sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 25 - "Nie dla ciebie takie ciacho"

I jest. Mój faworyt wśród ostatnich rozdziałów. Jest taki kochany i szalony! Ostatni taki przed prawdziwym dramatem. Będzie smutek, żal, rozpacz i... cholera wie, co jeszcze. Laura mi nie wybaczy D: znajdzie mnie w raz z Nathielem i zadźgają wspólnie tępym nożem. Przykro mi :c. 
Ogółem wstawiam rozdział z komórki D: więc błędy mogą się pojawić!
***
     - Czy naprawdę aż tak cię to przeraża?
     Sorathiel wcale niezdziwiony wcześniejszą reakcją swojego przyjaciela, spoglądał w jego twarz, próbując zrozumieć jego poruszenie i niepokój.
     - Sorath - zaczął załamany Nathiel. - Zrozum to. Mój ideał był zupełnie inny! Zawsze marzyłem o długonogiej, pięknej dziewczynie o ciemnych włosach, która będzie miała spore argumenty - mówiąc to, chłopak zarysował w górze dwa, niewidzialne pagórki.
     Sama myśl o tym sprawiła, że na jego twarzy pojawił się szeroki, rozmarzony uśmiech.
     - Ta właśnie dziewczyna miała być miła, kochana, słodka i... do cholery! Laura taka nie jest! To dokładna jej przeciwność! - wykrzyknął oburzony. - Laura nie ma długich nóg, jest mała, drobna, chuda jak patyk, no, niech jej będzie, jest w miarę ładna i nie brakuje jej krągłości, ale jest blada jak... - tu przerwał, zastanawiając się nad całkowicie nowym porównaniem, którego jeszcze nie użył. - Mam! - wykrzyknął, wystawiając palec wskazujący do góry. - Jakbyś postawił gołą Laurę obok świeżo pomalowanych farbą firmy coral ścian, wcale byś jej nie zobaczył! Wtopiła by się w otoczenie jak kameleon!
     Sorathiel przyłożył dłoń do czoła w geście załamana i westchnął cicho. Porównania nie są dobrą stroną Nathiela, zdecydowanie.
     - No i przede wszystkim mrozi otoczenie jak niezniszczalna zamrażarka Hugha!  Prawie w ogóle się nie uśmiecha i rzuca ironicznymi tekstami jak gołąb tym, co zjadł o poranku, lecąc pod błękitnym niebem!
     - Poetą to ty nie będziesz - powiedział blondyn, uśmiechając się znacząco.
     - Pieprz się, Sorath! Przeżywam kryzys, rozumiesz?! - wykrzyknął oburzony Nathiel.
     - Nie, ale kontynuuj, ciekawie się ciebie słucha - odpowiedział brązowooki.
     Auvrey rzucił go swoją mangową poduszką. Na szczęście Sorathiel zdążył się uchylić, dzięki czemu mordercza broń czarnowłosego, walnęła z głuchym trzaskiem w drzwi.
     - Poza tym... - Nathiel przerwał wypowiedź i poczochrał nerwowo swoje włosy. - Nie chcę narażać jej na niebezpieczeństwo.
     - I tak nagrabiła sobie u Gabrielle. Doskonale wiesz, że tak łatwo nie odpuszcza - blondyn spojrzał znacząco na swojego przyjaciela. - Zamiast użalać się nad sobą, przyjmij do świadomości fakt, że coś do niej czujesz i chroń ją przed niebezpieczeństwem.
     Nathiel milczał, wpatrując się beznamiętnie w swojego towarzysza rozmów. Rzeczywiście. Miał racje. Nie powinien wariować tylko dlatego, że spodobała mu się Laura. Przecież nie oszuka własnych myśli, musi się pogodzić z tym faktem. Ochrona przed niebezpieczeństwem także się jej przyda. Laura przyciągała kłopoty jak magnes.
     Czarnowłosy westchnął cicho.
     - To co ja mam zrobić? - spytał, spoglądając na Sorathiela spode łba.
     - Zaproś ją gdzieś.
     Nathiel oparł się na dłoni i spojrzał zamyślony w sufit. Zaprosić? Może to nie taki zły pomysł. Chwila. Jest za biedny na restauracje - wszystkie swoje oszczędności wydaje na mangi i świerszczyki, do domu nie zaprosi jej na kolacje, bo nie umie gotować, romantyczny spacer przy zachodzie słońca może być podejrzany - w końcu nie chce się tak łatwo wydać, może ją zniechęcić swoją nagłą uczuciowością, więc... co może zrobić, aby spotkanie wyglądało na jak najbardziej towarzyskie?
     Z nagła go olśniło.
     - Wiem! - wykrzyknął triumfalnie, od razu podnosząc się z ziemi. - Jestem genialny! - dodał, zanosząc się szaleńczym śmiechem.
     Zadowolony z siebie, wyszedł z pokoju. Sorathiel spojrzał za nim i potrząsnął głową z niedowierzaniem. Dlaczego miał wrażenie, że to się dobrze nie skończy? Nagłe olśnienia i pomysły Nathiela nie wróżyły nic dobrego. O tym fakcie wiedział już od dziecka. Do tej pory w głowie tkwiło mu wspomnienie z dnia jego 9 urodzin, gdy Nathiel z nagła wykrzyknął: "mam pomysł!". Jego pomysłowość zakończyła się na tym, że podpalił fajerwerkami firankę w organizacji. Gdy inni, przerażeni łowcy gasili rozprzestrzeniający się pożar, Nathiel skakał w miejscu, jakby dostał nagłego adhd i ciągnąc go za rękaw, krzyczał: "Patrz, patrz! Jara się! Ahahaha! Wszystkiego najlepszego, Sorath!".
     Blondyn mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie tego zdarzenia. Uśmiech jednak szybko zszedł mu z twarzy i ustąpił miejsca poważnemu wyrazowi. Nie był w tym pokoju sam.
     - Mniemam, że masz inne zdanie na temat związku Nathiela z człowiekiem, Blazierze? - spytał cicho, spoglądając w okno.
     - Związek demona i człowieka nie zapowiada nic dobrego - rozległ się męski, tajemniczy głos znikąd.
     Sorathiel spojrzał w stronę swojego cienia, który z nagła się wydłużył.
     - Nathiel jest najbardziej ludzkim demonem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Daj mu szansę.
     - Nathiel to idiota - rozległ się ponownie głos. - Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mu spłodzić pół człowieka, pół demona, nie opędzi się od departamentu kontroli demonów.
     - Nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.
     Sorath uśmiechnął się pod nosem.
     - Demon powinien być z demonem. Nathiel nie może bawić się w człowieka - prychnął głos.
     - Koniec tego.
     Chłopak uniósł dłoń do góry, zakazując dalszego, bezcelowego dialogu.
     Nikt nie będzie obrażał jego przyjaciela. Jeżeli chce być człowiekiem, to nim będzie i nikt nie rozkaże mu bawić się w demona, szczególnie jego niewdzięczny, demoniczny informator Blazier.
     - Jeżeli masz mi do przekazania jakieś ważne informacje ze świata demonów, mów. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia, znikaj.
***
     "Mam ochotę na loda!"
     Sms, którego dostałam kilka sekund temu, odbijał się echem od ścian mojego mózgu, przeistaczając się w głośno wypowiedzianą głosem Nathiela myśl. Mam ochotę na loda. Co za absurd. Kto normalny pisze takiego smsa dziewczynie? Już lepszą opcją byłoby napisanie: "chodźmy na lody", lub "masz ochotę na lody?". Czy ja naprawdę mam zacząć źle o nim myśleć?
     Ciężko wzdychając, odpisałam na bzdurnego smsa, następującymi słowami: "To kup go sobie". Nie musiałam zbyt długo czekać na odpowiedź. Zaraz dostałam zwrotną wiadomość o treści: "To chodź ze mną. Chyba, że wolisz zrobić je ręcznie".
     Przewróciłam oczami. Nie zdążyłam nawet przemyśleć odpowiedzi, a dostałam następnego smsa: "Jestem pod twoim domem". A więc to tak w dzisiejszych czasach zaprasza się dziewczyny na spotkanie? Mam ochotę na loda, nie pytam cię czy chcesz iść, idziesz i już, bo czekam na dole, a jak nie wyjdziesz, gorzko tego pożałujesz.
     Zrezygnowana, wyjrzałam za okno. Nathiel dostrzegł mnie i pomachał mi wesoło ręką. Na jego twarzy widniał szeroki, radosny uśmiech. Wyglądał tak, jakby dostał nową zabawkę i chciał się nią pochwalić na dzielni. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Co się stało przyczyną jego towarzyskości? Czy aż tak podobało mu się nasze ostatnie spotkanie?
     Odrywając się od okna, chwyciłam za pierwszą lepszą bluzę i zakładając ją na siebie, wyszłam z pokoju. Tak naprawdę mogłam powiedzieć mu: nie mam ochoty na dzisiejsze obcowanie z twoją osobą, ale... najzwyczajniej w świecie mi to nie przeszkadzało. O ile jeszcze niedawno jego obecność sprawiała, że miałam ochotę wziąć nóż i pozbyć się go, zakopując zwłoki własnymi dłońmi w lesie, tak teraz, najzwyczajniej w świecie go polubiłam. Nie, nie zastąpi mi Deaniela, to pewne. Nie lubię go też tylko i wyłącznie za to, że mi pomaga i czuję się przy nim bezpieczna. Odkryłam w nim coś zupełnie nowego.
     Docierając na dół, ubrałam swoje czarne baleriny i wyskoczyłam z domu.
     - Jakbyś chciał się umówić z dziewczyną na randkę słowami: "mam ochotę na loda", to... nie chciałabym znać jej reakcji - powiedziałam, nie witając się z Nathielem.
     Na mojej twarzy pojawił się morderczy uśmiech.
     - A kto powiedział, że właśnie ciebie nie zaprosiłem na randkę? - spytał zdziwiony moją wypowiedzią Nathiel.
     Stanęłam jak wryta, przypatrując mu się z pewnym przerażeniem w oczach. Na moment jego wypowiedź mnie sparaliżowała. Randka? To jest randka? Zaprosił mnie na nią? Co? Żartuje sobie ze mnie? Tak, to na pewno jakiś chory żart.
     Czarnowłosy z nagła wybuchnął swoim irytującym, szaleńczym śmiechem. Mało nie upadł na ulicę i nie zaczął się po niej tarzać, tak mu było zabawnie. Mnie było trochę mniej.
     - N-naprawdę uwierzyłaś?! - wykrzyknął. - No, przestań! Ja, ty i randka?! - spytał rozbawiony. - Nie dla ciebie takie ciacho, droga Lauro - zakończył iście seksownym głosem, przeczesując swoje włosy gestem boskiego Alvaro.
     Nachmurzyłam się.
     - Pewnie. Dla mnie sucha mąka i cukier - mruknęłam, wymijając go i idąc przed siebie.
     - Mąka i cukier to podstawa ciasta. Może kiedyś skompletujesz całość i ciacho się do ciebie uśmiechnie - powiedział, puszczając do mnie oczko.
     - I tak się ciągle głupio szczerzysz. Poza tym... - mówiąc to, spojrzałam w twarz Nathiela, idącego obok mnie. - Kto powiedział, że jesteś ciachem?
     Nathiel zastanowił się na moment w iście artystyczny sposób.
     - Ja - odpowiedział z wyszczerzem. - I one.
     Tu, skinął głową na dziewczyny, idące po drugiej stronie ulicy. Miał racje. Wyjątkowo podjarały się tym, że widzą Nathiela. Błagam, co w nim takiego jest? Może i twarz miał ładną, ale charakterem i usposobieniem przebijał wszystko. Idę o zakład, że nie przeżyły by z nim jednej godziny. No, chyba, że tylko dla mnie jest tak irytujący.
     Spojrzałam prosto w jego szmaragdowe oczy.
     Nie. Jednak nie. Wszystkich irytuje tak samo.
     - Dla mnie jesteś jak - zastanowiłam się przez chwilę, wbijając spojrzenie w niebo. - Precel.
     Nathiel spojrzał na mnie pytająco z ukosa.
     - Słony w środku i słony na zewnątrz - mruknęłam.
     - Degustowałaś? - zapytał, cudem powstrzymując się od śmiechu.
     Przewróciłam oczami.
     - Nie. Chodzi mi o to, że jesteś do bólu przewidywalny. Wiem, że precel jest słony i w środku i na zewnątrz, tak jak wiem to, czego mam się po tobie spodziewać - odpowiedziałam spokojnie.
     - Jesteś pewna, że cię nie zaskoczę? - spytał uwodzicielskim głosem, stając tuż przede mną.
     Spojrzałam na niego bez żadnego strachu. Nie bałam się go. Co mógł mi zrobić? Zadźgać tępym nożem? Ściągnąć koszulkę i zacząć świecić gołą klatą? Porwać mnie na ręce i biegać po ulicy z szaleńczym krzykiem: "Zabierzcie ją ode mnie, przykleiła się do mnie!"? Pocałować mnie?
     Nim spostrzegłam, Nathiel chwycił za mój podbródek i uniósł go delikatnie do góry, przybliżając się do mnie tak blisko, że mało nie zabrakło mi przestrzeni osobistej. Spojrzałam prosto w jego oczy, w lekkim przerażeniu, a tymczasem Nathiel ominął moje usta i skierował się w stronę ucha, gdzie szepnął:
     - A jednak cię zaskoczyłem.
     Odskoczyłam do tyłu, obdarowując go spojrzeniem pełnym złości. Zrobiło mi się naprawdę gorąco.
     - Prędzej przeraziłeś - odparłam, chmurząc się.
     - Zarumieniłaś się! - wykrzyknął Nathiel na całą ulicę, wskazując na mnie palcem.
     Miałam ochotę ukryć się w jakiś krzakach. Ludzie patrzyli na mnie i ukrywali uśmiechy rozbawienia. Czy to takie dziwne, że się zarumieniłam? Przerażenie i zaskoczenie sprzyja nagłemu skokowi adrenaliny. Adrenalina sprawia, że powiększają ci się źrenice, twój oddech staje się płytszy, a serce szybciej zaczyna ci bić, dzięki czemu ogromna ilość czerwonych krwinek dociera do każdego zakątka twojego ciała i szczególnie mocno ukrwionych polików. Tak. Muszę przyjąć właśnie taką teorię.
     - Chodźmy - burknęłam, wymijając go z pochyloną ku dołowi głową.
     - Zobaczyłem na twoim ciele coś, co jest czerwone, a nie blade! - wykrzyknął czarnowłosy.
     Zakryłam twarz dłonią, widząc przechodzących obok, zdziwionych ludzi. Nathielu, zostawiłeś im niezłe pole do myślowych popisów. Cóż takiego czerwonego może znajdować się na moim ciele? Chyba nikt by nie wpadł na to, że chodzi o zarumienione poliki.
     Westchnęłam ciężko, potrząsając głową z niedowierzaniem. Jeszcze chwila i mój mózg eksploduje od nadmiaru głupoty i obecności Nathiela. Zdecydowanie za często się z nim spotykam.
