastraszająco wolnym tempie.
     - To gdzieś po prawej stronie - powiedział odkrywczo Nathiel, przewracając mini mapę na drugą stronę.
     Westchnęłam ciężko i wyrwałam mu ją z rąk. Mój palec powędrował w stronę czerwonego krzyżyka. Wiedziałam już gdzie jesteśmy i ile zostało nam drogi.
     - Po lewej stronie - poprawiłam go - Sklep zielarski, lipowa aleja i tuż za nią nasz cel - powiedziałam w skrócie.
     Zerknęłam na Nathiela, który wyglądał na urażonego. Bądźmy szczerzy, gdyby nie ja na pewno byśmy tutaj nie trafili. Nathiel był tu tylko od brudnej roboty, czytaj: zabijał demony. Całym mózgiem operacji byłam ja, co mi w żaden sposób nie przeszkadzało. Wolałam myśleć, niż zabijać wyłączając przy tym cały swój umysł.
     Misja nadana nam przez Hugha nie była skomplikowana i miała na celu lekkie przeszkolenie mojej osoby. Na szczęście nie miałam za zadanie zabijać demonów. Jedyne, co mi zostało przydzielone to obserwacja. Ostatnio członkowie organizacji Nox wykryli rodzinę, która mogła być ofiarą masowego ataku demonów. Ponoć zarówno rodzice, jak i ich potomstwo, mieli na karku demony, żywiące się bezwzględnie ich energią potencjalną. W raz z Nathielem mieliśmy rozeznać się w sytuacji i przekazać informacje na jej temat Nox. Patrząc na czarnowłosego, wątpiłam w to, że nasza misja zakończy się na samym obserwowaniu. Hugh wyraźnie go upominał i prosił o to, aby zważał też na moją obecność. Nathiel oczywiście kiwał głową w sposób wyrażający totalny brak zainteresowania jego prośbami. Bałam się, że gdy zobaczy demony, rzuci się na nie, a wtedy i ja będę musiała mu pomóc. Na swoim koncie nie miałam jeszcze ani jednego zabitego demona. Bałam się tego momentu, gdyż wciąż w swojej głowie miałam utrwalony obraz demonicznego potwora w skórze Margaret, zabijającego moją zastępczą matkę. Wiem, z jaką łatwością są w stanie rzucać ludźmi o ściany. To przez nich moje żebra ucierpiały na kilka następnych miesięcy.
     - Nathiel - zaczęłam lekko zaniepokojona.
     Miałam nadzieję, że przynajmniej mnie się posłucha. Tak, wiem, w tej sytuacji wykorzystywałam jego zaintrygowanie moją osobą, ale nie było to chyba jakimś ogromnym grzechem.
     - Przysięgnij mi, że nie rzucisz się na te demony bez powodu - spojrzałam na niego podejrzliwie.
     Chłopak przewrócił oczami.
     - Przecież to tylko demony - mruknął niepocieszony na boku.
     - Dla mnie to AŻ demony, pamiętaj o tym.
     Zielonooki chwycił mnie niespodziewanie za rękę, przybierając zabójczy uśmiech. Westchnęłam ciężko. Standardowo starał się o moje względy w zbyt odważny sposób.
     - Obronię cię - powiedział, puszczając do mnie swoje uwodzicielskie oczko.
     Tym razem to ja przewróciłam oczami i wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku. Nie potrzebowałam teraz nadmiernej uczuciowości. W chwili, gdy szykowałam się do stresujących manewrów, nic mi nie pomagało. Nawet myśl, że obok mnie idzie Nathiel, gotowy do rzucenia się w paszcze potwora tylko po to, by go rozpruć od środka.
     Wkroczyliśmy na lipową aleję. To był znak, że jesteśmy już naprawdę blisko od zagłady. Drzewa kołysały się niespokojne na delikatnym, letnim wietrze, wprawiając mnie w stan otępienia. Mimo tego, że niedawno rozpoczęły się wakacje, a temperatura za dnia przechodziła ludzkie pojęcie, wieczory bywały chłodne. Gdy na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka, zaczęłam żałować wyboru ciuchów. Krótkie, dżinsowe spodenki i biała koszulka w drobne, czarne kropki z wyciętym miejscem na plecach, wcale nie dostarczały ciepła, a wręcz przeciwnie. Dziwiłam się jak Nathiel może iść tuż obok mnie i wachlować się dłonią.
     - Zimno ci? - spytał mnie zaskoczony.
     Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że nie ma przy sobie żadnej bluzy. Wolałabym uniknąć jego czułego gestu, który miałby na celu ogrzanie mnie. Sam w końcu był w krótkiej koszulce na której widniał napis: "Take me, baby". Swoją drogą - idealnie to do niego pasowało.
     - Zaraz cię rozgrzeję - zaśmiał się i ku mojemu zdziwieniu, bez zażenowania ściągnął z siebie koszulkę.
     Oniemiałam. Zdążyłam się już przyzwyczaić do Nathiela, który chodził bez koszulki i narzekał, że jest mu za gorąco, ale zupełnie nie wiedziałam jak w tym momencie zareagować.
     - Chodź, przytul się do mojego gorącego ciałka - powiedział, szczerząc się do mnie, jakby dostał niesamowitą zabawkę. Rozłożył ramiona na bok i zbliżył się do mnie. Odskoczyłam od niego jak oparzona.
     - Ubierz tą koszulkę! - wykrzyknęłam przerażona.
     Auvrey roześmiał się wesoło.
     - Tak uroczo wyglądasz, gdy się rumienisz - przyznał, puszczając mi oczko.
     Założył na siebie koszulkę. Najwyraźniej był to z jego strony tylko i wyłącznie głupi żart. Rozumiem, że lubi świecić gołą klatą, ale niech wstrzyma swoje dzikie, demoniczne żądze.
     Odwróciłam od niego głowę, próbując ukryć swoją zaczerwienioną twarz. Coraz bardziej bałam się z nim przebywać sam na sam. Moje serce nie raz uciekało na tylną część żeber, krzycząc i płacząc, gdy się do mnie zbliżał. Coraz częściej patrzył w moje oczy bez zażenowania, próbując mnie zaczarować. Szukał tylko momentu w którym zapatrzę się na niego, a on będzie mógł zatopić swoją dłoń w moich włosach i bezczelnie mnie pocałować. Przez niego wyznawałam teraz zasadę: co najmniej dwa metry od Nathiela.
     Przeszliśmy przez lipową aleję. Naszym oczom ukazał się rząd identycznie wyglądających, nie wyróżniających się niczym domów. Nie musiałam posiadać szczególnie wyczulonych zmysłów, aby dowiedzieć się, gdzie jest nasz cel. Była wczesna noc, większość lamp płonęła w mieszkaniach, gdzie między kątami przemieszczali się ludzie. Tylko jedno, jedyne mieszkanie okryte było ciemnością. Łatwo było zgadnąć, że to tam znajduje się "nawiedzona rodzinka". Wymieniając znaczące spojrzenia z Nathielem, ruszyliśmy właśnie w jego stronę. Dlaczego miałam dziwne przeczucie, że ta misja wcale nie zakończy się pozytywnie?
     Wzięłam głęboki wdech i wydech. Muszę przystopować z moim bezwzględnym pesymizmem. Czułabym się zdecydowanie lepiej będąc realistką. Oczywiście zdecydowanie wykluczam tu optymizm. Wystarczyło, że zawsze obok mnie stał przepełniony nadzieją na lepszą przyszłość Nathiel.
     Dotarliśmy do progu mieszkania. Auvrey przytykając palec do ust w geście uciszenia, zostawił mnie na moment przed samymi drzwiami i ruszył na tyły domu. Najwyraźniej chciał zrobić drobne rozeznanie w sytuacji. Może akurat jakieś okna były pootwierane albo dom zawierał tylne, otwarte i bezpieczniejsze wejście? Długo nie musiałam czekać. Już chwilę potem, lekko podenerwowany Nathiel wyminął mnie i bez chwili zastanowienia chwycił za klamkę drzwi. Gwałtownie i z wielkim rozmachem pchnął je do przodu. Serce stanęło mi w miejscu. Patrzyłam na niego nie dowierzając jego głupocie. Tą postawą uznał właśnie, że będzie walczył. Nie zdążyłam chwycić go za rękę. Wpadł do mieszkania jak strzała z nożem w dłoni. Wyglądał teraz, jakby coś go poruszyło. Zaczęłam wątpić, że zrobił to z powodu złego funkcjonowania mózgu. Musiał mieć jakiś powód.
     Ciężko wzdychając, wyjęłam exitialis z kieszeni i po cichu weszłam do domu. Jedyne co mnie tu uderzyło to przeklęta ciemność. Bałam się, że może mnie tu zastać scena jak z horroru. Kto wie, może demony zdecydowanie lepiej widziały w mroku? Nie na darmo nazywano je istotami nocnymi.
