środa, 19 marca 2014

Rozdział 11 - "Witaj w świecie demonów"

Nie wiem co mnie nagle wzięło, ale dokończyłam rozdział. Nie czekałam do weekendu, bo po co? Będę miała wolne, może w końcu pouczę się do egzaminów zawodowych, do matury, tak, tak!
Są akapity (tylko takie... malutkie!), starałam się robić w tym mendowatym WordPadzie przerwy, starałam się wyzbyć kropek przed myślnikami i mam nadzieję, że wszystko jest idealnie D: chociaż znając życie, blogger spieprzy moją robotę.
Niech żyje patelnia.

POPRAWIONE [30.07.2017 r.]
Wcześniej wspominałam o akapitach. Nawet nie wiecie jak bardzo ułatwił mi robotę Word Office. Dla wszystkich początkujących - nigdy nie róbcie akapitów spacjami, od tego są taby, mnie się to potem strasznie poprawiało!
***
– Od czego mam zacząć?
Nie spieszyłam się z odpowiedzią, chciałam ją najpierw dokładnie przemyśleć.
Spoglądałam ukradkowo na Nathiela, który siedział na krawędzi mojego łóżka i luzacko opierał się o kołdrę. Lewą nogę założył z gracją antylopy na prawą, czarną grzywkę zaczesał palcami w tył. Wyglądał jakby pozował do niewidzialnego aparatu. Może i był przystojny, może miał w sobie dużo naturalnego powabu, ale modelem to on by nie mógł zostać. Widział kto gościa z nożem na okładce magazynu dla kobiet? Chyba że ten magazyn jest dla psychopatek zamkniętych w wiadomym zakładzie.  
– Co, zatkało? – spytał.
Przez swoje głupie rozważania przestałam myśleć o tym, o czym teraz powinnam. Twarz Nathiela mnie rozpraszała. Lepiej wyglądałby z papierową torbą na głowie.
– Nie – mruknęłam. – Po prostu nie jestem pewna czy naprawdę chcę posłuchać tej historii – skłamałam. To oczywiste, że chciałam to zrobić, nieważne jakie wyciągnę z tego konsekwencje. Mogłabym wręcz rzec, że wiedza jeszcze nikogo nie zabiła, ale nie chciałabym stracić głowy.
– I tak jedną nogą jesteś już w świecie demonów. – Chłopak wzruszył obojętnie ramionami.
Miał racje. Skoro Deaniel był jednym z nich, to z pewnością nie ucieknę od tego tematu, nieważne jak bardzo bym tego chciała.
Wzięłam krótki wdech, uspokoiłam swoje rozszalałe myśli i nareszcie wyrzuciłam z siebie szereg pytań, które dręczyły mnie od kilku dni:
– Jakie są demony i w jaki sposób zagrażają ludziom?
Nathiel, któremu paliło się do opowieści, wyprostował się dumnie, chrząknął niczym profesor, który zaczyna swój wykład na uniwersytecie dla wybitnie uzdolnionych i zaczął opowiadać:
– Nikt nie jest w stanie jednoznacznie określić kim lub czym są demony i skąd się wzięły. Jedni mówią, że to sama wiara i wyobraźnia człowieka je stworzyła, inni, że samoczynnie zrodzili się  z ciemności, nicości lub zła. Teorii jest wiele, ja wiem tylko tyle, że istnieją od niepamiętnych czasów, posiadają potężną moc i są na wskroś przesiąknięte złem – mówiąc to, uśmiechnął się pod nosem. Miałam dziwne wrażenie, że wyrecytował jakąś stronę z książki o demonach, ale czy on w ogóle potrafił czytać? Miałam co do tego wątpliwości. – No, dobra. Niech będzie, istnieją też dobre demony.
Dobre demony? To brzmiało jak czysta abstrakcja. W końcu już sama nazwa wskazywała na to, że te potwory były przesiąknięte złem. W żadnej bajce ani powieści nie spotkałam się z takim, który byłby dobry. Widocznie ludzie wciąż mieli małe pojęcie o otaczającym ich złym świecie, składającym się z obrzydliwych stworów.
– Są to na przykład demony ziemi, wiatru i wody, czyli demony żywiołów. Mogą jedynie zaszkodzić przyrodzie, choć częściej jej pomagają. Nie mają też jakiejś szczególnie wielkiej mocy.
Deaniel wspominał kiedyś o tym, że jest w połowie demonem ziemi i cienia. Skoro te pierwsze były dobre, to co w takim razie z drugimi? Ich niezapowiedzenie nie wróżyło niczego dobrego.
– Najbardziej szkodliwe są demony ognia, które sieją spustoszenie gdziekolwiek pójdą, na szczęście rzadko schodzą do świata ludzi, no i nasza udręka, demony cieniste, które biją wszystkich na głowę – skrzywił się. – Istnieję po to, by je niszczyć. – Gdyby nie to, że Nathiel siedział na łóżku i opowiadał mi tę demoniczną historię, pomyślałabym, że jestem w kinie i słucham reklamy dotyczącej jakiegoś super science-fiction, do którego scenariusz układał przesiąknięty sztampowością scenarzysta.
Demony. Władza. Śmierć. Pieniądze. Dziwki. Mafia. Narkotyki. I ostre noże. To wszystko znajdziesz w nowym filmie pod tytułem: „Zabiję te ścierwa”, gdzie główną rolę gra Nathiel Auvrey. W kinach od dziesiątego października.
– A więc cieniste demony są jedynymi z gorszych? – spytałam od niechcenia, żeby tylko podtrzymać rozmowę. Zadawanie pytań oczywistych było ku temu dobrym rozwiązaniem.
– Jednymi? Są najgorsze – prychnął mój towarzysz. – To potwory, które żywią się ludzką energią.
– Co masz na myśli? – Odrobinę się zawahałam.
– Jak sama nazwa wskazuje, cieniste demony kryją się w cieniu, który jest dla nich ochroną, mam tu na myśli różne przedmioty, nie istoty ożywione. Prawdziwy cel cieniste pokraki osiągają tylko wtedy, gdy skryją się w ludzkim cieniu. Mogą tam przebywać jakiś czas, ale prędzej czy później wysysają z ludzi energię. W taki sposób mogą doprowadzić człowieka do szybkiej śmierci, ale nie zawsze wyżerają tę energię w całości – wytłumaczył. – Ich ofiarą może paść każdy człowiek. Chociaż – tu spojrzał w stronę mojego cienia odbijającego się na ścianie – ty nie masz się o co martwić.
– Ja? – zdziwiłam się.
– Twój cień jest słaby, co świadczy o niskiej energii potencjalnej.
– Energia potencjalna w fizyce to energia, którą wytwarza ciało w spoczynku – mruknęłam, nie do końca rozumiejąc co energia potencjalna ma z tym wspólnego.
– Pieprzyć fizykę – prychnął Nathiel. – W świecie demonów jest to wewnętrzna energia człowieka, która pozwala im się nażreć i stać potężniejszym. Tak ją sami nazywają, a chyba rozumiesz to, że nie przejmują się nazwami ze świata ludzi?
– Rozumiem. – Kiwnęłam głową, nie mówiąc już nic więcej.
Zauważyłam, że demony to bardzo drażliwy temat dla Nathiela. Ciekawiło mnie, co mu takiego zrobiły, bo szczerze wątpiłam w to, że jego mania na temat ich zabijania była nieuzasadniona żadnym wydarzeniem. Nienawiść nie bierze się znikąd, aby nienawidzić musimy mieć powód inni niż tylko i wyłącznie czyjeś istnienie.
Każdy element ciała Nathiela wydawał się mówić: „nienawidzę tych ścierw, wybiję je wszystkie”. Nawet do opowiadania o nich podchodził z dziwną powagą, z którą do tej pory nie ważyłam się go kojarzyć.
– Zanim cieniste demony atakują swoją ofiarę, sprawdzają jaki ma stopień wyrazistości cienia. Wątpię, aby którykolwiek chciał się dobrać do twojego. Na świecie jest wielu ludzi, którzy będą dla nich bardziej wartościowi.
Cóż, przynajmniej nie musiałam się bać, że któryś z nich zechce mnie pożreć. Pominę oczywiście fakt, że już raz jeden demon chciał mnie zabić. To wspomnienie wciąż było w mojej głowie jak żywe.
