środa, 22 kwietnia 2015

Rozdział 65 - "Cienie przeszłości"

Miało nie być rozdziału (nawet w niedziele), ale pewnej nocy po prostu zaczęłam pisać *taka tam nagła wena od 2 w nocy do 4 nad ranem* i BANG! Mamy rozdział! Nie wiem czy tym samym nowy pojawi się w niedzielę, ale się o to postaram. 
Wszystkiego najlepszego, Nathiel <3! *tak bardzo przed północą*. Niestety, nie zadedykuję ci tego rozdziału, bo źle się w nim dzieje ohohoho. Bynajmniej w końcu czas na coś mniej nudnego!
***

     - Co teraz zrobimy?
     Zmartwiony głos Amandy poniósł się po pokoju pustym echem.
     Nie miałam odwagi spojrzeć w twarz moim towarzyszom. To, co się działo za oknem, było częściowo moją winą. Przecież mogłam spróbować powstrzymać Gabrielle. Zanim jednak dotarło do mnie jakie konsekwencje niesie ze sobą odzyskanie księgi przez demona i użycie jej w ludzkim świecie, było już za późno.
     - Nie ma Hugha. Kto nas poprowadzi? - spytała raz jeszcze Amanda.
     Andrew spojrzał na nią z ukosa, na chwilę odrywając twarz od okna.
     - Sami musimy to zrobić - odparł bezradnie - Powiadomimy resztę członków organizacji, przeniesiemy się do naszej tymczasowej kryjówki, ustalimy strategię, będziemy działać. Nie możemy pozwolić na taki rozwój sytuacji - westchnął, podchodząc do szuflady Hugha, z której wyjął kilka noży exitialis - Laura, idź po Andi. My zbierzemy potrzebne rzeczy. Spotkamy się na dole - dodał z powagą w głosie.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i bez chwili głębszego zastanowienia, wybiegłam z pokoju. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Miałam nadzieję, że to tylko wyjątkowo realistyczny sen, który minie, gdy zamknę i ponownie otworzę oczy. Wciąż miałam wrażenie, że lada moment obudzę się we własnym łóżku, a słońce oświetli radośnie moją twarz, zmuszając mnie do wstania i ruszenia w kierunku szkoły. Że zjem śniadanie w towarzystwie Hugha, Nathiela i małej Andi, która będzie rzucać się zastawą stołową razem ze swoim tymczasowym bratem, a ja jak zwykle uśmiechnę się na ten widok, udając względnie obojętną i chłodną Laurę, którą grałam przez całe życie. Ta radosna wizja zdawała się oddalać ode mnie coraz bardziej i bardziej. Zupełnie, jakby owe marzenie pękło w odbiciu lustra, ujawniając zgorzkniałą i prawdziwie bezlitosną rzeczywistość.
Moje myśli były w rozsypce. Działałam jak robot, któremu wydaje się proste polecenia do wykonania. Za swoje obecne zadanie przyjęłam obudzenie Andi i sprowadzenie jej na dół. Bez zbędnych wyjaśnień, bez zbędnych strachów. Czułam niezwykłą pustkę wobec zaistniałej sytuacji, wiedziałam jednak, że to kwestia szoku, który przyjdzie do mnie z opóźnieniem. Niestety, nie było teraz czasu na użalanie się i wspominanie starych dobrych czasów za "rządów" Hugha. Już nikt go nie uratuje, odszedł bezpowrotnie, oddając się śmierci z rąk Gabrielle - najokrutniejszej demonicy, jaką kiedykolwiek spotkałam. Mojej osobistej, nocnej zmory.
     Gdy nogi niosły mnie schodami do góry, moim sercem targały przedziwne uczucia. Od skrajnej złości, rozpaczy, po zwykłą, sytuacyjną obojętność. Czułam się, jakbym oszalała i nie mogła znaleźć właściwej odpowiedzi na swój stan. Wiedziałam, że wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby był tu Nathiel, ale przecież zniknął. Jego twarz oddalała się coraz bardziej i bardziej, przyprawiając mnie o coraz większą bezradność. Nie potrafiłam bez niego żyć. Nie, gdy wszystko zaczynało się walić. Gdzie więc jesteś, gdy naprawdę ciebie potrzebuje?
     Do pokoju Andi wparowałam z głośnym trzaskiem. Nie planowałam tak wielkiej gwałtowności, choć wobec obecnej sytuacji nie mogłam się opanować. Po tym co zobaczyłam w pokoju małej, czerwonowłosej demonicy, nareszcie otrzeźwiałam i byłam w stanie działać.
     Przerażające cienie z rozszerzonymi w diabelskim uśmiechu zębiskami i świecącymi w ciemnościach, szmaragdowymi oczami, oblegały cały pokój i wyciągały swoje mordercze szpony w stronę małej demonicy, pogrążonej w niespokojnym śnie. Nie czekałam ani chwili dłużej, bo nie chciałam, aby kolejna osoba zniknęła dziś z mojego życia. Exitialis, które wciąż ściskałam w dłoni, nareszcie ruszyło do akcji. Przecięłam nim w biegu przerażające cienie, które zaczęły uciekać w najciemniejsze kąty pokoju. Światłość wywołana nożem łowców przeraziła je, ale też i rozgniewała, bo jak jakaś istota ludzka śmiała przeszkadzać im w pracy?
      - Andi! - wykrzyknęłam, rzucając się w stronę dziewczynki. Dopiero gdy nią potrząsnęłam, otworzyła zaspane oczka i rozejrzała się wkoło. Na jej twarzy widziałam tylko zmęczenie i zaschnięte łzy. Najwyraźniej spędziła kolejną nockę na rozpaczaniu za swoim obiektem męczarni. Musiała być niezwykle zmęczona, dlatego nie poczuła obecności złych demonów w pokoju.
     Nie czekając ani chwili dłużej na jej otrzeźwienie, chwyciłam ją za dłoń i siłą wyciągnęłam z łóżka. Demony nie będą przecież wiecznie stać w rogu, ich gniew w końcu sięgnie zenitu i zechcą dokonać na mnie zemsty.
     - Co się dzieje? - spytała zaspanym, zdezorientowanym głosem Andi, kierując wzrok ku cieniom. Dopiero ich widok zdołał ją ożywić.
     - Nieważne - mruknęłam w odpowiedzi - Powinnyśmy uciekać.
     Dopiero teraz dziewczynka zaczęła panikować.
     - Przyszli po mnie?! - wykrzyknęła.
     - Nie - odparłam - Przyszli po nas wszystkich.
     Tym o to krótkim dialogiem zakończyłam naszą niezbyt zawiłą konwersację. Andi dała się ciągnąć w milczeniu aż na sam dół organizacji. Czekała tam już Amanda w raz z Andrew. Uzbrojeni w podróżne plecaki z poważnymi minami i nożami dzierżonymi w dłoni.
     Gdy zatrzymałyśmy się na samym dole, przerażona Andi od razu wtuliła się w moje nogi, wbijając w nie swoje małe, diabelskie pazurki. Miałam ochotę syknąć z bólu, ale w tej sytuacji nie byłoby to na miejscu. Nasza mała demonica bała się bardziej, niż nasza trójka razem wzięta. Widziałam w jej oczach wielkie łzy i przerażenie. Ustka nieustannie drżały, zapowiadając falę rozpaczy. Bała się zadać ponownie pytanie o treści: co się dzieje.
     - Słuchajcie teraz uważnie - zaczęła z powagą w głosie Amanda - Naszym zadaniem jest przedarcie się przez skupisko demonów, otaczających naszą organizację i przeniesienie się do jednej z kryjówek Nox. Ja i Andrew oczyścimy wam drogę - mówiła powolnym i wyraźnym głosem, nie spuszczając ze mnie oczu - Spotkamy się w Northem Park. To powinien być dosyć bezpieczny punkt orientacyjny. Jeżeli taki nie będzie, kierujcie się ku Louden Street. Tam powinien czekać już ktoś z Nox. Tu też niebawem przybędzie wsparcie.
     Bez zbędnych słów protestu czy potwierdzenia, kiwnęłam głową. Amanda i Andrew mieli zdecydowanie większy staż w Noxie i to im po śmierci Hugha przypadała rola tymczasowych dowódców. Co prawda bardzo się o nich martwiłam, ale wiedziałam, że wszelkie protesty nic nie dadzą, a tylko opóźnią czas naszej akcji.
     - Uważajcie na siebie - szepnęłam, przytulając dwójkę moich pobratymców, którzy uśmiechali się w moją stronę krzepiąco. Naprawdę bardzo rzadko ukazywałam czułość wobec osób na których mi zależy, wyjątkiem zawsze była moja matka. Ta sytuacja była jednak szczególna. Chciałam się z nimi pożegnać w taki sposób, jakbyśmy mieli się więcej nie zobaczyć. Nie wiemy przecież co nas czeka. Być może to nie oni polegną w misji, tylko ja, byłam w końcu jednym z najsłabszych ogniw tej organizacji.
     - Powodzenia - powiedział Andrew, uśmiechając się w moim kierunku. Chwilę potem chwycił za klamkę i powolnym ruchem otworzył drzwi. Nim jednak całkowicie się rozwarły, do środka zaczęła napływać masa cieni, przez które ciężko było się przedostać.
     - Ruszajcie! - wykrzyknęła stanowczo Amanda, próbując oczyścić nam drogę. Ja sama, trzymając mocno za dłoń małej Andi, starałam się ciąć na oślep exitialis. Najwyraźniej dało to jakiś skutek, gdyż obydwie znalazłyśmy się w niedługim czasie na zewnątrz.
     Widok, który ujrzałam, pomimo twardego postanowienia ucieczki, wrył mnie w ziemię. Nie spodziewałam się bowiem, że demony tak szybko przejdą do penetracji otoczenia. Już teraz pobliski park był pozbawiony drzew i roślin - powyrywane i połamane leżały na ziemi, niczym polegli na wojnie ludzie. Okoliczne domy miały potłuczone szyby, zaparkowane nieopodal auta wyły zgodnie, zupełnie jakby ktoś dokonał zbiorowego włamania, śmietniki walały się po ulicy ze swoją mierną zwartością, w oddali słychać było ludzkie okrzyki przerażenia. Ten widok przypominał mi jedną z apokaliptycznych scen zagłady. Bałam się, że przybycie demonów z otchłani, mogło oznaczać podobny koniec.
     Z otępienia wybudził mnie głośny płacz Andi, która zakryła dłonią twarz.
     - Chcę do Nathiela! - zawyła - Dlaczego nie ma tu mojego Nathiela?
     Słysząc to, poczułam nagłą złość i równoczesną rozpacz. Andi po raz pierwszy przyznała się otwarcie, że żywi do tego niezrównoważonego demona jakieś ludzkie uczucia, które nie są nienawiścią. Szczerze ją rozumiałam i wiedziałam, że gdy Auvrey postanowi pojawić się wreszcie przy nas, gorzko pożałuje swojego zniknięcia. W końcu to przy nim czułyśmy się najbezpieczniej.
     - Musimy uciekać, Andi - powiedziałam stanowczo, ciągnąc za sobą dziewczynkę, która próbowała zapierać się nogami o podłoże. Wciąż płakała i zawodziła, mówiąc niezrozumiałe dla mnie słowa. W końcu jednak poddała się mojej woli i zaczęła ze mną współpracować. Razem podjęłyśmy walkę o przetrwanie.
     Wymachując exitialis na prawo i lewo, starałam się przedrzeć przez szaleńcze wiry demonów, które coraz gęściej nas otaczały. Ze zdziwieniem musiałam przyznać, że niezbyt mocno interesowały się naszymi osobami. Raczej skupiły się na Amandzie i Andrew, którzy wciąż stali przy organizacji i starali się bronić. Wiedziałam co było przyczyną ich nagłego zainteresowania. Ogień. Sorathiel kiedyś dokładnie mi to wytłumaczył. Cieniste demony od zalania dziejów były w konflikcie z drugą, najgorszą rasą Reverentii - demonami ognia. Stąd też ich nienawiść do owego żywiołu. Był idealnym lepem na bezmózgie cienie. Trochę gorzej przedstawiała się sytuacja z ludzkimi demonami, o dziwo jednak żadnego nie widziałam na horyzoncie. Może to i lepiej? O wiele większy problem miałybyśmy z przedostaniem się i ocaleniem przed takimi właśnie typami zła. W przeciwieństwie do bezkształtnych cieni lub cienistych potworów o określonym kształcie, ludzkie demony posiadały rozum, którym kierowała zawsze nienawiść. Musimy też pamiętać o tym, że istoty wyrwane z otchłani są nią przepełnione w jeszcze większym stopniu, niż za życia. Otchłań można było porównać do prawdziwego siedliska zła lub przyrównać do samego piekła. Nikt nie wiedział co tam się znajduje, ale wszyscy wiedzieli czym skutkował powrót z tamtych stron.
