sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 25 - "Nie dla ciebie takie ciacho"

I jest. Mój faworyt wśród ostatnich rozdziałów. Jest taki kochany i szalony! Ostatni taki przed prawdziwym dramatem. Będzie smutek, żal, rozpacz i... cholera wie, co jeszcze. Laura mi nie wybaczy D: znajdzie mnie wraz z Nathielem i zadźgają wspólnie tępym nożem. 

POPRAWIONE [25.02.2018]
***
         – Czy naprawdę aż tak cię to przeraża?
– Sorath – zaczął załamany Nathiel. – Zrozum to. Mój ideał był zupełnie inny! Zawsze marzyłem o długonogiej, pięknej dziewczynie o ciemnych włosach, która będzie miała spore argumenty  – mówiąc to chłopak zarysował w górze dwa niewidzialne pagórki. Sama myśl o tym sprawiła, że na jego twarzy pojawił się szeroki, rozmarzony uśmiech. – Moja idealna dziewczyna miała być miła, kochana, słodka i... do cholery! Laura taka nie jest! To jej dokładna przeciwność!  – wykrzyknął oburzony.  – Laura nie ma długich nóg, jest mała, drobna, chuda jak patyk… no dobra, niech jej będzie, jest w miarę ładna i nie brakuje jej krągłości, ale jest blada jak...  – przerwał, zastanawiając się nad całkowicie nowym porównaniem, którego jeszcze nie użył.  – Mam!  – wykrzyknął nagle, wystawiając palec wskazujący do góry. – Jakbyś postawił gołą Laurę obok świeżo pomalowanych białą farbą ścian, wcale byś jej nie zobaczył! Wtopiła by się w otoczenie jak kameleon! Czaisz?
Sorathiel przyłożył dłoń do czoła, pochylając głowę ku dołowi. Postanowił, że zostawi to bez komentarza. Dobrowolnie pozwolił na to, aby jego przyjaciel kontynuował monolog.
– No i przede wszystkim Laura mrozi otoczenie jak niezniszczalna zamrażarka Hugha!  – Nathiel zamachał w górze rękami, wyrażając swoje oburzenie z dziką ekspresją. – Ta blada menda prawie w ogóle się nie uśmiecha i rzuca ironicznymi tekstami jak gołąb tym, co zjadł o poranku, lecąc pod błękitnym niebem!
– Poetą to ty nie będziesz  – powiedział blondyn, potrząsając głową z pobłażaniem.
         – Pieprz się, Sorath! Przeżywam kryzys, rozumiesz?!
– Możesz kontynuować, ciekawie się ciebie słuchało. – Sorathiel posłał przyjacielowi znaczący uśmiech, dlatego Auvrey rzucił go poduszką ozdobioną mangową dziewczynką.               Na szczęście zdążył się uchylić, dzięki czemu mordercza broń walnęła z głuchym trzaskiem w drzwi.
 – Poza tym – Nathiel urwał wypowiedź i poczochrał nerwowo swoje i tak już mocno rozwichrzone włosy – nie chcę narażać jej na niebezpieczeństwo.
 – Laura najprawdopodobniej podpadła Gabrielle, a wiesz, że ona tak łatwo nie odpuszcza. – Blondyn spojrzał znacząco na swojego przyjaciela. Jego rozmówca zrobił mało inteligentną minę, nie wiedział bowiem, do czego zmierza ta wypowiedź. Sorathiel miał ochotę przewrócić oczami, powstrzymywała go przed tym jego nienaganna i odporna na przeciwności losu cierpliwość. – Zamiast użalać się nad sobą, przyjmij do świadomości fakt, że coś do niej czujesz i chroń ją przed niebezpieczeństwem.
Nathiel milczał, wpatrując się beznamiętnie w swojego towarzysza rozmów.
Rzeczywiście. Miał rację. Nie powinien wariować tylko dlatego, że spodobała mu się dziewczyna, która swoim obrazem daleko odchodziła od wykreowanego w jego głowie ideału. Nie mógł przecież oszukiwać własnych myśli. Powinien to zaakceptować. Poza tym liczył na to, że to stan krótkotrwały, w końcu nie znali się zbyt długo. To mogła być chwilowa fascynacja.
Czarnowłosy przewrócił się na plecy, rozłożył ręce w bok i wbił spojrzenie w sufit. Z jego ust uwolniło się ciche, umęczone westchnięcie.
 – To co ja mam zrobić?  – spytał wreszcie.
 – Zaproś ją gdzieś.
Zmarszczył czoło. Jego czarne brwi praktycznie złączyły się na nosowym wzgórzu.
Zaprosić? Może to nie taki zły pomysł. Szkoda tylko, że był za biedny na głupie, wykwintne restauracje. Wszystkie swoje oszczędności wydał w tym miesiącu na komiksy i świerszczyki. Zresztą nie zamierzał kiedykolwiek oszczędzać kieszonkowego, aby zarwać do jakiejś panny. Przyjemności mentalne były ważniejsze.
Może mógłby zaprosić ją do domu? Odpada. Przecież nie mieszkał tutaj sam i na dodatek nie potrafił gotować – najprawdopodobniej zaserwowałby jej wyłącznie spalonego tosta z żółtym serem, który miałby uroczy keczupowy uśmiech, i herbatę o nazwie „nic”, która polegała na tym, że podstawiał komuś pod nos pusty kubek – już przy pierwszym kroku, kiedy chciał zagotować wodę, ta wyparowywała na sam jego widok. Rzeczywiście, romantyczne.  Musiał się skupić na tym, co nie kosztuje zbyt dużo, a trafia prosto w serce chłodnej jak Antarktyda dziewczyny. Spacer przy zachodzie słońca nie wchodził do gry, mógłby się okazać obrzydliwie romantyczny i przy okazji zbyt sugestywny. Nie miał zamiaru z biegu zdradzać swoich zamiarów. To spotkanie powinno wyglądać na typowo przyjacielskie.
Zwoje mózgowe powoli zaczęły się przegrzewać od intensywnego myślenia. Nathiel potrzebował jakiegoś konkretnego pomysłu.
– Wiem!  – wykrzyknął nagle w euforii, gwałtownie przenosząc się do pozycji stojącej. Z dumą wsparł dłonie o własne biodra i uniósł wysoko podbródek. – Jestem genialny!  – dodał, zanosząc się szaleńczym śmiechem. Sorathiela wcale nie zdziwiło, kiedy opuścił pokój, mamrocząc do siebie urywki swojego odkrywczego planu. Kiedy Nathiel wpadał w szał dzikich pomysłów, zatracał się we własnym maleńkim świecie, do którego na własne życzenie wolał się nie pchać.
Sorathiel oparł podbródek o swoją dłoń i przymknął powieki.
Dlaczego miał wrażenie, że to nie skończy się dobrze? Pomysły demonicznego łowcy nigdy nie wróżyły niczego dobrego. Przekonał się o tym już we wczesnym dzieciństwie. Do tej pory w głowie tkwiło mu wspomnienie z dnia jego dziewiątych urodzin, gdy Nathiel podczas rozpakowywania prezentów wykrzyknął: „Mam pomysł!”. Jego twórcza inicjatywa zakończyła się na tym, że firanki w organizacji Nox zapłonęły żywym ogniem. Gdy inni przerażeni łowcy próbowali ugasić rozprzestrzeniający się pożar, Nathiel skakał w miejscu, jakby dostał nagłego napadu energii i ciągnąc go za rękaw, krzyczał: „Patrz, patrz! Jara się! To prawie jak fajerwerki! Wszystkiego najlepszego, Sorath!”.
Mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie tego zdarzenia. Uśmiech jednak szybko zszedł mu z twarzy i ustąpił miejsca powadze, kiedy zorientował się, że nie jest w tym pokoju sam. Nie podejrzewał, że jego cichy towarzysz zechce wynurzyć się z cienia i wyrazić swoją opinię akurat w tym momencie. Przy nim zawsze musiał być czujny.
– Mniemam, że masz inne zdanie na temat związku Nathiela z człowiekiem? – spytał cicho, spoglądając w okno z udawanym brakiem zainteresowania.
– Związek demona i człowieka nie zapowiada niczego dobrego – w pokoju rozległ się męski, głęboki głos. Jego właściciel był niewidoczny, Sorathiel wiedział, że mógł być wszędzie. Na wszelki wypadek obejrzał się przez ramię, aby upewnić się, że nie stoi za jego plecami i nie planuje wbić mu noża w odsłonięte plecy. Dopiero po chwili cień fotela, który stał przed nim, wydłużył się znacząco.
– Nathiel jest najbardziej ludzkim demonem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Daj mu szansę – szepnął. Wciąż niepokoił się o to, że jego przyjaciel mógł tutaj wrócić. W najgorszym wypadku uznałby, że mówi do siebie, ale demoniczny łowca doskonale wiedział, że Sorathiel myśli w milczeniu, nigdy na głos.