     - Zawstydzona? - spytał chłopak, szczerząc się w moją stronę - Normalnie nie wi...
     Nim zdążył dokończyć swoją wypowiedź, zatkałam dłonią jego buzię.
     - Zamilcz, preclu - powiedziałam groźnie, spoglądając na niego spode łba.
     Nathiel zabrał ze swojej twarzy moją dłoń i mrugnął do mnie uwodzicielsko.
     - Chcesz mnie spróbować? - spytał.
     - Zabić? - zapytałam, udając radość. - Oczywiście! Od początku naszej znajomości o tym marzę!
     - Przykra jesteś - odpowiedział Nathiel, pstrykając mnie mocno w czoło.
     Poczułam, jakby ktoś mi w nie wbijał tysiące szpilek. Niech cię szlag weźmie, Nathielu Auvrey! Masz więcej siły w jednym palcu, niż szarych komórek w mózgu! O ile w ogóle demon ma mózg. Może miał tylko coś, co go przypomina. Gąbkę na przykład. Gąbkę, która wchłaniała w siebie całą głupotę ludzką, znajdującą się w jej obrębie.
     Umilkłam, rozmasowując swoje obolałe czoło. Nathiel najwyraźniej uznał, że wygrał tą bitwę. Szedł tuż obok mnie wesołym krokiem i gwizdał jakąś radosną piosenkę. Dlaczego w mojej głowie pojawiły się wizje i tysiące sposobów na to, jak mogę się go skutecznie pozbyć? Z tego byłby niezły film na YouTube.
     Potrząsnęłam głową i wzięłam głęboki wdech. Opanowanie przede wszystkim. Nikt oprócz mnie, nie podłoży dynamitu pod moją lodową ścianę.
     - Jesteśmy na miejscu - odezwał się uradowany Nathiel.
     Spojrzałam w stronę małej budki na lody, gdzie stała starsza, miło wyglądająca pani. Zielonooki podbiegł do niej jakby miał nitro w butach. Osobiście wolałam stanąć z boku. Obojętny był mi wybór smaku loda. Nie lubiłam tylko miętowego i cytrynowego smaku.
     Nim się obejrzałam, Nathiel pędził w moją stronę z dwoma wafelkami, wypełnionymi po brzegi lodową, słodką mieszanką. Dostałam do ręki coś, co przypominało mi lody bakaliowe. Spojrzałam zdziwiona na zielonookiego. Skąd wiedział, że to mój ulubiony smak?
     - Na zdrowie - powiedział tylko, śmiejąc się w moją stronę.
     Nie odzywaliśmy się do siebie długi czas. Nie wiem, czy była to kwestia spożywanych lodów, czy braku tematu rozmów. Cisza, która nas opanowała, wcale mi nie przeszkadzała. Czasami wolałam pomilczeć, niż zatracać się w bezsensownym dialogu, tak charakterystycznym dla ludzi w naszym wieku.
     Spojrzałam w twarz Nathiela. Uśmiech nie schodził mu z twarzy nawet wtedy, gdy jadł swoje czekoladowe lody. Wciąż patrzył się przed siebie. Czyżby prowadził w swoich myślach zabawny monolog? Może po raz setny komentował odcień mojej skóry lub śmiał się z mojej osoby. W końcu tyle we mnie było śmiesznych detali.
     Gdy spostrzegł moje zainteresowanie jego twarzą, spojrzał i na mnie. Jego mina wyglądała na coraz bardziej zdziwioną.
     - Laura - zaczął z pełną powagą, co niemalże mnie przeraziło. - Nie patrz mi się prosto w oczy, gdy jesz loda.
     Uniosłam do góry brew.
     - Za dużo oglądasz tych chińskich bajek. Przystopuj. Czas abyś znalazł dziewczynę w 3D - powiedziałam z uśmieszkiem.
     - Już znalazłem - odpowiedział uradowany Nathiel.
     Uśmiechał się od ucha do ucha. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zniszczyć jego dobrego humoru.
A więc i jego dopadła miłość. Ciekawa jestem, kto jest tą nieszczęśliwą osobą. Już jej szczerze współczułam. Gdy ją poznam, złożę jej najszczersze kondolencje. No, chyba, że jest taka sama jak on, wtedy to kulturalnie przemilczę. Albo obydwóch zabiję na miejscu.
     Uśmiechnęłam się wrednie pod nosem.
     Nie mogłam sobie wyobrazić zakochanego Nathiela, który stara się dogodzić swojej wybrance serca. Nie było w nim ani trochę romantyczności, inteligencją też nie świecił, więc... myślę, że jeżeli nie będzie się odzywał, a tylko uśmiechał, ma szansę. Słabą szansę.
     Zerknęłam w niebo, dziwiąc się swoim dzisiejszym poziomem sarkastyczności. Dziś osiągał same szczyty. Ironia, level: Laura. Mogło to trochę wyglądać, jakbym była zazdrosna, a przecież nie jestem, czyż nie? Nathiel to dla mnie tylko i wyłącznie Nathiel. Przed jego imieniem nie było żadnego przydomka w stylu: przyjaciel, kochanek, moja miłość, brat. Nathiel to Nathiel i nic tego nie zmieni przez długi, długi czas.
     - Stój - usłyszałam głos zielonookiego.
     Wyrwał mnie z moich ironicznych myśli i chwycił gwałtownie za dłoń. Zaczął rozglądać się na wszystkie strony ze skupieniem, rysującym się na twarzy. Nie wiedziałam co go trafiło. Domyślam się jednak, że miało to jakiś związek z demonami, gdyż wyjął z kieszeni znane mi już exitialis.
     Zaniepokojona, spoglądałam to w prawo, to w lewo. Nie mówcie mi, że to Gabrielle wróciła? Na samą myśl o niej, przeszły mnie ciarki. Coś mi podpowiadało, że kolejnego zetknięcia z panną brutalną bym nie przeżyła.
     Usłyszeliśmy krzyk. Głośny, kobiecy krzyk. Jakiś mężczyzna wypadł na ulicę, taranując niski płotek, otaczający jeden z domów. Biegł, jakby mu sam diabeł po piętach deptał.
     - Cienisty demon - usłyszałam szept Nathiela.
     Nie czekając ani chwili dłużej, pociągnął mnie za rękę. Mało nie zaliczyłam chodnikowej gleby. Dlaczego mnie za sobą ciągnął? Chciał, żebym ja też zginęła? Czy może nie chciał mnie zostawić samej? W końcu ten szalony mężczyzna mógł być tylko przynętą.
     Demon obejrzał się na nas i już nie miałam wątpliwości co do jego pochodzenia. Miał oczy takiego samego koloru jak Nathiel. Przeklął pod nosem i przyspieszył bieg. Na jego nieszczęście, w pobliżu nie było żadnych uliczek w których mógłby się skryć. Przykro mi, panie demonie, za chwilę padniesz ofiarą demonicznego łowcy.
     - Szlag - mruknął Nathiel, gdy dostrzegł, że cienista pokraka dopadła się do roweru jakiegoś małego chłopca, który od razu popłakał się z powodu tak wielkiej straty.
     Demon dosiadł niebieski pojazd jak rumaka i pognał przed siebie. Chociażbyśmy chcieli, nie dogonilibyśmy go. Rower zniknął ze złodziejem, tuż za rogiem zniszczonego budynku sklepowego. Nathiel miał już jednak przygotowany inny plan. Znienacka podbiegł do czarnego BMW, stojącego gdzieś na uboczu. Drzwi były otwarte na oścież, a więc domyślam się, że właściciel owego pojazdu, wyszedł z niego w ważnej sprawie. W oczach migały mi światła awaryjne.
     Nathiel nie czekając ani chwili dłużej, wepchnął mnie do środka od strony pasażera i sam władował się na przednie siedzenie. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, co robi, a już wciskał pedał gazu i pędził przez osiedle jak szalony.
     Spojrzałam w tył na biegnącego za nami oburzonego, właściciela auta.
     - Co ty wyprawiasz?! - wykrzyknęłam zszokowana jego zachowaniem - Umiesz w ogóle prowadzić?!
     - Nie - odpowiedział beztrosko Nathiel. - Ale zawsze chciałem się nauczyć.
     Po tych słowach, skręcił ostro w prawą stronę. Auto potrąciło śmietnik i skrzynkę pocztową, która odbiła się od tylnej szyby, bezlitośnie ją tłukąc. Czułam się jak w jakimś wyjątkowo nieudanym filmie akcji. Słyszałam tylko swój własny krzyk przerażenia i Nathiela, który darł się: "Jest auto, jest impreza!". Dopiero teraz pomyślałam o tym, aby zapiąć pasy.
     - Jest i nasz przyjaciel - powiedział Nathiel, wciskając gaz do dechy.
     Pędził po prostej drodze jak szalony. Nie przejął się nawet progiem zwalniającym, który wyrzucił nas do góry i wstrząsnął wszystkim, co miałam w środku. Miałam wrażenie, że jeszcze moment i zwrócę dzisiejszego loda w raz z obiadem na kokpit auta.
     Przerażony demon, pędzący swoim niebieskim rumakiem, spojrzał w tył, ale nie zdążył odpowiednio szybko zareagować. Nathiel jak gdyby nigdy nic, przejechał go.
     Wstrzymałam dech, gdy gwałtownie zahamowaliśmy.
     - A masz, demoniczna patologio! - wykrzyknął Nathiel.
     Jego oczy płonęły szmaragdowym blaskiem. Widać było, że był podjarany obecną sytuacją. W przeciwieństwie do mnie. Gdy spojrzałam w lusterko uznałam, że jestem bledsza, niż zwykle.
     - Będzie po nim plama? - spytałam przestraszona, patrząc na niego z ukosa.
     - Nie. Jak zginął, to wyparował - odpowiedział beztrosko czarnowłosy, odpinając mnie z pasów.
     Obydwoje wyskoczyliśmy na zewnątrz i nie czekając z brzęczącym w uszach dźwiękiem syren policyjnych, uciekliśmy do pobliskiego lasu. Nathiel jeszcze nigdy nie trzymał mnie tak mocno za dłoń.
     Adrenalina wciąż krążyła w moich żyłach. Myślałam, że jeszcze chwila i serce wyskoczy mi z piersi. A co ,jeśli policja nas znajdzie? A co, jeśli zostaniemy ukarani? Co powie moja mama? Zamkną nas do poprawczaka?
     Spojrzałam w niebo załamana. Czy przebywanie z Nathielem musiało przyprawiać mnie o zawał? Życie na krawędzi wcale mi nie odpowiadało.
     Byłam w zbyt wielkim szoku, aby zorientować się, że mój towarzysz właśnie gwałtownie stanął na środku lasu. Zaskoczona jego zatrzymaniem, odbiłam się od jego pleców i wylądowałam boleśnie na tyłku w krzakach. Co znowu?!
     Moje myśli krzyczały. Miałam ochotę udusić Nathiela.
     - Policja. Z drugiej strony - powiedział, dostrzegając w oddali małe, czarne kropki.
     Nim się obejrzałam, zostałam chwycona za dłoń i pociągnięta gwałtownie w górę. Nasz szaleńczy bieg w nieznane, został wznowiony. Tym razem biegliśmy na północny zachód. Wolałam się nie odzywać, zresztą... moje płuca by mi na to nie pozwoliły. Nie byłam zbyt dobra w szaleńczych biegach i z trudem nadążałam za krokami Nathiela. Chwilami czułam się tak, jakbym fruwała w górze. Moje nogi ledwo dotykały podłoża.
     Wbiegliśmy na pole pełne wciąż nieskoszonego zboża. Złociste kłosy błyszczały na słońcu dumnie, zwiastując nadchodzące żniwa. Kiwały się na wietrze, sprawiając wrażenie nieprzejętych naszą morderczą ucieczką. Deptaliśmy po nich jak szaleni. Gdyby był tu jakiś rolnik, z pewnością zaczął by nas gonić z motyką po polu.
     - N-nie mogę już... dłużej... biec - powiedziałam zdyszana, dziwiąc się, że miałam w ogóle siłę na wypowiedzenie czegokolwiek.
     Nathiel najwyraźniej usłyszał moje błagania. Zatrzymał się na środku pola i odwrócił w moją stronę. Puścił moją dłoń, pochylając się do przodu oraz kładąc dłonie na kolanach. Oddychał szybko, próbując złapać świeże powietrze. Nie wyglądał jednak na tak zmęczonego, jak ja. Miałam wrażenie, że zaraz padnę w złociste zboże i nie więcej nie wstanę. Moje płuca i nogi nie były przyzwyczajone do tak ekstremalnego wysiłku.
     Również pochyliłam się do przodu.
     - To... było... ekstra! - usłyszałam podjarany głos Nathiela.
     Spojrzałam na niego bezradnie. Nie miałam nawet siły z nim walczyć.
     - Dawno się tak dobrze nie bawiłem - powiedział Auvrey, prostując się i szczerząc do mnie.
     Potrząsnęłam załamana głową, aby zaprzeczyć jego słowom.
     - Oj, no przestań! - wykrzyknął, śmiejąc się zabójczo.
     Zaraz chwycił mnie za dłoń i pociągnął do przodu. Szedł tyłem, patrząc się prosto w moją zarumienioną ze zmęczenia buzię. Na jego twarzy widniał szeroki, wręcz bym rzekła urzekający uśmiech. Szłam, ciągnięta przez niego do przodu, żałując, że nie dał mi chwili na dłuższy odpoczynek. Chętnie położyłabym się w tym zbożu i zamknęła na chwilę oczy, wyrównując swój oddech.
     - Wysiłek dobrze ci zrobił. Uroczo wyglądasz z tymi rumieńcami - stwierdził rozbawiony.
     Już miałam coś powiedzieć, gdy nagle mój towarzysz potknął się o bliżej nieokreśloną rzecz i poleciał do tyłu prosto w zboże, ciągnąc mnie za sobą. Wylądowałam na nim, zderzając się z nim czołem. Jęknęłam boleśnie i zamknęłam oczy. Co za kretyn. Kto normalny chodzi tyłem po polu, pełnym bliżej niezidentyfikowanych obiektów??!
     Otworzyłam oczy i mało nie dostałam zawału. Moja twarz była tuż nad twarzą Nathiela, który wyglądał na równie zdziwionego, co ja. Opanował mnie dziwny paraliż i równoczesne zawstydzenie. Właśnie leżałam w zbożu na szmaragdowookim demonie, który patrzył się prosto w moje oczy, będąc równie sparaliżowany. To już drugi raz, kiedy czułam ciepło jego ciała. Zawsze sądziłam, że demony są zimne jak lód, a jednak się myliłam. W tym przypadku to ja byłam chłodniejsza i to nie tylko duszą.
     Nathiel jako pierwszy przebudził się z szoku. Zrobił coś, czego nie przewidziałam. Wplótł dłoń w moje włosy i oparłszy rękę z tyłu mojej głowy, przybliżył do mnie swoją twarz. Cała scena wyglądała tak, jakbym za chwilę miała zostać pocałowana przez Nathiela. Co jest do cholery?! Moje serce biło jak szalone, a umysł przetwarzał tysiąc różnych myśli na sekundę. Wszystko współgrało ze sobą idealnie, oprócz mojego ciała, które dalej tkwiło sparaliżowane w tej samej pozycji. Czułam na sobie ciepły oddech Nathiela. Jeszcze chwila i...
