poniedziałek, 26 października 2015

[TOM 2] Rozdział 13 - "Aura i Nate Auvrey"

Dzisiejszy rozdział został wstawiony na bloga tylko z tego powodu, że wyjątkowo nie poszłam dziś na zajęcia. Pewnie gdybym poszła, pojawiłby się dopiero w przyszłym tygodniu, a co za tym idzie: obawiam się, że będę musiała zmienić daty wstawiania rozdziałów. Możliwe, że z tygodnia, zrobią się dwa, możliwe, że na jakiś czas przestanę nawet pisać. 
Rozdział nijaki, choć jest. Bliźniaki już blisko. Pojawia się też Ethan. Cieszmy się. Juhu.
***
      "Jak się czujesz?", "blado dziś wyglądasz!", "może odpocznij?", "martwię się o ciebie!".
Miliony pytań i stwierdzeń wierciło w mojej głowie dziurę, przyprawiając mnie o mdłości. Rzeczywiście, może nie najlepiej znosiłam ciążę, ale przecież nie umierałam. Okres moich omdleń minął, choć pewnie nie na stałe, na razie czułam się jednak dobrze. Dawki mikstur znowu zostały zwiększone, a ja dostałam ostrzeżenie, że na tym powinno się zakończyć, gdyż ponowne zwiększenie dawki, może okazać się nie być korzystne dla mojego organizmu.
      Powoli zbliżałam się do szóstego miesiąca męczarni i jedyne co na razie mnie niepokoiło to to, że nie byłam w stanie wyczuć ruchów swoich dzieci, co powinno już nastąpić w piątym miesiącu. Jedyną aktywność i oznakę życia jaką wykazywały, był moment, w którym dobierały się do zasobów mojej ludzkiej energii. Nie były to jednak momenty radujące. 
      Jak stwierdził lekarz podczas usg, zostanę matką dwójki, niesfornych dzieciaków, z których jedno będzie chłopcem, drugie dziewczynką. Potwierdziło to teorię tajemniczej wiedźmy Isabelle, co jeszcze bardziej zaczęło mnie przerażać. Przecież przewidziała też wojnę pomiędzy demonami, łowcami, la bonne fée i wiedźmami.
      Szukanie członków oraz zabezpieczanie się Nox przed nagłym wybuchem ze strony demonów, nie szło zbyt dobrze. Nathiel prędzej odstraszał członków, ja nie miałam ich nawet kiedy rekrutować, a Sorathiel zajęty był pracą w domu. Andi nie była dorosłą osobą, a co za tym idzie nie chcieliśmy powierzać jej tak trudnej misji jak werbowanie nowych członków. Na pewno w pierwszej kolejności wzięłaby do Nox swoich znajomych ze szkoły, którzy mogliby się zdziwić po pierwsze: jej pochodzeniem, po drugie przestraszyć sytuacji i uznać ją za wariatkę. Szukanie nowych ludzi nie było łatwe. Rekrut musiał być zaufany, twardy, godny miana łowcy. Trzeba przy okazji podkreślić to, że żaden z nowych nabytków Noxa, nie zostawał natychmiastowo łowcom. Nawet ja przechodziłam przez długi proces rekrutacyjny, mający sprawdzić moje możliwości, siłę i wytrwałość. Tak było za czasów panowania Hugha. Jak będzie czynił Sorathiel? Domyślałam się, że podobnie jak on.
      Poczułam zapach spalenizny. Odrobinę mnie zdziwił. Jak długo musiałam stać przy oknie i wpatrywać się w śnieżnobiałą okolicę? Jak długo mogłam myśleć? Przecież niedawno przewracałam kotlety na drugą stronę.
      Jęknęłam bezradnie. To nie pierwszy raz, kiedy spalam obiad. 
      Z wielkimi kroplami łez w oczach, podeszłam do starej patelni na której nie było już ani odrobiny tłuszczu. Za to znajdowały się zwęglone kawałki, nieforemnego mięsa. Czułam, że hormony rozwalają mnie od środka, a ja niedługo wybuchnę wielkim płaczem. Nim to jednak zrobiłam, w kuchni pojawił się Nathiel. Przewrócił oczami.
      - Znowu spaliłaś obiad? - spytał.
      Poczułam się lekko urażona. Momentalnie odwróciłam od niego głowę. Zupełnie jak małe, obrażone dziecko.
      - Nie - skłamałam, zaciskając usta.
      Auvrey widząc zbliżającą się falę rozpaczy, wyłączył gaz i wrzucił brutalnie patelnię z całą jej zawartością do zlewu.
      - Dziś po prostu znów zamówimy pizzę - powiedział beztrosko, wzruszając ramionami.
Nie udało mu się jednak, wstrzymać prawdziwego wodospadu, wypływającego ze mnie falą. Wybuchnęłam głośnym płaczem.
      - Nie poznaję cię - mruknął niepocieszony tym faktem, natychmiastowo do mnie podchodząc. Nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, położył rękę na moje plecy, drugą wkładając pod moje kolana. Tym o to sposobem, szybciej niż sądziłam znalazłam się w jego ramionach. Wisiałam w powietrzu, co wcale mnie nie cieszyło, a sprawiło jeszcze większą przykrość. Przykrość? Czasem nie rozumiałam tego, co bliźniaki ze mną robiły. Nie dość, że za dnia byłam rozkojarzona, to jeszcze całe otoczenie padało ofiarą mojej nieuwagi i głowy fruwającej w chmurach. Nie poznawałam siebie. Gdzie ta dawna, chłodna Laura? Co się z nią stało? Modliłam się w duchu, żeby było to tylko chwilowe. Przecież nie chciałam być klonem Amy, która płakała na każdym kroku nawet wtedy, gdy rozlała przypadkiem herbatę, brudząc ulubiony dywan Sorathiela. Swoją droga, zabawne byłoby wyobrażenie Amy, która zamieniła się ze mną charakterem. Chłodna optymistka kontra ciepła pesymistka. To nie idzie ze sobą w parze.
      Chcąc nie chcąc, objęłam ramionami szyję Nathiela i spojrzałam mu bezradnie prosto w szmaragdowe oczy. Szukałam w nich ratunku.
      - Nie płacz - westchnął chłopak - Świat się nie kończy z powodu spalonych kotletów. No, chyba, że w niedalekiej przyszłości te kotlety miały zbawić świat, a zwęglając je przesądziłaś o losach ludzkości. Teraz wszyscy zginiemy, bo...
      Zatkałam dłonią usta Nathielowi, który momentalnie się nachmurzył. Wiedziałam, że gdy zacznie wyobrażać sobie niestworzone rzeczy, nie skończy tak łatwo. 
      - Starczy - szepnęłam, pociągając nosem. Chłopak zabrał moją rękę ze swoich ust.
      - Już milczę - mruknął od niechcenia, przewracając w teatralny sposób oczami - Ale ty też musisz się wyciszyć. 
      - Spróbuję.
      Westchnęłam ciężko, opierając głowę na ramieniu Nathiela. Mój jedyny, demoniczny ratunek przed szaleństwem, postanowił zrobić mi wycieczkę po domu. Nie do końca rozumiałam gdzie mnie niesie i jaki ma cel, ale mógł mnie tak nosić cały dzień. W jego objęciach czułam się jak małe dziecko. Brakowało tylko wierzgania nogami w powietrzu i nucenia dziecięcych piosenek.
      - Muszę ci się pochwalić swoją robotą - usłyszałam.
      Podniosłam zamyślone oczy na twarz Nathiela. Uśmiechał się jak mały łobuz, który zostawił swojej matce prezent w postaci pomalowanych kredkami ścian. Moim oczom ukazało się jednak zupełnie co innego. Coś, co zmusiło mnie do kolejnych łez. 
      - Nathiel - jęknęłam z wyrzutem.
      - Co znowu? - spytał zdezorientowany chłopak - Starałem się przecież. Brzydko? Możesz coś poprawić, nie obrażę się - dodał z powagą w głosie.
      Zaśmiałam się, pociągając nosem.
      Od długiego czasu Auvrey zamykał się w byłym pokoju mojej matki i nie pozwalał mi tam wchodzić. Podejrzewałam wówczas, że przygotowuje coś spektakularnego, co będzie miało związek z dziecięcym pokojem. Nie spodziewałam się jednak szału. Nigdy nie sądziłam, że posiada jakiś wygórowany gust dekoracyjny. Można powiedzieć, że się bałam. Znając pomysły Nathiela, na ścianach pojawiłyby się wzory zielonych ufoludków, łóżeczko i wszystkie szafki byłyby czarne, a dywan różowy i w trupie czachy. Na szczęście tak nie było. Pokój może nie wyglądał zbyt skomplikowanie, może nawet minimalistycznie, ale bardzo do mnie przemawiał.
      Ściany były w delikatnym, brzoskwiniowym kolorze, dziecięce mebelki typu łóżeczko, komoda, przewijak czy fotel, były w kolorze bieli, puchaty dywan leżący na środku w kolorze dojrzałej pomarańczy. Zasłony w delikatnym, żółtym kolorze, obwiązane dużymi kokardkami. Tuż nad łóżeczkiem, na brzoskwiniowej ścianie znajdowały się zarysowane pionowo gwiazdki, który pięły się ku górze krętym szlakiem. Każda gwiazdka miała inną minę. Już samo to potwierdziło moją teorię, że dziecięcy pokój nie był samodzielnego autorstwa Nathiela. Czułam, że maczała w tym palce Amy, posiadająca znakomity gust dekoracyjny. 
      Na białym fotelu z pomarańczową narzutą, leżał duży, brązowy miś, na półkach poustawiane były inne zabawki. Wystrój komód i innych rzeczy nie był jednak pełen. Wiadomą rzeczą było, żę szafki zapełnią się wtedy, kiedy bliźniaki będą już na świecie. Liczne chusteczki, pampersy i inne niemowlęce przyrządy będą nieodłączną częścią naszego życia już za cztery miesiące.
      - Jest cudownie - przyznałam, uśmiechając się szeroko i ocierając łzę, cieknącą mi po poliku.
      - Ha, wiedziałem - stwierdził dumnie chłopak - Niech wszyscy klękają przed moim geniuszem. Powinienem stroić pokoje.
      - Bądźmy szczerzy. Amy i Sorathiel ci pomogli.
      - Nieprawda!
      Auvrey nachmurzył się jak małe dziecko. Błyski w jego szmaragdowych oczach zdradzały jednak kłamstwo. Potrząsnęłam tylko głową i złożyłam drobny pocałunek na poliku mojego ukochanego demona. Od razu się rozpromienił.
      - Wiesz czego jeszcze brakuje? - spytał z powagą w głosie - Imion. A ja mam propozycje - mówiąc to, wyszedł z pokoju, zamykając szczelnie drzwi. Przyjrzałam mu się z zainteresowaniem. Rzeczywiście, nie zastanawialiśmy się dotąd nad imionami dla bliźniaków. Zdziwiłam się, że ani razu moje myśli nie zaprzątała taka myśl. Chyba naprawdę żyłam w innym świecie, chcąc pozostawić własne dzieci bez imion. Nathiel i Laura Auvrey oraz mali, bezimienni Auvreyowie.
      - Jaka jest twoja propozycja? - spytałam, unosząc do góry brew. Wiedziałam, że jego odpowiedź nie będzie zaskakująca.
      - Chłopiec może być Nathielem juniorem - zachichotał.
      Przewróciłam oczami.
      - Nie zgadzam się na to. Wyobraź sobie, że będę wołać Nathiela, żeby dać mu kieszonkowe. Przybiegną obaj i będą się kłócić o pięć dolarów. Walka zapewne zakończy się na nożach.
      - Fajna perspektywa - rozmarzył się chłopak.
      - Zdecydowanie nie - odmruknęłam.
      Zostałam przeniesiona przez próg sypialni, już po chwili trafiając w objęcia ciepłej kołdry, która sprawiła, że momentalnie zachciało mi się spać. Spróbowałam zwalczyć w sobie to uczucie.
      Ziewnęłam potężnie i zamrugałam kilka razy oczami, chcąc się rozbudzić. Nathiel rzucił się na miejsce obok mnie, przez co podskoczyłam do góry na materacu. Spojrzałam na niego z wyrzutem, gdy ten układał wygodnie poduszkę pod głową. 
      - Słucham twoich pomysłów - powiedział, zerkając na mnie z uśmieszkiem.
      - Nie jestem dobra w wymyślaniu imion - westchnęłam - Ale myślę, że fajnie byłoby nazwać bliźniaków imionami podobnymi do naszych. Jest takich od groma.
      - Błagam, byle nie Nathaniel - burknął Nathiel, wyraźnie się chmurząc - Ile natłumaczyłem się w życiu ludziom, że moje imię to nie Nathaniel, a Nathiel. Przecież one nawet nie są do siebie podobne - prychnął.
      - Trochę są - stwierdziłam z rozbawieniem, przez co dostałam poduszką w twarz. Posłałam Nathielowi groźne spojrzenie i oddałam mu cios. Niestety, tylko go rozbawił.
      - Więc jak? Nath, Nathan, Neth, Nate - wymieniał chłopak. Ja już jednak wiedziała jak będzie zwał się nasz syn.
      - Nate - odpowiedziałam - Nate Auvrey.
      - Brzmi nieźle - przyznał czarnowłosy z uznaniem, posyłając mi znaczące spojrzenie  - Twoja kolej.
      Przewróciłam oczami.
      - Lauren, Laurie, Laurel, Aura...
      - Aura Auvrey - stwierdził natychmiastowo Nathiel.
      Uśmiechnęłam się. Nie sądziłam, ze pójdzie to tak szybko. I pomyśleć, że wystarczyło tylko skojarzyć podobne imiona do naszych.
      - Aura i Nate Auvrey - powiedziałam, patrząc w zamyśleniu w sufit.  
      - Laura i Nathiel Auvrey - dodał rozmarzonym głosem czarnowłosy.
      Szturchnęłam go ramieniem. Przecież oficjalnie mi się nie oświadczył. Nie powinien myśleć o czymś takim jak małżeństwo. Nie dorósł do tego. 
      - Brzmi dobrze - odpowiedziałam na przeciw własnym myślom, zamykając oczy i chwytając go za dłoń. Szmaragdowooki zaśmiał się dźwięcznie i przytulił moją rękę do swojego gorącego polika.         Zazdrościłam mu ciepła, które w sobie miał. Mimo tego, że był demonem i nie posiadał ludzkiej krwi, był gorący jak piec, rozgrzewający mnie zimową porą. Ani razu nie poczułam od niego chłodu i nie chodzi mi tu o charakter, bo to zdarzyło się niestety wielokrotnie. Nathiel był moim osobistym grzejnikiem. 
      Przysunęłam się do niego i mimo przeszkadzającego mi w życiu codziennym, wielkiego brzucha, przytuliłam do jego klatki piersiowej.
      Senność powróciła. Dziadek-Śpioszek wyciągał w moją stronę rękę, uśmiechając się do mnie łagodnie i próbując przekonać do podróży w krainę snów. Dłoń Nathiela, która gładziła delikatnie moje włosy nie pomagała. Ale pomogło coś innego. Solidne, gwałtowne i nader zaskakujące kopnięcie.
      Drgnęłam niespokojnie.
      - Co? - spytał Auvrey, chmurząc się nierozumnie.
      Już miałam odpowiadać, gdy znowu poczułam silne uderzenie. Tym razem podskoczyłam do góry.
      - Co? - powtórzył już zniecierpliwiony Nathiel.
      - To - odpowiedziałam i przyłożyłam jego rozgrzaną dłoń do swojego brzucha.
      Przez chwilę nie wiedział o co może mi chodzić. Patrzył się na mnie z miną a'la: "naćpałaś się czegoś?". Chciał zabrać swoją dłoń, ale przytrzymałam ją na brzuchu. Już po krótkim czasie, bliźniaki odezwały się z podwójną siłą. 
      Jęknęłam cicho, mimo wszystko próbując się uśmiechnąć.
      - Niestrawność? - spytał głupio Nathiel, wyraźnie się chmurząc.
      - Podwójna - mruknęłam.
       Dopiero po chwili dotarł do niego fakt, że to nie mój brzuch szaleje, a jego dzieci w moim brzuchu. Oczy zaświeciły mu się niebezpiecznym blaskiem, a źrenice wyraźnie rozszerzyły. Usta ułożyły prawie w kształt litery c. Brakowało mu jeszcze rumieńców radości, ale wydaje mi się, że demony mimo swojego gorącego ciała, nie rumienią się.
      Zerwał się do góry, mało nie przyprawiając mnie o zawał i przytkał swoje ucho do mojego brzucha. Z radością wymalowaną na twarzy nasłuchiwał lżejszych już znaków obecności swoich dzieci.
      - Walą, jakby demony kopały! Moja krew! - powiedział radośnie, zanosząc się zabójczym śmiechem, który nijak pasował do wizerunku przyszłego ojca - Cześć, to ja, wasz tatuś. Będziemy razem zabijać demony? - spytał uroczym wręcz, nie pasującym do niego głosem, tykając brzuch palcem wskazującym.
