sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 25 - "Nie dla ciebie takie ciacho"

I jest. Mój faworyt wśród ostatnich rozdziałów. Jest taki kochany i szalony! Ostatni taki przed prawdziwym dramatem. Będzie smutek, żal, rozpacz i... cholera wie, co jeszcze. Laura mi nie wybaczy D: znajdzie mnie w raz z Nathielem i zadźgają wspólnie tępym nożem. Przykro mi :c. 
Ogółem wstawiam rozdział z komórki D: więc błędy mogą się pojawić!
***
     - Czy naprawdę aż tak cię to przeraża?
     Sorathiel wcale niezdziwiony wcześniejszą reakcją swojego przyjaciela, spoglądał w jego twarz, próbując zrozumieć jego poruszenie i niepokój.
     - Sorath - zaczął załamany Nathiel. - Zrozum to. Mój ideał był zupełnie inny! Zawsze marzyłem o długonogiej, pięknej dziewczynie o ciemnych włosach, która będzie miała spore argumenty - mówiąc to, chłopak zarysował w górze dwa, niewidzialne pagórki.
     Sama myśl o tym sprawiła, że na jego twarzy pojawił się szeroki, rozmarzony uśmiech.
     - Ta właśnie dziewczyna miała być miła, kochana, słodka i... do cholery! Laura taka nie jest! To dokładna jej przeciwność! - wykrzyknął oburzony. - Laura nie ma długich nóg, jest mała, drobna, chuda jak patyk, no, niech jej będzie, jest w miarę ładna i nie brakuje jej krągłości, ale jest blada jak... - tu przerwał, zastanawiając się nad całkowicie nowym porównaniem, którego jeszcze nie użył. - Mam! - wykrzyknął, wystawiając palec wskazujący do góry. - Jakbyś postawił gołą Laurę obok świeżo pomalowanych farbą firmy coral ścian, wcale byś jej nie zobaczył! Wtopiła by się w otoczenie jak kameleon!
     Sorathiel przyłożył dłoń do czoła w geście załamana i westchnął cicho. Porównania nie są dobrą stroną Nathiela, zdecydowanie.
     - No i przede wszystkim mrozi otoczenie jak niezniszczalna zamrażarka Hugha!  Prawie w ogóle się nie uśmiecha i rzuca ironicznymi tekstami jak gołąb tym, co zjadł o poranku, lecąc pod błękitnym niebem!
     - Poetą to ty nie będziesz - powiedział blondyn, uśmiechając się znacząco.
     - Pieprz się, Sorath! Przeżywam kryzys, rozumiesz?! - wykrzyknął oburzony Nathiel.
     - Nie, ale kontynuuj, ciekawie się ciebie słucha - odpowiedział brązowooki.
     Auvrey rzucił go swoją mangową poduszką. Na szczęście Sorathiel zdążył się uchylić, dzięki czemu mordercza broń czarnowłosego, walnęła z głuchym trzaskiem w drzwi.
     - Poza tym... - Nathiel przerwał wypowiedź i poczochrał nerwowo swoje włosy. - Nie chcę narażać jej na niebezpieczeństwo.
     - I tak nagrabiła sobie u Gabrielle. Doskonale wiesz, że tak łatwo nie odpuszcza - blondyn spojrzał znacząco na swojego przyjaciela. - Zamiast użalać się nad sobą, przyjmij do świadomości fakt, że coś do niej czujesz i chroń ją przed niebezpieczeństwem.
     Nathiel milczał, wpatrując się beznamiętnie w swojego towarzysza rozmów. Rzeczywiście. Miał racje. Nie powinien wariować tylko dlatego, że spodobała mu się Laura. Przecież nie oszuka własnych myśli, musi się pogodzić z tym faktem. Ochrona przed niebezpieczeństwem także się jej przyda. Laura przyciągała kłopoty jak magnes.
     Czarnowłosy westchnął cicho.
     - To co ja mam zrobić? - spytał, spoglądając na Sorathiela spode łba.
     - Zaproś ją gdzieś.
     Nathiel oparł się na dłoni i spojrzał zamyślony w sufit. Zaprosić? Może to nie taki zły pomysł. Chwila. Jest za biedny na restauracje - wszystkie swoje oszczędności wydaje na mangi i świerszczyki, do domu nie zaprosi jej na kolacje, bo nie umie gotować, romantyczny spacer przy zachodzie słońca może być podejrzany - w końcu nie chce się tak łatwo wydać, może ją zniechęcić swoją nagłą uczuciowością, więc... co może zrobić, aby spotkanie wyglądało na jak najbardziej towarzyskie?
     Z nagła go olśniło.
     - Wiem! - wykrzyknął triumfalnie, od razu podnosząc się z ziemi. - Jestem genialny! - dodał, zanosząc się szaleńczym śmiechem.
     Zadowolony z siebie, wyszedł z pokoju. Sorathiel spojrzał za nim i potrząsnął głową z niedowierzaniem. Dlaczego miał wrażenie, że to się dobrze nie skończy? Nagłe olśnienia i pomysły Nathiela nie wróżyły nic dobrego. O tym fakcie wiedział już od dziecka. Do tej pory w głowie tkwiło mu wspomnienie z dnia jego 9 urodzin, gdy Nathiel z nagła wykrzyknął: "mam pomysł!". Jego pomysłowość zakończyła się na tym, że podpalił fajerwerkami firankę w organizacji. Gdy inni, przerażeni łowcy gasili rozprzestrzeniający się pożar, Nathiel skakał w miejscu, jakby dostał nagłego adhd i ciągnąc go za rękaw, krzyczał: "Patrz, patrz! Jara się! Ahahaha! Wszystkiego najlepszego, Sorath!".
     Blondyn mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie tego zdarzenia. Uśmiech jednak szybko zszedł mu z twarzy i ustąpił miejsca poważnemu wyrazowi. Nie był w tym pokoju sam.
     - Mniemam, że masz inne zdanie na temat związku Nathiela z człowiekiem, Blazierze? - spytał cicho, spoglądając w okno.
     - Związek demona i człowieka nie zapowiada nic dobrego - rozległ się męski, tajemniczy głos znikąd.
     Sorathiel spojrzał w stronę swojego cienia, który z nagła się wydłużył.
     - Nathiel jest najbardziej ludzkim demonem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Daj mu szansę.
     - Nathiel to idiota - rozległ się ponownie głos. - Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mu spłodzić pół człowieka, pół demona, nie opędzi się od departamentu kontroli demonów.
     - Nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.
     Sorath uśmiechnął się pod nosem.
     - Demon powinien być z demonem. Nathiel nie może bawić się w człowieka - prychnął głos.
     - Koniec tego.
     Chłopak uniósł dłoń do góry, zakazując dalszego, bezcelowego dialogu.
     Nikt nie będzie obrażał jego przyjaciela. Jeżeli chce być człowiekiem, to nim będzie i nikt nie rozkaże mu bawić się w demona, szczególnie jego niewdzięczny, demoniczny informator Blazier.
     - Jeżeli masz mi do przekazania jakieś ważne informacje ze świata demonów, mów. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia, znikaj.
***
     "Mam ochotę na loda!"
     Sms, którego dostałam kilka sekund temu, odbijał się echem od ścian mojego mózgu, przeistaczając się w głośno wypowiedzianą głosem Nathiela myśl. Mam ochotę na loda. Co za absurd. Kto normalny pisze takiego smsa dziewczynie? Już lepszą opcją byłoby napisanie: "chodźmy na lody", lub "masz ochotę na lody?". Czy ja naprawdę mam zacząć źle o nim myśleć?
     Ciężko wzdychając, odpisałam na bzdurnego smsa, następującymi słowami: "To kup go sobie". Nie musiałam zbyt długo czekać na odpowiedź. Zaraz dostałam zwrotną wiadomość o treści: "To chodź ze mną. Chyba, że wolisz zrobić je ręcznie".
     Przewróciłam oczami. Nie zdążyłam nawet przemyśleć odpowiedzi, a dostałam następnego smsa: "Jestem pod twoim domem". A więc to tak w dzisiejszych czasach zaprasza się dziewczyny na spotkanie? Mam ochotę na loda, nie pytam cię czy chcesz iść, idziesz i już, bo czekam na dole, a jak nie wyjdziesz, gorzko tego pożałujesz.
     Zrezygnowana, wyjrzałam za okno. Nathiel dostrzegł mnie i pomachał mi wesoło ręką. Na jego twarzy widniał szeroki, radosny uśmiech. Wyglądał tak, jakby dostał nową zabawkę i chciał się nią pochwalić na dzielni. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Co się stało przyczyną jego towarzyskości? Czy aż tak podobało mu się nasze ostatnie spotkanie?
     Odrywając się od okna, chwyciłam za pierwszą lepszą bluzę i zakładając ją na siebie, wyszłam z pokoju. Tak naprawdę mogłam powiedzieć mu: nie mam ochoty na dzisiejsze obcowanie z twoją osobą, ale... najzwyczajniej w świecie mi to nie przeszkadzało. O ile jeszcze niedawno jego obecność sprawiała, że miałam ochotę wziąć nóż i pozbyć się go, zakopując zwłoki własnymi dłońmi w lesie, tak teraz, najzwyczajniej w świecie go polubiłam. Nie, nie zastąpi mi Deaniela, to pewne. Nie lubię go też tylko i wyłącznie za to, że mi pomaga i czuję się przy nim bezpieczna. Odkryłam w nim coś zupełnie nowego.
     Docierając na dół, ubrałam swoje czarne baleriny i wyskoczyłam z domu.
     - Jakbyś chciał się umówić z dziewczyną na randkę słowami: "mam ochotę na loda", to... nie chciałabym znać jej reakcji - powiedziałam, nie witając się z Nathielem.
     Na mojej twarzy pojawił się morderczy uśmiech.
     - A kto powiedział, że właśnie ciebie nie zaprosiłem na randkę? - spytał zdziwiony moją wypowiedzią Nathiel.
     Stanęłam jak wryta, przypatrując mu się z pewnym przerażeniem w oczach. Na moment jego wypowiedź mnie sparaliżowała. Randka? To jest randka? Zaprosił mnie na nią? Co? Żartuje sobie ze mnie? Tak, to na pewno jakiś chory żart.
     Czarnowłosy z nagła wybuchnął swoim irytującym, szaleńczym śmiechem. Mało nie upadł na ulicę i nie zaczął się po niej tarzać, tak mu było zabawnie. Mnie było trochę mniej.
     - N-naprawdę uwierzyłaś?! - wykrzyknął. - No, przestań! Ja, ty i randka?! - spytał rozbawiony. - Nie dla ciebie takie ciacho, droga Lauro - zakończył iście seksownym głosem, przeczesując swoje włosy gestem boskiego Alvaro.
     Nachmurzyłam się.
     - Pewnie. Dla mnie sucha mąka i cukier - mruknęłam, wymijając go i idąc przed siebie.
     - Mąka i cukier to podstawa ciasta. Może kiedyś skompletujesz całość i ciacho się do ciebie uśmiechnie - powiedział, puszczając do mnie oczko.
     - I tak się ciągle głupio szczerzysz. Poza tym... - mówiąc to, spojrzałam w twarz Nathiela, idącego obok mnie. - Kto powiedział, że jesteś ciachem?
     Nathiel zastanowił się na moment w iście artystyczny sposób.
     - Ja - odpowiedział z wyszczerzem. - I one.