Nie mogłam czuć się do końca bezpiecznie. Nawet jeśli demony nie czekały na mnie za każdym rogiem ulicy, to jednak wciąż istniały i kto wie, czy z desperacji oraz głodu nie dobiorą się również do mojego słabego cienia.
– W naszym świecie wyróżnia się trzy rodzaje wyrazistości. Słaby – jak twój, przeciętny – posiada go większość ludzi na świecie, silny, czy inaczej wyrazisty, który posiada na przykład twoja dziwna przyjaciółka.
Zdziwiłam się i równocześnie zaniepokoiłam. Nie mogłam pojąć, dlaczego akurat ona była najłatwiejszym łupem dla demonów. Nigdy bym nie sądziła, że ta roztrzepana, roześmiana, ciesząca się życiem dziewczyna będzie potencjalną ofiarą dla tych okropnych potworów. Będzie, bo jeszcze nie jest. Czy ma aż tak wyjątkowe szczęście, że do tej pory żaden się nią nie zainteresował? A może już się interesował? Znajomość z łowcą może jej pomóc, ale nie liczyłabym na to.
– Czasami nie musisz patrzeć na cień, aby domyślić się kto ma jaki stopień wyrazistości. To widać już na pierwszy rzut oka – uśmiechnął się do mnie i to w całkiem zwyczajny sposób, niezawierający żadnych podtekstów. – Zazwyczaj osoby twojego pokroju są okropnymi pesymistami i strasznie zrzędzą. Najczęściej bywa tak, że z jakiegoś powodu są nieszczęśliwi lub przeżyli coś, co miało na nich negatywny, a czasem niszczący wpływ. Energia potencjalna może się zmieniać, chociaż prędzej spada, niż wzrasta, no ale w tym świecie wszystko jest możliwe.
To by się zgadzało. Odkąd pamiętałam byłam straszliwą pesymistką, uważającą, że żaden człowiek nie ma prawa wstępu do mojego serca. Jedynymi osobami, które mogły się do mnie zbliżyć i nie zostały przez to narażone na ostre odłamkami lodu były moja mama i Amy – moja dokładna przeciwność. Dlatego jej cień jest tak wyrazisty. Stopień wyrazistości (jak to nazwał Nathiel) musiał w dużej mierze zależeć od charakteru, czy może prędzej od usposobienia człowieka do życia i jego predyspozycji psychicznych. W takim razie potęgą świata są optymiści. Tak mi przykro.
– Jak się pewnie domyślasz, demony nie posiadają cienia. Podobnie jest z łowcami, tyle że w stosunku do nich mają cienie ukryte. To, co widzisz – tu wstał i skierował palec wskazujący na swoje cieniste odbicie na ścianie – to cień sztuczny. W ten sposób łowcy chronią się przed atakami demonów.
A więc schodzimy do tematu ludzi broniących świat przed demonicznym złem.
– Kim są łowcy? – spytałam.
– Łowcy, a dokładniej łowcy cienia to zwyczajni ludzie.
Zdziwiłam się. Cały czas myślałam, że są wyjątkowi, że używają magii, która nie jest dostępna dla laików. Sądziłam, że można nimi zostać tylko, jeśli przejdzie się przez ciężkie szkolenie zakrapiane magicznymi rytuałami. Najwyraźniej się myliłam.
– A więc każdy może być łowcą?
– Dobrze kombinujesz – Nathiel posłał uśmiech w moją stronę. – Jednak niewiele osób jest w stanie podjąć się tak wielkiego ryzyka. Zazwyczaj to rodzinny fach. Dobrym przykładem jest Sorathiel, którego rodzice byli niegdyś łowcami.
– Byli?
– Gdy miał siedem lat zginęli w walce z tymi ścierwami – powiedział i skrzywił się tak mocno, że jego twarz skrywająca się w cieniu pokoju, wydawała się być zdeformowana. Na szczęście to tylko moja wyobraźnia.
Nathiel musiał być naprawdę blisko ze swoim przyjacielem, skoro na samo wspomnienie śmierci jego rodziców aż się w nim gotowało. Może właśnie to był powód, dla którego gonił za każdym demonem i nie miał dla nich żadnej litości?
– Nie bał się przejąć po nich tak ciężkiego zawodu?
– Nie. Od tamtej pory jego jedynym celem jest niszczenie demonów. Trudno się  wyrwać ze świata, w którym żyje się od dziecka – już bardziej uspokojony, spojrzał w sufit. Chyba się nad czymś zamyślił.
– Dużo jest łowców? – zapytałam, pragnąc dowiedzieć się jeszcze więcej.
– Bardzo mało. Niewielu ludzi jest na tyle silnych, by poradzić sobie ze złem. Niewiele ludzi w ogóle wie o istnieniu demonów. Łowcy cienia to zazwyczaj osoby samotne, silne psychicznie, chłodne emocjonalnie. To ludzie, którzy nie mają już niczego do stracenia.
Nie mogłam powstrzymać się od ironicznego uśmieszku.
– Nie wyglądasz na taką osobę.
Nathiel odwzajemnił mój uśmiech. Nie wyglądał jednak na kogoś, kto za chwilę rzuci mi się do oczu za opryskliwą uwagę. Po raz pierwszy obydwoje wyglądaliśmy jak normalni ludzie nieskaczący sobie do oczu. Po prostu rozmawialiśmy. Czy to nie dziwne? Jeszcze kilka godzin temu ten niepoprawny łowca gonił mnie wokół stołu z nożem w ręku, a ja atakowałam go patelnią. Coś się zmieniło? Najwyraźniej tak.
– Bo nią nie jestem. Trafiłem do świata łowców na zupełnie innych zasadach. Można powiedzieć, że od samego początku mam lżej – powiedział i puścił do mnie oczko.
Bałam się zapytać o co chodzi, zresztą nie chciałam wchodzić z butami w jego życiowe historie. Jeżeli będzie chciał, sam mi o tym kiedyś opowie.
Zaraz.
Przecież nie zamierzałam się z nim więcej użerać. Nie za bardzo się przyzwyczaiłam?
Od tej myśli aż przeszyły mnie dreszcze. Nie wyobrażałam sobie tego, że będzie do mnie wpadał na herbatkę. Przecież my się nawet nie lubiliśmy. W tym momencie łączył nas czysty handel – informacje za nóż, po niej nasza krótka znajomość dobiegnie końca.
– Jak zabijacie demony cienia? Czy to ma związek z tym tajemniczym nożem, za który chciałeś mnie zabić? – zadałam kolejne pytanie, żeby przypadkiem nie uznał, że to koniec transakcji.
– Tak. To jedyna skuteczna broń przeciwko cienistym demonom. Nazywamy ją exitialis.  Stworzył go pierwszy łowca cieni. Nie jestem zbyt dobry w zapamiętywaniu dat, ale łowcy cienia istnieli już w czasach starożytnych. Myślę, że więcej na ten temat powiedziałby ci Sorathiel. Ma mózg jak niejeden człowiek na tej planecie.
Uśmiechał się. W normalnym przypadku stwierdziłabym, że gość jest gejem, ale już od samego początku widziałam pomiędzy nimi grubą nić porozumienia. Mimo odmienności charakterów, byli (jak się domyślałam) najlepszymi przyjaciółmi.
– Istnieje jakieś zrzeszenie łowców? Czy działacie w pojedynkę?
– Należymy do organizacji. Nazywa się Nox. Głupia i prostacka nazwa, która ma oznaczać, że działamy w nocy, gdy nikt nie patrzy. Zarządza nią najstarszy jej członek, na którego mówimy Hugh. Jest cholernie wrednym, starym dziadem, ale to on mnie przyjął do organizacji – powiedział i wzruszył ramionami, zupełnie jakby to była drobnostka.  
– Skoro każdy człowiek może zostać łowcą cienia, czy nie oznacza to, że każdy ma w sobie magię?
– Za dużo zadajesz pytań – Nathiel spojrzał na mnie poirytowany. To oznaczało, że powoli zmierzaliśmy do zakończenia pierwszego etapu naszej transakcji. – Nie. Nie nazwałbym tego magią. Człowiek nie umie bawić się magią, to demony ją stosują. U nas to zwykłe użytkowanie energii potencjalnej, o której już wspomniałem.
