środa, 19 marca 2014

Rozdział 11 - "Witaj w świecie demonów"

   - Od czego mam zacząć?
   Spojrzałam na Nathiela w zamyśleniu. Właśnie uśmiechał się głupkowato, oczekując aż odpowiem mu na pytanie. Gdy milczałam, uniósł brew do góry.
   - Co, zatkało?- spytał.
   - Nie - mruknęłam. - Nie jestem pewna czy naprawdę chcę o tym wszystkim wiedzieć.
   - I tak jedną nogą jesteś już w świecie demonów - chłopak wzruszył ramionami.
   Miał racje. Skoro Deaniel był jednym z nich z pewnością nie ominą mnie ciekawostki z demonicznego życia. Cóż, zawsze mogę zaryzykować, wiedza jeszcze nikogo nie zabiła. Chyba.
   - Kim są demony, jakie są demony i w jaki sposób zagrażają ludziom? -  zaczęłam, co najwyraźniej ucieszyło Nathiela. Widać było, że pali mu się do opowieści.
   - Nikt nie jest w stanie jednoznacznie określić kim lub czym są demony i skąd się wzięły. Jedni mówią, że to sama wiara i wyobraźnia człowieka je stworzyła, inni, że samoczynnie zrodzili się  z ciemności, nicości lub zła. Teorii jest wiele, ja wiem tylko tyle, że istnieją od niepamiętnych czasów, posiadają potężną moc i są na wskroś przesiąknięte złem - uśmiechnął się pod nosem. - No, dobra. Niech będzie, istnieją też dobre demony.
   Uniosłam brew. Nigdy w życiu nie słyszałam o tych dobrych. Nie wspominano o nich ani w bajkach, ani w zwyczajnych książkach. Widocznie ludzie wciąż mają małe pojęcie o otaczającym ich, paranormalnym, złym świecie składającego się z obrzydliwych stworów.
   - Są nimi na przykład demony ziemi, wiatru, wody - kontynuował. - Czyli demony żywiołów. Mogą jedynie zaszkodzić przyrodzie, choć częściej jej pomagają.
   Deaniel wspominał kiedyś o tym, że jest w połowie demonem ziemi i cienia. Dla mnie to prawie tak, jak rozdwojenie jaźni. Jednocześnie dobry, jednocześnie zły. Jak to możliwe?
   - Najbardziej szkodliwe są demony ognia, które sieją spustoszenie, gdziekolwiek pójdą, no i cieniste, które biją wszystkich i wszystko na głowy - Nathiel skrzywił się wyraźnie. - Istnieję po to, by je niszczyć - zacisnął groźnie pięść.
   - A więc cieniste demony są jednymi z gorszych? - spytałam.
   - Jednymi? Są najgorsze - prychnął. - To potwory, które żywią się ludzką energią.
   - Co masz na myśli?
   Nathiel westchnął cicho.
   - Jak sama nazwa wskazuje, cieniste demony kryją się w cieniu, który jest dla nich ochroną. Prawdziwy cel osiągają jednak dopiero wtedy, gdy skryją się w ludzkim cieniu. Ich ofiarą może paść każdy człowiek. Chociaż - tu spojrzał w stronę mojego cienia odbijającego się na ścianie. - Ty nie masz się o co martwić.
   - Ja? - zdziwiłam się.
   - Twój cień jest słaby, co świadczy o niskiej energii potencjalnej.
   - Energia potencjalna w fizyce, to energia, którą wytwarza ciało w spoczynku - mruknęłam, nie do końca rozumiejąc co energia potencjalna ma z tym wspólnego.
   - Pieprzyć fizykę - Nathiel prychnął głośno. - W świecie demonów, to wewnętrzna energia człowieka, która pozwala im się nażreć i stać potężniejszym. Tak ją sami nazywają.
   - Rozumiem - kiwnęłam głową, nie mówiąc nic więcej.
   Zauważyłam, że demony to bardzo drażliwy temat dla Nathiela. Ciekawiło mnie, co mu takiego zrobiły. Osobiste przeżycia, czy coś gorszego? W końcu wciąż lata za nimi bez opamiętania. Każdy element jego ciała wydaje się mówić: "Nienawidzę tych ścierw, wybiję je wszystkie".
   - Cieniste demony patrzą na ciebie pod względem wyrazistości cienia. Wątpię, aby którykolwiek chciał się dobrać do twojego. Na świecie jest wielu ludzi, którzy będą dla nich bardziej wartościowi.
Przynajmniej nie muszę się bać, że padnę ofiarą demona. Jestem dla nich bezwartościowa, a więc mogę czuć się całkowicie bezpieczna, chociaż... z tym całkowicie to bym jeszcze poczekała.
   - W naszym świecie wyróżnia się trzy rodzaje wyrazistości cienia. Słaby - jak twój, przeciętny - posiada go większość ludzi na świecie, silny - który posiada na przykład twoja przyjaciółka.
   Zdziwiłam się. Amy? Dlaczego akurat ona? Nigdy bym nie sądziła, że ta roztrzepana, roześmiana dziewczyna, ciesząca się z życia będzie potencjalną ofiarą dla tych okropnych potworów. Będzie, bo jeszcze nie jest. Czy ma aż tak wyjątkowe szczęście, że do tej pory żaden się nią nie zainteresował? A może już się interesował?
   - Czasami nie musisz patrzeć na cień, aby domyślić się kto ma jaki stopień wyrazistości. To widać na pierwszy rzut oka - uśmiechnął się w moją stronę. - Zazwyczaj osoby twojego pokroju są okropnymi pesymistami, strasznie zrzędzą i narzekają. Czasem są z jakiegoś powodu nieszczęśliwi lub zwyczajnie mogli przeżyć coś, co miało negatywny, a wręcz niszczący wpływ na nich. Energia potencjalna może się zmieniać, chociaż prędzej spada, niż wzrasta.
   To by się zgadzało. Odkąd pamiętam byłam straszliwą pesymistką uważającą, że żaden człowiek nie ma prawa wstępu do mojego serca. No, może z wyjątkiem Amy, która jest moją dokładną przeciwnością. Optymistka, przepełniona niesamowitą energią i radością do życia. Dlatego jej cień jest tak wyrazisty. Stopień wyrazistości (jak to nazwał Nathiel) musi w dużej mierze zależeć od charakteru, czy może prędzej od... usposobienia człowieka do życia. W takim razie potęgą świata są optymiści. Tak mi przykro.
   - Jak się pewnie domyślasz, demony nie posiadają cienia. Podobnie jest z łowcami, tyle, że w stosunku do nich mają cienie ukryte. To, co widzisz - tu wstał i skierował palec wskazujący na swoje cieniste odbicie na ścianie. - To cień sztuczny lub inaczej: fałszywy. W ten sposób łowcy chronią się przed atakami demonów.
   A więc schodzimy do tematu ludzi broniących świat przed demonicznym złem.
   - Kim są łowcy? - spytałam.
   - Łowcy, a dokładniej łowcy cienia to zwyczajni ludzie.
   Zdziwiłam się. Cały czas myślałam, że są kimś wyjątkowym, że używają magii nie z tej ziemi, a tymczasem są po prostu normalni.
   - To oznacza, że każdy może być łowcą?
   - Dobrze kombinujesz - Nathiel uśmiechnął się w moją stronę. - Jednak niewiele osób jest w stanie podjąć się tak wielkiego ryzyka. Zazwyczaj to rodzinny fach. Dobrym przykładem jest Sorathiel, którego rodzice byli niegdyś łowcami.
   - Byli?
   - Gdy miał 5 lat zginęli w walce z tymi ścierwami.
   Nathiel zmarszczył czoło. Widziałam w jego oczach złość i nienawiść. Musiał być naprawdę blisko ze swoim przyjacielem, skoro samo wspomnienie śmierci jego rodziców aż się w nim gotowało.
   - Nie bał się przejąć po nich tak ciężkiego zawodu?
   - Nie. Od tamtej pory jego jedynym celem było niszczenie demonów. Trudno jest się wyrwać ze świata w którym żyje się od dziecka - już bardziej uspokojony, spojrzał w sufit. Na moment się zamyślił.
   - Dużo jest łowców? - zapytałam, pragnąc dowiedzieć się jeszcze więcej.
   - Bardzo mało. Niewiele ludzi jest na tyle silnych, by poradzić sobie ze złem demonów. Niewiele ludzi w ogóle wie o istnieniu tych demonów. Łowcy cienia to zazwyczaj osoby samotne, silnie psychicznie, chłodne emocjonalnie. To ludzie, którzy nie mają nic do stracenia.
   Uśmiechnęłam się delikatnie.
   - Nie wyglądasz na taką osobę.
   Nathiel odwzajemnił mój uśmiech, co niesamowicie mnie zdziwiło. Po raz pierwszy wyglądaliśmy jak normalni ludzie nie skaczący sobie do oczu. Po prostu rozmawialiśmy. Czy to nie dziwne?
   - Bo nią nie jestem. Trafiłem do świata łowców na zupełnie innych warunkach. Można powiedzieć, że od samego początku mam lżej.
   Bałam się zapytać o co chodzi, zresztą nie chciałam wchodzić w jego życiowe historie. Jeżeli będzie chciał, sam mi o tym opowie.
   - Jak zabijacie demony cienia? Czy to ma związek z tym tajemniczym nożem za który chciałeś mnie zabić? - uśmiechnęłam się ironicznie.
   - Tak. To jedyna skuteczna broń przeciwko cienistym demonom. Nazywamy ją exitialis.  Stworzył go pierwszy łowca cienia. Nie jestem zbyt dobry w zapamiętywaniu dat, ale łowcy cienia istnieli już w czasach starożytnych. Myślę, że więcej na ten temat powiedziałby ci Sorathiel. Ma mózg jak niejeden człowiek na tej ziemi.
   Uśmiechał się. W normalnym przypadku stwierdziłabym, że gość jest gejem, ale już od samego początku widziałam między nimi grubą nić porozumienia. Mimo odmienności charakterów, byli (jak się domyślałam) najlepszymi przyjaciółmi.
   - Istnieje jakaś organizacja zwalczająca demony? - zapytałam.
   Nathiel kiwnął głową.
   - Nazywa się Nox. Głupia i prostacka nazwa, która ma oznaczać, że działają w nocy, gdy nikt nie widzi. Zarządza nią najstarszy jej członek na którego mówimy Hugh. Jest cholernie wrednym, starym dziadem, ale to on mnie przyjął do organizacji.
   Kiwnęłam głową.
   - Skoro każdy człowiek może zostać łowcą cienia, czy nie oznacza to, że każdy ma w sobie magię?
   - Za dużo zadajesz pytań - Nathiel spojrzał na mnie poirytowany. - Nie. Nie nazwałbym tego magią. Człowiek nie umie bawić się magią, to demony ją stosują. U nas to zwykłe użytkowanie energii potencjalnej o której już wspomniałem.
   - A więc aktywatorem noży jest zwykła, energia ludzka?
   Nathiel pokiwał głową.
   - Chcesz coś jeszcze wiedzieć? No, chyba, że chcesz bym spędził u ciebie noc - uśmiechnął się w moją stronę uwodzicielsko.
   - O niczym innym nie marzę, jak o upojnej nocy z jakimś świrem - mruknęłam cicho. - Tak, mam jeszcze kilka pytań.
   Nathiel ziewnął i przeciągnął się leniwie.
   - Wal, bo głodny się robię.
   - Niedawno zjadłeś wielki talerz placków - spojrzałam na niego znacząco. - Jesz jak krowa.
   Nathiel uśmiechnął się pod nosem, oczekując aż zadam kolejne pytanie. Bardzo dziwiło mnie jego zachowanie. Stał się potulny jak baranek. W normalnym przypadku zareagował by na moją wypowiedź jakąś ciętą lub mniej ciętą i idiotyczną ripostą.
   - Demony mogą przybierać ludzką formę, prawda? - zapytałam chwilę potem, olewając kwestię zachowania mojego towarzysza rozmów. Niech się zachowuje, jak chce.