     Tuż nad nami coś zaburczało groźnie. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
     - Co to? - spytałam cicho.
     Nikt jednak nie musiał odpowiadać na moje pytanie. Tuż za plecami Nathiela, wyłoniła się przerażająca maszyna, kosząca wszystko na swojej drodze. Serce mi stanęło, a nogi zmiękły. Kombajn. Musiał tu cały czas stać. Gdyby się do nas zbliżył, usłyszelibyśmy go przecież.
     Zielonooki chwycił mnie za dłoń i drąc się razem ze mną w niebo głosy, pociągnął mnie w bok. Potoczyliśmy się kilka metrów dalej, a kombajn przejechał tuż obok naszych głów. Spojrzeliśmy na siebie, wciąż trzymając się za ręce. Mieliśmy tak samo przerażone miny.
     - Widziałem śmierć - powiedział Nathiel.
     Kiwnęłam głową na potwierdzenie tego samego uczucia.
     Obydwoje spoglądaliśmy za pędzącym przed siebie, wielkim czerwonym kombajnie, który oddalał się od nas. W tym momencie przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie pójdę na lody z Nathielem...
***
     Okropnie zmęczona, styrana i oszołomiona, weszłam do domu, zamykając za sobą drżącą ręką drzwi. Przez całą drogę powrotną nie odzywaliśmy się z Nathielem do siebie. Nie wiem, czy to dlatego, że wygraliśmy wspólnie życie, będąc o włos od śmierci, czy dlatego, że znaleźliśmy się na polu w bardzo niekomfortowej sytuacji, której nie mogłam zrozumieć. Czy Nathiel naprawdę chciał mnie pocałować? A może po prostu chciał mnie wystraszyć, tak jak wcześniej? To dobre rozwiązanie. Chciał mnie wystraszyć, ale nie doczekałam się jego rozbawionej miny i śmiechu rozlegającego się po całym polu, ze względu na sytuację z kombajnem. Muszę to wymazać z pamięci. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ten pocałunek doszedł do skutku. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Serce do tej pory biło mi jak oszalałe, nie dając mi chwili wytchnienia. Dzisiejszy dzień był... szalony. Szalony, nienormalny, przerażający, nieprawdopodobny, dziwny, niesamowity. Niesamowity?
     Stanęłam na środku przedpokoju, wpatrując się w lustro. Byłam zaczerwieniona, a oczy świeciły mi się bardziej, niż zwykle. Moje włosy wyglądały jak po wojnie, a bluzka, jak po ostrej walce z naturą. Byłam cała umorusana. Słowo daję, wyglądałam jak Amazonka. Ten dzień wcale nie było niesamowity. Nie. A może jednak?
     Potrząsnęłam gwałtownie głową, odchodząc od lustra. Szybko ściągnęłam buty i ruszyłam do kuchni. Chciałam jak najszybciej oczyścić swoje myśli z bzdurnych wyobrażeń.
     - Laura! - wykrzyknęła moja matka na mój widok.
     Podskoczyłam w miejscu przerażona.
     - Margaret przyjeżdża!
     Mama podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramiona, przybierając przerażoną minę. Była tak przejęta, że nawet nie spostrzegła tego, w jakim stanie byłam.
     - Ciotka? - spytałam zdziwiona.
     Samo jej wspomnienie wywołało u mnie ciarki. Nie potrzebowałam więcej tłumaczeń, nie potrzebowałam więcej słów, wiedziałam, że wielkimi krokami zbliża się do mnie jedna ze straszniejszych zmor mojej przeszłości. Siostra mojego ojca - ciotka Margaret.

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 24 - "To nie ten czas, to nie ta bajka"

Ostatnio podgoniłam do 30 rozdziału. Pomyślałam sobie: "Ej, Naff, masz już tak dużo rozdziałów, że nie musisz ich na razie pisać. Może czas się zająć czymś nowym?". Zajęłam się. Rozpiską drugiego tomu "W cieniu nocy: 3/4 demona" (nie, raczej tego na internety nie wstawię. To będzie tylko dla mnie. Ach, egoizm!) i prequelem "W cieniu nocy", czyli z serii: jak było zanim na świecie pojawił się Nathiel i Laura. W obydwóch stanęłam w kropce. Dziwię się, ale brakuje mi pomysłów. Wypaliłam się D:? Noooooooł! Może czas zająć się czymś zupełnie nowym? Od 4 lat czeka na mnie "Dom przeklętych dusz". Takie ciężkie, twórcze życie. Brak pomysłów na treść, brakuje pomysłów na nowości. Pustka. Totalna. Chcę inspiracji.
Rozdział nie jest za ciekawy. Nie zawiera zbyt dużo opisów, ale myślę, że warto czekać na następny. Ohohhoo.
***

     - Kim ty jesteś, dziewczyno? Pierwszy raz widzę taki przypadek.
     Westchnęłam cicho i wzruszyłam ramionami. Nie chciałam nawet spojrzeć w twarz Nathiela, który był teraz zszokowany jak nigdy przedtem. Cieszyło mnie to, że mimo wszystko wierzył w moją nieprawdopodobną opowieść. Normalny człowiek już dawno by mnie wyśmiał i powiedział, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię. Nathiel był jednak inny. Wierzył w to, co ludzie traktowali z pobłażaniem, wierzył w magię, wierzył w demony, a przede wszystkim wierzył mi.
     - Od samego początku wiedziałem, że coś jej z tobą nie tak. Ty nawet nie wyglądasz jak normalny człowiek - powiedział z pełną powagą mój towarzysz.
     Spojrzałam na niego lekko zirytowana i odpowiedziałam krótkie:
     - Dzięki.
     Nathiel zignorował moje podziękowania i szybko zmienił temat:
     - Dlatego jesteś taka oschła? Bo ludzie cię zranili?
     Wzruszyłam ramionami.
     Być może było w tym trochę prawdy. Wcześniej, za czasów dzieciństwa i aż do końca podstawówki, byłam słabą, płaczliwą dziewczynką, która polegała tylko i wyłącznie na swojej przyjaciółce. Zawsze byłam w cieniu Amy, która lśniła jak gwiazda polarna w bezchmurną noc. Wiecznie radosna, silna, zabawna, towarzyska. Kim byłam ja, stojąc tuż za jej plecami? Szarą myszką, kryjącą się przed własnym cieniem, a już szczególnie przed ludźmi, którzy mogli mnie zranić. Nasi rówieśnicy dziwili się, dlaczego jesteśmy przyjaciółkami. Często powtarzali Amy: "zostaw ją, dziwna jest", "czemu ty się z nią jeszcze zadajesz?", a ona śmiała się tylko i odpowiadała grzecznie: "Widzę w niej więcej magii, niż wy". Nigdy tak naprawdę nie wyszłam z jej cienia. Raczej oddaliłam się od niego i stałam samodzielną jednostką życiową, która nie widziała sensu w praktycznie niczym. Na każdego patrzyłam jak obiekt do obserwacji, nie jak na człowieka. Nikogo nie wpuszczałam do własnego serca. Przez całe moje życie miałam tylko dwie osoby, które miały do niego dostęp - moją mamę i Amy, nikogo więcej.
     - Jesteś głupia - podsumował mnie Nathiel. - Mój ojciec wybił całą moją rodzinę i zostawił mnie na pastwę losu. I co? Jakoś zachowałem swój ognisty temperament - mówiąc to, pstryknął mnie boleśnie w czoło.
     Skrzywiłam się.
     - Jesteś tak naprawdę słaba. Masz tylko cięty język - powiedział rozbawiony Nathiel.
     Nachmurzyłam się. Powoli zaczynałam żałować, że cokolwiek mu powiedziałam. Człowiek otwiera serce przed demonem, a demon depcze je i krzyczy: "Taki wałek!". Nie, wcale nie uważałam, że moja przeszłość jest straszniejsza od Nathiela. Nie każdy jest jednak silny tak jak on. Ja, byłam słaba. Zachowywałam się trochę jak cienisty demon, kryjący się w cieniu i czerpiący energię od innych.
     Nathiel pochylił się ku mnie i spytał cicho:
     - Dalej masz takie odpały?
     Spojrzałam na niego pytająco.
     - No, wiesz. Że się wkurzysz i wszystko fruwa na około.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Nie. To już dawno minęło. Ostatni raz zdarzyło mi się "czarować" w ostatniej klasie podstawówki - odpowiedziałam.
     - Czym ty jesteś, co? - zapytał ciekawskim głosem Nathiel - Demonem na pewno nie. Nie ten kolor oczu . Za jasne tęczówki. - pochylił się ku mnie i przypatrzył się dokładnie moim oczom.
     - Jak już, to kim, bo nie jestem rzeczą - odparłam zirytowana.- Jestem człowiekiem i nie widzę żadnej innej opcji.
     - A może kosmitą? Bladym, zielonookim, dziwnym kosmitą.
     Wyszczerzył się.
     Miałam ochotę pacnąć go w ten durny łeb. Nigdy nie żal się demonowi - zapisać na czole.
     - Żartuję - odparł chłopak, śmiejąc się wesoło.
     Spojrzałam na jego uroczą, rozbawioną twarz. Obojętnie w jakiej był sytuacji, wyglądał przystojnie. Może to jakaś demoniczna zależność? Może każdy demon był przystojny? Może pomagało im to w zdobywaniu energii? W końcu kto by się nie napalił na widok przystojnego demona bez koszulki w seksownej pozie i z pięknym uśmiechem na twarzy. "Hej maleńka, pozwól mi w ciebie wejść, potrzebuję twojej energii, bo jestem demonem seksu". Nie, to brzmi zdecydowanie dziwnie.
     - Masz ochotę się przejść? Cała noc przed nami - powiedział Nathiel, uśmiechając się w moją stronę.
     Spojrzałam na niego ukradkiem.
     Cóż, i tak bym pewnie nie zasnęła. Bałabym się, że znowu mi się coś przyśni. Przechadzka z Nathielem to nie taki znowu zły pomysł. Może to dziwnie zabrzmi, ale ostatnio polubiłam jego towarzystwo.
     Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam.
     Chłopak wstał z ławki i wyciągnął w moją stronę dłoń. Na jego twarzy widniał uroczy uśmiech małego łobuza. Chwyciłam go za rękę i wstałam z ławki. Nathiel wciąż nie puszczał mnie. Patrzył na mnie z góry i uśmiechał się dalej. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi.
     - Cieszę się, że opowiedziałaś mi tą historię - powiedział w końcu.
     Puścił mnie i tą samą dłonią poklepał mnie po głowie, zupełnie jakbym była małym dzieckiem.
     Nachmurzyłam się. W jakiś sposób zrobiło mi się głupio, więc spojrzałam w bok.
     Cześć, jestem Laura Collins, mam 17 lat i... pierwszy raz otworzyłam się przed Nathielem - utrapieniem moich ostatnich miesięcy. Do tej pory nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nie czuję jednak zawodu. Jestem szczęśliwa.
***
     Do domu wróciłam o 7 rano. Godzina w sam raz, aby zacząć szykować się do szkoły. Nie czułam zmęczenia, byłam naładowana pozytywną energią, choć pewnie do czasu, gdy nie wyląduje w szkole z głową na ławce, śliniąc zeszyt od angielskiego.
     Uśmiechając się do siebie pobłażliwie, poszłam do kuchni, aby przyrządzić sobie tosty. Przy stole siedziała już moja wyjątkowo zaspana matka z kubkiem gorącej kawy w ręku. Spojrzała na mnie podejrzliwie.
     - Coś się stało? - spytała, dostrzegając na mojej twarzy uśmiech.
     - Miły sen - odpowiedziałam, podchodząc do niej i składając na jej poliku krótkiego, powitalnego całusa. - Jak się spało?
     Matka westchnęła ciężko.
     - Za krótko.
     Uśmiechnęłam się współczująco w jej stronę, nic już nie mówiąc.
     Naprawdę jej współczułam. Musiała robić coś, czego nienawidziła. Wstawała wcześniej rano, ażeby pójść do biura i zacząć papierkową, nudną robotę, która i tak była mało opłacalna. Ostatnio nie miała nawet czasu, aby zająć się pisaniem swojej powieści. Gdyby ją wydała, mogłaby się okazać bestsellerem. Podobała się nawet mi, mimo tego, że nie byłam fanką romansów fantastycznych.
      Wzdychając cicho, wsadziłam do opiekacza dwa tosty, naszpikowane serem i ketchupem. Ulubiony przysmak albinosów z rana.
     Spojrzałam w sufit, czekając na moje upragnione śniadanie.
     Nathiel. Tylko on chodził mi teraz po głowie. Nic dziwnego, w końcu spędziłam z nim całą noc. Po moim dziwnym wyznaniu, stał się naprawdę miły, choć... oczywiście Nathiel nie byłby Nathielem bez swoich ironicznych docinek.
     Całą noc spędziliśmy chodząc po parku. Oglądaliśmy wspólnie zachód słońca. Nathiel opowiedział mi kilka historii z dzieciństwa, za czasów, gdy trafił do organizacji. Tylko on mógł ukraść rower jakiejś dziewczynce i przejechać nim demona. Jego nienawiść do tego gatunku stworzeń była potężna. Nie sądzę, aby jakikolwiek łowca nienawidził demonów bardziej od niego.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     Dokładnie pamiętałam jego ostatnie słowa, które skierował w moją stronę na pożegnanie. "Lubię cię, wiesz? Jesteś okropną jędzą, ale cię lubię", a także: "w jakiś sposób cieszę się, że to do mnie zadzwoniłaś". Jego słowa brzmiały naprawdę otwarcie, sprawiły mi jednak radość. Nawet jego żegnający gest w postaci przytulenia mnie do siebie, nie wydawał mi się taki zły. Cieszyłam się, że choć raz spędziliśmy wspólnie normalną noc, nie wyzywając się i nie skacząc sobie do oczu.
     Czerwona lampka na tostownicy zgasła, co oznaczało, że mój posiłek był gotowy. W lekkim zamyśleniu, zaczęłam nożem ściągać przyklejone do niej tosty. Pierwszy raz robiąc to oparzyłam się. Syknęłam cicho, machając dłonią w powietrzu.
     Matka spojrzała na mnie ze znaczącym uśmiechem.
     - Jesteś zamyślona - stwierdziła, a jej oczy zaświeciły się z nagła. - To wygląda, jakbyś była...
     Zakochana. Tak, wiem, co chciała powiedzieć moja mama. Niestety, to nie ten czas, to nie ta bajka.
***
     - Nathiel.
     Blondyn przyglądał się spokojnie swojemu rozszalałemu przyjacielowi, który latał po pokoju i rozwalał wszystko na około. Wyglądał tak, jakby przeżywał właśnie nastoletni kryzys. Z jego ust co rusz wydobywał się poirytowany, bliżej nieokreślony oddźwięk, a jego mina ukazywała wielką złość.