– A więc aktywatorem noży jest zwykła, ludzka energia?
Nathiel pokiwał głową.
– Chcesz coś jeszcze wiedzieć? No, chyba że marzysz o tym, bym spędził u ciebie noc – Uśmiechnął się w moją stronę uwodzicielsko. – Nie mam nic przeciwko, łóżko masz miękkie.
– O niczym innym nie marzę, jak o upojnej nocy z jakimś świrem – mruknęłam cicho. – Tak, mam jeszcze kilka pytań.
Nathiel ziewnął i przeciągnął się leniwie – stracił sztuczne zainteresowanie nocką, którą domniemanie chciał ze mną spędzić. Domyślałam się, że to po prostu jego sposób bycia. Jeżeli nie poderwie chociaż krzaka w drodze powrotnej do domu, nie będzie czuł się sobą.
– Wal, bo robię się głodny.
– Niedawno zjadłeś wielki talerz placków. – Spojrzałam na niego znacząco. – Jesz jak krowa.
O dziwo nie odpowiedział, tylko zachichotał, jakbym wypowiedziała jakiś wyborny żart. To nie był żart, naprawdę mógłby być krową.
Bardzo dziwiło mnie jego zachowanie. Nagle stał się potulny jak baranek. W normalnym przypadku zareagowałby na moją wypowiedź jakąś idiotyczną ripostą. Może nie każdy debil jest debilem w każdym momencie swojego życia?
– Demony mogą przybierać ludzką formę, prawda? – zapytałam, olewając kwestię zachowania mojego towarzysza rozmów. Niech się zachowuje, jak chce, nic mi do tego.
– Nie, demony jej nie przybierają, one po prostu wyglądają jak ludzie. Oczywiście nie w każdym przypadku. To z czym miałaś okazję się spotkać to słabsza wersja cienistych demonów, dla rozróżnienia nazywamy je pokrakami. Najczęściej najgroźniejsi są ci, którzy wyglądają jak normalni ludzie.
Postanowiłam przejść do kwestii, która ciekawiła mnie najbardziej, a skoro nadarzyła się ku temu okazja, która nie poświadczyłaby o moim nadmiernym zainteresowaniu pewną osobą, miałam wolną drogę.
– Kim tak naprawdę jest Deaniel? Ostatnio oznajmił mi, że jest w połowie demonem cienia i ziemi, czy to nie oznacza, że w połowie jest i dobry i zły?
Nathiel zastanowił się chwilę.
– Wiesz – zaczął w zamyśleniu – jako dzieciak był przesiąknięty złem. Robił takie rzeczy o jakich nawet ci się nie śniło. Demony mogą się jednak zmieniać. – Spojrzał na mnie uważnie. – Jeżeli nie używają swoich mocy i nie przebywają w Reverentii, czyli inaczej: królestwie nocy, gdzie znajdują się wszystkie demony, stają się zwykłymi ludźmi. Jednak jeśli znów zaczną używać swojej mocy i pożerać energię lub trafią do Reverentii, będą tak samo przesiąkniętymi złem istotami jak na początku. No, chyba że trafią do otchłani, gdzie lądują wszystkie demony zabijane przez łowców. Wtedy jeśli uda mu się wyjść, co rzadko się zdarza, prawdopodobnie nie będzie tą samą osobą już nigdy więcej.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
– Więc Deaniel jest teraz zwyczajnym człowiekiem?
– Zwyczajnym, pozornie dobrym demonem. Demon nigdy nie będzie człowiekiem – powiedział smętnie.
– Dlaczego tak bardzo nienawidzisz demonów? – spytałam i spojrzałam na niego uważnie. Jeszcze przed chwilą najbardziej interesującym mnie pytaniem było to, które wiązało się z Deanielem, teraz zaciekawił mnie sam Nathiel.
Auvrey wyprostował się, jakby to pytanie go zdziwiło. Wydawało mi się, czy podchodził do tego tematu ostrożnie? Miałam dziwne wrażenie, że powód jego dostania się do organizacji mógł być związany z jakąś krwawą jatką. Skoro Sorathiel kontynuował dzieło swoich rodziców, to może Nathiel chciał kogoś pomścić? Nienawiść często zradzała się z pogoni za zemstą.
– Nie lubię osobistych pytań – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia, obdarzając mnie diabelskim uśmiechem. – Może jak się lepiej poznamy to zdradzę ci mój sekret – na zakończenie swojej wypowiedzi puścił do mnie oczko. Zrobił to chyba dziesiąty raz dzisiejszego dnia. Gdybym go jeszcze nie znała, mogłabym stwierdzić, że się mną interesuje. Nic bardziej mylnego. Nathiel uwielbiał siebie i był przeświadczony o tym, że zarażał uwielbieniem swoje otoczenie. Marzyciel.
 Nie chciałam go bliżej poznawać, podziękuję. Gdybym miała żyć z kimś takim na co dzień, już po tygodniu wylądowałabym w szpitalu z zawałem serca lub nożem wbitym w brzuch, rozważałam również psychiatryk, gdzie oczywiście trafiłabym razem z Nathielem. Swoją drogą, kusiło mnie, żeby go spytać, czy przypadkiem żadni ludzie z kaftanami jeszcze się nim nie zainteresowali. Ganiający po ulicy nastolatek z nożem nie należał zapewne do widoków codziennych, można by stwierdzić, że rzeczywiście ma coś z głową. Nawet gdyby próbował komuś wmówić, że walczy z demonami, raczej miałoby to marny w skutki ciąg wydarzeń.
– To już wszystko? – spytał zniecierpliwiony. – Tak? No to wyskakuj z noża, bo ten, który obecnie mam nie jest mój i mnie irytuje.
Westchnęłam. Miałam jeszcze milion innych pytań, jednak nie chciałam spędzać całej nocy na rozmowie o rzeczach, które nie powinny mnie dotyczyć i to na dodatek z osobą, której nie chciałam tutaj gościć. Głupia, ludzka ciekawość.
Wstałam z krzesła. Nathiel odprowadził mnie wzrokiem aż do samego biurka. Miał groźnie zmrużone oczy. Człowieku, dlaczego tak się na mnie gapisz? Podejrzewasz mnie o coś? Jestem niewinna.
Wyjęłam z szuflady sprawcę naszego spotkania, zawiniętego w białą bawełnianą ściereczkę. Szmatkę odłożyłam na bok, a nóż podałam Nathielowi. Gdy go zobaczył, odetchnął z ulgą.
– Cały i zdrowy – mówiąc to, chwycił za swoją broń. To, co się stało w następnej chwili, zaskoczyło nie tylko mnie.
Nóż zaświecił oślepiającym blaskiem, rażąc moje oczy na tyle, że musiałam je zamknąć i oddalić się od miejsca zdarzenia na kilka metrów. Nathiel odrzucił ostrze jak oparzony, wydając z siebie głośne syknięcie bólu, ręką potrząsnął tak, jakby się oparzył i chciał ją ostudzić.
Nóż wylądował na podłodze i momentalnie stracił cały swój blask. Mój pokój na powrót zalał się ciemnością.
Spojrzałam na Nathiela, który skierował na mnie groźne spojrzenie.
– Może jeszcze powiesz, że to moja wina? – prychnęłam, zakładając ręce na piersi.
– Bo twoja, idiotko. Jak często dotykałaś tego noża? – spytał podenerwowanym tonem głosu. Zaczął niespokojnie krążyć po pokoju.
Macałam go dniami i nocami, bo taki mam fetysz. Skoro Nathiel mógł się mieć manię na demony, to dlaczego ja nie mogłam lecieć na noże?!
– Często – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Jestem typem badającego myśliciela. Jeżeli coś mnie zastanawia, będę tego dotykać, będę tego słuchać, będę smakować i to do chwili, gdy w końcu nie znajdę satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Tu nie znalazłam, więc cóż, nóż padł ofiarą moich bezdusznych macanek.
– Pięknie! – wykrzyknął Nathiel, zanosząc się dziwnie brzmiącym śmiechem. Poczochrał  nerwowo swoje i tak już wystarczająco mocno roztrzepane włosy. Niedługo jego głowa będzie wyglądać jak siedlisko nieskoszonej trawy sczerniałej z braku słońca. – Przyzwyczaiłaś do siebie nóż. Uznał cię za swojego właściciela.