   - Nie, demony jej nie przybierają, one po prostu wyglądają jak ludzie, ale nie w każdym przypadku. To z czym miałaś okazję się spotkać to słabsza wersja cienistych demonów. Najczęściej najgroźniejsi są ci, którzy wyglądają jak normalni ludzie.
   Postanowiłam przejść do rzeczy, która ciekawiła mnie najbardziej.
   - Kim tak naprawdę jest Deaniel? Ostatnio oznajmił mi, że jest w połowie demonem cienia i ziemi, czy to nie oznacza, że w połowie jest i dobry i zły?
   Nathiel zastanowił się chwilę.
   - Wiesz - zaczął w zamyśleniu. - Gdy był jeszcze dzieckiem był przesiąknięty złem. Robił takie rzeczy o jakich nawet ci się nie śniło. Demony mogą się jednak zmieniać - spojrzał na mnie uważnie - Widzisz, jeżeli nie używają swoich mocy i nie przebywają w Reverenti czyli inaczej: królestwie nocy, gdzie znajdują się wszystkie demony, stają się zwykłymi ludźmi. Jednak jeśli znów zaczną używać swojej mocy lub trafią do Reverenti, będzie tak samo przesiąknięty złem jak na początku. No, chyba, że trafi do otchłani gdzie trafiają wszystkie demony zabijane przez łowców. Wtedy jeśli uda mu się wyjść, co rzadko się zdarza, prawdopodobnie nie będzie tą samą osobą już nigdy więcej.
   Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
   - Więc Deaniel jest teraz zwyczajnym człowiekiem?
   - Zwyczajnym, pozornie dobrym demonem. Demon nigdy nie będzie człowiekiem - Nathiel uśmiechnął się pod nosem, jakby bolał go ten fakt. Deanielem na pewno się nie przejął, więc czym?
   - Dlaczego tak bardzo nienawidzisz demonów? - spytałam i spojrzałam na niego uważnie.
   Nathiel wyprostował się, a następnie wyraźnie skrzywił.
   - Nie lubię osobistych pytań - odpowiedział po dłuższej chwili, obdarzając mnie diabelskim uśmiechem. - Może jak się lepiej poznamy to zdradzę ci mój sekret - na zakończenie swojej wypowiedzi puścił do mnie oczko.
   Nie, zdecydowanie nie chcę go bardziej poznawać, podziękuję. Gdybym miała żyć z kimś takim na co dzień, już po tygodniu wylądowałabym w szpitalu na zawał lub w psychiatryku z mocno uszkodzonym mózgiem.
   -To już wszystko? - spytał zniecierpliwiony. - Tak? No, to wyskakuj z noża, bo ten, który obecnie mam nie jest mój i niesamowicie mnie irytuje.
   Westchnęłam. Miałam jeszcze milion pytań, jednak nie chciałam spędzać całej nocy na rozmowie o rzeczach, które nie powinny mnie dotyczyć. Głupia, ludzka ciekawość.
   Wstałam z krzesła, a Nathiel odprowadził mnie wzrokiem aż do samego biurka. Człowieku, dlaczego tak się na mnie gapisz? Podejrzewasz mnie o coś?
   Wyjęłam z szuflady sprawcę naszego ponownego spotkania, zawiniętego w białą, bawełnianą ściereczkę. Szmatkę odłożyłam na bok, a nóż podałam Nathiel'owi. Gdy go zobaczył, odetchnął z ulgą.
   - Cały i...- mówiąc to, chwycił za swoją broń. To, co się stało w następnej chwili, zaskoczyło nie tylko mnie. Nóż zaświecił się ostrym, oślepiającym blaskiem, rażąc moje oczy na tyle, że musiałam je zamknąć i oddalić się od miejsca zdarzenia na kilka metrów. Nathiel odrzucił go jak oparzony wydając z siebie ciche syknięcie. Nóż wylądował na podłodze i momentalnie stracił swój blask.
   Spojrzałam na Nathiela, który skierował na mnie groźne spojrzenie.
   - Może jeszcze powiesz, że to moja wina? - prychnęłam.
   - Bo twoja, idiotko. Jak często dotykałaś tego noża? - spytał podenerwowanym tonem głosu, wstając z łóżka. Zaczął niespokojnie krążyć po pokoju.
   Macałam go dniami i nocami.
   - Często - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Jestem typem badającego myśliciela. Jeżeli coś mnie zastanawia, będę to dotykać, będę tego słuchać, będę smakować i to do chwili, gdy w końcu nie znajdę satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Tu nie znalazłam, więc cóż, nóż padł moją ofiarą.
   - Pięknie! - wykrzyknął Nathiel, zanosząc się dziwnie brzmiącym śmiechem. Poczochrał  nerwowo swoje i tak już wystarczająco mocno roztrzepane włosy. - Przyzwyczaiłaś do siebie nóż. Uznał cię za swojego właściciela.
   No, w sumie się nie dziwię. Kto by chciał być własnością świra uganiającego się bez opamiętania za demonami? Lepiej zostać ze statyczną Laurą, która krzywdy potworowi nie zrobi, no, ewentualnie wypali mu gały domestosem.
   - I ty się uśmiechasz? - spytał załamany chłopak.
   Nawet nie spostrzegłam, że na mojej twarzy zawisł delikatny uśmieszek. To było całkowicie niekontrolowane.
   - Wiesz co cię teraz czeka?
   Zostanę nożownikiem. Na pewno sprawdzę się w tym zawodzie.
   - Demony - podsumował Nathiel - Będą cię ścigać, bo jesteś właścicielem exitialis, a one doskonale wyczuwają ich właścicieli.
   - Równie dobrze mogę wyrzucić ten nóż, czyż nie? - spytałam spokojnie. Nie dajmy wyprowadzić się z równowagi.
   - Nie! Cholera, nie! - wykrzyknął Nathiel, chwytając się za głowę. Wyglądał teraz na mocno podenerwowanego. - Nawet jak wrzucisz go do wodospadu Niagara z płonącego samolotu, nawet jeśli rozkażesz wielbłądowi w Afryce zeżreć go razem z badylami,nawet jeśli podarujesz go krzywookiemu dziecku w Chinach, które wpieprza ryż, nie, nie pozbędziesz go!
   - Jesteś rasistą - powiedziałam spokojnie.
   Nathiel chwycił mnie za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Wyglądał na zdenerwowanego, aczkolwiek nie groził mi już śmiercią z własnych rąk. Coś się zmieniło?
   - Chcesz jeszcze pożyć?
   - Nie mam nic przeciwko.
   - To nie pożyjesz zbyt długo mając go ze sobą. Rozumiesz? Nóż plus ty równa się śmierć. Nie jesteś łowcą i nie poradzisz sobie z użyciem go. Nie poradzisz sobie też z demonami. Jesteś zwykłym człowiekiem o niskiej energii potencjalnej i zginiesz szybciej, niż ci się wydaje.
   Westchnęłam. Na razie nie byłam w stanie trzeźwo patrzeć na tą sytuację. Nie mogłam w to uwierzyć. Miałam nóż już od jakiegoś czasu i nic mi nie groziło. Mam się bać, czy śmiać?
   Chłopak puścił mnie, dalej patrząc w moje oczy. Zupełnie jakby nie wiedział co uczynić.
   - Co mam zrobić? - spytałam go.
   - Masz dwa rozwiązania - zaczął z niemrawym uśmiechem. - Popełnić samobójstwo albo znosić mój widok do tego momentu, kiedy nie znajdziemy sposobu na uwolnienie cię od exitialis.
   Długo nie musiałam myśleć.
   - Wolę samobójstwo - mruknęłam.
   - Proszę bardzo - Nathiel wzruszył obojętnie ramionami. - Chciałem być miły. Chociaż raz chciałem być miły dla jakiejś dziewczyny - potrząsnął głową z niedowierzaniem i rozłożył ręce na bok w geście poddania. - Ty tam w niebie, co ślepego zgrywasz! Czemu zsyłasz mi takie problemy? Wolałbym się użerać z piękną, czarnowłosą, długonogą i seksowną kobietą o ciemnej karnacji, a nie ironiczną, małą, mendowatą blondynką o cerze lamy.
   Przewróciłam oczami.
   - Przykro mi, że nie jestem twoim ideałem - przerwałam i udałam zamyślenie. - Nie, jednak nie jest mi przykro - uśmiechnęłam się ironicznie pod nosem.
   Ponownie usiadłam na krzesło, zakładając nogę na nogę.
   - Zgadzam się na znoszenie twojej obecności, bo chcę jeszcze trochę pożyć - odparłam.
   Nathiel zmierzył mnie obojętnym wzrokiem. Wyglądał, jakby oczekiwał, że popełnię to samobójstwo -a jednak nie wyszło po jego myśli. To, że zostałam właścicielem noża, to poniekąd jego wina. Mógł się o niego bardziej zatroszczyć.
   - Co prawda niechętnie, ale... - przerwał, głośno wzdychając. - Niech będzie. Od dziś będę twoim rycerzem - Nathiel ukłonił mi się z krzywym uśmieszkiem na twarzy.
   - Dlaczego po prostu mnie nie zostawisz?
   - Bo jesteś bezbronna.
   - Chciałeś mnie wcześniej zabić.
   - Matko, chciałem to mało powiedziane - mruknął pod nosem.
   - Słyszałam.
   Chłopak chrząknął.
   - Po prostu... dobra, nie wierzę, że to mówię, ale po części to moja wina, ok? Nie chcę mieć cię na sumieniu.
   To on ma sumienie?
   Spojrzałam na niego uważnie, próbując się dopatrzeć w jego twarzy jakiegoś fałszu lub kłamstwa. Jednak patrzył na mnie całkiem szczerze.
   - Dziękuję - wyrzuciłam z siebie z wielkim trudem. W sumie nawet nie musiałam mu dziękować, ale czyż kultura tego nie wymaga?
   Nathiel, który do tej pory był dziwnie spięty, rozluźnił swoje mięśnie i posłał mi krótki, wręcz uroczy uśmiech.
   - Proszę - zakończył dosyć miło.
   Byłam zdziwiona jego nagłą odmianą. Może po prostu triumfuje? A może ze mnie kpi? Nie wiem, nie mogłam dostrzec jakiegokolwiek fałszu w jego uśmiechu, jakiegokolwiek złego gestu, złego wyrazu. Pierwszy raz, Nathiel okazał się być w stosunku co do mnie całkiem szczery. Nie wiedziałam czy się cieszyć, czy uciekać.
   Nim się obejrzałam, młody łowca siedział już na parapecie trzymając się ramy okna.
   - Co ty robisz? - spytałam zdziwiona.
   - Idę do domu - odpowiedział, wzruszając ramionami.
   - Nie wiesz co to są drzwi? - spytałam, próbując ukryć uśmieszek rozbawienia.
   - Hmm. Pomyślmy. Drzwi to ruchoma, pionowa przegroda. Element zamykający otwór w ścianie budynku - uśmiechnął się do mnie wrednie.
   - To dlaczego z nich nie korzystasz? - spytałam, unosząc brew.
    Jeszcze lada moment i wybuchnę śmiechem.
   - Drzwi są dla frajerów. Główni bohaterowie zawsze wchodzą i wychodzą z klasą - powiedział rozbawiony, szczerząc swoje idealnie białe zęby.
   Chwilę potem machnął mi ręką na pożegnanie i.. jak gdyby nigdy nic zniknął.
   Dopiero teraz spostrzegłam, że jego obecność pomogła mi zapomnieć o Deanielu i wszelakich zmartwieniach. Skupiłam się tylko i wyłącznie na nim, a dokładniej na jego demonicznych opowieściach. Muszę przyznać, że podczas rozmowy zachowywał się jak w miarę normalny człowiek, co było dla mnie w najwyższym stopniu szokujące.
   Cóż, może nie jest takim dupkiem za jakiego go uważałam. Ale to tylko może.
***

Nie wiem co mnie nagle wzięło, ale dokończyłam rozdział. Nie czekałam do weekendu, bo po co? Będę miała wolne, może w końcu pouczę się do egzaminów zawodowych, do matury, tak, tak!
Są akapity (tylko takie... malutkie!), starałam się robić w tym mendowatym WordPadzie przerwy, starałam się wyzbyć kropek przed myślnikami i mam nadzieję, że wszystko jest idealnie D: chociaż znając życie, blogger spieprzy moją robotę.
Niech żyje patelnia.