     Ledwo przeszłam przed przedpokój, a już do moich uszu doszły okrzyki przerażenia. Domyślałam się, że Nathiel zdążył zadziałać. Przewracając oczami, przekroczyłam próg salonu. Krzyki dochodziły z góry, tam więc skierowałam swoje kroki. Schody skrzypiały, uginając się pod moimi stopami, zdążyłam więc wywnioskować, że dom do najnowszych nie należał. Powoli stawiałam kolejne kroki ku górze z bijącym sercem oczekując na szczyt, gdzie może czekać mnie zagłada. Po oddźwiękach zdążyłam się zorientować, że Nathiel prowadzi właśnie walkę z jakimś mężczyzną. Zapewne ojcem dzieci o którym wcześniej wspominał Hugh. Domyślałam się, że jego cieniem zawładnął demon. Różne przedmioty uderzały o ścianę i podłogę, zapełniając pomieszczenie dźwięcznym chaosem. Od czasu do czasu słyszałam też ciche, dziecięce, płaczliwe głosy. Na początku myślałam, że mam przesłyszenia, ale gdy dotarłam na szczyt i stanęłam w drzwiach dziecięcego pokoju, odkryłam prawdę. Wiedziałam już, dlaczego Nathiel zareagował jak szaleniec, pragnący tylko i wyłącznie zabijać demony. Chciał obronić dzieciaki, które kuliły się ze strachu, tuż za jego plecami, pod ścianą. Była ich trójka. Na około 7-letni chłopiec i dwie, młodsze od niego dziewczynki, które płakały w jego objęciach. Chłopiec był zraniony i zszokowany. Gdyby to była inna sytuacja, z pewnością moje serce zalałoby się ciepłem, a umysł zmusiłby mnie do pokłonu szacunku w stronę Nathiela, nie miałam jednak na to czasu.
     - Zabierz je ze sobą - usłyszałam nerwowy głos Nathiela, który właśnie dopadł odrobinę cienia odbijającego się w księżycowej poświacie. Wbijając w niego nóż, dał początek uwalnianiu się demona. Do głowy rodziny dołączyła matka, która dzierżąc w dłoni lampę, zaatakowała Nathiela.
Ufałam mu i wiedziałam, że sobie poradzi. Postanowiłam dać szybki sygnał Hugh'owi, który przekazał mi, że w razie problemów mam do niego dzwonić. Następnie podeszłam do dzieciaków i przybierając pokrzepiający wyraz twarzy, powiedziałam:
     - Nie macie się czego bać.
     Zaśmiałam się ironicznie w duchu. Przecież sama trzęsłam się ze strachu.
     - Zaraz was stąd zabiorę.
     - A rodzice? - spytała najmłodsza z dziewczynek.
     - Nic im nie będzie - odpowiedziałam spokojnie.
     Skierowałam spojrzenie na zranionego chłopca, którego rana nodze nie wydawała się być aż tak niebezpieczna i przytłaczająca. Nie uniemożliwiała mu także poruszania się.
     - Za rogiem znajduje się posterunek policji - powiedziałam głośno i wyraźnie - Jesteś w stanie zaprowadzić tam swoje siostry? - spytałam.
     Przerażony chłopiec kiwnął głową. Mimo strachu, widziałam w jego oczach poczucie ważności. Misja nadana mu przeze mnie stała teraz na szczycie jego celów. Może to nie był dobry pomysł, zostawiać dzieciaki samym sobie, ale wiedziałam, że sobie poradzą. Policją także się nie przejmowałam. Kto uwierzyłby takim malcom w istnienie demonów, które opętały ich rodziców? Nikt. Gdy detektywi przyjadą na miejsce, omdlali będą leżeć na podłodze, a otoczenie, choć lekko podniszczone, nie będzie świadczyć o poważnych dziejach, jakie miały tu miejsce.
     Wzrokiem odprowadziłam pędzące schodami w dół dzieciaki. Nóż miałam w gotowości, by w razie czego ich obronić. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Drzwi na dole trzasnęły za nimi głośno, gdy Nathiel skończył walkę z ostatnim demonem. Uśmiechnął się wtedy triumfalnie i zarzucił swoją grzywką na bok.
     - To była bułka z masłem - powiedział, choć wydawało mi się, że za wcześniej.
     Demony, które zawładnęły ciałami rodziców tych bezbronnych dzieciaków zostały zniszczone, ale żadne z nas nie przewidziało, że może być ich tutaj więcej. Nim się obejrzeliśmy, z kątów zaczęły wyłaniać się przerażające cienie, układające się powoli w cieniste pokraki. Trzęsąc z niedowierzaniem głową, stanęłam plecami do Nathiela i zacisnęłam rękę na exitialis.
     - No, to zaczyna się prawdziwa zabawa - powiedział najwyraźniej uradowany chłopak.
     Spojrzałam na niego w tył jak na ostatniego szaleńca na ziemi. Moje usta nie były nawet w stanie wymówić żadnego słowa.
     - Uciekaj - usłyszałam chwilę potem chłodne brzmienie jego głosu. Wiedziałam, że nie mogę mu się w tej chwili sprzeciwiać - Poradzę sobie i niedługo do ciebie dołączę.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i podbiegłam do drzwi, które na moje nieszczęście... były zamknięte. Serce podskoczyło mi do samego gardła, a słowa ugrzęzły gdzieś w krtani. Byłam w stanie wydobyć z siebie tylko cichy jęk załamania. Wiedziałam już, że muszę walczyć. Nathiel najwyraźniej nie zauważył tego, że wciąż stoję w pokoju. Z dziką pasją zajmował się niszczeniem demonów, gdy ja kuliłam się pod drzwiami, ściskając w drżącej dłoni exitialis. Nie byłam niezauważalna i miałam tego znakomitą świadomość. Walka była nieunikniona.
     Widząc zbliżające się do mnie cieniste pokraki myślałam, że na miejscu padnę na zawał. Choć nigdy się nie modliłam, mój umysł wypowiadał teraz modlitwy kierowane w pusty Eter.
     Jeden z potworów rzucił się na mnie gwałtownie, a ja z głośnym krzykiem zamknęłam oczy. Nie byłam jednak do końca sparaliżowana. Moje dłonie działały samoczynnie. Robiąc dobrze znany i wypracowany gest, zatoczyłam krąg i trafiłam nożem prosto w demona. Gdy je otworzyłam, nie było jednak czasu na triumf. Następna cienista pokraka zbliżyła się do mnie. Nie zdołałam nawet użyć noża, a jego obślizgła łapa trafiła w drzwi, tuż obok mojej głowy. Dopiero wtedy byłam w stanie zadziałać. Nóż po raz kolejny zaświecił jasnym blaskiem i powodując u potwora nieludzki jęk bólu, pozbył się go raz na zawsze. Moja droga do Nathiela została oczyszczona. Wolałam być bliżej niego, dlatego dłużej nie zwlekałam. Gdy pojawiłam się tuż obok, zdążył już zabić jednego z ostatniego demonów. Widziałam na jego twarzy wysiłek i oburzenie. Zanim jednak cokolwiek zdołał powiedzieć, wytłumaczyłam się:
     - Nie mogę otworzyć drzwi.
     Chłopak westchnął ciężko i przewrócił oczami. Domyślałam się, że gdyby nie kolejne cienie w podwojonej fali, podszedłby do drzwi i rozwalił je jednym kopnięciem. Demony mu to jednak uniemożliwiły. Tym razem było ich o wiele, wiele więcej. Wiedziałam, że sobie nie poradzimy.
     - Skąd do cholery tu tyle demonów? - spytał sam siebie Nathiel, chmurząc się wyraźnie.
     Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Z bijącym sercem i wyczekiwaniem wpatrywałam się w jego twarz. Miałam nadzieję, ze wymyśli coś ambitnego.
     Zaczęły nas otaczać coraz większe szeregi demonów. Wiele z nich szykowało się do walki. Ich przerażające gęby i ciche, demoniczne chichoty przyprawiały mnie o ciarki. Widziałam, że triumfują swoje zbliżające się zwycięstwo. Nathiel tymczasem nie wyglądał na wzruszonego tą sytuacją. Bałam się, że chce walczyć, choć szybko odwiódł mnie od tych ryzykownych myśli. Nim się obejrzałam, chwycił mnie w mocnym i gwałtownym uścisku na ręce i z diabelskim uśmiechem na twarzy odrzekł:
     - Szykuj się na skok życia, maleńka.
     Po czym taranując demoniczne szeregi z nożem w ręku, wyskoczył przez okno. Na dworze rozległ się mój głośny okrzyk przerażenia. Nie mogłam uwierzyć w to, że ten szaleniec posunął się do tak absurdalnego i nienormalnego rozwiązania!
     Obydwoje wylądowaliśmy w krzakach. Nie było to zbyt miłe zetknięcie z podłożem. Czułam, że kolce ranią moje nogi i ręce, dziękowałam jednak, że nie było to bezpośrednie zetknięcie z podłożem.
Spojrzałam do góry w stronę okna i oniemiałam. Demony wcale nie zamierzały odpuścić. W zastraszającym tempie zaczęły wyskakiwać przez okno.
     Nim się obejrzałam, Nathiel stał już obok i ciągnął mnie w swoją stronę, aby uwolnić z sideł kolczastych krzaków. Powstałam obolała, przeklinając go w duchu za ten niecny czyn. Nie miałam jednak czasu na głośne oburzenie. Demony były blisko nas.
     Zielonooki zostawił mnie na moment i podbiegł do drzewa, gdzie leżał mały, różowy rower BMX. Gdyby nie powaga sytuacji z pewnością wybuchnęłabym teraz śmiechem. Nathiel podniósł rower i przywołał mnie do siebie ruchem dłoni. Nie miałam wyboru. Musiałam mu zaufać.
