środa, 26 listopada 2014

Rozdział 37 - "Dla przyjaciół zrobię wszystko"

Rozdział, który nawet mi się podobał. Bardzo dobrze mi się go pisało, mimo tego, że nie było tu jakiejś głębokiej akcji. Początek trochę mdły, ale potem jest całkiem w porządku. Oczywiście rozdział poraża swoją długością - odwdzięczam się za poprzedni, króciutki rozdzialik. Ostrzegam przed błędami. Mam wrażenie, że ze względu na lenistwo nie wszystkie poprawiłam.
Przekroczyłam już 50 rozdziałów, a więc jestem 13 rozdziałów do przodu i mogę spokojnie odetchnąć. Odetchnąć? Dostałam manię na pisanie, nie będę odpoczywać.
Cleo, dziękuję za ostatnie spotkanie <3 nie ma piękniejszej chwili od spotkania się z osobą, z którą dzielisz zainteresowania. Nasze opowiadaniowe spoilery, śpiewanie, czytanie listu, a także Rozważnej na żywo było czymś pięknym <33. Chcę to jeszcze nie raz powtórzyć. Już za tobą tęsknię.
***
     - Co to miało być?
     Młody chłopak o płomiennych, rudych włosach,  spojrzał krzywo na swoją towarzyszkę, która bawiła się telefonem komórkowym.
     - "Drogi łowco cienia" - zacytował ironicznie, próbując powstrzymać się od śmiechu.
     Dziewczyna spojrzała na niego spode łba.
     - Trzeba było samemu to załatwić, ruda pało - stwierdziła, wyrzucając telefon gdzieś do tyłu.
     Uderzył on z głuchym trzaskiem w ziemię i roztrzaskał się na drobne kawałeczki.
     Zdecydowanie nie rozumiała ludzi. Tworzyli te dziwne gadżety, dzwonili do siebie, bawili się nimi, grali, pisali ze sobą, śmiali się do siebie i podłączali te dziwne kabelki, gdy chcieli posłuchać muzyki. To jakaś paranoja. Mieli przecież sto razy więcej interesujących zajęć w życiu. Ludzie, w przeciwieństwie do demonów, mieli wiele celów. Gdyby ona, osobiście była człowiekiem i nie musiała tylko i wyłącznie pożerać energii oraz użerać się z idiotycznymi demonami, miała by wiele zainteresowań. Na szczęście człowiekiem nie była. Ponoć bycie nim było nadzwyczaj ciężkie.
     - Masz brzydką gębę, gdy myślisz - stwierdziła mała, rudowłosa dziewczynka, która trzymała się nogawki starszego brata.
     - Masz czelność mówić, że mam brzydką gębę, gówniarzu? - spytała oburzona Gabrielle, odrywając się od skrzyni o którą się opierała.
     Mała dziewczynka wystawiła jej język i ukryła się za nogami brata.
     - Hej, zostaw Andi - oburzył się chłopak. - Musi wypełnić swoją misje.
     - To niech zamknie tą swoją niewyparzoną buźkę i przestanie wystawiać mi język.
     Chłopak spojrzał na swoją siostrę, która w tym samym momencie uśmiechnęła się do niego słodko. Wyglądała teraz jak mały, grzeczny, demoniczny aniołek.
     - Wcale nic nie robię, Gabrielle kłamie - powiedziała uroczo.
     - Wiem. Gabrielle lubi kłamać - mówiąc to, poklepał swoją siostrę po głowie.
     Czarnowłosa kobieta prychnęła pod nosem. Od zawsze wolała pracować sama. Dlaczego Aiden przydzielił jej dwójkę niedorobionego rodzeństwa Tourlaville? Obydwoje byli nieogarnięci i bezmyślni. To samo zawsze powtarzała jej matka. Departament co prawda nie był zbyt obfity w członków, ponieważ obecnie zawierał w sobie tylko odłam trzech rodów, ale zawsze można było przydzielić jej kogoś z osób, które wspierały departament. Gdzie jest sens w użyciu małej demonicy, która dopiero co uczy się jak być jedną z nich? Nie mogła znieść myśli, że to Andi dostaje największą rolę w tym przedstawieniu.
     Prychając pod nosem z niezadowolenia, podeszła do krzesła, gdzie siedziała przywiązana, nieprzytomna dziewczyna o kręconych, brązowych włosach. Amy Whitefold, przyjaciółka tej blond suki i dziewczyna towarzysza Nathiela. Całkiem niewinna osóbka, która do tej pory nie miała nic wspólnego ze światem demonów. Idealna ofiara. Gdyby Andariel-idiota, który jest głównym szpiegiem departamentu, zauważył szybciej, że ma wysoki poziom energii potencjalnej, pewnie już wcześniej by ją porwali.
     Gabrielle chwyciła ją za podbródek i uniosła go do góry. Zdążyli już wyżreć trochę cennej energii. Jej cień zbladł, przypominając teraz cień osoby o niskiej energii potencjalnej. Tak gwałtowny spadek może zaowocować śmiercią lub śpiączką.