Kolejny TAG + info + mangowy Nathiel

To ostatni liebster award jaki wstawiam na bloga, bo co za dużo, to nie zdrowo.
Dziękuję bardzo Joannie za nominację! :3

1. Czy jest ktoś, kto natchnął Cię do napisania opowiadania?
Sama się natchnęłam. Lubię się sama natychać (neologizmy=podstawa=głupota Naffa).

2. Co najbardziej cenisz w blogach innych?
Jeżeli chodzi o opowiadaniowe blogi to lubię jak ktoś pisze ładnie, składniowo i nie robi rażących w oczy błędów. Ciekawą fabułą też nie pogardzę. Lubię wszelakie romanse, zaskoczenia i akcję.

3. Z czego jesteś najbardziej dumna?
Z siebie. AHAHAHAHA, a z czego innego? Nie no, tak na serio, to... nie mam pojęcia D:

4. Czy masz czasem chwile zwątpienia w siebie i swoje możliwości?
Oczywiście. 24 na dobę wątpię w siebie.

5. Czy według ciebie lepsza jest książka, czy jej ekranizacja?
Książka, bo więcej opisuje i lepiej przedstawia pewne rzeczy. Zresztą... ekranizacją często jestem zawiedziona, bo ja tu sobie przystojniaków wyobrażam, a ci mi zdechłe kotlety biorące marihuanę dają.

6. Co sprawiało Ci kłopot podczas pisania?
Akapity, myślniki, znaki interpunkcyjne, domestosy, 360 stopni.

7. Lubisz pisać o uczuciach?
Wielbię. Od nienawiści po miłość. Sama jestem osobą skrajnie uczuciową.

8. Czy pisanie bloga ma jakiś negatywny wpływ na szkołę i naukę?
Pewnie. Zamiast uczyć się do matury, to siedzę i piszę rozdziały.

9. Co motywuje Cię do pracy?
Mój chłopak. Gdyby nie on, byłabym człowiekiem-lenistwem w czystej postaci (i tak jestem). Zresztą wystarczy, że powie: "Dziś nie ma czekolady" i zrobię wszystko D:

10. Jak długo schodzi Ci się z pisaniem rozdziału?
Średnio 3 godziny. Tak, nie piszę cały tydzień, ale jak zasiądę na weekendzie przed laptopem, to piszę już cały.

11. Masz porę dnia, w której łatwiej przychodzi Ci pisanie?
Noc. Noc sprzyja wenie!

Pytań nie daję i nie nominuję, bo już to wcześniej zrobiłam.
Rozdział za pewne pojawi się na weekendzie, bo na tygodniu rozprawiam się z matmą, chociaż... kto wie. Ostatnio mocno ciągnie mnie do pisania. Widzę te nathielowe, zielone gały przemawiające do mnie w snach. Matko, gadające gały w snach.
Ach, wiecie co? Nie będę powiadamiać o nowych rozdziałach w SPAM'ach i innych. To męczące. Jeżeli ktoś naprawdę chce poczytać, to sobie mnie doda do obserwowanych, albo będzie wpadał od czasu do czasu na bloga i paczał. Ja nie mam do tego pamięci, nie wiem kogo powiadamiać i nie chcę się narzucać. Chyba, że ktoś naprawdę chcę, abym go powiadamiała.


Mangowy Nathiel jako symbol tego, że gdyby był postacią z anime bez problemu znalazłabym dla niego obrazek. No, sorry, ale nikt kto objawia się w internecie nie jest tak przystojny jak on w moich myślach. Moje myśli są zbyt przystojne, tfu, Nathiel jest zbyt przystojny. Mimo tego, że to burak, debil, matoł, menda, skurczybyk i cham i jakbym go spotkała to bym go wykastrowała, to jest moją postacią i będę go czcić *wali allachy*. Amen.

piątek, 14 marca 2014

Rozdział 10 - "Niechciany kłopot"