     - Wskakuj na barana - powiedział.
     Jęknęłam załamana. Naprawdę chciał dosiąść tego "różowego rumaka" i uciec na nim w bliżej nieokreśloną stronę? Błagam cię, Nathiel!
     - Wskakuj! - tym razem wykrzyknął zniecierpliwiony.
     Posłuchałam go. Obydwoje znaleźliśmy się na mini różowym rowerze, przy którym mój towarzysz musiał się zginać jak gargulec. Ta krytyczna sytuacja znalazła w sobie jakiś moment kpiącego śmiechu.
     - Au revoir, demoniczne cioty! - wykrzyknął Nathiel, śmiejąc się jak ostatni wariat na ziemi.
     Gdy jeden z demonów sięgnął po mnie łapą, zaczęliśmy właśnie zjeżdżać z dużej górki w dół. Mojemu krzykowi przerażenia, towarzyszył okrzyk szaleńczej radości Nathiela. Jak wielkim trzeba być wariatem, aby cieszyć się z powodu pędzącego w dół, różowego roweru?!
     W moich oczach pojawiły się łzy. Błagam, niech to się wreszcie skończy! Przysięgam, nigdy więcej żadnych misji z Nathielem! Dlaczego nie mógł z nami pójść Sorathiel? Na pewno byłoby wtedy o wiele lepiej! Zdołał by opanować jego szaleńcze żądze, z którymi ja miałam niesamowity problem.
     Coraz bardziej rozpędzony różowy, malutki rowerek, spadał stromą górką w dół, zwiastując nieprzewidziany w skutki upadek. Wiedziałam, że gdy się zatrzymamy, może to bardzo zaboleć.
     Liście drzew uderzały mnie w twarz, nie pozwalając patrzeć z otwartymi oczami przed siebie, a gwałtowny wiatr spowodowany przez nasz dziki pęd sprawiał, że traciłam dech. Czy kiedyś nadejdzie koniec tej morderczej trasy?
     Moje prośby zostały wysłuchane. Już po chwili wysunęliśmy się na przestrzeń, gdzie drzewa się rozrzedziły. Nareszcie mogłam otworzyć oczy. Nie wiedziałam jednak czy w tym momencie mam się cieszyć, czy płakać. Na samym dole znajdowało się bowiem jezioro.
     - Hamuj! - wykrzyknęłam piskliwym głosem.
     Widziałam, że Nathiel naciska hamulce, dziwił mnie jednak brak efektu ich użycia. Jego ciche: "ups" świadczyło widocznie o tym, że zostały one zepsute.
     Mój okrzyk przerażenia rozległ się ponownie tego wieczoru po dworze. Nie mam w zwyczaju wydawana z siebie tak ciężkich dźwięków, to była jednak sytuacja szczególna.
     Różowy BMX dotknął po raz ostatni skrawka ziemi i wyrzucając nas w górę, wpadł w raz z nami w głąb jeziora. Nie zdążyłam nawet chwycić powietrza w płuca, gdy woda przywitała mnie chłodną tonią. Całe szczęście, umiałam pływać.
     Gdy już wynurzyłam się z jeziora i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu Nathiela. Był po mojej prawej stronie, odrobinę bliżej brzegu, niż ja. Właśnie odgarnął swoje mokre włosy do tyłu. To dziwne, ale nawet z nimi wyglądał przystojnie.
     - To... było... - zaczął - NIEWIARYGODNIE ZAJEBISTE! - wykrzyknął na całe gardło, zanosząc się głośnym śmiechem.
     Rozdziawiłam buzię, wpatrując się w niego jak w ostatniego wariata na ziemi. Cudem przeżyliśmy atak demonów. Najpierw wyskoczyliśmy przez okno z pierwszego piętra i wylądowaliśmy boleśnie w krzakach, następnie dosiadaliśmy różowy rower, którym zjechaliśmy w dół. Okazało się, że hamulce w nim jak na złość przestały działać, więc obydwoje wpadliśmy z rozmachem do jeziora. W jakim momencie tego wydarzenia było zajebiście?!?! Nie mogłam tego pojąć!
     - W życiu nie widziałam większego psychopaty! - krzyknęłam do Nathiela załamana. - Nigdy więcej nie idę z tobą na żadną misję! - dodałam z wyrzutem.
     Auvrey spoglądając rozbawiony w moją twarz, ponownie się zaśmiał.
     - Przecież było zabawnie - odpowiedział, podpływając tyłem do samego brzegu jeziora.
     Gdy płynął, patrzył się na mnie z tym swoim okropnym, rozbawionym uśmiechem. Przeklinałam go w duchu za beztroskę jaką w sobie miał. W przeciwieństwie do niego, byłam teraz rozgoryczona. Adrenalina w moich żyłach krążyła tak szybko, że miałam wrażenie, iż lada moment moje serce zaśmieje mi się w twarz i wypłynie na głębokie jezioro, zostawiając mnie raz na zawsze w tym bezdusznym świecie.
     Moje ciało pod wpływem mrożącej krew w żyłach wody, trzęsło się niespokojnie. Zdecydowanie nienawidziłam zimna. Zimna i zaskakujących skoków do zimnej wody.
     Ciężko wzdychając, pospieszyłam ku brzegowi, gdzie stał już Nathiel, wyciskający swoją koszulkę. Woda spływała po jego klatce piersiowej, błyszcząc w świetle księżyca. Na szczęście nie wyglądał jak Edward ze Zmierzchu.
     Wreszcie dopłynęłam do brzegu. Z pomocą dłoni Auvreya, wylądowałam na ubłoconej ziemi. Nie obchodziło mnie teraz, że byłam cała mokra, zmarznięta i wybrudzona. Liczyło się dla mnie to, że przeżyłam.
     - Do twarzy ci w mokrych włosach - powiedział chłopak, kucając przy mnie i nachylając się tuż nad moją głową z zabójczym uśmiechem.
     Leżałam wśród brudnej trawy, ciężko dysząc i spoglądając na niego z niekrytym załamaniem.
     - Jesteś chory, wiesz?
     Zielonooki odgarnął mi kosmyk mokrych włosów z czoła. Uśmiech wcale nie znikał z jego twarzy.
     - Chory z miłości - odpowiedział rozbawiony.
     Jęknęłam z zawodem, zakrywając dłońmi twarz. Czy on nigdy nie przestanie z tymi swoimi pseudo romantycznymi tekstami? To za dużo jak na moją głową i serce, które i tak było teraz w krytycznym stanie.
     Podnosząc się gwałtownie z ziemi, zapragnęłam jak najszybciej stąd zniknąć. Potrzebowałam ręcznika, ciepłej herbaty, kołdry, dobrej lektury i spokoju od mojego zielonookiego towarzysza. Zdecydowanie.
     Z wielkimi celami na szczycie mojej świadomości, ruszyłam pod górkę w stronę wyjścia z tego przedziwnego miejsca. Miałam nadzieję, że ciemność lada moment zniknie, a moim oczom ukaże się oświetlona droga prowadząca wprost do organizacji. W swoim szaleńczym tempie, nie zdążyłam nawet zorientować się, że jeden z moich butów się rozkleił. Niestety, niezniszczalne trampki okazały się nie być niezniszczalne, a mój szaleńczy pęd spowodował bolesny upadek na górce. Syknęłam z bólu, upadając na kolana. Z oddali doszedł mnie szaleńczy śmiech Nathiela.
     - Trzeba było się tak spieszyć? - spytał z oddali.
     Westchnęłam i z lekko urażoną dumą, powstałam z ziemi. Z pewnością nie była to miła czynność. Upadek dał znać o sobie w postaci bólu kostki, która wykręciła się pod dziwnym kątem, akurat gdy lądowałam na ziemi. Nie wiedziałam czy jest skręcona, czy to po prostu chwilowy ból, wiedziałam jednak tyle, że trudno będzie mi się poruszać. Spróbowałam. Wchodzenie po górce z kulącą nogą nie było jednak zbyt miłe.
     Nim się obejrzałam, dołączył do mnie Nathiel, który westchnął ciężko na mój widok. Wiedziałam co sobie teraz myśli. "No i masz. Potykasz się o własne nogi, więc od razu zostaniesz zniszczona przez demony. Żaden z ciebie łowca".
     Nim cokolwiek powiedział, obdarowałam go morderczym spojrzeniem, przez które od razu zamknął buzię. Na jego twarzy widniał tylko drobny, zabójczy uśmieszek. Z tego co widziałam, zdążył już założyć na siebie swoją mokrą koszulkę.
     - Pomogę ci - stwierdził, z zaskoku, po raz kolejny tego dnia, biorąc mnie na ręce.
     Wydałam z siebie cichy pisk.
     - Nie jęcz tak, bo jeszcze sobie zwierzątka pomyślą, że im miejscówe do rozwijania stosunków między zwierzęcych zabieramy - powiedział uwodzicielskim głosem Nathiel, puszczając do mnie oczko.
     Westchnęłam ciężko i poddałam się swojemu losowi. Przynajmniej na ten moment, gdy wdrapywaliśmy się do góry.
     - Jesteś przerażająco lekka - stwierdził Auvrey, patrząc na mnie karcąco - Nie dziwię się, że demony rzucają tobą o ściany. Zdecydowanie za mało jesz.