     Wśród okrzyków i płaczu Andi, oraz nieludzkich chichotów i jęków, zdołałam się przedostać na drugą stronę ulicy, gdzie była już niewielka, sporadyczna wręcz ilość demonów. Obok nich przebiegłyśmy bez problemu. Nie wiem czym było spowodowane ich otępienie, nie chciałam tego jednak rozważać w obecnej sytuacji. Powinnam dziękować wszelakim siłom niebieskim, że dane było mi uciec. Teraz szczerze trzymałam kciuki za moich towarzyszy.
     - Nie płacz już, Andi - powiedziałam głośno, lekko uspokajając swoje rozkołatane serce. Może nie był to jeszcze czas na triumf, ale połowę sukcesu zdołałyśmy już osiągnąć - Northem Park znajduje się całkiem niedaleko.
     - Wiem - jęknęła demonica - Nathiel kupował mi tam lody czekoladowe!
     Uśmiechnęłam się na wspomniane przez małą Andi lody. Znajdująca się tam latem budka, przyciągała chmarę ludzi. To tam po raz pierwszy Auvrey zaprosił mnie na przechadzkę. Pamiętam, że zakończyła się ona szaleńczą jazdą czarnym BMW i ucieczką w pole, gdzie mało nie zostałam pocałowana przez szmaragdowookiego demona. Byłam wręcz zszokowana tym, że w takich chwilach trzymają się mnie przekornie miłe wspomnienia. Było ze mną naprawdę źle.
     - Jeszcze chwila i będziemy bezpieczne - powiedziałam, spoglądając w tył na czerwonowłosą, przerażoną dziewczynkę. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek przypominała mi ludzką, niewinną istotę, jakim było dziecko.
     Demonica kiwnęła głową bez przekonania. Widziałam w jej oczach nikły cień zaufania i nadziei, a skoro ona wierzyła, ja też musiałam uwierzyć. Z Nathielem czy bez, poradzimy sobie. Obydwie musimy przeżyć.
     Minęłyśmy kolejną, pustą alejkę. Wszystko wskazywało więc na to, że nie będziemy miały problemów z przedostaniem się do Northem Park. Im dalej, tym mniej było demonów. Wszystkie zdawały się skupić wokół organizacji, co musiało być jednym z zabójczych planów Gabrielle. Pytanie co planowała na drugie danie? Znając życie, nie będzie to nic miłego. Bałam się, że świat w niedługim czasie może pogrążyć się w otchłani zagłady, a wtedy demony już nikomu nie będą obce i na zawsze pozostaną w ludzkim umyśle. Ta wizja niezbyt mnie cieszyła. Wolałam, gdy nasza organizacja działa pod utajoną postacią, a ludzie żyli w cudownej nieświadomości, że w każdej chwili jakaś demoniczna pokraka może wkraść się do ich cienia. Działaliśmy po kryjomu, nie będąc popularni i nikt z nas nie chciał tego zmieniać. Po co na siłę ma z nas ktoś robić heroicznych bohaterów? Cicha pomoc jest sto razy wygodniejsza i bardziej praktyczna.
     - Na miejscu - szepnęłam, stając zdyszana na środku parku, pogrążonego w nocnej nostalgii. Od razu puściłam dłoń Andi, która rzuciła się w trawę i zaczęła spoglądać zmęczona w niebo. Jej mina mówiła tylko jedno: mam dosyć.
     Uśmiechnęłam się lekko, nie mogąc pozbyć się uczucia lekkiego triumfu. Dotarcie tutaj nie było trudnym zadaniem tylko i ze względu na pomoc Amandy oraz Andrew. Musieli przezywać teraz prawdziwe katorgi. Miałam nadzieję, że ludzie z Nox szybko dotrą na miejsce i wesprą ich w walce. Targała mną nieodparta chęć wrócenia do organizacji, nie chciałam jednak zostawiać Andi samej sobie. Moi zwierzchnicy nie byliby zbytnio zadowoleni. Rozkaz w Noxie to twardy rozkaz.
     Zmęczona usiadłam na trawie i podobnie jak Andi spojrzałam w nocne, spokojne niebo usiane gwiazdami. Tylko ono zdawało się nie przejmować dzisiejszymi wydarzeniami. Zupełnie, jakby za nic miało ludzką walkę z wiatrakami. Gwiazdy wpatrywały się chłodno w nasze twarze, pozostając niewzruszone. Czasami miałam wrażenie, że idealnie wpasowałabym się w ten nocny krajobraz. Równie chłodna i obojętna jak gwiazdy.
     - Laura - usłyszałam niepewny głos małej demonicy.
     Spojrzałam w jej kierunku i pierwsze co napotkałam to jej niepewne, lekko przerażone spojrzenie skierowane ku trawie. Przez moment nie miałam pojęcia o co jej chodzi, gdy jednak poczułam na własnej skórze niemiłe, łaskoczące uczucie nagłego zniewolenia, zorientowałam się, co ma właśnie miejsce. Użycie magii i to nie byle jakiej.
     Z prędkością wiatru wyrwałam dłoń z wciąż słabego uścisku korzeni, oplatających moje nadgarstki. Andi zrobiła to samo, od razu zrywając się do góry. Ja także nie mogłam bezczynnie siedzieć.
     Dookoła zaczęły dziać się naprawdę dziwnie rzeczy. Pobliskie drzewa poczęły zarastać ciemnym bluszczem, który zdawał się wysysać z nich całe życie, letnie kwiaty z pobliskich rabat zaczęły czernieć i usychać, a trawa znikać, jakby została spalona przez niewidzialny ogień. Spod ziemi w powolnym tempie, wychodziły powykrzywiane, przedziwne korzenie, które starały się opleść wszystko, co stawało na ich drodze. Z trudem odskakiwałam od kolejnych, morderczych macek ziemi, które chciały pochwycić moje stopy. Podobnie, choć z jeszcze większym przerażeniem, reagowała na to zjawisko Andi. Odskakiwała jak oparzona od każdego, najmniejszego korzonka. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i Northem Park zamieni się w mroczną strefę dżungli.
     Teraz już pamiętałam. Magia ziemi. Już raz byłam świadkiem jej wykorzystania, ta wersja jej użycia w przeciwieństwie do poprzedniej, była jednak przepełniona bezwzględnym mrokiem. Zupełnie jakby czyste zło prosto z piekła wpełzało powoli na granice tego parku. W powietrzu czuć było przytłaczającą atmosferę gorąca i smród gnijących roślin. Na pewno ten widok nie należał do zbyt miłych.
     - Powinnyśmy uciekać, nim staniemy się częścią dżungli - powiedziałam stanowczo, chwytając Andi za dłoń. Mała dziewczynka kiwnęła przerażona głową.
     Już miałam się zwrócić w stronę drogi prowadzającej ku wcześniej opisanej Louden Street, gdy nagle usłyszałam cichy, obco brzmiący chichot. Moje serce stanęło na chwilę w miejscu. Magia ziemi przestała działać, choć korzenie wyrastające z ziemi wciąż ruszały się w dzikim, powolnym tańcu, gotowe nawet zabić. To właśnie wtedy dostrzegłam męską sylwetkę, wspierającą się o ławkę. Mężczyzna stał tyłem do nas. Oprócz jego postury nie widziałyśmy niczego szczególnego. Miałam wrażenie, że ów mężczyzna wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo.
     - Ile to już czasu minęło? - usłyszałyśmy.
     Spojrzałam zdezorientowana na Andi, która wyglądała na równie zaskoczoną co ja.
     - Kilka miesięcy, pół roku, rok, a może nawet cała wieczność?
     Męski, przerażająco mroczny głos niósł się po okolicy pustym echem. Byłam pewna, że mężczyzna nie ma dobrych intencji.
     - Zapomniany, ze złamanym sercem, heroiczny w pamięci tylko jednej osoby - wymieniał powolnym głosem osobnik - Żyjący w otchłani, przepełniony nienawiścią do świata.
     Właściciel przerażającego tonu oderwał się od ławki, przeciągnął leniwie i powolnie, następnie w teatralnie dramatyczny sposób, zaczął odwracać się w naszą stronę.
     - Nie pamiętasz mnie, Lauro? - usłyszałam.
     Dopiero gdy spojrzałam w dobrze mi znane, orzechowe tęczówki, zrozumiałam z kim mam do czynienia. Ten fakt pozbawił mnie władzy w nogach i powalił na kolana. Otworzyłam usta, pragnąc coś wymówić, byłam jednak w zbyt wielkim szoku.
     - Tak - zaczął władczym tonem głosu osobnik - Oczy cię nie mylą - zaśmiał się, rozkładając ręce na bok - To ja, twój stary, dobry przyjaciel, który oddał za ciebie życie i został strącony do otchłani.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, czując zbierające się w oczach łzy, bo o to przede mną stał nie kto inny, jak sam Deaniel Matthers. Przepełniony po brzegi nienawiścią demon, pozbawiony swojej dawnej dobroci.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 64 - "Śmierć czai się za rogiem"

Krótki rozdział, pełen rozważań. No i w końcu zaczyna się jatka! A Nathiela dalej nie ma huehue. Ogólnie to ostatni rozdział z tych, które mam na plusie ;___; nie mam kiedy pisać. Teraz cisnę 12-nastki w pracy, staram się uczyć do rozszerzeń i zajmuję się one shotem do antologii, tak więc nie obiecuję, że następny rozdział pojawi się szybko. Ogólnie ten jest jakiś zdechły ;___;
A 22 kwietnia Nathiel obchodzi urodziny, więc już teraz życzę mu wszystkiego najlepszego >D!
***

     Minął już tydzień. Pełny tydzień odkąd Nathiel zniknął z organizacji. Mimo wielu ciężkich i długich poszukiwań do których z czasem dołączyła się większość członków Nox, nie udało nam się go odnaleźć. Wydawało się, że wsiąknął w ziemię. Nie było po nim nawet śladu. Z każdym następnym dniem, traciliśmy nadzieję. Nadzieję na to, że się odnajdzie, nadzieje na to, że kiedyś znów będzie przy nas, nadzieję na to, że jakakolwiek misja zyska symbol ukończenia. Wydawało się, że ten roztrzepany demoniczny łowca, zabrał ze sobą całe, cenne szczęście. Od jego zniknięcia, zupełnie nic nam nie wychodziło. W ostatnich dniach nie wykonaliśmy dobrze żadnej misji. Do tego kilka osób zostało rannych. Rozpaczliwie szukaliśmy odpowiedzi na ostatnie, okrutne dzieje, ja jednak domyślałam się w czym rzecz. Nie miał nas kto motywować, zmuszać do walki, nawoływać do uśmiechania się i cieszenia z życia. W raz ze zniknięciem Nathiela, zniknęła wszelka radość.
     Hugh zdołał zmienić swoje nastawienie. Nie grał już nieczułego starucha, któremu zależy tylko na misjach. Gdy ktokolwiek wspominał o Auvreyu, nie zmieniał już tematu. Siedział, wpatrując się w pustą przestrzeń, a jego oczy mówiły o tęsknocie. Nie dziwiłam mu się. Nathiel był dla niego prawie jak syn. Wychował go i troszczył się o niego, a przecież każdy ojciec mimo złości, wciąż kocha swoje dzieci, prawda? Na pewno musiał żałować swojego czynu. Z drugiej strony sama uważałam, że to dla Nathiela odpowiednia nauczka. Wyrzucenie z organizacji z pewnością lekko podcięło jego skrzydła wolności i zmniejszyło jego pewność siebie. Czy jednak nie w zbyt wielkim stopniu? Miałam nadzieję, że w końcu wróci i dalej będzie tym samym Nathielem, co zawsze. Głupkowatym narcyzem uważającym się za bóstwo. Uśmiechniętym idiotą, uważającym, że każda dziewczyna na świecie jest jego. Rozszalałym kretynem, broniącym ludzi za cenę własnego życia.