      Przewróciłam oczami.
      - Daj im się najpierw urodzić - stwierdziłam.
      - Niech już się przygotują do ciężkiego treningu. Będę ich uczył trzymać nóż, gdy tylko się narodzą - odpowiedział z przedziwną powagą, która zaczęła mnie powoli niepokoić - Zobaczysz, będą ciachać demony przez sen.
      - Albo pozabijają się nawzajem, leżąc w dziecięcym łóżeczku - burknęłam - Starczy tych fantazji, Nathiel. Najpierw niech się urodzą, potem dorosną i same zdecydują, co będą chciały robić.
      - Oczywiście, że to co tatuś - zaszczebiotał chłopak, tuląc się do brzucha, jakby był kotem, szukającym ciepłego kąta.
      Przewróciłam oczami, choć nie mogłam powstrzymać się od delikatnego uśmiechu. Gdzieś w jego głupocie, głęboko, głęboko kryła się doza uroczego Nathiela. Tak naprawdę jeżeli miałabym wybierać pomiędzy określeniem: seksowny a słodki, na pewno wybrałabym określenie seksowny, bo do słodyczy było mu daleko (chyba, że chodzi o odległość do sklepu, gdzie codziennie wykupuje pięć różnych czekolad i żelki w kształcie węży, bo przecież są takie urocze).
      - Tata Nathiel będzie was kochał - zaszczebiotał raz jeszcze, smyrając mnie łaskocząco po brzuchu.
      Nie wiedziałam w tym momencie czy mam się śmiać czy płakać. Śmiać - z powodu łaskotek na brzuchu, a płakać - z powodu tego, co powiedział. Przyznaję, byłam lekko wzruszona, choć może bezpodstawnie. Już teraz zazdrościłam bliźniakom tego, jakich będą mieli rodziców. Nie, żebym miała zbyt wielkie mniemanie o sobie. Po prostu wiem, że nie będą mieli przeszłości takiej jak my. Zamiast bezwzględnego ojca, szefa departamentu kontroli demonów, ojca, który uważałby je za potwora i bił na każdym kroku, ojca, który zabił własną rodzinę, będą miały lekko nierozgarniętego tatę Nathiela, który mimo swoich licznych, niezbyt mądrych pomysłów, będzie o nie dbał i kochał je jak prawdziwy człowiek, nie demon. Nie będą musiały uciekać przed ludźmi, nie spotka ich zło, ani nienawiść. Nie będą żyły tak jak ja lub Nathiel, choć nie twierdzę przy tym, że będą miały łatwe życie, w końcu ich rodzice to łowcy cienia, którzy na co dzień walczą z demonami. Mogą też nie być do końca bezpieczne, w końcu narodzą się w czasie, kiedy Reverentia podnosi się z popiołów, postaram się jednak o to, aby miały jak najlepiej.
      Uśmiechnęłam się pod nosem, zamykając oczy. Z jednego oka zdążyła uciec mi łza. Nie była jednak spowodowana smutkiem, a radością. Bo już niebawem dom zapełni się szczebiotem małych dzieci. Naszych dzieci. Aury i Nate'a Auvrey.
***
      Dzisiejszy dzień był jednym z przyjemniejszych, nawet, jeżeli chodziło się po mroźnej okolicy i chroniło twarz przed płatkami śniegów, przecinających drogę do celu. Było miło, nawet jeśli dookoła panował gwar, spowodowany zaciętym poszukiwaniem prezentów pod choinkę, a tłumy wręcz zapychały każdy wolny sklep czy kawiarnie, gdzie można było napić się gorącej czekolady. Wszystkim udzielił się świąteczny klimat. Tylko nie mi. Bo choć dzień był jednym z milszych, podczas tej piekielnie mroźnej zimy, dzień sam w sobie pozostawiał dużo do życzenia.
      Z ironicznym uśmiechem spoglądałam na radosnych ludzi, ubranych po szyję w szaliki i czapki, którzy dzierżyli kolorowe torby w bałwanki i renifery. Dlaczego tylko ja miałam problem z wyborem prezentów? I dlaczego ludzie wykupili wszystkie zestawy noży ze wszystkich sklepów? Mój kręgosłup po dwugodzinnej przeprawie przez miasto wołał o odpoczynek. Świąteczne, kolorowe lampki pozawieszane na choinkach, raziły moje oczy, bombki iskrzyły się światłem wieczornych lamp, świąteczna muzyka wdzierała się do moich uszu, a ja błagałam w duchu, żeby wszyscy się zamknęli. Głosy ludzi aż nadto mnie irytowały. Tak samo jak biegające pod nogami dzieci, które rzucały się śnieżkami. Tak samo jak wszystko, co się tu znajdowało. Zdecydowanie nie przepadałam za zakupami. Mój limit to trzy godzinny, a podczas nich zawsze staję się jędzą wprost nie do zniesienia. Mój limit w ciąży to dwie godziny i już samo rozpoczęcie zakupów skrzywiało mi buzię. O ile na początku myślałam, że kupno prezentu dla Nathiela będzie czymś prostym, tak teraz całkowicie w to zwątpiłam. 
      Najłatwiej było z Sorathielem. Doskonale wiedziałam jaką literaturą się interesuje. Na drugim miejscu była Amy, której byle, zabawna lub słodka pierdółka wystarczyła, by się uśmiechnąć. Na trzecim miejscu znajdowała się Andi, której do szczęścia wystarczył wielki wór słodyczy i nowy miś pluszowy do spania. A Nathiel? Początkowo myślałam o nożach, których w sklepach zabrakło (czyżby masowe morderstwa przed świętami?). Później myślałam o mangach, po czym stwierdziłam, że przecież nienawidzi czytać, ostatecznie wpadł mi pomysł na jakąś durną koszulkę z dziwacznym napisem, co i tak było trudno zdobyć. Naprawdę nie miałam pojęcia gdzie Nathiel je kupował. Coś mi podpowiadało, że w jakimś sklepie internetowym, którego właściciel był na takim samym poziomie umysłowym co on. Co mogłoby mu sprawić radość? Co by go ucieszyło?
      Westchnęłam ciężko i zakryłam twarz szalikiem. Śnieżna zawierucha przybrała na sile, ale ludzie zdawali się tym nie przejmować. Dalej prowadzili ożywione rozmowy w których rozważali kwestię ciast, jakie mają przyrządzić na święta, czy też prezentów jakie udało im się zdobyć. Zdecydowałam, że ze względu na przepełnione kawiarnie, odpuszczę sobie gorącą czekoladę i przyrządzę ją w domu. Poradzę sobie, będąc na nogach jeszcze przez jakiś czas. Kręgosłup przecież mi nie odpadnie.
      - Uwagaaaa! - usłyszałam donośny, dziecięcy krzyk, którym się nie przejęłam. Skąd miałam wiedzieć, że ktoś krzyczał to do mnie?
      Już po chwili dostałam ciężką, twardą śnieżką prosto w twarz. Powiedzmy, ze miałam pecha, stąpając akurat w tym momencie po niezbyt stabilnym podłożu. Rzut śnieżką był na tyle silny, że wystarczył, abym zachwiała się i ślizgnęła po lodzie, który pod sobą miałam. Z mocno bijącym z przerażenia sercem, wylądowałam na twardej ziemi. Pierwsze co zrobiłam to położyłam dłoń na brzuch. Bałam się, że mogło się coś stać bliźniakom.
      Przestraszeni, młodzi winowajcy, zniknęli między tłumami, chcąc uciec od konsekwencji swojego czynu, a ja wciąż siedziałam na ziemi, próbując opanować uczucie słabości, które z nagła mnie dotknęło. Żaden z przechodniów nie zainteresował się mną, chociaż każdy zdążył zauważyć, że jestem w ciąży i potrzebuję pomocy. Nigdy nie wierzyłam w ludzi, tak więc nie oczekiwałam, że ktokolwiek mi teraz pomoże. A jednak. Tajemnicza, męska dłoń wysunęła się w moją stronę.
      - Pomogę - usłyszałam ochrypły, niski głos. Jego właściciel nie spytał mnie o pozwolenie, po prostu chwycił mnie za łokieć i przeniósł mało delikatnie do pionu. Spojrzałam na niego, modląc się, aby nie zemdleć na środku miasta, budząc tym ogólne zaskoczenie i po raz kolejny lądując w szpitalu, gdzie Nathiel będzie na mnie krzyczał i powtarzał: "a mówiłem, żebyś nie szła nigdzie sama". Na szczęście już po chwili odzyskałam świadomość tego, co się dzieje. Tajemniczy przybysz wciąż trzymał mnie za łokieć, jakby domyślał się, że zaraz padnę.
      - Calanthe? - spytał nagle.
      Zamrugałam zdziwiona oczami, dopiero teraz zwracając uwagę na wygląd mężczyzny. 
Włosy miał kruczoczarne, przeplatane pasmami delikatnej siwizny, która nie rzucała się jeszcze w oczy, ciemne, ukośne, groźnie wyglądające brwi, brązowe, zwężone jak u Azjaty oczy, wpadające prawie w czerń. Niechlujna broda, roztrzepane, tłuste włosy i niedbale zarzucony na szyję stary, zielony szalik, sprawiały niezbyt miłe wrażenie. Podobnie jak podarty, czarny płaszcz, dziurawe buty i poranione, brudne dłonie. Czuć było od niego mocną woń alkoholu, a jego nieobecny wzrok tylko potwierdzał moją teorię, że mam do czynienia z nałogowcem. Choć jego wygląd niewiele mi teraz mówił, domyślałam się kim jest ów mężczyzna. Podpowiedzią było tu użyte przez niego imię. Imię mojej matki.
      - Nie - odpowiedziałam po chwili milczenia, nie spuszczając z niego wzroku.
      Mężczyzna westchnął, powracając tym samym na ziemię. Jego oczy stały się bardziej trzeźwe.
      - Oczywiście - mruknął pod nosem - Miała inne oczy - dodał, jakby do siebie, spoglądając tępo w dal. Postanowiłam zaatakować.
      - To moja matka - oznajmiłam, wciąż nie spuszczając z niego oczu.
      Mężczyzna skrzywił się wyraźnie z obrzydzeniem. Z kieszeni kurtki wyjął coś, co przypominało bukłak na wodę. Doskonale jednak wiedziałam, że łyk pociągniętego przez niego napoju to jakiś mocny napój alkoholowy.
      - Ty też urodzisz dziecko demonowi? - spytał z prychnięciem, spoglądając w stronę mojego brzucha.
      Uśmiechnęłam się ironicznie pod nosem. Bingo. Ciekawe jak się tego domyślił. Ach, zapomniał tylko o tym, że ja też jestem demonem. Przynajmniej w połowie.
      Mężczyzna odwrócił się na pięcie. Z lekkim garbem ruszył przed siebie. Nie mogłam go nie zatrzymać.
      - Ethan Parthenai, prawda? - spytałam w stronę jego pleców. 
      Na chwilę się zatrzymał. Jednak nie odwrócił się do mnie ponownie.
      - Skąd znasz moje imię? - spytał zmęczonym głosem.
      - Stare kroniki Nox - przyznałam - A co najważniejsze, słyszałam o tobie od mojej matki.
      Ethan prychnął z pogardą i zaczął kontynuować swoją podróż w nieznane.
      - Szukała cię - powiedziałam tak głośno, żeby mnie usłyszał.
      - Niepotrzebnie - odpowiedział, śmiejąc się głośno, niczym szaleniec.
      - Chciała, żebyś wrócił do Nox - dodałam głośniej.
      To najwyraźniej wzburzyło byłego łowcę. Odwrócił się gwałtownie w moją stronę i posłał mi złowrogie spojrzenie. Jego oczy iskrzyły się, zupełnie, jakby właśnie zażył jakiś mocny środek narkotyzujący.
      - Nigdy nie wrócę do Nox - warknął - Nie obchodzi mnie wasz los, nie obchodzą mnie demony, nie obchodzi mnie Calanthe - mówił coraz bardziej podniesionym tonem głosu. Ja jednak wciąż spoglądałam na niego chłodno. Jak na zawołanie, zerwała się większa wichura śnieżna. Zakrywanie się szalikiem już nie wystarczało.
      - Nie chcesz tam wrócić z mojego powodu? - spytałam, unosząc znacząco brew do góry - Dlatego, że jestem córką Calanthe i Aidena?
      Ethan milczał, spoglądając na mnie z iskrami w oczach. Wyglądał jak szaleniec, który mógł się na mnie rzucić lada moment.
      - Nie chcę tam wrócić z powodu Calanthe - mruknął - Nie chcę tam wrócić, bo nie ma już moich przyjaciół. To nie to samo Nox. Upadliście - syknął.
      Jego słowa tylko potwierdziły trafną myśl mojej matki. Ethan wciąż troszczył się o Nox. Inaczej nie wiedziałby jak wygląda nasza sytuacja. Myślę, że jednym problemem i przeciwwskazaniem jego powrotu, była jego własna duma. Na dodatek wciąż sądził, ze Calanthe żyje. Nie, nie chciałam mu mówić co się z nią stało. Nie teraz.
      - Nie zawracaj mi głowy, diable - warknął, najwyraźniej próbując podkreślić fakt, że jestem demonem - Wracaj tam, gdzie twoje miejsce - zakończył i odwrócił się gwałtownie na pięcie, wprawiając w ruch swój podarty, stary płaszcz. Postanowiłam, że nie będę go zatrzymywać. Odesłałam go wzrokiem i cichym westchnięciem.
      Taki był mój cel. Wzbudzić w nim niepewność, zmusić do rozmyślania. To tylko kwestia czasu nim zdecyduje się na powrót. Sercem wciąż jest łowcą, tylko trochę się pogubił. Dokładnie to samo stwierdziła moja matka. Nie miała mu zresztą za złe, że odszedł. Jednego dnia widzieć jak jego przyjaciele umierają, a on nie może z tym nic zrobić, potem dowiedzieć się, że osoba w której jest zakochany w wieku 16 lat zaciążyła i to z demonem. Musiał być załamany. To go jednak nie usprawiedliwia. Dla mnie stchórzył. Stchórzył przed życiem. Opuścił tych na których mu zależało, którzy najbardziej go wtedy potrzebowali. Bo nie chciał patrzeć jak się rodzę i jak dorastam. 
      Smutne, a zarazem ciekawe jest to, że przeszłość prędzej czy później do ciebie wróci. W tym przypadku, nie uciekła nawet od Ethana.

niedziela, 18 października 2015

[TOM 2] Rozdział 12 - "Obiecaj mi"

Rozdział jeden z krótszych i mało znaczących. To tak naprawdę luźna gadka, rozważania. Zastanawiałam się nad dodaniem następnego szybciej, ale jestem w tyle z powodu studiów i nauki, tak więc wstrzymuję się do następnej niedzieli, oby wypaliło, bo na plusie nic nie posiadam, a rozdział 13 ledwo zaczęty. 
Laurie kiedyś wspomniała, że fajnie byłoby, gdyby Sorathiel i Amy częściej się pojawiali. Pojawiają się. W dalekiej rozpisce uwzględniłam nawet dosyć spory wątek, który ich dotyczy. Ale tyle powinno wystarczyć na razie c:
Nie wiem co się działo z ostatnimi dwoma rozdziałami. 200 ileś wyświetleń to nie codzienne dla WCN. Miło.
***
      Dziś był ciężki dzień. Cholernie ciężki dzień. Można go było przyrównać do spotkania z uroczą, kochającą swoje wnuki babcią, która palcem władzy wskazywała na stos ciasta, każąc zjeść je wszystkim, kochanym dzieciom. I nieważne, że pękną, a ich wnętrzności w raz z ciastem zapełnią świat. Ważne, że posłuchały babci.
      Nathiel przeklinał w duchu swój los, podobnie jak te głupie, małe wiedźmy za których sprawą wyleciał ze swojej świeżej pracy. Jego robota trwała tylko dwa tygodnie, a skończyła się tak tragicznie, że nie dostanie nawet wypłaty. Od samego początku wiedział, że znajomość z tymi przeklętymi czarodziejkami nie będzie dobra. Były wariatkami. Kto normalny ubiera się w garnitur lub suknię ślubną i wskakuje na wystawę w sklepie, udając manekina, żeby tylko patrzeć komuś na tyłek? Kto normalny ucieka w tych ciuchach z wystawy, ignorując obowiązek zapłaty za wyniesioną rzecz? Kto ucieka przed ochroniarzem, skacząc po fontannach, kradnąc po drodze rurki z kremem w pobliskiej cukierni, wbiega do damskiej toalety, krzycząc: "to pilne!" i każe czekać przed drzwiami? (Przecież nie wpadnie do wc, bo kobiety rzucą się na niego z torebkami, a to zaboli). Kto kontynuuje swoją ucieczkę rzucając w ochroniarza papierem toaletowym, a ostatecznie wpada do sklepu z ciuchami, kryjąc się w przymierzalni? Nikt. Na jego nieszczęście, gdy te czarodziejskie wariatki pochowały się w przymierzalniach, wyważył nie te drzwi, co powinien, przez co przerażona, pół naga kobieta, przymierzająca nowy stanik, zaczęła okładać go pięściami, krzycząc i wyzywając od zboczeńców. Był wówczas tak zły, że gdy tylko dostrzegł te przeklęte wiedźmy, zaczął je rzucać butami z wystawy. Jednym obcasem wybił zresztą sklepową szybę, dlatego do akcji musieli wkroczyć inni ochroniarze, którzy natychmiastowo chwycili go wpół. Tymczasem czarodziejki uciekły w raz z suknią i garniturem. Jak się potem okazało, wywali go z pracy, za szkody musiał zapłacić, a la bonne fée zwróciły wyprane ciuchy, budząc tym ogólne zaskoczenie - szczególnie, gdy znowu zaczęły uciekać.