Dlaczego się temu nie dziwiłam? Kto by chciał być własnością świra uganiającego się bez opamiętania za demonami? Lepiej zostać ze statyczną Laurą, która krzywdy potworowi nie zrobi (ewentualnie wypali mu gały domestosem).
– Uśmiechasz się? – spytał zirytowany chłopak. Zacisnął pięści tak mocno, że zaczynałam się powoli bać o to, czy przypadkiem mnie nie pobije. Nie byłam przywiązana do swojej twarzy, ale nie chciałabym, żeby była obita i obolała.
– Wiesz co cię teraz czeka?
Zostanę nożownikiem. Na pewno sprawdzę się w tym zawodzie.
– Demony – podsumował Nathiel. – Będą cię ścigać, bo jesteś właścicielką exitialis, a one doskonale wyczuwają ich właścicieli.
– Równie dobrze mogę wyrzucić ten nóż, czyż nie? – spytałam spokojnie. Nie dajmy wyprowadzić się z równowagi, nie takiemu kretynowi.
– Nie! Cholera, nie! – wykrzyknął Nathiel, chwytając się za głowę. Wyglądał teraz na mocno podenerwowanego. – Nawet jak wrzucisz go do wodospadu Niagara z płonącego samolotu, nawet jeśli rozkażesz wielbłądowi w Afryce zeżreć go razem z badylami, nawet jeśli podarujesz go krzywookiemu dziecku w Chinach, które wpieprza ryż, nie, nie pozbędziesz się go!
– Jesteś rasistą – powiedziałam spokojnie.
Nathiel chwycił mnie za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Myślałam, że zacznie mną potrząsać, aż wylecą mi z głowy wszystkie moje ironiczne docinki, ale zamiast tego przybrał poważny i spokojny wyraz twarzy. Trochę mnie to niepokoiło. O ile jeszcze przed chwilą nie zdawałam sobie sprawy z tego, co może nieść ze sobą posiadanie noża łowców, tak teraz pod wpływem niepodobnej do Nathiela powagi, zaczynałam niepokoić się o swoje życie.
– Chcesz jeszcze pożyć?
– Nie mam nic przeciwko.
– To nie pożyjesz zbyt długo mając go ze sobą, rozumiesz? Nóż plus ty równa się śmierć. Proste równanie, jak w podstawówce – syknął. – Nie jesteś łowcą i nie poradzisz sobie z demonami. Jesteś zwykłym człowiekiem o niskiej energii potencjalnej i zginiesz szybciej, niż ci się wydaje.
Na razie nie byłam w stanie trzeźwo patrzeć na tę sytuację. Tkwiłam gdzieś na granicy niepokoju i niedowierzania. Miałam nóż już od jakiegoś czasu i nic mi nie groziło. Miałam szczęście, czy po prostu Nathiel przesadzał z tym umieraniem?
Puścił mnie, ale wciąż patrzył mi w oczy z tym samym, dziwnym wyrazem twarzy. Milczał, jakby czekał na mój ruch.
Co miałam zrobić? Przecież ledwo postawiłam niemowlęcy krok ku temu paranormalnemu światu. Nie wiedziałam jak sobie w nim radzić, a łowcą nie miałam zamiaru zostawać. To nie fucha dla mnie. Byłam całkiem normalna.
– Co mam zrobić? – spytałam z westchnięciem.
– Masz dwa rozwiązania – odezwał się Nathiel. – Popełnić samobójstwo albo znosić mój widok do tego momentu, kiedy nie znajdziemy sposobu na uwolnienie cię od exitialis.
Długo nie musiałam myśleć. Sprawa była dla mnie oczywista.
– Wolę samobójstwo – mruknęłam.
– Proszę bardzo – Nathiel wzruszył obojętnie ramionami. – Chciałem być miły. Chociaż raz chciałem być miły dla jakiejś dziewczyny. – Potrząsnął głową z niedowierzaniem i rozłożył ręce na bok w geście poddania. – Ty tam w niebie, co ślepego zgrywasz! Czemu zsyłasz mi takie problemy? Wolałbym się użerać z piękną, czarnowłosą, długonogą i seksowną kobietą o ciemnej karnacji, a nie ironiczną, małą, mendowatą blondynką o cerze włochatej lamy!
Przewróciłam oczami.
– Przykro mi, że nie jestem twoim ideałem – przerwałam i udałam zamyślenie. – Nie, jednak nie jest mi przykro – uśmiechnęłam się wrednie.
Ponownie usiadłam na krzesło, zakładając nogę na nogę. Grałam pewną siebie, choć gdzieś w środku czułam przemożony strach. Nie, nie mogłam pozwolić na to, aby po moim domu pałętały się demony. Nie chodziło tu tylko i wyłącznie o moje dobro, nie mieszkałam w końcu sama. Martwiłam się o swoją matkę. Chcąc nie chcąc musiałam zaakceptować dosyć bezinteresowną propozycję Nathiela, inaczej mogłabym nie dożyć następnego dnia.
– Zgadzam się na znoszenie twojej obecności, bo chcę jeszcze trochę pożyć – odparłam.
Nathiel zmierzył mnie obojętnym wzrokiem. Wyglądał, jakby oczekiwał, że jednak popełnię samobójstwo. Nie wyszło po jego myśli. Przykro mi, drogi łowco, ale nie jestem desperatką. Wolę się już użerać z tobą, niż ze zgrają demonów.
– Co prawda niechętnie, ale... – przerwał, głośno i ostentacyjnie wzdychając. – Niech będzie. Od dziś będę twoim rycerzem – Nathiel ukłonił mi się z krzywym uśmieszkiem na twarzy. Ta rola wyraźnie mu nie odpowiadała.
W całej tej sytuacji ciekawiła mnie tylko jedna rzecz. Nie miałam skłonności do ukrywania swoich myśli, jeżeli chciałam znać odpowiedź na jakieś pytanie to po prostu je zadawałam.
– Dlaczego po prostu mnie nie zostawisz?
– Bo jesteś bezbronna – padła szybka odpowiedź.
– Chciałeś mnie wcześniej zabić.
– Matko, chciałem to mało powiedziane – mruknął pod nosem. Najwyraźniej myślał, że mój słuch ominie tę frazę. Niedoczekanie.
– Słyszałam.
Chłopak chrząknął znacząco.
– Po prostu... dobra, nie wierzę, że to mówię, ale po części to moja wina, ok? Nie chcę mieć cię na sumieniu.
To on ma sumienie?
Spojrzałam na niego uważnie, próbując się dopatrzeć w jego twarzy jakiegoś fałszu lub kłamstwa, jednak patrzył na mnie ze szczerością. Można było powiedzieć, że zdobył u mnie jednego małego plusa. W sytuacjach kryzysowych potrafił przyznać się do błędu. Oczywiście nie twierdzę, że to wszystko było jego winą. Ja również nie musiałam brać tego cholernego noża z chodnika. Niestety czasu nie da się cofnąć, więc trzeba zaakceptować swoje dziwne wybory.
– Dziękuję – wyrzuciłam z siebie, choć z wielkim trudem. W sumie nawet nie musiałam mu dziękować, ale czyż kultura tego nie wymagała? Bądźmy ludźmi (nie Nathielem).
Łowca, który do tej pory był dziwnie spięty, rozluźnił swoje mięśnie i posłał mi krótki, uroczy uśmiech małego, pięcioletniego chłopca.
– Proszę – zakończył miłym głosem.
Byłam zdziwiona jego nagłą odmianą. Może triumfował? A może ze mnie kpił? Nie mogłam dostrzec jakiegokolwiek fałszu w jego uśmiechu, jakiegokolwiek złego gestu, złego wyrazu. Wszystko wskazywało na to, że był naturalnie szczery, a to zaczynało mnie powoli przerażać.
Nim się obejrzałam, młody łowca siedział już na parapecie trzymając się ramy okna. Ten widok sprawił, że nie powstrzymałam się od przybrania zaskoczonej miny.
– Co ty robisz?
– Idę do domu – odpowiedział Nathiel głosem wyluzowanego nastolatka, który niczym się nie przejmuje.
– Nie wiesz co to są drzwi? – spytałam, próbując ukryć uśmieszek rozbawienia.