– Nathiel to idiota  – rozległ się ponownie głos.  – Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mu spłodzić półczłowieka, półdemona, nie opędzi się od Departamentu Kontroli Demonów.
 – Nie wybiegajmy za daleko w przyszłość. To prawdopodobnie tylko nastoletnia fascynacja dziewczyną, która jako jedyna od niego nie uciekła. – Uśmiechnął się pod nosem. W odpowiedzi usłyszał głośne prychnięcie.
– Demon powinien być z demonem. Nathiel nie może bawić się w człowieka.
 – Koniec tego – powiedział cierpliwie blondyn, opierając głowę o zagłowię fotela. Pustymi oczami spoglądał w przestworza znajdujące się daleko poza sufitem pokoju. – Jeżeli masz mi do przekazania jakieś ważne informacje ze świata demonów, mów. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia, znikaj.
W cichym oddźwięku wyrażającym kpinę Sorathiel dostrzegł coś jeszcze. Wyimaginowany uśmiech, który rozszerzał się na całą twarz współpracującego z nim demona.
***
„Mam ochotę na loda!”
SMS, którego dostałam kilka sekund temu odbijał się echem w mojej głowie, przeistaczając się w głośno wypowiedzianą głosem Nathiela myśl. Mam ochotę na loda. Co za absurd. Kto normalny przesyła taką wiadomość dziewczynie? Lepszą opcją byłoby napisanie: „Chodźmy na lody” lub „Masz ochotę na lody?”. Wtedy nie brzmiałoby to tak dziwnie.
Ciężko westchnęłam i odpisałam na tego bzdurnego SMS-a następującymi słowami: „Kup go sobie, nic nie stoi na przeszkodzie, nawet ja”. Nie musiałam zbyt długo czekać na odpowiedź. Zaraz dostałam zwrotną wiadomość o treści: „Chodź ze mną na lody. Chyba że wolisz zrobić je ręcznie u siebie w domu. Twoja zamrażarka dobrze mrozi?”.
Nie zdążyłam nawet przemyśleć odpowiedzi, a dostałam następnego SMS-a: „Jestem pod twoim domem”. A więc to tak w dzisiejszych czasach zaprasza się dziewczyny na spotkanie?
Mam ochotę na loda, nie pytam cię, czy chcesz ze mną wyjść, idziesz i już, bo czekam na dole, a jak nie wyjdziesz, gorzko tego pożałujesz, w końcu mam w kieszeni nóż, a kto wie, czy nie mam ich przypadkiem więcej, nawet nie chcesz wiedzieć, gdzie je chowam!
Zrezygnowana wyjrzałam przez okno. Nathiel natychmiastowo mnie dostrzegł i pomachał mi wesoło ręką. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech rozświetlający mroki mego spokojnego popołudnia. W rzeczywistości wyglądał tak, jakby dostał nową zabawkę i chciał się nią pochwalić na dzielni.
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
Co się stało przyczyną jego nagłej, niewymuszonej towarzyskości? Czy tak bardzo spodobało mu się nasze ostatnie spotkanie? Od teraz byliśmy przyjaciółmi, którzy będą spędzali ze sobą każde wolne popołudnie? Co to, to nie.
Odepchnęłam się od parapetu, chwyciłam za pierwszą lepszą bluzę wiszącą na szafie i zarzucając ją na siebie, wyszłam z pokoju. Tak naprawdę mogłam powiedzieć mu: nie mam ochoty na dzisiejsze obcowanie z twoją osobą, ale... najzwyczajniej w świecie mi to nie przeszkadzało. Jeszcze niedawno jego obecność sprawiała, że miałam ochotę wyciągnąć z szuflady nóż i go zadźgać, teraz najwyraźniej go polubiłam. Nie, Nathiel z pewnością nie zastąpi mi Deaniela, to zupełnie inny przedział znajomości, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, abym spędziła z nim trochę wolnego czasu. Poza tym, czułam się przy nim bezpieczna. Każdy by się czuł, gdyby pałętał się po mieście z gościem władającym magicznym nożem.
Dotarłam na dół, ubrałam swoje czarne baleriny i wyskoczyłam z domu. Radosna ironia cisnęła się już do moich ust, nie mogłam jej powstrzymać, gdy ujrzałam ucieszonego Nathiela, stojącego na ganku z rękoma w kieszeniach startych, czarnych spodni.
– Jakbyś chciał się umówić z dziewczyną na randkę słowami: „Mam ochotę na loda”, to nie wróżę ci udanego związku  – powiedziałam, nawet się z nim nie witając. Założyłam ręce na piersi i posłałam mu znaczący, sarkastyczny uśmieszek. Starałam się ukryć tę niepohamowaną nutkę radości, która starała się zdominować nad moją wredną naturą.
– A kto powiedział, że właśnie ciebie nie zaprosiłem na randkę? – spytał zdziwiony moją wypowiedzią Nathiel. Uniósł czarne brwi do góry, jakby ktoś przekazał mu właśnie, że dzieci nie rodzą się w kapuście.
Stanęłam jak wryta, przypatrując mu się z niedowierzaniem – teraz to ja wyglądałam, jakbym dowiedziała się, że dzieci nie są przynoszone do domów drogą lotniczą przez bociany. Na moment jego wypowiedź mnie sparaliżowała.
Randka? To naprawdę była randka? Zaprosił mnie na nią? Kiedy? Żartował sobie ze mnie? Tak, to na pewno jakiś chory żart. Laura i randki nie szły ze sobą w parze, podobnie jak Nathiel nie szedł w parze razem z Laurą.
Czarnowłosy wybuchnął swoim irytującym, szaleńczym śmiechem. Mało nie upadł na ulicę i nie zaczął się po niej tarzać, tak mu było zabawnie. Mnie było trochę mniej. Nie lubiłam, gdy ktoś stroił sobie ze mnie głupie żarty.
– N-naprawdę w to uwierzyłaś?!  – wykrzyknął na całą ulicę. Oczami wyobraźni widziałam wychylających się przez swoje okna sąsiadów, którzy zaczynali się niepokoić stanem umysłu tego skretyniałego demona. Liczyłam na to, że któryś wpadnie na pomysł, aby zadzwonić do psychiatryka. – No przestań! Ja, ty i randka?! – spytał rozbawiony. – Nie dla ciebie takie ciacho, droga Lauro – zakończył iście seksownym głosem, przeczesując swoje włosy gestem boskiego Alvaro.
– Pewnie, dla mnie sucha mąka i cukier  – mruknęłam, wymijając go na schodach.
– Mąka i cukier to podstawa ciasta. Może kiedyś skompletujesz całą recepturę i ciacho się do ciebie uśmiechnie – powiedział Auvrey, puszczając do mnie oczko. Zeskoczył z ostatniego schodka i zrównał się ze mną na chodniku. Wydawało mi się, czy uśmiechał się tak szeroko jak małe dziecko? Brakowało, żeby ktoś zaplótł mu dwa kucyki, ubrał w różową sukienkę i nakazał skakać jak sierotka Marysia ciesząca się z towarzystwa krasnoludków. Nie żebym to ja miała odgrywać rolę krasnoludka…
– Nie potrzebuję twojego uśmiechu, i tak się bez przerwy głupio się szczerzysz, wiesz? Poza tym – przerwałam i spojrzałam w twarz Nathiela, idącego obok mnie – kto powiedział, że jesteś ciachem?
Auvrey przystanął. Ciężar swojego ciała przeniósł powolnie na prawą nogę. Dłonią uniósł podbródek, który molestował palcami, jakby chciał udowodnić ślepemu, że ma brodę. W rzeczywistości ten kretyn nie miał na swojej twarzy nawet jednego włoska. Pewnie niektórzy faceci zazdrościli mu tego, że nie musiał się golić. Albo chcieli go sprać za to, że był zbyt mało męski.
– Ja tak powiedziałem  – odpowiedział z wyszczerzem.  – I one najwyraźniej też. – Skinął głową na dziewczyny idące po drugiej stronie ulicy.
Miał racje. Wyjątkowo podjarały się tym, że widzą przystojnego nastolatka o białych jak śnieżny krajobraz zębach. Oczywiście moja obecność standardowo bladła w obecności kolejnego bożyszcza nastolatek, którego przyszło mi niańczyć. Już dawno przyzwyczaiłam się do tego, że byłam niewidzialna i wcale mi to nie przeszkadzało.