      Na podsumowanie zła dzisiejszego dnia, gdy wrócił do miejsca, gdzie wcześniej rozmawiał z Laurą, dostrzegł ją siedzącą na ławce w raz z Madlene, która ją podtrzymywała. Jak się okazało, chwilę temu zemdlała. Teraz siedziała niczym bezwładna kukła i wpatrywała się z przymrużonymi oczami w posadzkę. Miała lekko rozwarte usta i zaczerwienione poliki. Doskonale wiedział co się z nią dzieje. Bliźniaki znów wkroczyły do akcji, a miksturki wcale nie pomagały. Wiedział, że jest z nią coraz gorzej, bo skoro leki przestały pomagać to co jest jej w stanie pomóc? Chyba tylko poród, a do niego jeszcze cztery miesiące.
      Laura została przeniesiona do siedziby organizacji. Nie obchodziło go w tym momencie, czy dostanie mu się od pracodawcy, wiedział bowiem, że i tak zostanie wylany. Ważniejsza była Laura, która potrzebowała teraz pomocy.
      W ślad za nim podążała oczywiście Madlene, która co rusz pociągała nosem. Nie rozumiał jej zachowania. Dlaczego tak przejęła się praktycznie obcą dla siebie osobą? Może była lesbijką i zakochała się Laurze? Tak, taką myśl też do siebie przyjmował i zdecydowanie nie pozwoli na to, aby ktoś mu zabrał Laurę.
      W tym właśnie momencie jeszcze bardziej znienawidził la bonne fée.
      - Nathiel, mówię coś do ciebie.
      Zielonooki zmarszczył czoło i przeniósł wzrok na swojego przyjaciela. Był tak pogrążony we własnych myślach, że nawet nie zorientował się kiedy do niego mówi. Chyba było z nim źle.
      - Rozumiem, że martwisz się o Laurę - zaczął Sorathiel, siadając tuż obok niego - I że z tego powodu pijesz też herbatę.
      - Stary - zaczął zdezorientowany demon - Dlaczego ja piję herbatę? Przecież jej nienawidzę.
      - Może dlatego, że kojarzy ci się z Laurą.
      Usta blondyna rozszerzyły się w delikatnym uśmiechu.
      - Nie podoba mi się to - burknął niepocieszony Nathiel, odkładając kubek z różanym Earl Greyem na bok. Tak naprawdę napój herbaciany smakował dla niego jak gorzkie siki. Nie pojmował jak można było pić coś takiego. Najlepsza była czarna kawa z odrobiną mleka i mnóstwem cukru.
      - Nie możesz się zamartwiać. To do niczego cię nie zaprowadzi.
      Czarnowłosy westchnął ciężko i pochylił głowę w dół. Doskonale wiedział, że martwienie się nie pomoże Laurze, ale nie mógł powstrzymać wewnętrznego niepokoju. Będzie się tak czuł, dopóki bliźniaki nie ujrzą światła dziennego.
      - Mam głupie wrażenie, że będzie coraz gorzej i gorzej - mruknął od niechcenia.
      - Nathiel, co się z tobą dzieje? Zawsze byłeś optymistą. Nie poznaję cię.
      Sorathiel pokręcił głową z niedowierzaniem.
      - Wiem. Po prostu to całe dorosłe życie mnie chyba przerasta. Jest głupie. Praca męczy i irytuje, cały czas musisz troszczyć się o swoją dziewczynę i nienarodzone dzieci, a twoje hobby schodzi na drugi plan - opowiadał skrzywiony chłopak -  Gdzie te beztroskie czasy, kiedy ganiałem za demonami? - spytał sam siebie, potrząsając głową.
      - Nie można stać w miejscu, kiedyś trzeba dorosnąć.
      - Pieprzę taką dorosłość.
      Nathiel nachmurzył się i skrzyżował ręce na piersi, niczym małe dziecko. To prawda, że był już blisko dorosłości, ale wciąż, mimo wszystko czuł się jak dziecko i nie zamierzał tego zmieniać. Nawet jeżeli demony miałyby wrócić, nie byłby z tego powodu smutny, w końcu by się nie nudził. Poza tym jego ojciec nie mógł zginąć tak łatwo. Gruzy, które go przygniotły nie były wiarygodne, przecież to jeden z Auvreyów, a Auvreyowie tak łatwo nie giną. Szczególnie nie jego ojciec. Nie osoba, która stała tak wysoko w hierarchii demonów. Był cholernie silny.
      - Powróćmy do kwestii demonów - westchnął Sorathiel, uważnie przyglądając się twarzy Nathiela. Miał świadomość tego, że jest przyjaciel nie miał dziś zbyt dobrego nastroju. Chciał więc wszelakimi sposobami odgonić jego myśli od złego stanu Laury.
      - No - mruknął obojętnie czarnowłosy - Wiemy już, że departament się odradza i kiedy rośnie w siłę, my tkwimy tu w czwórkę, z czego Andi jest wciąż małym, niedouczonym krasnoludkiem, a Laura nie może zbyt wiele zrobić w ciąży. Stoimy na przegranej pozycji - mówiąc to, wzruszył obojętnie ramionami.
      - Dokładnie - przyznał, choć z niechęcią blondyn - Dlatego też jeszcze przed nagłym i zaskakującym wybuchem, musimy wzbogacić się o nowych członków.
      - Tylko skąd ich wziąć?
      Nathiel skrzywił się wyraźnie i spojrzał w sufit.
      - Zacznijmy od najprostszego rozwiązania.
      Sorathiel wyjął zgrabnym ruchem dłoni jedną kartkę ze stosu dokumentów, po czym przekazał ją w ręce przyjaciela. Ten nie za bardzo cieszył się na litery, które będzie musiał rozczytać. Rzadko zdarzało się mu czytać cokolwiek. Chyba, że napisy w chmurkach komiksów, nie były one jednak zbyt skomplikowane.
      Marszcząc wyraźnie czoło, zaczął rozczytywać pierwsze słowa na kartce.
      - Ethan Parthenai - odczytał, a chwilę potem spojrzał na Sorathiela nierozumnie.
      - Były łowca - kontynuował za niego blondyn - Mniej więcej w wieku Calanthe. Współpracował razem w nią i działał w jednej grupie. Był też przez nią rekrutowany w czasach młodości.
      - Skąd to wiesz? - zielonooki pochylił się ku przyjacielowi ze zmrużonymi oczami.
      - Bo miałem okazje porozmawiać kilka razy z Calanthe. Nie kłóciłem się z nią jak ty - westchnął Sorath - Ethan to jej przyjaciel i prawdopodobnie jako jedyny ze starego Nox ocalał. Tu - mówiąc to, wskazał palcem na kartkę trzymaną przez Nathiela - Są spisane miejsca, gdzie może się znajdować.
      - Czegoś nie rozumiem - mruknął od niechcenia czarnowłosy - Skoro żyje i nie jest już łowcą, to dlaczego nagle miałby powrócić do bycia nim?
      - Bo nie bez powodu był łowcą. Calanthe twierdziła, że to z jej powodu odszedł, ale była pewna, że jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli problem, powróci. Lubił swoją pracę.
      - Odszedł z jej powodu? Dlaczego mnie to nie dziwi - burknął Nathiel - Skoro tak przedstawiasz sprawę, szefie - dodał lekko rozbawionym tonem głosu - Zrobimy co w naszej mocy.
      Auvrey odłożył na bok papier. Był zdania, że nieważne od czego się zacznie, ważne, żeby w ogóle zacząć, a w tej sytuacji musieli chwytać się każdej deski ratunkowej. Jeżeli będzie trzeba, odnajdzie gościa i przyprowadzi go tu siłą.
      Nox nie może upaść. Ma obowiązek powstać w całej swojej okazałości i zmierzyć się z demonami, które powrócą tu ze zdwojoną siłą. Jeszcze zacznie się prawdziwa jatka.
***
      Słońce. Znów to cholerne, rażące w oczy słońce. Przez ostatnie dwa tygodnie śnieg i chłód nie opuszczały miasta, a słoneczne promienie były tu znikome. Dlaczego więc pojawiły się w chwili, gdy czułam się jak wrak statku, wyrzucony na brzeg bezludnej wyspy? Zdecydowanie nie chciałam się budzić.
      Mrucząc niezrozumiałe rzeczy pod nosem, przewróciłam się na lewą stronę, pragnąc uciec od rażących oczy morderców. Słońce zdecydowanie bardziej radziło sobie, gdy ogrzewało mi plecy.
      - Wstajemy! - dosłyszałam znajomy krzyk.
      Jęknęłam pod nosem i zakryłam się kołdrą po sam czubek głowy. Ze wszystkich dni w roku, kiedy Nathiel wstawał później niż ja, nagle zachciało mu się obudzić wczesnym porankiem i mnie zdenerwować. Czy to była jego zemsta? W końcu to ja zawsze strącałam go z łóżka, krzycząc, że nie będzie spał do południa i musi mi pomóc w domu. Robił teraz dokładnie to samo.
       - Śniadanko! - wykrzyknął znowu znajomy, dźwięczny głos.
       Jak na zawołanie, poczułam w oddali zapach smażonego bekonu. Nie, nie uwierzę w to, że Nathiel zrobił mi śniadanie. Naprawdę musiałby się stać cud, aby je przyrządził.
      Otworzyłam niepewnie jedno oko i spojrzałam na chłopaka, który właśnie przysiadł obok mnie na krześle i położył na moich nogach wielką tacę z jedzeniem. I to nie byle jakim jedzeniem. Dwa jajka sadzone na bekonie, dobrze przypieczony tost i parująca, gorąca herbata różana. Do tego róża leżąca luzem przy talerzu.
      Zerknęłam na Nathiela, unosząc brew do góry.
      - Mam dziś urodziny? - spytałam zdezorientowana - Wydawało mi się, że są dopiero za kilka dni.
      - Od dziś każdy twój dzień będzie jak urodziny - mówiąc to, Nathiel wyszczerzył się jak do kromki chleba - Poczuj moją miłość z rana, maleńka - zaśmiał się.
      Spojrzałam na niego podejrzliwie, momentalnie przenosząc się do pozycji siedzącej. Jedyne co mnie zastanawiało to to, czemu nie jestem we własnym pokoju. Obecnie znajdowałam się w organizacji.
      Zmarszczyłam wyraźnie czoło.
      - Nathiel, co się dzieje? - spytałam lekko ochrypłym i zaspanym głosem.
      - Poranek! - wykrzyknął Auvrey, na co aż się skrzywiłam - Taki piękny dzień! Słoneczko praży, dzieci się cieszą, rzucają śnieżkami po gębach, psy radośnie sikają w śnieg, po prostu żyć, nie umierać! - mówiąc to, wyskoczył gwałtownie do góry i jak na skrzydłach podbiegł do okna. Zgrabnym i zamaszystym ruchem, odgarnął na bok zasłony, przez co aż jęknęłam i zmrużyłam oczy. Słońce zabijało mnie jak wampira.
      - Wiesz gdzie się dziś wybieramy, wiesz?! Nie wiesz! - wykrzyknął niczym radosne dziecko, zwracając się w moją stronę z uradowaną buzią.
      - Nie - burknęłam od niechcenia, przecierając dłonią oczy.
      Zielonooki podleciał do mnie, uklęknął przy łóżku, sięgnął po tosta i włożył mi go z rozmachem do buzi. Uniosłam brew do góry, będąc już trochę zdezorientowana.
      - Jedz, żeby nasze dzieci były zdrowe, silne i przystojne jak tatuś - zaśmiał się irytująco.
      Jedyne co mi nie pasowało to to, że jego oczy nie wyglądały na szczęśliwe. Zdradzały zdecydowanie odwrotne emocje. Nie mam pojęcia co to mogło być. Może... zmęczenie? Tylko od czego?
      Z trudem przeżułam kawałek tosta. Nie byłam głodna.
      - Skąd u ciebie taka radość? - spytałam od niechcenia.
      - Bo dziś idziemy na wielkie zakupy dla bliźniaków!
      Chłopak wyrzucił ręce w górę, jakby chciał czegoś dosięgnąć. Wyglądał jak małe dziecko, które cieszyło się byle głupotą. Myśl o zakupach tak bardzo go ucieszyła? Przecież Nathiel ich nie znosił. No, chyba, że chodziło o jedzenie albo nowe noże. Co mu się stało? A może próbował coś przede mną ukryć?
      Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
      - I nie! Wcale nie wywalili mnie z roboty! - wykrzyknął radośnie, na co ja przybrałam pokerową twarz. Znamy więc powód przymilności Nathiela. Wyrzucili go z pracy. Za co? Dobre pytanie.
      - Nathiel - zaczęłam bezradnie z westchnięciem.
      Nie, wcale nie uważałam to za coś złego. Przecież sytuacje bywały różne, a ja zdawałam sobie sprawę z tego, że Nathiel będzie miał problemy ze znalezieniem dobrej pracy. Pominę oczywiście fakt, że jest ostatnim idiotą na ziemi, a pilnowanie galerii handlowej wcale nie było czymś trudnym, nie pojmowałam więc co takiego sprawiło, że wyleciał. Mogłam się tylko domyślać, ze miało to związek z la bonne fée lub demonami, bo za kim jak nie za nimi goniłby po wszystkich sklepach i demolował otoczenie?
      Zanim jeszcze spojrzałam w jego twarz, chłopak rzucił się na mnie, wytrącając mi z ręki tosta. Nie przejęłam się tym. Raczej zaskoczyłam jego gwałtownym zachowaniem. Dlaczego tak nagle przytulił mnie do swojej piersi? Dlaczego tak nagle objął moją głowę dłońmi i zaczął mnie gładzić po włosach? Coś mi nie pasowało.
      - Cokolwiek będzie się działo - zaczął niepokojąco brzmiącym szeptem - Obiecaj mi, że mnie nie zostawisz - dodał jeszcze ciszej.
      Teraz byłam już całkowicie zdezorientowana. Próbowałam odepchnąć od siebie Auvreya, ale on skutecznie trzymał mnie w swoich ramionach. Szybko się poddałam, opuszczając ręce na dół.
      - O co chodzi? - spytałam.
      - Obiecaj - warknął chłopak, przyciskając mnie do piersi jeszcze mocniej. Jego głos brzmiał, jakby był na pograniczu załamania. Dlaczego?
      Westchnęłam, czując, że nie tak łatwo ucieknę od odpowiedzi.
      Nigdy nie miałam zamiaru zostawiać Nathiela samego. Mimo, że był nierozważny, dziecinny, głupi, nieodpowiedzialny, często ryzykował, robił nieporządek, był leniwy, roztrzepany i tak naprawdę więcej miał wad niż zalet, kochałam go. To z nim zamierzałam spędzić resztę życia, nie zważając na konsekwencje. To z nim zamierzałam wychować dwójkę dzieci. To z nim zamierzałam trwać aż do śmierci.
      Moje drobne, chłodne i blade ręce, objęły delikatnie Nathiela, dzięki czemu lekko się rozluźnił.
      - Obiecuję - szepnęłam.
      W odpowiedzi zostałam obdarzona pocałunkiem we włosy.
      Bałam się go pytać o co chodzi. Bałam się, że coś się mogło stać. Przecież Nathiel nie zachowuje się w taki sposób bez przyczyn. Teraz był czymś wyraźnie poruszony. Mam nadzieję, że z Sorathielem, Amy i Andi wszystko było w porządku. Miałam też nadzieję, że bliźniaki się trzymały.
Aby się o tym upewnić, położyłam dłoń na brzuchu. Wszystko zdawało się być w porządku. Może po prostu przeżył to, że stracił prace? Albo stało się coś, co skłoniło go do refleksji? Nie pojmowałam tego i coś nakazywało, żebym się w to nie wdrażała. Byłam pewna, że jeżeli zechce to powie mi co siedzi mu na duszy. Ufam mu całym sercem i wiem, że niczego by przede mną nie zataił.
***
      Nieładnie było podglądać. Nieładnie było podsłuchiwać. Nieładnie było wtrącać się w nie swoje sprawy, a jednak w tym przypadku, Amy znalazła mądre uzasadnienie. Przecież Laura była jej przyjaciółką. Cierpiała i... nie do końca to odczuwała. Przez większość swoich omdleń często zapominała, dlaczego w ogóle leży w łóżku, a nikt na około nie starał się jej uświadomić o tym, że lecznicze miksturki pomagają jej w coraz mniejszym stopniu.