     Tu, skinął głową na dziewczyny, idące po drugiej stronie ulicy. Miał racje. Wyjątkowo podjarały się tym, że widzą Nathiela. Błagam, co w nim takiego jest? Może i twarz miał ładną, ale charakterem i usposobieniem przebijał wszystko. Idę o zakład, że nie przeżyły by z nim jednej godziny. No, chyba, że tylko dla mnie jest tak irytujący.
     Spojrzałam prosto w jego szmaragdowe oczy.
     Nie. Jednak nie. Wszystkich irytuje tak samo.
     - Dla mnie jesteś jak - zastanowiłam się przez chwilę, wbijając spojrzenie w niebo. - Precel.
     Nathiel spojrzał na mnie pytająco z ukosa.
     - Słony w środku i słony na zewnątrz - mruknęłam.
     - Degustowałaś? - zapytał, cudem powstrzymując się od śmiechu.
     Przewróciłam oczami.
     - Nie. Chodzi mi o to, że jesteś do bólu przewidywalny. Wiem, że precel jest słony i w środku i na zewnątrz, tak jak wiem to, czego mam się po tobie spodziewać - odpowiedziałam spokojnie.
     - Jesteś pewna, że cię nie zaskoczę? - spytał uwodzicielskim głosem, stając tuż przede mną.
     Spojrzałam na niego bez żadnego strachu. Nie bałam się go. Co mógł mi zrobić? Zadźgać tępym nożem? Ściągnąć koszulkę i zacząć świecić gołą klatą? Porwać mnie na ręce i biegać po ulicy z szaleńczym krzykiem: "Zabierzcie ją ode mnie, przykleiła się do mnie!"? Pocałować mnie?
     Nim spostrzegłam, Nathiel chwycił za mój podbródek i uniósł go delikatnie do góry, przybliżając się do mnie tak blisko, że mało nie zabrakło mi przestrzeni osobistej. Spojrzałam prosto w jego oczy, w lekkim przerażeniu, a tymczasem Nathiel ominął moje usta i skierował się w stronę ucha, gdzie szepnął:
     - A jednak cię zaskoczyłem.
     Odskoczyłam do tyłu, obdarowując go spojrzeniem pełnym złości. Zrobiło mi się naprawdę gorąco.
     - Prędzej przeraziłeś - odparłam, chmurząc się.
     - Zarumieniłaś się! - wykrzyknął Nathiel na całą ulicę, wskazując na mnie palcem.
     Miałam ochotę ukryć się w jakiś krzakach. Ludzie patrzyli na mnie i ukrywali uśmiechy rozbawienia. Czy to takie dziwne, że się zarumieniłam? Przerażenie i zaskoczenie sprzyja nagłemu skokowi adrenaliny. Adrenalina sprawia, że powiększają ci się źrenice, twój oddech staje się płytszy, a serce szybciej zaczyna ci bić, dzięki czemu ogromna ilość czerwonych krwinek dociera do każdego zakątka twojego ciała i szczególnie mocno ukrwionych polików. Tak. Muszę przyjąć właśnie taką teorię.
     - Chodźmy - burknęłam, wymijając go z pochyloną ku dołowi głową.
     - Zobaczyłem na twoim ciele coś, co jest czerwone, a nie blade! - wykrzyknął czarnowłosy.
     Zakryłam twarz dłonią, widząc przechodzących obok, zdziwionych ludzi. Nathielu, zostawiłeś im niezłe pole do myślowych popisów. Cóż takiego czerwonego może znajdować się na moim ciele? Chyba nikt by nie wpadł na to, że chodzi o zarumienione poliki.
     Westchnęłam ciężko, potrząsając głową z niedowierzaniem. Jeszcze chwila i mój mózg eksploduje od nadmiaru głupoty i obecności Nathiela. Zdecydowanie za często się z nim spotykam.
     - Zawstydzona? - spytał chłopak, szczerząc się w moją stronę - Normalnie nie wi...
     Nim zdążył dokończyć swoją wypowiedź, zatkałam dłonią jego buzię.
     - Zamilcz, preclu - powiedziałam groźnie, spoglądając na niego spode łba.
     Nathiel zabrał ze swojej twarzy moją dłoń i mrugnął do mnie uwodzicielsko.
     - Chcesz mnie spróbować? - spytał.
     - Zabić? - zapytałam, udając radość. - Oczywiście! Od początku naszej znajomości o tym marzę!
     - Przykra jesteś - odpowiedział Nathiel, pstrykając mnie mocno w czoło.
     Poczułam, jakby ktoś mi w nie wbijał tysiące szpilek. Niech cię szlag weźmie, Nathielu Auvrey! Masz więcej siły w jednym palcu, niż szarych komórek w mózgu! O ile w ogóle demon ma mózg. Może miał tylko coś, co go przypomina. Gąbkę na przykład. Gąbkę, która wchłaniała w siebie całą głupotę ludzką, znajdującą się w jej obrębie.
     Umilkłam, rozmasowując swoje obolałe czoło. Nathiel najwyraźniej uznał, że wygrał tą bitwę. Szedł tuż obok mnie wesołym krokiem i gwizdał jakąś radosną piosenkę. Dlaczego w mojej głowie pojawiły się wizje i tysiące sposobów na to, jak mogę się go skutecznie pozbyć? Z tego byłby niezły film na YouTube.
     Potrząsnęłam głową i wzięłam głęboki wdech. Opanowanie przede wszystkim. Nikt oprócz mnie, nie podłoży dynamitu pod moją lodową ścianę.
     - Jesteśmy na miejscu - odezwał się uradowany Nathiel.
     Spojrzałam w stronę małej budki na lody, gdzie stała starsza, miło wyglądająca pani. Zielonooki podbiegł do niej jakby miał nitro w butach. Osobiście wolałam stanąć z boku. Obojętny był mi wybór smaku loda. Nie lubiłam tylko miętowego i cytrynowego smaku.
     Nim się obejrzałam, Nathiel pędził w moją stronę z dwoma wafelkami, wypełnionymi po brzegi lodową, słodką mieszanką. Dostałam do ręki coś, co przypominało mi lody bakaliowe. Spojrzałam zdziwiona na zielonookiego. Skąd wiedział, że to mój ulubiony smak?
     - Na zdrowie - powiedział tylko, śmiejąc się w moją stronę.
     Nie odzywaliśmy się do siebie długi czas. Nie wiem, czy była to kwestia spożywanych lodów, czy braku tematu rozmów. Cisza, która nas opanowała, wcale mi nie przeszkadzała. Czasami wolałam pomilczeć, niż zatracać się w bezsensownym dialogu, tak charakterystycznym dla ludzi w naszym wieku.
     Spojrzałam w twarz Nathiela. Uśmiech nie schodził mu z twarzy nawet wtedy, gdy jadł swoje czekoladowe lody. Wciąż patrzył się przed siebie. Czyżby prowadził w swoich myślach zabawny monolog? Może po raz setny komentował odcień mojej skóry lub śmiał się z mojej osoby. W końcu tyle we mnie było śmiesznych detali.
     Gdy spostrzegł moje zainteresowanie jego twarzą, spojrzał i na mnie. Jego mina wyglądała na coraz bardziej zdziwioną.
     - Laura - zaczął z pełną powagą, co niemalże mnie przeraziło. - Nie patrz mi się prosto w oczy, gdy jesz loda.
     Uniosłam do góry brew.
     - Za dużo oglądasz tych chińskich bajek. Przystopuj. Czas abyś znalazł dziewczynę w 3D - powiedziałam z uśmieszkiem.
     - Już znalazłem - odpowiedział uradowany Nathiel.
     Uśmiechał się od ucha do ucha. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zniszczyć jego dobrego humoru.
A więc i jego dopadła miłość. Ciekawa jestem, kto jest tą nieszczęśliwą osobą. Już jej szczerze współczułam. Gdy ją poznam, złożę jej najszczersze kondolencje. No, chyba, że jest taka sama jak on, wtedy to kulturalnie przemilczę. Albo obydwóch zabiję na miejscu.
     Uśmiechnęłam się wrednie pod nosem.
     Nie mogłam sobie wyobrazić zakochanego Nathiela, który stara się dogodzić swojej wybrance serca. Nie było w nim ani trochę romantyczności, inteligencją też nie świecił, więc... myślę, że jeżeli nie będzie się odzywał, a tylko uśmiechał, ma szansę. Słabą szansę.
     Zerknęłam w niebo, dziwiąc się swoim dzisiejszym poziomem sarkastyczności. Dziś osiągał same szczyty. Ironia, level: Laura. Mogło to trochę wyglądać, jakbym była zazdrosna, a przecież nie jestem, czyż nie? Nathiel to dla mnie tylko i wyłącznie Nathiel. Przed jego imieniem nie było żadnego przydomka w stylu: przyjaciel, kochanek, moja miłość, brat. Nathiel to Nathiel i nic tego nie zmieni przez długi, długi czas.
     - Stój - usłyszałam głos zielonookiego.
     Wyrwał mnie z moich ironicznych myśli i chwycił gwałtownie za dłoń. Zaczął rozglądać się na wszystkie strony ze skupieniem, rysującym się na twarzy. Nie wiedziałam co go trafiło. Domyślam się jednak, że miało to jakiś związek z demonami, gdyż wyjął z kieszeni znane mi już exitialis.
     Zaniepokojona, spoglądałam to w prawo, to w lewo. Nie mówcie mi, że to Gabrielle wróciła? Na samą myśl o niej, przeszły mnie ciarki. Coś mi podpowiadało, że kolejnego zetknięcia z panną brutalną bym nie przeżyła.
     Usłyszeliśmy krzyk. Głośny, kobiecy krzyk. Jakiś mężczyzna wypadł na ulicę, taranując niski płotek, otaczający jeden z domów. Biegł, jakby mu sam diabeł po piętach deptał.
     - Cienisty demon - usłyszałam szept Nathiela.
     Nie czekając ani chwili dłużej, pociągnął mnie za rękę. Mało nie zaliczyłam chodnikowej gleby. Dlaczego mnie za sobą ciągnął? Chciał, żebym ja też zginęła? Czy może nie chciał mnie zostawić samej? W końcu ten szalony mężczyzna mógł być tylko przynętą.
     Demon obejrzał się na nas i już nie miałam wątpliwości co do jego pochodzenia. Miał oczy takiego samego koloru jak Nathiel. Przeklął pod nosem i przyspieszył bieg. Na jego nieszczęście, w pobliżu nie było żadnych uliczek w których mógłby się skryć. Przykro mi, panie demonie, za chwilę padniesz ofiarą demonicznego łowcy.
     - Szlag - mruknął Nathiel, gdy dostrzegł, że cienista pokraka dopadła się do roweru jakiegoś małego chłopca, który od razu popłakał się z powodu tak wielkiej straty.
     Demon dosiadł niebieski pojazd jak rumaka i pognał przed siebie. Chociażbyśmy chcieli, nie dogonilibyśmy go. Rower zniknął ze złodziejem, tuż za rogiem zniszczonego budynku sklepowego. Nathiel miał już jednak przygotowany inny plan. Znienacka podbiegł do czarnego BMW, stojącego gdzieś na uboczu. Drzwi były otwarte na oścież, a więc domyślam się, że właściciel owego pojazdu, wyszedł z niego w ważnej sprawie. W oczach migały mi światła awaryjne.
     Nathiel nie czekając ani chwili dłużej, wepchnął mnie do środka od strony pasażera i sam władował się na przednie siedzenie. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, co robi, a już wciskał pedał gazu i pędził przez osiedle jak szalony.
     Spojrzałam w tył na biegnącego za nami oburzonego, właściciela auta.