     - Nathiel - powtórzył raz jeszcze, uspokajającym głosem Sorathiel.
     Jego przyjaciel nie zwracał na niego uwagi. Dalej rzucał rzeczami po pokoju, jakby go sam Szatan prowadził.
     - Nie mogę! No, nie mogę! - wykrzykiwał przy tym.
     Rzucił się na łóżko, chwycił za poduszkę z gołą, mangową dziewczynką i przykrył nią twarz.
     Sorathiel wykorzystując okazję, usiadł na krześle w pokoju swojego przyjaciela i przyglądnął mu się uważniej.
     - Ostatnim razem zachowywałeś się tak, gdy nie mogłeś znaleźć swoich skarpetek w renifery - powiedział.
     Nathiel odkrył poduszkę z twarzy i spojrzał na swojego przyjaciela krzywo. Nie odpowiedział.
     - Co się stało? - dodał blondyn.
     Ożywiony, czarnowłosy osobnik, powrócił do pozycji siedzącej. Spojrzał w sufit, a następnie z zirytowaną miną, położył się ponownie na łóżku i owinął szczelnie kołdrą. Wyglądał teraz jak ludzki, gigantyczny naleśnik.
     - Zachowujesz się jak nastolatka - mruknął Sorath, unosząc brew do góry - Rzucasz się po łóżku, robisz chaos, milczysz, nie chcąc powiedzieć co się stało i robisz obrażone miny. Co cię napadło?
     Nathiel bez słowa przeturlał się ze swoją kołdrą na podłogę, Sorathiel zaś przewrócił oczami.
     - Skoro nie chcesz mi powiedzieć co się stało, to może odpowiedz mi na pytanie - mówiąc to, blondyn pochylił się do przodu na krześle - gdzie byłeś w nocy, hmm?
     - Z Laurą - odpowiedział cicho Nathiel.
     Sorathiel zrobił zdziwioną minę.
     - Już nie z bladą dupą albinosa? - spytał.
     - Nie.
     - Więc byłeś z Laurą.
     Sorathiel spojrzał w sufit i zamyślił się.
     - Czyżby była powodem twojej irytacji?
     - Ta - burknął Nathiel.
     - Rozumiem - mruknął Sorath, kiwając głową.
     Spojrzał na czarnowłosego, który rozwinął się właśnie z kołdry. Leżał teraz na podłodze, spoglądając do góry w nieznane przestworza. Jego mina była załamana. Sorathiel był pewny, że coś go mocno ruszyło. Nathiel nigdy się tak nie zachowywał. Owszem, był szaleńcem, ale nie takim, co rzucał się po ścianach i podłogach, szukając odpowiedzi na prześladujące go zmory.
     - Myślę. Cały czas myślę. To takie irytujące - odpowiedział w końcu, nie spuszczając oczu z sufitu.
     - O czym? - zapytał zainteresowany tą kwestią Sorathiel.
     W sumie to był zdziwiony, że jego przyjaciel użył słowa "myśleć". Zazwyczaj jest mózg pracował na niskich obrotach. Może dlatego zachowuje się teraz jak dzika nastolatka?
     - O kim - poprawił go Nathiel.
     - Więc o Laurze.
     Milczał. Sorathiel dopiero teraz zrozumiał, co tak naprawdę dręczy jego przyjaciela. Fakt ten sprawił, że zaczął się śmiać. Naprawdę aż tak go to zdenerwowało?
     - Czego głupio rżysz? - zapytał poirytowany Nathiel.
     - Naprawdę tak trudno przyjąć ci to do świadomości? Czy może wciąż nie odkryłeś, co cię dręczy? - spytał rozbawiony blondyn.
     Czarnowłosy przeniósł się z pozycji leżącej do siedzącej.
     Myśli atakowały jego głowę sprawiając, że był teraz zmieszany bardziej, niż kiedykolwiek. Każda myśl była związana z tą samą osobę, każda myśl zawierała jej twarz, każde wspomnienie miało w sobie jej głos. Jak mógł dać się tak ponieść? Może to tylko chwilowe? A może od dłuższego czasu tak się działo? Nie wiedział, nie ogarniał, nie pamiętał. Chaos władał nad jego umysłem. Zdawało mu się, że jeszcze chwila moment i jego głowa eksploduje.
     Westchnął załamany i poczochrał swoje włosy. Precz, niewdzięcznico, precz. Moje myśli ciebie nie potrzebują.
     - To irytująca, wredna małpa, która nie potrafi sobie poradzić z żadnym niebezpieczeństwem. Jest dziwna, nikogo nie lubi, ironizuje, denerwuje mnie jak mało kto, jest inna, niż wszyscy, jest moim przeciwieństwem - zaczął wymieniać, chmurząc się coraz bardziej - Wczoraj płakała, wiesz?
     Sorathiel uniósł zdziwiony brew, nic jednak nie odpowiedział.
     - Płakała trzymając głowę o, tu - mówiąc to, wskazał palcem na swoją pierś - A ja ją tuliłem, bo do cholery było mi jej jak nigdy szkoda. Opowiedziała mi o sobie, pokazała zupełnie inną stronę swojej osobowości. Uznałem, że nie jest taka zła i nie tylko - powiedział zirytowanym głosem.
     Spojrzał na swojego przyjaciela załamany.
     - Sorath, ona zaczęła mi się podobać!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 23 - "Ona i jej zwyczajna historia"

Przedstawiam Wam rozdział o przeszłości Laury. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że nie jest zbyt ciekawy. Tysiąc razy zmieniałam jego treść, ale wydaje mi się, że lepiej nie mogłam tego przedstawić. Oprócz tego, nim się zorientowałam, zaczęłam pisać w 3 osobie i utrudniłam sobie sprawę, gdyż o wiele lepiej pisałoby mi się to z perspektywy Laury. Nie wiem co mnie trafiło, ale byłam już za daleko i nie chciało mi się tego zmieniać D: tak, zawsze pisałam w 3 osobie, ale z momentem zaczęcia "W cieniu nocy" całkiem się przestawiłam. Cierpcie razem ze mną.
PS. To rozdział 23, a ja jestem właśnie na pisaniu 29. Tak bardzo pognałam do przodu...


***
     Był chłodny, wrześniowy poranek. Słońce oświetlało twarz idącej do szkoły, drobnej, blondwłosej dziewczynki, która za wszelką cenę chciała się ukryć. Spoglądała na przechodzących obok siebie, radosnych uczniów, którzy dyskutowali o czymś zawzięcie. Każdy cieszył się z rozpoczęcia roku szkolnego, tylko nie ona. To miało być jej pierwsze zetknięcie z dużą grupą ludzi, na dodatek jej rówieśników.
Nigdy nie chodziła do przedszkola. Zawsze siedziała w domu, przy mamie w kuchni. Dlaczego tak nie mogło pozostać? W domu czuła się bezpieczniej.
     - Czego się boisz, kochanie? - dosłyszała matczyny głos.
     Kilka sekund wcześniej, ukryła się za jej nogami przed ciekawskim spojrzeniem kilku dziewczyn z jej nowej szkoły.
     Matka wyglądała na rozbawioną. Odwróciła się do tyłu i uklękła przy swojej córce, poprawiając jej biały kołnierzyk bluzki. Obdarzyła ją pokrzepiającym uśmiechem.
     - Nie masz się czego bać. Szybko poznasz nowe koleżanki i zapomnisz o mamie - zaśmiała się.
     Mała blondynecza chwyciła mamę za rękaw od bluzki. Z trudem powstrzymywała się od płaczu.
     - Nie zapomnę o mamie - powiedziała szeptem.
     - Och, no, nie płacz, żartowałam przecież - zaśmiała się kobieta, ocierając dłonią łzy swojej córki. - Bądź odważna. Nie możesz poddawać się już na starcie - dodała troskliwie, głaszcząc ją po głowie.
     Dziewczyna kiwnęła głową. I choć pełna była nadziei, rzeczywistość okazała się o wiele okrutniejsza.
Każdego dnia w szkole, siedziała samotnie w ławce na tyłach klasy. Aby zająć swoje myśli, rysowała w zeszycie smutne buźki. Nie czuła radości, siedząc tutaj. Nikt nie chciał z nią rozmawiać, a gdy ktoś już coś do niej powiedział, rumieniła się i odpowiadała na pytanie jąkając. Ludzie byli tacy straszni. O wiele bezpieczniej czuła się u boku swojej mamy. Ile by dała, by dalej prowadzić takie spokojne życie jak wcześniej? Gdyby tylko nie było przy niej ojca. Nie, nie mogła tak myśleć, to złe. To mimo wszystko jej ojciec.
     Zarysowując kolejną smutną buźkę na marginesie, spojrzała w stronę okna.
     Jej rówieśnicy długi czas nie zwracali na nią uwagi, jednak pierwsze dni o niczym nie świadczą. Może naprawdę była tak nieśmiała, że nie potrafiła zawrzeć żadnych znajomości? A może jednak było z nią coś nie tak?
     Mijały dni, mijały tygodnie, a ona wciąż siedziała w tej samej ławce ze smutną miną z dala od jakichkolwiek znajomych. Gdy mama pytała: jak jej się powodzi w szkole, wymuszała uśmiech i opowiadała niestworzone historie o tym, jak bawiła się z koleżankami w chowanego lub grała w piłkę z kolegami, niestety, rzeczywistość była inna. Na boisko nie wyszła ani razu. Podczas przerw wolała siedzieć w klasie i wpatrywać się przez okno w swoją klasę, która świetnie się bawiła. Uśmiechała się wtedy rozmarzona, wyobrażając sobie, że pewnego dnia sama zostaje zaproszona do takiej zabawy.
     Pewnego zimowego dnia, gdy wszyscy podczas przerwy siedzieli w klasie, mała dziewczynka rysowała z tyłu zeszytu smutne słońce. Przez jej ramię zaczęli zaglądać pierwszaki.
     - Ta cała Laura jest jakaś dziwna. Słyszałeś kiedyś, żeby się w ogóle odezwała? - spytał głośno jakiś brązowowłosy chłopak.
     Laura zacisnęła dłoń na ołówku, przerywając rysowanie.
     - Nie. Może z kosmosu się urwała - zaśmiał się drugi chłopak.
     Dziewczynka przymknęła oczy, próbując powstrzymać łzy. Czy to jej wina, że nikt jej nie lubi?
    - Cały czas coś rysuje - powiedziała czarnowłosa dziewczynka, która stanęła obok chłopców.
     - Przepraszam - mruknęła cicho Laura.
     Reszta klasy była co najmniej zaskoczona.
     - Łał! Odezwała się!
     - Ej, a jednak ma głos!
     Laura opuściła ołówek na dół. Zażenowana schyliła się po niego. A gdy już go chwyciła, usłyszała:
     - Jej matka jest tak samo dziwna.
     Zacisnęła swoją drobną piąstkę na przyborze do rysowania, przybierając lekko zdenerwowaną minę. Nikt nie będzie obrażał jej mamy.
     Z nagła wszystkie papiery, będące w klasie zaczęły fruwać dookoła nich. Rozpętał się prawdziwy chaos. Światła na przemian gasły i zapalały się, ławki się trzęsły, a mocny wiatr porywał przybory z ławek uczniów. Zaskoczone dzieciaki, zaczęły krzyczeć i uciekać z klasy. W pomieszczeniu została tylko ona i kartki, które wylądowały na podłodze bezwładnie.
     Patrzyła w podłogę, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Jej spojrzenie szybko zostało skierowane na okno, które jak się okazało było zamknięte. Może to klimatyzacja? A może... ona? Nie, to niemożliwe. Wróżki, czarodzieje, demony i inne stworzenia to przecież tylko bajki, prawda? Już dawno przestała w nie wierzyć. Magia istniała tylko na stronicach książek.
      Wystawiła przed siebie rękę. Siłą woli starała się strącić z biurka nauczycielki długopis. Nic się jednak nie stało. Głupia wyobraźnia. Usiadła przy ławce, kontynuując rysowanie i wcale nie przejmując się tym, co miało przed chwilą miejsce. To nie ona, nikt w to nie uwierzy. Niestety, przeliczyła się. Dzień później jej matka została wezwana do szkoły w sprawie demolki, która miała miejsce w ich sali nauczania. Cała klasa zgodnie stwierdziła, że to Laura. Joanne nie wierzyła w to, co słyszy. Patrzyła na wychowawczynię klasy swojej córki i twardo zaprzeczała temu, co jej mówiła. "Laura jest grzeczna, niczego takiego by nie zrobiła. To te dzieciaki musiały się zmówić i zrobić jej na złość!". Joanne dowiedziała się także o dosyć aspołecznym zachowaniu swojej córki. Ta wiadomość zasmuciła ją niezmiernie. W drodze powrotnej spytała Laury, dlaczego ją okłamała. Mała jednak nie odpowiedziała, z trudem powstrzymując łzy. W jej głowie tkwiło tylko jedno zdanie, którego bała się wymówić: to nie moja wina.
     Następne dni w szkole wcale nie były przyjemniejsze. Mała Laura co rusz słyszała niemiłe słowa na swój temat. Każdy omijał ją szerokim łukiem. Jeżeli wcześniej było źle z jej poziomem towarzyskości, tak teraz drastycznie spadł do zera. Ale czy to jej wina, że ktoś źle o niej mówił? Czy to jej wina, że akurat w tym momencie zadziałała klimatyzacja, która porwała wszystko w górę? A może to jednak jej wina i klasa wcale się nie myli?
     Cicho wzdychając, Laura zarysowała na marginesie patyczkowatgo ludzika. Nie chciała słyszeć tego, co mówią inni, ale nie mogła poradzić nic na to, że miała doskonały słuch.
     - To czarownica! Ja wam mówię! - powiedziała jedna z dziewczyn, odwracając się w tył i zerkając na Laurę.
     Gdy ta spojrzała na nią spode łba, od razu się odwróciła.
     - Nie patrz na nią, bo cię zaczaruje! - rzekła jej koleżanka szeptem, ukradkiem zerkając na obgadywaną osóbkę.
     Laury dłoń zacisnęła się na ołówku.
     - Co jest, wiedźmo? - zapytał jeden z chłopców, opierając się odważnie o jej ławkę.
     - Zrobił to! - szepnął jakiś głos obok niego.
     Laura spojrzała w bok. Czy naprawdę wszyscy bali się jej tak bardzo, że wyczynem było podejść do niej i cokolwiek powiedzieć?
     - Nie jestem wiedźmą - szepnęła cicho i nieśmiało, wbijając wzrok w swoje stopy.
     - Jesteś wiedźmą! Czarownicą! - wykrzyknął ten sam chłopak, wyrywając jej z dłoni ołówek. - Oddaj to, bo jeszcze kogoś nim zadźgasz.
     Klasa wybuchła śmiechem, zaś Laura podniosła z ławki. Miała tego dosyć.
     - Oddaj mi mój ołówek - powiedziała poważnie, wystawiając w jego stronę dłoń.
     - Bo co? - spytał kpiąco chłopiec.
     - Oddaj mi go.
     W oczach Laury pojawiły się łzy.
     - Będziesz beczeć, bo ci ołówek zabrałem, wiedźmo?