     - Chciałabyś wyglądać tak jak ona, co? Niestety, daleko ci do ładnej.
     Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco pod nosem, zaciskając dłoń na podbródku Amy, który wciąż trzymała. Z pewnością, gdyby była przytomna, błagała by ją teraz o to, by nie wbijała jej paznokci w twarz.
     Nóż przeleciał tuż obok jej głowy, przecinając pasmo kruczoczarnych, długich włosów i wbijając się w cienką ścianę na przeciw niej. Wreszcie przybyli. Ile można było czekać na tych dwóch, beznadziejnych chłopczyków z nożami kuchennymi?
     Gabrielle odgarnęła włosy do tyłu i obróciła się w stronę nowo przybyłych, zdyszanych nastolatków. Ich widok przyprawiał ją o nerwowe drgawki. Nie mogła ukryć obrzydzenia.
     - Teraz wyglądasz jeszcze gorzej - przyznał Nathiel, uśmiechając się w istnie zabójczy sposób.
     Za ten uśmiech, posłałaby go na tortury do samego piekła.
     - Nie muszę wyglądać pięknie, drogi Nathielu - powiedziała Gabrielle, opierając się o ramię nieprzytomnej i bladej Amy.
     Widziała w oczach Sorathiela strach. Starał się go ukryć, lecz nie potrafił. Strach o tą małą, nic nieznaczącą ludzką istotę paraliżował jego zmysły. Będzie łatwym łupem dla demonów.
     Gabrielle uniosła dłoń do góry. Z ciemnych kątów zaczęły wyłaniać się dymiące cienie. Nathiel i Sorathiel wiedzieli, co to oznacza.
***
     Gdy bezszelestnie wślizgnęłam się do starego magazynu broni na Baker Street, wiedziałam już, że walka się rozpoczęła. Moje serce biło jak oszalałe, a nogi, które z ledwością się poruszały, były jak z waty. Moja drżąca dłoń ściskała mocno exitialis, którego nigdy w życiu nie używałam i nie wiedziałam jak użyć. Dlaczego nie spytałam o to Sorathiela? Teraz będę miała problem. Wielki problem.
     Stając na chwilę za jedną z wielkich skrzyń, zamknęłam oczy i wykonałam serię wdechów i wydechów. Miało to na celu uspokojenie moich rozszalałych nerwów.
     Niekoniecznie musiałam walczyć z demonami. Równie dobrze, mogłam zostać niezauważona. Gdy inni będą wciągnięci w wir walki, mogą nawet nie zauważyć Amy, która zniknie im z oczu w raz ze mną, prawda? Nie, nie mogłam starać się na siłę być optymistką. Będę w tej sytuacji realistką. Mogłam nawet zginąć.
     Zmuszając nogi do dalszej podróży, przechodziłam obok kolejnych skrzyń. Odgłosy walki stawały się coraz głośniejsze. Byłam blisko. Ponownie biorąc głęboki wdech i wydech, wychyliłam głowę zza skrzyni i rozglądnęłam się dookoła. Sytuacja malowała się tak: Nathiel i Sorathiel walczyli w raz z cienistymi demonami, a Amy siedziała nieprzytomna, przywiązana do krzesła. Świetnie, właśnie pokrzyżowała moje plany. Teraz już z nią nie ucieknę. Będę musiała ją najpierw odwiązać, a potem w jakiś sposób wynieść z magazynu. Bałam się, że nie byłam na tyle silna. Nie sądzę przy tym, że Amy ważyła sto kilo. Problem tkwił we mnie. Byłam słaba, zdecydowanie niższa i chudsza od niej oraz wciąż miałam poturbowane żebra. Miałam wrażenie, że los uśmiecha się do mnie krzywo, powtarzając w duchu: trudź się, trudź, efekty mogą być ciekawe.
     Przed oczami mignęło mi coś czerwonego. Widziałam. Widziałam, że ktoś stoi po przeciwległej stronie magazynu i przygląda mi się z cienia. Moje serce zamarło, gdy tajemnicza postać osunęła się w dalszy kąt. Wiedziałam, że to demon. Nawet z daleka szmaragdowy błysk dawał znać o swoim istnieniu. Zostałam odkryta.
     Chowając się szybko za skrzynią, zwróciłam się do przodu i zaczęłam biec. Nie miałam czasu na myślenie, zatrzymywanie się i obserwowanie. Gonił mnie czas. Adrenalina w moich żyłach podskoczyła do maksymalnego stopnia. Ostatnią skrzynię musiałam pokonać, czołgając się po ziemi. Żebra bolały mnie niemiłosiernie, gdy przesuwałam się po niej, nie wydałam z siebie jednak żadnego oddźwięku, świadczącego o bólu. Musiałam milczeć, zacisnąć zęby, wytrzymać to. Myśleć, że ból to tak naprawdę nic takiego.