     - Co ty wyprawiasz?! - wykrzyknęłam zszokowana jego zachowaniem - Umiesz w ogóle prowadzić?!
     - Nie - odpowiedział beztrosko Nathiel. - Ale zawsze chciałem się nauczyć.
     Po tych słowach, skręcił ostro w prawą stronę. Auto potrąciło śmietnik i skrzynkę pocztową, która odbiła się od tylnej szyby, bezlitośnie ją tłukąc. Czułam się jak w jakimś wyjątkowo nieudanym filmie akcji. Słyszałam tylko swój własny krzyk przerażenia i Nathiela, który darł się: "Jest auto, jest impreza!". Dopiero teraz pomyślałam o tym, aby zapiąć pasy.
     - Jest i nasz przyjaciel - powiedział Nathiel, wciskając gaz do dechy.
     Pędził po prostej drodze jak szalony. Nie przejął się nawet progiem zwalniającym, który wyrzucił nas do góry i wstrząsnął wszystkim, co miałam w środku. Miałam wrażenie, że jeszcze moment i zwrócę dzisiejszego loda w raz z obiadem na kokpit auta.
     Przerażony demon, pędzący swoim niebieskim rumakiem, spojrzał w tył, ale nie zdążył odpowiednio szybko zareagować. Nathiel jak gdyby nigdy nic, przejechał go.
     Wstrzymałam dech, gdy gwałtownie zahamowaliśmy.
     - A masz, demoniczna patologio! - wykrzyknął Nathiel.
     Jego oczy płonęły szmaragdowym blaskiem. Widać było, że był podjarany obecną sytuacją. W przeciwieństwie do mnie. Gdy spojrzałam w lusterko uznałam, że jestem bledsza, niż zwykle.
     - Będzie po nim plama? - spytałam przestraszona, patrząc na niego z ukosa.
     - Nie. Jak zginął, to wyparował - odpowiedział beztrosko czarnowłosy, odpinając mnie z pasów.
     Obydwoje wyskoczyliśmy na zewnątrz i nie czekając z brzęczącym w uszach dźwiękiem syren policyjnych, uciekliśmy do pobliskiego lasu. Nathiel jeszcze nigdy nie trzymał mnie tak mocno za dłoń.
     Adrenalina wciąż krążyła w moich żyłach. Myślałam, że jeszcze chwila i serce wyskoczy mi z piersi. A co ,jeśli policja nas znajdzie? A co, jeśli zostaniemy ukarani? Co powie moja mama? Zamkną nas do poprawczaka?
     Spojrzałam w niebo załamana. Czy przebywanie z Nathielem musiało przyprawiać mnie o zawał? Życie na krawędzi wcale mi nie odpowiadało.
     Byłam w zbyt wielkim szoku, aby zorientować się, że mój towarzysz właśnie gwałtownie stanął na środku lasu. Zaskoczona jego zatrzymaniem, odbiłam się od jego pleców i wylądowałam boleśnie na tyłku w krzakach. Co znowu?!
     Moje myśli krzyczały. Miałam ochotę udusić Nathiela.
     - Policja. Z drugiej strony - powiedział, dostrzegając w oddali małe, czarne kropki.
     Nim się obejrzałam, zostałam chwycona za dłoń i pociągnięta gwałtownie w górę. Nasz szaleńczy bieg w nieznane, został wznowiony. Tym razem biegliśmy na północny zachód. Wolałam się nie odzywać, zresztą... moje płuca by mi na to nie pozwoliły. Nie byłam zbyt dobra w szaleńczych biegach i z trudem nadążałam za krokami Nathiela. Chwilami czułam się tak, jakbym fruwała w górze. Moje nogi ledwo dotykały podłoża.
     Wbiegliśmy na pole pełne wciąż nieskoszonego zboża. Złociste kłosy błyszczały na słońcu dumnie, zwiastując nadchodzące żniwa. Kiwały się na wietrze, sprawiając wrażenie nieprzejętych naszą morderczą ucieczką. Deptaliśmy po nich jak szaleni. Gdyby był tu jakiś rolnik, z pewnością zaczął by nas gonić z motyką po polu.
     - N-nie mogę już... dłużej... biec - powiedziałam zdyszana, dziwiąc się, że miałam w ogóle siłę na wypowiedzenie czegokolwiek.
     Nathiel najwyraźniej usłyszał moje błagania. Zatrzymał się na środku pola i odwrócił w moją stronę. Puścił moją dłoń, pochylając się do przodu oraz kładąc dłonie na kolanach. Oddychał szybko, próbując złapać świeże powietrze. Nie wyglądał jednak na tak zmęczonego, jak ja. Miałam wrażenie, że zaraz padnę w złociste zboże i nie więcej nie wstanę. Moje płuca i nogi nie były przyzwyczajone do tak ekstremalnego wysiłku.
     Również pochyliłam się do przodu.
     - To... było... ekstra! - usłyszałam podjarany głos Nathiela.
     Spojrzałam na niego bezradnie. Nie miałam nawet siły z nim walczyć.
     - Dawno się tak dobrze nie bawiłem - powiedział Auvrey, prostując się i szczerząc do mnie.
     Potrząsnęłam załamana głową, aby zaprzeczyć jego słowom.
     - Oj, no przestań! - wykrzyknął, śmiejąc się zabójczo.
     Zaraz chwycił mnie za dłoń i pociągnął do przodu. Szedł tyłem, patrząc się prosto w moją zarumienioną ze zmęczenia buzię. Na jego twarzy widniał szeroki, wręcz bym rzekła urzekający uśmiech. Szłam, ciągnięta przez niego do przodu, żałując, że nie dał mi chwili na dłuższy odpoczynek. Chętnie położyłabym się w tym zbożu i zamknęła na chwilę oczy, wyrównując swój oddech.
     - Wysiłek dobrze ci zrobił. Uroczo wyglądasz z tymi rumieńcami - stwierdził rozbawiony.
     Już miałam coś powiedzieć, gdy nagle mój towarzysz potknął się o bliżej nieokreśloną rzecz i poleciał do tyłu prosto w zboże, ciągnąc mnie za sobą. Wylądowałam na nim, zderzając się z nim czołem. Jęknęłam boleśnie i zamknęłam oczy. Co za kretyn. Kto normalny chodzi tyłem po polu, pełnym bliżej niezidentyfikowanych obiektów??!
     Otworzyłam oczy i mało nie dostałam zawału. Moja twarz była tuż nad twarzą Nathiela, który wyglądał na równie zdziwionego, co ja. Opanował mnie dziwny paraliż i równoczesne zawstydzenie. Właśnie leżałam w zbożu na szmaragdowookim demonie, który patrzył się prosto w moje oczy, będąc równie sparaliżowany. To już drugi raz, kiedy czułam ciepło jego ciała. Zawsze sądziłam, że demony są zimne jak lód, a jednak się myliłam. W tym przypadku to ja byłam chłodniejsza i to nie tylko duszą.
     Nathiel jako pierwszy przebudził się z szoku. Zrobił coś, czego nie przewidziałam. Wplótł dłoń w moje włosy i oparłszy rękę z tyłu mojej głowy, przybliżył do mnie swoją twarz. Cała scena wyglądała tak, jakbym za chwilę miała zostać pocałowana przez Nathiela. Co jest do cholery?! Moje serce biło jak szalone, a umysł przetwarzał tysiąc różnych myśli na sekundę. Wszystko współgrało ze sobą idealnie, oprócz mojego ciała, które dalej tkwiło sparaliżowane w tej samej pozycji. Czułam na sobie ciepły oddech Nathiela. Jeszcze chwila i...
     Tuż nad nami coś zaburczało groźnie. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
     - Co to? - spytałam cicho.
     Nikt jednak nie musiał odpowiadać na moje pytanie. Tuż za plecami Nathiela, wyłoniła się przerażająca maszyna, kosząca wszystko na swojej drodze. Serce mi stanęło, a nogi zmiękły. Kombajn. Musiał tu cały czas stać. Gdyby się do nas zbliżył, usłyszelibyśmy go przecież.
     Zielonooki chwycił mnie za dłoń i drąc się razem ze mną w niebo głosy, pociągnął mnie w bok. Potoczyliśmy się kilka metrów dalej, a kombajn przejechał tuż obok naszych głów. Spojrzeliśmy na siebie, wciąż trzymając się za ręce. Mieliśmy tak samo przerażone miny.
     - Widziałem śmierć - powiedział Nathiel.
     Kiwnęłam głową na potwierdzenie tego samego uczucia.
     Obydwoje spoglądaliśmy za pędzącym przed siebie, wielkim czerwonym kombajnie, który oddalał się od nas. W tym momencie przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie pójdę na lody z Nathielem...
***
     Okropnie zmęczona, styrana i oszołomiona, weszłam do domu, zamykając za sobą drżącą ręką drzwi. Przez całą drogę powrotną nie odzywaliśmy się z Nathielem do siebie. Nie wiem, czy to dlatego, że wygraliśmy wspólnie życie, będąc o włos od śmierci, czy dlatego, że znaleźliśmy się na polu w bardzo niekomfortowej sytuacji, której nie mogłam zrozumieć. Czy Nathiel naprawdę chciał mnie pocałować? A może po prostu chciał mnie wystraszyć, tak jak wcześniej? To dobre rozwiązanie. Chciał mnie wystraszyć, ale nie doczekałam się jego rozbawionej miny i śmiechu rozlegającego się po całym polu, ze względu na sytuację z kombajnem. Muszę to wymazać z pamięci. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ten pocałunek doszedł do skutku. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Serce do tej pory biło mi jak oszalałe, nie dając mi chwili wytchnienia. Dzisiejszy dzień był... szalony. Szalony, nienormalny, przerażający, nieprawdopodobny, dziwny, niesamowity. Niesamowity?
     Stanęłam na środku przedpokoju, wpatrując się w lustro. Byłam zaczerwieniona, a oczy świeciły mi się bardziej, niż zwykle. Moje włosy wyglądały jak po wojnie, a bluzka, jak po ostrej walce z naturą. Byłam cała umorusana. Słowo daję, wyglądałam jak Amazonka. Ten dzień wcale nie było niesamowity. Nie. A może jednak?
     Potrząsnęłam gwałtownie głową, odchodząc od lustra. Szybko ściągnęłam buty i ruszyłam do kuchni. Chciałam jak najszybciej oczyścić swoje myśli z bzdurnych wyobrażeń.
     - Laura! - wykrzyknęła moja matka na mój widok.
     Podskoczyłam w miejscu przerażona.
     - Margaret przyjeżdża!
     Mama podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramiona, przybierając przerażoną minę. Była tak przejęta, że nawet nie spostrzegła tego, w jakim stanie byłam.
     - Ciotka? - spytałam zdziwiona.
     Samo jej wspomnienie wywołało u mnie ciarki. Nie potrzebowałam więcej tłumaczeń, nie potrzebowałam więcej słów, wiedziałam, że wielkimi krokami zbliża się do mnie jedna ze straszniejszych zmor mojej przeszłości. Siostra mojego ojca - ciotka Margaret.

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 24 - "To nie ta bajka"

Ostatnio podgoniłam do 30 rozdziału. Pomyślałam sobie: "Ej, Naff, masz już tak dużo rozdziałów, że nie musisz ich na razie pisać. Może czas się zająć czymś nowym?". Zajęłam się. Rozpiską drugiego tomu "W cieniu nocy: 3/4 demona" i prequelem "W cieniu nocy", czyli z serii: jak było zanim na świecie pojawił się Nathiel i Laura. W obydwóch stanęłam w kropce. Dziwię się, ale brakuje mi pomysłów. Wypaliłam się D:? Noooooooł! 