     - ODDAJ MI GO! - wrzasnęła dziewczynka, zaciskając swoje małe piąstki.
     Ławki zaczęły drżeć. Już samo to, wywołało wielki chaos wśród klasy. Zaczęły rozlegać się głośne okrzyki: "Ta wiedźma znowu czaruje!", "uciekaj od niej, bo ci krzywdę zrobi! To czarownica!", "Ona chce nas zabić!".
     - NIE JESTEM WIEDŹMĄ! - krzyknęła raz jeszcze Laura.
     Ponownie tegoż dnia, nad klasą zapanował chaos. Kartki i przybory latały dookoła, światła gasły i paliły się na przemian, jedno z okien zostało wybite, a chłopiec, który stał tuż przed nią, został odepchnięty jakąś nieznaną, niewidzialną mocą. Z głuchym trzaskiem przywalił w szafkę, od razu tracąc przytomność. Wszystkie dzieciaki zaczęły panikować i uciekać.
     Laura nie czekając, usiadła w kącie i zakryła dłońmi twarz. Popłakiwała cicho, czekając aż ten dzień się skończy. Dużo działo się wokół niej. Przyszły nauczycielki, zabrały omdlałego chłopca, przyjechała karetka. W między czasie nikt się nią interesował. Wydawało jej się, że przez łzy widzi okrutne twarze wykrzywiające się w bezdusznym grymasie.Tak bardzo nie chciała tego widzieć. Chciała stąd zniknąć. Zniknąć, raz na zawsze. Dopiero późnym południem ktoś wszedł na salę i chwycił ją za dłoń, wyciągając zza szafki. To była jej mama. Laura rzuciła się wtedy na nią i zapłakała, co rusz powtarzając przejętym głosem: "To nie moja wina! To naprawę nie moja wina!". Joanne nie mówiła wtedy nic. Tuliła ją i głaskała po głowie, próbując uspokoić. Nigdy nie uwierzy w to, że jej córka była zdolna do takich czynów. To najspokojniejsze dziecko na świecie, tylko dlaczego wyłącznie ona to dostrzega? Każdy inny widział w niej diabła.
     W domu wcale nie było lepiej. Ojciec dowiedział się o całej sytuacji. Zaczął wykrzykiwać, że odda ją do domu dziecka, a jeśli jeszcze raz coś takiego się powtórzy, to zginie z jego rąk. Kolejne jego słowa były tylko i wyłącznie groźnymi przekleństwami i wyzwiskami skierowanymi w jej stronę. Diabeł, dziecko Szatana, potwór, bękart. Wszystkie te słowa raniły małe serce Laury, która do późnej nocy płakała w ramionach matki, próbującej ją uspokoić. Tylko przy niej czuła się bezpieczna. Tu chciała zostać już na wieki. Niepotrzebny był jej świat zewnętrzny, niepotrzebny był jej ojciec, chciała tylko matkę. Błagała ją o to, aby nie musiała już nigdy więcej wracać do szkoły, ale Joanne nie zgadzała się na to. Musiała tam chodzić. To w trosce o jej przyszłość.
     Przestraszona i coraz bardziej zniechęcona Laura, każdego dnia była odprowadzana przez matkę do szkoły. Teraz nie tylko dzieciaki z klasy patrzyły na nią krzywo - cała szkoła na czele z nauczycielami robiła to samo. Za każdym razem, gdy przechodziła obok kogoś, słyszała niemiłe słowa skierowane w jej stronę. Czy oni nie wiedzą jak to boli? Czy nikt jej nie wierzy?
     Przez jakiś czas, będąc w klasie miała spokój. Wszyscy się jej bali, nikt nie chciał do niej podejść. Każdą pracę w grupie wypełniała sama, co poniekąd nauczyło ją samodzielności. Stała się jedną z najlepszych uczennic, przez co podpisała na siebie jeszcze większy wyrok.
     Jej życie nabrało barw, a dusza większej pewności siebie, gdy pewnego dnia zakolegowała się z niską, pulchną dziewczynką o lokowanych włosach. Należała do samorządu szkolnego i była jej rówieśniczką. Bardzo dużo wolnego czasu spędzały, przesiadując u niej w domu i jedząc ciastka. Przerwy także spędzały razem. Dziewczynka nazywała się Amy. Była niezwykle radosną osóbką, którą wszyscy lubili. To od niej Laura czerpała odwagę. To dzięki niej potrafiła się uśmiechnąć. Broniła ją i wspierała w możliwy sposób. Była przy niej nawet w dniu, gdy dzieciaki z klasy zagoniły ją do kąta i zaczęły rzucać w nią przyborami szkolnymi. Była wtedy bezradna. Mogła tylko płakać. To Amy ją wtedy ocaliła, stając przed nią z rozłożonymi dłońmi.
     - Jak możecie?! - krzyknęła wtedy, co przeraziło niejednego ucznia. - Zostawcie ją wreszcie w spokoju!
     Nie patrząc na zdziwionych osobników, zgromadzonych wokół nich, Amy chwyciła Laurę za rękę i rzuciła się szaleńczym biegiem w stronę drzwi. Obydwie wylądowały wtedy na dworze. Ukryły się z tyłu szkoły, zasiadając na zniszczonej ławeczce, pod dużą jabłonką.
     - O co im chodzi? - spytała wtedy przejęta Amy.
     Laura skuliła się i odpowiedziała cicho:
     - Wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.
     - Jak to?
     Amy nachmurzyła się, zaś Laura wystawiła w stronę jabłonki rękę i zmrużyła oczy w skupieniu. Już po chwili wszystkie jabłka spadły na ziemię. Jej koleżanka spojrzała na nią zszokowana. Laura wiedziała, że mogła podpisać tym na siebie kolejny wyrok, ale...
     - ŁAŁ! Jesteś dobrą czarodziejką! - wykrzyknęła wtedy Amy.
     Blondwłosa dziewczynka spojrzała na nią zdziwiona, nie wiedząc co odpowiedzieć. Nie spodziewała się takiej reakcji.
     - Nie przejmuj się nimi! Ja wiem, że nie robisz niczego złego. Jesteś na to za niewinna - zaśmiała się energicznie, a jej poliki przybrały rumianą barwę.
     Laura była w szoku. Szczęśliwym szoku. Z trudem powstrzymywała wtedy łzy. Wiedziała, że znalazła kogoś, kto ją rozumie.
     Przez kolejne miesiące wszystko zdążyło się uspokoić. Mimo tego, że wciąż była omijana szerokim łukiem przez większość rówieśników, potrafiła się uśmiechać. Ludziki na ostatniej strony jej zeszytu nie miały już smutnych buzi - kipiały radością. Amy nie raz pomagała Laurze, gdy trafił się jakiś chłopak, który ją irytował. Latała wtedy za nim z miotłą. Gdy płakała - zawsze ją przytuliła i wsparła. Była jej siłą, była jej oparciem. Laura nie mogła wyśnić sobie nikogo lepszego. Nie przeszkadzało jej nawet to, że zawsze jest w jej cieniu. Była szczęśliwa.
     Mijały dni, mijały miesiące, rok szkolny powoli zbliżał się ku końcowi. Laura ze smutkiem spostrzegła, że w tym ciepłym dniu, zabrakło w szkole jej przyjaciółki. Chodziła po wszystkich klasach, łazienkach i korytarzach próbując ją znaleźć, jednak na nic zdały się jej starania. Dopiero wychowawczyni Amy odpowiedziała jej na nurtujące pytanie. "Dziś rano dzwoniła jej mama i powiedziała, że jest chora". Niestety, ta wiadomość, chcąc nie chcąc, powędrowała dalej, docierając aż do klasy Laury. Gdy w smutku wróciła do sali, czekały już na nią dzieciaki.
     - Teraz już nie będziesz taka mocna! Nie ma dziś twojej koleżanki!
     - Pokaż jak potrafisz czarować!
     - Wiedźma!
     Laura cofnęła się aż pod samą ścianę. Następne dzieje były już tylko kwestią czasu. Szaleńcze przybory szkolne zaczęły uderzać ją po plecach i głowie. Próbowała się ukryć, kuliła się bezradnie pod ścianą, nic jej to jednak nie dało. Nie mogąc dłużej wytrzymać, mała blondyneczka wybuchła głośnym krzykiem, a to, co stało się w klasie przeraziło wszystkich w najwyższym stopniu. Nie, to nie było to, co wcześniej. Mordercza moc powróciła ze zdwojoną siłą. Wszystkie okna na raz pękły, a zaraz po nich żarówki. Latające i uderzające o ściany przybory szkolne, wywracające się lub otwierające szafki, chłodny, porywczy wiatr. Laura kryła się, nie chcąc nawet spojrzeć na to, co się dzieje. Już po chwili została w klasie sama. "Amy, dlaczego cię tu nie było?" - pytała w myślach, oczekując, aż przyjdzie po nią matka. Ponownie, tak jak i poprzednio, nie odzywała się. Tym razem jednak nawet jej nie przytuliła. W drodze do domu posyłała jej tylko uspokajające spojrzenie. W domu wcale nie było lepiej. Ojciec dowiedział się o całym zdarzeniu jako pierwszy. To do niego zadzwoniła nauczycielka, tłumacząc to tym, iż jego żona jest zbyt łagodna dla dziecka. Laura nigdy nie widziała go w tak wielkim gniewie. Tylko Joanne zdołała ją obronić, nakazując uciekać do góry, do swojego pokoju. Ona jednak tego nie zrobiła. Siedziała na schodach, ściskając z niewiarygodnie wielką siłą drewniane szczebelki i spoglądała w dół, nasłuchując.
     - Mówiłem! Mówiłem, że jest z nią coś nie tak! Joanne, jej nie należy chronić! Trzeba ją posłać w diabły! Niech gnije na ulicy! - wrzeszczał ojciec.
     - Licz się ze słowami, Edwardzie! - wykrzyknęła wtedy walecznie Joanne. - To nasza córka! Jak możesz tak mówić?!
     - To potwór! Potwór nie córka!
     - Mylisz się! Jest najgrzeczniejszym dzieckiem na świecie! To ty nie chcesz jej widzieć, nie chcesz jej poznać. Dlaczego? Przecież jest tylko dzieckiem, twoim dzieckiem... - mówiła, coraz bardziej załamującym się głosem.
     W jej oczach pojawiły się łzy.
     - To głupi bękart, dziecko samego Szatana! Przeklęty, mały gówniarz, który nie potrafi się opanować! Tylko udaje niewinną! Jesteś ślepa!
     - Edwardzie, przestań! Sam mówisz, jakby diabeł tobą zawładnął!
     - Na za dużo sobie pozwalasz, przeklęta suko!
     Ojciec zamachnął się w stronę matki, która dostając w twarz silnym ciosem, zatoczyła się po podłodze.        Laura nie powstrzymywała już łez. Opanował ją nagły gniew. Zacisnęła mocniej dłonie na szczebelkach. "Odejdź od niej, odejdź, zostaw ją w spokoju!" - mówiła w myślach, próbując wywołać określoną reakcję. To jednak nie pomagało. To nie to samo działanie magii, co wcześniej! Przestała czarować?
     Przerażona Laura spoglądała na ojca, który właśnie podniósł do góry Joanne.
     "Giń" - powiedziała nieświadomie w myślach. Edward w jednej chwili chwycił się za serce i upadł na ziemię. Laura oderwała się od szczebelków i uciekła do pokoju, rzucając się na łóżko i zakrywając kołdrą. Nie chciała tego widzieć, nie chciała słyszeć! To ona, to ona to zrobiła! Jak mogła? Do jej małego umysłu nie docierało nic, poza słowami: "Jestem wiedźmą, okrutną wiedźmą, nie żadną dobrą czarodziejką", które na okrągło powtarzała, dławiąc się płaczem. Nie obchodził ją przejmujący dźwięk karetki, nie obchodziło ją nic, co się działo dookoła. Chciała usnąć i nie obudzić się, zniknąć stąd. Jak mogła to zrobić? Dlaczego? Dlaczego tego chciała?
     Uderzając piąstką w poduszkę, zapłakała głośno.
     Kolejne dni były już tylko potwierdzeniem na to, że zrobiła coś niewyobrażalnie złego. Jej ojciec naprawdę umierał. Matka płakała. Płakała przez nią. Nie mogła znieść tego widoku, tak bardzo ją to bolało. Jak mogła zrobić to matce?
     W chwili, gdy ojciec umierał, były przy nim. Nie spoglądał prawie w ogóle na nią. Przekazywał Joanne jakieś bzdurne formalności. Ostatnim słowem, jakie wypowiedział w jej stronę, było słowo: "potwór".
Nie była w stanie wtedy zapłakać. Czuła pustkę, a jedyną rzeczą, która naprawdę ją bolała, było to, że była winna śmierci ojca, którego Joanne pomimo wszystko kochała. Nie chciała mieć już swojej przeklętej mocy, nie chciała nikogo więcej zabić. Nim się jednak obejrzała, jej moc sama odeszła, nie powracając już nigdy więcej w progi jej umysłu. Stała się normalnym człowiekiem, przepełnionym do bólu normalnością. Człowiekiem ze zranionym sercem, który bał się na nowo zaufać ludziom.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 22 - "Dlaczego on?"

Ten rozdział porył mi czachę. Tak, Laura znowu będzie płakać, to takie do niej niepodobne D: ech, Nathielu, tak bardzo ją zmieniasz. Przez ciebie staje się kluchą.
Długie. Długie coś. Nie chciało mi się tego jakoś zbytnio poprawiać. Dramaty, dramaty wszędzie. 
***

     Od ostatniego wydarzenia, które przyniosło mojemu życiu wielkie straty, minął już tydzień. Od tamtego czasu praktycznie nie ruszałam się z domu. Leżałam w łóżku, lecząc rany i zbijając gorączkę, która dręczyła mnie od kilku dni. Nie mam pojęcia, czy była efektem ciężkich ran zadanych mi przez Gabrielle, czy po prostu przypadkiem, gdzieś po drodze załapałam jakąś grypę. Było lepiej. Z moim zdrowiem, bo z duszą gorzej.
     Leżąc w łóżku już któryś dzień z kolei, spojrzałam na ramkę ze zdjęciem, które spoczywało na mojej szafce nocnej. Gdyby nie Amy, nie mielibyśmy żadnego wspólnego zdjęcia z Deanielem. A tak, mógł się do mnie uśmiechać przynajmniej ze zdjęcia, gdzie staliśmy wspólnie pod szkołą. Cała scena wyglądała zabawnie. Amy machała w stronę aparatu z szerokim uśmiechem na twarzy, Deaniel klepał mnie po głowie, szczerząc się jak ostatni wariat na ziemi, a ja stałam nachmurzona, spoglądając gdzieś w bok od niechcenia. Nienawidziłam zdjęć, ale nie żałowałam tego, które stało na mojej szafce.
     Cicho wzdychając, popchnęłam ramkę do przodu. Wylądowała z głuchym trzaskiem na szafce, na szczęście nie stłukłam jej.