Co takiego było w Nathielu, że zachwycały się nim wszystkie dziewczyny? Może twarz miał ładną, ale charakterem i usposobieniem do życia przebijał najgorszego durnia. Czy mam mu zrobić potajemny test IQ, a potem wytatuować go na czole, żeby ludzie przestali się tak zachwycać jego powłoką zewnętrzną? A może wystarczyło zafarbować mu włosy na różowo? Idę o zakład, że te dziewczyny nie przeżyłyby z nim nawet jednej godziny, gdyby ktoś zamknął ich w jednym pomieszczeniu. Po kilku minutach ze łzami w oczach zaczęłyby błagać, aby je wypuszczono i nie pomogłaby im nawet zachęta w postaci miliona dolarów. No, chyba że tylko mnie irytował w tak wielkim stopniu.
Spojrzałam prosto w jego szmaragdowe oczy.
Nie. Jednak nie. Wszystkich irytował tak samo.
Postanowiłam, że zignoruję rozchichotane nastolatki, które wymachiwały swoimi długimi, opalonymi kończynami, aby zwrócić na siebie uwagę Auvreya. Oczywiście ten nie powstrzymał się od posłania im dyskretnego buziaka.
– Wiesz co? Dla mnie jesteś jak  – zastanowiłam się chwilę, wbijając spojrzenie w niebo – precel.
Nathiel spojrzał na mnie pytająco z ukosa.
– Słony w środku i słony na zewnątrz  – mruknęłam. – Czyli generalnie nic interesującego, a czasem wykrzywia gębę w grymasie.
– Degustowałaś?  – zapytał, cudem powstrzymując się od śmiechu. Widziałam, że stara się utrzymywać powagę, co w żaden sposób mu nie wychodziło. Tym razem przewróciłam oczami.
– Nie. Chodzi mi o to, że jesteś do bólu przewidywalny. Nie kryjesz w sobie żadnej super niespodzianki, nie zadziwiasz mnie i nie zadowalasz, podobnie jak precle, za którymi nie przepadam – odpowiedziałam spokojnie, następnie wskazując na plecy dziewcząt, które powoli znikały z naszego kręgu widzenia. – One jeszcze tego nie wiedzą.
– Jesteś pewna, że cię nie zaskoczę?  – spytał uwodzicielskim głosem, zagradzając mi drogę.
Spojrzałam na niego bez grama strachu. Co mógł mi zrobić? Zadźgać tępym nożem? Ściągnąć koszulkę i zacząć świecić gołą klatą? Porwać mnie na ręce i biegać po ulicy z szaleńczym krzykiem: „Zabierzcie ją ode mnie, przykleiła się!”? Pocałować mnie?
Nathiel chwycił za mój podbródek i uniósł go delikatnie w górę. Przybliżył się do mnie w taki sposób, że zabrakło mi przestrzeni osobistej. Spojrzałam prosto w jego oczy, próbując ukryć niepewność, tymczasem Nathiel ominął moje usta i skierował się w stronę ucha, gdzie szepnął:
– A jednak cię zaskoczyłem.
Odepchnęłam go i postawiłam kilka kroków w tył. Obdarowałam go spojrzeniem pełnym złości.
– Prędzej przeraziłeś  – odparłam, marszcząc czoło. Zadziwiająco trudno było mi teraz patrzeć w oczy Auvreya. Starałam się utrzymać wzrok na jego parszywie przystojnej gębie, ale nie było to łatwe. Szczególnie wtedy, gdy oblewała mnie fala gorąca.
– Zarumieniłaś się!  – wykrzyknął mój towarzysz na całą ulicę, wskazując na mnie palcem, jakbym popełniła jakąś zbrodnię.
Miałam ochotę ukryć się w jakichś krzakach i nie wychodzić stamtąd przez najbliższe kilka godzin. Ludzie patrzyli na mnie i ukrywali uśmiechy rozbawienia. Czy to takie dziwne, że się zarumieniłam? Przerażenie i zaskoczenie sprzyjało nagłemu skokowi adrenaliny. Adrenalina sprawiała, że powiększały ci się źrenice, twój oddech stawał się płytszy, a serce szybciej zaczynało bić, dzięki czemu ogromna ilość czerwonych krwinek docierała do każdego zakątka twojego ciała i szczególnie mocno ukrwionych polików. Tak. Muszę przyjąć właśnie taką teorię. To tylko fizjologia człowieka.
– Chodźmy  – burknęłam, wymijając go z pochyloną głową.
– Zobaczyłem na twoim ciele coś, co jest czerwone, a nie blade! Ja pierniczę!
Zakryłam twarz dłonią.
Brawo, Nathielu! Zostawiłeś przechodniom niezłe pole do myślowych popisów! Cóż takiego czerwonego mogło znajdować się na moim ciele? Chyba nikt by nie wpadł na to, że chodzi o zarumienione policzki!
Przysięgam, jeszcze chwila i mój mózg eksploduje od nadmiaru głupoty. Zdecydowanie za często się z nim spotykałam. Powinnam wyrzec się świeżo narodzonych, przyjacielskich relacji, póki były maleńkim ziarenkiem zakopanym głęboko w ziemi. Niech rosną w innym kraju i z inną osobą.
– Zawstydziłaś się?  – spytał chłopak, szczerząc się w moją stronę.  – Normalnie nie wie... – Nim zdążył dokończyć swoją wypowiedź, zatkałam jego usta chłodną dłonią.
– Zamilcz, preclu – powiedziałam groźnie, spoglądając na niego spode łba, niczym prawdziwa królowa śniegu. Niezrozumienie w jego oczach wydawało mi się zabawne, szczególnie gdy kolidowało z łobuzerskimi błyskami ukrytymi w zielonych tęczówkach. Zdecydowanie coś knuł. Przekonałam się o tym, gdy moją dłoń połaskotało coś śliskiego i mokrego – od razu odrzuciłam ją w tył i znacząco się skrzywiłam. DNA zawarte w ślinie Nathiela wytarłam o swoje spodnie, co go tylko dodatkowo rozbawiło.
– Skoro uparłaś się na tego precla, to może chcesz mnie spróbować?  – spytał niskim głosem, sprawiając, że jego brwi zaczęły miarowo unosić się i opadać. Czy tylko mnie ten gest kojarzył się z jakimś zboczonym alfonsem, który chciał się dobrać do niewinnej nastolatki?!
 – Zabić?  – zapytałam, przekręcając głowę w bok w akcie sztucznej radości. Uśmiech, który wykrzywił moją twarz nie należał jednak do zbyt optymistycznych. – Oczywiście! Od początku naszej znajomości o tym marzę!
 – Przykra jesteś  – prychnął z niezadowoleniem i gdy już myślałam, że się obróci i pójdzie w swoją stronę, on wyciągnął przed siebie to swoje długie męskie ramię i zatrzymał się tuż przed moim czołem, karząc je mocnym pstryknięciem palca wskazującego. Poczułam, jakby ktoś mi w nie wbił tysiące szpitalnych igieł.
Niech cię szlag weźmie, Nathielu Auvrey! Masz więcej siły w jednym palcu, niż szarych komórek w mózgu! O ile w ogóle można było mówić o demonie, że posiadał  jakikolwiek mózg. Może miał tylko coś, co go przypominało. Gąbkę na przykład. Gąbkę, która wchłaniała w siebie całą ludzką głupotę!
Umilkłam, pozostawiając złośliwe komentarze we własnej głowie, zamiast tego zajęłam się rozmasowywaniem obolałego miejsca. 
Nathiel najwyraźniej uznał, że wygrał tę bitwę. Szedł tuż obok mnie wesołym krokiem małej dziewczynki z sąsiedztwa i gwizdał jakąś radosną piosenkę. Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam oczy, aby pozbyć się cudownie kojących wizji, które polegały na tym, że pozbywam się swojego towarzysza na sto różnych sposobów, których nie powstydziłby się prawdziwy morderca. Opanowanie przede wszystkim. Nikt oprócz mnie nie podłoży dynamitu pod moją lodową ścianę – powtarzałam to sobie jak mantrę.
– Jesteśmy na miejscu – usłyszałam uradowany głos.
Spojrzałam w stronę małej budki z lodami pomalowanej na wszystkie rażące odcienie różu. Stała przy niej starsza, miło wyglądająca pani w białym czepku, spod którego wychodził zakręcony, rudy lok. Zielonooki podbiegł do niej jakby miał zamontowane w butach nitro. Osobiście wolałam stanąć z boku i poczekać, aż wróci. Z wyborem smaków zdałam się w pełni na niego. Oby tylko nie przeniósł mi miętowego loda – nie dość, że musiałam wdychać świeży zapach zmielonych liści mięty, który ciągnął się za Nathielem, to jeszcze musiałabym spożywać w jego obecności coś, co smakowałoby w podobny sposób. Starczy mi tego przesytu.  
Nim się obejrzałam, demon pędził w moją stronę z dwoma wafelkami wypełnionymi po brzegi lodową, słodką mieszanką. Dostałam do ręki coś, co przypominało mi lody bakaliowe. Spojrzałam zdziwiona na zielonookiego. Skąd wiedział, że to mój ulubiony smak?