POPRAWIONE [31.12.2017]
***
          – Kim ty jesteś, dziewczyno? Pierwszy raz widzę taki przypadek.
Wzruszyłam ramionami, starając się okazać wystarczającą dozę obojętności w tym geście. Nie chciałam nawet spojrzeć w twarz Nathiela, który był teraz zszokowany jak nigdy przedtem. Cieszyło mnie, że mimo wszystko wierzył w moją nieprawdopodobną opowieść. Normalny człowiek już dawno by mnie wyśmiał i stwierdził, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię. Auvrey był jednak inny. Wierzył w to, co ludzie traktowali z pobłażaniem – wierzył w magię, wierzył w demony, a przede wszystkim wierzył mi.
– Od samego początku wiedziałem, że jest z tobą coś nie tak. Ty nawet nie wyglądasz jak normalny człowiek – powiedział z pełną powagą mój towarzysz. Jego delikatnie unoszący się do góry lewy kącik ust zdradzał jednak rozbawienie. Tylko na to czekałam. Wiedziałam, że zacznie sobie ze mnie żartować.
Posłałam mu skrzywiony uśmiech. Nie spodziewałam się pytania, które zadał mi chwilę później:
– To dlatego jesteś taka oschła? Bo ludzie cię zranili?
Poczułam się jak zwierz, który jeży się na dźwięk ludzkich słów. Starałam się ukryć mój obronny gest w postaci napiętych do granic możliwości mięśni i nerwów. Wzruszyłam ramionami, co było dobrym elementem maskującym.
Być może było w tym trochę prawdy. Wcześniej, za czasów dzieciństwa i aż do końca podstawówki, byłam słabą, płaczliwą dziewczynką, która polegała tylko i wyłącznie na swojej przyjaciółce. Zawsze byłam w cieniu Amy, która lśniła jak gwiazda polarna w bezchmurną noc. Wiecznie radosna, zabawna, towarzyska. Kim byłam ja, stojąc tuż za jej plecami? Szarą istotą bojącą się własnego cienia, której strach szybko przerodził się w nienawiść do ludzi. Nasi rówieśnicy często dziwili się, dlaczego jesteśmy przyjaciółkami. Na okrągło powtarzali Amy: „Zostaw ją, jest dziwna”, pytali: „Czemu ty się z nią jeszcze zadajesz?”, a ona śmiała się tylko i odpowiadała grzecznie: „Widzę w niej więcej magii niż wy”. Nigdy tak naprawdę nie wyszłam z jej cienia. Raczej oddaliłam się od niego i stałam samodzielną jednostką, która dobrowolnie wyłączyła się z rówieśniczego życia szkolnego.  Nauczyłam się traktować innych jak obiekty do obserwacji, nie jak na ludzi, którzy mogli mi zrobić krzywdę. Starałam się nie wpuszczać do mojego serca nikogo obcego. Przez całe moje życie tylko dwie osoby miały do niego dostęp – mama i Amy, nikt więcej.
– Jesteś głupia – podsumował mnie Nathiel, mało nie zwalając mnie tym komentarzem z ławki. – Ojciec wybił całą moją rodzinę, zostawił mnie na pastwę losu i co? Jakoś zachowałem swój ognisty charakterek – mówiąc to, pstryknął mnie boleśnie w czoło. – Ani trochę się nie zmieniłem.
Skrzywiłam się i pomasowałam obolałe miejsce. Miałam ochotę go przekląć. Powinien przestać ganiać za tymi cholernymi demonami, bo nawet jeden jego palec potrafił zadać nieznośny ból. Jeżeli nie zostawił mi po sobie czerwonej pamiątki na skórze, będę zdziwiona.
– Jesteś tak naprawdę słaba, wiesz? Masz tylko cięty język – powiedział rozbawiony Nathiel.
Powoli zaczynałam żałować, że cokolwiek mu powiedziałam. Człowiek otwiera serce przed demonem, a demon depcze je i krzyczy: „Taki wał!”.
Wcale nie uważałam, że moja przeszłość jest straszniejsza od tego, co przeżył Nathiel. Nie każdy był jednak tak silny psychicznie jak on. Jeżeli chodziło o mnie, byłam zwykłym tchórzem, który nie potrafił o siebie zadbać i za każdym razem potrzebował czyjejś pomocy. Tak było już od dziecka. Najpierw polegałam na matce, potem na Amy, a teraz na tym przeklętym łowcy. Zachowywałam się trochę jak demon, kryjący się w cieniu i czerpiący energię od innych.
Zamyśliłam się, dlatego kiedy zobaczyłam przed sobą twarz Nathiela, aż podskoczyłam do góry. On jednak się tym nie przejął. Spytał mnie konspiracyjnym szeptem:
– Dalej masz takie odpały?
Spojrzałam na niego pytająco, próbując jakoś ukryć rumieniec, który zaatakował moje policzki. Zauważyłam, że przy Auvreyu starałam się maskować wiele z moich fizycznych reakcji, za to moja psychika zdawała się do niego rozpaczliwie uciekać. Bo czy to nie dziwne, że bez wahania opowiedziałam mu o swoim dzieciństwie? Nigdy o czymś podobnym nie myślałam, nawet wtedy, kiedy Deaniel był jeszcze moim przyjacielem. To zupełnie inny rodzaj porozumienia, na razie nie potrafiłam go jednak nazwać.
– No, wiesz, że się wkurzasz i wszystko wokół ciebie fruwa. – Zmarszczył zabawnie czoło i nos.
Uśmiechnęłam się lekko, ledwo dostrzegalnie.
– Nie. To już dawno minęło. Ostatni raz zdarzyło mi się „czarować” w ostatniej klasie podstawówki – odpowiedziałam.
Łowca demonów zmrużył oczy, założył ręce na piersi i zwrócił się przodem do księżyca. Teraz mogłam oglądać jego profil z bliska, nie przejmując się tym, że przyłapie mnie na gorącym uczynku.
Lubiłam ten lekko zadarty nos, który przypominał mi, że pomimo wieku, wciąż był pewnym siebie smarkaczem, który niczego się nie boi.
– Czym ty jesteś, co? – zapytał ciekawskim głosem Nathiel. – Demonem na pewno nie. Kolor oczu totalnie się nie zgadza. Może twoje tęczówki są zielone, ale to zupełnie nie ten odcień i zdecydowanie za jasna barwa. – Znowu się ku mnie pochylił. Te ciągłe naruszanie mojej strefy intymnej zaczynało mnie lekko irytować. Nie lubiłam, gdy ktoś był tak blisko mnie. Pragnęłam wtedy wziąć nogi za pas i uciec daleko w ciemny las. Tymczasem Nathiel wgapiał się bezczelnie w moje oczy, jakby chciał znaleźć w nich spisaną w słowach odpowiedź. Mogłabym pomyśleć, że stosuje na mnie jeden ze swoich tanich podrywów, nie pasowała tu jednak jego niesamowicie skupiona twarz. Naprawdę starał się znaleźć odpowiedź na moją inność.
– Jestem człowiekiem i nie widzę żadnej innej opcji – powiedziałam chłodno, nie spuszczając z niego oczu. Zachowywałam się trochę jak nieufna sarna, która była gotowa do ucieczki w każdej chwili.
– A może kosmitą? Bladym, zielonookim, no i przede wszystkim dziwnym kosmitą – skomentował z wyszczerzonymi jak drapieżnik zębami.
Miałam ochotę pacnąć go w ten durny łeb.
Nigdy nie żal się demonowi – zapisać na czole niezmazywalnym pisakiem.
– Żartuję – odparł chłopak, zanosząc się wesołym śmiechem.
Spojrzałam w jego uroczo rozbawioną twarz. Obojętnie w jakiej sytuacji się znajdował, wyglądał przystojnie. Nawet wtedy, kiedy jego usta wykrzywiały się z niezadowolenia. Może to jakaś demoniczna zależność? Może każdy demon był przystojny? Może pomagało im to w zdobywaniu energii?
– Masz ochotę się przejść? Cała noc przed nami – powiedział Nathiel, wzruszając beztrosko ramionami.
Cóż, i tak bym nie zasnęła. Bałabym się, że znowu mi się coś przyśni. Przechadzka z Nathielem to nie taki znowu zły pomysł. Może to dziwnie zabrzmi, ale ostatnio polubiłam jego towarzystwo. Było specyficzne, ale całkiem znośne.
W odpowiedzi skinęłam głową.
Chłopak wstał z ławki, wyciągnął się na palcach stóp i sięgnął dłońmi do samego nieba. Jego kręgosłup wygiął się w łuk, znacząco chrupiąc. Wyglądał jak kot, który właśnie budził się z nocnej drzemki. Na jego twarzy widniał uśmiech małego łobuza. Nie spodziewałam się, że nagle wystawi w moją stronę dłoń. Zapatrzyłam się w nią, przez co zareagowałam ze sporym opóźnieniem – na szczęście w końcu chwyciłam go za rękę i z jego pomocą zostałam postawiona do pionu. Myślałam, że zaraz po tym włożę zmarznięte dłonie do kieszeni spodni. Zdziwiłam się, kiedy Nathiel mnie nie puszczał, na dodatek wgapiał się prosto w moje oczy i uśmiechał, jak gdyby nigdy nic. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi.
– Cieszę się, że opowiedziałaś mi tę historię – powiedział w końcu.
Puścił mnie i tą samą dłonią poklepał mnie po głowie, zupełnie jakbym była małym dzieckiem.
Nachmurzyłam się. W jakiś sposób zrobiło mi się głupio, więc spojrzałam w bok.
Cześć, jestem Laura Collins, mam siedemnaście lat i… pierwszy raz otworzyłam się przed Nathielem – utrapieniem moich ostatnich miesięcy. Do tej pory nie wiedziałam czy to dobrze, czy źle, o dziwo nie czułam jednak zawodu. Wręcz przeciwnie. Byłam szczęśliwa.
***
Do domu wróciłam o siódmej nad ranem. Idealna godzina, aby zacząć szykować się do szkoły.  Nie czułam zmęczenia, byłam naładowana pozytywną energią, choć pewnie do czasu, gdy nie wyląduję z głową na szkolnej ławce, śliniąc zeszyt od angielskiego.
Uśmiechnęłam się do siebie pobłażliwie i ruszyłam do kuchni, aby przyrządzić sobie tosty. Przy stole siedziała już moja wyjątkowo zaspana matka z kubkiem gorącej kawy w ręku. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Najwyraźniej zdziwiło ją to, że w przeciwieństwie do niej jestem dzisiaj pełna energii i radości. Zazwyczaj było odwrotnie. Można by pomyśleć, że podczas snu podkradłam jej życiodajną moc, napędzającą ją do działania.
– Coś się stało? – spytała, dostrzegając na mojej twarzy uśmiech.
– Miły sen – odpowiedziałam, podchodząc do niej i składając na jej policzku krótkiego, powitalnego całusa. – Jak się spało?
– Za krótko.
Naprawdę jej współczułam. Musiała robić coś, czego nienawidziła. Wstawała wcześnie rano tylko po to, żeby pójść do biura i oddać się papierkowej, nudnej robocie, która i tak była mało opłacalna. Ostatnio nie miała nawet czasu, aby porządnie zjeść. Chudła i marniała na moich oczach.
Westchnęłam cicho i z odrobinę gorszym humorem wrzuciłam do opiekacza dwa tosty naszpikowane serem i ketchupem – ulubiony przysmak albinosów z rana.