      Jedna z dobrych czarodziejek, która odprowadziła Nathiela i Laurę aż do samej organizacji, przysiadła z nią w kuchni. Amy jak zawsze ugościła ją w należyty sposób. Miała kilka ciastek, a herbaty wcale nie brakowało w jej arsenale, w końcu Laura straszliwie je lubiła. Czarodziejka tknęła jednak tylko gorący napój. Przy rozmowie z nią, zdawała się być załamana. Wciąż wpatrywała się tępo w kubek i przez większość czasu odpowiadała półsłówkami. Może Amy nie była dobra w rozszyfrowywaniu ludzkiej psychiki, ale była pewna, że coś przed nią ukrywa. Może nawet nie przed nią, a przed wszystkimi.
      - Laura czuje się ostatnio coraz gorzej.
      - Wiem, ale nie jesteśmy w stanie wzmocnić dawek mikstur. Je też można przedawkować, a uwierz, wiąże się to z niemiłymi konsekwencjami. Raczej nikt nie chciałby siedzieć pół dnia z głową w toalecie i zwracać resztki niestrawionego obiadu.
      - Jak mamy jej pomóc, Madlene? Przecież może się wykończyć.
      Błękitnooka zacisnęła dłonie na kubku, z trudem powstrzymując się od płaczu. Amy widziała, że jej oczy powoli się szklą, a usta wyraźnie zaciskają.
      - Poradzimy coś na to - odpowiedziała wtedy, śmiejąc się w lekko spanikowany sposób.
      Na tym ich rozmowa się skończyła.
      Z całego serca chciała pomóc swojej przyjaciółce, ale nie potrafiła. Była tylko zwyczajną dziewczyną. Nie umiała zabijać demonów jak Nathiel czy Sorathiel, nie posiadała żadnej mocy jak la bonne fée, na dobrą sprawę nie miała nawet styczności z nożem exitialis, którym władali jej najbliżsi. Była po prostu szarą osobą, która mogła wspomóc przyjaciółkę ciepłym słowem i gorącą herbatą. Ale czy to było wystarczające? Co, jeżeli Laura w końcu się wykończy? Przecież była w większej mierze człowiekiem. Ciągłe pożeranie energii przez jej dzieci nie było dla niej korzystne. Po każdym ich ataku wyglądała coraz to gorzej i gorzej. Chudła, bladła, wyglądała na zmęczoną. Jeżeli dalej tak pójdzie, to skąd w ogóle weźmie siłę na poród? To prawda, Nathiel wciąż nad nią czuwał i nie pozwalał, aby stała się jej choć najmniejsza krzywda, ale nawet on był bezradny wobec tej sytuacji. Przysłuchała i przyglądnęła się ich rozmowie chwilę temu. Widziała, że miał zaciśnięte usta, wyglądało na to, że naprawdę się o nią bał. Nie chciała ryzykować stwierdzeniem, że był bliski łez, w końcu Nathiel nie płakał, co potwierdził nawet Sorathiel, który ostatnim razem widział go wylewającego łzy, gdy po raz pierwszy przybył do organizacji. Na pewno był jednak smutny.
      Amy westchnęła, wspierając się bezradnie na drzwiach od pokoju, gdzie spoczywała Laura.
      - Nie chce martwić Laury, prawda? - spytała szeptem, dostrzegając przed sobą Sorathiela z kubkiem gorącej herbaty w dłoni.
      Chłopak westchnął cicho, odkładając swój napój na pobliski stolik. Prawą dłonią chwycił za rękę Amy, którą oderwał delikatnie od drzwi.
      - Masz chłodne dłonie - stwierdził, podnosząc je do swoich ust. Zaczął w nie chuchać, nie spuszczając wzroku z jej smutno wyglądającej twarzy.
      - Jak zawsze zmieniasz temat - szepnęła brązowowłosa.
      Sorathiel westchnął cicho.
      - Bo to trudny temat - przyznał - A od takich najlepiej się ucieka.
      - Wiem, że masz jakąś teorię. Zawsze ją masz, nieważne na jaki temat.
      Amy posłała mu delikatny uśmiech, który zresztą odwzajemnił.
      - Odsuwanie Laury od myśli, że dzieje się z nią coś nie tak, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nathiel chce ją uszczęśliwić, co rozumiem - szepnął, nie spuszczając oczu z Amy - Ale powinna być przygotowana na to, co może ją spotkać. Świadomość swojej własnej słabości, często podświadomie cię umacnia. Gdy nie jesteś czujna, a dowiadujesz się o czymś znienacka, możesz zaś poczuć się słabym.
      - Nie do końca wiem co masz na myśli, Sor - Amy zaśmiała się cicho - Dla mnie mówisz czasem zbyt mądre rzeczy - dodała, klepiąc go po głowie - Jednak uważam tak samo. Laura powinna być przygotowana i uświadomiona o tym, co się z nią dzieje - mówiąc to, spuściła głowę w dół.
      Sorathiel widząc jej załamanie, uniósł jej podbródek palcem wskazującym i nakazał patrzeć jej w swoje oczy.
      - Ktoś kto jest słaby, nie wytrzymałby z Nathielem i nie potrafiłby go okiełznać - powiedział cicho - Laura tylko myśli, że jest słaba, tak naprawdę ma w sobie wielkie pokłady sił. Po prostu w nią uwierz.
      Amy uśmiechnęła się w niewinny sposób. Pragnąc uciec przed przeszywającymi jej duszę, orzechowymi oczami, złożyła delikatny i krótki zarazem pocałunek na ustach Sorathiela. Praktycznie od razu się od niego oderwała i uciekła, pozostawiając go lekko skonsternowanego. Doskonale wiedziała jak go zdezorientować i sprawić, aby zapomniał o tym, o czym mówił.
      Dosyć tego. Nie powinni się dołować. Laura jest silna, poradzi sobie. Nikt jej nie wmówi, że nie będzie dobrze. Musi być. I będzie.

sobota, 10 października 2015

[TOM 2] Rozdział 11 - "Melodia zła"

Rozdział wstawiony dzień przed terminem. Dlaczego? Bo urodziny Naffa, a jakoś trzeba umilić sobie samemu życie c: poza tym nie mogłam się powstrzymać, gdyż 11 jest moją szczęśliwą i zarazem ulubioną liczbą <3 *przypadeg? nie sondze*. Tak więc dedykuję go sobie. Za ciężką pracę nad pisaniem. Za gonienie terminów. Za gryzienie paznokci, gdy nie mogę czegoś wykminić. I za stworzenie Lauriela *narcyzm poziom hard*. Przy okazji pozdrawiam Królika i Cleo, które tu występują! No, siebie nie pozdrowię, ale faktycznie Madlene=Naff ma tu swoją większą scenę. 
Rozdział nie uznaję za wspaniały, ale kocham go za kilka drobnych tekstów <3. Tekst jest poprawiony POBIEŻNIE. Mogą pojawić się błędy i inne. 
***
     Czas pędził jak szalony. Nim się obejrzałam z czterech miesięcy zrobiło się pięć, dzięki czemu moje ciążowe męczarnie zbliżały się powoli do końca. Wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy dwa worki ciężkich, ludzko-demonicznych ziemniaków. pojawią się na świecie. Nie, żebym miała coś do własnych dzieci, nie mniej jednak, noszenie ich w brzuchu było ciężką sprawą. Nie mogłam pozwolić sobie na zbyt dalekie podróże, gdyż mocno obciążały mój kręgosłup i strasznie szybko się męczyłam. W dalszym ciągu nie czułam się też dobrze. Na szczęście zostałam przekonana do dalszego zażywania leczniczych mikstur. Czułam, że bez nich byłoby ze mną źle. Madlene zapewniła mnie o tym, że wersje leków, które dostaję są zabezpieczone przed wszelakimi truciznami. Jej mama, która zajmowała się tworzeniem zdrowotnych eliksirów, zaczęła do nich dodawać specjalny, tajemniczy składnik, który miał sprawić, że po zatruciu przybiera barwę czerwoną, co ma być znakiem ostrzegawczym. Każdego poranka, spoglądałam więc na lekarstwo znajdujące się w słoiku i upewniałam się, że wciąż jest przeźroczyste. Oprócz małych zmian zabezpieczających w miksturze, została ona wzmocniona. Pierwotne jej wersje, przestały mi bowiem pomagać. Musiałam także zwiększyć ilość jej zażywania na dzień, przez co płynu ubywało dosyć szybko. Jeden słoik starczał mi na niecały tydzień, wobec czego musiałam zrobić większe, zimowe zapasy.
      Początek grudnia przyniósł ze sobą natychmiastowe opady śniegu i mrożącą temperaturę. Nie dość, że musiałam uzbroić się w większy płaszcz, który zapiął by się na moim brzuchu, to jeszcze byłam zmuszona kupić sobie cieplejsze rękawiczki i czapkę. Nathiel w przeciwieństwie do mnie, wolał bardziej wyzwolony tryb życia. Zamiast wychodzić ubrany, narzucał na siebie rozpiętą kurtkę nietrzymającą ciepła, bordowym szalikiem owijał niedbale szyje, a czapkę chował do kieszeni, zapewniając mnie o tym, że na pewno ją założy, gdy zmarznie. Niestety, nie zauważyłam oznak jej używalności. Podobnie jak rękawiczek o których zawsze zapominał. Samotne leżały na szafce w przedpokoju. Może demonom nigdy nie było zimno? Zresztą nie chorowały, trzymanie ciepła i wzbranianie się od zimna nie było im potrzebne.
     Uśmiechnęłam się do siebie i chuchnęłam w dłonie, które mimo rękawiczek wciąż były lodowato zimne. Gorszy los spotykał pół demona, takiego jak ja. Niestety chorowałam i byłam słaba jak najzwyklejszy człowiek. Na dodatek ceniłam sobie ciepło, które Nathielowi było obojętne.
      Znalazłam się na miejscu. Dzwonki sklepowe dały znać o moim przyjściu kobiecie, która standardowo siedziała przy jakimś romansie. Swoje wypłowiałe, niebieskie oczy, uniosła ku mnie i posłała ten sam uśmiech co zwykle. Przywitałam się z nią mile, a na pytanie jak się czuję, odpowiedziałam standardowe: nie jest źle. Przybyłam tu w określonym celu.
      - Czyżby kolejne lekarstwa na ciążowe dolegliwości? - spytała blondynka, unosząc ciekawską brew do góry.
      Kiwnęłam głową, obserwując jak przemiła pani, wyjmuje spod lady zapakowane już kilka słoików zbawiennego leku. Czasami miałam wrażenie, że czytała w moich myślach.
     Przyjęłam torbę i podziękowałam. Miałam świadomość tego, że matka Madlene skrzyczy mnie, gdy tylko wspomnę o pieniądzach, dlatego dziś nie poruszyłam tego tematu. Spytałam tylko jak miewa się Madlene, która ostatnio złapała przeziębienie. Okazało się, że lepiej. Mogłam to dostrzec na własne oczy, gdyż całkowicie znienacka pojawiła się za moimi plecami.
      - Laura - powiedziała wesoło.
     Spojrzałam prosto w jej błękitne, błyszczące radością oczy i posłałam jej mimowolny uśmiech. Zdążyłam polubić la bonne fée. Każda z nich była dosyć specyficzna, ale do zrozumienia. Nathiel cały czas dziwił się mojej postawie. Nie rozumiał jak mogę je akceptować, jak mogę z nimi rozmawiać, ale to nie było dla mnie coś strasznego. Moje częste wizyty miały drugą przykrywkę, związaną ze zdobyciem jak największej ilości informacji, nie byłam jednak tak wielką egoistką, aby przychodzić tu tylko po nie.
      - Wracasz już? - spytała Mad, przekręcając głowę w bok - Mogę cię odprowadzić, mam mnóstwo wolnego czasu - mówiąc to, zarysowała dłońmi w górze kształt tęczy.
      - Jeżeli chcesz narazić swą osobę na niemiłe słowa Nathiela w stylu: "znowu ty" lub "chętnie bym cię zabił", proszę bardzo - odpowiedziałam lekko rozbawionym tonem głosu - Wybieram się do niego do pracy.
     Tak, może zabrzmi to dziwnie, ale Nathiel znalazł pierwszą w życiu, płatną robotę. Nie był to szczyt jego marzeń i zdolności, nie mniej jednak sprawdzał się w niej, gdyż po części polegała na pracy łowcy.
     - Łowca galeryjnych złodziei znów powraca! - wykrzyknęła udawanym, poważnym głosem Madlene, chwilę potem chichocząc się.
     Nathiel został ochroniarzem w jednej z galerii handlowych. Z dumą nosił swoją wyprasowaną, białą koszulę w której wyglądał całkiem przystojnie. Musiałam przy okazji przyznać, że czegokolwiek by nie ubrał, zawsze będzie wyglądał dobrze. Dziwiłam się, szczerze powiedziawszy, że po jego gonitwach demonów, wciąż go nie wyrzucili, nie będę jednak narzekać. Miałam teraz więcej swobody i mogłam wychodzić, gdzie mi się rzewnie podoba.
     - Przejdę się z tobą - dodała Madlene, puszczając mi oczko. Kiwnęłam głową twierdząco, machając na do widzenia mamie dziewczyny i już po chwili opuściłam ciepłe pomieszczenie,  na rzecz znalezienia się wśród zimowej zawieruchy. Moja towarzyszka, podobnie jak ja, otuliła się szczelniej kurtką i wyraźnie skrzywiła. Wywnioskowałam, że podobnie jak ja, musi nie znosić zimy. I pomyśleć, że urodziłam się właśnie w grudniu.
     - Jak sytuacja na niewidzialnym froncie? - spytała dziewczyna, gdy już skierowałyśmy swoje kroki ku domom mieszkalnym, które chroniły nas przed śnieżycą.
     - Demony milczą, tak samo jak departament - westchnęłam ciężko.
     - Tak zwana cisza przed burzą.
     Nie chciałam przyznawać jej racji, aczkolwiek wiedziałam, że niewątpliwie ją ma. To tylko kwestia czasu, zanim zacznie się prawdziwa bitwa, między łowcami, a demonami. Pytanie: czy w towarzystwie la bonne fée. Do tej pory nie uzyskałam żadnych informacji na temat sojuszu, który mógłby między nami powstać. Babcia, jak nazywały głowę wszystkich la bonne fée czarodziejki, stwierdziła, że dopóki sojusz między departamentem, a wiedźmami nie jest zatwierdzony w widzialny sposób, nie podejmą takich kroków. Zgadzałam się z nią. Nie warto pchać się we współpracę, skoro nie wiadomo czy będzie potrzebna, wszystko jednak wskazywało na to, że jednak będzie.
     - Wiedźmy też milczą - przyznała po chwili ciszy Madlene, wzdychając ciężko.
     Wiedziałam już, że wiedźmy to dawne la bonne fée, które zrzekły się dobra, by przejść na potężniejszą, pociągającą siłę zła. Wciąż jednak nie miałam pojęcia kim są, jakimi władają mocami i czy są tak naprawdę niebezpieczne. Nie wiedziałam też ile ich jest. To rzeczy o które chciałam dziś spytać śpiewającą czarodziejkę w dniu dzisiejszym.
     - Opowiedz mi o nich - powiedziałam, posyłając rozmówczyni ukradkowe spojrzenie - Chcę wiedzieć z kim ewentualnie przyjdzie nam walczyć.
     Mad westchnęła ciężko, jak zawsze, gdy musiała opowiadać coś na temat wiedźm. Jej wyraz twarzy wciąż próbował mi coś zdradzić, odnośnie nich, ale nie miałam jeszcze pojęcia co.
     - Wiedźm jest wiele. Istnieje w ich świecie pewien podział, który nie egzystuje zaś u nas. Są one podzielone na pierwszorzędne i drugorzędne, co jest klasyfikacją poziomu ich mocy. Myślę, że najgroźniejsze są te pierwszorzędne. Jest ich aż czwórka. Niby mniej niż nas, a jednak nawet pięćdziesiąt takich jak my, nie może się z nimi równać - stwierdziła, wyraźnie się chmurząc - Adelais Strayer, nienaganna, perfekcyjna, do bólu czysta. Macza palce w chemii, potrafi wysadzić nawet wieżowiec. Celestine Lewellen, ponoć wiekowa wiedźma. Krążą plotki, że istnieje na świecie od czasów średniowiecza. Wygląda wciąż młodo dzięki zaklęciom. Nie do końca wiemy jaką posiada moc, gdyż nie miałyśmy z nią zbyt wielkiej styczności. Cecile Faires. Niezbyt żywa wiedźma, jej moc jest związana ze starodawnymi księgami. Ostatecznie: Isabelle Evans, czarnowłosa wiedźma nad wiedźmami. Wydaje nam się, że wszystkimi zarządza.