– Na zdrowie  – powiedział tylko, śmiejąc się głośno, najprawdopodobniej z mojej miny.
Ruszyliśmy przed siebie w milczeniu. Nie wiedziałam, czy to kwestia spożywania lodów, czy braku tematu do rozmowy, cisza, która nas opanowała wcale mi jednak nie przeszkadzała. Czasami wolałam pomilczeć, niż zatracać się w bezsensownym dialogu na temat codzienności, tak charakterystycznym dla ludzi w naszym wieku.
Spojrzałam ukradkiem na profil demonicznego łowcy. Uśmiech nie schodził mu z twarzy nawet wtedy, gdy namiętnie spożywał swojego czekoladowego loda. Na szczęście nie dostrzegł mojego ciekawskiego spojrzenia, zupełnie jakby był pogrążony we własnych myślach. Czyżby prowadził w nich jakiś zabawny monolog? Może po raz setny komentował odcień mojej skóry, wymyślając na nią nowe określenia? A może komentował inne moje mankamenty, jak to miał w zwyczaju?
Byłam tak skupiona na tym, o czym mógł myśleć, że nie udało mi się uciec wzrokiem, kiedy na mnie spojrzał. Jego milczenie zostało wzbogacone o poszerzającą się zmarszczkę niezrozumienia na czole.
– Laura  – odezwał się w końcu z powagą. – Nie patrz mi się prosto w oczy, gdy jesz loda.
Uniosłam brew.
– Zdecydowanie oglądasz za dużo chińskich bajek. Przystopuj. Czas, abyś znalazł dziewczynę w 3D.
– Już znalazłem  – odpowiedział uradowany Nathiel, nie przejmując się moimi słowami.
A więc i jego dopadła miłość. Ciekawa byłam, kto stał się tą wysoce nieszczęśliwą osobą. Gdy ją poznam, obiecuję, że złożę jej najszczersze kondolencje. No, chyba że jest taka sama jak on, wtedy to kulturalnie przemilczę. Ewentualnie oboje zabiję, używając do tego jednej ze swoich wymyślnych wizji.
Uśmiechnęłam się wrednie pod nosem.
Nie mogłam sobie wyobrazić zakochanego Nathiela, który stara się dogodzić swojej wybrance serca. Nie było w nim ani trochę romantyczności, inteligencją również nie świecił, więc... jeżeli nie będzie się odzywał, a tylko uśmiechał, ma szansę. Co prawda słabą, ale wciąż szansę.
Mój dzisiejszy poziom sarkastyczności wznosił się na wyżyny. Zdawałam sobie sprawę, że to mogło wyglądać, jakbym była zazdrosna, ale nie byłam. Nathiel to dla mnie tylko i wyłącznie Nathiel. Przed jego imieniem nie było żadnego przydomka w stylu: przyjaciel, kochanek, moja miłość, brat. Nathiel to Nathiel i nic tego nie zmieni.
– Stój.
Auvrey wyrwał mnie z moich ironicznych myśli i chwycił gwałtownie za dłoń. Zaczął rozglądać się na wszystkie strony ze skupieniem rysującym się na twarzy. Nie wiedziałam, co go trafiło, domyślam się jednak, że miało to jakiś związek z demonami, gdyż wyjął z kieszeni znane mi już exitialis. Zaniepokojona spoglądałam to w prawo, to w lewo. Miałam nadzieję, że to, czego próbował dopatrzeć się Nathiel, nie miało związku z niejaką Gabrielle. Na samą myśl o niej moim ciałem wstrząsały dreszcze.
Usłyszeliśmy krzyk. Głośny, kobiecy krzyk. W tym samym momencie jakiś mężczyzna wypadł na ulicę, taranując niski płotek otaczający jeden z domów. Biegł, jakby mu sam diabeł po piętach deptał. Wyglądał na piekielnie przerażonego.
– Cienisty demon  – usłyszałam szept Nathiela.
Zdziwiłam się. Raczej podejrzewałabym, że to pierwszy lepszy przerażony człowiek, który uciekał przed demonem, ale nawet nie śmiałam dyskutować z kimś, kto parał się zabijaniem tych potworów od dziecka.
Mało nie zaliczyłam bliskiego spotkania z chodnikiem, kiedy Nathiel całkowicie niespodziewanie pociągnął mnie za dłoń. Nie rozumiałam celu tego, co robił. Skoro chciał zabić demona, to dlaczego ciągnął mnie za sobą? Chciał, żebym ja też zginęła? Czy może nie chciał mnie zostawić samej? W końcu ten szalony mężczyzna mógł być tylko przynętą. Gdzieś w mrocznych alejkach naszego miasta mogli kryć się członkowie Departamentu Kontroli Demonów. Pytanie tylko: po co mieliby mnie atakować, skoro byłam zwykłym, niegroźnym człowiekiem.
Uciekający demon obejrzał się na nas. Jego szmaragdowe oczy błysnęły w słońcu. Już nie miałam wątpliwości, co do jego pochodzenia, Nathiel miał nosa do cienistych pokrak.  
Mężczyzna przeklął pod nosem i przyspieszył bieg. Na jego nieszczęście w pobliżu nie było żadnych uliczek, w których mógłby się skryć. Przykro mi, panie demonie, za chwilę padniesz ofiarą demonicznego łowcy. Chyba że będę go opóźniać swoim niezgrabnym i powolnym biegiem, tak jak teraz.
– Szlag – mruknął Nathiel, gdy dostrzegł, że cienista pokraka dopada się do roweru jakiegoś małego chłopca. Dziecko, które odepchnął wylądowało na krawężniku i natychmiastowo wybuchło głośnym płaczem. Gdyby moje serce nie waliło w piersi z prędkością przekraczającą pędzące po autostradzie auto, pewnie zrobiłoby mi się go szkoda i może nawet poczułabym ukłucie żałości, w tej sytuacji nie potrafiłam się jednak skupić na szkodzie małego chłopca. Raczej cieszyłam się, że jedyne, co mu się przytrafiło to kradzież roweru i kilka siniaków na pośladkach.
Demon dosiadł niebieski pojazd jak rumaka i pognał przed siebie, pedałując ile sił w nogach. Chociaż byśmy chcieli, nie dogonilibyśmy go.
Rower wraz ze złodziejem zniknął tuż za rogiem zniszczonego budynku sklepowego. Nathiel miał jednak w zanadrzu inny plan. Znienacka podbiegł do czarnego BMW stojącego gdzieś na uboczu. Drzwi były otwarte na oścież, a więc można było się domyślić, że właściciel pojazdu wyszedł z niego w ważnej, choć chwilowej sprawie. W oczach migały mi światła awaryjne.
Nathiel nie czekając ani chwili dłużej, wepchnął mnie do środka samochodu od strony pasażera, chwilę potem sam lądując na przednim siedzeniu. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, co robi, a już wciskał pedał gazu i pędził przez osiedle jak szalony.
Spojrzałam w tył na biegnącego za nami właściciela auta.
Miałam wrażenie, że teraz zamiast być blada, stałam się przeźroczysta.
– Co ty wyprawiasz?! – wykrzyknęłam zszokowana jego zachowaniem. – Umiesz w ogóle prowadzić?!
– Nie – odpowiedział beztrosko Nathiel, wzruszając ramionami. Po jego twarzy pałętał się łobuzerski uśmieszek. – Ale zawsze chciałem się nauczyć. – Po tych słowach skręcił ostro w prawo. Auto potrąciło śmietnik i skrzynkę pocztową, która oderwała się od podłoża i odbiła od tylnej szyby, bezlitośnie ją tłukąc. Czułam się jak w jakimś wyjątkowo nieudanym filmie akcji. Słyszałam tylko swój własny krzyk przerażenia i Nathiela, który darł się: „Jest auto, jest impreza!”. Kiedy moja twarz przytuliła się do przedniej szyby, pożałowałam, że nie zdążyłam zapiąć pasów.
– Jest i nasz przyjaciel  – powiedział Auvrey, wciskając gaz do dechy. Pędził po prostej drodze jak szalony. Nie przejął się nawet progiem zwalniającym, który wyrzucił nas w górę i wstrząsnął wszystkim, co miałam w środku.
Jeszcze moment i zwrócę dzisiejszego loda wraz z obiadem na kokpit auta…
Przerażony demon pędzący swoim niebieskim pojazdem przez osiedle, zdążył jedynie oglądnąć się przez ramię, nie zdążył jednak odpowiednio szybko zareagować, aby uniknąć stłuczki. Nathiel jak gdyby nigdy nic rozjechał go. Do moich uszu dotarł dźwięk łamanych kości.
– A masz, demoniczna patologio!  – wykrzyknął Nathiel.