     - Jem tyle, ile muszę - odpowiedziałam zażenowana, wpatrując się w jego twarz - Nie moja wina, że tak wyglądam.
     - Idź na siłkę, pakuj w klatę - zaśmiał się chłopak.
     Przewróciłam oczami. Na szczęście górka się skończyła i moje stopy mogły poczuć płaskie podłoże. Wiedziałam jednak, że szybko w takim stanie nie trafię do organizacji. I tu z pomocą przyszedł mi Nathiel. Uklęknął tyłem do mnie i spojrzał na mnie przez ramię znacząco.
     - Wskakuj na barana.
     Nie protestowałam. W potrzebie mogłam skorzystać z pleców barana (idealne określenie), ale to będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy to robię.
     Powoli wdrapałam się na jego plecy. Już po chwili byłam w górze, a świat otaczający mnie stał się zdecydowanie mniejszy. W milczeniu, ruszyliśmy w drogę powrotną do organizacji. Moje serce wciąż biło jak oszalałe, nie mogąc spowolnić swego bicia. Mogłam się założyć o to, że sam Nathiel czuł na swoich plecach jego bicie. Cóż, nic na to nie poradzę, mogę tylko czekać, aż się uspokoi.
     Czułam się dziwnie, choć nie byłam zawstydzona. Moje ramiona obejmowały szyję zielonookiego, a głowa wspierała się na jego ramieniu. Byłam naprawdę blisko niego. Jego dłonie trzymały mnie pod kolanami, dzięki czemu wciąż tkwiłam na jego plecach. Był ciepły. Ciepły jak zawsze. Od dawna zastanawiała mnie ta kwestia. Jak demon, który nie posiadał ludzkiej krwi, mógł mieć bijące serce i ciepłe ciało? To było dla mnie nadzwyczaj zastanawiające. A może nie miał serca? Może nie miał takich organów jak człowiek? Co, jeśli był zupełnie inaczej zbudowany? Coś w głębi podpowiadało mi, że nawet jeśli jest demonem i jest z budowy inny, niż zwyczajny człowiek, nie robi to dla mnie wielkiej różnicy. Wciąż był przecież tym samym Nathielem.
     - Laura - zaczął po długiej, milczącej przechadzce Auvrey.
     - Hmm? - mruknęłam tuż nad jego uchem.
     - Wiesz, lubię cię - przyznał.
     Cóż, nie było to dla mnie coś zaskakującego. Wiedziałam, jednak, że prowadzi to do głębszej rzeczy i rozmowy, której się bałam.
     - Ja ciebie też - odpowiedziałam, próbując zbyć go z toru, którym podążał.
     - Ale tak bardzo - dodał chłopak.
     - Co znaczy to twoje "bardzo"? - spytałam, chwilę potem, przeklinając siebie w duchu za to pytanie. Wcale nie chciałam wiedzieć co oznaczało to słowo, bo przecież się go domyślałam. - Nie, nie odpowiadaj - postanowiłam reanimować tą rozmowę.
     - Boisz się, że ktoś mógłby się w tobie zakochać? - spytał odważnie.
     Westchnęłam głęboko.
     - Boję się, że mógłbyś to być ty - podsumowałam.
     - A nawet jeśli? - spytał, najwyraźniej oburzony Auvrey - Nikt nie wybiera osoby, którą chciałby pokochać. To przychodzi samo.
     - Chcesz mi właśnie wyznać miłość? - spytałam głosem przepełnionym sarkazmem. - Nawet o tym nie myśl.
     - Nie myślę o tym - burknął najwyraźniej obrażony chłopak.
     Wiedziałam, że uraziłam jego dumę. Świadczył o tym ton jego głosu i nagłe milczenie, które opanowało okolicę. Tylko sowa hukała gdzieś w ciemnych koronach drzew, przyprawiając mnie o dreszcze. Nie wiedziałam, czy cieszyć się z tej ciszy. W żaden sposób nie chciałam go urazić. Byłam z nim po prostu szczera. Naprawdę bałam się tego dnia, kiedy Nathiel wyzna mi miłość. Nie chciałam tego, nie teraz. To zbyt dalekie posunięcie. Przecież jeszcze niedawno się nienawidziliśmy. On gonił mnie z nożem dookoła stołu, a ja rzucałam go książkami, żeby dał mi spokój. Co się nagle stało? Dlaczego to tak szybko minęło i przeszło na poważniejszy stan rzeczy?
     - Kim dla ciebie jestem? - spytał z nagła Nathiel, który najwyraźniej zdążył uciszyć swoją dumę.
     - Kimś ważnym - odpowiedziałam bez zastanowienia i zażenowania. To była najszczersza prawda, której nie mogłam zaprzeczyć.
     - Sprecyzuj.
     - Przyjaciel. Prawie jak brat.
     Nathiel oburzył się i prychnął, niczym rozjuszony kot.
     - Nie chciałbym być w związku kazirodczym - odpowiedział.
     - Nie martw się, nie będziesz w żadnym związku.
     Nie wstrzymałam własnej ironii. Wiedziałam, że po tej ciętej ripoście mój towarzysz umilknie i obrazi się na cały wieczór. W tej chwili byłby nawet zdolny zrzucić mnie z pleców i zostawić na pastwę losu. Nie zrobił tego jednak. Nie wydał nawet z siebie żadnego dźwięku, który mógłby świadczyć o jego przejęciu, obrazie czy innych emocjach. Milczał i dalej szedł przed siebie tym samym tempem, co wcześniej. W jakiś sposób zaczynał mnie przerażać. A jeżeli knuł jakiś istnie zły plan?
     - Kocham cię, Laura i nic na to nie poradzę - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia, ignorując moją wcześniejszą wypowiedź.
     Brzmiał naprawdę poważnie. Byłam w stanie uwierzyć w jego słowa. Podejrzewałam, że w końcu padną i zawrócą w mojej głowie. Mój umysł krzyczał z rozpaczy, nie wiedząc co począć. Dlaczego akurat ja? Co ja mu takiego zrobiłam? Kto normalny był w stanie zakochać się w osobie, która darzyła wszystkich na około chłodem i ironią? W kimś, kto był zwyczajnym tchórzem zamkniętym we własnym świecie. W kimś, kto potrzebował czyjejś opieki w każdym momencie życia? Co tak naprawdę we mnie było, że zdołał to pokochać? W żaden sposób tego nie rozumiałam.
     - Dlaczego ja? - spytałam bezradnie, cichym głosem.
     - Dlaczego? - powtórzył po mnie zdziwiony Nathiel - Sam tego nie wiem. Dla mnie jesteś po prostu inna, niż wszystkie dziewczyny. Może trochę ciężka w obyciu. Wredna, jędzowata, chłodna, ironiczna, ale jak chcesz, to potrafisz być urocza - zaśmiał się. - Poza tym jesteś oryginalna i jako pierwsza osoba nie uciekłaś przede mną z płaczem. Już wtedy zrobiłaś na mnie wrażenie, choć mam pojęcie o tym, że nie świecisz odwagą.
     Jego słowa sprawiły, że moje serce zabiło szybciej z niepokoju. Chwilami nie rozumiałam co do mnie mówi. Urocza? Inna, niż wszystkie? Rzeczywiście, może byłam trochę "inna". Mniej otwarta, nie interesująca się typowymi dla nastolatek rzeczami. Trochę bardziej poważna, niż reszta moich rówieśników. Nie mogłam jednak w dalszym ciągu zrozumieć, co jest we mnie takiego, że Nathiel to pokochał. A może zbyt krytycznie na siebie patrzyłam? Może wcale nie byłam taka zła?
     Westchnęłam ciężko, kładąc głowę na jego ramieniu. Zdecydowanie miałam dosyć emocji jak na jeden dzień. Pierwsza misja w samotności z Nathielem, pierwszy zabity demon, zabójcza ucieczka i niemożliwe wyznanie. To wszystko mnie przerastało.

sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 53 - "Feniks, który powstaje z popiołów"

BUM! Powitajmy w dzisiejszym rozdziale Calanthe. Lubię ją, nieważne jak wielką mendą by była >D. Rozdział w sumie w pierwszej połowie trochu mdły, dopiero potem się rozkręca. Ogólnie mam wrażenie, że nie wyszedł tak, jakbym chciała, no, ale trudno!
W sumie rozdział miał być wstawiany jutro, ale skoro są Walentynki to dlaczego nie? W sumie mało w tym rozdziale romantyczności, ale zawsze coś się znajdzie! Za to chciałabym zaprosić do czytania one shota, którego napisałyśmy razem z Cleo! <3 <<PRZEZNACZENIE W CHMURACH>>> to taki nasz walentynkowy projekt o smoczych kochankach. Blaze - trochę podobny do Nathiela, Ayathe - trochę do Rose Cleo z Rozważnej! Miłego czytania i miłych Walentynek! 
***

     Chłodne, niebieskie oczy spoglądały na mnie z ukosa, nie zwiastując pozytywnych w skutki wydarzeń. Wiedziałam, że nasza zaskakująca obecność nie sprawiła jej nadmiernej radości. Była wściekła. Jej nóż skrobał krtań Nathiela, który najwyraźniej był zaskoczony takim obrotem sytuacji. Nie sądziłam, że ktokolwiek jest w stanie przekraść się bezszelestnie i zniewolić mojego towarzysza. Czy moje teoria na temat tego, że Calanthe jest lepszym łowcą, niż Nathiel okazała się być prawdą?