     Cicho wzdychając, spojrzałam w rozgwieżdżone niebo. Ostatnimi razy polubiłam nocne przesiadywanie na parapecie w pokoju. Miałam stąd idealne widoki na ludzi, na przyrodę, a także na niebo. To było moje miejsce do rozmyśleń, dlatego obowiązkowo, zawsze musiałam trzymać w rękach kubek z różaną herbatą. Nie od niedawna wiadomo, że najlepszym towarzyszem fizycznego odpoczynku jest właśnie gorący napar Bogów. Nigdy nie rozumiałam Nathiela, który z oburzeniem patrzył na to jak trzymam w dłoniach filiżankę z herbatą. On zawsze uważał, że potęgą wszystkich napojów jest kawa. Wydawało mi się jednak, że nieszczególnie mu służyła. Wystarczył jej jeden kubek, aby dostał większego świra, niż miał zwykle. Nathiel tak naprawdę nie potrzebował żadnych środków pobudzających. Energię czerpał z powietrza. Czasem mu tego zazdrościłam.
     Jęknęłam bezradnie, gdy zorientowałam się, że po raz kolejny tego dnia, myślę o Auvreyu. Teraz każdy temat w myślach sprowadzał się do niego. Nie mogłam wręcz przestać o nim myśleć. Czy aż tak za nim tęskniłam i nie mogłam znieść jego braku? Przecież jeszcze niedawno narzekałam na jego głupotę i życzyłam mu podróży do psychiatryka, a teraz? Moje myśli na jego temat były kompletnie pozbawione ironii. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Po głowie wciąż chodziła mi ostrzegawcza myśl, wypowiedziana przez Carissę: "Miłość właśnie tak wygląda". A co, jeśli naprawdę zaczynałam coś czuć do Nathiela? Co, jeśli już dawno coś do niego czułam, a tylko chroniłam swoje myśli przed tą przerażającą opcją? A może Auvrey miał racje? Może ja nie tylko bałam się, że ktoś się we mnie zakocha, ale sama bałam się tego zrobić? Miłość jawiła się dla mnie w przerażający sposób. Bałam się do kogoś przywiązać. Zazwyczaj, gdy to robiłam, szybko żegnałam się z cenną dla mnie osobą. Poza tym nie mogłam sobie wyobrazić siebie w typowo romantycznych relacjach. Czasami miałam wrażenie, że nie posiadałam żadnych uczuć. Nigdy nie myślałam o pocałunkach w taki sposób jak inne nastolatki. Nigdy nie chciałam być całowana. Nie myślałam też o ślubie, o mężu, o dzieciach. To wszystko wydawało się dla mnie tak bardzo odległe. Czułam się tak, jakbym nawet nie miała prawa o tym myśleć, jakbym nie miała prawa się zakochać. Bo przecież jestem tylko i wyłącznie chłodną Laurą Collins, stojącą zawsze z boku. Jestem obserwatorem, nie uczestnikiem. Boję się pisać własną historię. Nie wiem skąd u mnie takie nastawienie. Być może zapoczątkował to we mnie mój przybrany ojciec, który na każdym kroku starał się mi udowodnić, że miłość nie istnieje, szczególnie dla kogoś takiego jak ja. Może to wina dzieciaków, które odpychały mnie, uznając za dziwaka, którego nikt nie potrzebuje. Z drugiej strony, istniała przecież Joanne, która mnie kochała, a ja darzyłam ją tym samym uczuciem. Dlaczego więc nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, że kocham kogoś takiego jak Nathiel, skoro to uczucie było mi znane? Wiem, miłość do matki, a miłość do chłopaka jest czymś zupełnie odmiennym, ale... czy aby na pewno aż tak od siebie różnym?
     Westchnęłam, opierając głowę na swoich skulonych kolanach. Miałam dosyć tych egzystencjalnych rozważań. Pierwszy raz w swoim życiu miałam ochotę przestać myśleć i po prostu oddać się pustemu lewitowaniu w ciemnościach. Z moim umysłem nie było to jednak możliwe. Nawet kierowanie swoich myśli na inny tor nie dawało dobrych efektów. Każda rzecz była bowiem powiązana z Nathielem. Wspomnienie Reverentii? Nathiel. Misje w Nox? Nathiel. Spotkania z Calanthe? Nathiel. Moja głowa już dawno powinna eksplodować od nagromadzenia jego twarzy w umyśle.
     Po moich plecach przebiegły nieprzyjemne dreszcze. Uznałam więc, że to koniec dzisiejszego przesiadywania na parapecie. Powoli robiło się chłodno. Odkładając na biurko kubek z herbatą, zamknęłam okno i przeciągnęłam się ospale. Jutro czeka mnie szkoła. Muszę być w pełni wypoczęta. Czas się kłaść, zamykać oczy i zmuszać swój umysł do myślowej przerwy. Z takim oto nastawieniem, sięgnęłam do komody po swoją piżamę. I pewnie gdyby nie podejrzany trzask dobiegający z dołu, za pewne już bym leżała w swoim łóżku i układała się do snu. Powoli dochodziła północ. Zazwyczaj o tej porze nikt nie przebywał na dole. Hugh zawsze czytał do późna w swoim pokoju, Andi już dawno spała, Andrew, który również mieszkał w siedzibie i zajmował pokój obok mnie, pewnie przesiadywał teraz w łazience, a Amanda gasiła właśnie światło. A jeśli to był jakiś nieproszony gość?
     Wstrzymując na chwilę dech, przysłuchałam się uważniej dźwiękom dochodzących z dołu. Poza tym jednym, jedynym, głośniejszym trzaskiem, nic już jednak nie usłyszałam. Nie. Nie mogłam pozbyć się odczucia, że coś może być nie tak. Mój umysł nakazywał mi to sprawdzić. W końcu to jeden z obowiązków łowcy. Dbać o bezpieczeństwo swoich towarzyszy.
     Biorąc głęboki wdech i wydech, sięgnęłam po exitialis odpoczywające w szufladzie biurka. Powolnym i cichym krokiem, zaczęłam kierować się do drzwi, a potem w stronę schodów. Starałam się, aby każdy mój krok był cichy i nie wzbudzał podejrzeń. Serce jak zwykle w takich chwilach biło jak oszalałe. Umysł zajmowała tylko jedna myśl: odszukać niebezpieczeństwo. Bałam się, naprawdę się bałam, ale wiedziałam, ze takie sprawdzenie to konieczność. Wkrótce znalazłam się na samym dole. Podłoga pod moim ciężarem zaskrzypiała cicho. Ciemność ogarniająca pokój obrad wcale mnie nie pocieszała. Chciałam jak najszybciej rozświetlić ją i uspokoić swoje zmysły. Dłonią sięgnęłam po włącznik światła.
     - Laura, kopę lat - usłyszałam, gdy światło rozjaśniło przerażający mrok.
     Na moment zabrakło mi powietrza. Przede mną, na stole, ze złożonymi elegancko nogami, siedział nie kto inny jak Gabrielle. Jej twarz wykrzywiała się w diabelskim uśmiechu, szmaragdowe oczy świeciły nienawiścią mocniej, niż zwykle, z twarzy promieniował wręcz bezczelny wyraz. Nawet jej ubiór był bardziej wyzywający, niż zwykle. Przykrótka czarna, skórzana bluzka, odsłaniająca brzuch, przykrótkie spodenki z tego samego materiału i długie czarne buty po same kolana. Tylko jedna rzecz była zmieniona. W ręku nie dzierżyła swojego groźnego lassa, a... księgę. I to dobrze znaną mi księgę. To była kolejna rzecz, która tego dnia przyprawiła mnie o palpitacje serca. Księga Tenebris. Rzecz, dzięki której znalazłam się w tej organizacji. Cofając się do samego początku moich demonicznych dziejów: w dniu, w którym poznałam Nathiela, zderzając się z nim na środku chodnika, gonił przerażonego Deaniela. Chciał go zabić za wkradnięcie się do organizacji Nox i położenie rąk na owej tajemniczej księdze, która miała mu pomóc w odzyskaniu ojca. Od Nathiela niewiele dowiedziałam się na temat samego jej istnienia. Dla niego to była po prostu jakaś książka przetrzymywana przez Nox, dzięki której można otworzyć otchłań, przywoływać demony i inne takie. Jej tematyka w ogóle go nie interesowała, za to mnie od razu zaintrygowała. Więcej na jej temat postanowiłam dowiedzieć się od Sorathiela. Księga Tenebris była dosyć niebezpieczną własnością demonów. W ich świecie była zbędna, ale w naszym świecie była prawdziwą bronią przeciwko ludzkości. Z jej pomocą można było otworzyć nawet otchłań, gdzie trafiały wszystkie nieposłuszne demony. Zawierała też wiele zaklęć, opisów demonów, ich krainy, mocy i innych. Tak naprawdę nikt z nas nie wiedział kiedy i jak znalazła się w naszej organizacji. Musiała tu jednak przebywać bardzo długo. Hugh na temat jej pojawienia się, potrafił powiedzieć tylko tyle, że kiedyś któryś z członków organizacji odbił ją z rąk demonów, jednak nic więcej. Księga po prostu była. Tak naprawdę tylko raz widziałam ją na własne oczy. Musiała być niezwykle dobrze ukryta, jednak nie tak dobrze jak się zdaje, w końcu Gabrielle trzyma ją w swoich dłoniach.
     Przypatrując się jej bezczelnemu wyrazowi twarzy, nie byłam w stanie nawet drgnąć. Wciąż tkwiłam w tym samym miejscu i pozie, próbując rozszyfrować jej zamiary.
     - Zatkało? - zaśmiała się, zeskakując ze stołu.
     Księgę, która wcześniej była otwarta, zamknęła z głośnym puknięciem i włożyła pod ramię.
     - Tak mi przykro, niestety dłużej tu nie pobędę, mam do załatwienia inną misję - zaczęła głosem wyższości, spoglądając na mnie z góry - Ale nie martw się, niedługo się spotkamy - zakończyła z głośnym śmiechem. Nim się zorientowałam, zaczęła biec w stronę drzwi. Moją jedyną właściwą reakcją na tą sytuacje, było wyjęcie noża z kieszeni i rzucenie nim w jej stronę. Nie zdążyłam jednak zrobić jej krzywdy. Gabrielle rozpłynęła się w oparach ciemnego dymu, pozostawiając po sobie tylko głuchy śmiech.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Jeżeli demony odzyskały księgę to oznacza to poważne kłopoty.
     - Laura? Co się dzieje? - dosłyszałam z góry zaspany, kobiecy głos. Spojrzałam na sam szczyt schodów, gdzie w długiej koszuli nocnej, z zaspaną miną stała Amanda.
     - Księga - tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
     Kobieta zamrugała kilka razy oczami. Z każdym momentem wydawała się być coraz bardziej przerażona. Gdy ona zaczęła zbiegać po schodach na sam dół, z pokoju wyszedł zdezorientowany Andrew. Oczywiście zadał to samo pytanie. Tym razem skinęłam jednak tylko głową w stronę Amandy, która mijała mnie na dole i z wielkim rozmachem wpadła do pokoju Hugha. Przez myśl mi przeszło, że księga mogła znajdować się właśnie w jego pokoju. Ten fakt wzbudziła we mnie strach.       Natychmiastowo odzyskałam władzę w nogach i pognałam w stronę pokoju naszego szefa. Nie musiałam zgadywać co się stało. Po nagłym okrzyku wydobywającym się z gardła Amandy, mogłam wywnioskować, że stało się coś nieprzewidzianego w skutki.
     Stanęłam w progu pokoju, a pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogromny nieporządek. Rozwalone półki z książkami, obdarty fotel, powywracane meble, powyrywane firanki i... krew.
     - Hugh! - wyrwało się z ust Amandy.
     Chwilę potem dołączył do nas Andrew. Obydwoje klękając na podłodze zasłonili mi widok na szefa organizacji. Jedyne co mogłam wywnioskować to to, że musiał być ranny albo w najgorszym wypadku...
     - Hugh nie żyje.