Wstrzymałam dech, a potem poleciałam gwałtownie do przodu, uderzając głową w kokpit. Z pewnością nie nazwałabym tego łagodnym hamowaniem.
Gdy przeniosłam się do poprzedniej pozycji, głośno dysząc spojrzałam na swojego towarzysza. Kiedy ja byłam przerażona do cna i z trudem powstrzymywałam swój organizm od wydalenia zawartości żołądka, jego oczy błyszczały radością, a usta pokazywały światu cały swój biały, przeklęty garnitur zębów.
– Będzie po nim plama?  – spytałam niemrawym głosem.
– Nie. Jak zginął, to wyparował  – odpowiedział beztrosko czarnowłosy, odpinając mnie z pasów, zupełnie jakby wiedział, że sama nie będę w stanie tego zrobić.
Z trudem wytoczyłam się z samochodu. Miałam nogi jak z waty. Cały świat wirował mi przed oczami, a szum w uszach zagłuszał wszystko, co mówił do mnie Nathiel. Dopiero kiedy przez harmider dźwięków zaczęło przebijać się dobrze mi znane wycie syren policyjnych, poczułam jak we władanie moim ciałem powraca adrenalina. Przecież nie mogłam dać się złapać. N             ie wtedy, kiedy przestępstwo, które zostało właśnie popełnione, nie dokonało się z moim udziałem. Ja byłam tylko przypadkowym obserwatorem, niecnie wyciągniętym na lody. Nie sądziłam, że ten kretyn zrobi coś tak niedorzecznego! Nie dość, że ukradł auto, to jeszcze zniszczył rower małego chłopca i przejechał kogoś, kto w oczach policji wyglądał jak człowiek! To aż trzy zbrodnie i to popełnione w ciągu pięciu minut!
Zanim pomyślałam o tym, aby zacząć uciekać, Nathiel zdążył mnie już chwycić za dłoń i pociągnąć w stronę lasu. Jeszcze nigdy nie trzymał mnie tak mocno. Gdyby nie to, że napędzał mnie strach i nie czułam nic poza własnym, szalonym biciem serca, pewnie zaczęłabym wyć z bólu, bo miażdżył mi wszystkie palce.
Co, jeśli policja nas znajdzie? Co, jeśli zostaniemy ukarani? Wyrzucą mnie ze szkoły? Zamkną w poprawczaku? I co na to wszystko powie moja mama? Przecież nie mogła zostać sama! Czy przebywanie z Nathielem musiało przyprawiać mnie przy każdym spotkaniu o zawał? Życie na krawędzi wcale mi nie odpowiadało! Za bardzo kochałam swoje piekielnie rutynowe życie!
Byłam za bardzo zamyślona i równocześnie zbyt zaniepokojona, aby w porę zorientować się, że mój towarzysz gwałtownie staje na środku lasu. Zaskoczona jego reakcją nie zdążyłam się w porę zatrzymać. Odbiłam się od jego pleców i wylądowałam boleśnie na tyłku.
Co znowu?! Miałam ochotę go udusić!
– Policja. Z drugiej strony  – powiedział, wskazując palcem na małe czarne kropki majaczące się gdzieś w oddali. Auvrey chwycił mnie za dłoń i pociągnął gwałtownie w górę. Nasz szaleńczy bieg w nieznane został wznowiony, tym razem biegliśmy jednak w innym kierunku. Wolałam się nie odzywać, aby nie tracić cennego powietrza, moje płuca i bez mówienia były już na krańcu wytrzymałości. Nie byłam zbyt dobra w bieganiu i z trudem nadążałam za krokami Nathiela. Chwilami czułam się tak, jakbym fruwała w górze, moje nogi ledwo dotykały podłoża.
Wbiegliśmy na pole pełne wciąż nieskoszonego zboża. Złociste kłosy błyszczały dumnie w słońcu, zwiastując nadchodzące żniwa. Kiwały się leniwie na wietrze, sprawiając wrażenie nieprzejętych naszą morderczą ucieczką. Deptaliśmy po nich jak szaleni. Gdyby był tu jakiś rolnik, z pewnością zacząłby nas gonić z motyką po polu.
– N-nie mogę już... dłużej... biec  – powiedziałam zdyszana, dziwiąc się, że miałam w ogóle siłę na wypowiedzenie tych kilku słów.
Nathiel najwyraźniej dosłyszał moje marne błagania, bo już po chwili zatrzymał się na środku pola i odwrócił w moją stronę. Puścił moją dłoń i nie spoglądając w moją twarz, pochylił się ku dołowi, wspierając się dłońmi o kolana. Oddychał szybko, próbując złapać świeże powietrze, nie wyglądał jednak na tak zmęczonego jak ja. Miałam wrażenie, że zaraz padnę w złociste zboże i więcej nie wstanę. Moje płuca i nogi nie były przyzwyczajone do tak ekstremalnego wysiłku.
Również pochyliłam się ku ziemi.
– To... było... ekstra!  – usłyszałam podjarany głos Nathiela.
Spojrzałam na niego bezradnie. Nie miałam nawet siły na sarkazm. Wszystkie pomysłowe myśli otoczone chmurką ironii uciekły z mojej głowy.
– Dawno się tak dobrze nie bawiłem – powiedział Auvrey, prostując się i szczerząc do mnie. W przeciwieństwie do mnie wyglądał już na całkiem wypoczętego i odprężonego. Czy to jakaś ukryta zaleta demonów?
Potrząsnęłam załamana głową, aby zaprzeczyć jego słowom, tylko na tyle było mnie na razie stać.
– Oj, no przestań!  – wykrzyknął. Zaraz chwycił mnie za dłoń i pociągnął do góry. Potknęłam się o jakiś kamień, ale szybko odzyskałam równowagę.
Nathiel szedł tyłem zanosząc się wesołym śmiechem. Patrzył prosto w moją zarumienioną ze zmęczenia buzię. Na jego twarzy widniał szeroki, wręcz bym rzekła urzekający uśmiech. Kiedy byłam przez niego ciągnięta, żałowałam, że nie dał mi chwili na dłuższy odpoczynek. Chętnie położyłabym się w zbożu i zamknęła na chwilę oczy, wyrównując niespokojny oddech. Współczułam przyszłej wybrance Auvreya. Będzie musiała dostosować się do jego tempa.
Jęknęłam znacząco, próbując słabo wyrwać się z jego uścisku.
– Wysiłek dobrze ci zrobił. Uroczo wyglądasz z tymi rumieńcami – stwierdził rozbawiony chłopak, całkowicie ignorując moje nieme prośby o odpoczynek.
Już miałam coś powiedzieć, gdy nagle mój towarzysz potknął się o bliżej nieokreślony przedmiot – prawdopodobnie kamień, bo co innego miało się tutaj znajdować – i poleciał w tył, prosto w zboże, przy okazji ciągnąc mnie za sobą. Wylądowałam na nim, boleśnie zderzając się z nim czołem.
Jęknęłam donośnie.
Co za kretyn. Kto normalny chodzi tyłem po polu, pełnym bliżej niezidentyfikowanych obiektów?!
Otworzyłam oczy i mało nie dostałam zawału. Moja twarz znajdowała się tuż nad twarzą Nathiela, który wyglądał na równie zdziwionego, co ja. Poczułam się, jakby ktoś wsadził mi w żebra paralizator i poraził mnie prądem. Nie mogłam się ruszyć, za to miałam czas na powolne przetworzenie tego, co właśnie miało miejsce.
 Otóż… Leżałam w zbożu i to na klatce piersiowej demona, który patrzył się prosto w moje oczy, jakby próbował znaleźć w nich zrozumienie. To już drugi raz, kiedy czułam na sobie ciepło jego ciała. Zawsze sądziłam, że demony są zimne jak lód, jednak tak nie było. W tym przypadku to ja byłam chłodniejsza i to nie tylko duszą.
Nathiel jako pierwszy przebudził się z szoku. Zamiast zrzucić mnie z siebie i wybuchnąć gromkim śmiechem, zrobił coś zupełnie odwrotnego – wplótł dłoń w moje włosy i przybliżył do mnie swoją twarz. Cała scena wyglądała tak, jakbym za chwilę miała zostać przez niego pocałowana.
Co jest, do cholery?!
Moje serce biło jak oszalałe, a umysł przetwarzał tysiąc różnych myśli na sekundę. Wszystko współgrało ze sobą idealnie, oprócz mojego ciała, które dalej tkwiło sparaliżowane w tej samej pozycji. Już czułam na sobie ciepły oddech Nathiela, który zbliżał się do moich ust. Jeszcze chwila i...
Coś głośno zawarkotało nad naszymi głowami. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
– Co to?  – spytałam przestraszona, gotowa uwierzyć w to, że policja dotarła za nami aż na pole.