Abonament jest czasowo nieosiągalny.
Słysząc w telefonie dobrze mi znany, denerwujący, kobiecy głos, westchnęłam ciężko i rzuciłam komórkę gdzieś na łóżko. Zaczęłam niespokojnie krążyć po pokoju.
Odkąd rozstałam się z Deanielem minęły już 4 dni. Od tamtej pory ma wyłączony telefon, nie przychodzi na lekcje i nie daje żadnych znaków życia. Mimo ogromnej irytacji, gdzieś w głębi duszy cholernie się o niego martwiłam. Wciąż nachodziły mnie myśli w stylu: a może ktoś go goni? Może ktoś chce go zabić? Może ten ktoś już go zabił? Może uwięził? A jeśli cierpi? Jeśli czeka na pomoc? A może najzwyczajniej w świecie boi się opowiedzieć mi o swojej mrocznej przeszłości i się ukrywa? W końcu sam przełożył rozmowę.
Byłam zdziwiona swoimi myślami i zachowaniem. Sama Amy stwierdziła, że wyglądam ostatnio jak wyjątkowo zaplątany kłębek nerwów. Domyślała się, że chodzi o Dana, zresztą ona sama była ciekawa gdzie się podziewa.
Ponownie wzdychając, rzuciłam się na łóżko i zatrzymałam wzrok na oknie. Była pełnia, dlatego w pokoju nie paliło się żadne światło. Blask księżyca był na tyle mocny, że rozświetlał pomieszczenie i nadawał mu niepowtarzalny, mroczny klimat. Dziś mi to jednak nie odpowiadało. Klimat sprzyjaj myślom, myśli zmartwieniom, zmartwienia irytacji i... mogłabym wymieniać w nieskończoność. Czułam się człowiek z silnym ADHD połączonym z wstępną depresją - nie mogłam usiedzieć w miejscu, nosiło mnie. Tak szybko jak położyłam się na łóżku, tak szybko z niego wstałam. Zrobię sobie herbatę, tak, to dobre rozwiązanie.
Wyszłam z pokoju i zaczęłam schodzić stromymi schodami w dół. Żałowałam tego, że mojej mamy nie ma w domu. Jej opanowanie, uśmiech i słowa z pewnością by mi pomogły i pewnie choć na chwilę zapomniałabym o swoim demonicznym kumplu nad którym postawiłam wielki znak zapytania.
Rozcierając zmarznięte dłonie, weszłam do kuchni i chwyciłam za czajnik.
Czas gotowania się wody był tak cholernie długi, że miałam ochotę chwycić to wstrętne dzieło szatana i cisnąć nim w ścianę. Ile możesz się gotować, cholerna wodo? Dobra. Odbija mi i to totalnie. Czy aż tak mocno zależy mi na Deanielu, że zaczynam tracić zmysły i swoje odwieczne opanowanie? Nie wiem, nic nie wiem. Może byłabym mniej zirytowana, gdybym cokolwiek o nim wiedziała.
Gdy woda w końcu się zagotowała, zalałam nią kubek z herbatą, posłodziłam łyżeczką cukru i z cichym burknięciem niezadowolenia na widok rozsypanej na stole sacharozy, ruszyłam z powrotem do góry. Nie miałam pojęcia co będę teraz robić. Nie chciałam zamęczać się niepotrzebnymi, pesymistycznymi myślami. Jak Boga kocham, a nie kocham, pierwszy raz w życiu miałam dosyć swoich myśli. Lauro, czego ty chcesz w końcu od życia? Swojej spokojnej, niezmąconej niczym rutyny czy psychodelicznych przygód z demonami? Odpowiedzi na te pytania musiały poczekać. Stanęłam na środku schodów i wsłuchałam się w oddźwięki dochodzące z mojego pokoju. Zupełnie jakby ktoś czymś rzucał, coś przewracał. Serce mimowolnie zabiło mi szybciej. Kto by się nie przestraszył? Postanowiłam zaryzykować. Najwyżej skończę jak te wszystkie idiotyczne bohaterki horrorów, które pchają się w sam środek paranormalnych zjawisk i umierają. Cóż, przynajmniej umrę piękną, dramatyczną śmiercią jak z książki. Co mi po życiu do starości, gdzie pod sam jego koniec będę gnić w domu starców i grać z równie starymi dziadkami w bingo. Wolę zostać zadźgana tępym nożem i umrzeć na środku swojego pokoju wykrwawiając się na śmierć. Tak, miła perspektywa.
Zaczęłam powolnym krokiem iść do góry. Jeden schodek, drugi chodek, trzeci i następny, aż w końcu znalazłam się u szczytu piętra przy drzwiach od własnego pokoju. Chwyciłam za klamkę i pchnęłam je delikatnie (no, tak, na pewno zabójca stoi do mnie tyłem i nawet nie zauważy, że weszłam do pokoju!). Opuściłam kubek herbaty na ziemię. Nie, nie z tego powodu, że na środku stał jakiś kryminał, tylko dlatego, że mój pokój wyglądał, jakby przeszedł przez niego tajfun. Dopiero w następnej chwili dostrzegłam osobę, która była przyczyną ogromnego zamieszania.
-Oddaj mój nóż.- usłyszałam.
-Miłe przywitanie.- przyznałam poirytowana.- Jak mnie witasz w moim własnym domu?
-Milcz.- odparł czarnowłosy chłopak. Tak, to był Nathiel i za cholerę nie mam pojęcia co tu robił, dlaczego siał spustoszenie w moim pokoju i czemu patrzył się na mnie znad przymrużonych oczu, jakby chciał mnie zabić. Postawił w moją stronę krok. Niewiele czekając, chwyciłam za książkę znajdującą się na półce obok mnie.
-Nie podchodź.- syknęłam.- Albo grzecznie stąd wyjdziesz, albo będę zmuszona...
Chłopak prychnął, nie dając skończyć mi zdania.
-Wezwać policje? Dziewczyno, wystarczy, że utworzę szarą barierę i koniec z tobą. Nawet policja ci nie pomoże.- uśmiechnął się do mnie wrednie i postawił odważniejszy krok w moją stronę. Miał racje. Gdy byliśmy u niego w domu jako jedyna z normalniejszych tam ludzi zostałam uwięziona w tej przedziwnej barierze, pożerającą wszystkie kolory naookoło. Gdybym zadzwoniła na policje, albo zastygli by w ruchu, albo w ogóle mnie nie ujrzeli.
Nie zamierzałam się jednak poddać. Gościu niesamowicie mnie wkurzał, bo niby jakim prawem wszedł do mojego pokoju? I jak się tu w ogóle dostał?
Spojrzałam w stronę okna. No, tak. Było otwarte, a Nathiel jak mniemam, jest małpą i potrafi wdrapywać się po ścianach. Zabawne, może zaproszę go na banana do kuchni.
Nie czekając na kolejne słowo przeciwnika, rzuciłam w jego stronę książką. Nie sądziłam, że mój kiepski cel jest w stanie naprowadzić książkę w dobre miejsce, a jednak dostał nią prosto w łeb. Już po chwili uznałam, że był to jednak błąd.
Nathiel przeklął pod nosem, wyjął z kieszeni nóż i zaczął iść w moją stronę z podenerwowaną miną. Serio? Serio zamierzasz mnie zabić? Myślałam, że demony to twoi wrogowie i to na ich punkcie masz obsesję! No, chyba, że teraz zamiast pulpitu komputerowego z napisem: "Zabiję wszystkie demony", widnieje napis: "Zabiję dupę albinosa".
Nie wiedząc co zrobić, zaczęłam zbiegać po schodach na dół. Nathiel nie zamierzał się poddać, gonił za mną.
-Zaraz obetnę ci te blade łapki!- krzyknął za mną.
Bez chwili zastanowienia wpadłam do kuchni i rozglądnęłam się za jakąś bronią nuklearną. Niestety, nie miałam domestosa ani żadnej innej bomby dezynfekującej pod ręką. Za to miałam patelnię. Chwyciłam za nią, ukryłam się za stołem, przybrałam bojową pozę i spojrzałam na rozbawionego teraz Nathiela, stojącego z drugiej strony stołu.
-No i co, kotleta w locie mi usmażysz?- spytał.
Prychnęłam.
-Nie rozumiem cię.- warknęłam podenerwowana.- Wchodzisz do obcego domu, rozwalasz co popadnie i latasz za mną z nożem bez powodu. Matka cię nie kochała?
-Nie mam matki.- Nathiel wzruszył ramionami i uśmiechnął się zabójczo.- Rządzę się własnymi zasadami. W moim świecie nie ma ograniczeń.- oparł się o krzesło i spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Mało mnie to obchodzi.- mruknęłam.- Może powiesz mi co tu robisz?
Nathiel sięgnął ręką po banana leżącego na stole, po czym rozwinął go, rzucił skórkę do tyłu i zaczął go jeść.
-Stoję i jem banana.- odparł.
-W życiu bardziej wkurzającego idioty nie spotkałam.- burknęłam. Nathiel wzruszył ignorancko ramionami.- Dowiem się w końcu co tu robisz?
-Nie można jeść z pełną buzią.- mruknął niezadowolony z buzią pełną banana.
-A ponoć rządzisz się własnymi zasadami.- prychnęłam.
-No, tak, ale wiesz, wolałbym nie zakrzutusić się bananem w twoim domu. Moim marzeniem jest być ściskanym przez seksowną pielęgniareczkę, a nie kopany z buta przez jakąś bladą dupę.- uśmiechnął się wrednie w moją stronę.
Miałam ochotę rzucić się na niego z pazurami. Nie dość, że jestem wewnętrznie rozdarta, to jeszcze ten debil utrudnia mi życie. Błagam, powiedzcie mi, że to ostatni raz kiedy go widzę, bo mam go już serdecznie dosyć!
Gdy Nathiel przełknął banana, spojrzał w sufit zamyślony.
-Ach, tak! Już wiem po co tu przyszedłem.- oparł się dłońmi o stół i spojrzał na mnie z irytującym uśmiechem na twarzy.- Masz coś, co jest moje. Wiesz, normalne dziewczyny wolałaby moje bokserki, ale widzę, że ty masz ostrzejsze zainteresowania.
Przewróciłam oczami.
-Skończ z tymi głupimi gadkami, bo ci w dupę tą patelnię wsadzę.- warknęłam.
-Nóż. Chcę swój nóż.- odpowiedział, całkowicie ignorując moją jakże groźną wypowiedź.- Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy zgubiłem nóż, a ty wzięłaś go ze sobą.
Skąd on to niby wie?
-Skąd to wiem?- spytał z uśmieszkiem, zupełnie jakby czytał mi w myślach.- Poczta pantoflowa.
-Amy.- mruknęłam pod nosem. Była jedyną osobą, której powiedziałam o tym dziwnym spotkaniu oraz o tym, że zabrałam z miejsca zdarzenia nóż Nathiela. Amy ostatnio cały czas pisze smsy z jego kolegą, Sorathielem i cieszy buzię do tego durnego telefonu. Musiała mu o tym powiedzieć.
-Jesteś domyślna.- Nathiel udał zdziwienie.- A teraz pozwól - przerwał i postawił nogę na krzesło.- ...że cię zabiję.- dodał mrocznym głosem, po czym przeskoczył przez stół i rzucił się w moją stronę. Odbiegłam i rzuciłam w jego stronę patelnią, którą on zgrabnie złapał. Pod ręką miałam tylko talerze. Trudno, mama mi to wybaczy. Zaczęłam rzucać w swojego przeciwnika talerzami, które zgrabnie, niczym baletnica omijał. Gdy skończyła mi się porcelanowa amunicja powróciliśmy do gonitwy wokół stołu. Moją następną bronią zagłady były jajka. Jedno wylądowało gdzieś na ścianie, drugie na stole, a trzecie na poliku Nathiela. Spojrzał na mnie nienawistnie, starł resztki żołtka i nim uciekłam, chwycił mnie za rękę, ściągając na ziemię. W trybie błyskawicznym usiadł na mnie i przygniótł jedną dłonią moje ręce do podłogi.  W lewej dłoni trzymał nóż, który zawisł nad moją głową. O dziwo, nie wydałam z siebie żadnego pisku.
-Laura?- dosłyszałam z nagła dobrze mi znany, kobiecy głos.
Obydwoje z Nathielem spojrzeliśmy w stronę wejścia do kuchni. W drzwiach stała moja zdziwiona mama.
***
Siedziałam przy stole z miną, jakby ktoś mi zabił rodzinę i spoglądałam spode łba na cieszącego się, uśmiechniętego Nathiela, który właśnie prowadził żywą rozmowę z moją rodzicielką. Co jakiś czas patrzył się na mnie z triumfalnym uśmieszkiem, jakby chciał mi przekazać wiadomość w stylu: "Wygrałem, blada mendo". Przyznaję mu racje - wygrał. Wkupił się w łaski mojej mamy i oczarował ją swoim wyglądem oraz wyjątkowo miłym usposobieniem. Spojrzałam z cichym prychnięciem na moją matkę, która - mogę się założyć - widziała w Nathielu kandydata na mojego męża. Dlaczego ludzie wokół mnie są tak bardzo łatwowierni i ufni? Czy tylko ja widziałam w wytłumaczeniu Nathiela o treści: "My tylko robiliśmy kanapki" fałsz? No, bo przepraszam bardzo, ale kto w dzisiejszych czasach powala na podłogę dziewczynę, unieruchamia ją i wystawia do góry nóż z zamiarem zrobienia kanapek?! No, chyba, że chciał ze mnie odciąć kawałek szynki na swoje kanapeczki. Przepraszam bardzo, ja nie świnia, poza tym takim chudym mięsem nikt by się nie najadł. Możemy jeszcze rozważyć opcję absurdalnego rytuału  dzikich, murzyńskich plemion, które tańczą wokół ogniska czcząc tłustego wieprza, którego właśnie zabili. Nathiel najwyraźniej miał swój osobny rytuał. Brakowało tylko wody święconej i krwi dziewicy.
-Jedz i nie martw się Laurą. Ona kompletnie nie umie gotować.- zaśmiała się moja matka, podsuwając pod sam nos Nathielowi talerz z gorącymi placuszkami. Dzięki, mamo, że we mnie wierzysz!
Chłopak spojrzał oczarowany na gorącą przekąskę i rzucił się na nią jak wygłodniały wilk. Matko, czy on w ogóle coś je? Chyba normalny człowiek nie zachowuje się tak na widok czegoś ciepłego do zjedzenia. Chociaż to może kwestia tego, iż mieszka sam z Sorathielem. Faceci to w końcu leniwe osobniki.
Gdy Nathiel opróżnił już cały talerz, spojrzał na moją mamę z niekrytym podziwem i złożył ręce, jakby miał się zacząć modlić o dokładkę. Zamiast tego uśmiechnął się promiennie i skinął dziękująco głową.
-Jest pani najlepszą kucharką na świecie.- powiedział, znowu patrząc na mnie z tym swoim triumfalnym uśmieszkiem.
-Och, nie przesadzaj.- Joanne zaśmiała się i machnęła ręką udając zawstydzenie. Mamo, on ma 17 lat, jest w moim wieku, proszę, nie niszcz mojego pozornego dzieciństwa, które wciąż trwa.
-Mogłabym poprosić cię na słówko?- posłałam w stronę mojego przeciwnika fałszywy uśmiech, który wyglądał, jakbym równocześnie zjadła kwaśną cytrynę, wasabi, stos papryczek chilli i zagryzła je mózgiem cielęcym.
-Ależ oczywiście, kochana Lauro.- powiedział słodko Nathiel, puszczając do mnie uwodzicielskie oczko. Mama podparła się na stole i spojrzała na mnie rozmarzona. Nie, nie, mamo! Nawet o tym nie myśl! Jeszcze chwila i wykopię go z tego domu.
-Pozwoli pani?- spytał wręcz uwodzicielskim głosem Nath.
-Oczywiście, oczywiście.- mama machnęła nam ręką na pożegnanie. Czułam jej wzrok na sobie, gdy wchodziłam po schodach.
-Fajny masz tyłek.- powiedział Nathiel, który szedł tuż za mną. Przepraszam, to jednak nie mamy wzrok na sobie czułam.
-Cieszę się.- burknęłam podenerwowana, szczerze żałując, że ubrałam się dzisiaj w tak "wyzwolony" sposób. Krótkie, obcisłe spodenki i przylegająca do ciała, niebieska koszulka na ramiączkach. Dopiero teraz zrobiło mi się głupio. Nie chciałam, by ktoś widział mnie w takim stroju.
Cicho wzdychając, dotarłam do celu swojej podróży. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka, a zaraz za mną ucieszony Nathiel, który w trybie błyskawicznym rzucił się na moje łóżko i przeciągnął na nim.
-Jesteś bezczelny.- stwierdziłam, siadając na krześle i wpatrując się w niego z pogardą.
-Anglii tym nie odkryłaś.- uśmiechnął się.
-Ameryki, Kolumbie.- poprawiłam go.
-Niech i Japonia będzie, gdzieś to mam.- prychnął, przenosząc się do pozycji siedzącej.- Doczekam się swojego noża?- spytał.
-Och, nie zamierzasz mnie już zabić?
-Nie. Na razie nie. Twoja mama była zbyt miła i nie chcę jej robić przykrości, chociaż... pewnie i tak by w końcu zrozumiała, że wychowywanie aspołecznej, pyskatej istoty o skórze w kolorze ściany było za ciężkie.- zamyślił się.
-Z pewnością.- prychnęłam.
-Więc... dasz mi mój nóż?- spytał z przesłodkim uśmiechem na twarzy.
Twój urok na mnie nie działa, Nathielu Auvrey.
-Pod jednym warunkiem.- zaczęłam. Chłopak spojrzał na mnie zainteresowany, choć widziałam, że warunek "coś za coś" nie za bardzo mu odpowiada.
-Jakim?- spytał.
Wzięłam głęboki wdech.
-Opowiesz mi o demonach, łowcach i powiesz co ma z tym wszystkim wspólnego Deaniel.
Nathiel ułożył się wygodniej i uśmiechnął w istnie zabójczy sposób.
-Proszę bardzo, panno Collins.
***