– Hmm, pomyślmy. Drzwi to ruchoma, pionowa przegroda, element zamykający otwór w ścianie budynku – uśmiechnął się do mnie wrednie.
– To dlaczego z nich nie korzystasz? – spytałam, unosząc brew do góry. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, z trudem go już powstrzymywałam.
– Drzwi są dla frajerów. Główni bohaterowie zawsze wchodzą i wychodzą z klasą – powiedział rozbawiony, szczerząc swoje idealnie białe zęby.
Machnął mi ręką na pożegnanie i jak gdyby nigdy nic zeskoczył z parapetu.
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Całe szczęście nie mógł już słyszeć mojego chichotu, gdy zamykałam za nim okno. Patrzyłam jak ciemna postać nastolatka umyka gdzieś między krzakami, zupełnie jak ninja, który wypełnia swoją chwalebną misję.
Gdy straciłam go z oczu, zdałam sobie sprawę z tego, że obecność tego niepoprawnego psychopaty pomogła mi zapomnieć o Deanielu. Skupiłam się tylko i wyłącznie na Nathielu, a dokładniej na jego demonicznych opowieściach. Musiałam przyznać, że podczas rozmowy zachowywał się jak w miarę normalny człowiek, co było dla mnie w najwyższym stopniu szokujące.
Cóż, może nie jest takim dupkiem za jakiego go uważałam? Ale to tylko może.

piątek, 14 marca 2014

Rozdział 10 - "Niechciany kłopot"

Nie wiem co sądzić o tym rozdziale. Taki sobie luźny. Planowałam dłuższy, ale w końcu uznałam, że zamiast rozpisywać się na 10 stron, opisując przy okazji demony, łowców i inne pierdoły, rozłożę to na dwa. I was nie zamęczę i siebie nie zamęczę i chłopaka nie zamęczę (od 3 godzin siedzi na podłodze i czyta książkę). Żyć, nie umierać.
Dziękuję Elfikowi za pomoc w szukaniu zdjęć bohaterów! Wciąż szukam. Na razie mam wstawioną na bloga tylko dupę albinosa i jej przyjaciółkę.
Wiadomość dla Abigail: Nie bij za brak akapitów. Zrobiłam je, opublikowałam, a tu akapitów nie ma. WTF?!

POPRAWIONE [23.07.2017 r.]
Tak się patrzyłam do góry na wzmiankę o Abigail i... kurczę, pomyśleć, że do tej pory się kumplujemy i pomaga mi poprawiać te rozdziały! To takie fajne uczucie >D! Fajnym uczuciem jest też powrót do tych wypocin. I pomyśleć, że kiedyś mówiłam sobie: nie będę tego poprawiać.
***
Abonament chwilowo nieosiągalny.
Słysząc w telefonie dobrze mi już znany, denerwujący i monotonny głos już po raz setny tego dnia, miałam ochotę sięgnąć swoimi wirtualnymi rękami przez sieć telefoniczną i udusić po pierwsze osobę, która tej komórki nie odbierała, po drugie tą panią o sztywnym głosie, która nie miała nic więcej do powiedzenia niż tę irytującą i schematyczną formułkę.
Odkąd rozstałam się z Deanielem minęły już cztery dni. Od tamtej pory miał wyłączony telefon, nie przychodził na zajęcia i nie dawał żadnych znaków życia. Mimo ogromnej irytacji, gdzieś w głębi duszy cholernie się o niego martwiłam. Wciąż nachodziły mnie myśli w stylu: a może ktoś go ściga? Może ktoś chce go zabić? Może ten ktoś już go zabił? Może uwięził? A jeśli cierpi? Jeśli czeka na pomoc? A może najzwyczajniej w świecie boi się opowiedzieć mi o swojej mrocznej przeszłości i się ukrywa? W końcu sam przełożył tę rozmowę. Tchórzostwo bardzo pasowało do Deaniela.
Byłam zdziwiona swoim niepokojem. Sama Amy stwierdziła, że wyglądam ostatnio jak wyjątkowo mocno poplątany kłębek nerwów. Domyślała się, że chodzi o Dana. Oczywiście w tym czasie co najmniej z dwadzieścia razy usłyszałam, że się zakochałam. Na szczęście zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Nie czułam potrzeby zaprzeczenia – to wzbudziłoby dodatkowe zainteresowanie mojej przyjaciółki.
 Rzuciłam się na łóżko i zatrzymałam wzrok na oknie. Była pełnia, dlatego w pokoju nie paliło się żadne światło. Blask księżyca był na tyle mocny, że rozświetlał pomieszczenie i nadawał mu niepowtarzalny, mroczny klimat. Zazwyczaj ten widok sprawiał, że czułam się odprężona, dzisiaj wyjątkowo mnie jednak raził. Klimat sprzyjał myślom, myśli zmartwieniom, zmartwienia irytacji i... mogłabym wymieniać w nieskończoność.
Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Chociaż starałam się zająć głowę czymś bardziej ambitnym, jak na przykład zadaniem z matematyki na jutro, nie potrafiłam. To dziwne, nigdy nie zachowywałam się jak osoba z zespołem nadpobudliwości. Nie dość, że nosiło mnie od środka, to jeszcze na zewnątrz – moje nogi odczuły nagłą potrzebę przespacerowania się po pokoju, dlatego tak szybko jak się położyłam, tak szybko wstałam. Czułam, że przyda mi się kubek różanego Earl Greya. Gorący różany napar zawsze łagodził moje nerwy.
Wyszłam z pokoju. Żałowałam, że mojej mamy nie było w domu. Jej opanowanie, uśmiech i słowa z pewnością by mi pomogły i pewnie choć na chwilę zapomniałabym o swoim demonicznym kumplu, nad którego bezpieczeństwem postawiłam wielki znak zapytania. To nic, że z radości zaczęłaby piszczeć i skakać pod sufit jak małe dziecko, powtarzając uparcie to samo co Amy – że się zakochałam. W końcu by przestała, a może i nawet pomogła mi odnaleźć przyjaciela. Wracała jednak dopiero późną nocą, tak więc byłam skazana na własne nieciekawe towarzystwo.
Rozcierając zmarznięte dłonie, weszłam do kuchni i chwyciłam za czajnik. Rutynowo wykonałam wszystkie czynności, które zmierzały do efektu końcowego, jakim była herbata. Potem stanęłam przy blacie i oparłam się o niego tyłem, wystukując niecierpliwie wspartymi o niego dłońmi nierówny rytm. Czas gotowania się wody był tak cholernie długi, że miałam ochotę chwycić to wstrętne dzieło Szatana i cisnąć nim w ścianę.
Ile możesz się gotować, cholerna wodo?
Gdybym miała przed sobą lustro, zapewne spojrzałabym we własne odbicie ze zdziwieniem. Zachowywałam się naprawdę dziwnie. Jakby w moją skórę wszedł ktoś o dwa tony bardziej niespokojny i zirytowany światem niż ja. Czy aż tak mocno zależało mi na Deanielu, że zaczynałam tracić zmysły i swoje odwieczne opanowanie? Byłam pewna, że nic mu nie groziło, po prostu przestraszył się konsekwencji wynikających z opowiedzenia mi o sobie. Istniało też prawdopodobieństwo, że miał coś ważnego do zrobienia lub po prostu chorował. Kto wie, może demony też miały swoje choroby?
Gdy woda w końcu się zagotowała, odczekałam aż temperatura się wyrówna i zalałam kubek z herbatą. Chciałam dodać łyżeczkę cukru, ale moje ręce odmówiły posłuszeństwa i zamiast do gorącego napoju, wysypałam go na blat. Burknęłam coś na temat uciekającej ode mnie sacharozy i posprzątałam po sobie jak grzeczna, słuchająca się rodziców córeczka.
Nie miałam pojęcia co będę teraz robić. Nie chciałam zamęczać się niepotrzebnymi pesymistycznymi myślami. Jak Boga kocham, a nie kocham, pierwszy raz w życiu miałam dosyć własnych myśli.
Lauro, czego ty w końcu chciałaś od życia? Swojej spokojnej, niezmąconej niczym rutyny czy psychodelicznych przygód z demonami? Odpowiedzi na te pytania najwyraźniej musiały poczekać.