Nathiel. Tylko on chodził mi teraz po głowie. Nic dziwnego, w końcu spędziłam z nim całą noc. Po moim dziwnym wyznaniu stał się naprawdę miły, choć oczywiście Nathiel nie byłby Nathielem bez swoich głupkowatych, ironicznych docinek. A ponoć sarkazm był domeną inteligentnych ludzi…
Całą noc spędziliśmy chodząc po parku. Oglądnęliśmy wspólnie wschód słońca. Wygłupialiśmy się. Auvrey opowiedział mi nawet kilka historii ze swojego dzieciństwa. Tylko on mógł ukraść rower jakiejś dziewczynce i przejechać nim demona. Jego nienawiść do tego gatunku stworzeń była potężna. Nie sądzę, aby jakikolwiek łowca nienawidził demonów bardziej od niego.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Dokładnie pamiętałam jego ostatnie słowa, które skierował w moją stronę na pożegnanie. „Lubię cię, wiesz? Jesteś okropną jędzą, ale cię lubię. No i w jakiś sposób się cieszę, że to właśnie do mnie zadzwoniłaś”. To brzmiało zbyt otwarcie, jak na moje gusta, ale sprawiło mi radość. Nawet jego zaskakujący, żegnający gest w postaci przytulenia nie wydawał się taki zły. Cieszyłam się, że choć raz spędziliśmy wspólnie normalną noc, nie wyzywając się i nie skacząc sobie do oczu. Może była dla nas nadzieja i mimo skrajnie różniących się charakterów, mogliśmy dojść do porozumienia? Nathiel nie byłby złym przyjacielem. Przynajmniej by mnie bronił.
Czerwona lampka na tostownicy zgasła, co oznaczało, że mój posiłek był gotowy. W lekkim zamyśleniu zaczęłam ściągać nożem przyklejone do nagrzanej płyty tosty. Po raz pierwszy, kiedy to robiłam, oparzyłam się. Zrzuciłam winę na moje niedospanie.
Syknęłam cicho i zamachałam odruchowo ręką w powietrzu, aby ostudzić zapał mojej dłoni.
Mama spojrzała na mnie ze znaczącym uśmiechem.
– Jesteś zamyślona – stwierdziła, a jej zmęczone oczy zabłyszczały ciekawością. – To wygląda, jakbyś była...
Zakochana. Tak, doskonale wiedziałam, co chciała powiedzieć moja mama.
Niestety, to nie ta bajka.
***
– Nathiel.
Blondyn podążał wzrokiem za swoim rozszalałym przyjacielem, który wyglądał tak, jakby przeżywał właśnie nastoletni kryzys emocjonalny. Z jego ust co rusz wydobywał się poirytowany, bliżej nieokreślony dźwięk, a jego mina wskazywała na bezradność wymieszaną z gniewem. Czarne włosy były nerwowo targane przez rozcapierzone palce. Co rusz cierpiały poszczególne przedmioty zgromadzone w salonie. Na podłodze zdążyły już wylądować wszystkie poduszki i książki, które z pewnością nie należały do rozszalałego łowcy.
– Nathiel – powtórzył raz jeszcze Sorathiel, wciąż tym samym spokojnym głosem. Spoglądał na swojego przyjaciela znad lektury. Auvrey nie zwracał na niego uwagi. Dalej rzucał przeróżnymi rzeczami po pokoju, jakby go sam Szatan prowadził jego dłońmi.
– Nie mogę! No, nie mogę! – wykrzykiwał co rusz. W pewnym momencie rzucił się na łóżko, chwycił za poduszkę z gołą, mangową dziewczynką i przykrył nią twarz od niecenzuralnej strony.
Sorathiel westchnął cicho i odłożył książkę na kolana. Nie mógł dłużej ignorować tego zachowania.
– Ostatnim razem zachowywałeś się tak, gdy nie mogłeś znaleźć swoich skarpetek w renifery – powiedział.
Nathiel odkrył poduszkę z twarzy i spojrzał krzywo na swojego przyjaciela. Nie odpowiedział.
– Co się stało? – dopytywał blondyn.
Demon powrócił gwałtownie do pozycji siedzącej. Spojrzał w sufit, zmarszczył czoło, a następnie z głośnym jękiem z powrotem położył się na łóżku i owinął szczelnie kołdrą. Wyglądał teraz jak ludzki, gigantyczny naleśnik.
– Zachowujesz się jak nastolatka – mruknął Sorath, unosząc brew do góry. – Rzucasz się po łóżku, robisz chaos, milczysz, nie chcesz mi powiedzieć, co się stało i robisz obrażone miny. Co cię napadło? Wiem, że miewasz dziwne napady energii, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie.
Nathiel bez słowa przeturlał się ze swoją kołdrą na podłogę, a Sorathiel przewrócił oczami.
– Skoro nie chcesz mi powiedzieć, co się stało, to może odpowiedz mi przynajmniej na pytanie – mówiąc to, blondyn pochylił się do przodu i złożył ręce – gdzie byłeś w nocy?
– Z Laurą – odpowiedział cicho Nathiel.
Jego przyjaciel zmarszczył czoło.
– Już nie z bladą dupą albinosa? – spytał.
– Nie.
– Więc byłeś z Laurą.
Sorathiel spojrzał w sufit i zamyślił się.
– Czyżby była powodem twojej irytacji?
– Ta – burknął Nathiel.
– Rozumiem. – Spojrzał na czarnowłosego, który rozwinął się właśnie z kołdry. Leżał teraz na podłodze z rozłożonymi na bok ramionami, spoglądając w nieznane przestworza znajdujące się gdzieś poza sufitem. Jego mina wskazywała na załamanie, co nie było codziennym widokiem. Sorathiel był pewien, że coś go mocno poruszyło. Nathiel nigdy się tak nie zachowywał. Owszem, był szaleńcem, ale nie takim, co rzucał się po ścianach i podłogach, szukając odpowiedzi na prześladujące go zmory.
– Myślę. Cały czas myślę. To takie irytujące – odpowiedział w końcu, nie spuszczając oczu z sufitu.
Blythe był zdziwiony, że jego przyjaciel użył słowa „myśleć”. Zazwyczaj mózg demonicznego łowcy pracował na niskich obrotach. Może dlatego zachowywał się teraz jak dzika nastolatka?
– Rozumiem, że to dla ciebie ciężka czynność. – Blondyn posłał demonowi znaczące spojrzenie, na co ten się skrzywił. – Dobrze, o czym tak uparcie myślisz? – zapytał już na poważnie.
– Raczej o kim – poprawił go Nathiel.
– Więc o Laurze.
Milczał. Sorathiel dopiero teraz zrozumiał, co tak naprawdę dręczy jego przyjaciela. Ten fakt sprawił, że parsknął niepohamowanym śmiechem. Naprawdę aż tak go to zdenerwowało?
– Czego głupio rżysz? – zapytał poirytowany łowca.
– Naprawdę tak trudno przyjąć ci to do świadomości? Czy może wciąż nie odkryłeś, co cię dręczy? – spytał rozbawiony blondyn.
Auvrey przeniósł się z pozycji leżącej do siedzącej.
Myśli atakowały jego głowę, sprawiając, że był zmieszany bardziej niż koktajl zawierający wszystkie najohydniejsze składniki tego świata, włączając w to rybie głowy i brokuły, których nienawidził. Nie mógł tego znieść. Zazwyczaj jego umysł działał w jednoznaczny sposób, to znaczy kiedy chciał zjeść jajecznicę, to właśnie ją jadł – uprzednio dręcząc Sorathiela, żeby został jego gospodynią domową, bo inaczej nie da mu żyć. Teraz myśli było kilka, a każda z nich wiązała się z tą samą osobą. Jej twarz, jej głos, jej gesty, słowa – wszystkie wspomnienia i odczucia mieszały się w jego umyśle, jak w wielkim kotle wiedźmy, a najgorsze było to, że żadne z nich nie było złe!
Może to chwilowe? A może działo się tak od dłuższego czasu i dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę? Nie wiedział, nie ogarniał, nie pamiętał. Chaos władał nad wymęczonym uciążliwymi myślami umysłem. Zdawało mu się, że jeszcze chwila i jego głowa eksploduje.
Poczochrał nerwowo włosy.
Precz, niewdzięcznico, precz.
– To irytująca, wredna małpa, która nie potrafi sobie poradzić z żadnym niebezpieczeństwem. Jest dziwna, nikogo nie lubi, ironizuje, denerwuje mnie jak mało kto, jest inna i to moje totalne przeciwieństwo – zaczął wymieniać. – Wczoraj płakała, wiesz?
Sorathiel uniósł tylko brwi.
– Płakała, trzymając głowę o, tu – mówiąc to, Nathiel wskazał palcem na swoją pierś. – A ja ją tuliłem, bo do cholery było mi jej jak nigdy szkoda. Opowiedziała mi o sobie, pokazała zupełnie inną stronę swojej osobowości i… inne takie pierdoły. I wiesz co? Uznałem, że nie jest taka zła – powiedział zirytowany i chwycił się za głowę.
Spojrzał załamany na swojego przyjaciela, zupełnie jakby właśnie przeżywał największą tragedię swojego życia, a potem powiedział:
– Sorath, ona zaczęła mi się podobać!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 23 - "Ona i jej zwyczajna historia"

Przedstawiam Wam rozdział o przeszłości Laury. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że nie jest zbyt ciekawy. Tysiąc razy zmieniałam jego treść, ale wydaje mi się, że lepiej nie mogłam tego przedstawić. Oprócz tego, nim się zorientowałam, zaczęłam pisać w 3 osobie i utrudniłam sobie sprawę, gdyż o wiele lepiej pisałoby mi się to z perspektywy Laury. Nie wiem co mnie trafiło, ale byłam już za daleko i nie chciało mi się tego zmieniać D: tak, zawsze pisałam w 3 osobie, ale z momentem zaczęcia "W cieniu nocy" całkiem się przestawiłam. Cierpcie razem ze mną.
PS. To rozdział 23, a ja jestem właśnie na pisaniu 29. Tak bardzo pognałam do przodu...

POPRAWIONE [24.12.2017]


***
Słońce oświetlało twarz idącej do szkoły drobnej blondynki, która za wszelką cenę chciała się ukryć za nogami matki – nie było jednak wiadomo, czy z powodu rażących jej jasne zielone oczy promieni słońca, czy przed kimś, kogo nie chciała spotkać. Cały czas spoglądała na przechodzących obok niej radosnych uczniów, którzy dyskutowali zawzięcie o rozpoczynającym się roku szkolnym. Każdy cieszył się na nowe przygody z nauką i przyjaciółmi, tylko nie ona. To miało być jej pierwsze zetknięcie z dużą grupą ludzi, na dodatek z rówieśnikami. Do tej pory rzadko wychodziła z domu, wolała spędzać czas z ukochaną mamą. Godzinami potrafiła siedzieć naprzeciw niej w kuchni i wpatrywać się w jej marszczące się czoło, gdy próbowała rozwiązać jakiś problem. Dlaczego tak nie mogło pozostać? W domu czuła się bezpieczniej, nawet jeżeli przebywał tam jej ojciec – przed nim przynajmniej mogła się ukryć we własnym pokoju.
– Czego się boisz, kochanie? – dosłyszała matczyny głos.