     Spojrzałam podejrzliwie na dziewczynę. Pominęła znajomość mocy niejakiej Isabelle. Przez myśl mi przeszło, że nie bez powodu, postanowiłam jednak nie ciągnąć tematu.
     - Są okrutne, choć zazwyczaj działają w cieniu. Niestety, mamy z nimi porządnie na pieńku - mówiąc to, Madlene zaśmiała się w niemrawy sposób - Gdy byłyśmy jeszcze małe, nie pamiętam ile dokładnie miałyśmy lat, nasze matki zetknęły się z nimi. Wówczas większość z nich zginęła. To samo z naszymi rodzinami. Wiedźmy wiedziały jak skutecznie nas osłabić, dlatego zazwyczaj próbujemy nie wdawać się z nimi konflikty i działać przeciwko nim w ukryciu.
     Widziałam w jej twarzy smutek, gdy o tym mówiła. Domyślałam się, że z całej tej bitwy ocalała tylko i wyłącznie jej matka, zaś reszta jej przyjaciółek je straciła. Nie chciałam dopytywać o szczegóły. Wolałam zmienić temat na taki, którego jeszcze nie poznałam.
     - Wybacz, że o to spytam. Zauważyłam, że nie lubisz zbytnio mówić o swojej mocy ze względu na to, że nie za bardzo nad nią panujesz - zaczęłam, uważnie się jej przyglądając - Ciekawi mnie jednak jej praktyczne użycie.
     Niebieskooka stanęła na środku drogi, poprawiając szalik.
     - Chcesz, żebym jej użyła? - spytała niepewnie.
     - Nie, tego nie zasugerowałam. Chciałam po prostu zrozumieć na czym dokładnie polega.
     - Nie potrafię ci o tym powiedzieć - westchnęła - Jednak mogę ci pokazać - dodała, wyraźnie się rumieniąc. Wiedziałam, że chce zrobić coś wbrew sobie, ale nie chciałam jej zatrzymywać. Ciekawość wygrała ze mną w tym starciu.
     - Śpiew to niebezpieczna moc - zaczęła - Możesz nim podarować lub odebrać życie. Umilić komuś czas lub całkowicie zniszczyć dzień. Zatracić siebie, a nawet świat wkoło. Pozwól więc, że nie pokażę ci zbyt wiele - dodała, śmiejąc się niewinnie.
     Kiwnęłam głową i stanęłam przed nią, wpatrując się w jej twarz w skupieniu. Madlene właśnie wzięła kilka głębokich oddechów i zamknęła oczy. Wiedziałam, że potrzebowała chwili spokoju i ciszy, aby móc we właściwy sposób użyć swojej mocy. Nie przeszkadzałam jej, a w zamian już po chwili usłyszałam cieniutki, słodki głos, który mało tego, że wypełnił otoczenie, wkradł się też do mojej głowy.
     - Gdy zimową porą, gasną wszystkie światła, do domu się wkrada ciepło pozbawione lata - śpiewała. Jak na zawołanie, poczułam ogarniające moje ciało ciepło. Nie, nie były to mocne promienie słońca, a coś, co przypominało mi płonący kojącym ogniem kominek.
     - W powietrzu czuć obłędny zapach świątecznych ciastek, niebo nocą się mieni, światłem miliona gwiazdek - kontynuowała. Ku mojemu zaskoczeniu, rzeczywiście poczułam unoszący się w powietrzu zapach cynamonu i przyprawy do piernika. Nie to jednak było najdziwniejsze. Kolory dzisiejszego poranka, zaczęły stopniowo przemijać, udostępniając miejsca nocnemu niebu, które usiane było gwiazdami. Poczułam się tak, jakby doba minęła w ciągu sekundy.
     - Czy słyszysz tą melodię co z gór zimą płynie, nim się obejrzysz w tył, zima, a potem wiosna po niej minie - dalsze słowa piosenki, wprawiły mnie w stan osłupienia. Płatki śniegu znajdujące się w koło, nagle zamieniły się w pachnące płatki wiosennych kwiatów, które wirowały wkoło mnie, czyniąc w moich nozdrzach istne pobojowisko zapachów. Ciepło kominka zamieniło się w ciepło promieni słonecznych, a chodnik stał się trawiastym dywanem, po którym biegały radośnie śmiejące się dzieci.
     - I nadejdzie lato, skwar, burze i deszcze - śpiewała dalej, co przywołało niesamowite gorąco i opadające na dół, schnące płatki - Cały rok i pory roku, w kieszeni swojej zmieszczę - zakończyła.
     Dłonią zamachnęła się ku górze, dzięki czemu cały obraz, który był iluzją, zmieścił się w jej dłoni, tworząc małą kulkę. Chłód powrócił, głos zniknął, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że była pod wpływem przedziwnego transu.
     Madlene uśmiechnęła się do mnie lekko zawstydzona, a ja tym czasem, nawet nie wiedziałam co powiedzieć.
     - Jestem w szoku - szepnęłam.
     - Cóż, na pewno nieczęsto coś takiego widywałaś - powiedziała Mad, wzruszając ramionami - To by było na tyle.
     Kontynuowałyśmy naszą podróż w ciszy. Madlene najwyraźniej była zawstydzona i niepocieszona swoim krótkim występem, ja jednak byłam usatysfakcjonowana tym, co zobaczyłam na własne oczy. Nie dziwiłam się, że osoby władające magią głosu, zazwyczaj nie posiadały pobocznych mocy. Ta magia spokojnie mogła zastąpić obydwie - i główną i poboczną. Była samowystarczalna i trochę niebezpieczna. Na samą myśl o tym, że ktoś mógłby używać ją do złych celów, przeszły mnie ciarki. Na szczęście leżała póki co w dobrych rękach.
     Galeria handlowa w której pracował Nathiel, nie znajdowała się daleko. Nie zdążyłam więc porządnie zmarznąć. Z ulgą mogłam rozpiąć płaszcz oraz zdjąć czapkę i rękawiczki, gdy już znalazłyśmy się w środku. Tej zimy nie oszczędzali na ogrzewaniu. Zrobili tu prawdziwe tropiki. Modliłam się w duchu o to, aby ze względu na nagłą zmianę temperatury, bliźniaki nie oszalały. Zauważyłam, że swoje zdolności do pożerania ujawniali akurat w momentach spadku lub wzrostu ciepła, na razie jednak milczeli.
     Wiedziałam, gdzie szukać Nathiela. Zazwyczaj patrolował pierwsze piętro, dokładnie przyglądając się wystawie noży kuchennych. Miałam wrażenie, że chciał przygarnąć jeden z nich w swoje ręce, aby był godnym następcą noża exitialis. Skoro niebawem święta, może powinnam pomyśleć o zestawie wesołego nożownika w prezencie dla niego?
     Uśmiechnęłam się do siebie wrednie. Oczywiście tak jak podejrzewałam, po wjechaniu ruchomymi schodami na pierwsze piętro, znalazłam wpatrzonego w wystawę Nathiela. Miał dziwnie rozmarzony wzrok, co podwójnie mnie rozbawiło.
     - Łoooo - szepnęła obok mnie Madlene - Nathiel wygląda przystojnie w tej koszuli.
     Zaśmiałam się. Najwyraźniej podobnie uważały dziewczyny, które mijały go z chichotami, próbując zwrócić na siebie uwagę głupim, nastoletnim zachowaniem. Auvrey się tym jednak nie przejmował. Żył we własnym świecie wyobraźni, gdzie noże opalały się na wyspie wolnej od demonów i sączyły krwiste drinki z okularami przeciwsłonecznymi na rączkach.
     Podeszłam do niego i stanęłam obok, wbijając spojrzenie w to samo miejsce, co on.
     - Kupię ci je pod choinkę - stwierdziłam rozbawiona.
     Lekko zdezorientowany Nathiel, spojrzał na mnie z nachmurzoną miną.
     - Co tu robisz? - spytał zdziwiony, a chwilę potem dostrzegł za moimi plecami Madlene. Wyraźnie się skrzywił - I co ona tu robi? - burknął od niechcenia.
     - Odprowadziła mnie - przyznałam - Byłam w sklepie mamy Madlene po zapas lekarstw.
     Auvrey zmrużył groźnie oczy, mierząc niebezpiecznym wzrokiem moją towarzyszkę. Ona zaś odwracała uparcie wzrok i śmiała się lekko przerażona. Gdybym nie znała Nathiela, z pewnością zareagowałabym podobnie. W końcu dla niej był jakimś świrem, rzucającym się na wszystko co żyje z nożem. W sumie nie bardzo się myliła. Mnie też na początku znajomości gonił z nożem, ale to już stare czasy.
     - No, dobra - burknął niepocieszony Nathiel, z nagła chwytając mnie za głowę i przyciągając do swojej piersi. Westchnęłam ciężko. Nie byłam ani trochę zaskoczona. Gdy na horyzoncie pojawiały się jakieś dziewczyny, nastolatki, kobiety, kobiety z dziećmi, gorące babcie, ktokolwiek płci żeńskiej i chichotały lub rozmawiały o Nathielu, chłopak pokazywał im, że jest już zajęty. Zważając na jego dawne podrywy wszystkiego co się rusza była to zmiana o 180 stopni.
     Tak jak się domyślałam, usłyszałam za plecami nastoletnie jęki zawodu. No, bo przecież jak taki przystojniak mógł być z kimś takim jak ja? Na pewno zasługiwał na kogoś lepszego. Nie, tak niskiej wiary w siebie nie miałam. To ja miałam problemy z Nathielem, nie on ze mną. Przystojności nie mogłam mu odmówić, ale tylko tego.
     - Hej, maleńkie - usłyszałam tuż nad uchem uwodzicielski głos, od czego aż miałam ochotę przewrócić oczami - Jesteście śliczne, ale niestety jestem zajęty i niedługo zostanę tatą - mówiąc to, zaśmiał się głośno i poklepał mnie po brzuchu. Posłałam mu iście mordercze spojrzenie.
     Zaskoczone nastolatki uciekły w popłochu, a Madlene wybuchnęła szaleńczym śmiechem, który brzmiał co najmniej dziwnie. Bo kto normalny śmieje się, wydając z siebie dźwięk: "ihhihihi"?
     Przewróciłam oczami i jak rasowa kobieta w ciąży, odepchnęłam od siebie Nathiela. Ten spojrzał tylko na mnie nierozumnie.
     - Ło! - usłyszałam nagle okrzyk za swoimi plecami.
     Z uniesioną brwią spojrzałam na błękitnooką, która wpatrywała się jak zaczarowana w wystawę obok. Na początku nie do końca rozumiałam o co jej chodzi. Może była jedną z tych nastolatek, które cieszy widok sukien ślubnych na wystawie, bo wyobrażają sobie własne za mąż pójście? Nie. TO było coś innego. Manekiny nie były tak naprawdę manekinami, a przynajmniej dwa z nich. Musiałam przetrzeć oczy, żeby upewnić się, że nie mam zwidów. Tak. Na wystawie stała dwójka ludzi. Dziwnie znajomych zresztą ludzi.
     - Martha! Pat! - wykrzyknęła rozbawionym głosem Madlene, podbiegając do wystawy.
     Uniosłam do góry brew. Naprawdę? Na serio? Nie wierzę w to co widzę. Owszem, dziwność emanowała od la bonne fée na kilometr, ale nie sądziłam, że spotkam je kiedyś na wystawie sklepu, odziane w suknie ślubne i garnitury. Tak, garnitury. Mała, jasnowłosa dziewczynka o imieniu Patricia była ubrana w przeogromny garnitur, który zwisał z niej i ciągnął się po ziemi. Gustowny, czerwony, rzucający się w oczy krawat, zarzucony był niedbale na jej wąską szyję. Na głowie miała elegancki kapelusz, który z powodzeniem opadał na jedno oko, włosy związane z tyłu w niepozornego koka. Co najdziwniejsze, pod nosem miała doczepiane, czarne wąsy, a w buzi trzymała niezapalone cygaro. Jej mina była co najmniej śmieszna. Chciała wyglądać najwyraźniej męsko, ściągając brwi i pozbywając się uśmiechu, który tylko udziecinnił by jej twarz. Byłam w szoku.
     Tuż obok niej, stała Martha. Również miała włosy upięte w koka, był on jednak bardziej elegancki. Po bokach spływały falowane, wolno puszczone kosmyki włosów. Miała na głowie koronę z ciągnącym się ku dołowi welonem. Rzęsy wyraźnie zaznaczone tuszem. Suknia, którą na sobie miała nijak pasowała jednak do jej czytelniczego, mrocznego imidżu. Ubrana w strój księżniczki, wyglądała po prostu jak nie ona. Długie falbany po samą ziemię. ciągnęły się za nią, gorset najwyraźniej został za mocno związany. Białe, długie po łokcie rękawiczki okalały jej dłonie. Nie zgadzały się tylko trampki pod suknią. Dobrze, w sumie nic się nie zgadzało, bo czemu do cholery obydwie stały na wystawie?
     Dziewczyny jeszcze przez dłuższą chwilę stały nieruchomo, aż w końcu obydwie zgodnie westchnęły. Wiedziały już, że zostały rozpoznane. Z nachmurzonymi, niezadowolonymi minami, zeszły z wystawy i jak gdyby nigdy nic, przekroczyły próg sklepu. Jak na zawołanie, rozbrzmiał dźwięk alarmu, który oznajmiał wyjście ciuchów ze sklepu bez zapłaty. Ale one najwyraźniej się tym nie przejmowały. Po prostu do nas podeszły.
     - Wiedziałem, że ktoś mi patrzy na tyłek! - odezwał się oburzony Nathiel, posyłając dziewczynom piorunujące spojrzenie.
     - Jak już to na klatę i twarz, nie tyłek, kretynie - mruknęła Martha, odwzajemniając mrok spojrzenia. Patricia stojąca obok, kręciła wąsem z iście lordowską miną. Grała swoją postać do końca niczym prawdziwy aktor.
     Martha ściągnęła welon i rzuciła nim o podłogę, wyraźnie się chmurząc.
     - Cały plan szlag wziął - burknęła.
     - A-ale że co? - spytała zdezorientowana Madlene - Stalkowałyście Nathiela?
     - Tak - przyznała bez oporów Martha, wzruszając ramionami. Standardowo znikąd, wyjęła filiżankę herbaty i upiła z niej płynu - A teraz najwyraźniej musimy zwiewać - dodała spokojnie, oglądając się do tyłu, gdzie w ich stronę pędziły już sprzedawczynie.
     Martha rzuciła filiżanką za plecy, a ona potoczyła się gdzieś pod nogi randomowych przechodniów - o dziwo, nawet nie pękła. Następnie podwinęła do góry suknię i zaczęła uciekać w przeciwną stronę.
     Patricia z miną profesjonalisty, stanęła przed nami i ukłoniła się gustownie, zdejmując przy tym kapelusz.
     - Miło było was poznać, o śliczne panie, rączki całuję - powiedziała niskim, śmiesznym, głębokim głosem, po czym podciągnęła spodnie do góry i zaczęła uciekać zaraz za Marthą.
     Spojrzałam ukradkowo na Nathiela, który stał jak gdyby nigdy nic i wpatrywał się w uciekinierki, mrugając nierozumnie oczami. Chyba jeszcze to do niego nie dotarło, ale powinien je gonić. To samo starały się mu oznajmić dwie, zdenerwowane sprzedawczynie, które przekrzykiwały siebie nawzajem.
     - Co te baby mruczą? - szepnął, pochylając się ku mnie.
     - Jesteś ochroniarzem, Nathiel - westchnęłam ciężko.
     Chłopak nachmurzył się i zmarszczył wyraźnie czoło. Wiedziałam, że myślenie idzie mu opornie.
     - A - odezwał się w końcu - No, tak - mruknął do siebie, gładząc swój podbródek. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że powinien je gonić, inaczej straci pracę. Machając mi ręką na pożegnanie, wystartował z miejsca i pognał przed siebie, by złapać wyjątkową i niepowtarzalną parę młodą z wystawy. Westchnęłam ciężko, również wystawiając do góry rękę. Z boku słyszałam cichy, dźwięczny śmiech Madlene, którą ta sytuacja najwyraźniej nie wzruszyła. Cóż, wnioskuję, że la bonne fée miały oryginalne pomysły na co dzień, nie było to więc dla niej coś dziwnego.
     - Nathiel nie pasuje do tej pracy - mruknęłam pod nosem, wyraźnie się chmurząc.
     - Nathiel pasuje do zabijania demonów - zaśmiała się Madlene.
     - Gdyby bycie łowcą było opłacalne, zapewne byłby w siódmym niebie - mówiąc to, uśmiechnęłam się delikatnie. Plecy Nathiela odziane w białą koszulę właśnie zniknęły mi z horyzontu. Pogładziłam czule swój brzuch, myśląc o tym, jakim to kretynem jest ojciec dzieci. Nie dość, że spłodził je z głupoty to jeszcze nie potrafi zadbać o siebie w pracy. Nie mniej jednak, wciąż go kochałam. Nieważne jaki był.