     Starsza kobieta spojrzała na mnie w tył z zapłakanymi oczami, odsłaniając skrawek miejsca zbrodni. Gdy zobaczyłam nóż wbity prosto w serce spokojnego staruszka, już wiedziałam, ze nie ma dla niego ratunku. Świat zawirował mi przed oczami i tylko bliskość szafki stojącej przy drzwiach, zdołała uratować mnie przed niechybnym upadkiem. Byłam w szoku i to nie z powodu ogromnej ilości krwi i widoku zabitej osoby - takie sytuacje zdarzało mi się przez ostatni rok oglądać dosyć często. Byłam w szoku, bo właśnie jedna z osób zespalająca całą organizacje, najlepszy strateg jaki kiedykolwiek istniał, główny przewodzący, opuścił ten świat. Doskonale wiedziałam czyja to sprawka. Byłam jednak pewna, że Hugh nie poddawał się bez walki. Świadczył o tym obecny stan pokoju. Jak jednak miał poradzić sobie mężczyzna w podeszłym wieku, który już sam niezbyt często uczestniczył w misjach ze względu na brak sił? Jak miał sobie poradzić z bezwzględną demonicą?
     W moich oczach szybko pojawiły się łzy. Patrząc na uśmierconego Hugha, wciąż kręciłam głową z niedowierzaniem. Wszystko co mówili do mnie Amanda i Andrew, umykało mi gdzieś. Nie byłam w stanie wyróżnić żadnego słowa. Nie byłam w stanie, dopóki nie dosłyszałam potężnych trzasków dobiegających z dworu. Nim zdołałam się obudzić i otrząsnąć całkowicie z szoku, dwójka członków Nox już biegła w stronę okna. Nie wiedziałam co się dzieje. Słyszałam coraz więcej głośnych trzasków, przerażających, nieludzkich śmiechów i okrzyków. Przez głowy przyklejone do szyby dostrzegałam tylko szybko przemykające się między drzewami cienie. Już samo to wzbudziło we mnie ogromny niepokój. Podejrzewałam najgorsze: użycie księgi przez Gabrielle.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział 63 - "Koniec jest bliski"

BANG! Przez dosyć długi czas nie będzie Nathiela, płakajmy wszyscy ;___;
Dzisiejszy rozdział nie zawiera praktycznie żadnych dialogów. Jest raczej takim wspomnieniowo-przemyśleniowym, rozważania Laury i takie tam. "Koniec jest bliski" mówi sam za siebie. Za niedługo będzie balanga z demonami, dramaty, śmierć, walki i inne pierdoły. Zaczynam się bać, że trochę to zrąbię ;____; w zanadrzu mam jeszcze jeden rozdział, a więc pewnie wieczorną niedzielę spędzę na ich nadrabianiu. Dziękuję za wszystkie ostatnie komentarze <3 była was aż dziesiątka! Jesteście kochani! Łiiiii!
***

     - Gdzie idziesz?
     Mała, czerwonowłosa główka wynurzyła się z pokoju obrad, przerywając moje przygotowywanie się do wyjścia. Widziałam tylko pół jej twarzy, to mi jednak wystarczyło, aby stwierdzić jak bardzo smutna i przygnębiona jest w tym momencie. Była taka już od kilku dni. Jej dotychczas uśmiechnięte i roześmiane ustka, które wypowiadały przeróżne, zabawne obelgi, teraz wiecznie skierowane były ku dołowi. Jej szmaragdowe oczy przepełnione tajemniczymi błyskami, patrzyły przed siebie pusto, wyrażając ból, jaki w sobie miała. Nawet jej dwa, wiecznie sterczące po bokach kucyki, zmieniły się w oklapłe, przydługie, roztrzepane włosy, sięgające do samego pasa. Teraz bardziej, niż kiedykolwiek przypominała mi udręczone, ludzkie dziecko, nie żadnego demona z krwi i kości.
     Westchnęłam ciężko, posyłając jej pokrzepiający uśmiech.
     - Poszukać Nathiela - odpowiedziałam, mijając się odrobinę z prawdą. Wiedziałam jednak, że te słowa rozjaśnią jej twarz i lekko poprawią humor. Od razu uśmiechnęła się z nadzieją w oczach.
     - Jak go znajdziesz to powiedz, że go nienawidzę i nie chcę, żeby wracał! - wykrzyknęła odrobinę zbyt radośnie. Chwilę potem zniknęła gdzieś w pokoju. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Doskonale wiedziałam, że najbardziej na świecie za Nathielem tęskni właśnie Andi. Za każdym jej słowem, mającym wyrazić nienawiść, kryła się wielka miłość do Auvreya, którego podświadomie uczyniła swoim zastępczym bratem. Mimo tego, że była demonicą, jej psychika nie różniła się od małego, ludzkiego dziecka. Byłam pewna, że gdyby zielonooki stanął w progu organizacji, rzuciłaby się na niego ze łzami w oczach, wykrzykując jak bardzo go nienawidzi. W rzeczywistości oznaczałoby to jednak, że kocha go jak własnego brata.
     Nakładając na stopę drugiego buta, zaczęłam ociężale siłować się ze sznurówkami.
     Tęsknota. Uczucie znane chyba każdemu na świecie człowiekowi. Jedni odczuwali ją mniej, drudzy bardziej. Jedni potrafili z nią walczyć, inni pogrążali się w rozpaczy, nie mogąc wytrzymać braku ukochanej osoby. Jedni pamiętali więcej, drudzy mniej. Jedni mieli nadzieję, że tęsknota odejdzie, gdyż przyjdzie zbawienny moment powrotu ukochanej osoby, drudzy nie posiadali jej wcale, bo wiedzieli, że nie dożyją tej chwili. Jak czułam się ja w obecnej sytuacji? Na pewno gorzej, niż zwykle. Poczciwi ludzie powiadają, że dopiero gdy coś utracimy, jesteśmy w stanie zobaczyć, jak wielką wartość to dla nas miało. Nie mylą się. W tym momencie życia czułam się, jak ktoś, kto utracił najcenniejszą dla siebie rzecz na świecie. Rzecz? Może raczej osobę.
     Od powrotu z Reverentii, moje życie zmieniło się nie do poznania. Nie było w nim już szaleńczego, radosnego śmiechu, wiecznie rozgadanego głosu, śmiesznych min, roztrzepanych włosów, promiennego uśmiechu, rozświetlającego najgorsze dni. Nie czułam się już nawet tak bezpiecznie. Miałam wrażenie, że gdyby jakiś demon, nawet najniższego pokroju, dopadł się do mnie, umarłabym bez walki na miejscu zdarzenia. Nie miałam już w sobie odwagi, chęci do czegokolwiek. Wszystko odeszło w raz z Nathielem, pozostawiając po sobie jeszcze większą warstwę chłodu, niż wcześniej. Byłam pewna, że dzieje się ze mną coś złego i nie było to spowodowane tylko i wyłącznie tęsknotą. Nawet śmierć Deaniela, śmierć Joanne, nie wywołały u mnie takiego smutku, jak zwyczajne zniknięcie Nathiela. Ten, kto trafił do krainy zmarłych, nie ma szans na powrót, ale on? On wciąż gdzieś był, gdzieś chodził, byłam tego pewna. Tylko dlaczego nie chciał wrócić? Dlaczego nie chciał dać znaku życia? Wszelkie próby dodzwonienia się do niego kończyły się tym samym: odzywaniem poczty głosowej. Wszelakie próby odnalezienia go, niepowodzeniem. Nie pomógł nawet Sorathiel, który bezustannie poszukiwał swojego niepoprawnego przyjaciela. Widziałam, że on sam nie był w lepszym stanie, niż ja. Podobnie jak większość organizacji. Nagłe zniknięcie szalonego, niereformowalnego Auvreya, podłamało nas wszystkich. Wydawało się, że w raz z jego odejściem, uleciał gdzieś cały optymizm i wiara w to, że dobro istnieje. Szybko odkryliśmy, że największym "motywującym" Nox był właśnie Nathiel. Nieważne jak głupi, jak denerwujący i niepoprawny był ten demoniczny łowca. Wszyscy go kochali za to, kim był, a nie był zwyczajnym, pierwszym lepszym typem z ulicy. Zwracał na siebie każdą uwagę. Zarażał każdego swoją niespożytkowaną energią i radością do życia. Byliśmy pewni, że na świecie nie istniał ktoś taki jak Nathiel. Był oryginalny i jedyny w swoim rodzaju, dlatego tak bardzo nam na nim zależało.
     Hugh był nieugięty. Jako jedyny nie pokazywał, że jest przygnębiony obecnym stanem rzeczy. Wciąż zachowywał się tak samo, traktując wszystko ze stoickim spokojem. Nie mogłam dotrzeć do jego myśli, nie mogłam odgadnąć co tak naprawdę sądzi. Czy jest mu szkoda, że wyrzucił Nathiela? Czy tęskni za nim tak samo jak reszta? Z zewnątrz nie pokazywał zupełnie nic, w środku nie miałam pojęcia co się dzieje. Jego zachowanie z nieznanych przyczyn straszliwie mnie irytowało. Gdy ktoś z organizacji napominał o Nathielu, on natychmiastowo i bezdusznie zmieniał temat. Gdy ktoś przekonywał go do zorganizowania poszukiwań mających na celu powrotne przygarnięcie go do Nox, stanowczo odmawiał. Jego nieugiętość i nielitościwość pewnego dnia wytrąciły mnie z równowagi. Zdarzenie miało miejsce podczas jednej z obrad, mających na celu dokładne ustalenie strategii przeciwko demonom, koczującym w ruinach starego cmentarza. Miała to być jedna z większych misji na którą mieli wybrać się wszyscy łowcy. Wszyscy łowcy, z wyjątkiem mnie. Wiadomość tą, przyjęłam ze względnym spokojem. Hugh po prostu stwierdził, że nie jestem gotowa na takie działania i jeszcze wiele brakuje mi do bycia łowcą. Poczułam się trochę, jakbym cofnęła się w rozwoju. Wcześniej mogłam już bowiem wykonywać misje, szczególnie te, które były wykonywane z Nathielem. Gdy ja milczałam, kilka osób zaczęło się wyraźnie burzyć jego decyzją. Sądzili, że się myli, że sobie poradzę, tymczasem ja wciąż siedziałam w fotelu, nie wykazując się niczym innym jak chłodem. Miarka się przebrała, gdy Hugh napomniał o złych wpływach Nathiela, który niczego dobrego mnie nie nauczył. Nigdy nie zapomnę zdziwionych twarzy członków organizacji, gdy wstałam i głośnym, oburzonym głosem, zaczęłam zaprzeczać zdaniu Hugha. Nie wiem co mną wtedy kierowało, wiem tyle, że chciałam uratować godność Nathiela, który zdołał mnie nauczyć wielu przydatnych rzeczy. Cała kłótnia zaczęła toczyć się właśnie wokół jego osoby. Chciałam dać upust swoim nerwom. Nie raz z ust wyrywał mi się głośniejszy ton głosu, czy też okrzyk zbulwersowania. Tak naprawdę walczyłam o niego jak lwica. Nareszcie spytałam też o to, co od dawna mnie dręczyło. Dlaczego Nathiel został wyrzucony z organizacji, a ja, mimo tego, że uczestniczyłam w podróży do Reverentii razem z nim, nie. Hugh motywował to tym, iż nie byłam zagrażającym życiu ludzi demonem, który nikogo się nie słucha. Nathiel sprawiał same problemy, na dodatek zmusił mnie do udziału w jego własnej farsie. Zdenerwowałam się jak nigdy wcześniej. Przecież to dzięki Nathielowi ta organizacja wciąż istniała. To on zabijał najwięcej demonów, mimo swoich szaleńczych sposobów, to on nie pozwalał poddawać się innymi i pokazywał, że nawet ludzie mogą walczyć z czymś, co jest magiczne i ma większą moc, niż zwyczajny człowiek. Przecież sam zachowywał się jak mieszkaniec świata ludzi, nigdy nie używał demonicznych mocy, a mógł to robić, prawda? Na dodatek nie zmusił mnie do udziału w tej misji. Dał mi przecież wybór, a ja się zgodziłam, bo chciałam ratować Calanthe. Po ciężkiej rozmowie z Hughiem, któremu nie byłam w stanie przemówić do rozsądku, pierwszy raz postąpiłam jak zwyczajna nastolatka. Uciekłam z miejsca rozmów prosto do swojego pokoju, zakopując się pod kołdrę. Wtedy po raz pierwszy poczułam łzy bezsilności. Nie mogłam przecież nic zrobić. Nathiel już nie wróci, Nathiel to przeszłość. Pamiętam, że wtedy przyszła do mnie Carissa. Długo mnie tuliła i szeptała uspokajające słowa do mojego ucha. Mimo tego, że czułam się w tym momencie jak dziecko, nie przeszkadzało mi to, a wręcz pomagało. Zagrożona poczułam się dopiero wtedy, gdy padły niechciane słowa. "Kochasz go Laura, prawda?". Na moment zaniemówiłam. W mojej głowie znowu wybuchł ogrom chaotycznych myśli. Nie mogłam z nich wyłonić jednej, konkretnej odpowiedzi, wciąż widziałam tylko niezdecydowanie. Nić prawdy, która ciągnęła się przede mną, zawsze zanikała, gdy chciałam ją chwycić. Odpowiedziałam wtedy: "Nie jestem pewna tego, co czuję, nie wiem co czuję, nie wiem co się ze mną dzieje", na co rozbawiona Carissa odpowiedziała: "Miłość właśnie tak wygląda". Od tamtej pory zaczęłam wątpić we wszystko. Nawet we własne istnienie.