Stanęłam w połowie drogi do swojego pokoju z kubkiem herbaty w ręku i wsłuchałam się w oddźwięki dochodzące z góry. Początkowo myślałam, że mam przesłyszenia. Kiedy okazało się, że to nie omamy słuchowe, zapragnęłam zrzucić winę na moją matkę, która mogła wcześniej wrócić do domu, lub na jakiegoś przypadkowego kota przybłędę, który wszedł do mojego pokoju przez okno, ale wątpiłam w to, żeby zwierzak lub Joanne robili taki hałas.
Ktoś czymś rzucał, coś przewracał, ciężko stąpał po panelach, jakby czegoś szukał.
Serce mimowolnie szybciej mi zabiło. Kto by się nie przestraszył? Przecież to mógł być jakiś parszywy złodziej, który szukał w mojej ciemnicy bogactw – niestety, jedyne co się tam znajdowało to pięć dolarów w skarbonce i mnóstwo książek.  
Postanowiłam zaryzykować. Najwyżej skończę jak te wszystkie idiotyczne bohaterki horrorów, które pchają się w sam środek paranormalnych zjawisk i przez swoją głupotę giną. Cóż, przynajmniej umrę piękną, dramatyczną śmiercią niczym z książki. Co mi po życiu do starości, gdzie pod sam jego koniec będę gnić w domu starców i grać z równie starymi dziadkami w bingo. Wolę zostać zadźgana tępym, zardzewiałym nożem i umrzeć na środku swojego pokoju, bohatersko wykrwawiając się na śmierć. Tak, to zdecydowanie bardziej ekscytująca perspektywa.
 Po schodach zaczęłam stąpać cicho i powoli. Jeden schodek, drugi schodek, trzeci i następny, aż w końcu znalazłam się u szczytu piętra przy samych drzwiach do pokoju. Chwyciłam za klamkę i wzięłam głęboki wdech. Nad tym czy nie zostanę dźgnięta nożem albo zastrzelona, zastanawiałam się tylko chwilę, potem pchnęłam delikatnie drzwi – jak na złość głośno zaskrzypiały.
 Opuściłam kubek na podłogę, karmiąc włókna dywanu oceanem Earl Greya. Nie, to nie była reakcja na stojącego po środku mojej ciemnicy kryminalisty. Chodziło o mój pokój, który wyglądał jakby właśnie przeszedł przez niego tajfun. Szok był tak silny, że dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam osobę, która była przyczyną ogromnego zamieszania. Wewnętrznie się zdziwiłam, na zewnątrz nie dałam po sobie poznać, że jej widok mnie rusza.
– Kogo my tu mamy – usłyszałam groźnie brzmiący ton głosu. Jego właściciel założył ręce na piersi – mała, blada złodziejka cennych rzeczy.
– Miłe przywitanie – mruknęłam zirytowana. – Tak się wita właścicieli domu, do którego się wkrada? – prychnęłam.
– Milcz – syknął chłopak.
Nie mogłam pojąć tego, co robił tutaj Nathiel Auvrey – dziki łowca z fetyszem na demony, który jeszcze niedawno ścigał mojego przyjaciela z nożem. To nie było oczywiście jedyne pytanie, na które chciałam znać odpowiedź.
Skąd wiedział, gdzie mieszkam? Skąd wiedział, który pokój jest mój? Jak dostał się tu niezauważony? Chciał mi zrobić krzywdę? Dlaczego siał spustoszenie w moim pokoju i czemu patrzył się na mnie znad przymrużonych powiek, jakby chciał mnie zabić?
Łowca postawił krok w moją stronę. Niewiele czekając, chwyciłam za jedyną broń, którą miałam pod ręką – książkę. Leżała swobodnie na półce i aż prosiła się o użycie.
– Nie podchodź – syknęłam, starając się zabrzmieć możliwie groźnie. – Albo grzecznie stąd wyjdziesz, albo będę zmuszona...
Chłopak parsknął głośnym śmiechem, nie dając mi dokończyć zdania.
– Wezwać policję? Wystarczy, że utworzę szarą barierę i koniec z tobą. Nawet policja ci nie pomoże – uśmiechnął się do mnie wrednie i postawił odważniejszy krok w moją stronę.
Miał rację. Gdy byliśmy u niego w domu jako jedyna z niepowołanych tam osób utknęłam w tej przedziwnej barierze pożerającej wszystkie kolory z otoczenia. Gdybym zadzwoniła na policję, albo zastygliby w bezruchu, albo w ogóle by mnie nie ujrzeli. Nie zamierzałam się jednak dać zastraszyć. Moją znikomą buntowniczość napędzała w tym momencie irytacja, bo niby jakim prawem ten idiota wszedł do tego pokoju bez mojego pozwolenia?
Atłasowe firany zafalowały na delikatnym wietrze. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że okno było otwarte. To dziwne, bo wydawało mi się, że gdy stąd wychodziłam było szczelnie zamknięte. Jak mniemam, Nathiel był małpą, która potrafiła wdrapywać się po ścianach budynku. Zabawne, może zaproszę go na banana do kuchni?
Łowca postawił kolejny krok w moją stronę. Ostrzegałam, że jeżeli się zbliży to tego pożałuje. Książka, którą trzymałam w ręku przeleciała przez pokój i trafiła go rogiem prosto w czoło – potem upadła z cichym łoskotem na podłogę. Już miałam zacząć triumfować, kiedy okazało się, że lada moment mogę zginąć. Tak, przyznaję, to był błąd.
Nathiel przeklął pod nosem, wyjął z kieszeni nóż i zaczął iść w moją stronę z podenerwowaną miną.
Naprawdę zamierzał mnie zabić? Myślałam, że to demony były jego prawdziwymi wrogami i to na ich punkcie miał obsesję! No chyba, że teraz zamiast pulpitu komputerowego z napisem „zabiję wszystkie demony”, widniał napis „zabiję bladą dupę albinosa”.
Nie wiedziałam co zrobić, moje ciało myślało jednak szybciej niż ja i zareagowało na zbliżające się zagrożenie ucieczką. Nathiel nie zamierzał się poddawać – podążał za mną. Po domu niósł się oddźwięk zbiegających po schodach z prędkością światła stóp. 
– Zaraz obetnę ci te blade łapy! – krzyknął za mną mój oprawca.
Bez chwili zastanowienia wpadłam do kuchni i rozglądnęłam się za jakąś bronią nuklearnej zagłady. Niestety nie miałam domestosa ani żadnej innej bomby dezynfekującej pod ręką, za to na blacie spoczywała niedomyta patelnia. Chwyciłam za nią i ukryłam się za stołem. Przybrałam bojową pozę, świadczącą o tym, że nie żartuję i spojrzałam uważnie na rozbawionego Nathiela, stojącego po drugiej stronie stołu.
– No i co, kotleta mi w locie usmażysz? – spytał, zakańczając swoją wypowiedź irytującym parsknięciem śmiechu. Zakręcił nożem na dłoni i wsparł się swobodnie o dzielącą nas drewnianą przestrzeń. Wciąż próbowałam pojąć sytuację, która właśnie miała miejsce. Jeżeli to sen, to bardzo mi się nie udał i będę musiała złożyć wypowiedzenie u mojej wyobraźni.
– Nie rozumiem cię – syknęłam. – Wchodzisz do obcego domu, rozwalasz co popadnie i latasz za mną z nożem bez większego powodu. Matka cię nie kocha?
– Nie mam matki. – Nathiel wzruszył ramionami i uśmiechnął się obojętnie pod nosem. – Rządzę się własnymi zasadami. W moim świecie nie ma ograniczeń. – Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, który przypominał mi prędzej psychodelicznego zabójcę niż zwyczajnego, radosnego nastolatka.
– Mało obchodzi mnie twój punkt widzenia – mruknęłam niechętnie. Wciąż dzierżyłam w ręku obronną patelnię, gotową do ataku. – Może powiesz mi w końcu, co tutaj robisz?
Nathiel sięgnął ręką po banana leżącego w srebrnej misie na stole. Pozbawił go skórki zgrabnym i wprawionym ruchem (zupełnie jakby na co dzień obdzierał ludzi ze skóry), a potem rzucił żółty kubraczek na podłogę. Zaczął go jeść. Moja teoria odnośnie tego, że Nathiel jest małpą najwyraźniej się sprawdziła.