Kilka sekund wcześniej dziewczynka przylgnęła do nóg rodzicielki, wczepiając w nie blade rączki. Najwyraźniej starała się uciec przed ciekawskimi spojrzeniami kilku dziewczyn z jej nowej szkoły. Kobieta westchnęła ciężko na ten widok. Tuż przed samą szkołą uklęknęła i pochyliła się ku córce, aby poprawić biały kołnierzyk jej bluzki. Obdarzyła ją pokrzepiającym uśmiechem.
– Naprawdę nie masz się czego bać. Szybko poznasz nowe koleżanki i zapomnisz o mamie. – Zaśmiała się radośnie, aby podkreślić, że to tylko żart. Mała blondynka najwyraźniej tego nie zrozumiała. Chwyciła mamę za rękaw od bluzki i pociągnęła ją delikatnie w swoją stronę. Z trudem powstrzymywała płacz – jej oczy szkliły się łzami.
– Nie zapomnę o mamie – powiedziała szeptem, jakby bała się, że usłyszy ją ktoś niepowołany. Jedna z niekontrolowanych kropli spłynęła po jej policzku.
– Och, nie płacz, przecież to był żart, skarbie. – Kobieta wciąż starała się uśmiechać, aby nie dać po sobie poznać, że jest równie zestresowana, co jej córka. – Bądź odważna. Nie możesz poddawać się już na starcie – dodała troskliwie, głaszcząc ją po głowie.
Dziewczyna kiwnęła głową. Wciąż czuła się niepewnie, ale gdzieś w jej wnętrzu pojawiła się malutka iskierka nadziei. Może rzeczywiście będzie tak, jak mówi jej mama? Może już nie będzie czuła się samotna? Przecież nie mogło być tak źle. Dotąd nie zauważyła żadnego rówieśnika, który by się smucił, a miała bardzo dobry zmysł obserwatorski – wszyscy wędrowali do szkoły z uśmiechami. Czy również nie powinna się uśmiechnąć, aby nie odstraszyć innych dzieci? Robiła to naprawdę rzadko, ponieważ niewiele osób i zjawisk sprawiało, że czuła się szczęśliwa. Jak powinna postępować? O czym rozmawiać ze swoimi kolegami i koleżankami? Czy sami do niej podejdą? A może to ona musi postawić pierwszy krok? Dlaczego to wszystko było takie trudne?
Kiedy matka podniosła się do góry, dziewczynka posłała jej krzywy, przepełniony strachem uśmiech, którym chciała przekazać, że jest gotowa na starcie z rówieśnikami. Przed wyjściem z domu obiecała, że będzie dzielna. Nie zamierzała łamać danej obietnicy.
– Powinnaś już iść, Lauro. – Kobieta poprawiła swoją spódnicę, a potem torebkę zawieszoną na ramieniu. Tak samo jak jej córka miała swoje dzienne zajęcia, u niej była to jednak praca, która gwarantowała, że będą mogły żyć w dostatku.
Sześciolatka kiwnęła niepewnie głową. Swoją matkę pożegnała kilkoma machnięciami ręką. Potem na chwiejnych nogach, w które jej organizm wsadził tonę waty, ruszyła do sali lekcyjnej. Przez jeden malutki moment naprawdę poczuła, że może dać rady, rzeczywistość okazała się jednak bardziej brutalna od nadziei.
Laurze nie udało się z nikim zaprzyjaźnić. Każdego dnia w szkole siadywała samotnie w ławce na tyłach klasy i pogrążała się w swoich smutnych rozważaniach. Aby czymkolwiek się zająć, rysowała w zeszycie dziecięce buźki pełne skrajnych emocji.
Nie czuła radości, kiedy wchodziła do klasy o poranku. Nikt nie chciał z nią rozmawiać. Rówieśnicy traktowali ją raczej jak powietrze. Przypadki podejmowania z nią dialogu były tak rzadkie, że gdy ktoś odważył się zadać jej jakieś pytanie, odpowiadała na nie jąkająco z soczystymi rumieńcami na polikach. Może to dlatego nie miała przyjaciół? Jedyną osobą, z którą normalnie potrafiła rozmawiać była jej matka.
Mijały dni, mijały tygodnie, a ona wciąż siedziała w tej samej ławce z dala od reszty dzieci. Gdy mama pytała, jak jej się powodzi w szkole, wymuszała uśmiech i opowiadała niestworzone historie o tym, jak bawiła się z koleżankami w chowanego lub grała w piłkę z kolegami. Prawda była taka, że na boisko nie wyszła ani razu, odkąd trafiła do szkoły. Podczas przerw wolała siedzieć w klasie i wpatrywać się przez okno w inne dzieciaki, które świetnie się bawiły. Uśmiechała się wtedy rozmarzona, wyobrażając sobie, że kiedyś sama zostanie zaproszona do takiej zabawy. Nadzieja małej Laury szybko została jednak przepędzona w ciemny las.
                To stało się w grudniu, tuż przed jej urodzinami. Cała klasa zdążyła się już ze sobą dostatecznie zapoznać w ciągu tych kilku miesięcy. Tylko jedna osoba wyraźnie odstawała od grupy rówieśników – szybko stała się przez to obiektem wielu niemiłych komentarzy. Cierpliwie je znosiła, czekając na zakończenie zbyt długich przerw, a po szkole gnała ile sił w nogach do domu, żeby tylko nikt jej nie zatrzymał.
Ten zimowy dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Kolejna przerwa z rzędu przyniosła ze sobą kolejne uszczypliwości niewyżytych dzieciaków.
– Ta cała Laura jest jakaś dziwna – usłyszała za swoimi plecami. Starała się tym nie przejmować. Udawała, że jest głucha i rysowała dalej na końcowej stronie swojego zeszytu smutne bałwanki.
– Słyszałeś kiedyś, żeby się w ogóle odezwała? – spytał głośno jakiś brązowowłosy chłopak.
                Laura zacisnęła dłoń na ołówku, przerywając rysowanie. Teraz nikt nie starał się udawać, że szepcze. Wszystkie głowy nagle zwróciły się ku niej. Ściana pozornej ciszy ustąpiła dziecięcej odwadze, która pchnęła wszystkich rówieśników do bolesnej szczerości.
– Ja myślę, że ona pochodzi z kosmosu. – Chłopak wybuchnął śmiechem.
Laura przymknęła powieki i wzięła głęboki wdech. Próbowała powstrzymać łzy, które cisnęły się do jej oczu. W głowie naraz pojawiło się milion pytań, na które odpowiedzi nie mogła znaleźć.
Czy to jej wina, że nikt jej nie lubił? Czy to jej wina, że była cicha i spędzała czas samotnie? Czy to jej wina, że wolała siedzieć w domu, niż w szkole i przebywać z osobą, przy której czuła się bezpieczna? Dlaczego ludzie byli tacy okrutni?
                 – Cały czas coś rysuje – powiedziała czarnowłosa dziewczynka, która stanęła obok plotkujących chłopców. Założyła ręce na piersi i uśmiechnęła się z dziecięcą kpiną.
                – Przepraszam – szepnęła Laura, wbijając wzrok w ławkę.
                Klasa wyglądała na co najmniej zaskoczoną – zewsząd posypały się okrzyki wyrażające szczere lub udawane zdziwienie.
                – Łał! Odezwała się!
                – Ej, ona jednak ma głos!
                – Kosmita przemówił!
Ołówek wypadł z drżących dłoni dziewczynki. Zażenowana schyliła się po niego pod ławkę. Teraz nie mogła już powstrzymać łez. Ściekały ciurkiem po jej zarumienionych wstydem policzkach. Gdzieś pomiędzy zażenowaniem i poczuciem tragizmu wykreował się cichy gniew i rosnący powolnie bunt. Laura niemalże czuła, jak fundamenty szkoły drżą pod ciężarem okropnych słów.
                 – Jej mama jest tak samo dziwna, jak ona.
                Laura zacisnęła drobną piąstkę na przyborze do rysowania. Liche drewienko z rysikiem pękło pod wpływem nacisku, podobnie jak cienka struna w jej wnętrzu, która odpowiadała za trzymanie emocji na wodzy. Teraz wszystkie negatywne uczucia popłynęły gwałtownie ku górze jak potężna fala tsunami.
                Mogli obrażać ją do woli, sprawiać jej przykrość, a nawet niszczyć, ale nikt nie miał prawa mówić źle o jej matce, jedynej osobie na świecie, która była dla niej dobra.
W jednej sekundzie rozpętał się prawdziwy chaos. Światła na przemian gasły i zapalały się, ławki się trzęsły, cienkie kartki fruwały w tornadzie nieporządku, mocny wiatr porywał przybory z ławek uczniów, tworząc niebezpieczną dla życia innych dzieci strefę. Zaskoczeni rówieśnicy Laury zaczęli krzyczeć i w podskokach uciekać z klasy – ciągnął się za nimi sznur płaczu i przerażenia. Już po krótkiej chwili w pomieszczeniu została tylko ona i kartki, które wylądowały bezwładnie na podłodze.
Laura wbiła przerażone spojrzenie w porozrzucane po całej klasie przyrządy szkolnego użytku. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Była już dużą dziewczynką i wiedziała, że w realnym świecie nie istnieją żadne magiczne stworzenia, które robią takie zamieszanie. To na pewno porywisty wiatr, który wdarł się tutaj przez otwarte okno, była tego pewna. Jak się jednak okazało – okno było cały czas zamknięte.
Może to w takim razie klimatyzacja? Albo to jej klasa stroiła sobie z niej żarty? A może to... ona? Nie, to niemożliwe. Magia istniała tylko na stronicach książek, nie w rzeczywistym świecie. To tylko zwykły, dosyć niefortunny zbieg okoliczności. Aby się o tym przekonać wystawiła przed siebie dłoń. Siłą woli starała się strącić z biurka nauczycielki długopis. Nic się jednak nie stało.
Głupia wyobraźnia.
Usiadła w ławce, wzięła głęboki wdech, wyjęła z piórnika nowy ołówek i jeszcze raz oznaczyła grafitową ścieżkę na kartce. Tym razem rysowała jednak ludzika o gniewnej, a nie smutnej twarzy. Starała się nie zadręczać tym, co miało przed chwilą miejsce. To na pewno jakieś zbiorowe przywidzenie. Przecież nikt nie uwierzy w to, że była sprawczynią całego zamieszania, prawda?
  Niestety i w tym przypadku Laura się myliła. Następnego dnia jej matka została wezwana do szkoły w sprawie demolki, która miała miejsce w ich sali nauczania. Cała klasa zgodnie stwierdziła, że to ona wyrządziła wszystkie szkody. Joanne nie wierzyła w to, co słyszy. Patrzyła na wychowawczynię klasy swojej córki i twardo zaprzeczała temu, co jej mówiła.
„Laura jest grzeczna, niczego takiego by nie zrobiła. To te dzieciaki musiały się zmówić i zrobić jej na złość! Przysięgam! Nigdy nie dostrzegłam u niej żadnej oznaki agresji, niech mi pani uwierzy!”
Joanne dowiedziała się również o dosyć aspołecznym zachowaniu swojej córki. Ta wiadomość bardzo ją zdziwiła i równocześnie zasmuciła – zdecydowanie mocniej niż nieuzasadniony żadnym konkretnym argumentem wybuch gniewu Laury. W drodze powrotnej spytała dziewczynki, dlaczego ją okłamała. W jej małej głowie utkwiło tylko jedno zdanie, które bała się wymówić: to nie moja wina.