     Złość w jej oczach lekko zelżała. Nie było to jednak spowodowane naszym widokiem. Widziałam na jej twarzy ból i zmęczenie. Samo stanie musiało jej sprawiać w tym momencie trudności.
     - Tym mi chcesz krzywdę zrobić? - spytał nagle rozbawiony Auvrey, który zdołał odzyskać całą pewność siebie po zaskakującej sytuacji.
     Calanthe prychnęła cicho, przyciskając nóż do jego krtani jeszcze bardziej.
     - Owszem - stwierdziła ochrypłym głosem - Demony nie są mile widziane w progu mojego domu.
     - Jeżeli taka niska i bezradna kobieta ma mi coś zrobić, to ja jestem świętym - zaśmiał się Nathiel.
     Rzeczywiście. Calanthe za plecami mojego demonicznego towarzysza, wygląda jak bezradna kobiecina, która walczy z własną słabością. Widziałam, że ledwo trzyma się na nogach. Całość dopełniał jej wzrost, Nathiel przecież do niskich osób nie należał. Sięgała mu ledwie do ramienia. Musiałam jej jednak pogratulować odwagi i samozaparcia. Nawet z wiedzą, że dużo może nie zdziałać, próbowała. To cecha, której mi brakowało.
     Stało się coś, czego obydwoje się nie spodziewaliśmy. Moja matka bez trudu powaliła na podłogę Nathiela i wykręcając mu ręce do tyłu, przygniotła go kolanem. Zabrakło mi słów. Mojemu demonicznego przyjacielowi najwyraźniej też.
     Calanthe zdmuchnęła kosmyk blond włosów opadający na jej twarz. Cóż, jak na ranną osobę radziła sobie znakomicie. Wcale nie dziwiłam się w tym momencie temu, że Aiden wciąż jej nie zabił. Była naprawdę silną kobietą.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
     - Po pierwsze: demony ze mną nie dyskutują, po drugie: gdybym nie wiedziała, że od dziecka jesteś jednym z łowców cienia, już dawno byś nie żył - powiedziała twardym głosem, jeszcze mocniej wbijając kolano w plecy zielonookiego - Po trzecie: co tu do cholery robicie? - tym razem swoje nienawistne spojrzenie skierowała w moją stronę.
     To był pierwszy raz, kiedy miałam możliwość spojrzeć prosto w jej twarz. Na chwilę zabrakło mi powietrza. Sądziłam, że członkowie organizacji Nox zdrowo przesadzają, sądząc, że jestem jej dokładną kopią, teraz jednak widzę, że się nie mylili. Jej twarz, choć odrobinę starsza i zmęczona, była odzwierciedleniem mojej. Różnił nas tak naprawdę tylko kolor oczu, który oczywiście ja, odziedziczyłam po ojcu i figura, której nawet w tym wieku mogłam jej pozazdrościć. W przeciwieństwie do mnie nie wyglądała na przerażająco chudą.
     Nathiel przeklął głośno, próbując zrzucić z siebie Calanthe. Widziałam, że jest strasznie zły i wcale mnie to nie dziwiło. Pokonała go w końcu kobieta, która jest od niego starsza i niższa. Na dodatek była łowcą. Czy pewność siebie Nathiela nie powinna zostać właśnie zachwiana?
     - Daruj sobie - mruknęła pobłażliwie kobieta - Dopóki nie odpowiecie na moje pytanie, będziesz wciągał kurz nosem.
     - Ty… - zaczął zdenerwowany Auvrey.
     Calanthe przygniotła jego głowę do podłogi, tym samym go uciszając. Była naprawdę brutalna. Czy aż tak nienawidziła wszystkich demonów?
     - Milcz - syknęła złowieszczo - Ty mów - mówiąc to, spojrzała w moją stronę.
     Przez chwilę tkwiłam w miejscu z lekko otwartą buzią, nie wiedząc co powiedzieć. Byłam zszokowana. Zszokowana tym, że po raz pierwszy miałam możliwość zobaczenia własnej matki w całej okazałości. Zszokowana tym, że to właśnie ona pokonała Nathiela i jako jedyna ze znanych mi osób, sprowadziła go do poziomu, gniotąc brutalnie butem jego dumę i pewność siebie. Zszokowana tym, że wyglądała jak ja. Zszokowana tym, że mimo wyraźnego bólu, malującego się na jej twarzy i rumieńców, które prawdopodobnie były wywołane gorączką, wciąż potrafiła pokonać jednego z najlepszego łowców organizacji Nox. Byłam pod wrażeniem jej osoby i umiejętności. Pragnęłam być taka jak ona.
     Widząc jej zniecierpliwioną minę, wzięłam głęboki wdech i odpowiedziałam na pytanie:
     - Chciałam się z tobą zobaczyć.
     Chłodne, niebieskie oczy długo wpatrywały się w moją twarz. W końcu jednak odpuściły. Calanthe westchnęła głośno i podniosła się z trudem z podłogi, tym samym uwalniając Nathiela. Przeszła tuż obok mnie, nie zwracając najmniejszej uwagi na moją obecność. Oglądnęłam się za nią. Chwyciła właśnie za paczkę papierosów leżącą na szafce. Auvrey zdążył się podnieść z podłogi. Otrzepał się z oburzeniem, spoglądając morderczo w stronę mojej matki. Wyglądał tak, jakby miał się za chwilę na nią rzucić z nożem. Był piekielnie zły. Zły, dlatego, że go pokonała.
     - Gdyby to nie była twoja matka, już by nie żyła - burknął wściekle, stając obok mnie.
     Nóż rzucony przez Calanthe, przeleciał tuż obok jego ucha i wbił się z głuchym trzaskiem w ścianę. W ostatniej chwili chwyciłam zdenerwowanego Nathiela za kaptur koszuli i pociągnęłam go w tył. Nie chciałam, by zrobił coś głupiego. Moja matka zwyczajnie go prowokowała. Chciała zmusić go do walki, bo wiedziała, że nie da sobą pomiatać.
     Spojrzałam bezradnie w jej stronę. Właśnie opierała się z gracją o szafkę i paliła fajkę, nie przejmując się zaistniałą sytuacją. Osobiście nie znosiłam zapachu dymu z papierosów.
     - Wnioskuję, że list nie był dla ciebie wystarczającą odpowiedzią na dręczące cię pytania - zaczęła spokojnym głosem.
     Kiwnęłam głową.
     - Usiądź - stwierdziła.
     - A ja? - prychnął Nathiel.
     - Za drzwi, przeklęty demonie - warknęła w jego stronę, wskazując palcem w ich kierunku.
     - On jest ze mną - powiedziałam szybko - Pomógł mi tu dotrzeć.
     - Wiem - odpowiedziała krótko Calanthe - Wiem o was wszystko, co powinnam wiedzieć
     Zielonooki prychnął cicho.
     - Wszystko? - zapytał kpiąco.
     - Tak, wszystko.
     Widziałam, że między nim, a moją matką powstał nieodwracalny konflikt. Wyobraźnia podsunęła mi absurdalny obraz: stojący przy ołtarzu Nathiel i Calanthe z nożem, która krzyczy, że nie pozwala na mój ślub z demonem. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach. Na szczęście nie zamierzałam wychodzić za mąż za Nathiela, a Calanthe nie była troskliwą matką, która będzie starała się mnie obronić przed taką decyzją.
     - W takim razie słucham - odpowiedział chłopak, opierając się o pobliską sofę i wbijając swoje bezczelne spojrzenie zielonych oczu w Calanthe.
     Kobieta strzepała z papierosa popiół wprost do popielniczki i posłała w jego stronę kpiący uśmiech.
     - Nathiel Auvrey, 18 lat. Cienisty demon, który w wieku 5 lat trafił do organizacji Nox z powodu śmierci swojej rodziny. Swoją drogą, jesteś bardzo podobny do swojego ojczulka - mówiąc to, zaciągnęła się dymem z papierosa.
     Gdy Auvrey już chciał otworzyć buzię, by zaprzeczyć z oburzeniem temu faktowi, Calanthe kontynuowała swoją opowieść:
     - Najczęściej wypełniasz misje z Sorathielem Blythem, synem Elisabeth i Arthura.
     Wcale nie zdziwiło mnie to, że o nich wspominała. W liście wyraźnie podkreśliła to, że matka Sorathiela była jej przyjaciółką. Dopiero teraz zdałam sobie jednak sprawę z tego, że  musiała znać blondyna. Przecież urodził się w lutym, czyli w miesiącu, kiedy nie była jeszcze ze mną w ciąży. Wtedy wciąż przebywała w organizacji.
     - Bezmyślny, lubiący ryzyko i zabawę łowca cienia, który nigdy nie słucha się rad Hugha. Oczywiście wiem też to, że między innymi za twoją sprawą, Laura znalazła się w organizacji. Swoją drogą - Calanthe mówiąc to, spojrzała na mnie - W żaden sposób nie nadajesz się na łowcę.