Nie wiem co sądzić o tym rozdziale - czyli jak zwykle. Taki o sobie luźny. Planowałam dłuższy, ale w końcu uznałam, że zamiast rozpisywać się na 10 stron, opisując przy okazji demony, łowców i inne pierdoły, rozłożę to na dwa. I was nie zamęczę i siebie nie zamęczę i chłopaka nie zamęczę (od 3 godzin siedzi na podłodze i czyta książkę). Żyć, nie umierać.
Dziękuję Elfikowi za pomoc w szukaniu zdjęć bohaterów! Wciąż szukam. Na razie mam wstawioną na bloga tylko dupę albinosa i jej przyjaciółkę. Nie takie złe, nawet ładne te dupeczki. Pozdro.
Wiadomość dla Abigail: Nie bij za brak akapitów. Zrobiłam je, opublikowałam, a tu akapitów nie ma. WTF?!
PS. Z góry sorry za błędy, ale już mi się nie chciało poprawiać D:

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 9 - "Powrót do rzeczywistości"

Słyszałam szepty. Mnóstwo denerwujących, zakłócających mój święty spokój szeptów.
 "A jeśli umrze?", "Nie umrze, to tylko niegroźne zakażenie", "Patrzcie, albinos mruży oczy!", "Czy ty w ogóle wiesz jak wyglądają albinosi?", "Są bladzi jak nieopalone dupy w zimie", "Jesteś naprawdę niemiły! Laura po prostu nie lubi słońca!". Te wszystkie bezsensowne dialogi przyprawiały mnie o ból głowy. Miałam ochotę chwycić za poduszkę i zdzielić nią kogoś, kto siedzi najbliżej mnie. Niech poczuje na sobie gniew śpiącej Laury.
-Zabiję ją!- dosłyszałam z nagła jakiś wyjątkowo podenerwowany głos.
-Uspokój się, Nathiel!
-Puść mnie, debilu, bo w zęby zarobisz!- krzyczał jeszcze głośniej.- Uduszę ją poduszką, nawet nie poczuje, przysięgam! Zrobię to po cichu!
Otworzyłam oczy i zamrugałam nimi kilka razy. Czułam się jak zepsuty aparat, któremu zaciął się manualny tryb ustawiania ostrości. Zazwyczaj takim aparatem wali się o biurko, jednak nie jestem pewna czy moja głowa by to przeżyła.
-Laura!- usłyszałam piskliwy, dziewczęcy głos po mojej prawej stronie. Jego właścicielka rzuciła się na mnie z zamiarem pozbawienia mnie tchu. Przepraszam, przytuliła mnie.
-Obudziłaś się! Boże, jak ja się martwiłam!- krzyczała.- Powiesz mi co się stało?! Oni milczą jak grób!- oburzona wskazała palcem na trójkę chłopaków siedzących obok siebie.
Zamrugałam jeszcze kilka razy oczami i spojrzałam na świat sto razy trzeźwiej, niż wcześniej. Przede mną siedział zbulwersowany Nathiel z poduszką na kolanach oraz Deaniel i Sorathiel, którzy go trzymali.
-Szkoda, że się obudziłaś. Planowałem cię zabić.- powiedział wkurzony, czarnowłosy oszołom.
Podniosłam się z łóżka i spojrzałam na niego z krzywym uśmiechem na twarzy.
-Tak mi przykro, nie chciałam się budzić.- odparłam z największą ironią, jaką kiedykolwiek udało mi się wydobyć z gardła.
Nathiel uśmiechnął się kpiąco i prychnął niczym dziki kot. Dopiero gdy się uspokoił, chłopacy puścili go. Rzucił poduszkę na moje kolana i rozsiadł się na krześle w tak dla siebie charakterystyczny, luzacki sposób.
Rozglądnęłam się po pomieszczeniu w którym obecnie byłam. Domyślałam się, że zostałam przeniesiona na piętro domu, który należał do Nathiela. Ten pokój nie przypominał jednak w niczym pokoju chaotycznego, demonicznego fetyszysty - wręcz przeciwnie. Był tak uporządkowany i czysty, że chwilami miałam wrażenie, iż osoba tu mieszkająca nie widzi świata poza sprzątaniem. Przecież tu nawet nie było drobinki kurzu! Pokój wyglądał jak całkiem nowy lub taki, który został skonstruowany na potrzeby wystawy w sklepie meblowym.
Szybko zorientowałam się, że to pokój perfekcyjnej pani domu - Sorathiela. Może znałam go tylko jedną noc, ale właśnie taką osobę mi przypominał.
Wyobraźnia zadziałała. Moim oczom ukazał się blondyn z babciną chustą na włosach, szczotką do kibla w ręku i tajemniczym detergentem skierowanym w moją stronę. Z tego byłaby świetna reklama! "Nie rób siary jak Nathiel, bądź perfekcyjną panią domu jak ja!". Błysk, świst, wielki napis na ekranie: "Pure daemon - twój przyjaciel w brudne dni".
-Powiesz mi w końcu co się stało?- spytała przejęta Amy. Dziwiło mnie, że nie skacze po krześle i nie podnieca się obecnością trzech, przystojnych mężczyzn.
-I skąd ta rana!- dodała piskliwie.
-Co ja mam ci powiedzieć?- spytałam, rzucając groźnie spojrzenie w stronę chłopaków. Sami mogli coś wymyślić, a już w szczególności Nathiel, bo sądząc po jego zainteresowaniu porno magazynami i dziewczynkami z dużymi oczami pochodzącymi z anime, pewnie ma ogromną wyobraźnię. Westchnęłam ciężko i zaczęłam układać w głowie jakieś bezsensowne wytłumaczenie. No, przecież nie powiem jej, że zaatakował mnie demon, a potem całkowicie bez powodu utraciłam przytomność.
-Wyszłam na dwór i...- przerwałam.- To wszystko wina Nathiela.- zakończyłam, kierując palec wskazujący w stronę mojego nowego kumpla od demonów. To całkiem miła zemsta.
Zielonooka bestia prychnęła głośno.
-Jeszcze czego!- krzyknął.
Sorathiel szturchnął go w ramię. Jego spojrzenie zdawało się mówić: "Spróbuj coś wymyślić, przecież nie może się dowiedzieć o demonach".
-Niech będzie. To moja wina.- syknął przez zęby, patrząc na mnie nienawistnie.- Akurat wyprowadzałem psa. Laura za dużo wypiła, wpadła w krzaki, a pies uznał, że jej noga to smakowita, biała kiełbasa. W sumie się nie dziwię, taka blada jest.- wyszczerzył swoje białe zęby.- Wyrwał mi się, ugryzł ją w łydę i naszczał jej do butów.- zakończył.
Prychnęłam cicho. Niech go szlag weźmie za to wyssane z palca, bezsensowne wytłumaczenie.
-Ojej, naprawdę?- spytała zdziwiona Amy. Było widać, że mu uwierzyła.- Nie sądziłam, że się upijesz!- spojrzała na mnie z wyrzutem. Amy, naprawdę mu wierzysz? -A poza tym nie wiedziałam, że masz psa.- tym razem spojrzała na Nathiela z szerokim uśmiechem na twarzy. Amy była jedną z tych osób, które zamęczyłyby zwierzęta samym głaskaniem i mówieniem do nich jak do dzieci. Nie da żyć Nathiel'owi, dopóki nie pokaże jej psa.- Mogłabym go zobaczyć?!- spytała podniecona.
-Nooo, ale wiesz.- zaczął Nathiel, nie wiedząc jak uciec z pułapki w którą sam się wpakował.- Wziąłem go od Sorathiela!
Moja przyjaciółka spojrzała tym razem na wyjątkowo spokojnego blondyna, który uniósł brew do góry.
-Tak. Wziął go ode mnie, ale to pies Deaniela.- odpowiedział ze stoickim spokojem.
-Deaniel!- wykrzyknęła Amy na której twarzy pojawił się smutek.- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że masz psa?
Dan chrząknął cicho.
-Tak wyszło.- wzruszył ramionami.
-Jak się wabi?
-Alfred -Alfons - odparli w tym samym momencie Nathiel i Deaniel, chwilę potem wymieniając groźne spojrzenia.
Amy zmarszczyła czoło.
-To jak w końcu?
-Alfred von Alfons, bo to Niemiec był.- powiedział z dumą Nathiel.
Panna Whitefold przybrała zamyślony wyraz twarzy.
-Dziwne imię.
Serio, Amy? Serio? Bardziej naiwnej osoby w życiu nie spotkałam. Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że cała trójka kłamie. No, może z wyjątkiem Sorathiela, który chyba w każdej sytuacji zachowuje tak charakterystyczny dla siebie stoicki spokój.
Widząc, że Amy znowu otwiera buzię, żeby o coś spytać, postanowiłam zmienić temat.
-Teraz ja.- chrząknęłam.- Więc mówicie, że ten pies ugryzł mnie w łydkę.- tu groźnie spojrzałam na Nathiela, który uśmiechał się jakby ktoś mu banana w gębę wsadził.- Ale chyba nie utraciłam przytomności z tego powodu?
-To był zgon alkoholowy połączony z nagłym zachorowaniem na wściekliznę.- powiedział z powagą zielonooki. Spojrzałam na niego jak na idiotę, szykując się do ciętej, ironicznej riposty. Niestety, przerwał mi Sorathiel, który całkowicie zignorował swojego przyjaciela.
-Powiedzmy, że ten diabelski pies - tu spojrzał na mnie znacząco.- sprawił, iż doszło do małego zakażenia. Specyficzna "psia" ślina dostała się do twojego krwiobiegu, czego skutkiem było omdlenie i trudności w zatamowaniu krwi.- tu spojrzał w stronę mojej nogi- Zazwyczaj człowiek po styczności z takim psem umiera w ciągu 5 minut. Albo miałaś wyjątkowe szczęście, albo jesteś kimś wyjątkowym.
Oczywiście, że jestem wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju. Pesymistyczna, nudna, przepełniona ironią oraz obojętnością do świata. Uwielbiam lody bakaliowe i od dziś nienawidzę demonów - tak, w końcu w nie uwierzyłam. Niestety, błogosławiony ten kto nie widział, a wierzy, więc nie ja.
-Widocznie miałam szczęście.- odpowiedziałam, zastanawiając się tym razem nad kwestią demonicznej "śliny". Amy patrzyła na nas z niedowierzaniem. Tak, Amy, nie zadzieraj z psami, bo umrzesz w ciągu 5 minut. Nie wszyscy są tak wyjątkowi jak ja, zapamiętaj to.
-Teraz już wszystko powinno grać.- dopowiedział szybko Sorath, rzucając mi małą buteleczkę z ciemnym płynem.- To w nagłych wypadkach, bo zdążyłem zauważyć, że kłopoty mocno się ciebie trzymają.- uśmiechnął się pod nosem.
Kłopoty i Laura. Tak bardzo niegdyś odległy temat. Czy mi się wydaje czy moje spokojne życie zostało zniszczone?
-Może w takim razie już pójdziemy?- zapytał Deaniel, który do tej pory prawie w ogóle się nie odezwał. Miał dziwny wyraz twarzy, zupełnie jakby coś mu się nie podobało.
Amy wyglądała zaś na zawiedzioną. Spojrzała w stronę spokojnego blondyna z iskierką nadziei w oczach, a on obdarował ją chłodnym spojrzeniem. Ja rozumiem, ze może jej się podobać, naprawdę, ale chyba nie chce wpakować się w to całe, demoniczne bagno? Amy nawet na horrorach wrzeszczała jak opętana, chociaż... to może całkiem dobra opcja. Skoro demony mają wrażliwe oczy, to może i uszy (o ile w ogóle je posiadają).
Cicho wzdychając, zeszłam z obcego, męskiego łóżka. Zachwiałam się, ale szybko odzyskałam równowagę. Dopiero teraz poczułam jak bardzo bolesnym faktem jest posiadanie rany. Skrzywiłam się lekko.
-Może ci pomóc?- spytała szeptem moja zmartwiona, niewinna przyjaciółka. Potrząsnęłam głową, uśmiechając się w jej stronę z wdzięcznością. Teraz zostaje mi już tylko jedno.
Nabierając powietrza w płuca, obróciłam się w stronę dwójki tajemniczych łowców, tak bardzo różniących się między sobą. Niech będzie, w końcu mi pomogli.
-Dziękuję.- wyrzuciłam z siebie po dłuższej chwili milczenia. To słowo cudem przeszło mi przez gardło. Być może jestem największą egoistką świata, być może, jednak prawda jest taka, że rzadko o coś kogoś proszę lub za coś dziękuję. Do tej pory nie byłam od nikogo zależna. Tak naprawdę jedyną rzeczą, której nauczył mnie ojciec, to bycie samodzielną, nie będę mu jednak za to dziękować.
-Brzmisz nieszczerze.- przyznał Nathiel, patrząc mi prosto w oczy. W myślach próbuje mi czytać, czy jak?
-Bardziej szczerze nie potrafię.- odpowiedziałam, kierując na niego obojętne spojrzenie. Wiem, pomógł mi i to właśnie jemu zawdzięczam życie, jednak nie zmienię tego, że jest mi całkowicie obcy, obojętny i że prawdopodobnie nigdy więcej go nie spotkam, choć jak to często ludzie mówią - nadzieja matką głupich.
Nathiel o dziwo nie skomentował mojej wypowiedzi. Uśmiechnął się tylko i przyłożył dłoń do swojego czoła niczym prawdziwy, salutujący żołnierz.
-Bywaj, albinosie.
-Bywaj, łowco.- odpowiedziałam i potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
***