     - Tu się chyba rozstaniemy - zaczęła po krótkiej chwili milczenia Mad. Posłala w moją stronę wyjątkowo naturalny uśmiech. Zdążyła się już przyzwyczaić do mojej osoby, dzięki czemu zaczęła traktować mnie jak swoje przyjaciółki. Sztuczność na jej twarzy zaczęła być coraz mniej widoczna. Już nie przypominała mi porcelanowej lalki.
     Kiwnęłam głową.
     - A ja poczekam tu na Nathiela, bo prędzej czy później wróci do swojej ulubionej wystawy - westchnęłam, posyłając znaczące spojrzenie nożom, znajdującym się w sklepie z przyborami kuchennymi.
     Madlene obdarzyła mnie krótkim śmiechem. Widziałam, że chce coś dodać, powiedzieć, ale z nagła umilkła, jakby jej system wewnętrzny został przegrzany, a ciało wyłączone. Nie miałam pojęcia dlaczego tak nagle się zawiesiła.
     - Coś nie tak? - spytałam, unosząc do góry brew.
     Milczała. Swoje błękitne, rozszerzające się w coraz większym przerażeniu oczy, utkwiła w punkcie, znajdującym się za moimi plecami. Z jakiegoś powodu bałam się odwrócić do tyłu, nie było to jednak potrzebne. Świat nagle stanął w miejscu. Szarość, która opanowała okolice, a także ludzie idący w przerażająco wolnym tempie, zaczęli przypominać mi o szarej strefie w której się kiedyś znalazłam, podczas walki Nathiela z demonami. To jednak nie było to samo. Inaczej nie byłoby tu piekielnie przerażonej Madlene, która szeptała ciche: "nie" z nienaganną częstością. Poczułam silną chęć odwrócenia się w tył. Coś mi to jednak uniemożliwiło. Tak bardzo się bałam, że ma to związek z demonami.
     Do moich uszu zaczął dochodzić ospały oddźwięk kobiecego śpiewu. Ta osoba nie używala jednak słów. Nuciła zwyczajne: "lalala". Słuchając go, poczułam się jak podczas pokazu mocy Madlene. Czy osoba, która zaznaczała swoją obecność, wyraźnymi stuknięciami obcasów, używała tej samej magii?
     W przerażonych oczach Madlene pojawiły się łzy. Jej usta drgały, jakby chciały coś wypowiedzieć czy nawet odbić atak, a jednak nie ułożyły żadnych słów. Dlaczego?
     Stukot obcasów ustał, a jego ostatnie brzmienie, zaznaczyło się wyraźnie obok moich uszu. Przed oczami mignęły mi długie, falowane, czarne włosy. Nie, na pewno nie była to Gabrielle, a ktoś zupełnie mi obcy. Moje nozdrza zaatakował ostry, korzenny zapach, przypominający nadmierne użycie ziołowego szamponu. A może nie bez powodu go czułam? Kojarzył mi się z ostrzejszą wersją zapachu, unoszącego się w sklepie mamy Mad. Był wręcz drażniący.
     - Witaj, kochanie - usłyszałam cichy, lecz wyraźny szept kobiety. Za zasłoną z czarnych włosów dostrzegłam, że stojąca przed Madlene kobieta, unosi jej podbródek do góry. Spojrzenie dziewczyny stało na pograniczu strachu, a obłędu - Minęło trochę czasu. Urosłaś - mówiąc to, obca postać zaśmiała się dźwięcznym, niskim śmiechem - Co słychać u mojej drogiej kuzynki?
     Spojrzałam niepewnie na Madlene, która zacisnęła usta, aby się nie rozpłakać.
     Droga kuzynka? Miała tym samym na myśli Madlene czy kogoś, kogo ona znała? Niczego nie rozumiałam. Użycie magii śpiewu, a także samo o tym wspomnienie, świadczyło jednak o tym, że niewątpliwie musiały być rodziną. W końcu moc jest dziedziczona genetycznie.
     - Wciąż nie potrafisz się bronić - westchnęła kobieta - Jest mi przykro. Nie przynosisz chwały własnej rodzinie. Czy ty w ogóle potrafisz czarować, kochanie? - zaśmiała się. Mimo niemiłych słów, brzmiała jednak przeraźliwie słodko, nie ironicznie.
     Madlene znowu poruszyła ustami, nic jednak nie wypowiadając. Kobieta w odpowiedzi na nicość, zanuciła krótkie "lalala" wprost do jej ucha, przez co ta jęknęła boleśnie i upadła na kolana, chwytając się za głowę. Ja sama wyraźnie się skrzywiłam. Ten oddźwięk poraził moje uszy.
     Kobieta odwróciła się w moją stronę i posłała mi zwyczajny uśmiech. Dopiero teraz byłam w stanie dostrzec całą jej postać. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Oczy miała w wypłowiałym, niebieskim kolorze, włosy czarne, poskręcane, w chaosie. Usta wąskie, blade, brwi wyraźnie zarysowane. Spotykając ją na ulicy, nie powiedziałabym na jej temat nic szczególnego. Ewentualnie mogłabym zwrócić uwagę na jej dosyć staroświecki ubiór. Biała koszula z żabotem, zakończonym wstążką i czarna, długa spódnica. Na to wszystko zarzucony długi, czarny płaszcz. Połączenie godne prawdziwej wiedźmy. Czy właśnie nią była? Pojawiło się jeszcze jedno pytanie. Jak potężna musiała być, aby samym, prostym nuceniem wywołać takie reakcje na około? Madlene prezentując swoją magię, musiała śpiewać głośno i wyraźnie, używając przy tym określonych słów, ona uzyskiwała lepszy efekt, po prostu wydając z siebie kilka nut.
     - Laura Collins - zaczęła głębokim, dźwięcznym głosem czarnowłosa. Postawiła w moją stronę krok i dotknęła mój brzuch dłonią. Zebrała się we mnie nagła agresja. Chciałam odtrącić jej rękę, jednak nie mogłam drgnąć. Czyżby to była jej sprawka?
     - Chłopiec i dziewczynka, bliźniaki - zaśmiała się - Mają przed sobą ciężką przyszłość, ale w przeciwieństwie do ciebie ją mają.
     - Nie mów tak - odezwała się cichym, bolesnym głosem Madlene. Brzmiała tak, jakby miała pojęcie o czym ta tajemnicza kobieta mówi. Niestety ja, nie wiedziałam o co chodzi.
     - Zbliża się wielka wojna - zaczęła na nowo, podniesionym tonem głosu czarnowłosa, prostując się i spoglądając na mnie z góry - Demony, wiedźmy, la bonne fée, łowcy - wymieniała spokojnie - To będzie wielki spektakl, którego wręcz nie mogę się doczekać - mówiąc to, rozłożyła ręce na bok.        Krótki, dźwięczny śmiech, poniósł się po galerii, drażniąc moje uszy, a ich właścicielka jak gdyby nigdy nic, wyminęła mnie.
      - Do zobaczenia - szepnęła.
      Miarowy stukot jej butów zaczął oddalać się, ciche nucenie stawało się coraz cichsze. Szarość na około powoli znikała, ludzie znów wrócili do dawnego stanu, a ja odzyskałam w dłoniach czucie. Jak na zawołanie, poczułam ostre kłucie w brzuchu. Czy to wina tajemniczej kobiety? Odruchowo położyłam na nim dłonie.
      - Kto to był? - spytałam cicho, obserwując boleśnie podnoszącą się do góry Madlene.
      - Wiedźma - jęknęła dziewczyna. Widziałam, że jej twarz wyraźnie zbledła, a usta wykrzywiły się w bólu. Najwyraźniej musiała jej coś zrobić - Pierwszorzędna wiedźma, Isabelle Evans.
      - To ktoś z twojej rodziny?
      Mad kiwnęła niechętnie głową.
      - Kuzynka mojej mamy - odpowiedziała ledwo słyszalnie - Moja ciotka. Znowu nie dałam jej rady - jęknęła, kładąc dłonie na twarzy. Wydawała się być tym faktem mocno załamana. Być może dlatego, gdy opowiadała o wiedźmach, skrzywiła się przy jej imieniu i nazwisku, nie dokańczając jaką posiada magię.
     - Szykują wojnę - szepnęłam do siebie, wpatrując się w jakiś pusty punkt znajdujący się przed sobą. I nagle wszystko stało się jasne. Demony zawarły pakt z wiedźmami, departament został odbudowany, Gabrielle i ojciec Nathiela żyją, a chęć zemsty rozpierała ich od środka. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, czując, jak cała krew odpływa z mojej głowy. Już dawno mi się to nie zdarzało, gdyż używam leczniczych mikstur, nie mogłam jednak powstrzymać się od chwili słabości.
Gdyby nie Madlene, która w ostatniej chwili chwyciła mnie za dłonie, zapewne moje dzieci ucierpiałyby przy zderzeniu z zimną posadzką.
     - Hej, Laura, obudź się - szeptała za mgłą, klepiąc mnie delikatnie po twarzy. Wiele słów skierowała w moją stronę, jednak zanotowałam tylko kilka z nich.
     - Nie pozwól sobie umrzeć! Przeznaczenie da się zmienić!

niedziela, 4 października 2015

[TOM 2] Rozdział 10 - "Wyjdziesz za mnie?"

Rozdział pisany z jakieś cztery godziny, skończony piątkowej nocy o 2. Pisało mi się go wyjątkowo lekko, choć nie uważam, że jest szczytem moich zdolności. Fabuła wciąż stoi w miejscu i jeszcze długo nie ruszy z miejsca. Będzie się powoli rozwijać. Wciąż nie potrafię nadrobić rozdziałów w przód. Ciężka sytuacja, a studia idą wielkimi krokami.
***
     Życie. Od najmłodszych lat wpajano nam, że to dar od Boga, czy też losu, w zależności kto w co wierzył. Że ten, kto ma możliwość do życia, ma niewyobrażalnie wielkie szczęście. Nieważne czy w chorobie czy w zdrowiu, ważne, że wciąż trwając przy swojej marnej egzystencji. Jeszcze kilka lat temu uznawałam swój żywot za całkowicie zbędny, niepotrzebny ludzkości. Istniałam tylko dlatego, bo tak mi kazano, bo tego ode mnie oczekiwali najbliżsi, których zresztą nie było wielu. Każdy dzień był rutynowy, każdy dzień był drogą przez udrękę, prowadzącą mnie do końca. A potem coś się zmieniło. Poznałam świat demonów, poznałam Nathiela, poznałam wielu innych ludzi, którzy nauczyli mnie jak żyć. Każdy następny dzień stawał się dla mnie zbawieniem i szczerze dziękowałam losowi, który pozwalał mi trwać w tym bezdusznym świecie. Zaczęło mi zależeć i to nie tylko na moim życiu, ale także na życiu innych. Dlatego cieszę się, że wciąż jestem, że trwam. A to wszystko za sprawą dwóch, tajemniczych la bonne fée.
      Nathiel opowiedział mi o całej historii, która go spotkała. O tym, jak wyruszył w podróż do miejsca wyprodukowania zbawiennego leku, o tym, jak zaatakował Madlene i jak znokautowała go piątka dziewczyn. Z bólem mówił też o przywiązaniu go do krzesła, groźbach rudej dziewczyny i dziwności, która wręcz emanowała od każdej z dziewcząt. Opowiedział mi również o odwiedzinach dwójki z nich, która magią uleczania i dziwnymi miksturami, zwalczyła we mnie truciznę. Po tej historii czułam niedosyt. Nathiel nie dowiedział się niczego szczególnego na temat la bonne fée, poza tym, że były dobrymi czarodziejkami, pomagającymi ludziom, czy też tego, że to Madlene uratowała nas od zagłady w Reverentii. Ponoć nie chciały zbyt wiele mówić, a nawet jeśli to on nie chciał tego słuchać. Nie rozumiałam jego niechęci i zirytowania sytuacją, ostatecznie mi przecież pomogły. Za każdym razem gdy go pytałam czy mogę pójść z nimi porozmawiać, gwałtownie przeczył i chmurzył się jak małe dziecko, które nie dostało słodyczy. Od dnia, w którym zostałam otruta, stał się jeszcze bardziej wrażliwy na wszelakie bodźce z zewnątrz, które mogły mi zaszkodzić. Zachowywał się jak fanatyk, niepotrafiący wypuścić z rąk cennego dla siebie zainteresowania. Gdy chciałam wyjść do sklepu, robił mi długi wykład na temat tego, że mogę zasłabnąć na ulicy akurat wtedy, gdy będzie inwazja kosmitów lub stado gorących sześćdziesiątek, będzie biegło po pasach na wyprzedaż moherowych beretów. Chyba nie muszę przypominać, że wyobraźnia Nathiela nie zna granic.
      Gdy chciałam cokolwiek zrobić, podchodził do mnie, chwytał mnie wpół i zanosił na sofę, każąc surowym tonem siedzieć i odpoczywać. Co najzabawniejsze, pierwszy raz to on stał się panią tego domu, a nie ja. Mycie naczyń i gotowanie wychodziło mu z dosyć marnym skutkiem, ale moje mroźne serce topiło się, widząc jego ciężkie starania. Nathiel wciąż był dzieciakiem, to prawda. Nie dorósł do bycia ojcem, nie dorósł do bycia mężem, a może nawet nie dorósł do związku. Widziałam jednak w jego zachowaniu coś, co mogło świadczyć o przejawach dorosłości. Przede wszystkim przestał być taki beztroski i nareszcie poznał uczucie, jakim jest strach czy zmartwienie. Może zderzenie z dorosłością było dla niego lekkim szokiem, ale doskonale wiem, ze sobie z tym poradzi. Jest silny, silniejszy niż ktokolwiek na tym świecie i wiem, ze cokolwiek się stanie, nigdy się nie podda. Tak, wiem, tysiąc pozytywnych myśli skierowanych ku Nathielowi jest co najmniej nie codzienne z mojej strony. Zawsze mogę to zrzucić na ciążę i buzujące we mnie hormony, które zmieniają mój światopogląd.
      4 i pół miesiąca za mną, to połowa walki z bliźniakami. Jeszcze jeden raz tyle i powrócę do swojego normalnego trybu umysłowego. Może wówczas zmienię zdanie na temat Nathiela, choć... czy mogę je zmieniać z myślą, że naprawdę się stara? Dziś wznowił nawet poszukiwania pracy. Wyszedł wczesnym rankiem z lekko zaspanym spojrzeniem, ale zdążył zagrozić mi, że mam się stąd nie ruszać, bo może stać mi się krzywda. Moje serce trzymało za niego kciuki, mózg jednak myślał w tym czasie o czymś innym. Może i byłam typem grzecznej dziewczynki, ale nigdy nie słuchałam innych, jeżeli chciałam coś osiągnąć. Może właśnie dlatego przez większość swojego życia, byłam samotnikiem. Ludzie nie akceptowali moich decyzji, nigdy mnie nie rozumieli, a mi to wcale nie przeszkadzało. Póki żyłam zgodnie z własnym rytmem i zdaniem, wszystko było w porządku. Dziś, jak idzie się domyślić, nie zamierzałam posłuchać Nathiela. Może być na mnie zły, może na mnie krzyczeć, grozić mi zamknięciem domu na kłódkę, ja i tak zrobię to, co chciałam zrobić od dłuższego czasu. Odwiedzę tajemnicze czarodziejki, kierując się etykietą, która znajdowała się na słoiku, nowego leku. Madlene podarowała mi je aż w dwóch sztukach, ja jednak bałam się ich stosować. Mało prawdopodobne było to, że tajemnicze wiedźmy znów zaatakują, bo kto popełnia ten sam błąd dwa razy, jednak musiałam przyznać, że trochę się bałam, czy może raczej: miałam traumę.
      Gdy Nathiel opuścił z rana dom, zapowiadając swój powrót dopiero na wieczór, postanowiłam, że zaryzykuję i wyjdę na świeże, późno jesienne powietrze, które ukoi moje myśli. Owinięta w czarny, ciepły płaszcz i puchaty, beżowy szalik, ruszyłam ku wyzwaniu jakie na mnie czekało. Skoro nikt nie potrafił przepytać la bonne fée w odpowiedni sposób, zrobię to ja. I nie obchodzi mnie, że ktoś każe im milczeć. Jeżeli demony naprawdę powróciły, Gabrielle i ojciec Nathiela wciąż żyją i właśnie nawiązały sojusz z niebezpiecznymi wiedźmami, o których pojęcia wcześniej nikt z nas nie miał to już wystarczający znak do działania. Nie możemy siedzieć bezczynnie. Łowców jest mało, Nox prawie martwe, przydałaby się jakaś pomocna dłoń, która nie pozwoli nam się zaskoczyć.
      Pocierając zmarznięte dłonie, rozglądałam się za sklepem o którym wspomniał mi Nathiel. Ponoć znajdował się na Perth St. 5, był w kolorze błękitnym, a dookoła niego znajdowała się masa herbacianych róż. Swoją drogą - dziwił mnie fakt, że o tej porze roku kwitły. Szybko jednak przypomniałam sobie, że mamy do czynienia z czarodziejkami. Na pewno miały jakieś magiczne sposoby na kwiaty.