     Westchnęłam cicho. To, że była szczera do bólu objawiło się już w samym liście, teraz nie miałam wątpliwości, że była taka w rzeczywistym świecie. Prawdę powiedziawszy, widzę między nią, a Nathielem pewne podobieństwo. Obydwoje byli tak samo pewni siebie i bezlitośnie szczerzy. Nie kryli się ze swoimi odczuciami. Może to on powinien być jej synem, a nie ja córką?
     - Z tym się akurat zgodzę - poparł ją zielonooki, za chwilę się burząc - Ale nie zgodzę się z tym, że jestem bezmyślny.
     - Jesteś bezmyślny i na dodatek ślinisz się do mojej córki - przyznała kobieta, nie patrząc w jego twarz. Właśnie gasiła papierosa.
     Po raz kolejny tego dnia, musiałam chwycić mojego demonicznego towarzysza za kaptur i pociągnąć go w tył, aby się nią nie rzucił.
     - Nie wystarczyło temu zaprzeczyć? - spytałam szeptem.
     - Nie będę zaprzeczać prawdzie - burknął niezadowolony.
     W tym momencie przyznał się do tego, że jest bezmyślny czy do tego, że się do mnie ślini? Chyba wolałam, aby to pierwsza opcja była prawdziwa.
     Chłopak nagle się wyprostował i spojrzał wyzywająco w stronę Calanthe.
     - Ja też trochę o tobie wiem - przyznał głosem przepełnionym sarkazmem - Calanthe Clerinell, 33 lata, no, trzeba przyznać, że wyglądasz już trochę jak staruszka, no, wiesz, zmarszczki tu i ówdzie - mówiąc to, uśmiechnął się do niej uroczo, na co ona się nachmurzyła.
     Nie było to prawdą. Nigdy bym nie powiedziała, że skończyła 30 lat. Może to śmieszne stwierdzenie, ale jak dla mnie bliżej jej było do nastolatki, niż dorosłej osoby. Być może to kwestia delikatnych rys twarzy. Mi też odejmowano zawsze lat.
      - Dołączyła do organizacji w wieku 15 lat, a swoją przygodę z łowcami zakończyła dwa lata później, gdy zaszła w ciąże z demonem. Oczywiście muszę podkreślić to, że zostawiła swoją nowo narodzoną córkę na pastwę losu, przez co wylądowała u obcej rodziny, w której ojciec się nad nią znęcał. Ach, no, tak, zapomniałem. Przez to, że nie wiedziała kim jest i jak na sobą zapanować, stała się obiektem nękania przez dzieciaki ze szkoły.
     Spojrzałam na Nathiela, nie wiedząc co powiedzieć. Chciał w tym momencie dopiec Calanthe czy starał się mnie obronić? Było mi niezwykle głupio, że opowiadał na głos moją historię. Nie byłam tak pokarana przez życie, jak mu się wydaje. Przecież zawsze była ze mną Joanne.
     - Widzę, że doskonale znasz moją historię - odpowiedziała wcale niezrażona kobieta.
     - Tak jak ty moją - dodał Nathiel, przeszywając ją spojrzeniem chłodnych oczu.
     Spoglądałam to na moją matkę, to na mojego towarzysza, którzy patrzyli się na siebie jak na wrogów. Ani trochę nie podobała mi się ta sytuacja. Przecież obydwoje działali przeciwko demonom i byli łowcami cienia. Powoli zaczynałam mijać się z celem mojej misji na rzecz kłótni tej dwójki. Miałam tego dosyć. Gdy już chciałam otworzyć buzię, moja matka zakaszlała głośno, przykładając dłoń do ust. Miałam wrażenie, że gdyby nie opierała się teraz o szafkę, upadła by na podłogę. Widziałam jak gwałtownie się jej chwyta, widziałam jej zakrwawioną dłoń, którą oderwała od ust. Mimo wszystko nie chciała pokazywać, że coś jej dolega.
     - Nie mam zbyt wielu czasu - stwierdziła ochrypłym, zmęczonym głosem - Dlatego streszczajcie się i usiądźcie wreszcie, bo rozmowa na stojąco nie jest przyjemną rzeczą.
     Spojrzałam ukradkowo na złowrogo wyglądającą twarz Nathiela i ciągnąc go za rękaw, podeszłam do sofy. Chwilę później, cała nasza trójka siedziała już spokojnie w określonych miejscach. My na sofie, moja matka naprzeciw nas w fotelu, ponownie z papierosem w dłoni. Dlaczego miałam wrażenie, że nawet gdyby miała mieć raka z powodu maniakalnego palenia, nie żałowałaby tego?
     - Kto cię otruł? - spytał nagle Nathiel, zaskakując mnie tym pytaniem.
     Calanthe uśmiechnęła się pod nosem, wydmuchując dym z ust.
     - Mimo bezmyślności, jesteś dosyć spostrzegawczy - przyznała - Myślę, że nie muszę odpowiadać na to pytanie.
     Zarówno ja, jak i Nathiel zdawaliśmy sobie sprawę z tego, kto ją zaatakował. To był Aiden.
     - To coś niebezpiecznego? - spytałam szybko, spoglądając podejrzliwie w jej twarz.
     Calanthe uśmiechnęła się pod nosem.
     - Czy niebezpieczna może być trucizna, po której zwyczajny człowiek powinien umrzeć w ciągu 4 godzin? - spytała - Jest niebezpieczna. Jeżeli nie zdobędę algei leczniczej rosnącej tylko i wyłącznie w Reverentii i nie sporządzę z niej odtrutki, zginę w ciągu tygodnia, bo nie starczy mi drugoplanowych antidotum - mówiąc to, skinęła głową na szafkę pełną pustych fiolek i strzykawek.
     Byłam w szoku i wcale nie z tego powodu, że moja matka może umrzeć w ciągu tygodnia. Zaskoczyła mnie lekkość z jaką to mówiła. Czy była już na takim etapie życia, gdy przestały interesować ją własne losy? Gdy stwierdziła, że zrobiła już wystarczająco dużo i może spokojnie odejść? Jej nastawienie zaczęło mnie przerażać.
     - Chyba cię to nie rusza - stwierdził Nathiel, zgodnie z moimi myślami.
     - Prędzej czy później zginę i na pewno powodem mojej śmierci nie będzie starość - powiedziała szczerze - Mam tylko jeden cel w życiu, który wypełnię, nim umrę.
     - Doprowadzić do upadku departamentu kontroli demonów - szepnęłam.
     Calanthe uśmiechnęła się pod nosem, kiwając znacząco głową. Niedopałkę swojego papierosa położyła w popielniczce, a z pudełka leżącego teraz na stole, wyjęła kolejnego zabójcę płuc. Zastanawiało mnie, kiedy zaczęła palić? Czy przypadkiem nie było to wtedy, gdy zaszła ze mną w ciąże? A może to jej sposób na odstresowanie, który przyjęła po odejściu z organizacji?
     - Dlaczego tak za tobą podążają? To chyba nie ze względu na Aidena - powiedziałam cicho, nie wiedząc, jak dokładnie nazwać swojego ojca. Był dla mnie zupełnie obcy, tak jak matka, która przede mną siedziała.
     - Cóż - zaczęła Calanthe w zamyśleniu - Można powiedzieć, że w młodości przysłużyłam się śmierci kilku członków departamentu kontroli demonów, a także doprowadziłam do gwałtownego wzrostu członków organizacji Nox. Oprócz tego byłam w zbyt bliskich relacjach z samym Aidenem, synem głównego założyciela departamentu - stwierdziła - Tak przynajmniej było te kilkanaście lat temu. Dziś, zwyczajnie im przeszkadzam i chcą się na mnie mścić za lata męki.
     Kolejny papieros poszedł w ruch. Zaczęło mnie zastanawiać, ile razy dziennie ta kobieta ich pali? Jej nałóg był przerażający. Poza tym… nikt nie nauczył jej, że palenie szkodzi bardziej ludziom naokoło?
     Spojrzałam ukradkowo na Nathiela, który właśnie starał się ukryć podziw, malujący się na jego twarzy. Wiedziałam, że jest pod wrażeniem. W końcu nie na co dzień spotyka łowców, którzy są w stanie niszczyć członków departamentu. Skąd w niej taka siła i upór?
     - Kto cię tego wszystkiego nauczył? - spytał podejrzliwie Nathiel.
     - Życie - odpowiedziała Calanthe z pobłażliwym uśmiechem - I Aiden.
     Aiden? To był fakt, który zdziwił nie tylko mnie. Mój towarzysz wyglądał na równie zaskoczonego. Coraz mniej zaczynałam rozumieć zachowanie mojego ojca. Z listu wynikało, że w młodości nie był po żadnej ze stron, a swoje życie traktował jak typową rozrywkę. Mimo tego, robił coś wbrew swojej rasie, bo nauczał swojego wroga. Przez chwilę byłam skłonna uwierzyć w to, że niegdyś był dobry, ale… w takim razie co się z nim stało? Przecież teraz stał na czele departamentu kontroli demonów i bezwzględnie pozbywał się niewinnych istnień. Nie rozumiałam go w żadnym stopniu.
     - Dlaczego jest teraz po złej stronie? - spytałam cicho.
     - Sama chciałabym to wiedzieć - westchnęła Calanthe - Zawsze powtarzał, że nie chce mieszać się w sprawy departamentu. Jego ojciec dał mu wolną rękę, choć z czasem zaczął zauważać, że za często przebywa w świecie ludzi. Pewnego dnia po prostu zniknął i wrócił jako demon przepełniony nienawiścią - zakończyła.