Nikt nie musiał odpowiadać na moje pytanie. Zza pleców opierającego się łokciami o podłoże Nathiela wyłoniła się przerażająca maszyna, bezlitośnie kosząca wszystko na swojej drodze. Serce stanęło mi miejscu, a nogi zmiękły – moje mięśnie były teraz miękką watą cukrową, którą ta olbrzymia maszyna najwyraźniej zamierzała pożreć swoimi metalowymi zębiskami.  
Kombajn. Musiał tu cały czas stać. Gdyby się do nas powolnie zbliżał, usłyszelibyśmy go przecież.
Auvrey chwycił mnie za koszulkę i drąc się razem ze mną wniebogłosy, uskoczył w bok. Potoczyliśmy się kilka metrów dalej, a kombajn przejechał tuż obok naszych głów. Spojrzeliśmy po sobie. Nathiel wciąż trzymał mnie za koszulkę, dopiero po chwili rozluźnił uścisk i zjechał dłonią niżej, napotykając moją rękę. Ścisnął ją mocno, jakby chciał przekazać, że sam o mało nie umarł ze strachu.  Mieliśmy tak samo przerażone miny.
– Widziałem śmierć  – wyrzucił z siebie.
Kiwnęłam głową. To wystarczyło, aby potwierdzić, co sama chwilę temu miałam przed oczami.
Oboje spoglądaliśmy za pędzącym przed siebie wielkim, czerwonym kombajnem. W tym momencie przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie pójdę z Nathielem na lody...
***
Zmęczona, oszołomiona i niedowierzająca weszłam do domu. Drżącą dłonią zamknęłam za sobą drzwi.
Przez całą drogę powrotną nie odzywaliśmy się do siebie z Nathielem. Nie wiedziałam, czy to dlatego, że byliśmy o włos od śmierci, czy dlatego, że znaleźliśmy się na polu w bardzo niekomfortowej sytuacji, której nie mogłam zrozumieć. Wciąż zadawałam sobie pytanie: czy Nathiel naprawdę chciał mnie pocałować? A może po prostu chciał mnie wystraszyć, tak jak wcześniej? To byłoby w jego stylu. Nie doczekałam się rozbawionej miny i śmiechu rozlegającego się po całym polu, ze względu na sytuację z kombajnem. Kiedy stoisz o krok od śmierci, nagle wszystko, co wcześniej się działo, przestaje mieć znaczenie. Odtąd dziękujesz wszystkim siłom niebieskim, że pozwoliły ci jeszcze pożyć.
 Chciałam wymazać tę sytuację pamięci. Nie miałam pojęcia, co bym zrobiła, gdyby ten pocałunek doszedł do skutku. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Serce do tej pory biło mi jak oszalałe. Jeszcze chwila i padnę na środku pokoju, umierając w konwulsjach pozawałowych.
Dzisiejszy dzień zdecydowanie był... szalony. Szalony, nienormalny, przerażający, nieprawdopodobny, dziwny i niesamowity. Zaraz. Niesamowity?
Spojrzałam w lustro. Byłam zaczerwieniona na policzkach. Oczy świeciły mi dziwnym blaskiem, zupełnie jakby utonęły w nich gwiazdy. Moje włosy wyglądały, jakbym trafiła na tydzień do buszu, a bluzka i spodnie były umorusane błotem i miały na sobie liczne, choć niewielkie dziury. Słowo daję, wyglądałam jak amazonka. Jak ten dzień mógł być niesamowity? Przecież nie był. Naprawdę nie był. A może jednak?
Potrząsnęłam gwałtownie głową, próbując wyrzucić z umysłu niezgodne z moimi przekonaniami myśli. Jak najprędzej odeszłam od lustra, a potem kolejno ściągnęłam buty, zrzuciłam z siebie bluzę i ruszyłam do kuchni. Chciałam jak najszybciej oczyścić swoje myśli z bzdurnych rozważań.
– Laura!  – wykrzyknęła na mój widok mama.
Podskoczyłam w miejscu przerażona. Nie spodziewałam się jej tutaj. Zazwyczaj kończyła pracę późnym wieczorem, to dziwne, że siedziała w kuchni i to nad kubkiem zimnej kawy. Może to ja straciłam poczucie czasu? Z Nathielem było o to łatwo.
– Margaret przyjeżdża! – Niepokój w jej głosie był równie porażający, co próbujący mnie pocałować Nathiel.
Mama podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramiona. Była tak przejęta, że nawet nie spostrzegła, w jakim stanie byłam. Nie dziwiłam jej się. Były sytuacje, które zdawały się bardziej szokować.
– Ciotka?  – spytałam zdziwiona.
Samo jej wspomnienie wywołało u mnie nieprzyjemne dreszcze.
Nie potrzebowałam więcej tłumaczeń, nie potrzebowałam więcej słów, wiedziałam, że wielkimi krokami zbliża się do mnie jedna ze najgorszych zmor mojej przeszłości. Siostra mojego ojca  – ciotka Margaret.

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 24 - "To nie ta bajka"

Ostatnio podgoniłam do 30 rozdziału. Pomyślałam sobie: "Ej, Naff, masz już tak dużo rozdziałów, że nie musisz ich na razie pisać. Może czas się zająć czymś nowym?". Zajęłam się. Rozpiską drugiego tomu "W cieniu nocy: 3/4 demona" i prequelem "W cieniu nocy", czyli z serii: jak było zanim na świecie pojawił się Nathiel i Laura. W obydwóch stanęłam w kropce. Dziwię się, ale brakuje mi pomysłów. Wypaliłam się D:? Noooooooł! 

POPRAWIONE [31.12.2017]
***
          – Kim ty jesteś, dziewczyno? Pierwszy raz widzę taki przypadek.
Wzruszyłam ramionami, starając się okazać wystarczającą dozę obojętności w tym geście. Nie chciałam nawet spojrzeć w twarz Nathiela, który był teraz zszokowany jak nigdy przedtem. Cieszyło mnie, że mimo wszystko wierzył w moją nieprawdopodobną opowieść. Normalny człowiek już dawno by mnie wyśmiał i stwierdził, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię. Auvrey był jednak inny. Wierzył w to, co ludzie traktowali z pobłażaniem – wierzył w magię, wierzył w demony, a przede wszystkim wierzył mi.
– Od samego początku wiedziałem, że jest z tobą coś nie tak. Ty nawet nie wyglądasz jak normalny człowiek – powiedział z pełną powagą mój towarzysz. Jego delikatnie unoszący się do góry lewy kącik ust zdradzał jednak rozbawienie. Tylko na to czekałam. Wiedziałam, że zacznie sobie ze mnie żartować.
Posłałam mu skrzywiony uśmiech. Nie spodziewałam się pytania, które zadał mi chwilę później:
– To dlatego jesteś taka oschła? Bo ludzie cię zranili?
Poczułam się jak zwierz, który jeży się na dźwięk ludzkich słów. Starałam się ukryć mój obronny gest w postaci napiętych do granic możliwości mięśni i nerwów. Wzruszyłam ramionami, co było dobrym elementem maskującym.
Być może było w tym trochę prawdy. Wcześniej, za czasów dzieciństwa i aż do końca podstawówki, byłam słabą, płaczliwą dziewczynką, która polegała tylko i wyłącznie na swojej przyjaciółce. Zawsze byłam w cieniu Amy, która lśniła jak gwiazda polarna w bezchmurną noc. Wiecznie radosna, zabawna, towarzyska. Kim byłam ja, stojąc tuż za jej plecami? Szarą istotą bojącą się własnego cienia, której strach szybko przerodził się w nienawiść do ludzi. Nasi rówieśnicy często dziwili się, dlaczego jesteśmy przyjaciółkami. Na okrągło powtarzali Amy: „Zostaw ją, jest dziwna”, pytali: „Czemu ty się z nią jeszcze zadajesz?”, a ona śmiała się tylko i odpowiadała grzecznie: „Widzę w niej więcej magii niż wy”. Nigdy tak naprawdę nie wyszłam z jej cienia. Raczej oddaliłam się od niego i stałam samodzielną jednostką, która dobrowolnie wyłączyła się z rówieśniczego życia szkolnego.  Nauczyłam się traktować innych jak obiekty do obserwacji, nie jak na ludzi, którzy mogli mi zrobić krzywdę. Starałam się nie wpuszczać do mojego serca nikogo obcego. Przez całe moje życie tylko dwie osoby miały do niego dostęp – mama i Amy, nikt więcej.
– Jesteś głupia – podsumował mnie Nathiel, mało nie zwalając mnie tym komentarzem z ławki. – Ojciec wybił całą moją rodzinę, zostawił mnie na pastwę losu i co? Jakoś zachowałem swój ognisty charakterek – mówiąc to, pstryknął mnie boleśnie w czoło. – Ani trochę się nie zmieniłem.