     Cicho wzdychając, nareszcie podniosłam się z klęczek i wyszłam z domu. Nathiela wspólnie z Sorathielem szukamy już od czterech dni. Na razie nasze poszukiwania były bezcelowe. Wczoraj zgodnie stwierdziliśmy, że powinniśmy dać sobie z nimi spokój. Doskonale go znaliśmy i wiedzieliśmy, że w końcu sam wróci. Wróci, gdy zacznie się dziać. Bo tam gdzie szaleństwo, tam i Nathiel.
     Moje podróże po mieście ograniczyły się tylko i wyłącznie do spotkań z Calanthe. Niby nie powinnam sama szlajać się po zakątkach miasta, ale nie obchodziło mnie to. Moja matka wciąż nie czuła się na siłach. Co prawda była już w stanie narzekać czy palić papierosy niczym prawdziwa kotłownia, ale poruszanie się po domu, wciąż sprawiało jej problem. Trucizna naprawdę dała się jej we znaki. Na szczęście była twardą kobietą i tak łatwo się nie poddawała. W domu, mimo jej narzekań i zapewnień, ze świetnie daje sobie rady, starałam się dbać o czystość oraz o to, by cokolwiek jadła i leżała w łóżku, odpoczywając. Czasem było to niezwykle trudne. W tym przypadku to ja czułam się jak matka, która za wszelką cenę próbuje zatrzymać swoje chore dziecko w łóżku. Sytuacja jawiła się w naprawdę zabawny sposób, choć ze względu na ostatnie dzieje, nie było mi do śmiechu. Wciąż pamiętałam bowiem o ciężkiej podróży do Reverentii. Wszystkie te stwory, goniące mnie demony, ojciec Nathiela i bal pełen szmaragdowookich potworów, śniły mi się po nocach, przez co nie raz budziłam się z krzykiem. Własnie w takich momentach brakowało mi Nathiela. W końcu przeżył to samo co ja. Gdyby ze mną był, byłabym spokojniejsza. Jednak musiałam przez to przejść sama. Musiałam być silna.
     W moich snach pojawiała się nie tylko Reverentia. Uparcie, przy każdym z nich widziałam tą samą, zakapturzoną postać, która pomogła mi uratować matkę. Za każdym razem mówił w moim śnie to samo: "Nikt nie każe ci ufać". Wciąż zastanawiałam się, dlaczego sam szef departamentu kontroli demonów, który chciał wcześniej zabić Calanthe, przyszedł do jej domu i pomógł ją uratować. Tu nie było żadnego sensu, wszystko sobie przeczyło. Jaki mógł mieć cel? Bo chyba nie chciał, bym zaczęła mu ufać? Nikt mi też nie wmówi, że czuje coś do mojej matki. Tylko psychopaci ranią osoby, które kochają, a potem je ratują. Dobra, być może nie myliłam się z tym psychotyzmem, ale w oczach Aidena nie dostrzegałam ani odrobiny miłości. Tkwił w nich tylko chłód i nienawiść. Był nawet bardziej przerażający, niż ojciec Nathiela, choć mu też nie mogłam odmówić "okrutnej charyzmy". Calanthe oczywiście nie omieszkała zapytać, skąd wiedziałam jak dokończyć odtrutkę. Miałam głupią nadzieję, że nie będzie pamiętać o tej sytuacji, nie była jednak pozbawiona inteligencji. Jedyną odpowiedzią, która przyszła mi wtedy na myśl, była: "przeczucie", co zbytnio ją nie przekonało. Nie ciągnęła jednak tematu.  Kto wie, może sama domyślała się tego, kto ją ocalił? A może uznała ten temat za mało ważny. Nie wiem, nie chciałam tego rozważać, pozostawię to póki co bez odpowiedzi.
     Jak co dzień, pokonując trasę przepełnionym po brzegi autobusem, nareszcie dotarłam na miejsce. Lipowa aleja przywitała mnie szumiącymi drzewami. Czasami miałam wrażenie, że wiatr reaguje tylko wtedy, gdy tędy przechodzę. Kto wie, może to cząstka mojej demonicznej mocy, odziedziczonej po Aidenie, wywoływała wśród nich drobny chaos? Naprawdę ciekawiło mnie jak w rzeczywistości wyglądała jego magia. Skoro drobna jej część, którą posiadałam, potrafiła wywołać niezłą burzę, przerażającą ludzi, to jak musiał zachowywać się zezłoszczony pan chaosu, który miał dwa razy tyle demonicznej siły, co ja? Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Chyba nie chciałam poczuć na własnej skórze jego mocy.
     Nareszcie dotarłam do domu. Drzwi jak zawsze były otwarte. Teraz już nie pukałam, wchodziłam bez powiadomienia o tym. Calanthe zdążyła się do tego przyzwyczaić. Standardowo sięgnęłam ręką w stronę włącznika światła, aby rozświetlić pokój. Na pierwszy rzut oka wyglądało bowiem, jakby nikogo tu nie było. I chyba się nie myliłam. Koc był zarzucony luźno na oparcie sofy, a na stole obok pustych kubków po kawie, leżał biały, gładki papier. Gdy się przybliżyłam, dostrzegłam, że widnieje na nim moje imię. Aż się bałam pomyśleć co takiego Calanthe znowu wymyśliła.
     Cicho wzdychając, sięgnęłam po zwinięty kawałek papieru i zaczęłam czytać krótką wiadomość od matki. "Przez jakiś czas mnie nie będzie. Nie dzieje się ze mną nic poważnego, czuję się już w pełni sił, muszę po prostu załatwić kilka ważnych spraw. Dziękuję za pomoc, choć oczywiście dalej twierdzę, że nie powinnaś podróżować do Reverentii z tym kretynem. Jestem twoją dłużniczką. Twoja wyrodna matka, Calanthe".
     Mimowolnie się uśmiechnęłam.
     Cóż, wychodzi na to, że moje podróże na lipową aleje, muszą zostać na jakiś czas zawieszone. Teraz w pełni będę mogła zająć się poszukiwaniami Nathiela.
***
     Blady odblask przygasłych świec, oświetlał zmęczoną twarz mężczyzny, który od dłuższego czasu przechadzał się po pokoju. Jego krokom towarzyszył przyspieszony i nerwowy oddźwięk stukających o posadzkę butów. Wciąż chodził w tą i z powrotem, a na jego twarzy jawił się coraz bardziej zirytowany wyraz. Zmarszczone czoło i ściągnięte nerwowo brwi świadczyły o tym, że poważnie nad czymś myśli. Z oddali wyglądał przerażająco. Nikt nie chciał mu przeszkadzać i wszyscy trzymali się z boku, oczekując na jakikolwiek werdykt, ale werdykt nie nadchodził. Z ust ciemnowłosego mężczyzny nie padło żadne słowo. Wciąż mruczał coś do siebie, zupełnie jakby prowadził duchową konwersację z własną osobą. Nie zdawał się zwracać uwagi na otaczających go towarzyszy, których dotykało coraz większe niezrozumienie. Mężczyzna stał się taki, odkąd para tajemniczych więźniów, torturowanych przez niego uciekła. Na samą wiadomość o ich zniknięciu, zareagował potężnym gniewem. Dwójkę demonów, które pozwoliły na ich ucieczkę, odpowiednio ukarał, a potem sam pogrążył się w głębokich myślach. Nikt nie wiedział co chodzi mu po głowie, nikt nie wiedział jaka będzie jego decyzja. Gdy jednak zatrzymał się i uśmiechnął w iście diabelski sposób, godny prawdziwego demona, jego towarzysze już wiedzieli jaką podjął decyzję:
     - Ludzcy łowcy cienia z Nox wystarczająco namieszali już w naszym królestwie. Nie będziemy dłużej czekać. Czas na kontratak.
     Po sali momentalnie rozległy się triumfalne okrzyki radości. Towarzyszył im szaleńczy śmiech głównego protagonisty. Wszyscy popierali tą decyzję, nie wszyscy jednak okazywali radość z okazji jej podjęcia.
     Gdzieś w ciemnym kącie pomieszczenia, mężczyzna o białych włosach uśmiechnął się chłodno i rzekł:
     - Koniec jest bliski.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 62 - "Nikt nie każe ci ufać"

Pod ostatnim rozdziałem złapałam się za głowę. Tyle nowych ludzi, tyle komentarzy. Ja się pytam: skąd :o? Do tej pory była tu taka pustka! Jestem szczęśliwa! Dziękuję! Przy okazji chciałabym Wam życzyć wesołych świat! ^___^ Wiecie, wesołych kurczaczków popitalających po stole i innych włochatych owiec. 
Ktoś ostatnio pytał się kiedy pokażę odważną Laurę. Teraz powiem dlaczego jej nie pokażę >D. Bo miałam dosyć czytania książek, gdzie wszystkie bohaterki świecą odwagą. Starałam się raczej pokazać, że każdy człowiek czegoś się boi i nie raz ucieka od życia jak zwykły tchórz. To ludzka cecha. Już kiedyś prowadziłam z Cleo rozmowę na temat "idealności" bohaterów książkowych. Ja staram się pokazać jak najwięcej ich wad. Nathiel przykładowo nie świeci inteligencją i podejmuje zbyt pochopne decyzje, Laura jest tchórzliwa i zamknięta w sobie. Każdy ma jakąś wadę, nie można ich lekceważyć, bo to one czynią bohaterów mniej nudnymi >D.
Teraz trochę o rozdziale. Niezbyt mi się podoba, chyba, że sama końcówka. Na pewno będą tu dwa zaskakujące zwroty akcji! BANG!
***     

     I znów to potworne uczucie. Spadasz w dół, masz wrażenie, że twój mózg za chwilę rozbryzga się na skrawku ziemi i kompletnie nic z ciebie nie zostanie. Nagle znikasz w ciemnej otchłani i pojawiasz się w zupełnie innym miejscu. Ostatecznie lądujesz boleśnie w jakiejś trawie lub... na kimś, kto okazuje się być wyjątkowo miękką poduszką. 1:0 dla mnie. Wreszcie uciekłam od przeznaczonych memu lądowaniu krzaków.
     - Lecisz na mnie, maleńka - odezwał się Nathiel zbolałym głosem. Starał się brzmieć uwodzicielsko, ale na jego twarzy widziałam na w pół ukryte cierpienie. To oczywiste, był w końcu mocno zraniony.
     - Lecieć to ja mogę na krzaki i chyba nawet tą opcję wolałabym bardziej - mruknęłam w odpowiedzi, zachowując swój cenny sarkazm. Nie zdołałam jednak ukryć delikatnego uśmiechu, który z nagła rozpromienił moje oblicze.
     - Dla ciebie mogę być i krzakiem - zaśmiał się Nathiel, nieprzerwanie patrząc mi w oczy.
     Dla ludzi będących z boku, nasza obecna pozycja na pewno wydawałaby się odrobinę podejrzana. Pół nagi chłopak bez koszulki, leżący w trawie, wpatrujący się w twarz dziewczyny w podartej sukience, która spoczywała na nim i miała twarz tuż nad jego twarzą. Obydwoje uśmiechają się do siebie i patrzą nieprzerwanie prosto w oczy.