     Starałam się dostrzec w jej twarzy jakiekolwiek uczucia. Ona jednak nie pokazywała żadnych emocji. Wciąż była chłodna. Czy życie tak bardzo potrafi zmienić człowieka, by z przepełnionej radością do życia osoby, uczynić samotnika, nienawidzącego całego świata? Ile tak naprawdę przeszła moja matka?
     - To ciebie departament kontroli demonów zwał feniksem? - spytał Nathiel, marszcząc czoło.
     Po raz pierwszy na twarzy Calanthe pojawił się uśmiech, który nie był przepełniony kpiną.
     - Tak - przyznała.
     - Dlaczego?
     - „Jesteś jak feniks, który powstaje z popiołów. Gdy wszyscy myślą, że upadłaś na samo dno, odradzasz się ze zdwojoną siłą” - zacytowała czyjeś słowa - Było to też związane z poziomem mojej energii potencjalnej. Wiele demonów twierdziło, że mój stopień wyrazistości cienia był tak duży, że płonął żywym ogniem, przypominającym wielkie skrzydła ptaka.
     Nathiel spojrzał w stronę cienia Calanthe i zmarszczył czoło. Jego mina świadczyła o tym, że jest zawiedziony. Mimo tego, że był demonem, nie widział nigdzie żywego ognia. A może wcale go nie było? Sam kiedyś wspominał, że stopień wyrazistości cienia jest zależny od wnętrza człowieka. Najczęściej to właśnie optymiści, pełni energii i otwartości na świat, zawierali w sobie wysoką energię potencjalną, Calanthe przez lata z pewnością się zmieniła.
     Spojrzałam w jej twarz. Wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Na jej skroni zaczęły pojawiać się krople potu. Domyślałam się, że powoli zbliża się limit jej sił. Wciąż próbowała ukryć swoje zmęczenie, ale już nie potrafiła. Trucizna, którą zaaplikował jej Aiden zostawiła w jej ciele trwały ślad.
     - Nathiel - zaczęłam szeptem - Poczekasz na mnie za drzwiami? - spytałam dosyć niepewnie.
     Zielonooki długo przyglądał się mojej twarzy. Wiedziałam, że czuje się zawiedziony. Nie musiałam nawet na niego spoglądać, by mieć tego świadomość. Już po chwili westchnął ciężko i podniósł się z sofy.
     - Niech będzie - mruknął niepocieszony.
     Posyłając mi obojętne spojrzenie, ruszył w stronę drzwi. W domu zostałam tylko ja i Calanthe. Moje serce biło niespokojnie, czując niepokój. Nathiel mimo wszystko dodawał mi pewności siebie. Potęga osoby siedzącej przede mną zaczęła mnie przytłaczać. W żadnym stopniu nie byłam taka jak ona. Departament nie uznawał mnie za żadnego wroga, a wręcz przeciwnie. Chcieli się mnie pozbyć tylko ze względu na to, że byłam pół demonem. Nie potrafiłam się obronić przed Gabrielle, a ona tymczasem miała warunki do tego, aby ją pokonać. Dla Aidena nie byłam godnym przeciwnikiem jak ona, a zwyczajnym robakiem, którego można zgnieść butem. Za grosz było we mnie cech łowcy i nawet siłą i uporem nie byłam w stanie tego zmienić. Ten fakt zaczął mnie pogrążać. Poczułam się mała i słaba w tym wymagającym świecie.
     Usłyszałam głośne westchnięcie mojej matki, która przerwała tą przygnębiającą ciszę.
     - Z całego serca życzyłam ci tego, abyś nie odziedziczyła charakteru po swoim ojcu - zaczęła sarkastycznie, wyciągając kolejnego papierosa z paczki - Niestety, jesteś do niego za bardzo podobna.
     Zdziwiłam się.
     - Chłodna, zamknięta w sobie, bezuczuciowa i tchórzliwa - powiedziała szczerze.
     Jej słowa były mocne i choć bolały, przyznawałam jej racje całym sercem. Właśnie taka byłam.
     - Po mnie odziedziczyłaś tylko jedną rzecz - stwierdziła, pochylając się do przodu i wbijając we mnie spojrzenie.
     Bałam się spytać o co może chodzić. Z pytającą, nierozumną miną, wpatrywałam się w nią, oczekując na odpowiedź.
     - Skłonność do kochania niewłaściwych osób. W tym przypadku: demonów - powiedziała, uśmiechając się ironicznie.
     Moja twarz oblała się rumieńcem.
     - Nie kocham demona - zaprzeczyłam zbyt szybko, jak na zaprzeczenie rzeczy nieprawdziwej.
     - Bądźmy ze sobą szczere - powiedziała Calanthe, uśmiechając się ironicznie - Potrzebowałaś wsparcia, by do mnie trafić. Bałaś się tego spotkania. Mogłaś przecież wziąć ze sobą swoją przyjaciółkę, ale nie chciałaś tego robić. Wzięłaś ze sobą Nathiela, co świadczy o twoim mocnym przywiązaniu do niego. Może nawet zbyt mocnym.
     Milczałam. Było w jej słowach coś, co mnie zszokowało. Chciałam temu zaprzeczyć, przecież nie czułam nic do Nathiela, ale… to przecież on towarzyszył mi w każdym ważnym momencie mojego życia. To przy nim niczego się nie bałam, to jego darzyłam zaufaniem, to on potrafił namieszać mi w głowie, jak nikt inny. Czy powoli mijałam się z uczuciem, jakim była przyjaźń?
     Calanthe pozostawiając mnie swoim własnym myślom, z trudem podniosła się z fotela i podeszła do drewnianej komody. Podążałam za nią wzrokiem. Nie wiedziałam co planuje. Z szuflady wyjęła coś, co przypominało mi bardzo stary album.
     - Nie musisz być szczera z innymi. Ważne, abyś była szczera ze sobą - stwierdziła, podchodząc do mnie i wręczając mi album - Tylko wtedy będziesz w stanie prawdziwie żyć i niczego nie będziesz żałować - mówiąc to, uśmiechnęła się do mnie łagodnie.
     Powróciła na swoje miejsce, w drodze chwytając za fiolkę z antidotum. Moje spojrzenie padło na stary, zakurzony album, a serce opanował dziwny strach. Bałam się tego, co mogło się tam znajdować, choć przecież nie powinnam, prawda? To nie część mojego życia. To część życia mojej matki.
     Cicho wzdychając, otworzyłam pierwszą stronę. Moim oczom ukazało się zdjęcie z szóstką obcych mi ludzi. Pozornie obcych. Gdy bliżej się im przyjrzałam, dostrzegłam, że wśród nich znajduje się Calanthe. W przeciwieństwie do mnie, miała jednak oczy pełne nadziei i radości. Obok niej, znajdywała się blondwłosa dziewczyna, obejmująca całkiem zwyczajnie wyglądającego chłopaka. Dojrzałam w niej to, co widziałam w Sorathielu. Spokój. To musiała być Elisabeth, jego matka, a osobą, którą obejmowała był jego ojciec - Arthur. Reszta była mi całkowicie obca, choć domyślałam się, że wszyscy musieli być łowcami i przy okazji przyjaciółmi Calanthe. Następne zdjęcie przedstawiało odrobinę młodszego Hugha, który trzymał małe dziecko na swoich kolanach. Obok również stała matka Sorathiela, domyślałam się więc, że tym niemowlakiem musiał być młody Blythe. Przewróciłam album na drugą stronę i wstrzymałam na chwilę dech. Przede mną znajdowało się zdjęcie młodej Calanthe i Aidena. Obydwoje wyglądali zupełnie inaczej, niż dziś. I nie, nie chodzi mi o to, że byli młodsi. W ich oczach, twarzach, znajdowało się coś zupełnie odmiennego. Moja matka wyglądała jak zwyczajna, ciesząca się z życia nastolatka. Jej błękitne, ciepłe oczy błyszczały w słońcu, a uśmiech nadawał jej obliczu uroku. Przez chwilę zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy sama nie powinnam się częściej uśmiechać, w końcu byłyśmy straszliwie podobne. Inną historię przedstawiał sobą także Aiden. Dopiero teraz zdążyłam wywnioskować, ze między nimi musiała być duża różnica wieku. Calanthe była nastolatką, a on najwyraźniej młodym, dwudziestokilkuletnim mężczyzną. Jego twarz mimo względnego chłodu, miała w sobie coś ludzkiego. Iskierki w jego łagodnych, szmaragdowych oczach i lekko uniesiony kącik ust świadczył o tym, że nie był demonem z krwi i kości. Gdybym nie wiedziała kim są i jak potoczyła się ich historia, byłabym pewna, że prowadzą wspólnie szczęśliwe życie. Stali w okrytym jesienią parku, pełnym złocistych liści, trzymając się za ręce. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to Calanthe była inicjatorką tego gestu. Oczywiście, przecież mój ojciec miał charakter podobny do mnie. Za nic w świecie nie pokazałby swoich prawdziwych uczuć.