Gdy wracaliśmy do swoich domów, powoli zaczynało świtać i choć słońce wychylało się za horyzontu miasto wciąż było opustoszałe i przejmująco ciche. Nawet Amy i Deaniel zmęczeni po nocy spędzonej poza domem, milczeli.
Nie miałam siły na cokolwiek, na żadne słowo, żaden gest, żadną myśl. Wiedziałam jednak, że kiedy wrócę do domu nawet nie zmrużę oka. Ta noc była niesamowicie ciężka i do tej pory nie wierzę w to, co się stało. Demony istnieją i najwyraźniej nie są tylko i wyłącznie wymysłem ludzkim. Pytanie tylko w jaki sposób zagrażają ludziom, co potrafią, kim są łowcy i... nie. Pytań było naprawdę wiele. Sama nie wiedziałam o co chcę dokładnie spytać Deaniela.
-Nie uważacie, że było zabawnie?- spytała Amy, chwilę potem ziewając potężnie.
-Nie.- odparłam równocześnie z moim demonicznym przyjacielem. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia.
-Przesadzacie. Ja chętnie wybrałabym się z wami na taką imprezę jeszcze raz.- roześmiała się Amy, chwytając nas pod ramię.
-Może kiedyś.- powiedział szybko Dan, zerkając gdzieś w bok. Widząc ciekawskie spojrzenie mojej przyjaciółki, szybko zmieniłam temat:
-Amy, co sądzisz o Sorathielu? Widziałam, że na niego zerkasz.
Trafiłam w dziesiątkę. Od razu spłonęła rumieńcem i wbiła wzrok w ziemię. Nie, nie była to dla mnie żadna nowość. Jak już tysiąc razy napomniałam, Amy kochała się we wszystkich mężczyznach świata, poczynając od tych najprzystojniejszych z magazynów dla kobiet i wcale nie kończąc na tych, których mijała na ulicy. Trzeba tu jednak podkreślić, że najczęściej zakochiwała się w ich uśmiechu i tu mnie zdziwiła, bo Sorathiel nie uśmiechnął się w naszej obecności ani razu, a na Amy spoglądał chłodnym, obojętnym wzrokiem. Więc ja się pytam: jak?
-Noo, jest... uroczy.- przyznała w końcu speszona.- I ten... patrzył się na mnie.
-Wzrokiem bazyliszka.- dodał Deaniel, uśmiechając się wrednie pod nosem. Sama nie powstrzymałam się od uśmiechu.
-Jesteście niemili.- oburzyła się Amy.- Dał mi swój numer telefonu.
Dobra, przyznaję, tego się nie spodziewałam. Może jednak pod skorupą chłodnego łowcy kryje się pełen miłości i namiętności mężczyzna, może. Zresztą, niewiele mnie to interesuje.
Ponownie umilkliśmy, pogrążając się we własnych myślach. Amy z pewnością myślała nad swoim nowym, miłosnym łupem, ale nad czym myślał Deaniel? Spojrzałam w jego stronę. Uśmiechał się do mnie, a jego oczy zdawały się mówić: "poczekaj jeszcze chwilę, zaraz porozmawiamy". Długo nie musiałam czekać, szybko pożegnaliśmy się z Amy i ruszyliśmy w swoją stronę. Jeszcze długo milczeliśmy, bo ani ja, ani Deaniel nie mieliśmy pojęcia jak zacząć rozmowę.
-Gdzie tak naprawdę mieszkasz?- postanowiłam przełamać pierwsze lody.
-Za miastem.- odpowiedział, wkładając ręce do kieszeni.- Nie chcę jednak żebyś tam gościła. Niezbyt przyjemne miejsce.
-Rozumiem.- mruknęłam, zastanawiając się o co tak naprawdę mu chodziło. Mimo wszystko, postanowiłam zmienić temat.- Kim tak naprawdę jesteś?- spojrzałam na niego uważnie.
Deaniel udał zdziwienie.
-Jak to kim? Jestem Deaniel Matthers. Przecież dopiero wczoraj się poznaliśmy.
-Ha ha, bardzo śmieszne.- mruknęłam. Rzeczywiście, to ja powiedziałam, żebyśmy o wszystkim zapomnieli i zaczęli na nowo. Jak widać - nie wyszło.
-Jak już mówiłem, jestem demonem.- zaczął po dłuższej przerwie.- Teraz mi wierzysz?
-Wierzę, ale w istnienie demonów, a nie w to, że ty nim jesteś.
Deaniel spojrzał na mnie uważnie.
-Twoim zdaniem jestem zwyczajnym, dobrym chłopczykiem, który nie skrzywdziłby nawet muchy?- spytał.
-Poniekąd.
-Mylisz się.- odpowiedział szybko. Czekałam aż powie na ten temat coś więcej, jednak milczał.
Stanęłam w miejscu.
-W takim razie opowiedz mi o sobie. Ty wiesz o mnie wszystko, dlaczego ja nic o tobie nie wiem?
Deaniel także się zatrzymał. Spojrzał na mnie z miną a'la: "to takie skomplikowane, że nawet sobie tego nie wyobrażasz" i westchnął ciężko.
-Dobrze.- odwrócił się do mnie tyłem i zaczął iść przed siebie. Ruszyłam za nim.
-Więc?
-Jestem Deaniel Matthers, mam 17 lat, jestem w połowie demonem ziemi w połowie demonem cienistym.- powiedział.
-Co to oznacza?
-To, że moim ojcem był demon cienia, a moją matką demon ziemi.
-Byli?
-Pozabijali się.
Witajcie w prawdziwym świecie demonów. Wywiad prowadzi: Laura Collins, która kompletnie niczego nie rozumie. Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że wplątuję się w świat, którego nie powinnam znać?
Deaniel milczał. Wyglądał tak, jakby sam do końca nie był pewien, czy chce mi opowiedzieć historię swojego życia. W tym przekonaniu upewniły mnie słowa, które skierował do mnie, wtedy, gdy znaleźliśmy się pod moim domem.
-Porozmawiajmy o tym jutro.
-Dlaczego?- spytałam, chmurząc się.
-Proszę.- mówiąc to, chwycił mnie za ręce i spojrzał błagalnie prosto w moje oczy.
Wyglądał tak, jakby całe jego życie było pasmem nieszczęść o których chciałby zapomnieć, a opowiedzenie swojej historii traktował jak zbyt ciężkie wyzwanie. Byłam zła, choć może nie powinnam, bolał mnie jednak fakt, że tak niewiele o nim wiem. Był aż do bólu tajemniczy, a ja nienawidziłam niespodzianek. Moim życiem rządziły suche fakty.
-Niech będzie.- mruknęłam, mimo wszystko niepocieszona.
Jestem cierpliwa, a cierpliwość to cnota święta.
***

Matko, odnoszę wrażenie, że końcówkę kompletnie zawaliłam i że rozdział jest po prostu... dziwny. Następny będzie lepszy, przysięgam. A teraz coś z kwestii bardziej życiowych:
Ostatnio usiłuję znaleźć zdjęcia odpowiadające moim bohaterom. Ciężka cytryna do zgryzienia. Kij z Laurą, kij z Amy (która jako jedyna ma jakiekolwiek zdjęcie nad swoim opisem - taka fajna dupeczka), kij z Sorathiel'em, Deaniel'em, ale... cholera! Nikt nie jest tak przystojny jak Nathiel w mojej wyobraźni! Czy ktoś może zrobić zdjęcie mojej wyobraźni? Proszę. No, chyba, ze znacie dobrą stronkę z dobrymi zdjęciami! Ja korzystam z deviantarta (moja mama ile kroć przechodzi obok mojego pokoju i widzi, że siedzę na DEVIANTarcie, krzyczy: "Ło, Jezu! Tam jest słowo dewiant! Co ty oglądasz?!"). Naff - tak bardzo zboczony. No, tak. W końcu mój nick pochodzi od imienia "Nathiel", a Nathiel lubi porno magazyny i japońskie hentaie. Witajcie w moim świecie. 
PS. W końcu stworzyłam SPAMownik. Więc tam proszę zostawiać swoje reklamy i powiadomienia o nowych rozdziałach C:

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 8 - "No, chyba sobie jaja robisz!"