     Jeszcze niedawno Nathiel wykorzystałby ten moment do niecnego pocałunku z zaskoczenia, a ja zaczęłabym jak zwykle panikować, wydaje mi się jednak, że ostatnie dzieje zdecydowanie załagodziły nasze mieszane relacje. Niecierpliwy Nathiel, niemogący dłużej czekać, nie oczekiwał już ode mnie nagłej decyzji, zaprzeczenia lub potwierdzenia swoich uczuć, ja, nie uciekałam od bliskości, która wprawiała mnie w zakłopotanie. Jednak podróż do Reverentii na coś nam się przydała. Jak to mówią ludzie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
     - Poczekam - usłyszałam nagle z ust zielonookiego. Wciąż patrzył prosto w moje oczy, uśmiechając się w dziwnie łagodny sposób, wcale niepodobny do demona, który zbyt długo przebywał w Reverentii. Cieszyło mnie, że przynajmniej w stosunku co do mnie zachował swoją ludzką naturę. Miałam nadzieję, że to samo będzie przedstawiał sobą, gdy już znajdziemy się w organizacji.
     Kiwnęłam lekko głową, bo nie było stać mnie na więcej. W odpowiedzi, Nathiel pogłaskał mnie po włosach. Dopiero teraz poczułam się zażenowana. To był znak, że pora uciekać od niekomfortowej sytuacji, która wprawiała moje serce w zamieszanie.
     Szybko podniosłam się z ziemi i nie patrząc w twarz Nathiela, podałam mu dłoń. Przyjął ją i już po chwili staliśmy wspólnie na krańcu urwiska z którego wcześniej spadaliśmy w dół. To naprawdę dziwny system przemieszczania się między światami. To tak, jakbyśmy cofnęli się z dołu do góry, co wygląda jak skok w czasie.
     Ostatni raz spoglądając w przepaść, oddaliłam się od miejsca jednoczesnego startu i zakończenia naszej prywatnej misji. W duchu modliłam się o to, aby nigdy więcej nie móc tam iść. Ta podróż i tak zostawiła w mojej głowie mocny ślad, który w moim odczuciu jeszcze przez długi czas nie zniknie i będzie nawiedzać mnie w snach.
     - Wracamy? - spytałam, spoglądając ukradkowo na Nathiela, któremu wiatru rozwiewał włosy na wszystkie strony.
     - Wracamy - odpowiedział, cicho wzdychając. Na jego twarzy widniał lekki grymas, co musiało świadczyć o świadomości zbliżających się konsekwencji. Nie będzie łatwo, gdy już trafimy do organizacji. Hugh znany jest ze swojej cierpliwości i spokoju, widziałam go jednak w chwili, gdy był zdenerwowany. Mimo duszy spokojnego dziadka, był to mężczyzna, który mocno przestrzegał i pilnował zasad panujących w Nox. Wszelkie występki Nathiela traktował do tej pory dosyć pobłażliwie, z przyzwyczajeniem, wiedział bowiem, że jest niereformowalny, ale czy odpuści nam sytuacje w której naraziliśmy się na tak ogromne niebezpieczeństwo? Szczerze w to wątpiłam i już z oddali wyczuwałam surową karę.
     Chwytając Nathiela pod ramię w mocnym uścisku, ruszyłam w stronę organizacji. Nasz chód nie był zbytnio przyspieszony, co w żaden sposób mi nie przeszkadzało. Teraz nie musieliśmy już uciekać, a naszym jedynym celem było dotarcie do naszych sprzymierzeńców. Wręcz nie mogłam doczekać się momentu ulgi, która dotknie mnie, gdy już usiądę na miękkiej sofie w głównym pokoju obrad. Jeszcze bardziej nie mogłam doczekać się chwili, kiedy położę się do łóżka i zasnę na cały następny dzień, lecząc psychikę i ciało od ciężkich przeżyć. Ta myśl napawała mnie pewną radością, przynajmniej do momentu, gdy nie uświadomiłam sobie, po co wyruszyłam do Reverentii. Calanthe. Rozpaczliwie potrzebowała kwiatu algei leczniczej. Muszę go dostarczyć do jej domu za wszelką cenę i to jak najszybciej. Gdy więc przebrniemy już przez ciężką rozmowę z Hughiem, będę musiała złapać pierwszy lepszy autobus i pojechać do jej domu. Jedyne co napawało mnie teraz strachem to to, że nie wiem ile ludzkich dni minęło od naszej podróży do Reverentii. A jeżeli drugoplanowe antidotum już dawno jej się skończyło i leżała martwa na sofie? Ta myśl wywołała u mnie gęsią skórkę. Nie chciałam o tym myśleć. Chcę, aby przynajmniej jedna ważna dla mnie rzecz została ocalona, dzięki tej ciężkiej wędrówce w nieznane. Chciałam, aby przynajmniej pół naszej misji zyskało symbol ukończenia.
     Powoli zbliżaliśmy się do celu naszej podróży. Na szczęście urwisko nie znajdywało się zbyt daleko od organizacji. Czułam, że gdyby ta wędrówka była dłuższa, moglibyśmy wspólnymi siłami nie trafić na miejsce. Obydwoje byliśmy już dostatecznie wymęczeni i spowolnieni. Zdawało mi się, że każdy kolejny, przebyty metr jest pokonywany w o wiele dłuższym czasie, niż poprzedni. Jeszcze trochę i pewnie zniżymy się do prędkości żółwia. Prawdę powiedziawszy, czułam się jak po ciężkiej wojnie. Równocześnie wymęczona i równocześnie zadowolona oraz pełna energii. W końcu w jakiś sposób udało nam się uniknąć najgorszego. Cuda jak widać jednak się zdarzają i chyba od dziś zacznę w nie wierzyć.
     Obydwoje stanęliśmy przed dobrze znanymi drzwiami organizacji Nox. Światło w pokoju obrad paliło się, a więc istniało wielkie prawdopodobieństwo, że w środku będą znajdować się wszyscy członkowie. Kto wie, być może prowadzą właśnie rozmowę na mój i Nathiela temat? Może zastanawiają się gdzie jesteśmy? Może chcą zorganizować poszukiwania? Na szczęście to już nie będzie potrzebne.
     Nathiel z rozmachem i dumnie wypiętą do przodu piersią, otworzył drzwi i wparował do środka. Od zawsze chyba lubił wielkie wejścia. Na jego miejscu weszłabym tu jednak cichutko, z pokorą. Cóż, podczas dokonanego faktu zostało mi tylko ciężko westchnąć i stanąć tuż za jego plecami.
     - Wróciłem! - wykrzyknął władczo chłopak.
     Omiotłam wzrokiem wszystkie zgromadzone w pomieszczeniu twarze. Sorathiel odetchnął z ulgą, Carissa zalała się łzami, Ian wyglądał na lekko zaskoczonego, Amanda składała ręce w geście dziękującej modlitwy, Andrew przykładał do czoła dłoń, a mała Andi natychmiastowo rzuciła się w naszą stronę z głośnym płaczem. Dopadła się do kolan Nathiela, bijąc go i okładając piąstkami. Wysłuchując cichych jęków małej demonicy, która przez obelgi starała się przekazać jak bardzo tęskniła za Nathielem, obiektem swoich zabawowych męczarni, dalej rozglądałam się po organizacji. Bałam się spojrzeć w twarz Hugha i gdy to zrobiłam, wiedziałam, że nie bezpodstawnie. Miał surowy wyraz twarzy. Był wściekły.
     - Nathiel! Ty głupi bucie bez sznurówek! - darła się rozpłakana Andi. Gdyby ta sytuacja wyglądała inaczej, na pewno wybuchnęłabym teraz śmiechem. Obelgi Andi nie przestaną mnie bawić.
     - Jestem tu, głupi rudzielcu, cały i zdrowy - zaśmiał się Auvrey, klepiąc dziewczynkę po głowie.
     - Wcale mnie to nie obchodzi! Miałeś wrócić martwy! - wykrzyczała demonica.
     To zdołało lekko załagodzić panującą w pomieszczeniu, ciężką atmosferę. Kilka z członków Nox uśmiechnęło się na te słowa, próbując ukryć rozbawienie.
     - Tak, tak, też się cholernie cieszę, że cię widzę - odpowiedział zielonooki, uśmiechając się wrednie pod nosem. W tym samym momencie czerwonowłosa demonica przytuliła się do jego kolan. Jej zachowanie zdradzało prawdziwą tęsknotę. Nathiel był tak naprawdę jedyną osobą, która chciała się z nią bawić i z chęcią ganiała po całej organizacji, wyzywając się oraz rzucając poduszkami. Nic dziwnego, w końcu poziomem intelektualnym i rozwojowym, praktycznie sobie dorównywali. Aż zaczęłam się zastanawiać jak będzie wyglądał Nathiel za dwadzieścia lat. Pewnie wciąż tak samo.
     - Skoro już wszyscy ulegliśmy szczęściu - zaczął z nagła, surowym głosem Hugh - Czas, aby porozmawiać o waszej podróży - mówiąc to, zmarszczył groźnie czoło. W tym momencie, ten zazwyczaj miły dziadek, zaczął mnie przerażać.
     - Usiądźcie.
     Wymieniliśmy z Nathielem krótkie spojrzenia w stylu: zaczyna się i usiedliśmy na sofie obok siebie. Carissa momentalnie przytuliła się do mnie ze łzami w oczach, a Amanda zabrała za opatrywanie ran Nathiela. Obydwie mruczały coś pod nosem, jedna w radości, druga w niezadowoleniu. Nie wsłuchałam się jednak zbytnio w ich słowa. W pełni skupiłam się na twarzy Hugha. Chciałam wyczytać z niej jakiekolwiek emocje, które podpowiedzą mi co się wydarzy.
     - Byliście w Reverentii - stwierdził prosto z mostu Hugh.
     Lekko się zdziwiłam. Skąd mógł to wiedzieć? Przecież nikt poza Blazierem nie wiedział o tym fakcie.
     Unosząc brew ku górze, spojrzałam pytająco na Sorathiela, siedzącego nieopodal nas.
     - Blazier powiedział mi o tym - westchnął - Stwierdził, że natychmiastowo umrzecie, zaśmiał się, a potem zniknął raz na zawsze.
     Nikt w organizacji nie dziwił się jego słowami czy imieniem "Blazier", musiał więc im wszystko ładnie wyśpiewać. Znając życie i bezbłędnemu Sorathielowi musiało się dostać za ukrywanie Blaziera przed innymi. Jak widać, nie ma osób, które nie popełniają błędów.
     - Chciałbym poznać dokładny powód dla którego się tam wybraliście - kontynuował zniecierpliwiony Hugh.
     Ja pierwsza chciałam otworzyć buzię, Nathiel mnie jednak przed tym powstrzymał, kładąc dłoń na moje usta. Równocześnie syknął z bólu z powodu Amandy, opatrującej jego rany.
     - Odbywał się tam bal, czczący któryś tam rok istnienia departamentu kontroli demonów. Miał być tam mój ojciec na którym chciałem się zemścić - mruknął niepocieszony - Laura potrzebowała jakiegoś dziwnego zioła dla kogoś, kogo chciała uratować, a rosło tylko w Reverentii. To ja ją namówiłem na tą podróż - powiedział, zerkając nachmurzony w bok. Widać przyznawanie się do błędu nie było jego mocną stroną.
     - Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział powolnym, przerażającym wręcz głosem Hugh - I chyba nie muszę po raz setny mówić co o tym sądzę.
     Nathiel przewrócił oczami.
     - Wiem, standardowo popełniłem błąd i zachowałem się jak nieodpowiedzialny gówniarz, myślący tylko o sobie - zacytował znudzonym głosem jego słowa.
     - I tym razem twoje zachowanie będzie miało poważne konsekwencje - odparł chłodno Hugh.
     Po tych słowach podniósł się z fotela i zaczął krążyć po organizacji. Wszyscy przypatrywali mu się z uwagą, nie mogąc odgadnąć jakie konsekwencje zostaną nam narzucone.
     - Potrafiłem zrozumieć twoją wieczną chęć zabijania demonów, potrafiłem zrozumieć to, że nawet jak cię prosiłem, abyś ich nie zabijał w danej sytuacji, robiłeś to. Potrafiłem zrozumieć nawet to, że wykonywałeś misje na własną rękę i nie raz sprawiałeś, że stawały się one niebezpieczne - wymieniał powoli - Nigdy jednak nie popełniłeś tak poważnego błędu, jak pójście do Reverentii - westchnął - Po pierwsze jesteś demonem, tak więc te 3 dni musiały wyciągnąć z ciebie złe emocje - przy tych słowach lekko się zdziwiłam. Nie sądziłam, że spędziliśmy tam bowiem całe 3 dni - Po drugie musiałeś rozjuszyć demony, które tak łatwo nam teraz nie odpuszczą. Po trzecie zabrałeś ze sobą Laurę, która nie ma zbyt wielkiej wprawy w zabijaniu demonów i naraziłeś jej życie na niebezpieczeństwo.