     Naprawdę brakowało mi Deaniela. Zdążyłam już nawet zapomnieć o tym, co złego wcześniej uczynił. Wybaczyłam mu wszystkie błędy. Bo w sumie jaki sens miało by denerwowanie się na kogoś, kto już więcej nie powróci? Wszystko co złe, przysłoniło jego poświęcenie, którym przypłacił życiem. Amy musiałam powiedzieć, że nagle się wyprowadził. Była zdziwiona i pytała, czy uważam, że to w porządku. Kiwnęłam wtedy głową. Może to lepiej, że zniknął? Nie, nie powinnam tak myśleć. Naprawdę za nim tęskniłam.
Nim moje oczy zaszły łzami, zmieniłam tor myśli.
     Po ostatnich, demonicznych dziejach, Hugh zapytał mnie czy chcę zostać łowcą. Przez dłuższą chwilę nie byłam w stanie odpowiedzieć na jego pytanie. W końcu jednak zdecydowałam, że to nie jest coś, co chciałabym robić. To naprawdę niebezpieczny zawód, wymagający wielu poświęceń. Nie czułam się na siłach, tym bardziej, że byłam zwykłym tchórzem, który nie potrafił radzić sobie w życiu sam. Jak miałabym walczyć z demonami podobnymi do Gabrielle? Już sama myśl o niej, wywoływała u mnie gęsią skórkę.
Grzecznie podziękowałam i powiedziałam: Na razie muszę się zastanowić. Kto wie, może jeszcze kiedyś wrócę do tego myślami i podejmę drastyczną decyzję o zostaniu łowcą cienia? Nie, to zabawna perspektywa. O wiele bardziej na łowcę pasował Nathiel, który wręcz kipiał odwagą i szaloną żądzą zabijania demonów. To była fucha dla niego, nie dla mnie. "To dobry, choć nieobliczalny chłopak. Mimo wszystko powinnaś na niego uważać. Z pewnością nie jest kim dla ciebie" - to właśnie powiedział w rozmowie ze mną Hugh. Zabrzmiało to tak, jakbym była w nim zakochana, a przecież nie byłam. Doskonale wiedziałam, że Nathiel nie był dla mnie i odwrotnie. Żyjemy w zupełnie dwóch, różnych światach, różnimy się między sobą jak ogień i woda, jak deszcz i słońce. Mogliśmy zostać tylko przyjaciółmi, choć i w tej roli go nie widziałam.
     Cicho wzdychając, chwyciłam za książkę od fizyki, leżącą pod poduszką. Chciałam zająć czymś swoje myśli, choć wiedziałam, że nie będzie to zbyt łatwe. Nawet głupia energia potencjalna kojarzyła mi się teraz z czymś zupełnie innym, niż z fizyką.
     Moje drzwi uchyliły się delikatnie.
     - Jak się czujesz, kochanie? - spytała troskliwie moja mama.
     - Już dobrze, naprawdę - zapewniłam ją, obdarzając delikatnym uśmiechem.
     - Przynieść ci coś?
     Potrząsnęłam głową. Gdy zamknęła z westchnięciem drzwi, przypomniałam sobie scenę, którą odegrała gdy tydzień temu, po burzliwych dziejach, odprowadził mnie do domu Nathiel. Widząc mnie, od razu wybuchła płaczem. Bała się nawet spytać, co mi się stało. Dopiero mój zielonooki, demoniczny towarzysz oznajmił jej, że zostałam zaatakowana przez jakiegoś złodzieja. Akurat był w pobliżu, więc mi pomógł. Nie miałam mu za złe, że wymyślił taką historyjkę. Pasowała mi ona, a w sumie to była mi obojętna. Moja matka i tak wierzyła we wszystko, co słyszy. Była naiwna. Zbyt bardzo wierzyła ludziom i w ludzi. Gdybyś tylko wiedziała, co tak naprawdę spotkało mnie tamtej nocy, mamo...
     Odłożyłam książkę na bok, nie widząc sensu wpatrywania się w nią tępo. Byłam osłabiona i zmęczona. Oczy same mi się zamykały. I choć wiedziałam, że jest dopiero 21 godzina, nie czułam żalu.
     Nathiel. Po ostatnim razie stwierdził, że będzie miał na mnie oko, bo wie, że Gabrielle może wrócić, żeby się na mnie zemścić. To dziwne stwierdzenie, ale myślę, że los specjalnie pcha mnie w jego stronę. Zupełnie tak, jakbyśmy byli sobie przeznaczenie. Nie jako kochankowie, a jako... kto? Towarzysze? Przyjaciele? Sama tego nie wiedziałam, na razie wolałam o tym nie myśleć. Lubiłam go, choć w dalszym ciągu niesamowicie mnie irytował. Często zachowywał się tak, jakby coś mu wessało mózg w otchłań, był nachalnym idiotą, którego powinno teraz gonić stado lekarzy w białych kitlach. Tak, zdecydowanie powinni go zamknąć w psychiatryku. Mimo wszystko, zawsze mnie ratował i byłam mu za to wdzięczna, choć... przyznaję, wolałabym być bezpieczna, niż ratowana przez niego z każdej opresji.
     Westchnęłam głośno. Tak dużo już o nim wiedziałam. Znałam nawet jego historię, a on? Czy tak naprawdę mnie znał? Nie opowiedziałam mu nic o sobie. Zawsze w rozmowie z nim ironizowałam, nie dawałam poznać prawdziwej siebie.
     Ziewając, przewróciłam się na prawy bok i wtuliłam w poduszkę.
     Przez to senne otępienie, zaczynam myśleć o głupotach. I po co? Po co w ogóle o nim myślę? To źle, że zajmował ostatnio moje myśli, a nawet bardzo źle. Spędzając z nim czas, podpisuję na siebie wyrok. Może powinnam się trochę oddalić?
     Ponownie ziewnęłam, tym razem zamykając oczy.
     Mniejsza o to. Sen był teraz ważniejszy.

***
     Pędziłam przez ciemny, niezmierzony korytarz, wprost w stronę światła, które wydawało się być moim ratunkiem. Strach i przerażenie dreptały mi po piętach, w głowie słyszałam głośny, szaleńczy śmiech. Gdy dotarłam do celu, spowiła mnie jasność. Rażąca, nieprzyjemna, niepokojąca. Czyżby to nie była droga do wolności?
     - Będę cię kochał już zawsze, nieważne gdzie będę - usłyszałam po swojej prawej stronie.
     Gdy tam spojrzałam, zobaczyłam uśmiechniętego Deaniela, który wyciągał w moją stronę dłoń. Chciałam go chwycić, ale rozpłynął się.
     Ciemność zaczęła przykrywać jasność. Tunel w którym wcześniej byłam, przypominał teraz otchłań, która próbowała mnie wciągnąć. Próbowałam się czegoś chwycić, krzyczałam, wołałam o pomoc, jednak nikt nie odpowiadał. Tuż przed sobą ujrzałam przerażającą twarz Gabrielle, wykrzywioną w ironicznym uśmiechu.
     - Twoje życie to nic nieznacząca dla ludzkości chwila. Zginiesz - powiedziała mrocznym głosem, zanosząc się charakterystycznym dla siebie śmiechem.
     Wpadłam w otchłań. Leciałam w dół, głośno krzycząc. Mój głos odbijał się echem od niewidzialnych ścian. Mijałam po drodze ciemne maski, przypominające przerażone twarze ludzi, słyszałam nieludzkie jęki. Widok ten doprowadzał mnie do szaleństwa.
     Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, stałam na nogach w znanej mi z dzieciństwa sali. To była moja klasa w podstawówce.
     Moją uwagę przykuła grupka dzieciaków, która otaczała małą, jasnowłosą dziewczynkę, kulącą się pod ścianą. Podeszłam bliżej. Teraz już nie miałam żadnych wątpliwości. To byłam ja.
     - Wiedźma!
     - Czarownica!
     - Dziwadło!
     Dziecięce śmiechy drażniły moje uszy.
     Mała Laura płakała, kryjąc się przed rzucanymi w nią przyborami szkolnymi. Chciałam jej pomóc, ale ktoś mnie uprzedził. W jej obronie stanęła mała, pulchna Amy, która krzyknęła walecznie:
     - Zostawcie ją w spokoju!
     Scena znów uległa zmianie. Teraz to ja byłam małą Laurą. Siedziałam na schodach, spoglądając ze łzami w oczach w dół na kłócących się rodziców. Kurczowo trzymałam się drewnianych szczebli.
     - To piekielny bachor! Dziecko samego Szatana! Nie powinna tutaj być! - darł się ojciec. - Własnoręcznie odeślę ją do domu dziecka!
     Matka płakała przejmująco.
     - Nie oddam nikomu Laury! To moje dziecko!
     Ojciec uderzył matkę w twarz, a moje drobne dłonie zacisnęły się mocniej na szczebelkach. Chciałam, żeby umarł. Chciałam, żeby odszedł z naszego życia. Drobne łezki toczyły się z wolna po moich drobnych, bladych polikach.
     Ojciec złapał się za serce, upadając na podłogę.
     Nie wiedziałam co się dzieje. Dalej były już tylko urywki obrazów. Dźwięk karetki, szpital, ostatnie chwile ojca, martwe, złowrogie spojrzenie i usta układające się w słowa: "potwór". Teraz znowu byłam sobą i stałam w ciemnym kącie. Nie czułam jednak strachu, a żal. Mała Laura płakała, kuląc się na ziemi i powtarzając:
     - Jestem wiedźmą, zabiłam ojca!
     Chciałam do niej podbiec, krzyknąć: to nie twoja wina! Ale moje usta otwierały się milcząco, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Gdy biegłam w jej stronę, coraz bardziej oddalałam się od niej. Z nagła zaczęłam spadać w dół, zupełnie jakby ciemność spychała mnie w nieznane. Zdążyłam wydać z siebie tylko ciche: "Ratunku". Ktoś chwycił mnie za dłoń i pociągnął w górę. Zobaczyłam parę znajomych, intensywnie zielonych oczu.
     - Jestem tu, obudź się - usłyszałam uspokajający głos Nathiela.
     Zerwałam się z łóżka z głośnym okrzykiem. Łzy spływały mi po policzkach, lądując na kołdrze, którą byłam przykryta. Byłam zalana potem, a serce biło mi jak oszalałe. Z trudem łapałam oddech.
     Rozglądnęłam się zaniepokojona po pokoju. Nikogo tu jednak nie było. To tylko koszmar, zły koszmar.        Ocierając wierzchem dłoni zapłakane oczy, podniosłam się z łóżka.
     Mój umysł dłużej tego nie zniesie. Potrzebowałam świeżego powietrza. Zakładając na siebie lekką bluzę, po cichu zeszłam ze schodów. Drżącymi dłońmi naciągnęłam na nogi moje stare trampki i po cichu, tak, aby nie obudzić śpiącej i zmęczonej mamy, otworzyłam drzwi od domu. Moje płuca napełniły się świeżym powietrzem, ale... ani trochę mi to nie pomogło. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Po prostu ruszyłam przed siebie.
     Drżąc, chwyciłam za komórkę znajdującą się w kieszeni. Była 3:20. Zapewne niedługo zacznie świtać. Otuliłam się porządnie bluzą i... nim się zorientowałam, miałam przy uchu komórkę w której brzmiał oddźwięk wykręcanego numeru. Wstrzymałam dech.
     - Laura? - usłyszałam w telefonie zaspany, męski głos.
     Otworzyłam buzię, nie mogąc nic wymówić.
     Dlaczego to zrobiłam? Czy to kwestia tego, że moje zmysły wciąż były uśpione? A może to moja podświadomość kierowała mnie do osoby, która uratowała mnie we śnie i jako jedyna, dała mi poczucie bezpieczeństwa? Nie wiem, nie wiem co mną kierowało.
     - Laura? Nie możesz spać? Łał, nie mogę uwierzyć, że dzwonisz akurat do mnie. Chyba ci się w głowie poprzekręcało - usłyszałam bardziej ożywiony głos.
     Nie odpowiadałam. Nie wiedziałam co bym mogła powiedzieć.
     - Hej, żyjesz, czy to twoja komórka bawi się w nocne wydzwanianie? - spytał ponownie.
     Milczałam, dopiero po dłużej chwili udało mi się wydusić z siebie cokolwiek:
     - Ja... - zaczęłam niepewnie.
     Pociągnęłam nosem.
     - Płaczesz? - spytał zdziwiony głos. - Co się dzieje?
     Tuż obok mnie przejechało auto.
     - Jesteś na dworze? Ktoś ci coś zrobił? - zaczął wypytywać.
     - Nie wiem - mruknęłam, rozłączając się z nagła.
     Uklękłam na środku ulicy i zakryłam dłońmi twarz. Co ja do cholery zrobiłam? Zadzwoniłam do Nathiela! Po co? Dlaczego akurat do niego? Czy aż tak byłam zdesperowana? Czy naprawdę głupi koszmar musiał sprawić, że zaczęłam zachowywać się jak zdesperowana panikara? Dlaczego płakałam? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na żadne, dręczące mnie pytanie. Czułam, że cała przyszłość do mnie wróciła. Znów byłam tą małą, płaczliwą Laurą, nie potrafiącą się obronić. Słabą, zniechęconą, smutną, nieśmiałą dziewczynką. Myślałam, że już zapomniałam o całej przeszłości, która teraz nie miała już przecież żadnego znaczenia.
     Usłyszałam dzwoniący telefon. Wiedziałam, że to Nathiel. Nie chciałam jednak odbierać. Co bym mu wtedy powiedziała? "Przepraszam, że dzwoniłam, to tak nieświadomie przez sen", " Ja do ciebie niby dzwoniłam? Co ty gadasz, to pewnie jakiś sen, idź spać", "Zadzwoniłam do ciebie, bo tylko ty potrafisz mnie obronić".
     Jęknęłam z zawodem, kuląc się i obejmując ramionami kolana. Ukryłam w nich twarz.
     W tym momencie bardzo to przeżywałam, wiem. To do mnie niepodobne. Próbowałam się usprawiedliwić. Zawsze jest przecież tak, że w nocy jesteśmy przejęci jakimś koszmarem, a rankiem się z niego śmiejemy. Tak, to na pewno o to chodzi. Gdy byłam mała, nie raz śnił mi się jakiś wyjątkowo realny koszmar, który przedstawiał pająki chodzące obok mojej głowy po poduszce. Wtedy piekielnie się bałam i uciekałam do pokoju mamy. Rano śmiałam się z samej siebie, bo... przecież pająki nigdy mnie nie przerażały. Powinnam się uspokoić i przenieść swój umysł w poranny tryb. Wdech, wydech.
     - Laura? - usłyszałam znajomy głos.
     Spojrzałam na zdyszanego Nathiela z roztrzepanymi włosami na głowie, ubranego niedbale w pogniecioną, czarną koszulkę z napisem: "Fuck this shit, I'm outta here!" i czarne spodnie. Bardzo dobry, nocny kamuflaż, naprawdę.
     Pochylił się nade mną. Jego twarz wyrażała niepokój.
     - Co ci jest? - spytał. - Beczysz? - dodał zdziwiony.