      Perth St. okazało się nie być zbyt rozległą ulicą. To tak naprawdę kilka domków na krzyż. Przechodziłam kolejne mieszkania i czujnym okiem wypatrywałam piątki. Beżowa 1, kremowa 2, kremowa 3, biała 4 i... zaraz, coś nie pasuje. Perth St. 5 to nie był błękitny dom, a zielony i tabliczka na nim wcale nie głosiła: "domowa kuchnia", a "lecznicza kuchnia". Czyżby zawiodła pamięć Nathiela? Nie. Miał doskonałą pamięć fotograficzną. A może jednak coś pominął? Nic się nie zgadzało. Nawet nie było tu kwitnących, herbacianych róż, tylko sam bluszcz, pokrywający ściany. Może to też jakaś część magii?
      Zatrzymałam się na ulicy przed budynkiem, zastanawiając się czy aby na pewno jest to miejsce o którym mówił Nathiel. W końcu jednak uznałam, że nieważne, gdzie trafię, zawsze mogę stamtąd po prostu wyjść, nikt nie zabroni mi rozglądnąć się po sklepie.
      Wzięłam głęboki wdech i wydech, po czym weszłam do środka. Sklepowe dzwonki przywitały mnie już w drzwiach. Brzmiały dziwnie otępiale i magiczne. A może to tylko moje urojenia? Nie wszystko co dotyczy tajemniczych la bonne fée, musi być przecież magiczne. To powoli podchodzi pod obsesje.
      Nim rozglądnęłam się po całym pomieszczeniu, najpierw zwróciłam uwagę na osobę, która stała przy ladzie. Zanim dzwonki oznajmiły moje przybycie, kobieta przeglądała znudzonym wzrokiem jakąś książkę. Nie, nie była to Madlene, ani żadna z tajemniczych dziewcząt. Pani stojąca tutaj, miała na pewno więcej niż 40 lat. Była zgrabną, farbowaną blondynką, może trochę ode mnie wyższą. Oczy miała w kolorze wypłowiałego błękitu. Zdecydowanie nikogo mi nie przypominała. Gdy przemówiła, coś zaczęło mi jednak świtać.
      - Dzień dobry, coś podać? - spytała, posyłając mi miły uśmiech. Nie wiem jak to możliwe, ale natychmiastowo poczułam do tej kobiety sympatię.
      - Coś na ciążowe dolegliwości? - dodała. Co mnie zdziwiło, nawet nie spojrzała w stronę mojego brzucha. Był zresztą przykryty płaszczem i nie rzucał się w oczy. Przeczucie czy magia Postanowiłam zaryzykować. Najwyżej owa pani uzna mnie za jakiegoś pomyleńca.
      - Bardzo dziękuję, ale przyszłam tu z innym zamiarem - odpowiedziałam grzecznie - Szukam Madlene.
      Kobieta skinęła głową z uśmiechem, co mnie uspokoiło. Byłam w dobrym miejscu. Nagła zmiana wyglądu budynku pozostanie jednak dla mnie zagadką. Zrzućmy winę na szybki remont.
     - Laura? - spytała mnie, co wywołało u mnie lekkie zdziwienie. Skąd o mnie wiedziała? Czyżby la bonne fée spodziewały się mojej wizyty?
      Skinęłam głową niepewnie. Nieznajoma pani niezrażona sytuacją, przywołała mnie ruchem dłoni za blat.
      - Chodź - powiedziała - Znajdziesz ją w środku - skinęła głową na drzwi znajdujące się za jej plecami i puściła mi oczko.
      Posłałam jej niepewny i dziękujący uśmiech, po czym bez zażenowania przekroczyłam sklepowy blat. W trakcie tej krótkiej podróży zdołałam dostrzec ogromne półki, przepełnione po sufit różnymi słoikami, butelkami, fiolkami i innymi szklanymi przedmiotami. Każde z nich miało na sobie jakiś napis. Niestety, nie zdołałam się im przyjrzeć. Moja dłoń napotkała klamkę, którą automatycznie nacisnęła, a moja postać znalazła się w przytulnym, dosyć sporym pomieszczeniu, najprawdopodobniej będącym salonem. Niestety, tylko tyle zdołałam dostrzec. Tuż przed moim nosem przeleciało coś w rodzaju karty. A przynajmniej takie miałam wrażenie.
      - Ja nie chciałam! - dosłyszałam głośny, dziewczęcy pisk.
      - Chciałaś! Zrobiłaś to z pełną premedytacją! - warknął inny głos. Niebezpiecznie wyglądające pioruny, przeszyły sufit pomieszczenia, wydając przy tym głośny trzask. Wprawiło mnie to w niemałe zaskoczenie, tym bardziej, że niczego nie uszkodziły. Spojrzałam na płomiennowłosą dziewczynę, która stała w rogu pomieszczenia i zaciskała nerwowo pięści. Pioruny idealnie wpasowywały się w jej charakter, byłam pewna, że to ona była ich sprawczynią.
      Odsunęłam się pod same drzwi, nie chcąc dostać niebezpiecznym, grzmiącym błyskiem i wstrzymałam dech. Widok piorunów z bliska był równocześnie przerażający, jak i magiczny. Płomiennowłosa czarodziejka mogłaby robić nimi furorę na lekcjach fizyki w gimnazjum.
      - Ale nie musisz się tak bulwersować, Alex! - pisnął inny głosik. Za fotelem, po lewej stronie, dostrzegłam schowane, dwie, dziewczęce głowy. Jedna blond, druga brązowa. Nie miałam wątpliwości, że ukrywała się tam Madlene w raz ze swoją złocistowłosą przyjaciółką, która towarzyszyła jej prawie na każdym zdjęciu.
      W pomieszczeniu zapanował nagły chłód. Nawet posiadając ciepły płaszcz, musiałam objąć własne ramiona, gdyż przeszyło mnie zimno. Widok spadających z sufitu płatków śniegu, mało nie powalił mnie na podłogę. Śnieg osadzał się na kanapie, fotelach, szafkach, głowach dziewcząt, a także podłodze. Pioruny, trzaskające z potężną siłą w ziemię, z nagła zaczęły zamarzać i pękać w górze, posyłając swoje lodowe igły prosto w dywan. Przysięgam, czegoś tak dziwnego i efektownego nie widziałam nawet w filmach. Montażyści powinni się uczyć od czarodziejek.
      - Przestańcie wreszcie - westchnęła właścicielka nowego brzmienia głosowego. Dopiero teraz, pomiędzy efektami specjalnymi, dostrzegłam dziewczynę, która siedziała po turecku na jednym z foteli i popijała z wolna herbatę, zaczytując się w książce. Były dwie rzeczy, które mnie zdziwiły. Po pierwsze dziewczyna nie przejmowała się chłodem, ani tym, że mogła dostać piorunem, była jakby w innym świecie. Po drugie, gdy skończyła się jej herbata, wystawiła filiżankę w pustkę, jakby czekała na magicznego lokaja, który uzupełni jej napój. Gdy zobaczyłam to, co zobaczyłam, musiałam przetrzeć oczy. Porcelanowy dzbanek lewitował w górze i przechylał swój dzióbek wprost do kubka dziewczyny, sprawiając wrażenie, jakby trzymał go ktoś niewidzialny. To wszystko sprawiło, że zrobiło mi się słabo. Za dużo wrażeń jak na pierwszy raz. Zdecydowanie.
      Chcąc nie chcąc, uderzyłam plecami w drzwi i zsunęłam się po nich na podłogę. Nie widziałam siebie, ale wydawało mi się, że oczy prawie wychodzą mi z orbit. Szczękanie zębami z zimna było na dodatek tak potężne, że zaczynałam się bać o przedwczesną utratę zębów.
      Ktoś nareszcie dostrzegł moją skromną osobę, kulącą się pod drzwiami. Jakaś niższa dziewczyna o zaniepokojonych, brązowych oczach. Pomiędzy piorunami, zaczęła coś wykrzykiwać.
      Wstrzymałam dech, gdy wpadła w sam środek śnieżnej burzy. Na szczęście nic jej się nie stało. Zdołała nawet uspokoić swoje koleżanki, które ze zdziwieniem przyglądały się mojej osobie. Czułam się lekko otępiała, nie zapowiadało się jednak na to, abym miała utracić przytomność. Jeszcze chwila i dojdę do siebie.
      Dziewczyna, która przerwała bitwę, uklęknęła przede mną i pomachała mi ręką przed twarzą. Skrzywiłam się. Dam sobie radę, nie potrzebowałam pomocy. Niechętnie odsunęłam jej dłoń.
      - W porządku - mruknęłam.
      - Przepraszamy za to zamieszanie - szepnęła Madlene, która znalazła się tuż obok swojej koleżanki. Zaśmiała się niemrawo i podrapała w tył głowy - Zapomnij o tym co widziałaś.
      - Mało prawdopodobne, że zapomnę - mruknęłam, pocierając czoło - Nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego.
      - To tylko magia - dodała blondynka, która stanęła obok dziewcząt. Na jej twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. W dłoni, którą wystawiła przed siebie, pojawiła się sporych rozmiarów śnieżynka.
      - Nie powinnaś tu przychodzić - odezwała się nagle płomiennowłosa, która stanęła na przeciw mnie i zmierzyła mnie groźnym wzrokiem z góry. Ręce założyła na piersi. Wyglądała dosyć władczo i przerażająco. Bałam się, że mogę dostać od niej piorunem.
      - Nie bądź niemiła - odpowiedziała lekko przestraszona Madlene, posyłając koleżance niepewne spojrzenie - Rozmawiałam przecież z babcią i stwierdziła, że gorzej już być nie może. Mogę więc jej powiedzieć co tylko będzie chciała, a na pewno jest ciekawa naszego świata.
      - Cholernie - mruknęłam do siebie, wyraźnie się chmurząc.
      Płomiennowłosa milczała. Burknęła coś tylko pod nosem i odwróciła wzrok. Byłam pewna, że gdyby Madlene powiedziała to podczas mojej nieobecności, dostałaby piorunem po głowie. Dla bezpieczeństwa, ta niebezpieczna dziewczyna wolała się jednak powstrzymać od szalonych ruchów.
      - Może zacznijmy od początku.
      Mad wzięła głęboki wdech, najwyraźniej próbując się uspokoić. Już po chwili na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który co najmniej mnie zadziwił. Zachowywała się trochę jak mechaniczna lalka, która po przyciśnięciu odpowiedniego przycisku płakała, a następnie cieszyła się z posiłku. Była zmienna.
      - Nie wiem czy mnie pamiętasz, ale to ja przyprowadziłam cię ostatnio do swojego domu - mówiąc to, rozejrzała się wkoło, chcąc oznajmić, iż to właśnie w tym domu się znajdowałam - Przedstawiłam ci się jako Madlene. Wolałabym jednak, żebyś wołała do mnie Mad.
      Jej firmowy uśmiech coś mi przypominał. Czyżby kobietę, która siedziała za blatem sklepu? Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że była to jej matka.
      - Żeby nie było - kontynuowała, posyłając krótkie spojrzenie brązowookiej, niskiej dziewczynie, klęczącej obok niej. Tej samej, która powstrzymała cały ten harmider - To jest Silvia. Pomogła cię uleczyć.
      Skinęłam w jej stronę dziękująco głową, na co ta tylko uśmiechnęła się krzywo. Albo miałam wrażenie, albo podobnie jak płomiennowłosa agresja, nie była zbyt pozytywnie nastawiona do moich odwiedzin.
      - Ta urocza blondynka - kontynuowała Madlene, tym razem posyłając spojrzenie stojącej obok, uśmiechniętej niewinnie dziewczynie - To Patricia.
      W przeciwieństwie do zniechęconej dwójki dziewczyn, ona wydawała się być całkiem normalna i miła. Gdy na mnie spojrzała, pomachała mi dłonią, zaraz potem, poprawiając nią okulary.
      - Ta groźna tutaj, która chciała mnie przed chwilą zabić - mruknęła Madlene, nawet nie spoglądając na koleżankę, pod której władczym spojrzeniem pewnie by się ugięła - Alexandra.
      Płomiennowłosa zmrużyła tylko groźnie oczy, spoglądając na Madlene.
      - A ta zaczytana z herbatą to Martha - zakończyła ostatecznie - Jak już ci pewnie wiadomo, jesteśmy la bonne fée, czyli dobrymi czarodziejkami.
      Kiwnęłam głową, cicho wzdychając. Nie trudno było spamiętać mi wszystkie imiona. Każda z dziewcząt była na tyle charakterystyczna, że z łatwością je do nich dopasowałam. Agresywna Alexandra z piorunami w dłoni, zaczytana, herbaciana wiedźma Martha, urocza blondynka w okularach o imieniu Patricia, niezbyt chętna i zwyczajna Silvia oraz do bólu uśmiechnięta Madlene. Charakteru nie mogłam im odmówić. Mocy też.
      Błękitnooka podniosła się z podłogi i podała mi dłoń. Oczywiście firmowy uśmiech nie schodził z jej twarzy. Że też nie bolała jej szczęka. Mi by usta już dawno odpadły.
      - Chodź ze mną - powiedziała - Odpowiem ci na wszystkie pytania.
     Chwilę patrzyłam na rękę obcej dziewczyny, która do tej pory była miłą osobą, może nawet przesadnie miłą, w końcu ją jednak chwyciłam. Silnym uściskiem zostałam przeniesiona do pionu. Na szczęście cała słabość jaka mnie wcześniej ogarnęła, teraz ustąpiła.
     Odprowadzona przez spojrzenia reszty dziewcząt, zostałam pociągnięta w stronę jednego z pokoi. Nie miałam nawet ochoty rozglądać się po pomieszczeniu. Po prostu wgapiałam się w plecy tajemniczej czarodziejki, która mnie prowadziła. Dopiero teraz dostrzegłam, jak bardzo jestem niska w stosunku co do niej. Ja nie miałam nawet 160 cm, ona musiała mieć ponad 170 cm. Była najwyższa z całego zgromadzenia, co do niej nie pasowało. Raczej wyobrażałam ją sobie jako niską, pulchną dziewczynę, która częstuje wszystkich ciastkami. Tymczasem wzrostem była ogromna, posturą ani chuda, ani gruba. Co jeszcze zdążyłam zauważyć, miała piekielnie chłodne dłonie. Jak trup. Miałam nadzieję, że nim nie była.
      Zostałam wciągnięta w objęcia różowego pokoju w którym już raz byłam. Przez ten czas nic się tu nie zmieniło. Wciąż był w nieładzie.
      - Przepraszam za nieporządek - powiedziała natychmiastowo dziewczyna, dostrzegając moje spojrzenie. Na jej polikach pojawiły się różowe plamy, a pokój zapełnił się niewinnym śmiechem - Rozgość się.
      Madlene puściła moją dłoń, a ja mogłam nareszcie zasiąść na łóżku. Było tu wyjątkowo gorąco, dlatego musiałam pozbyć się płaszcza i szalika.
     - Może masz ochotę na herbatę? - spytała nieśmiało dziewczyna, posyłając mi niepewne spojrzenie. Wyglądała trochę tak, jakby na co dzień nie przyjmowała zbyt wielu gości i stresowała się każdymi odwiedzinami.
     Potrząsnęłam głową.
     - Nie mam zbyt wiele czasu - odpowiedziałam, układając swój szalik na kolanach.
     Madlene westchnęła cicho i zasiadła na czarnym, obrotowym krześle. Swoje bezradne spojrzenie utkwiła w moich oczach.
      - Pytaj o co chcesz - stwierdziła.
      Spojrzałam w sufit, lekko się zamyślając. Było tak wiele rzeczy o które chciałam ją spytać. Nie ułożyłam żadnego konkretnego planu i kolejności pytań. Czułam, że mogłam tu spędzić dobre, kilka godzin. Postanowiłam zacząć od najprostszego wprowadzenia, jakie przyszło mi do głowy.
      - Zanim o cokolwiek spytam - zaczęłam - Chciałam ci podziękować za uratowanie mnie. Domyślam się, że Nathiel nie powiedział "dziękuję" i obdarzył was tylko chłodem i niechęcią. Musicie mu wybaczyć, jest po prostu głupi - prychnęłam, na co Madlene mało nie spadła z krzesła - Jeżeli czegoś będziecie potrzebować, czuję się powołana do pomocy wam.
     - To nic takiego.
     Niebieskooka uśmiechnęła się do mnie szczerze. Już nie wyglądała jak lalka. Najwyraźniej się rozluźniła. Postanowiłam nie ciągnąć tematu i natychmiastowo przejść do rzeczy.
     - Czy ten dom jest magiczny? - spytałam, unosząc do góry brew - Nathiel podał mi zupełnie inny opis tego miejsca.
     - Jest magiczny - potwierdziła dziewczyna - To, co zobaczył Nathiel, było zapewne błękitnym, niepozornym budynkiem, przepełnionym w środku wypiekami. Ty na pewno zobaczyłaś właściwą wersję, zielonego domu z miksturami.