     - Wiem to - odpowiedział przez zaciśnięte zęby Nathiel. Spojrzałam w jego twarz i trochę się jej wystraszyłam. Wyglądał tak, jakby jego demoniczność powoli zaczynała brać nad nim górę. Złość i nienawiść nie będą dobrą bronią w tej walce, a mogły jeszcze pogorszyć sprawę. Chyba zdawał sobie z tego sprawę?
     - Skoro wiesz to dlaczego to zrobiłeś? - zagrzmiał Hugh.
     - Chciałem zabić ojca, który zniszczył moje życie i zabrał mi wszystko, co było dla mnie cenne, chciałem odciążyć świat od tej kreatury - warknął zielonooki, spoglądając na szefa Nox spode łba -  Poza tym chciałem pomóc Laurze.
     - To był tylko dodatek do twojej zemsty.
     - Być może - mruknął na boku chłopak.
     - Czy w twoim mniemaniu nie zrobiłeś niczego złego? - spytał staruszek, spoglądając na niego z kpiącym uśmiechem.
     Auvrey westchnął ciężko.
     - Przecież wróciliśmy. Co prawda trochę poranieni i wymęczeni, ale jesteśmy - odpowiedział.
     - Nathiel - zaczął groźnym głosem Hugh, podchodząc do niego. Teraz spoglądał na niego z góry. - Ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie masz pojęcia co zrobiłeś.
     Mój demoniczny przyjaciel spojrzał prosto w jego twarz, chmurząc się wyraźnie.
     - Rozumiem, gdybym poszedł tam po to, żeby zabić samego szefa departamentu, ale zrobiłem to powodu własnych pobudek, poza misjami organizacji. Można to uznać za część mojego prywatnego życia, a w nie nie powinieneś się wtrącać - burknął.
     Hugh westchnął ciężko.
     - Twoja prywatna misja dotyczyła demonów, a więc tego, czym się zajmujemy - powiedział spokojnie - Nie zapominaj też, że to dzięki mnie wciąż żyjesz, masz co jeść i gdzie spać. Jestem twoim niepełnoprawnym opiekunem.
     - Niepełnoprawnym, dobrze powiedziane - burknął niezadowolony Nathiel, próbując jakoś ratować swoją dumę.
     - Dokładnie tak - westchnął Hugh - A ty moim niepełnoprawnym wychowankiem. Skoro prawo nas w tym momencie nie trzyma, równie dobrze mógłbym cię stąd wyrzucić.
     Auvrey przewrócił oczami.
     - Powtarzasz mi to od lat - mruknął.
     - Czas, żebym w końcu pokazał, że mówię prawdę - odpowiedział z piekielną powagą w głosie szef Nox.
     W tym momencie w organizacji zaległa cisza. Wszyscy przypatrywali mu się niepewnie z nadzieją, że to tylko i wyłącznie żart, że ta sytuacja zakończy się tak jak zawsze: na ostrej reprymendzie, niezadowolonym mruczeniu Nathiela i ostatecznym zakończeniu rozmowy w pokoju. Tak jednak nie było.
     - Masz dwie minuty na opuszczenie organizacji do której już nigdy więcej nie wrócisz - powiedział głośno i wyraźnie Hugh, patrząc prosto w oczy Nathiela.
     Zielonooki wyglądał na zszokowanego. Patrzył się na niego z lekko otwartą buzią, nie wiedząc co powiedzieć. Wśród organizacji zapanował chaos. Wszyscy byli w szoku w związku z podjętą decyzją. Większość osób zaczęło się przekrzykiwać, próbować bronić Nathiela. Słowa o treści: "nie rób tego!", "przecież to Nathiel", "nie może stąd odejść" mieszały się ze sobą, tworząc w mojej głowie zlepek chaotycznych myśli. Ja sama byłam w szoku i to w takim, że na chwilę zaniemówiłam.
     - Dość! - wykrzyknął władczo Hugh - To nie jest żart.
     Wszyscy umilkli. Kilka osób potrząsało głowami z niedowierzaniem, inni wyglądali na zawiedzionych i smutnych zarazem, jeszcze inni mruczeli coś pod nosem, bojąc się głośno zaprotestować. Ja sama byłam zszokowana tą decyzją. Ta wiadomość wciąż nie chciała dotrzeć do mojej świadomości.
     - Wyjdź stąd, Nathielu i nie próbuj wracać - dodał chłodno Hugh.
     Zielonooki jeszcze przez dłuższą chwilę siedział w miejscu oszołomiony, nie mogąc uwierzyć w słowa, które właśnie padły. Ja sama powoli zaczynałam panikować. Nathiel odejdzie. Nie będzie go tu już. Nigdy więcej go nie zobaczę. Zniknie z mojego życia. Tak po prostu, zwyczajnie, z dnia na dzień i to z powodu swojej głupiej chęci zemsty oraz mojej chęci ratowania Calanthe. Zniknie, bo byłam zbyt naiwna i uwierzyłam Blazierowi. Zniknie, bo go nie powstrzymałam. Ale dlaczego tylko on? Dlaczego nie ja? Przecież tak samo jak on uczestniczyłam w tym przedsięwzięciu!
     Patrzyłam w twarz Nathiela nie mogąc nic wypowiedzieć. Moje usta wciąż były otwarte, a oczy przepełnione strachem.
     - Mam to powtórzyć? - spytał głośno Hugh.
     Chłopak zniżył głowę i uśmiechnął się krzywo pod nosem.
     - Nie, przyjąłem to do wiadomości - warknął cicho. Chwilę potem podniósł się z sofy i ostatni raz spojrzał oczami pełnymi nienawiści na samego szefa organizacji. W tym momencie mógł go nawet zabić, ale zamiast tego, pchnął go gwałtownie w taki sposób, że ledwo utrzymał równowagę. Szybkim krokiem, bez słowa pożegnania, opuścił organizacje. Długo nie czekałam. Gdy w pomieszczeniu rozległy się okrzyki protestów, ja zerwałam się do góry i pobiegłam za Auvreyem.
     - Nathiel! - wykrzyknęłam bezradnie, próbując go dogonić. Nawet nie biegnąc, przemieszczał się bardzo szybko. To dlatego, że niósł go gniew.
     Nie bojąc się konsekwencji i irytując z powodu jego ignorancji, chwyciłam go za dłoń, tym samym zatrzymując na środku chodnika. Chłopak nie wyrywał się. Stanął w miejscu, nie oglądając się do tyłu.
     - Nie przejmuj się mną, uciekaj do Calanthe, może być z nią już naprawdę źle - mruknął ledwo słyszalnie, nie patrząc mi w twarz. Miał racje. Nie było nas 3 dni, Calanthe w tym momencie musiała być na skraju życia.
     - Gdzie pójdziesz? - spytałam bezradnie, nie mogąc z siebie wykrztusić niczego więcej.
     Chłopak wyrwał się z mojego uścisku gwałtownie i ruszył w dalszą drogę. Moje usta otwierały się i zamykały, próbując wymówić jakieś słowa, nie byłam jednak w stanie. Chciałam powiedzieć mu jak wiele dla mnie znaczy i co się stanie, gdy odejdzie, chciałam go zatrzymać, powiedzieć: wszystko się ułoży, ja wciąż będę przy tobie, ale zamiast tego, stałam jak wryta na środku chodnika, nie mogąc z siebie nic wykrztusić. Moja własna słabość uderzyła mnie w twarz. Czy w tym momencie się poddałam?
     - Nathiel! - wykrzyknęłam tylko w jego stronę łamiącym się głosem. On już się jednak nie oglądnął. Zniknął gdzieś między drzewami, niesiony przez gniew i nienawiść. Mimo wewnętrznej bezradności, coś w środku podpowiadało mi, że może jeszcze wrócić, w końcu to Nathiel, prawda? Upierdliwy, denerwujący i uparty demon, który tak łatwo nie daje za wygraną.
     Wzięłam głęboki wdech, próbując uspokoić swoje nerwy. Zostaje mi tylko czekać. Czekać na to, aż uspokoi się, przemyśli swoje błędy i wróci. Na pewno to zrobi, nie widzę innej opcji. Mimo swojego pesymizmu musiałam mieć nadzieję.
     Westchnęłam głośno, spoglądając w nocne niebo, obsiane gwiazdami. Nathielem zajmę się potem, teraz muszę ratować Calanthe.
***
     Nim jeszcze wyruszyłam w podróż do domu mojej matki, wróciłam się do organizacji. Miałam szczęście, bo praktycznie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy wykłócali się z Hughiem, który twardo trzymał się swojego postanowienia. Nie chciałam wtrącać się w tą kłótnie, zazwyczaj gdy ktoś walczył na argumenty, po prostu zostawiałam tą sprawę, spoglądając na wszystko z boku. Miałam inny cel.
     Ze swojego tymczasowego pokoju w organizacji, wyrwałam torbę. Czarną, podartą i zmaltretowaną sukienkę rzuciłam gdzieś w kąt i nałożyłam na siebie pierwszy lepszy zestaw ciuchów, który wszedł mi w ręce. Od razu odetchnęłam z ulgą. Miałam dosyć sukienek, spodenki były zdecydowanie wygodniejsze. Opatrzyłam w trybie natychmiastowym swoją ranę na ramieniu i na łydce, ale tylko w sposób prowizoryczny. To musiało wystarczyć do czasu aż wrócę tu z powrotem. Zbiegając na dół, założyłam jakiekolwiek, pierwsze lepsze buty na swoje bose stopy, które cieszyły się wolnością od trzech dni. Aż nie mogłam uwierzyć w to, że chodząc po zimnych kamieniach w Reverentii i stąpając zatrutymi krzakami, wciąż byłam zdrowa. Co prawda z moją energią było trochę gorzej, ale powinnam się cieszyć tym, co mam. Byłam pewna, że końskie zdrowie zapewniała mi moja demoniczna połówka, w końcu demony nie chorowały.
     Gnając przez pogrążony w ciemnościach park, nie przejmowałam się własnym bólem. Mocno bijące serce napędzało moje nogi. Tak bardzo bałam się o to, że mogło być już za późno.
     Do domu Calanthe z pomocą wiecznie przepełnionego autobusu, dotarłam w ciągu czterdziestu minut. Jedyne, czego w tym momencie żałowałam to to, że nie towarzyszy mi Nathiel. Byłam zdziwiona swoją nagłą tęsknotą. Przecież widzieliśmy się jeszcze niecałą godzinę temu. Zachowywałam się trochę jak zakochana nastolatka, która właśnie zaczynała swój pierwszy związek. Za wszelką cenę chciałam go mieć przy sobie i to w każdej minucie życia. Powinnam na razie przestać o nim myśleć, miałam teraz ważniejsze rzeczy do roboty. Nathiel na pewno będzie czekał na mnie w domu. Pójdę tam natychmiastowo, zaraz po powrocie.
     Lipowa aleja prowadząca do kryjówki Calanthe, przywitała mnie chłodnym powiewem wiatru, zdradzającym niepokój świata. Zdawało mi się, ze w tym momencie nie tylko ja jestem zmartwiona i gnana przez strach. Być może wiatr odczuwał to samo.
     Zazwyczaj pukałam do drzwi i czekałam aż matka mi je otworzy ze względu na kulturę i dystans do niej samej. Nie chciałam pokazywać, że jestem do niej przywiązana i uznaję ją za osobę, którą powinna dla mnie być. Wciąż chciałam stać w odpowiedniej, bezpiecznej odległości od jej osoby. Teraz się tym nie przejmowałam, w końcu chodziło o jej życie.
     Drewniane, stare drzwi otworzyłam z rozmachem. Ich skrzypnięcie dało znać o moim przybyciu. W pomieszczeniu panował mrok. Bałam się, że może to być zapowiedź czegoś nieprzewidzianego w skutki. Moja dłoń napotkała włącznik światła i już po chwili pomieszczenie ogarnęła względna jasność. Na początku nie dostrzegłam własnej matki. Podejrzewałam bowiem, że będzie leżeć na sofie, otulona swoim grubym kocem w kratę. Zamiast tego napotkałam jednak pustą kanapę, kilka zużytych fiolek antidotum, otwartą, pustą już szufladę, gdzie je trzymała i przewrócony na stole kubek w którym zazwyczaj piłam herbatę, gdy do niej przychodziłam. Dopiero gdy podeszłam, zauważyłam na podłodze koc. Spod niego wystawała burza blond włosów.