     Nie odpowiedziałam. Nie zdążyłam. Nathiel chwycił mnie za dłoń i pociągnął w górę. Z cichym westchnięciem zaprowadził mnie na pobliską ławeczkę, gdzie usadził mnie jak małe dziecko.
     - Co ty robisz przed 4 na dworze? Nie mów, że była tu Gabrielle - powiedział, opierając się o oparcie ławki i spoglądając z góry prosto na mnie.
     Czułam się osaczona. Obok mojej głowy spoczywały ramiona Nathiela. Spojrzałam w górę w jego twarz, która ukazywała wstępne zirytowanie.
     W dalszym ciągu milczałam.
     - Odezwij się w końcu! - wykrzyknął podenerwowany już Auvrey.
     Nerwy puściły i mi. Zapłakałam, pochylając się do przodu tak, że opierałam głowę na jego piersi. Chciałam się ukryć, choć wiedziałam, że nie da to pożądanego przeze mnie efektu.
     Nathiel milczał przez dłuższą chwilę, aż w końcu objął mnie delikatnie dłońmi. Ten gest mnie zaskoczył. Nie protestowałam jednak. Wtuliłam się w niego, lekko zażenowana obecną sytuacją. Było mi tak bardzo głupio. Czułam się jak w obcej skórze.
     - To do ciebie niepodobne - powiedział cicho Nathiel. - Płacząca Laura, kto by pomyślał. Ale wiesz? Z jednej strony cieszę się, że to widzę. Przynajmniej wiem, że masz jakieś uczucia - powiedział, śmiejąc się cicho.
     Nathiel. Wiecznie wredny łowca demonów. Szczery aż do bólu.
     - Jesteś idiotą - mruknęłam.
     - Wiem - zaśmiał się ponownie, tuląc mnie pewniej i mocniej do siebie. - A teraz grzeczne dziecko odpowie mi, co się stało?
     - Miałam koszmar - burknęłam, wiedząc, że uzna to za powód dosyć błahy.
     Milczał.
     - Rekin ludojad chciał cię zjeść? - spytał rozbawiony.
     - To nie jest śmieszne - mruknęłam oburzona. - Śniła mi się moja przeszłość.
     Nathiel puścił mnie i uklęknął przede mną, wbijając w moją zapłakaną twarz swoje zainteresowane spojrzenie.
     - Aż taka jest straszna? - spytał. - Opowiedz mi o niej - dodał szybko, nie czekając na odpowiedź.
     Uśmiechnął się do mnie i wzruszył ramionami.
     Spojrzałam na niego lekko zaskoczona.
     Nie wiem, może to przez tą wzniosłą chwilę, może to przez ospały stan umysłu, a może nie do końca byłam świadom tego co robię, ale... zaczęłam swoją opowieść.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozdział 21 - "Żegnaj, Lauro"

Przed Wami długi rozdział. Normalnie jak nie mój. Nie ma w nim śmiechu. Serio. Tak, też jestem w szoku. W końcu coś poważnego. 
Chyba. Za. Dużo. Kropek. Mam trzy rozdziały w przody, nie wiem co mi się stało. Rozdział zawiera mało opisów walki. Nie podoba mi się D: rozdział zawiera też śladowe ilości przekleństw.
Czytajcie, dzieciaczki!
***
     Szaleńcze wichry ogarnęły szarą strefę, nie zwiastując zbyt obfitych w radosne chwile zdarzeń. Kryłam się za jednym z dębów, próbując wsłuchać się w oddźwięk morderczo brzmiących obcasów, stukających o bruk. W mojej głowie wciąż tkwił obraz poprzednich wydarzeń. Cała akcja nie trwała nawet minuty.
     Otarłam krew wypływającą z moich ust.
     Przeklęta Gabrielle. Gdy brutalnie pozbawiła mnie telefonu, kopnęła mnie w twarz. Przez swój szaleńczy śmiech, straciła na szczęście czujność. Niewiele myśląc, chwyciłam ją wtedy za kostkę i pociągnęłam gwałtownie w dół. Upadła zaskoczona, a ja w między czasie, zdążyłam oswobodzić się z uścisku czarnych wstęg, pomagając przy okazji Deanielowi z którym uciekłam, a następnie się rozdzieliłam. Dziwna strategia, ale nie miałam na nią większego wpływu. Widocznie Dan miał określony cel, albo po prostu stchórzył.
     - Tak bardzo naiwni - zaczęła z westchnięciem Gabrielle.
     Przez chwilę brzmiała nawet jak człowiek. Do czasu.
     - Boicie się? - spytała rozbawiona - Powinniście.
     Wychyliłam lekko głowę, by dostrzec Deaniela, który przyłożył właśnie palec wskazujący do buzi, próbując mi tym przekazać, abym siedziała cicho. Kiwnęłam na znak, że rozumiem.
     Dan machnął delikatnie ręką. Z tym swoim dziwnym skupieniem na twarzy wyglądał, jakby udawał jakiegoś magika. Spojrzałam w stronę Gabrielle, która idąc z gracją przez środek drogi, nagle potknęła się o wystający korzeń. Korzeń na ulicy?
     Skierowałam zdziwione spojrzenie na swojego towarzysza. Uśmiechał się właśnie łobuzersko. A więc ten korzeń to jego sprawka. Oczywiście! Czyż nie jest pół demonem ziemi? Musi umieć władać naturą, przynajmniej w niewielkim stopniu.
     Gabrielle nie była zbytnio zadowolona z zaistniałej sytuacji. Podnosząc się z ziemi, przeklęła siarczyście i machnęła ręką tuż nad głową. Całość wyglądała tak, jakby właśnie odganiała muchy, rzeczywistość była jednak inna. Tuż przed nią, wytworzył się dziwaczny, czarny portal od którego na kilometr było czuć złem. Okolicę ogarnęły dzikie wiatry. Musiałam przysłonić twarz, chroniąc ją przed atakiem latającego piachu.
Kątem oka spoglądałam na Deaniela, który potrząsał głową z niedowierzaniem. Był teraz blady jak kreda. Był przerażony, sparaliżowany. Czy ten portal aż tak go przeraził? Czym on w rzeczywistości był?
     Spojrzałam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Gabrielle. Nie było jej tam. Więc gdzie zniknęła?
     Moje pytanie szybko znalazło odpowiedź, gdy zostałam gwałtownie szarpnięta za włosy w tył.
     - Znalazłam cię, suko - usłyszałam tuż nad uchem, morderczy szept.
     Syknęłam z bólu i niewiele myśląc, walnęłam łokciem w brzuch mojego wroga. Jak się okazało, był to całkiem niezły traf. Gabrielle puściła mnie gwałtownie, wydając siebie bliżej nieokreślony, bolesny i równocześnie wrogi jęk.
     Miałam niewiele czasu. Uciekłam, a Deaniel postanowił wykorzystać tą okazję, tworząc wokół Gabrielle rząd zdrewniałych, starych korzeni. Nie powiem, całkiem efektowna magia.
     Przystanęłam na chwilę, czekając, aż do mnie dołączy. Gdy już był obok mnie, chwycił za moją dłoń i popędził przed siebie, omijając szerokim łukiem dziwny portal. W tym szaleńczym biegu zdążyłam mu zadać nurtujące mnie pytanie:
     - To otchłań? - spytałam, wspominając Nathiela, który opowiadał mi o miejscu, gdzie trafia większość nieposłusznych demonów.
     - Tak - odparł niechętnie Deaniel, przyspieszając bieg.
     Myślałam, że jeszcze chwila i wypluję płuca. Gdzie tak naprawdę biegliśmy? Okolica zdawała się nie zmieniać. Wszystko na około było szare i martwe. Czy da się stąd w ogóle uciec?
     Spojrzałam na plecy pędzącego Deaniela, który rozglądał się na wszystkie strony, będąc czujnym. Ufam mu i wierzę, że jest stąd jakieś wyjście. No, chyba, że sam nie jest zbytnio obyty i uświadomiony w zakresie działania szarej strefy. Czułam się tak, jakbyśmy biegli w nieznane. Czułam się zagrożona. Gdyby tylko Nathiel tutaj był...
     Dan zatrzymał się gwałtownie, co sprawiło, że wpadłam na jego plecy.
     - Co się dzieje? - spytałam.
     - Otchłań - szepnął cicho, próbując wycofać się do tyłu.
     Jak na zawołanie, w powietrzu zawisł szaleńczy śmiech Gabrielle. Nie zdążyliśmy zawrócić. Tuż przed nami wytworzył się potężny portal, który pochłaniał wszystko na swojej drodze. Upadłam na ziemię, czując, jak otchłań mnie wciąga. Nie miałam się czego chwycić. Jedyne, co mogłam zrobić, to próbować znaleźć punkt zaczepu na asfalcie, po którym przejechałam paznokciami. Moje palce zaczęły krwawić. Mimo bólu, próbowałam jednak walczyć. Nie chciałam znaleźć się w środku. To miejsce dla demonów, nie dla mnie. Jestem tylko i wyłącznie człowiekiem!
     Spojrzałam przed siebie. Deaniel zdążył za pomocą demonicznej magii wytworzyć coś, co przypominało lianę i zaczepić ją o pobliskie drzewo. Próbował wyciągnąć do mnie dłoń. Nie mogłam go jednak chwycić, był za daleko.
     Spojrzałam na niego przerażona i zrozpaczona zarazem. Czy tak właśnie ma się zakończyć mój i tak marny żywot? Mamo, dlaczego ja? Na podstawie mojego życia, można by nakręcić jakiś program problematyczny z nutką fantastyki i dramatu w tle, serio. Jak to przeżyje, zgłoszę się na jakiś casting z tym pomysłem, przysięgam, ale to tylko jeśli przeżyję.
     Deaniel, o dziwo, uśmiechnął się do mnie uspokajająco i powiedział:
     - Nie bój się, obiecałem, że cię obronię, prawda?
     W następnej chwili zrobił coś, czego kompletnie się po nim nie spodziewałam. Puścił lianę i podobnie jak ja, zahaczając paznokciami o asfalt, wylądował obok mnie. Zaniemówiłam z wrażenia.
     - Od przeznaczenia nie da się uciec, szczególnie, jeżeli jego przebieg wymierza ci departament kontroli demonów - powiedział załamanym tonem głosu. - Już dawno się z tym pogodziłem. Wiedziałem, że i tak tu wyląduje.
     Spojrzał w moją twarz z niekrytym bólem.
     - O czym ty gadasz? - spytałam, spoglądając na niego ze łzami bezradności w oczach.
     Nie wiedziałam co planuje. Chce nas obydwóch strącić do otchłani?
     Zaniepokojona, spojrzałam w tył. Moje stopy były tuż przed portalem. Rozpaczliwie sięgałam dłońmi przed siebie, próbując znaleźć punkt zaczepu, którego przecież nie było. To mój koniec.
     - Lauro - usłyszałam uspokajający głos Deaniela, po mojej prawej stronie.
     Spojrzałam na niego. Uśmiechał się do mnie. W jego spojrzeniu nie było widać ani odrobiny smutku, przerażenia, zdziwienia. Wyglądał, jakby nie ruszała go obecna sytuacja. Wyglądał tak, jakby się poddał.
     - Uciekaj - mówiąc to, puścił się i wpadł prosto w otchłań.
     Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam, był jego szczery uśmiech i ruch ust, układający się w słowa: "kocham cię". Dzikie wichry ustały, otchłań ostatecznie zniknęła. Wszystko się uspokoiło. Zupełnie, jakby burza z nagła ucichła. To niemożliwe. Niemożliwe.
     Spoglądałam z niedowierzaniem w głuchą, pustą, szarą przestrzeń.
     Jakim cudem? Jakim cholernym cudem?
     Nim do mojego odrętwiałego umysłu dotarło to, co tak naprawdę się stało, zostałam gwałtownie podniesiona do góry za włosy.
     - Widzisz do czego doprowadza znajomość z demonami? - spytała kpiąco Gabrielle.
     Spojrzała na mnie swoimi chłodnymi, zielonymi oczami, które wyrażały tylko i wyłącznie pogardę dla świata, ludzi i pół demonów.
     - Wy ludzie naprawdę jesteście durni - mówiąc to, rzuciła mnie brutalnie na asfalt.
     Nie zdążyłam zakryć twarzy. Przejechałam prawą stroną polika po ulicy, podobnie jak reszta mojego bezwładnego ciała. Poczułam piekący ból na prawie całej długości mojej fizycznej powłoki. Nie było to zbyt przyjemne zetknięcie z drogą. Już bym chyba wolała być potrącona przez auto.
     Nie zdążyłam się nawet podnieść. Gabrielle podeszła do mnie i zaczęła mnie kopać jak zwykłą, szmacianą lalkę. Nie byłam zdolna do żadnego ruchu. Poddałam się swojemu losowi, nie próbując nawet uciec. Osłaniałam tylko twarz, chroniąc ją przed poważnymi uszkodzeniami. Ciosy przyjmowałam milcząco, choć moja dusza chciała krzyczeć.
     - Żałuję, że nie trafiłaś tam razem z nim - syknął przez zęby mój wróg. - Od samego początku mnie irytujesz - prychnęła.- Myślisz, że tym razem ktoś cię ocali? Gówno prawda. Zginiesz tu, na ulicy. Wykrwawisz się na śmierć! - wykrzyknęła, uśmiechając się triumfalnie. - Nie krzyczysz. Chcesz być odważna? Nic ci to nie da - dodała lekko zirytowana, wbijając obcas w miejsce na plecach, gdzie powinny znajdywać się moje płuca.
     Tym razem jęknęłam boleśnie, od razu zalewając się łzami. Nie byłam jedną z tych osób, które odważnie brnęły przez życie, sprzeciwiając się wszystkiemu, co złe. Podobnie jak w większości momentów mojego życia, straciłam całkowitą motywację do działania. Nie umiałam się odezwać, obronić, a tym bardziej oddać bolesne ciosy. Byłam za słaba.
     Zamknęłam oczy, czując, jak ogarnia mnie bezradność.
     - Giń, suko - powiedziała mrocznym głosem Gabrielle.
     Wnioskując po jej tonie głosu i nagłym zatrzymaniu morderczych ataków, postanowiła zadać mi cios ostateczny. Nie zrobiła tego jednak. Coś jej w tym przeszkodziło.
     Tym razem to Gabrielle wydała z siebie bolesny oddźwięk.
     - Hej, Gab, do twarzy ci z tym nożem w brzuchu! - usłyszałam znajomy, irytujący głos.
     Jego właściciel, zaniósł się charakterystycznym dla siebie śmiechem.
     Nie musiałam długo myśleć. To był Nathiel. Mój jedyny obrońca.
     Zapłakałam, nie kryjąc łez i bólu, który władał teraz nad moim ciałem.
     Gabrielle zdążyła wyciągnąć z brzucha exitialis, którym została trafiona przez znajomego mi łowcę. Odrzuciła go na bok, odwracając się do mnie tyłem. Straciła całkowicie zainteresowanie mą osobę.
Postanowiłam wobec tego, wycofać się po cichu. Nie mając siły się podnieść, zaczęłam czołgać się po asfalcie. Oby jak najdalej od tej przeklętej demonicy. Przysięgam, będę miała po tym wydarzeniu nieziemskie koszmary z nią w roli głównej.