Następne dni w szkole wcale nie były przyjemniejsze. O ile wcześniej jej klasa miała ją za dziwaka, tak teraz uznawano ją za szaloną. Każdy omijał Laurę szerokim łukiem, jakby się bał, że za samo pojawienie się przy jej boku, dosięgnie ich wszechwładny gniew. Jeżeli wcześniej było źle z jej poziomem towarzyskości, tak teraz w ogóle nie istniał. Ale czy to jej wina, że ktoś źle o niej mówił? Cały czas starała się wewnętrznie pokrzepiać, aby jakoś przetrwać kolejny dzień w szkole. Do tej pory szło jej całkiem nieźle, teraz odnosiła wrażenie, że jest coraz gorzej.
Laura nie chciała słyszeć tego, co mówią inni, ale nie mogła poradzić nic na to, że miała doskonały słuch. Każde bolesne słowo docierało do niej z oddali i trafiało prosto w serce, jak strzała przeszywająca ciało na wylot.  
                – To czarownica! Ja wam mówię! – powiedziała jedna z dziewczyn, zerkając przez ramię na Laurę. Gdy ta spojrzała na nią spode łba, od razu się odwróciła wzrok i wyprostowała plecy, jakby bała się, że lada moment zostanie uszkodzona.
– Nie patrz na nią, bo cię zaczaruje! – dodała szeptem jej koleżanka, ukradkiem zerkając na obgadywaną osobę.
Laury dłoń znów zacisnęła się na ołówku.
– Co jest, wiedźmo? – zapytał jeden z chłopców, opierając się odważnie o jej ławkę.
                – Zrobił to! Zrobił! – szepnął jakiś knypek. Zawtórowało mu kilka rozemocjonowanych głosów osób, które stały najbliżej niego. Najwyraźniej próba odezwania się do niej stanowiła teraz powód do dumy, w końcu była bardzo niebezpieczną dla otoczenia osobą. To jak rzucić się wilkowi prosto w paszczę.
– Nie jestem wiedźmą – powiedziała cicho i nieśmiało Laura, wbijając wzrok w swoje stopy.
– Jesteś wiedźmą! Czarownicą! – wykrzyknął ten sam chłopak, wyrywając jej z dłoni ołówek. – Oddaj to, bo jeszcze kogoś nim zadźgasz.
Klasa wybuchła gromkim śmiechem. Napięcie zostało rozładowane prześmiewczą radością, która Laurze w żaden sposób nie odpowiadała. Miała tego serdecznie dosyć.
Odsunęła krzesło z głośnym szurnięciem, które przerwało radość jej rówieśników, a potem przeniosła się do pionu i wystawiła przed siebie dłoń. Nie spuszczała oczu z wykrzywionej grymasem twarzy swojego kolegi z klasy.
                – Oddaj mi mój ołówek.
– Bo co? – spytał kpiąco chłopiec, zakładając ręce na biodrach.
                – Oddaj mi go, proszę. – W oczach Laury pojawiły się łzy.
                – Będziesz beczeć, bo zabrałem ci zaczarowany ołówek, wiedźmo?
                – Oddaj mi go! – wrzasnęła dziewczynka, tupiąc złowieszczo nogą. Na dźwięk potężnego krzyku wydartego wprost z jej małych płuc, każdy dzieciak w sali zastygł w bezruchu. Celowa prowokacja dała określony skutek – podobnie jak kilka dni temu, ławki zaczęły niebezpiecznie drżeć. Już samo to, wywołało wielki chaos wśród klasy. Zaczęły rozlegać się głośne, ostrzegawcze okrzyki: „Ta wiedźma znowu czaruje!”, „uciekaj od niej, bo zrobi ci krzywdę!”, „To rzeczywiście wiedźma!”, „Ona chce nas zabić!”.
                – NIE JESTEM WIEDŹMĄ! – krzyknęła raz jeszcze Laura.
Historia się powtórzyła. Kartki i przybory znów latały po klasie, światła gasły i zapalały się na przemian, cała klasa drżała, jak podczas małego trzęsienia ziemi, a jedno z okien zostało wybite z głośnym trzaskiem. Chłopiec, który stał tuż przed nią został odepchnięty w tył z pomocą jakiejś nieznanej, niewidzialnej mocy. Z głuchym trzaskiem uderzył głową w kant ławki, od razu tracąc przytomność. Wszystkie dzieciaki zaczęły panikować i uciekać.
Laura dłużej nie czekała. Nim chaos ucichł, usiadła w kącie i zakryła dłońmi twarz. Popłakiwała cicho, czekając aż ten tragiczny dzień wreszcie się skończy.
Nie pamiętała już, ile czasu spędziła w klasie, wiedziała jednak, że gdy kuliła się pod ścianą, odwiedziło ją wielu dorosłych – różne nauczycielki, w tym jej wychowawczyni; oraz ratownicy medyczni.  Tym razem nikt się nią nie interesował, ważniejsze były szkody, które wyrządziła.
Wydawało jej się, że przez łzy widzi okrutne twarze wykrzywiające się w bezdusznym grymasie. W powietrzu unosiła się niepewność, strach, a nawet nienawiść. Była w stanie je wyczuć, nawet jeżeli jawnie nie odczuła ich na własnej skórze. 
Chciała stąd  zniknąć. Zniknąć nie tylko ze szkoły, ale i z tej nieszczęsnej planety. Jeżeli jej życie miało się składać tylko i wyłącznie z niemiłych słów, które rzucali na wiatr ludzie, wolała już przestać istnieć. Poza tym była dziwadłem. Dziwadłem, które najwyraźniej potrafiło czarować.
Dopiero późnym południem ktoś wszedł na salę i chwycił ją za dłoń, wyciągając zza szafki, gdzie znalazła kryjówkę wolną od ludzi. To była jej mama. Laura rzuciła się wtedy na nią i głośno zapłakała, co rusz powtarzając przejętym głosem: „To nie moja wina! To naprawę nie moja wina!”. Joanne nie powiedziała nawet jednego słowa. Po prostu głaskała ją po głowie, próbując uspokoić. Nie zamierzała uwierzyć w to, że jej córka była zdolna do złych czynów. To najspokojniejsze dziecko na świecie, dlaczego wyłącznie ona to dostrzegała? Każdy inny widział w niej diabła. Przecież to nierealne, aby taka mała dziewczynka spowodowała tak wielki chaos w ciągu kilku minut. Te dzieci opowiadały niestworzone rzeczy! Uparły się na jedną, fantazyjną wersję zdarzeń, niemożliwą do zrealizowania!
Pomimo cichego wsparcia matki, Laura wcale nie poczuła się lepiej. Kiedy wróciła już do domu, okazało się, że jej ojciec wie o całym zdarzeniu. Zaczął wykrzykiwać, że odda ją do domu dziecka, wyzywał od najgorszych i wcale nie był lepszy od jej rówieśników.
Diabeł, dziecko samego Szatana, potwór, bękart, mała wiedźma. Wszystkie te słowa raniły małe serce Laury, która do późnej nocy płakała w ramionach matki. To właśnie tutaj chciała zostać już na wieki. Niepotrzebny był jej świat zewnętrzny, niepotrzebny był jej ojciec, chciała tylko matkę. Błagała ją o to, aby nie musiała już nigdy więcej wracać do szkoły, ale Joanne była nieugięta. Przecież Laura musiała tam chodzić. To w trosce o jej przyszłość.
Przestraszona i coraz bardziej zniechęcona dziewczynka, każdego dnia była odprowadzana przez matkę do szkoły. Teraz nie tylko dzieciaki z klasy krzywo na nią patrzyły – cała szkoła na czele z nauczycielami robiła to samo, co one. Przez jakiś czas Laura nie słyszała żadnych wyzwisk – tylko cisza obijała jej się o uszy, kiedy przechodziła obok pracowników lub uczniów. Ludzie magicznie milkli, kiedy oznaczała swoją cichą obecność na korytarzu, w klasie czy na podwórku. Wszyscy się jej bali. Na szczęście znalazło się kilka zalet – każdą pracę w grupie wypełniała odtąd sama, co poniekąd nauczyło ją samodzielności. Dzięki temu stała się jedną z najlepszych uczennic i pokochała naukę – dawała jej poczucie równowagi oraz szczęścia. Kiedy nie mogła znaleźć sobie przyjaciół w życiu codziennym, zaprzyjaźniła się z książkami, które nigdy nie wyrządzały jej krzywdy.
Życie Laury nabrało barw, a dusza większej pewności siebie, gdy pewnego dnia poznała się z niską, pulchną dziewczynką o bujnych, lokowanych włosach. Należała do samorządu szkolnego i chodziła do równoległej klasy. Bardzo dużo wolnego czasu spędzały, przesiadując u niej w domu i jedząc ciastka. Przerwy także spędzały razem.
Jej nowa koleżanka nazywała się Amy. Była niezwykle radosną osobą, którą w przeciwieństwie do Laury wszyscy lubili. To od niej czerpała odwagę. Dzięki niej potrafiła się uśmiechnąć i zamienić z kimkolwiek słowo. Broniła ją i wspierała na wszelakie sposoby. Była przy niej nawet w dniu, gdy dzieciaki z klasy zagoniły ją do kąta i zaczęły w nią rzucać przyborami szkolnymi.
– Jak możecie?! – krzyknęła wtedy, co przeraziło niejednego ucznia. Stanęła przed swoją przyjaciółką z rozłożonymi w bok ramionami. Po raz pierwszy była świadkiem znęcania się uczniów nad Laurą. Była tym przerażona, a równocześnie podburzona. – Zostawcie ją wreszcie w spokoju!
Nie patrząc na zdziwionych rówieśników zgromadzonych wokół nich, Amy chwyciła Laurę za rękę i rzuciła się szaleńczym biegiem w stronę drzwi. Obydwie wylądowały wtedy na podwórzu. Ukryły się z tyłu szkoły, siadając na zniszczonej ławeczce, z której odchodziła biała farba. Nad nimi znajdowała się łysiejąca na jesień jabłonka, która puszczała w szarą przestrzeń ostatnie martwe liście.
                – O co im chodzi? – spytała przejęta Amy, nie puszczając dłoni przyjaciółki.
Laura skuliła się i odpowiedziała cicho, choć niechętnie:
                – Wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.
                – Jak to?
                Amy zmarszczyła nierozumnie czoło, zupełnie jakby nigdy nie słyszała o dziwaczce z trzeciej klasy podstawówki, która podczas potężnych wybuchów gniewu, uwalniała siły ciemności, pragnące zemścić się na wszystkich złych ludziach próbujących ją „słusznie” ukarać.
                Znały się już jakiś czas. Powinna o tym wiedzieć. Nie mogła trzymać tego w tajemnicy, bo prędzej czy później utajona prawda wyszłaby na jaw. Wystarczyło, że ktoś by się wygadał i ich przyjaźń mogłaby się zakończyć w ciągu jednej minuty.
Laura bez słowa wystawiła rozczapierzoną dłoń w stronę jabłonki  i zmrużyła oczy w skupieniu. Już po chwili wszystkie liście opadły bezwolnie na ziemię pod wpływem porywistego wiatru. Kiedy minęło kilka lat, nauczyła się w miarę możliwości kontrolować swoje nagłe wybuchy emocji. Czasami udawało jej się użyć tej dziwnej, nieznanej mocy, kiedy akurat tego chciała. Zupełnie jak tego dnia.
Jej koleżanka po tym magicznym przedstawieniu, spojrzała na nią zszokowana. Laura wiedziała, że mogła podpisać na siebie tym czynem kolejny wyrok, ale chciała być szczera, bo chyba o to chodziło w przyjaźni, prawda?
Amy wybuchła głośnym piskiem, przez co nawet młodociana czarownica podskoczyła do góry.