-Chodź.
Nim się obejrzałam, byłam ciągnięta po schodach do góry. Deaniel nigdy nie ściskał mnie za rękę tak mocno, jak teraz. Syknęłam z bólu, czym nawet się nie przejął.
-Może wytłumaczysz mi przynajmniej o co chodzi?- spytałam poirytowanym tonem głosu.
-Jeśli mi powiesz, kim jesteś.- odpowiedział chłodno. Jego zachowanie naprawdę mnie zdziwiło. Czy to moja wina, że znalazłam się w obrębie tej dziwnej, szarej bariery? Nie byłam przecież żadnym demonem ani łowcą o których wcześniej wspomniał.
Tym razem to ja pociągnęłam go za dłoń, w efekcie czego obydwoje stanęliśmy na środku schodów. Przez chwilę milczeliśmy, wpatrując się w siebie tak samo badawczym i wyczekującym wzrokiem.
-Więc?- spytał Deaniel.
-Najpierw mówisz, że mnie kochasz, a potem patrzysz na mnie z całą nienawiścią świata?- prychnęłam, wyrywając dłoń z jego uścisku.- Nie moja wina, że się tu znalazłam! Jestem najzwyklejszym w świecie człowiekiem! Człowiekiem z krwi i kości!
Dan patrzył na mnie chwilę z miną bez wyrazu. Wydawało mi się, że stoimy tu wieczność.
-Przepraszam.- powiedział w końcu, wracając do swojej spokojnej postawy.- Masz racje. Na pewno znalazłaś się tu przez przypadek.
-No, co ty?- zaironizowałam.- Może sądziłeś, że demonem jestem?
-Nie.- westchnął, teraz już delikatniej chwytając mnie za dłoń i ciągnąc do góry.
Czy ktoś mi wreszcie wyjaśni, co tu się do jasnej cholery dzieje? Cały dom zalał się szarością, ludzie znieruchomiali wtapiając się w ten bezbarwny obraz, a my "szczęśliwi" i kolorowi uciekamy od tego, co się dzieje na dole. Idealnie! Moje rutynowe życie po raz kolejny zostało zniszczone.
Gdy już dotarliśmy na piętro, Deaniel wepchnął mnie do jakiegoś pokoju z wielką, białą tabliczką na drzwiach. Głosiła ona: "Nie wchodzić, bo gryzę". Zgadywałam, że był to pokój Nathiel'a, gdyż doskonale wpasowywał się w jego charakter. Na podłodze, której prawie w ogóle nie było widać, leżał stos wygniecionych ciuchów, karty, płyty, poduszki, książki. Na biurku z czerwonymi, starymi plamami po ketchupie, leżał stos zaschniętych naczyń. Jedyne co było czyste w tym pokoju, to błękitne ściany oraz błyszczący lapotop leżący na biurku wśród śmieci. Był otwarty. Gdyby nie fakt, iż znajdujemy się teraz w tak dziwnej, niepokojącej i niepewnej sytuacji, zaczęłabym się śmiać. Na jego pulpicie widniał wielki czerwony napis o treści: "Zabiję wszystkie demony" na czarnym tle. No, pięknie. Nathiel naprawdę ma jakiś demoniczny fetysz.
-Schowaj się pod łóżko.- dosłyszałam nagle.
-Co?- spojrzała zdziwiona na Deaniel'a.
-Schowaj się. Nie chcę, żeby coś ci się stało.- mówiąc to, posłał mi spojrzenie pełne troski. Nie, ani trochę to na mnie nie zadziałało.
-A ty co zrobisz?- spytałam kpiąco.
-Wrócę na dół.
Spojrzała na Dan'a jak na ostatniego idiotę na świecie.
-Jesteś samobójcą?- spytałam.
Deaniel uśmiechnął się delikatnie w moją stronę, jednak nie odpowiedział. Bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając mnie zupełnie samą na środku burdelu.
-Dzięki.- prychnęłam, podchodząc do łóżka Nathiel'a i zgarniając z niego magazyny porno. Przynajmniej nie kryje się zainteresowaniami. Usiadłam na niesamowicie miękkim posłaniu i czekałam, bo cóż innego mogłam zrobić?
***

Mijały sekundy, mijały minuty. Wydawało mi się, że w pachnącym mężczyzną pokoju, siedzę już z dobre pół godziny. Znudziło mi się wpatrywanie w plakaty mangowych dziewczynek z wielkimi biustami i majtkami na wierzchu, które porozwieszane były nad łóżkiem. Chodzenie po pokoju Nathiel'a też nie było zbytnio bezpieczne. Mogłeś na przykład natrafić na brudne gacie lub zaplątać się w kable od bliżej nieokreślonych urządzeń. Patrząc na ten obraz nie miałam wątpliwości, że znajduję się w pokoju chłopaka. Młodego, chaotycznego, szalonego, zboczonego chłopaka, który uwielbia oglądać anime i zabijać... demony. Może to dziwnie zabrzmi, ale dalej nie wierzę w tą bajkę. Nawet krzyki Nathiel'a i innych ludzi dobiegające z dołu nie upewniały mnie w tym, że to, co się tam dzieje jest "krwawą jatką" z potworami w roli głównej. Może to była po prostu jedna z tych imprezowych bitew, podczas których ludzie upili się tak, że zaczęli szaleć. A ta szarość dookoła? Może ja mam coś nie tak z oczami. Jest jeszcze jedno wyjaśnienie - to jakiś chory i przydługi sen.
Cicho wzdychając, wsłuchiwałam się w kolejne okrzyki Nathiel'a, którego najczęściej było słychać w tym całym chaosie. "Zabiję skurwysyna!", "Sorath, daj mi się pobawić!" (czymkolwiek chciał się bawić), "Ty to widziałeś?! Podarł mi koszulę!" i inne. Moja głowa pełna była tego zielonookiego oszołoma. Miałam go dosyć. Chciałam stąd wyjść i cieszyć się swoim całkiem zwyczajnym życiem. Tu nie czułam się normalnie.
Westchnęłam głęboko i spojrzałam za okno, gdzie było tak samo szaro jak w całym domu. Niesamowite. Chyba naprawdę powinnam iść do okulisty.
Po kilkunastu minutach w końcu zrobiło się cicho. Byłam pewna, że lada moment przyjdzie po mnie Deaniel. Siedziałam tyłem do drzwi i wyczekiwałam. Nie myliłam się. Już po chwili drzwi zaskrzypiały złowieszczo, a ktoś zasłonił mi dłońmi oczy. Zasłonił, to mało powiedziane. Zaczął mnie macać po twarzy jakbym jakimś kosmitą była. Zdziwiłam się.
-Dan, dobrze się czujesz?- spytałam zdezorientowana. Dłonie na moment wstrzymały swoje badawcze zamiary. W odpowiedzi usłyszałam groźnie burknięcie. Zanim jednak zdążyłam się zorientować, że żaden człowiek nie wydaje takich oddźwięków, zostałam pociągnięta za włosy tak, że wylądowałam plecami na łóżku. To, co zobaczyłam sprawiło, że miałam ochotę zemdleć. Nade mną pochylał się stwór, którego okalała cienista powłoka. Wyglądał, jakby płonął, ale nie ogniem, a cieniem. Z miejsca, gdzie u człowieka powinny być usta, jemu wystawały długie, białe kły ociekające krwią, a tam, gdzie powinny znajdować się oczy, były złowieszczo błyszczące, zielone punkciki. Krzyknęłam. Od razu poderwałam się z łóżka i odsunęłam się pod samą ścianę. Stwór nie czekał. Rzucił się na mnie z długimi, czarnymi pazurami. W ostatniej chwili chwyciłam za nocną lampkę stojącą na nocnej szafce i cisnęłam nią w niego. To jednak niewiele pomogło. Zyskałam zaledwie kilka sekund na ucieczkę. Potwór wydał z siebie wściekły okrzyk. Gdy zaczęłam uciekać w stronę drzwi, chwycił za moją sukienkę wstrętnymi pazurami i bezczelnie ją podarł. Tak, wiem. Błękit to nie mój kolor. Nie przejmowałam się tym, że było mi widać całe udo. Raczej starałam się w tym momencie przeżyć. Wypadłam przez drzwi, w ostatniej chwili skręcając w lewo - zapewne gdybym tego nie zrobiła, pazury potwora wbiłyby się w moją szyję, a nie ścianę. Pisnęłam jak mała, przerażona dziewczynka. Nie wiedziałam gdzie iść! Minęłam schody tylko po to, by nie zostać zabita. Nie miałam wyboru, jak po prostu wejść do kolejnego pomieszczenia. Padło na łazienkę. Wpadłam tam jak lawina, zamknęłam drzwi i nie czekając, aż potwór je wyważy, przesunęłam szafkę pod nie. Wiedziałam, że długo nie zajmie mu dostanie się tutaj. Rozglądnęłam się dookoła. Nie było tu nawet okna! Same szampony, ręczniki, woda. Oczy zaszły mi łzami. Jeżeli taki miał być mój koniec, to naprawdę bardzo dziękuję.
-Dan...- jęknęłam rozpaczliwie. Nie umiałam przesyłać myśli, ale miałam nadzieję, że w końcu Deaniel się tu zjawi i użyje swoich domniemanych demoniczny mocy, by go zniszczyć. Demon zrobił wielką dziurę w drzwiach i łypnął na mnie groźnie. Chwilę potem rozwalił i szafkę, więc mógł spokojnie wejść do środka. Zrozpaczona chwyciłam za ostatnią, choć słabą deskę ratunku. Słuchawkę od prysznica. Gdy zaczął biec w moją stronę, zamknęłam oczy i skierowałam na niego strumień gorącej wody. Myślałam, że to nie zadziała, ale... udało się. Zamknął swoje zielone ślepia, próbując odgonić się od wody. Nie czekając, chwyciłam za domestos stojący na wannie. Z tego co udało mi się wywnioskować, miał oczy tak samo wrażliwie jak zwykły człowiek, więc... czemu nie? Zakręciłam wodę i skierowałam w jego stronę nową broń. Gdy tylko otarł ślepia, prysnęłam w jego stronę domestosem. Zawył z bólu i upadł na podłogę. Brawo. Laura, pogromca potworów. Rzuciłam moją zabójczą broń gdzieś w bok i zaczęłam uciekać. Stwór był jednak sprytniejszy. Chwycił mnie za nogę i pociągnął po podłodze w swoją stronę. Zaczęłam wyrywać się jak oszalała. Nie chcę tak zginąć! Tymczasem potwór zdążył zostawić długi, krwisty ślad na mojej łydce. Rzucałam czym mogłam w jego stronę, jednak to nie pomagało. Gdy chwycił mnie w żelazny uścisk, mogłam już tylko zamknąć oczy i czekać na śmierć.
-Tu się ukrył.- dosłyszałam z nagła. Bałam się jednak otwierać oczu. Wiedziałam, że ktoś przyszedł, wiedziałam, że ten ktoś mnie ocali.- A może nie potrzebujesz pomocy?- usłyszałam w następnej kolejności. Ktoś się śmiał i to nie byle kto. Otworzyłam oczy. Stał przede mną Nathiel w zupełnie luzackiej pozie. Zdawało się, że nie obchodzi go to, czy umrę.
-Skoro taki z ciebie wielki łowca, to mnie uratuj!- powiedziałam nienaturalnie piskliwym głosem, bliska płaczu. W tej sytuacji mogłam się zniżyć do tak niskiego poziomu. Moje życie wisiało na włosku.
Gdy ja się siłowałam z potworem, Nathiel wzruszył ramionami i wyjął z kieszeni nóż. Powolnym krokiem zaczął iść w moją stronę.
-To najsłabszy demon jakiego w życiu spotkałem.- powiedział zawiedziony.- Normalny już dawno by cię pochłonął. Szkoda.
Nathiel pociągnął mnie gwałtownie za rękę, wyrywając mnie tym samym z objęć potwora. Wylądowałam na podłodze tuż obok nóg mojego wybawiciela, który zaczął wymachiwać nożem w górze. Przez chwilę myślałam, że jest chory psychicznie, dopiero potem uznałam, że miało to głębszy cel. W powietrzu pojawił się jasny, świetlisty i skomplikowany błyszczący znak. Nathiel przebił go i trafił nożem prosto w demona. Jego zagłada była dosyć spektakularna. Wydał z siebie coś pomiędzy burknięciem zwierzęcia, a okrzykiem ludzkim i... zniknął w rozpływającej się, cienistej powłoce. Nastąpiła długa cisza.
Nie mogłam opanować drżenia rąk. Siedziałam na podłodze cała obolała i przerażona. Nathiel tymczasem przeciągał się leniwie.
-No, dobra.- chłopak uklęknął przede mną i spojrzał mi prosto w oczy.- Mogę wiedzieć kim jesteś? Bo chyba nie demonem?- uśmiechnął się do mnie w istnie zabójczy sposób i przekręcił głowę w bok.- Swoją drogą.- spojrzał na moje niemalże nagie udo i podartą sukienkę.- Seksowna nóżka. Dzięki niej wyglądasz na mniej sztywną, niż jesteś.- wyszczerzył się.
-Starasz się być miły, czy chcesz mnie jeszcze bardziej wkurzyć?- spytałam chłodnym, choć drżącym głosem.
-Łał. Podziwiam cię.- chłopak uśmiechnął się ironicznie.- Trzęsiesz się jak osika, masz łzy w oczach, jesteś przerażona, a mimo tego potrafisz udawać całkiem groźną.- pokazał mi kciuka i wyszczerzył się. Nic nie odpowiedziałam.  Przyznaję. Byłam roztrzęsiona, przerażona i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. To było straszne przeżycie.
Nathiel wstał z podłogi z głośnym westchnięciem i podał mi rękę. To samo zrobił, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Wtedy nie przyjęłam jego dłoni. Dziś nie miałam wyboru, inaczej bym się nie podniosła. Gdy silnym ruchem pociągnął mnie w górę, syknęłam z bólu.
-Ranna?- uniósł brew, oglądając mnie dokładnie.
-Trochę.- mruknęłam, nie czyniąc już ironicznych uwag.
-Sorathiel cię opatrzy.- dodał, podtrzymując mnie. Sorathiel to pewnie ten blondyn, który wcześniej powstrzymał go od ataku na mnie. To było wtedy kiedy wyzwałam go od gejów.
Do łazienki wpadł przerażony Deaniel. Gdy mnie zobaczył, pobladł. Zanim się do mnie zbliżył, Nathiel rzucił w jego stronę nożem. Nie trafił jednak - najwyraźniej chodziło mu tylko o to, by nie podchodził.
-Zabiłbym cię z chęcią.- warknął w jego stronę czarnowłosy chłopak. Chwilę potem przybrał jednak łagodniejszy wyraz twarzy.- Ale nam pomogłeś i uratowałeś dupę Sorath'a.- westchnął.- Nie zabiję cię. Ale pamiętaj.- to wypowiedział o wiele twardszym tonem głosu.- Jeżeli jeszcze raz włamiesz się do naszej organizacji i będziesz chciał ukraść coś, co nie jest twoje...- tu przerwał i przejechał palcem po szyi.- To zginiesz marnie.
Dan kiwnął głową dziękująco i zaczął powoli podchodzić. Nathiel pchnął mnie w jego stronę.
-Masz swoją zgubę.- burknął. Ponownie syknęłam z bólu i spojrzałam na mojego wybawiciela ze zgrozą. Miałam ochotę rzucić w jego stronę jakąś ironiczną uwagę, ale... cóż. Uratował mnie. Należał mu się szacunek. Przynajmniej chwilowy.
-Bariera zaraz przestanie działać. Radziłbym wam pójść do kuchni. Na dole, po lewej. Będę tam czekał razem z Sorathiel'em.- mruknął i podrzucając nóż do góry, wyszedł z łazienki. Razem z Deaniel'em milczeliśmy. Wciąż nie mogłam pojąć co takiego się stało. Miałam wrażenie, że to jakiś wyjątkowo realistyczny koszmar, ale... to były realne dzieje. Wciąż czułam ogromny ból w łydce. Takiego bólu nie wywołuje zwyczajne zadrapanie.
-Laura...- zaczął Deaniel, patrząc na mnie zmartwiony. Nie czekał ani chwili dłużej. Przytulił mnie mocno do siebie i ukrył twarz w moich włosach. Poczułam nagły zawód i lekką złość. Dlaczego go nie było, gdy naprawdę potrzebowałam jego pomocy? Dlaczego Nathiel, a nie Deaniel? Tak o mnie dba?
-Przepraszam.- szepnął cicho.- Naprawdę przepraszam.
Jestem naiwna, jestem głupia, ale... tak. Przekonał mnie jednym słowem. Uczucie zawodu zniknęło i ustąpiło miejsca radości. Założyłam ręce na jego szyję i przytuliłam go tak samo, jak on mnie. Był to niepotrzebny gest. Zachciało mi się płakać, a drżenie wcale nie ustało, a wręcz powróciło ze zdwojoną siłą. Deaniel oderwał się ode mnie i bez słowa, zarzucił moją rękę na swoje ramię.
-Chodźmy.- powiedział cicho, jakby się bał, że ktoś go usłyszy. Poprowadził mnie w stronę wyjścia. Gdy znaleźliśmy się na schodach, pomógł mi z nich zejść, a gdy byliśmy już przed samą kuchnią, szary obraz zaczął powoli znikać.
-Boisz się?- spytał mnie, chwytając za klamkę.
-Nic straszniejszego niż to, co przeżyłam przed chwilą, nie może mnie spotkać.- odpowiedziałam bezbarwnym tonem głosu. Dan westchnął ciężko i otworzył drzwi od kuchni.
***