     Gabrielle nie czekając, wyjęła z rękawów swoje mordercze, czarne wstęgi. Czy tylko ja miałam wrażenie, że zachowywały się tak, jakby żyły?
     Zaczęła iść w stronę Nathiela, który znajdował się nieopodal niej. Nie spoglądał na mnie. Jego spojrzenie utkwione było w twarzy wroga z którym miał zamiar walczyć.
     Nim się zorientowałam, tuż obok mnie znalazł się wierny przyjaciel Nathiela - Sorathiel. Pomógł mi się podnieść i przywrócił mnie do pionu. Moje ramię spoczęło na jego barkach. Z trudem utrzymywałam się stojąc o własnych siłach. Jego wsparcie wiele mi dało.
     - Coś ci dolega, oprócz licznych ran? - spytał spokojnie Sorathiel, spoglądając prosto w moje oczy.
     Był spokojny. Cholernie spokojny. Jego spokój naprawdę mnie irytował.
     Potrząsnęłam delikatnie głową.
     Nie zamieniając więcej słów, spojrzeliśmy w stronę demonów, które właśnie stanęły na przeciw siebie, obdarzając się nienawistnymi spojrzeniami.
     - Jesteś zwykłym skurwysynem - syknęła przez zęby Gabrielle. - Przeklętym skurwysynem, który minął się ze swoim pieprzonym powołaniem! - tym razem wrzasnęła. - Uważasz, że jesteś człowiekiem? Chyba śnisz! W dalszym ciągu jesteś demonem żądnym krwi! Przestań bawić się w pieprzonego łowcę!
     Nathiel prychnął cicho, wyjmując z kieszeni kolejne exitialis.
     - Dzięki, mamusiu za twoją troskę - odpowiedział ironicznie. - Jestem już dorosły i nie potrzebuję dobrych porad odnośnie życia, którym sam rządzę! - wykrzyknął, bez ostrzeżenia, rzucając się na Gabrielle z nożem.
     Walka rozpoczęła się na dobre. Patrzyłam na nich z rozdziawioną buzią, nie mogąc dostrzec żadnego ruchu. Kto atakował? Kto prowadził? Kto kogo zranił? Kto był lepszy, szybszy? Ich ruchy były zdecydowanie za szybkie. Za szybkie dla ludzkiego oka.
     - Nathiel przegrywa - dosłyszałam głos Sorathiela, który patrzył spokojnie na scenę walki.
     - I mówisz to z takim spokojem? - spytałam zszokowana.
     Jak mógł powiedzieć: "przegrywa" w taki sposób? To do cholery jego przyjaciel! Nie pomoże mu?! Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę! Nawet ja, gdybym była w odrobinę lepszym, bardziej używalnym stanie, pomogłabym mu teraz. Dlaczego on tego nie zrobi?
     Sorathiel wydawał się być jeszcze spokojniejszy, niż wcześniej. A może to po prostu kwestia zaufania?
     Walczący zatrzymali się na chwilę, oddychając niespokojnie. Nathiel był lekko zgarbiony i trzymał się za lewe ramię. Jego czerwona koszulka była podarta, a twarz pełna rys z których nie wyciekała krew, a ciemny dymek. Był w końcu demonem. Jego mina zdawała się mówić: "Jestem tak wkurzony, że zaraz rozwalę twój łeb o asfalt".
     Gabrielle nie była ani trochę wzruszona walką. Stała prosto, w o wiele lepszym stanie, niż Nathiel i śmiała się jak ostatni szaleniec na ziemi. Jej jedyną raną, była ta w brzuchu - o ile w ogóle mogłam nazwać raną coś, co nie ma w sobie ani odrobiny krwi.
     - Myślałeś, że mnie pokonasz? - spytała rozbawiona Gabrielle. - Widzisz, zdradzę ci coś. Walczysz teraz jak człowiek. Nie używasz swojej prawdziwej mocy, jak ja. Taka walka nic ci nie pomoże. Zginiesz szybciej, niż myślisz!
     Nathiel spojrzał na nią, a jego oczy zapłonęły gniewem. Wściekły wyraz na jego twarzy nie zapowiadał szczęśliwych wydarzeń. Przynajmniej nie dla jego wroga.
     - Zginiesz - warknął.
     Wokół niego zaczął gromadzić się smolisty dym. Rozprzestrzeniał się powoli, wręcz ociężale po całej ulicy, zatruwając wszystko, co stanęło na jego drodze. Swoim działaniem przypominał jakiś wyjątkowo trujący, chemiczny gaz. Bałam się, co może się stać, kiedy dotrze do nas. Nie było już szmaragdowych oczu Nathiela. Były tylko dwa, błyszczące przeklętą zielenią punkciki na twarzy, skierowane ku wrogowi. Wyglądał teraz jak najprawdziwszy demon, opętany dzikim szałem niszczenia.
     Sorathiel nie czekając, zaczął się wycofywać, wciąż trzymając moje ramię na swoim barku.
     - Co się dzieje? - spytałam cicho, niczego nie rozumiejąc.
     - Wnioskuję, że Nathiel stracił panowanie nad sobą - odpowiedział zaniepokojony blondyn.
     Nim się zorientowałam, mój demoniczny obrońca, rzucił się na Gabrielle z głośnym okrzykiem, nie przypominającym swym brzmieniem ludzkiego. Na ten oddźwięk, przeszły mnie ciarki.
     Gabrielle wyglądała na zaskoczoną i choć próbowała się bronić, nie udawało jej się to. Nathiel wbijał jej nóż, gdzie chciał. Wcale jej nie oszczędzał. Nad jej ciałem unosiły się ciemne opary smolistego dymu, które zastępowały krew. Krzyczała z bólu. Nigdy nie sądziłam, że Gabrielle może być aż w tak krytycznym stanie. Jej usta wykrzykiwały co rusz słowa takie jak: "PRZESTAŃ!", "Jak to możliwe?!", Nathiel tymczasem atakował coraz mocniej i szybciej. Nie widziałam nawet jego dłoni, był za szybki.
     Z nagła jego szaleńcze ruchy ustały. Podniósł Gabrielle do góry jedną ręką i rzucił nią z całej siły o asfalt w którym zrobiła niewielkie wgniecenie. Byłam w szoku.
     Spojrzałam zaniepokojona na Sorathiela, który westchnął cicho i bez słowa mnie puścił. Zachwiałam się lekko, ale utrzymałam w pozycji pionowej. Spoglądałam za blondynem, który spokojnym krokiem zmierzał ku zagrożeniu. Czy on postradał zmysły? Chce, aby mu także stała się krzywda? Nathiel nie jest przecież sobą! Sam to wcześniej powiedział!
     Nim spostrzegłam, Sorathiel podszedł do swojego przyjaciela i zrobił coś, o co bym go nigdy nie podejrzewała. Z całej siły przywalił mu pięścią w twarz. Zaskoczony Nathiel aż zatoczył się po ulicy.
     - Opanuj się! - wykrzyknął do niego złowrogo.
     Gabrielle, która teraz klęczała na ziemi, postanowiła wykorzystać moment nieuwagi wrogów i uciec. Rozpłynęła się w oparach ciemnego dymu, a w raz z nią zniknęła szara strefa.
     Obserwując wracające, intensywne kolory, zaczęłam iść krętym krokiem w stronę moich obrońców. Nie bałam się. Może rzeczywiście byłam głupia, ale nie czułam strachu. W raz z Gabrielle rozpłynęły się moje obawy.
     Spoglądałam z daleka na Nathiela, który właśnie przeniósł się do pozycji siedzącej. Nic nie mówiąc, skulił się i zakrył dłońmi twarz. Milczał. Podobnie jak Sorathiel, który stał nad nim.
     Gdy już do nich dotarłam, spojrzałam w wykrzywione grymasem usta Nathiela. Wyglądał tak, jakby wrócił do swojej ludzkiej postaci, ale czy na pewno? Może w rzeczywistości, starał się zwalczyć wewnętrznego demona, który miotał jego duszą? A jeśli to wciąż nie on? Co będzie, jeżeli rzuci się na nas i zrobi to samo, co z Gabrielle?
     Nim się zorientowałam, Nathiel chwycił za nóż i wbił go sobie w dłoń. Zarówno Sorathiel jak i ja wyglądaliśmy na zaskoczonych.
     - Co ty robisz? - spytał blondyn.
     - Będę to robił, dopóki nie poczuję, że jestem człowiekiem. - odpowiedział wyjątkowo spokojnym głosem Nathiel.
     Niewiele myśląc, rzuciłam się w jego stronę, wytrącając mu z ręki nóż. Spojrzał na mnie swoimi dzikimi, intensywnie zielonymi oczami w zdziwieniu.
     - To nie twoja wina, że jesteś demonem, ty ograniczono umysłowo idioto! - wykrzyknęłam wściekle. - Czy nie mówiłam ci, że człowieczeństwo to cecha charakteru, a nie przynależność rasowa?! - spytałam.
     Nathiel spoglądał na mnie, nic nie mówiąc. Wyglądał na mocno zdziwionego. Czyżby tym, że pierwszy raz w jego obecności krzyknęłam i wyraziłam swoje emocje, czy tym, że go bronię? Proszę cię, każdy ma jakieś uczucia, nawet ja.
     W końcu westchnął głęboko i opierając się dłońmi o asfalt, spojrzał w niebo.
     - Co za noc - mruknął. - Co nie, Sorath? - mówiąc to, spojrzał na swojego przyjaciela z uśmieszkiem.
     - Taaaak - poparł go Sorathiel, który włożył dłonie do kieszeni i również spojrzał w niebo.
     Jego twarz także wykrzywiła się w uśmieszku.
     Spoglądałam to na jednego, to na drugiego, nie rozumiejąc co mają na myśli.
     - Wracajmy do domu - powiedział po dłuższej chwili Nathiel, obdarzając mnie szerokim uśmiechem.
     Spoglądałam na niego, nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć.
***

     To miejsce. Byłam tu już drugi raz w swoim 17-letnim życiu i choć myślałam, że uwolniłam się z demonicznego świata łowców, znów tu wróciłam. Podobnie jak tamtej nocy, szef organizacji Nox nie był zbytnio zadowolony z bitwy w którą zostałam wciągnięta. W sumie mu się nie dziwię. Łowcy działają w grupach większych, niż dwuosobowe. Nathiel i Sorathiel powinni powiadomić resztę o tym, co miało miejsce. Takie właśnie było zdanie Hugha - szefa organizacji. Osobiście uważam, że skoro chłopacy nie widzieli, co ich czeka na miejscu i ile czasu im zostało, nim całkowicie odlecę z tego świata, mógł im to wybaczyć. Podobnymi argumentami uraczył Hugha spokojny Sorathiel.
     - Cieszę się, że nic ci się nie stało, Lauro - powiedział w pewnym momencie szef organizacji, spoglądając w moją stronę lekko zmartwiony.
     Wyglądał teraz zupełnie jak poczciwy, stary dziadek, który martwił się o swoją małą wnusię. Niestety, nie wiem co to za uczucie posiadać dziadka. Nigdy żadnego nie poznałam.
     Syknęłam cicho, w momencie gdy pewna kasztanowłosa kobieta, która opatrywała moje rany, dobrała się do tej na policzku.
     - Paskudna rana - powiedziała cicho, uśmiechając się do mnie pokrzepiająco. - Trochę poboli.
     By załagodzić ból, postanowiłam zająć myśli czymś innym. Rozglądnęłam się po małym pokoiku, który zapewne należał do Hugha. Spokojne miejsce, pełne najróżniejszych ksiąg. Pachniało tu starością i antykami. Mimo niezbyt udanej kreacji pokoju, uznałam, że jest tu nawet przytulnie.
     - Opowiesz mi, co się dokładnie stało, zanim przybył Nathiel w raz z Sorathielem? - spytał staruszek, pochylając się ku mnie z zainteresowaniem.
     Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam.
     Zaczęłam od momentu, gdy siedziałam na ławce z Deanielem. Opowiedziałam mu wszystko z najmniejszymi szczegółami z trudem łapiąc powietrze. Słowa same wylewały mi się z ust.
Twarz Hugha była niewzruszona. Siedział spokojnie w swoim bujanym fotelu i wsłuchiwał się w moją długą opowieść. Całe szczęście, byliśmy tu tylko my - Hugh, kasztanowłosa kobieta opatrująca moje rany i ja.
Gdy już skończyłam moją historię, mężczyzna westchnął głęboko. Długo milczeliśmy, będąc pogrążeni w osobnych i odmiennych myślach. W końcu jednak, postanowiłam spytać go o coś, co mnie nurtowało.
     - Deaniel. Nie odzyskamy go już, prawda? - spytałam cicho, jakbym bała się własnych słów.
     - Nie - odparł krótko Hugh.- Widzisz, Lauro, z otchłani da się wrócić, ale nie w tym tkwi problem. Deaniel już nigdy nie byłby sobą, gdyby stamtąd powrócił. Byłby kimś gorszym, niż zwyczajny demon. Przepełniony jeszcze większym złem.
     Kasztanowłosa kobieta podała mi gorący napar ziołowy i skierowała spojrzenie na swojego przełożonego, który skinął głową. W pokoju zostaliśmy tylko my dwoje.
     Patrzyłam się uparcie w napar. Wciąż nie mogłam pojąć tego, co stało się z Deanielem. Jednak jego słowa nie były rzucane na wiatr. Z tchórza awansował na bohatera, ze zwykłego chłopaka na prawdziwego przyjaciela, którego już przecież więcej nie ujrzę.
     Przygryzłam dolną wargę, z trudem powstrzymując się od płaczu. Naprawdę mu wybaczyłam. Naprawdę chciałam zacząć wszystko od nowa. Dlaczego to właśnie tak się musiało skończyć? Wcale nie czułam się dobrze z wiedzą, że ktoś poświęcił swoje życie, abym ja mogła żyć.
     - Jeżeli chcesz płakać, zrób to - powiedział niespodziewanie Hugh.
     Skierował na mnie swoje badawcze spojrzenie. Uśmiechnęłam się blado w jego stronę, potrząsając głową.
     - Nie zamierzam płakać - odpowiedziałam szybko, na nowo wbijając wzrok w napar.
     Dziś wylałam już wystarczająco dużo łez i przeżyłam wystarczająco dużo bólu. Teraz marzyłam tylko i wyłącznie o ciepłym łóżku. Znając życie, moja mama straszliwie się o mnie martwi. W końcu miałam wyjść tylko na moment, a nie było mnie kilka godzin. Było już zdrowo po północy.
     - Lauro - zaczął niespodziewanie Hugh.
     Spojrzałam na niego pytająco.
     - Mam dla ciebie pewną propozycję - dodał, przybierając poważną minę.
     Czekałam, aż wypowie to, czego się kompletnie nie spodziewałam.
     - Sprawy zaszły naprawdę za daleko. Czy wobec tego, nie chciałabyś rozważyć - tu przerwał, pochylając się ku mnie. - zostanie łowcą?