     Spanikowałam. Stanęłam w miejscu jak wryta, próbując opanować strach, który z nagła mnie zaatakował. A jeżeli była już martwa? Jeżeli nie zdążyłam na czas?
     Moje wątpliwości szybko zostały rozwiane. Blada dłoń Calanthe, która była wyciągnięta przed głowę, poruszyła się nieznacznie, zaś z jej ust wydobył się cichy, udręczony jęk. Dłużej nie czekałam. Podbiegłam do niej i obróciłam ją na plecy. Moim oczom ukazała się zaczerwieniona od gorączki twarz, mokra od potu, blond grzywka i przymrużone, błękitne oczy, które spoglądały na mnie przyćmione mgłą. Na ustach Calanthe mimo wszystko pojawił się dobrze mi znany, kpiący, ironiczny uśmieszek.
     - Jesteś naprawdę głupia, Lauro - stwierdziła szeptem.
     Uśmiechnęłam się blado na jej słowa. Musiała wiedzieć, że poszłam do Reverentii, choć do końca nie miałam pojęcia dlaczego. Być może to sam Sorathiel złożył jej wizytę, być może był tu Blazier - w końcu sam odkrył gdzie moja matka się znajduje. Nie wiem, nie chciałam znać odpowiedzi, były teraz rzeczy ważniejsze.
     - Powiedz mi jak sporządzić tą odtrutkę - powiedziałam z powagą w głosie.
     Miałam świadomość, że gdyby Calanthe nie potrzebowała pomocy w aż tak wielkim stopniu, na pewno nakrzyczałaby na mnie i mocno zaczęła ironizować. Teraz jednak przyjęła moją pomoc bez protestu. Gdy nie było bowiem ratunku, człowiek chwytał się nawet ostatniej deski ratunkowej. Szczególnie, gdy miał w życiu do wypełnienia jeszcze jakiś cel. Calanthe niewątpliwie go miała. Chciała w końcu uśmiercić Aidena i położyć kres istnieniu departamentu z którym walczyła od najmłodszych lat.
     - Kuchnia - szepnęła matka - Pod zlewem jest wielkie pudło ze składnikami, ziołami, jak kto woli - westchnęła ciężko.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. Zanim jednak ruszyłam do "kuchennych" działań, wciągnęłam prawie że bezwładne ciało mojej matki na sofę. W normalnym przypadku, gdyby nie gnał mnie strach, przykryłabym ją dokładniej kocem i ułożyła pod głową poduszkę, w tym momencie było jej to jednak obojętnie. Poczuje się bowiem dobrze tylko wówczas, gdy dostanie właściwe antidotum.
     Zostawiając ją na moment na sofie, ruszyłam w stronę kuchni. Z szafki pod zlewem wyjęłam wcześniej wspominany karton. Od razu przeniosłam go do pokoju. Nie będę przecież robić odtrutki w kuchni, z dala od matki. Karton położyłam na stole. Czekałam na dalsze wskazówki.
     - W środku będzie moździerz. Wyjmij go - mruknęła, spoglądając na mnie znad przymrużonych oczu.
     Kiwnęłam głową i trybie natychmiastowym uczyniłam jej wolę.
     - Poszukaj brunatnego liścia z białym unerwieniem.
     Aby ułatwić sobie zadanie, wysypałam wszystkie zioła i niezbędne składniki na podłogę. Calanthe będzie musiała mi wybaczyć tą demolkę. W końcu od tego czy sporządzę tą odtrutkę, zależało jej życie.
     Przekopując stertę dziwnie wyglądających roślin, które z pewnością należały do tych z Reverentii, nareszcie znalazłam wcześniej wspomniany, brunatny liść.
     - Rozgnieć go, a potem dodaj cztery owoce jarzębiny - mruknęła - Dodając każdy składnik, musisz go dokładnie rozgniatać.
     Przyjrzałam się na moment jej twarzy. Z każdym momentem bladła coraz bardziej, zupełnie, jakby śmierć już trzymała ją w swoich szponach. Widziałam, że walczy z własną słabością, ale przecież jeszcze nikt nie wygrał z trucizną samoczynnie. Musiałam się spieszyć.
     Wykonując posłusznie rozkaz, w trybie natychmiastowym zaczęłam rozgniatać brunatny liść i owoce jarzębiny, które leżały na szczęście pod ręką.
     - Bordowo-fioletowe, ususzone kwiaty. Bardzo małe, mają po cztery płatki, wrzuć całą ich gałązkę - szeptała już ledwo słyszalnie Calanthe. Bałam się, że możemy nie zdążyć - Potem algea, trzy płatki.
     Czyniłam pospiesznie co mi kazała, czując coraz większą presję. Moje dłonie, które miały wykonywać czynności szybciej, niż zwykle, tak naprawdę plątały się i drżały, spowalniając pracę. Serce biło w szalonym tempie, a myśli zdawały się krążyć tylko wokół jednej, ważnej misji. Tak bardzo chciałam, aby Calanthe żyła. Było jeszcze tyle rzeczy o których chciałam z nią porozmawiać, tyle rzeczy o których chciałam jej powiedzieć! Nie miałam nawet nic przeciwko jej zabawnym kłótniom z Nathielem, w końcu była jedną z niewielu osób, które potrafiły sprowadzić go do parteru. Chciałam by jeszcze długo trwała przy mnie, by nie zniknęła jak Joanne, pozostawiając po sobie odczucie, iż niepotrzebnie mnie ratowała. Nie chciałam nigdy więcej, aby ktoś się dla mnie poświęcał. Teraz ja chciałam poświęcać się dla innych.
     - Znajdź złotą, skręconą w spirale gałązkę, rozgnieć ją, a następnie dodaj do niej garść ziemi ze słoika - kontynuowała Calanthe.
     Jej głos z każdym następnym wymawianym składnikiem, słabł i cichł coraz bardziej. Widziałam, że próbuje z tym walczyć, ale nie dawała już rady. Mogłam mieć tylko nadzieję, że wytrwa do końca, a ja zdążę jej podać zbawienne antidotum.
     - Daleko do końca? - spytałam cicho, nie oczekując odpowiedzi. Moje czoło usiane było tysiącem zmarszczek, świadczących o skupieniu.
     - Ostatni - szepnęła ledwo słyszalnie matka.
     Spojrzałam na nią lekko zaniepokojona. Właśnie zamknęła oczy. Usta wciąż pozostały otwarte. Próbowała nimi poruszyć, wydać z siebie jakieś słowo, ale nie była już w stanie. Nie miałam pojęcia czy zwyczajnie odeszła czy utraciła przytomność. Ogarnęła mnie nagła panika.
     - NIE! - wykrzyknęłam, rzucając się w jej kierunku. Chwyciłam ją za ramiona i w przypływie emocji potrząsnęłam nią, to jednak nic nie dawało. Jej rumieńce na twarzy z każdą chwilą ustępowały miejsca bladym plamom. Jej twarz nie wyglądała już jak twarz chorego człowieka. Powoli zaczynała przypominać martwą osobę.
     W moich oczach pojawiły się łzy. Nie miałam nawet sił na sprawdzenie czy oddycha. Doskonale wiedziałam, że to nic nie da. Chociażbym nie wiem jak mocno chciała ją uratować, nie potrafiłam. Trucizna ostatecznie pokonała jej ciało i nie pozwoliła na dokończenie swoich życiowych celów.
Dlaczego nigdy nic mi się nie udaje? Dlaczego nigdy nie potrafię obronić osób, które są mi bliskie? Każda, najmniejsza nawet próba walki z przeciwnościami losu kończyła się moją ciężką porażką. Dziś znowu jej doznałam. Znowu upadłam na kolana i poddałam się okrutnemu losowi, który nie miał dla mnie litości. Tak naprawdę od dziecka śmiał mi się w twarz i próbował udowodnić, że sobie nie poradzę. Nie mylił się. Dziś znowu stałam na przegranej pozycji.
     - Nie odchodź - szepnęłam, dotykając chłodnego już polika Calanthe. Nie byłam w stanie zrobić nic więcej. To koniec.
     Odsunęłam się od niej i usiadłam na podłodze, patrząc w jej martwą twarz z niedowierzaniem. Przed oczami wciąż miałam jej kpiący uśmiech i tajemnicze błyski w chłodnych, niebieskich tęczówkach. W głowie wciąż słyszałam jej cichy śmiech, rozbawiony, ironiczny ton głosu, a w powietrzu wciąż czułam zapach świeżo zapalonego papierosa. Nie mogłam uwierzyć w to, jak życie potrafi być kruche i bezlitosne. Jak w tak przesadnie brutalny sposób potrafi nam wydrzeć z rąk to, co dla nas cenne.
     Skuliłam się na podłodze, ukrywając głowę w kolanach. Chciałam, aby Calanthe choć raz przed śmiercią usłyszała, jak nazywam ją swoją matką. Teraz, nie byłam jeszcze na to gotowa, ale gdyby choć na chwilę otworzyła oczy, nie wahałabym się ani chwili dłużej.
     Gdy po moich polikach zaczęły spływać łzy, za swoimi plecami usłyszałam dziwnie podejrzany stukot. Już wiedziałam, że nie jestem sama, ale w takim razie kto za mną stał?
     Nim zdążyłam się obrócić, blada dłoń przecięła powietrze tuż obok mojej głowy. Zaskoczona i lekko wystraszona, zaczęłam spoglądać na roślinę, którą przybysz trzymał w dłoni. Bez chwili zastanowienia chwyciłam ją i przygarnęłam do siebie. Bałam się obrócić w tył, podejrzewałam bowiem kto mógł się tam znajdować. Ręka, która na ułamek sekundy dotknęła mojej skóry na poliku wytłumaczyła mi z kim mam do czynienia. Tak chłodne dłonie posiadała bowiem jedna osoba.
     - Dlaczego mam ci ufać? - spytałam szeptem, wlepiając spojrzenie w granatowy liść, przypominający swoim kształtem liść kasztanowca - Równie dobrze mógłbyś mnie zabić.
     - Nikt nie każe ci ufać - odpowiedział męski głos.
     Obróciłam się w tył. Pod szerokim, ciemnym kapturem dostrzegłam kosmyk białych włosów i diabelski uśmiech. Nie pomyliłam się. Przede mną stał sam Aiden Vaux. Wcale nie musiałam widzieć jego oczu, wystarczył mi sam dotyk.
     Mężczyzna zarzucił swoją szatą i już po chwili zniknął z pokoju, pozostawiając po sobie cień nikłej nadziei. Moje spojrzenie znowu padło na granatowy liść. W normalnym przypadku zaczęłabym rozważać wszystkie za i przeciw. Teraz nie miałam jednak na to czasu. Calanthe i tak nie może być już w gorszym położeniu.
     Wrzuciłam ostatni, tajemniczy składnik do moździerza i ugniotłam go jak wcześniejsze surowce. Na dnie znajdowała się niewielka ilość soku powstałego z roślin. Wnioskuję, że spożywanie gałązek i liści nie byłoby zbyt korzystne i bezpieczne. Do szklanki przelałam więc tylko całą zawartość soków. Bałam się, że kilka kropel może nie wystarczyć, ale... musiałam zaryzykować.
     Podnosząc delikatnie głowę Calanthe, przyłożyłam do jej ust szklankę i wlałam w nią całą zawartość. Jak wielkie było moje zaskoczenie, gdy w jednej chwili otworzyła gwałtownie oczy i zaczęła kaszleć jak szalona. Nie wyglądała jednak jakby dostała życiodajną odtrutkę, a raczej zabójczą truciznę. Nie mogła złapać oddechu, co wzbudziło u mnie jeszcze większą panikę. Już po chwili, wszystko się jednak uspokoiło. Jej oczy zamknęły się, ale usta otworzyły. Jej klatka piersiowa unosiła się niespokojnie, zdradzając lekkie problemy z oddychaniem, wszystko jednak wskazywało na to, że przeżyła. I to dzięki Aidenowi. Mojemu ojcu. Wrogowi.