Ten kretyn zachowywał się, jakby był u siebie w domu. Podejrzewałam, że była to jego taktyka zmierzającego do dogłębnego zirytowania mojej osoby.
– Stoję i jem banana – odpowiedział na moje pytanie dopiero po kilku kęsach, zupełnie jakby mu się nie spieszyło. Owoc żuł powoli, cały czas patrząc mi się prosto w oczy. Myślał, że jedzenie przez niego banana mnie jara?
– W życiu nie spotkałam bardziej wkurzającego idioty – burknęłam. Nathiel wzruszył ignorancko ramionami, nie biorąc sobie do serca mojej obelgi. – Dowiem się w końcu co tu robisz? – powtórzyłam pytanie już po raz trzeci, z nadzieją, że w końcu zmuszę go do zdradzenia mi tego kluczowego powodu jego nagłych odwiedzin.
– Nie można jeść z pełną buzią – mruknął niezadowolony łowca, przeżuwając w dosyć niestety czy sposób banana.
– A ponoć rządzisz się własnymi zasadami – prychnęłam, zaciskając mocniej dłoń na rączce patelni. Mój poziom zirytowania wzrósł tak bardzo, że gotowa byłam rzucić tym kuchennym narzędziem przez stół i to prosto w jego łeb. Książka nie pomogła, to może patelnia da radę?
– Wolałbym nie zakrztusić się bananem w twoim domu. Moim marzeniem jest być ściskanym przez seksowną pielęgniareczkę, a nie być kopany z buta przez jakąś bladą dupę albinosa – uśmiechnął się wrednie w moją stronę.
Błagam, powiedzcie mi, że to ostatni raz kiedy go widzę, bo mam go już serdecznie dosyć.
Gdy Nathiel przełknął ostatniego kęsa banana, spojrzał w sufit z udawanym zamyśleniem. Może do teatru za jego ostentacyjne gesty by go nie przyjęli, ale musiałam przyznać, że komediowym aktorem był wspaniałym.
– Ach, tak! Już wiem po co tu przyszedłem. – Znów oparł się dłońmi o stół, pochylając się w moją stronę. Spojrzał na mnie z tym swoim wyjątkowo irytującym uśmiechem na twarzy. Oczy błyszczały mu jak u kota, który groził, że lada moment rzuci się na mnie z pazurami. – Masz coś, co jest moje – powiedział powolnym, dźwięcznym głosem. – Wiesz, normalne dziewczyny wolałaby moje bokserki, ale widzę, że ty masz ostrzejsze zainteresowania.
– Skończ z tymi głupimi gadkami – warknęłam, oczekując że w końcu przejdzie do konkretów.
– Nóż. Chcę swój nóż – syknął przez zęby, wyraźnie już zniecierpliwiony. Jego zachowanie potrafiło zmienić się w przeciągu kilku sekund. Zaczynałam sądzić, że ma rozdwojenie jaźni. – Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, zgubiłem go, a ty wzięłaś go ze sobą.
Byłam lekko zaskoczona. Skąd niby o tym wiedział?
– Skąd to wiem? – spytał z uśmieszkiem, zupełnie jakby czytał mi w myślach. – Poczta pantoflowa.
– Amy – mruknęłam pod nosem. Moja przyjaciółka była jedyną osobą, której opowiedziałam o tym dziwnym spotkaniu. Uwzględniłam w tej historii nóż, który zabrałam ze sobą do domu, aby przypadkiem ten oszołom się po niego nie wrócił i nie zrobił nikomu krzywdy. Amy ostatnimi czasy namiętnie pisała z jego kolegą – Sorathielem. Musiała mu o tym powiedzieć.
– Jesteś domyślna. – Nathiel udał zdziwienie. – A teraz pozwól – przerwał swoją wypowiedź i postawił nogę na krześle – że cię zabiję – zakończył mrocznym głosem, po czym przeskoczył przez stół i rzucił się w moim kierunku.
Odbiegłam kilka metrów dalej i rzuciłam w jego stronę patelnią. Tym razem nie udało mi się go celnie trafić – mój przyszły zabójca chwycił ten metalowy przedmiot kuchenny w górze i to bez trudu. Pod ręką miałam już tylko talerze. Trudno, mama powinna mi to wybaczyć, w końcu jej córka była w niebezpieczeństwie, a tonący brzytwy (talerzy) się chwyta.
Zaczęłam rzucać w swojego przeciwnika porcelaną, którą zgrabnie niczym baletnica omijał. Czułam się, jakbym oglądała jakieś przedstawienie w cyrku, brakowało tylko adekwatnej do sytuacji muzyki.
Gdy skończyła mi się amunicja, powróciliśmy do gonitwy wokół stołu. Moją następną bronią zagłady była wytłaczanka z jajami, której nie zdążyłam schować do lodówki. Bez chwili zastanowienia chwyciłam za kilka jajek i zaczęłam nimi cisnąć w swojego wroga. Jedno wylądowało gdzieś na ścianie, drugie na stole, a trzecie na policzku Nathiela, co tylko dodatkowo go zdenerwowało. Spojrzał na mnie nienawistnie, starł resztki żółtka z obrzydzeniem i ruszył z miejsca tak gwałtownie, jakby właśnie wystartował w maratonie. Zanim uciekłam, chwycił mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę. Nie zdołałam nawet zareagować. Brutalnie posłał moje ciało na podłogę. Kiedy uderzyłam w nią plecami, zabrakło mi tchu – ten przeklęty łowca na pewno nie należał do delikatnych osób.
Nathiel w trybie błyskawicznym usiadł na mnie, chwycił za moje ręce, uwięził je w swoim uścisku i przygniótł je ponad moją głową do podłogi.  W lewej dłoni trzymał nóż, który zawisł nad moją krtanią, grożąc mi krwawym uśmiechem. O dziwo, nie wydałam z siebie żadnego pisku. Chyba byłam w zbyt wielkim szoku, aby to zrobić.
Przez chwilę patrzyłam prosto w przepełnione gniewem oczy Nathiela i zastanawiałam się, czy naprawdę zamierza zrobić mi krzywdę, potem całkowicie znienacka usłyszałam za sobą nowy, dobrze mi znany, kobiecy głos.
– Laura?
Obydwoje spojrzeliśmy w stronę wyjścia z kuchni. W drzwiach stała moja zdziwiona mama.
***
Siedziałam przy stole z miną wyrażającą ogromną niechęć, którą chciałam podzielić się ze światem. Spoglądałam spode łba na cieszącego się, uśmiechniętego Nathiela, który właśnie prowadził żywą rozmowę z moją rodzicielką. Nie skupiałam się na ich dialogu, byłam zajęta własnymi myślami i nerwami. Auvrey co jakiś czas patrzył się na mnie z triumfalnym uśmieszkiem, jakby chciał mi przekazać wiadomość o treści: „wygrałem, blada mendo”. Przyznaję, wygrał. Wkupił się w łaski mojej łatwowiernej mamy i oczarował ją swoim wyglądem oraz wyjątkowo miłym i niecodziennym usposobieniem. Takiej wersji Nathiela Auvreya jeszcze nie znałam. Mogłabym go polubić, gdyby nie fakt, że grał kogoś, kim nie był.
Tym razem mój wzrok padł na matkę, która – mogłam się o to założyć – widziała w Nathielu kandydata na mojego męża.
Dlaczego ludzie wokół mnie byli tacy łatwowierni i ufni? Czy tylko ja widziałam w tłumaczeniu Nathiela o treści: „my tylko robiliśmy kanapki” fałsz? Przepraszam bardzo, ale kto w dzisiejszych czasach powala dziewczynę na podłogę, unieruchamia ją i przystawia jej do gardła nóż z zamiarem zrobienia kanapek?! No chyba, że chciał ze mnie odciąć kawałek szynki na swoje pyszne kanapeczki. Nie byłam świnią, poza tym takim chudym mięsem nikt by się nie najadł. Mogłam jeszcze rozważyć opcję absurdalnego rytuału dzikich murzyńskich plemion, które tańczą wokół ogniska czcząc tłustego wieprza, którego właśnie zabili. Nathiel najwyraźniej miał swój własny rytuał, który potocznie nazywał „robieniem kanapek”. Brakowało tylko wody święconej i krwi dziewicy. Zaraz. Może chodziło o moją krew.