– Łał! Nie mogę w to uwierzyć! Jesteś dobrą czarodziejką! – wykrzyknęła piskliwie jej przyjaciółka.
Mała blondynka spojrzała na nią ze zdziwieniem, kompletnie nie wiedząc, co odpowiedzieć na to nagłe i niespodziewane wyznanie. Spodziewała się wszystkiego – że się na nią obrazi, zacznie krzyczeć i ucieknie, gdzie pieprz rośnie, przestraszy się i popłacze, ale na pewno nie spodziewała się właśnie takiej reakcji.
– Nie przejmuj się nimi, Laura! Ja wiem, że nie robisz niczego złego. Jesteś na to za niewinna. – Amy poklepała swoją przyjaciółkę po głowie niczym małego szczeniaczka, a potem zaśmiała się energicznie. Jej pulchne policzki zaróżowiły się pod wpływem zimna.
Laura była w szoku. Szczęśliwym szoku. Nareszcie zrozumiała, że znalazła kogoś, kto ją zrozumie, bez względu na to, jaka była i co czyniła. Po tylu latach nieudanych kontaktów z ludźmi, szczerze mogła przyznać, że w tym okrutnym świecie znajdował się maleńki promyk nadziei – dzieliła go z jej matką sama Amy.
Przez kolejne miesiące wszystko zdążyło się uspokoić. Mimo tego, że wciąż była omijana szerokim łukiem przez większość rówieśników, potrafiła się uśmiechać. Ludziki z ostatniej strony jej zeszytu nie miały już smutnych buzi, wręcz przeciwnie – kipiały radością. Amy zawsze pomagała Laurze, gdy trafił się jakiś chłopak, który jej dokuczał. Latała wtedy za nim z miotłą i groziła, że dostanie w łeb, jeżeli nie da spokoju jej przyjaciółce. Gdy Laura płakała, Amy zawsze ją do siebie przytulała i wspierała miłym słowem. Była jej siłą i oparciem, po prostu nie mogła wyśnić sobie nikogo lepszego. Nie przeszkadzało jej nawet to, że żyła w cieniu gwiazdy tej szkoły. 
Mijały dni, mijały miesiące. Rok szkolny powoli zbliżał się ku końcowi, podobnie jak oficjalne zakończenie szkoły podstawowej. Laura ze smutkiem spostrzegła, że w tym niezwykle ciepłym, czerwcowym dniu zabrakło słonecznego uśmiechu jej przyjaciółki. Chodziła po wszystkich klasach, łazienkach i korytarzach, próbując ją odnaleźć, jednak na nic się to zdało. Dopiero wychowawczyni Amy odpowiedziała na jej nurtujące pytanie.
„Dziś rano dzwoniła jej mama i powiedziała, że jest chora, a więc nie przyjdzie do szkoły”.           Wiadomość chcąc nie chcąc powędrowała również w dalsze rejony szkoły, a potem prosto do klasy Laury. Gdy wróciła na któreś z kolei zajęcia, jej koledzy i koleżanki postanowili wykorzystać słabość dziewczyny.
– Teraz już nie będziesz taka mocna! Nie ma dziś twojej przyjaciółeczki!
– Pokaż jak potrafisz czarować!
– Wiedźma!
– Czarownica!
– Kosmitka!
Następne dzieje były już tylko kwestią czasu. Szaleńcze przybory szkolne zaczęły uderzać ją po plecach i głowie, ostre kartki rozcinały jej w locie skórę. Próbowała się ukryć, kuliła się bezradnie pod ścianą, to jednak nic nie pomogło. Nie mogąc dłużej wytrzymać, wybuchła głośnym krzykiem. To, co stało się w klasie przeszło już wszelkie pojęcie.
Jej mordercza, niezbadana moc powróciła ze zdwojoną siłą. Wszystkie szkła zaczęły pękać – okna, gablotki i szafki, żarówki. Latające i uderzające o ściany przybory szkolne, przewracające się lub otwierające szafki, chłodny, porywczy wiatr wdzierający się siłą do oczu, trzęsienie ziemi doprowadzające do utraty równowagi, jeżdżące po całej klasie ławki. Laura kryła twarz w dłoniach nie chcąc nawet spojrzeć na to, co się wkoło niej dzieje. Doskonale wiedziała, że za kilka chwil klasa opustoszeje, a ona znów pogrąży się w bezdennej otchłani uwitej z pustki.
„Amy, dlaczego cię tu nie było?” – pytała bez przerwy w myślach. – „Z tobą wszystko byłoby łatwiejsze”.
Kiedy jej matka wyrwana z ważnego posiedzenia w pracy, zjawiła się po nią w szkole, nie zamieniła z nią nawet jednego słowa, a co ją bolało jeszcze bardziej – nawet nie starała się jej pocieszyć. Po prostu milczała, jakby pogrążyła się we własnych myślach, zbyt prywatnych dla jej małej córki. W drodze do domu posyłała jej tylko uspokajające spojrzenie, które niewiele jednak pomogło.
Ojciec dowiedział się o całym zdarzeniu jako pierwszy. To do niego zadzwoniła nauczycielka, tłumacząc to tym, iż jego żona jest zbyt łagodna dla dziecka. Laura nigdy nie widziała go w tak wielkim gniewie. Tylko Joanne zdołała ją obronić, nakazując uciekać do góry, do swojego pokoju. Gdyby nie ona, prawdopodobnie mogłaby być już martwa – kiedy Edward Collins wpadał w gniew, nic nie było w stanie go zatrzymać.
Laura nie posłuchała matki. Usiadła na schodach, ściskając z niewiarygodnie wielką siłą drewniane szczebelki. Cały czas spoglądała w dół, nasłuchując odgłosów płomiennej kłótni, w którą zaangażowali się jej rodzice. To wtedy po raz pierwszy usłyszała, jak mama krzyczy. I to w jej obronie.
                – Mówiłem, że jest z nią coś nie tak! Nie możesz jej bronić, Joanne! Trzeba ją posłać w diabły! Niech gnije na ulicy! – wrzeszczał ojciec, nawet nie myśląc o tym, że jego bolesne słowa mogłyby dotrzeć do uszu córki. Laura wcale nie była tym zaskoczona, a jednak bolało ją to mocniej niż zwykle.
                – Licz się ze słowami, Edwardzie! – wykrzykiwała walecznie Joanne. – To nasza córka! Jak możesz tak mówić?!
                – To potwór, nie córka!
                – Mylisz się! Nawet nie chcesz jej poznać! Całymi dniami udajesz, że nie istnieje! Nie rozmawiasz z nią, a bezustannie krzyczysz i obwiniasz o coś, czego nie zrobiła! Dlaczego? Przecież jest tylko dzieckiem, na dodatek twoim dzieckiem... – mówiła coraz bardziej załamującym się pod wpływem emocji głosem. – Jesteś jej ojcem, Edwardzie!
Po zaczerwienionej twarzy matki zaczęły spływać ogromne pokłady łez. To nie poruszyło żadnej cienkiej struny sczerniałego serca jej męża. Powoli zaczynała wątpić w to, że poślubiła odpowiednią osobę.
– To głupi bękart! Przeklęty, mały gówniarz, który nie potrafi się opanować! Tylko udaje niewinną, a ty jesteś ślepa, Joanne! – krzyczał coraz gniewniej i gniewniej.
– Sam mówisz, jakby diabeł tobą zawładnął! – Tym razem to w głosie Joanne pojawiła się złość, co było zjawiskiem dosyć rzadkim. Nawet podsłuchującą Laurę przeszyły dreszcze.
                – Na za dużo sobie pozwalasz. – Ojciec całkowicie znienacka zamachnął się w stronę matki, która dostając w twarz silnym ciosem, zatoczyła się pod ścianę. Laura nie powstrzymywała już łez. Teraz płakały nie tylko jej oczy, ale również i maleńka, zraniona przez rzeczywistość dusza.
Drżącymi dłońmi ścisnęła mocniej szczebelki. Gdzieś pośród dojmującego smutku pojawił się dobrze jej znany przejaw buntu. Próbowała go w sobie stłumić, a jednocześnie pragnęła, aby całkowicie nią zawładnął. To było coś niewyobrażalnie potężnego, coś, czego do tej pory nie czuła. Wystarczyła chwila nieuwagi i nieznane uczucie dotarło do wnętrza jej serca, zatruwając  je nienawiścią niepodobną do dziecka w jej wieku.
„Odejdź od niej, odejdź, zostaw ją w spokoju!” – powtarzała w myślach, próbując wywołać określoną reakcję. To jednak nie pomagało. To nie to samo działanie magii, co wcześniej. Przestała czarować? A może zabrała się do tego w nieodpowiedni sposób?
                Przerażona Laura spoglądała w gniewne oblicze ojca, który właśnie szarpnął swoją żonę za koszulkę i podniósł ją gwałtownie do góry. Jego zamaszysty ruch dłoni nie świadczył o dobrych zamiarach. Głośno bijące serce dziewczynki podpowiadało jej, że czas na właściwą reakcję się kończy.
                „Giń” – rzuciła desperacko w myślach.
Edward chwycił się za pierś i upadł na podłogę, wijąc się po niej jak cierpiące zwierzę. Laura nie mogła tego dłużej oglądać. Przerażona oderwała się od szczebelków i uciekła do pokoju, rzucając się na łóżko i zakrywając kołdrą po samą głowę. Nie chciała tego widzieć, nie chciała słyszeć, nie chciała już kompletnie niczego!
To ona to zrobiła! Jak mogła?! Przecież tak naprawdę tego nie chciała, prawda? Co ją podkusiło, żeby uczynić coś tak okrutnego?!
Do jej małego umysłu nie docierało już nic, poza słowami, które teraz nabrały wyraźnego znaczenia.
„Jestem wiedźmą, okrutną wiedźmą, nie żadną dobrą czarodziejką, Amy się myliła”. Powtarzała je w myślach coraz intensywniej, aż w końcu zaczęły umykać z jej ust, naruszając wszechwładną ciszę.
Kolejne dni były już tylko potwierdzeniem na to, że zrobiła coś niewyobrażalnie złego. Jej ojciec naprawdę umierał. Matka płakała. Płakała przez nią. Nie mogła znieść tego widoku. Bolało ją to bardziej, niż konający w szpitalnym łóżku mężczyzna. Wiedziała, że przede wszystkim zraniła mamę, nie jego.  
W chwili gdy ojciec umierał, obydwie przy nim siedziały. Nie spoglądał prawie w ogóle w jej dziecięcą twarz. Przekazywał Joanne jakieś bzdurne formalności, które miała za niego wypełnić, gdy już go zabraknie. Ostatnim czułym słowem na pożegnanie, jakim obdarzył swoją niewidzialną córkę, było słowo „potwór”.
Laura nie była w stanie zapłakać. Czuła pustkę, a jedyną rzeczą, która naprawdę ją bolała, było to, że sama odprowadziła ojca do trumny. Joanne pomimo wielu krzywd przecież naprawdę mocno go kochała.
Nie chciała mieć już swojej przeklętej mocy, nie chciała nikogo więcej skrzywdzić, a już szczególnie nie zabijać. Życzyła sobie, aby to przekleństwo po prostu wyparowało i nigdy więcej nie wróciło. Jej życzenie o dziwo zostało spełnione – już nigdy więcej nie poczuła, jak to jest tracić nad sobą kontrolę. Stała się zwykłym człowiekiem do bólu przepełnionym normalnością. Człowiekiem ze zranionym sercem, który bał się na nowo zaufać ludziom.