Muzyka raziła mnie w uszy jeszcze bardziej, niż wcześniej, gdy byłam w salonie. Czułam się słabo i z niechęcią patrzyłam na to, jak znajomy Nathiel'a przemywa mi ranę bliżej nieokreślonym płynem. Jedno było pewne. Nie była to zwykła woda utleniona. Płyn śmierdział sto razy gorzej.
Spojrzałam w bok na Deaniel'a, który z przejęciem wpatrywał się w dłonie blondyna, a potem na Nathiel'a, który siedział na blacie i wpatrywał się uparcie w moje nagie udo. Nachmurzyłam się.
-Możesz przestać?- spytałam, spoglądając w jego stronę.
-Z czym?- zapytał udając zdziwienie.
-Wciąż patrzysz się na moją nogę.
-Tą bladą nogę?- zaironizował.- No, chyba sobie kpisz.
Westchnęłam, całkowicie się poddając.
-Nie powinnaś prowadzić bezcelowych dyskusji z Nathiel'em. Niespostrzeżenie potrafi sprowadzić człowieka do swojego poziomu intelektualnego.- odparł Sorathiel, który właśnie bandażował moją nogę. Nathiel spojrzał na swojego przyjaciela z niekrytym oburzeniem.
-Wal się, Sorath.- burknął, zeskakując z blatu. Chwilę potem chwycił za krzesło i postawił je obok mnie. Usiadł na nim w iście luzackiej pozie.- Skończyłeś?- spytał, spoglądając na blondyna.
Sorathiel kiwnął głową, prostując się. Posłał w moją stronę delikatny uśmiech.
-Skończone.
-Dziękuję.- powiedziałam, oglądając dokładnie nogę. Cóż. Czułam się o wiele lepiej. Drżenie ustało i powoli nabierałam dawnych kolorów. Słaba byłam jednak w dalszym ciągu i wolałam nie wstawać z krzesła.
-Może teraz porozmawiamy o tym, co robiłaś w środku bariery?- Nathiel pochylił się ku mnie z wrednym uśmiechem.- Wiesz, zazwyczaj mają do niej dostęp tylko demony.- tu spojrzał na Deaniel'a.- I łowcy, którymi jesteśmy.- tym razem spojrzał na Sorathiel'a.- Jakim cudem znalazła się tam zwyczajna nastolatka?
-Skąd mam wiedzieć.- burknęłam, spoglądając na niego spode łba.
-Laura nie może być ani demonem, ani łowcą.- powiedział z powagą Deaniel.- Widzieliście przecież jej krew.
-Więc może istnieje inny powód?- spytał Nathiel.- Może akurat macałaś Deaniel'a i przekazał ci swoją demoniczną moc, dzięki której znalazłaś się wśród nas.
-Tak, masz racje. Macałam go tak mocno, że zaczął krzyczeć bym przestała.- syknęłam w jego stronę.
-Mówisz, że się tak podniecił?- udał zdziwienie, a ja przewróciłam oczami. Sorathiel miał racje. Nie można prowadzić z nim dłuższych konwersacji. Może cię sprowadzić na samo dno intelektualne. Spojrzałam na Deaniel'a, który posłał Nathiel'owi pobłażliwy uśmieszek.
-Skończmy z tymi idiotycznymi rozważaniami.- westchnął Dan.- To czysty przypadek.
-Całkowicie czysty, ani trochę brudny.- przyznał czarnowłosy łowca, kiwając znacząco głową.
Reszta dialogów już do mnie nie docierała. Zajęłam się swoimi własnymi myślami, odłączając całkowicie mózg od świata realnego. Miałam wrażenie, że dzisiejszej nocy nie zasnę, a jeśli zasnę, to będę śniła najstraszniejsze koszmary. Przyznaję, do tej pory nie wierzyłam w demony, ale teraz zmieniłam swoje nastawienie o 180 stopni. Demony istnieją, jeden chciał mnie nawet zabić. Z tego co wcześniej tłumaczył Sorathiel, miałam okazję "spotkać" się z młodym, cienistym demonem. Młode są o wiele mniej groźne, niż starsze. Ten, nawet nie wiedział jak ma się zabrać do roboty. Gdyby był bardziej doświadczony, pochłonął by mnie w całości (cokolwiek to oznaczało), a Nathiel nie zdążyłby mnie uratować. Miałam szczęście i to ogromne szczęście.
Spojrzałam na Deaniel'a, który zajęty był wymianą zdań z Sorathiel'em. On też był demonem. Ciekawiło mnie tylko, dlaczego w formie ludzkiej. Może to nie była jego prawdziwa postać. Zastanawiało mnie też to, dlaczego wkradł się do organizacji w której pracował Nathiel w raz ze swym przyjacielem. Chciał coś ukraść. Ale co? Miałam tak wiele pytań odnośnie demonów, łowców i samego Deaniel'a, że w mej głowie narodził się chaos. Nie mogłam uporządkować myśli. Nawet gdy chciałam je uspokoić i zająć się słuchaniem rozmowy trójki chłopaków siedzących nieopodal mnie - nie mogłam. Otworzyłam nawet usta, żeby coś powiedzieć - i milczałam. Deaniel spojrzał na mnie zaniepokojony. Mówił coś do mnie. Mówił? Ruszał ustami. Nie słyszałam żadnych słów. Widziałam, że klękał przede mną, czułam, że dotyka mojej twarzy. Nathiel wskazywał na moją zranioną łydkę. Spojrzałam w dół. Bandaż w tempie błyskawicznym zaczął zalewać się krwią. Nie wiedziałam, co się dzieje. Ktoś mnie dotykał. Z ruchu warg rozczytywałam swoje własne imię. Ktoś musiał je wykrzykiwać. Jakaś postać potrząsnęła mną. Przez myśl mi przeszło, że umieram, ale czy aby na pewno? Straciłam władzę nad własnym ciałem. Zsunęłam się z krzesła, ale ktoś mnie złapał. Nie było już przejmującej ciszy. Słyszałam przytłumione szepty, a na koniec, nim całkowicie utraciłam przytomność, usłyszałam:
-No, chyba sobie jaja robisz!
***

Nareszcie rozdział z którego jestem zadowolona C: dzisiaj specjalnie dla Was niczego nie brałam, a dilera odesłałam do piekła. W efekcie mamy (nie)całkiem normalny rozdział. Dziękuję Arusiowi za wytrwale wysłuchiwanie się w rozdział, podczas którego uświadomił mi, że obrót o 360 stopni to powrót do tej samej pozycji, a wujek Google powiedział mi o tym, że domestos wywodzi się z północnej części Anglii i powstał w 1929 roku. Tak bardzo nie ogarniam w niedzielę...