– Jedz i nie martw się Laurą. Ostatnio jest jakaś nieswoja, bo jej kolega nie odpisuje na wiadomości – powiedziała moja matka, podsuwając pod sam nos naszego „honorowego gościa” talerz z gorącymi, słodkimi placuszkami z dodatkiem musu jabłkowego.
Chłopak spojrzał oczarowany na gorącą przekąskę i rzucił się na nią jak wygłodniały wilk. Matko, czy on w ogóle coś dzisiaj jadł? Normalny człowiek nie zachowuje się tak na widok jedzenia.  No chyba, że mieszka w jednym domu z innym leniwym facetem, któremu nie chce się gotować. Nijak pasowało mi to do niedawno poznanego Sorathiela, ale co ja tak naprawdę mogłam o nim wiedzieć? Może był perfekcyjną panią domu tylko jeżeli chodziło o sprzątanie?
Właśnie, sprzątanie. Dziwiło mnie, że moja mama nawet nie przejęła się wyglądem kuchni. Tylko westchnęła nad kilkoma porcelanowymi talerzami. Mogłabym pomyśleć, że Auvrey stanął w mojej obronie, ale jego tłumaczenie o treści: „było trzęsienie ziemi” nie zdołało przekonać mojej mamy, tylko ją rozbawiło. Za karę musiałam posprzątać kuchnię i to bez pomocy mojej rodzicielki czy winowajcy całego zamieszania.
Gdy Nathiel opróżnił już cały talerz, spojrzał na moją mamę z nieskrywanym podziwem i złożył ręce, jakby miał się zacząć modlić o dokładkę. Na szczęście tego nie zrobił. Podejrzewałam, że naoglądał się za dużo japońskich bajek, dlatego uczynił ten gest, po którym pochylił się do przodu w dziękczynnej pozie. Do tego dziwnego rytuał dodał promienny, czarujący uśmiech, który był zwieńczeniem jego przedstawienia wypełnionego taktem lizusa.
– Jest pani najlepszą kucharką na świecie – powiedział, po czym jeszcze raz obdarzył mnie swoim ukradkowym, triumfalnym uśmieszkiem.
– Och, nie przesadzaj. – Joanne zaśmiała się dźwięcznie i machnęła ręką, udając zawstydzenie.
Mamo, on miał siedemnaście lat, a co za tym idzie, był moim rówieśnikiem. Dlaczego reagowałaś na jego fałszywe ubóstwianie jak nastolatka na pierwszego lepszego faceta, który zwróci na nią uwagę? To nie była partia dla ciebie, dla mnie zresztą również.
– Mogłabym poprosić cię na słówko?
Postanowiłam przerwać tę paradę śmieszności. Posłałam w stronę mojego przeciwnika fałszywy uśmiech, który wyglądał jakby połączył w sobie wszystkie najgorsze smaki świata – kwaśną cytrynę, wasabi, papryczki chilli i lukrecję.
– Ależ oczywiście, kochana Lauro – powiedział słodko niczym mała dziewczynka Nathiel, puszczając do mnie uwodzicielskie oczko.
Mama oparła się o stół łokciami i spojrzała na nas rozmarzonym wzrokiem.
Nie, mamo! Nawet o tym nie myśl! Jeszcze chwila i wykopię go z tego domu! Nigdy więcej go tu nie zobaczysz! Nie próbuj nawet przekonywać go do tego, aby tu przychodził! Nie i koniec!
– Pozwoli pani? – spytał dziwnie uwodzicielskim głosem mój nowy „kolega”.
– Oczywiście, oczywiście. – Mama machnęła ręką, jakby chciała się nas pozbyć. Kiedy podnosiłam się z krzesła i ruszyłam w stronę schodów, poczułam jej wzrok na swoich plecach. Pewnie w głowie tworzyła teraz romantyczne obrazy jak w jakiejś pokrętnej i przesłodzonej młodzieżówce. Czasami żałowałam, że moja mama miała tak bujną wyobraźnię.
Na schody wdrapywałam się powoli, oznaczając swoją drogę nerwowymi tupnięciami. Niech ten idiota wie, że nie zamierzam być wobec niego uległa.
– Fajny masz tyłek – usłyszałam za plecami.
Dobrze, cofam to o czym wcześniej pomyślałam. Jednak to nie mamy wzrok czułam na sobie. Pomyliłam też części ciała, z pewnością nie były to plecy. Poczułam lekkie zażenowanie, ale i zdenerwowanie. Aby rzucić taki komplement dziewczynie, trzeba było być naprawdę kompletnym durniem. Może Nathiel był przystojny, ale mózgu to on nie miał.
– Cieszę się – burknęłam podenerwowana, szczerze żałując, że wybrałam dzisiaj taki, a nie inny zestaw ciuchów. Krótkie, obcisłe spodenki opinały moje pośladki, a niebieska koszulka dobrze odznaczała się na moich kościstych biodrach. Nie chodziłam tak po dworze, za to w domu był to mój codzienny zestaw – tu w końcu nikt nie musiał mnie oglądać.
Automatycznie przyspieszyłam. Dzięki temu znalazłam się pod drzwiami mojego pokoju szybciej niż zamierzałam – otworzyłam je z rozmachem i weszłam do środka. Zaraz za mną niczym ucieszona, mała dziewczynka podążał Nathiel. Zanim jeszcze zdołałam dotrzeć do krzesła, gdzie chciałam go usadowić, podbiegł do mojego łóżka i rzucił się na nie plecami. Z westchnięciem ulgi skrzyżował pod głową dłonie i przymknął powieki.
– Jesteś bezczelny – stwierdziłam, siadając na krześle i wpatrując się w niego z pogardą. Wiedziałam, że upomnienia nic nie dadzą, dlatego przeszłam do delikatnej ofensywy.
– Anglii tym nie odkryłaś – uśmiechnął się łowca, spoglądając na mnie kątem oka.
– Ameryki, Kolumbie – poprawiłam go z prychnięciem.
– Niech to i Japonia będzie, mam to gdzieś – prychnął. Po swojej wypowiedzi przeniósł się do pozycji siedzącej. Teraz wyglądał na mniej wyuluzowanego. Nagle przypomniało mu się, po co tu w ogóle przyszedł.
 – Doczekam się swojego noża? – spytał.
– Och, nie zamierzasz mnie już zabić? – zakpiłam, przekręcając głowę w bok. Miałam ochotę na kilka ciętych ripost w stosunku co do Auvreya. Potrzebowałam zemsty za jego zachowanie.
– Nie, na razie nie – odpowiedział obojętnie. – Twoja mama była bardzo miła. Nie chcę jej robić przykrości, chociaż... pewnie i tak by w końcu zrozumiała, że wychowywanie aspołecznej, pyskatej istoty o skórze w kolorze ściany było nieopłacalne – powiedział, kładąc palec na usta, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Z pewnością – mruknęłam pod nosem, nagle tracąc cały zapał związany z wymyślaniem sarkastycznych wypowiedzi, które mogłyby stłamsić jego niepohamowaną energię.
– Więc... dasz mi mój nóż? – spytał z przesłodkim uśmiechem na twarzy.
Twój urok na mnie nie działa, Nathielu Auvrey, nie próbuj mnie oczarować jak moją mamę.
– Pod jednym warunkiem – odpowiedziałam, spoglądając na niego spode łba.
Chłopak spojrzał na mnie z zainteresowaniem. Wyglądał jakby stawianie warunków i targowanie bardzo mu się podobało. Nie dość, że był psycholem to jeszcze masochistą.
– Jakim? – spytał ciekawsko dziecięcym głosem.
Wzięłam głęboki wdech.
Nie wierzyłam, że to robię. Musiałam być naprawdę zdesperowana. Na szczęście nie miałam niczego do stracenia. Odrobina wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda?
– Opowiesz mi wszystko co wiesz o demonach, łowcach i o… Deanielu. Chcę wiedzieć jaki ma związek z tym wszystkim.
Nathiel ułożył się wygodniej i uśmiechnął w istnie zabójczy sposób. Bardzo mu się ta propozycja spodobała. Wiedziałam, że osiągnę swój cel.

– Proszę bardzo, panno Collins.