Skrzywiłam się i pomasowałam obolałe miejsce. Miałam ochotę go przekląć. Powinien przestać ganiać za tymi cholernymi demonami, bo nawet jeden jego palec potrafił zadać nieznośny ból. Jeżeli nie zostawił mi po sobie czerwonej pamiątki na skórze, będę zdziwiona.
– Jesteś tak naprawdę słaba, wiesz? Masz tylko cięty język – powiedział rozbawiony Nathiel.
Powoli zaczynałam żałować, że cokolwiek mu powiedziałam. Człowiek otwiera serce przed demonem, a demon depcze je i krzyczy: „Taki wał!”.
Wcale nie uważałam, że moja przeszłość jest straszniejsza od tego, co przeżył Nathiel. Nie każdy był jednak tak silny psychicznie jak on. Jeżeli chodziło o mnie, byłam zwykłym tchórzem, który nie potrafił o siebie zadbać i za każdym razem potrzebował czyjejś pomocy. Tak było już od dziecka. Najpierw polegałam na matce, potem na Amy, a teraz na tym przeklętym łowcy. Zachowywałam się trochę jak demon, kryjący się w cieniu i czerpiący energię od innych.
Zamyśliłam się, dlatego kiedy zobaczyłam przed sobą twarz Nathiela, aż podskoczyłam do góry. On jednak się tym nie przejął. Spytał mnie konspiracyjnym szeptem:
– Dalej masz takie odpały?
Spojrzałam na niego pytająco, próbując jakoś ukryć rumieniec, który zaatakował moje policzki. Zauważyłam, że przy Auvreyu starałam się maskować wiele z moich fizycznych reakcji, za to moja psychika zdawała się do niego rozpaczliwie uciekać. Bo czy to nie dziwne, że bez wahania opowiedziałam mu o swoim dzieciństwie? Nigdy o czymś podobnym nie myślałam, nawet wtedy, kiedy Deaniel był jeszcze moim przyjacielem. To zupełnie inny rodzaj porozumienia, na razie nie potrafiłam go jednak nazwać.
– No, wiesz, że się wkurzasz i wszystko wokół ciebie fruwa. – Zmarszczył zabawnie czoło i nos.
Uśmiechnęłam się lekko, ledwo dostrzegalnie.
– Nie. To już dawno minęło. Ostatni raz zdarzyło mi się „czarować” w ostatniej klasie podstawówki – odpowiedziałam.
Łowca demonów zmrużył oczy, założył ręce na piersi i zwrócił się przodem do księżyca. Teraz mogłam oglądać jego profil z bliska, nie przejmując się tym, że przyłapie mnie na gorącym uczynku.
Lubiłam ten lekko zadarty nos, który przypominał mi, że pomimo wieku, wciąż był pewnym siebie smarkaczem, który niczego się nie boi.
– Czym ty jesteś, co? – zapytał ciekawskim głosem Nathiel. – Demonem na pewno nie. Kolor oczu totalnie się nie zgadza. Może twoje tęczówki są zielone, ale to zupełnie nie ten odcień i zdecydowanie za jasna barwa. – Znowu się ku mnie pochylił. Te ciągłe naruszanie mojej strefy intymnej zaczynało mnie lekko irytować. Nie lubiłam, gdy ktoś był tak blisko mnie. Pragnęłam wtedy wziąć nogi za pas i uciec daleko w ciemny las. Tymczasem Nathiel wgapiał się bezczelnie w moje oczy, jakby chciał znaleźć w nich spisaną w słowach odpowiedź. Mogłabym pomyśleć, że stosuje na mnie jeden ze swoich tanich podrywów, nie pasowała tu jednak jego niesamowicie skupiona twarz. Naprawdę starał się znaleźć odpowiedź na moją inność.
– Jestem człowiekiem i nie widzę żadnej innej opcji – powiedziałam chłodno, nie spuszczając z niego oczu. Zachowywałam się trochę jak nieufna sarna, która była gotowa do ucieczki w każdej chwili.
– A może kosmitą? Bladym, zielonookim, no i przede wszystkim dziwnym kosmitą – skomentował z wyszczerzonymi jak drapieżnik zębami.
Miałam ochotę pacnąć go w ten durny łeb.
Nigdy nie żal się demonowi – zapisać na czole niezmazywalnym pisakiem.
– Żartuję – odparł chłopak, zanosząc się wesołym śmiechem.
Spojrzałam w jego uroczo rozbawioną twarz. Obojętnie w jakiej sytuacji się znajdował, wyglądał przystojnie. Nawet wtedy, kiedy jego usta wykrzywiały się z niezadowolenia. Może to jakaś demoniczna zależność? Może każdy demon był przystojny? Może pomagało im to w zdobywaniu energii?
– Masz ochotę się przejść? Cała noc przed nami – powiedział Nathiel, wzruszając beztrosko ramionami.
Cóż, i tak bym nie zasnęła. Bałabym się, że znowu mi się coś przyśni. Przechadzka z Nathielem to nie taki znowu zły pomysł. Może to dziwnie zabrzmi, ale ostatnio polubiłam jego towarzystwo. Było specyficzne, ale całkiem znośne.
W odpowiedzi skinęłam głową.
Chłopak wstał z ławki, wyciągnął się na palcach stóp i sięgnął dłońmi do samego nieba. Jego kręgosłup wygiął się w łuk, znacząco chrupiąc. Wyglądał jak kot, który właśnie budził się z nocnej drzemki. Na jego twarzy widniał uśmiech małego łobuza. Nie spodziewałam się, że nagle wystawi w moją stronę dłoń. Zapatrzyłam się w nią, przez co zareagowałam ze sporym opóźnieniem – na szczęście w końcu chwyciłam go za rękę i z jego pomocą zostałam postawiona do pionu. Myślałam, że zaraz po tym włożę zmarznięte dłonie do kieszeni spodni. Zdziwiłam się, kiedy Nathiel mnie nie puszczał, na dodatek wgapiał się prosto w moje oczy i uśmiechał, jak gdyby nigdy nic. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi.
– Cieszę się, że opowiedziałaś mi tę historię – powiedział w końcu.
Puścił mnie i tą samą dłonią poklepał mnie po głowie, zupełnie jakbym była małym dzieckiem.
Nachmurzyłam się. W jakiś sposób zrobiło mi się głupio, więc spojrzałam w bok.
Cześć, jestem Laura Collins, mam siedemnaście lat i… pierwszy raz otworzyłam się przed Nathielem – utrapieniem moich ostatnich miesięcy. Do tej pory nie wiedziałam czy to dobrze, czy źle, o dziwo nie czułam jednak zawodu. Wręcz przeciwnie. Byłam szczęśliwa.
***
Do domu wróciłam o siódmej nad ranem. Idealna godzina, aby zacząć szykować się do szkoły.  Nie czułam zmęczenia, byłam naładowana pozytywną energią, choć pewnie do czasu, gdy nie wyląduję z głową na szkolnej ławce, śliniąc zeszyt od angielskiego.
Uśmiechnęłam się do siebie pobłażliwie i ruszyłam do kuchni, aby przyrządzić sobie tosty. Przy stole siedziała już moja wyjątkowo zaspana matka z kubkiem gorącej kawy w ręku. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Najwyraźniej zdziwiło ją to, że w przeciwieństwie do niej jestem dzisiaj pełna energii i radości. Zazwyczaj było odwrotnie. Można by pomyśleć, że podczas snu podkradłam jej życiodajną moc, napędzającą ją do działania.
– Coś się stało? – spytała, dostrzegając na mojej twarzy uśmiech.
– Miły sen – odpowiedziałam, podchodząc do niej i składając na jej policzku krótkiego, powitalnego całusa. – Jak się spało?
– Za krótko.
Naprawdę jej współczułam. Musiała robić coś, czego nienawidziła. Wstawała wcześnie rano tylko po to, żeby pójść do biura i oddać się papierkowej, nudnej robocie, która i tak była mało opłacalna. Ostatnio nie miała nawet czasu, aby porządnie zjeść. Chudła i marniała na moich oczach.
Westchnęłam cicho i z odrobinę gorszym humorem wrzuciłam do opiekacza dwa tosty naszpikowane serem i ketchupem – ulubiony przysmak albinosów z rana.