     Westchnęłam cicho, z ciężkim sercem oglądając następne zdjęcia, robione najprawdopodobniej w organizacji. Na większości z nich pojawiał się ten sam skład łowców, co wcześniej. Nastolatkowie, pełni nadziei i waleczności. Dlaczego miałam wrażenie, że nikt z nich dziś nie żyje? Poczułam się odrobinę przygnębiona. Czy właśnie tak wygląda życie, gdy poświęcasz je walce z demonami? Przed moimi oczami tkwiły dwie, przygnębiające i pesymistyczne opcje: walczysz z demonami i umierasz lub walczysz z demonami i to inni umierają za ciebie.
     Pragnąc pozbyć się przygnębiających myśli, przewróciłam stronę albumu. Widok, który miałam teraz przed oczami, sprawił, że serce szybciej mi zabiło. Starałam się uspokoić i wmówić, że malutkie dziecko siedzące w parku to wcale nie jestem ja, jak jednak mogłam temu zaprzeczyć? Tylko Laura Collins posiadała tak intensywnie zielone, jasne oczy i blady odcień skóry. Tylko Laura Collins miała tak jasne, blond włosy i wiecznie chodziła w swoim ulubionym, czerwonym płaszczyku przeciwdeszczowym. Dlaczego moja osoba znajdowała się w tym albumie?
     Tyle mi wystarczyło. Zamknęłam go, nie chcąc narażać swojego serca i umysłu na nadmierne emocje. Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć.
     - Nie żałujesz tego, co przeżyłaś? - spytałam, próbując odwieść swój mózg od widoku, który wciąż przed sobą miał.
     - Nie - stwierdziła Calanthe, uważnie się mi przyglądając - Żałuję tylko niektórych decyzji życiowych.
     Przez chwilę myślałam, że mówi o mnie, co lekko zabolało, szybko jednak uznałam, że ma na myśli co innego. Jej oczy mówiły same za siebie. I choć bałam się tak sądzić, powoli w moim sercu pojawiała się nadzieja, że nie byłam do końca niechcianą istotą. A jeśli Calanthe naprawdę żałowała tego, że zostawiła mnie jako niemowlaka na pastwę losu? To zaistniała sytuacja poniekąd zmusiła ją do tego. Każdy w życiu popełnia błędy, nie chciałam jej jednak usprawiedliwiać. Wciąż czułam, że jest winna i nie potrafiłam jej wybaczyć. Była jednak rzecz, którą jej zawdzięczałam: pełne ciepła, matczyne ramiona, które dała mi Joanne. Kto wie, jakby wyglądało moje życie, gdyby nigdy się w nim nie zjawiła?
     - Ostatnio - zaczęłam dosyć niepewnie, podejmując tą walkę - Ostatnio uratowałaś mnie przed śmiercią. Dlaczego to zrobiłaś? - spytałam, spoglądając na nią badawczo.
     - Kto wie - zastanowiła się Calanthe z westchnięciem.
     Jej zmęczone oczy skierowały się ku sufitowi. Czyżbym po raz pierwszy wzbudziła w niej niepewność?
     - Zawsze starałam się ciebie chronić - przyznała - Poczynając od głupiego kota, który chciał ci wydrapać oczy, gdy wracałaś ze szkoły - to wspomnienie wywołało uśmiech na jej twarzy.
     Spojrzałam na nią zdziwiona. Doskonale pamiętałam tą sytuację. Nie przyszło mi jednak na myśl, że to moja własna matka mogła mnie wtedy uratować. Miałam jakieś 8 lat. Gdy chciałam przejść przez szkolną bramę, czarny kot rzucił się prosto na moją twarz. Do tej pory mam wrażenie, że był opętany przez jakiegoś demona. To wtedy lśniące, blond włosy zaświeciły po raz pierwszy przed moimi oczami. Kobieta ubrana w płaszcz pozbyła się kota, podnosząc go za sierść do góry i wyrzucając gdzieś w krzaki. Pamiętam tyle, że powiedziała wtedy do mnie: "uważaj na siebie" i zwyczajnie odeszła.
     Calanthe spojrzała w moją stronę beznamiętnie.
     - Gdzieś głęboko w mojej podświadomości kryła się myśl, że wydanie cię na świat nie było moją jedyną misją. Chciałam zrobić więcej - przyznała szczerze. - Nie myśl sobie, że będę cię przepraszać - tym razem spojrzała na mnie surowo - Zrobiłam to, co zrobiłam i biorę pełną odpowiedzialność za to. Nie musisz czuć się moją córką.
     - Nie czuję - przyznałam równie szczerze, co ona.
     - Wiem o tym - odpowiedziała chłodno Calanthe - Trudno jest uznać za matkę osobę, która pojawiła się w twoim życiu po 17 latach.
     Milczałam. Miała racje. Nie mogłam z dnia na dzień uznać ją za swoją matkę. Nawet, jeżeli przez całe moje życie mnie chroniła, nie dała mi tego, co powinna dać mi moja rodzicielka. Zupełnie obca osoba, niezwiązana ze mną genetycznie, dała mi więcej ciepła, niż ona i nigdy nie będzie w stanie jej przewyższyć, cokolwiek by zrobiła.
     Calanthe zakaszlała głośno, zatykając dłonią usta. Jej kaszel przypominał trochę atak osoby mającej zapalenie płuc. Wiedziałam jednak, że był spowodowany zupełnie czym innym. Organizm starał się obronić przed trucizną, która bezwzględnie niszczyła jej ciało. Widziałam na jej twarzy wysiłek. Rumieńce i błyszczące w świetle oczy zdradzały podwyższoną temperaturę. Była w sto razy gorszym stanie, niż była godzinę temu, gdy tu przyszliśmy, a upewniła mnie o tym dłoń zalana krwią. Na jej widok przeraziłam się nie na żarty. Moje ciało stało się sztywne, jak kołek. Jak jej miałam pomóc?
     Gdy już otwierałam buzię, ona wystawiła w moją stronę wolną dłoń na znak, abym milczała. Dławiąc się własnym kaszlem i ze łzami w oczach, chwyciła gwałtownie chusteczki leżące na stole. Starła z siebie wszelkie oznaki cierpienia i uciszyła morderczy kaszel. Jej głos brzmiał jednak zdecydowanie inaczej, niż wcześniej:
     - To chyba koniec naszej wizyty - uznała, przykładając chusteczkę do ust.
     Kiwnęłam bezradnie głową, nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć. Chciałam spytać czy mogę jej jakoś pomóc, wiedziałam jednak, ze niczego ode mnie nie będzie chciała. Proszenie mnie o pomoc, byłoby równoznaczne z przyznaniem się do słabości.
     Wstałam z fotela i przyjrzałam się jej uważnie. Jej oczy nie było już tak chłodne, jak wcześniej. Teraz ich błękit spowity był przez zmęczenie i pewną dozę bezradności. Musiała w duchu przeklinać Aidena za to, co jej zrobił.
     - W takim razie pójdę - wyrzuciłam z siebie.
     Calanthe kiwnęła głową.
     - Nie odprowadzę cię do drzwi, przykro mi - rzuciła.
     - W porządku - odpowiedziałam.
     Moje nogi poniosły mnie ku drzwiom. Sama się sobie dziwiłam, ale trudno było mi opuszczać ten dom. To, za czym goniłam przez cały tydzień nagle gasło w mojej świadomości, oznaczając zielonego ptaszka na liście rzeczy do wykonania. Spotkałam moją matkę i dowiedziałam się większości tego, co chciałam wiedzieć. Teraz zostało mi tylko opuścić mieszkanie.
     Chwyciłam za klamkę i zastygłam w bezruchu. Nie mogłam otworzyć drzwi. Coś wciąż mnie trzymało w tym domu.
     Byłam egoistką. Zwykłą egoistką, która przybyła tu tylko po to, aby zaspokoić swoją dociekliwość. Jak tak mogłam? Wiem, moja matka zachowała się podobnie, ale... ostatecznie wciąż przy mnie była. Chroniła mnie przed wszelakim złem, które mogło mnie dotknąć i pilnowała, abym żyła jak zwyczajny człowiek. Za to wszystko odwdzięczyłam się tylko pytaniami. Przecież mogłam jej już więcej nie zobaczyć. Sama stwierdziła, że został jej tylko tydzień życia, jeżeli nie znajdzie algei leczniczej do sporządzenia odtrutki. Co miałam zrobić?
     Zamknęłam na chwilę oczy, opierając głowę o drewniane drzwi. Czy mój umysł musiał podsuwać mi skomplikowane treści rozważań? Postanowiłam zaryzykować.
     - Mogę... - zaczęłam cicho i niepewnie, zaraz przerywając.
     - Hm? - dosłyszałam z tyłu głos Calanthe.
     Do moich nozdrzy ponownie doszedł zapach dymu. Kto będąc w takim stanie karmił się jeszcze większą dawką trucizny?
     - Mogę tu przychodzić? - wyrzuciłam wreszcie z siebie.
     Nie odwracałam się w jej stronę. Ona najwyraźniej też tego nie zrobiła. Żadna z nas nie miała odwagi ponownie na siebie spojrzeć. Pogrążone w milczeniu, tkwiłyśmy w tych samych pozycjach. Czekałam na odpowiedź, której się bałam.
     - Tak - usłyszałam wreszcie.
     Uśmiechnęłam się mimowolnie. Bez słów pożegnania, opuściłam pachnący kwiatami dom, by znów następnego dnia pojawić się w jego progu.