     Kiwnęłam twierdząco głową.
     - Gdy ktoś niebezpieczny zbliża się do naszego sklepu lub jest to osoba, która niesiona jest przez gniew, złość i inne negatywne uczucia, sklep staje się normalną kawiarnią, której nikt nie jest w stanie obwinić o złe czary. Gdy idzie tu ktoś, kto ma całkiem dobre intencje i określony cel, widzi tu właściwą wersję.
     Uniosłam do góry brew. Musiałam przyznać, ze wydawało mi się to dosyć intrygujące.
     - Osoba, którą spotkałam w środku to twoja matka?
     Madlene kiwnęła głową.
     - Wspominałam jej, że tu przyjdziesz - mówiąc to, puściła mi oczko - Domyślałam się, że w końcu przygna cię tu ciekawość, w końcu twoi znajomi niewiele się od nas dowiedzieli.
     - Miałaś wiele problemów z powodu tego, co im powiedziałaś? - spytałam, unosząc brew do góry.
     - Przeprowadziłam poważniejszą rozmowę z naszą ukochaną babcią, która mimo niezbyt tęgiej miny, zaakceptowała mój długi język. Stwierdziła, że skoro istnieje prawdopodobieństwo zawarcia sojuszu demonów i wiedźm, może same powinnyśmy się zastanowić nad współpracą z wami.
     Jej mina przybrała poważny wyraz.
     - Sądzę, że nie jest to zły pomysł. Porozmawiam o tym z Sorathielem - odpowiedziałam spokojnie, na co Madlene kiwnęła głową.
     Czułam, że było wiele rzeczy o które chciałam ją spytać, nagle jednak wszystko wyleciało mi z głowy. Długo trwałyśmy w ciszy. Madlene kiwała się na krześle z kubkiem wody mineralnej w dłoni, ja zaś patrzyłam się przed siebie i próbowałam zebrać myśli do kupy. Niestety, mój umysł odmówił mi współpracy. Postanowiłam spytać o coś zupełnie banalnego.
     - Nathiel wspominał, że posiadacie moce główne i poboczne, opowiedz mi coś o nich.
     Dostrzegłam niepewny ruch dłoni dziewczyny. Jedna z nich przykryła drugą, zupelnie, jakby pragnęła coś ukryć.
     - Główna moc zawsze dziedziczona jest rodzinnie - zaczęła - Można powiedzieć, że każde dziecko otrzymuje ją po własnej matce, w końcu męscy czarodzieje nie istnieją. Naszymi ojcami są zwyczajni ludzie. Moc poboczna to już inna kwestia. Można powiedzieć, że jest losowa. Przykładowo: jak już zauważyłaś, główną mocą Alex jest używanie piorunów jako broni. Jej poboczną mocą jest umiejętność wykrywania kłamstw. To samo z Silvią, Patricią i Marthą. Silvii główną mocą jest uleczanie, poboczną usypianie. Martha potrafi władać umysłami ludzi do których zazwyczaj posyła sceny filmowe, a pobocznie posiada zdolność do przenoszenia przedmiotów siłą umysłu. Pat używa lodowych kart, jej poboczna moc to prawdopodobnie władanie nad śniegiem. Zazwyczaj dany klan la bonne fée można poznać po oznaczeniach na przegubie prawej dłoni.
     - A więc śpiewasz? - spytałam, unosząc brew do góry.
     Dziewczyna najwyraźniej się zdziwiła. Wpatrywała się we mnie niedowierzająco, potwierdzając tym samym moją własną teorię. Gdy agresywna Alexandra miotała piorunami po całym pokoju, jedna rzecz rzuciła mi się natychmiastowo w oczy. Byłam dosyć dobrą obserwatorką, dzięki czemu mogłam dostrzec na przegubie jej dłoni czarny piorun, przypominający tatuaż. Potem podobny dostrzegłam na ręce uśmiechającej się Patricii. W jej przypadku nie był to jednak piorun, a dobrze znany znak pik, wiążący się z kartami. Madlene również posiadała znak. Była to czarna nutka. Przez chwilę zastanawiałam się czy nie potrafi na czymś grać, ta moc okazałaby się jednak dosyć niepotrzebna, ponieważ zawsze powinna mieć przy sobie instrument. No, chyba, że byłby to plastikowy lub drewniany flet. Bardziej przystępny wydawał mi się śpiew.
     Niebieskooka opuściła głowę w dół. Coś mi podpowiadało, że nie jest to moc, która ją pociesza.
     - Tak - przyznała już po chwili - Śpiewam. To jednak ciężka do opanowania moc - dodała, śmiejąc się niemrawo - Używając ją nieumiejętnie, można wywołać wiele szkód. Do jej użytkowania potrzebna jest duża pewność siebie i skupienie.
     Po jej wyrazie twarzy i zachowaniu, domyśliłam się, iż nie jest zbytnio rozgarniętą osobą. Raczej przypominała roztrzepany typ osobowości, który rumieni się na każdym kroku i przybiera sztuczny uśmiech ze względu na nieśmiałość.
     - Ta moc jest naprawdę potężna, dlatego też moja rodzina zazwyczaj nie posiada pobocznej mocy. Ta jest wystarczająca. Istnieją oczywiście przypadki w których ta moc istnieje.
     - Na czym dokładnie polega ta magia? - spytałam, unosząc do góry brew.
     - Śpiewając o danej rzeczy, wywołujesz dany skutek. Przykładowo jeżeli chcesz kogoś pozbawić pamięci, właśnie o tym śpiewasz - westchnęła. Po jej minie dostrzegłam, że nie jest zbytnio zadowolona z rozmowy o tej mocy. Na dodatek cały czas pocierała swój znak z nutą. Postanowiłam zmienić temat.
     - A co z wiedźmami?
     Madlene odchyliła się na krześle i spojrzała w sufit. To chyba kolejny temat, który jej nie podszedł. I w tym przypadku nie miałam pojęcia o co może chodzić.
     - Jeżeli chodzi o ich moce, działają tak samo jak nasze.
     - Powiedz mi - zaczęłam zaciekawiona - Czy wiedźmy są tak naprawdę wiedźmami? - spytałam, unosząc brew do góry. Czujne, zielone oczy utkwiłam w zaskoczonej twarzy rozmówczyni.
     - Nie wiem co masz na myśli - odpowiedziała szeptem, spoglądając w bok. Już samo to, zdradziło, że kolejna moja teoria jest właściwa. Madlene nie potrafiła kłamać lub zatajać prawdy. To był jej słaby punkt.
     - Podział wiedźm i la bonne fée nie jest potrzebny, prawda? - zapytałam, unosząc lekko kąciki ust do góry.
     Dłonie dziewczyny zacisnęły się mocniej na kubku, a jej głowa pochyliła się ku dołowi. Jej wzrok utkwił się w bosych stopach, które splatały się ze sobą nerwowo. Gdzieś w oddali, tuż nad moją głową, rozbrzmiał dźwięk delikatnych dzwoneczków, niesionych przez wiatr, a zaraz po nich, nastąpiła odpowiedź:
     - Tak. Istnieją tylko la bonne fée.
***
     Wróciłam do domu, gdy już się ściemniło. Wiedziałam, że spędzę dużo czasu, wypytując Madlene o wszystkie szczegóły, nie wiedziałam jednak, że będzie to trwało tak długo.
     Chuchając w swoje przerażająco zimne dłonie, przeklinałam w duchu brak rękawiczek, a także brak poczucia mijającego czasu. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Nathiel mógł być już w domu. Bałam się spoglądać na telefon, który siedział wyciszony w prawej kieszeni mojej kurtki. Domyślałam się, że Nathiel dostawał już szału i biegał po ścianach, niepokojąc się o moją nieplanowaną podróż. Chciałam uniknąć kłótni i krzyków, nie było mi to teraz potrzebne.
     Po spotkaniu wciąż czułam niedosyt informacji. Madlene zgrabnie omijała tematy wiedźm, co wydawało mi się dosyć podejrzane. Nie mogłam jednak wywnioskować z jej słów i zachowania, co takiego przede mną ukrywa. Obiecałam sobie, że przy następnym spotkaniu, siłą z niej to wyciągnę. Skoro mieliśmy przygotować się do sojuszu, powinniśmy wiedzieć o sobie wszystko. Czarodziejki znały już łowców i ich historię, dla nas one wciąż były zagadką.
      Moja teoria związana z tym, że wiedźmy to la bonne fée była trafna, a to wszystko dzięki opowieści Nathiela. On sam zauważył, że mówiąc o domniemanych wiedźmach, dziewczęta zachowują się w dziwny sposób. Zachowanie Madlene przypominało mi trochę moment, w którym ktoś nie chce się przyznać do członków swojej rodziny, stąd więc moja złota myśl, która okazała się być prawdą.
      "Nie przyznajemy się do nich, bo mimo tego, że są la bonne fée, a więc w początkowym założeniu, powinny pomagać ludziom i być dobre, one czynią tylko zło. Czarna magia jest o wiele bardziej pociągająca i potężniejsza niż biała". Więcej na ich temat nie powiedziała. Nazwa "wiedźmy" to po prostu pewne ułatwienie w rozmowie. Bo lepiej mówić wiedźma niż zła la bonne fée.
     Spotkanie mimo niedosytu, okazało się być owocne w kilka informacji. Na dodatek zostałam zaproszona na ponowne spotkanie. Z głodu i z nudów na szczęście nie umarłam. Podczas późniejszej rozmowy, zostałam poczęstowana brzoskwiniową herbatą i talerzem wspaniałych wypieków mamy Mad. Przez jakiś czas gościła u nas także Patricia, która rozluźniła poważną atmosferę, opowiastkami z młodości la bonne fée. Jak się okazało, młode czarodziejki znały się już od dziecka, gdyż uczęszczały do specjalistycznej szkoły, przygotowującej dobre "wróżki" do pełnionej roli.
Z zaproszenia oczywiście skorzystam, najpierw muszę jednak udobruchać Nathiela. Przecież wróciłam do domu cała i zdrowa. Wcale nie zaatakowali mnie kosmici.
     Dla pewności oglądnęłam się do tyłu w ciemną uliczkę. Na szczęście nikt za mną nie podążał.
     Szybko znalazłam się pod drzwiami mieszkania i wyjęłam klucz z kieszeni. Drzwi stanęły przede mną otworem, a jedyne co mnie zdziwiło to brak Nathiela w mieszkaniu. Na chwilę moje serce zaatakował niepokój. A co jeżeli to mu się coś stało?
     Zaniepokojona ściągnęłam z siebie płaszcz, szalik i buty, w pamięci zaś zanotowałam, aby w następną podróż wziąć ze sobą czapkę i rękawiczki, które przydadzą mi się w chłodzie późnej jesieni.
     Zapaliłam światło w salonie i rozejrzałam się wkoło. Nikogo jednak nie dostrzegłam. Telefon, który wcześniej siedział w kieszeni płaszcza, teraz znalazł miejsce w mojej ręce. Odblokowałam go i westchnęłam bezradnie. Nathiel ani raz do mnie nie zadzwonił. Wydawało mi się to co najmniej dziwne.
     Zasiadłam na sofie, podkulając pod siebie nogi. Tępe spojrzenie utkwiłam w ekranie telefonu, który nie pokazywał nawet żadnej wiadomości. Być może zachowywałam się już jak Auvrey, czyli jak przewrażliwiona papuga, która potrafiła tylko układać czarne scenariusze, związane z moim wyjściem na zewnątrz, ale nie mogłam powstrzymać niepokoju, który wstrząsnął moim sercem.
Gdzie jesteś, kretynie i co robisz tyle czasu? Oby się nie okazało, że został w jakimś barze i usnął z głową na blacie. Nie mam zamiaru go szukać.
     Noga zaczęła nerwowo wystukiwać rytm o róg sofy. Jeden z paznokci wylądował w moich ustach i został poddany torturom, związanym z nerwowym obgryzaniem. W mojej głowie kołatała się myśl: zadzwonić czy nie? Na szczęście nie było to potrzebne. Już chwilę potem, drzwi wejściowe rozwarły się z głośnym trzaskiem, a z oddali usłyszałam zadowalające mnie i głośne:
     - Wróciłem!
     Szmaragdowooki, roztrzepany typ, pojawił się w salonie z szeroko rozwartymi ramionami, które chciały objąć cały świat. Na szczęście objęły tylko mnie. Chłopak wydawał się być aż za bardzo szczęśliwy. Czyżby spotkało go coś miłego?
     - Laura - zaczął, wpatrując się w moją twarz, którą miał teraz nad sobą. Jego oczy błyszczały w dziwny sposób, jakby się czegoś napił.
     - Słucham? - spytałam chłodno, unosząc do góry brew.
     - Wyjdziesz za mnie?
     Rozdziawiłam buzię. Czy mi się przesłyszało? Nathiel Auvrey, ten nierozgarnięty, szmaragdowooki typ osobowości, właśnie składał mi propozycje zawarcia z nim małżeństwa? Przez chwile zarówno ja, jak i moje myśli stały się nieruchome.
     Patrzyłam zszokowana i zdezorientowana w twarz Nathiela, który uśmiechał się od ucha do ucha. Byłam w stanie powiedzieć tylko jedno:
     - Co?
     - Wyjdziesz? - powtórzył chłopak, uśmiechając się jeszcze szerzej.
     - To oświadczyny? - spytałam lekko przestraszona.
     - Może niekoniecznie - zaśmiał się, oddalając ode mnie. Zasiadł tuż obok i podkulił nogi, podobnie jak ja - Pierwszy raz widzę cię w takim szoku. Tak bardzo boisz się być ze mną aż do śmierci? - spytał, opierając prawy polik na swoim kolanie. Szmaragdowe, świecące oczy pełne rozbawienia, wpatrywały się w moją twarz.
     - To nie tak - mruknęłam - Po prostu mnie zaskoczyłeś.
     - Czym? Tym, że chcę spędzić z tobą resztę życia?
     Chłopak uniósł do góry brew.
     - Dorosłym zapytaniem o małżeństwo, którego osobiście się boję - odpowiedziałam, wyraźnie się krzywiąc.
     - A więc mogę uznać to za odrzucenie?
     Nastąpiła długa cisza. Nie miałam pojęcia co go tak nagle trafiło, byłam jednak pewna, że musiało mu się coś przytrafić.
     Ja i małżeństwo? I to z Nathielem? W tym wieku? Zarówno Nathiel, jak i ja nie dojrzeliśmy do tak wielkiego skoku w przyszłość.
     Westchnęłam ciężko, czując w głowie mętlik. Pojawiły się zaprzeczenia, które zaczęły mącić w moim umyśle. Przez chwilę poczułam się, jakbym miała w głowie wielką miskę z zupą, pełną tajemniczych składników, niepasujących do siebie.
     - Kocham cię - stwierdziłam cicho, opierając głowę o kolano. Swoje spojrzenie wbiłam w podłogę - I uważam, że Laura Auvrey brzmi zdecydowanie mniej pospolicie niż Laura Collins.
     Nie wiedziałam czy dobrze postąpiłam, mówiąc taką rzecz. Postanowiłam jednak, że zaufam sercu. Odkąd pokochałam Nathiela minęło już ponad 5 lat i nawet przez moment nie pomyślałam, że nie chcę z nim być. Był mi potrzebny do życia, był moim tlenem, moim sercem, moją krwią. Czy więc decyzja o zostaniu małżeństwem była taka ciężka do podjęcia?
     Nathiel bez słowa objął moje ramiona. Słyszałam, że cicho się śmieje, długi czas jednak nie odpowiadał.
     - Sprawdzałem cię - stwierdził wreszcie szeptem - A tak poza tym to dostałem pracę - dodał wesoło.
     - Zmieniasz temat - warknęłam, próbując go odepchnąć - Nienawidzę cię.
     Nathiel zaśmiał się głośno i przygarnął mnie do swojej piersi, wtulając głowę w moje włosy. Dzięki temu odrobinę się uspokoiłam. Westchnęłam ciężko i przeniosłam na niego wzrok. Patrzył mi w oczy i uśmiechał się tak szczerze, jak nigdy tego nie robił. Już zdążyłam się zorientować, że prawdopodobnie odwiedził organizacje, gdzie w lodówce czekał na niego czteropak dziewiczego piwa, stąd też jego szalone myśli i stwierdzenia, jeżeli był jednak szczęśliwy, ja też byłam. Bo wolałam upitego szczęściem Nathiela niż tego zdołowanego, próbującego zalać się w trupa.
     - Uśmiechnij się - szepnął chłopak, smyrając mnie po nosie. Wyglądał teraz tak, jakby przemawiał do dziecka, co dodatkowo mnie rozbawiło. Już po chwili na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie trwał on jednak długo, gdyż został porwany przez lekki pocałunek, pełen demonicznej miłości. Z zadowoleniem oddałam się tej chwili, pełnej ciepła. I już wiedziałam, ze nie ucieknę od bycia panią Auvrey, wkrótce może mnie to spotkać.