Nathiel. Tylko on chodził mi teraz po głowie. Nic dziwnego, w końcu spędziłam z nim całą noc. Po moim dziwnym wyznaniu stał się naprawdę miły, choć oczywiście Nathiel nie byłby Nathielem bez swoich głupkowatych, ironicznych docinek. A ponoć sarkazm był domeną inteligentnych ludzi…
Całą noc spędziliśmy chodząc po parku. Oglądnęliśmy wspólnie wschód słońca. Wygłupialiśmy się. Auvrey opowiedział mi nawet kilka historii ze swojego dzieciństwa. Tylko on mógł ukraść rower jakiejś dziewczynce i przejechać nim demona. Jego nienawiść do tego gatunku stworzeń była potężna. Nie sądzę, aby jakikolwiek łowca nienawidził demonów bardziej od niego.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Dokładnie pamiętałam jego ostatnie słowa, które skierował w moją stronę na pożegnanie. „Lubię cię, wiesz? Jesteś okropną jędzą, ale cię lubię. No i w jakiś sposób się cieszę, że to właśnie do mnie zadzwoniłaś”. To brzmiało zbyt otwarcie, jak na moje gusta, ale sprawiło mi radość. Nawet jego zaskakujący, żegnający gest w postaci przytulenia nie wydawał się taki zły. Cieszyłam się, że choć raz spędziliśmy wspólnie normalną noc, nie wyzywając się i nie skacząc sobie do oczu. Może była dla nas nadzieja i mimo skrajnie różniących się charakterów, mogliśmy dojść do porozumienia? Nathiel nie byłby złym przyjacielem. Przynajmniej by mnie bronił.
Czerwona lampka na tostownicy zgasła, co oznaczało, że mój posiłek był gotowy. W lekkim zamyśleniu zaczęłam ściągać nożem przyklejone do nagrzanej płyty tosty. Po raz pierwszy, kiedy to robiłam, oparzyłam się. Zrzuciłam winę na moje niedospanie.
Syknęłam cicho i zamachałam odruchowo ręką w powietrzu, aby ostudzić zapał mojej dłoni.
Mama spojrzała na mnie ze znaczącym uśmiechem.
– Jesteś zamyślona – stwierdziła, a jej zmęczone oczy zabłyszczały ciekawością. – To wygląda, jakbyś była...
Zakochana. Tak, doskonale wiedziałam, co chciała powiedzieć moja mama.
Niestety, to nie ta bajka.
***
– Nathiel.
Blondyn podążał wzrokiem za swoim rozszalałym przyjacielem, który wyglądał tak, jakby przeżywał właśnie nastoletni kryzys emocjonalny. Z jego ust co rusz wydobywał się poirytowany, bliżej nieokreślony dźwięk, a jego mina wskazywała na bezradność wymieszaną z gniewem. Czarne włosy były nerwowo targane przez rozcapierzone palce. Co rusz cierpiały poszczególne przedmioty zgromadzone w salonie. Na podłodze zdążyły już wylądować wszystkie poduszki i książki, które z pewnością nie należały do rozszalałego łowcy.
– Nathiel – powtórzył raz jeszcze Sorathiel, wciąż tym samym spokojnym głosem. Spoglądał na swojego przyjaciela znad lektury. Auvrey nie zwracał na niego uwagi. Dalej rzucał przeróżnymi rzeczami po pokoju, jakby go sam Szatan prowadził jego dłońmi.
– Nie mogę! No, nie mogę! – wykrzykiwał co rusz. W pewnym momencie rzucił się na łóżko, chwycił za poduszkę z gołą, mangową dziewczynką i przykrył nią twarz od niecenzuralnej strony.
Sorathiel westchnął cicho i odłożył książkę na kolana. Nie mógł dłużej ignorować tego zachowania.
– Ostatnim razem zachowywałeś się tak, gdy nie mogłeś znaleźć swoich skarpetek w renifery – powiedział.
Nathiel odkrył poduszkę z twarzy i spojrzał krzywo na swojego przyjaciela. Nie odpowiedział.
– Co się stało? – dopytywał blondyn.
Demon powrócił gwałtownie do pozycji siedzącej. Spojrzał w sufit, zmarszczył czoło, a następnie z głośnym jękiem z powrotem położył się na łóżku i owinął szczelnie kołdrą. Wyglądał teraz jak ludzki, gigantyczny naleśnik.
– Zachowujesz się jak nastolatka – mruknął Sorath, unosząc brew do góry. – Rzucasz się po łóżku, robisz chaos, milczysz, nie chcesz mi powiedzieć, co się stało i robisz obrażone miny. Co cię napadło? Wiem, że miewasz dziwne napady energii, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie.
Nathiel bez słowa przeturlał się ze swoją kołdrą na podłogę, a Sorathiel przewrócił oczami.
– Skoro nie chcesz mi powiedzieć, co się stało, to może odpowiedz mi przynajmniej na pytanie – mówiąc to, blondyn pochylił się do przodu i złożył ręce – gdzie byłeś w nocy?
– Z Laurą – odpowiedział cicho Nathiel.
Jego przyjaciel zmarszczył czoło.
– Już nie z bladą dupą albinosa? – spytał.
– Nie.
– Więc byłeś z Laurą.
Sorathiel spojrzał w sufit i zamyślił się.
– Czyżby była powodem twojej irytacji?
– Ta – burknął Nathiel.
– Rozumiem. – Spojrzał na czarnowłosego, który rozwinął się właśnie z kołdry. Leżał teraz na podłodze z rozłożonymi na bok ramionami, spoglądając w nieznane przestworza znajdujące się gdzieś poza sufitem. Jego mina wskazywała na załamanie, co nie było codziennym widokiem. Sorathiel był pewien, że coś go mocno poruszyło. Nathiel nigdy się tak nie zachowywał. Owszem, był szaleńcem, ale nie takim, co rzucał się po ścianach i podłogach, szukając odpowiedzi na prześladujące go zmory.
– Myślę. Cały czas myślę. To takie irytujące – odpowiedział w końcu, nie spuszczając oczu z sufitu.
Blythe był zdziwiony, że jego przyjaciel użył słowa „myśleć”. Zazwyczaj mózg demonicznego łowcy pracował na niskich obrotach. Może dlatego zachowywał się teraz jak dzika nastolatka?
– Rozumiem, że to dla ciebie ciężka czynność. – Blondyn posłał demonowi znaczące spojrzenie, na co ten się skrzywił. – Dobrze, o czym tak uparcie myślisz? – zapytał już na poważnie.
– Raczej o kim – poprawił go Nathiel.
– Więc o Laurze.
Milczał. Sorathiel dopiero teraz zrozumiał, co tak naprawdę dręczy jego przyjaciela. Ten fakt sprawił, że parsknął niepohamowanym śmiechem. Naprawdę aż tak go to zdenerwowało?
– Czego głupio rżysz? – zapytał poirytowany łowca.
– Naprawdę tak trudno przyjąć ci to do świadomości? Czy może wciąż nie odkryłeś, co cię dręczy? – spytał rozbawiony blondyn.
Auvrey przeniósł się z pozycji leżącej do siedzącej.
Myśli atakowały jego głowę, sprawiając, że był zmieszany bardziej niż koktajl zawierający wszystkie najohydniejsze składniki tego świata, włączając w to rybie głowy i brokuły, których nienawidził. Nie mógł tego znieść. Zazwyczaj jego umysł działał w jednoznaczny sposób, to znaczy kiedy chciał zjeść jajecznicę, to właśnie ją jadł – uprzednio dręcząc Sorathiela, żeby został jego gospodynią domową, bo inaczej nie da mu żyć. Teraz myśli było kilka, a każda z nich wiązała się z tą samą osobą. Jej twarz, jej głos, jej gesty, słowa – wszystkie wspomnienia i odczucia mieszały się w jego umyśle, jak w wielkim kotle wiedźmy, a najgorsze było to, że żadne z nich nie było złe!
Może to chwilowe? A może działo się tak od dłuższego czasu i dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę? Nie wiedział, nie ogarniał, nie pamiętał. Chaos władał nad wymęczonym uciążliwymi myślami umysłem. Zdawało mu się, że jeszcze chwila i jego głowa eksploduje.
Poczochrał nerwowo włosy.
Precz, niewdzięcznico, precz.
– To irytująca, wredna małpa, która nie potrafi sobie poradzić z żadnym niebezpieczeństwem. Jest dziwna, nikogo nie lubi, ironizuje, denerwuje mnie jak mało kto, jest inna i to moje totalne przeciwieństwo – zaczął wymieniać. – Wczoraj płakała, wiesz?
Sorathiel uniósł tylko brwi.
– Płakała, trzymając głowę o, tu – mówiąc to, Nathiel wskazał palcem na swoją pierś. – A ja ją tuliłem, bo do cholery było mi jej jak nigdy szkoda. Opowiedziała mi o sobie, pokazała zupełnie inną stronę swojej osobowości i… inne takie pierdoły. I wiesz co? Uznałem, że nie jest taka zła – powiedział zirytowany i chwycił się za głowę.
Spojrzał załamany na swojego przyjaciela, zupełnie jakby właśnie przeżywał największą tragedię swojego życia, a potem powiedział:
– Sorath, ona zaczęła mi się podobać!