     Gdy dotarłam na miejsce, wychyliłam głowę z ulgą.
     Tuż obok mnie stało krzesło z przywiązaną do niego, pobladłą Amy. Martwość jej twarzy przerażała mnie w najwyższym stopniu. Wiedziałam jednak, że wciąż żyje i oddycha.
     Już miałam zaryzykować, podnosząc się z ziemi i podbiegając do niej, gdy zorientowałam się, że tuż nad moją głową, na niskiej skrzyni, siedzi nie kto inny jak Gabrielle. Zatkałam swoje usta dłonią, bojąc się, że mogę krzyknąć. Momentalnie przeszły mnie ciarki. Z pewnością była to osoba z którą nie chciałam mieć więcej do czynienia. Jak miałam uniknąć konfrontacji z nią? Przecież jeżeli podejdę do Amy, od razu mnie zauważy i połamie mi kości. Nie jestem na tyle wyszkolona, by poradzić sobie z ludzkim demonem, który myśli, rani i bezwzględnie zabija. Z drugiej strony, tuż za mną, mógł się czaić w tym momencie inny demon, jeszcze bardziej brutalny, niż Gabrielle. Z każdej strony niebezpieczeństwo, którego  nie w sposób uniknąć. Musiałam  się wyciszyć i uruchomić system myślenia.
     Jeszcze raz wychyliłam głowę za skrzynię, by przyjrzeć się sytuacji. Albo miałam zwidy, albo demonów było coraz więcej. Domyślałam się, że jeśli dalej tak pójdzie, nigdy się stąd nie wydostaniemy. Nathiel i Sorathiel starali się przedzierać przez chmarę szmaragdowookich potworów, by w jakiś sposób dojść do Amy, ale nie mogli. Jedyną nadzieją byłam ja. Tylko co mam zrobić, by odciągnąć stąd Gabrielle?
     Na ratunek przyszedł mi Sorathiel, który dostrzegł mnie wśród skrzyń. Nie był zdziwiony moim położeniem, musiał przewidzieć gdzie się znajdę. Chwila jego nieuwagi sprawiła, że został zraniony przez demona, na szczęście Nathiel pomógł mu w odpowiedniej chwili. Obydwoje wymienili ze sobą kilka szybkich słów. Domyślam się, czego dotyczyła rozmowa. 1. Planu, który ma na celu odwrócenie uwagi Gabrielle 2. Tego, że czaję się za skrzynią po to, by ocalić Amy. Wywnioskowałam to oczywiście po zdenerwowanej minie Nathiela, który spojrzał na mnie przelotnie, przekazując mi wszystkie negatywne emocje, jakie w sobie miał. Domyślałam się, że gdy wrócimy (o ile będzie nam to dane), zdrowo mi się dostanie. Trudno. Ani trochę nie bałam się Nathiela. Może jeszcze niedawno latałby za mną z nożem, próbując mnie zabić, ale teraz miał siłę tylko w słowach, a wszelakie słowa przeciwko mojej sarkastycznej naturze były tak naprawdę żadną bronią.
     Dwaj łowcy dosyć szybko przeszli do sedna. Sorathiel z krwawiącym ramieniem, oczyścił drogę swojemu demonicznemu przyjacielowi, który ze zbulwersowanym wyrazem twarzy, wskoczył na rząd skrzyń i zaczął po nich biec w stronę Gabrielle. Znudzona demonica zeskoczyła z "pudła", dając o tym znać mocnym stuknięciem obcasa w podłoże. Tuż obok mojej głowy, wylądowała jedna z jej czarnych wstęg. Wstrzymałam oddech. Doskonale pamiętałam ich działanie i skutki oddziaływania. To było wtedy, gdy Deaniel za jej sprawą zniknął w otchłani. Choć byłam przerażona i sparaliżowana, miałam ochotę chwycić za jedną z nich i pociągnąć tak, aby Gabrielle straciła równowagę. Powstrzymałam się jednak od tych samobójczych myśli. Miałam teraz zupełnie inny cel. Gdy wstęga oddaliła się ode mnie, a oddźwięk nerwowo stukających obcasów ucichł, postanowiłam ponownie wychylić głowę zza skrzyni. Nathiel odciągnął Gabrielle dostatecznie daleko. Machnął mi ręką na znak, że powinnam brać się do akcji. Nie miałam czasu.
     Biorąc głęboki wdech, wyciszyłam wszystkie swoje myśli i uwolniłam ogromne pokłady adrenaliny, które zaczęły krążyć jak szalone w moich żyłach. Zrobiłam to. Podniosłam się, wybiegłam zza skrzyni, dostałam się do omdlałej Amy i zaczęłam ją rozwiązywać. Początkowo miałam z tym wielki problem. Ręce mi drżały, a umysł został przyćmiony na tyle, że spowolnił mój system myśleniowo-decyzyjny. Miałam problem nawet z rozwiązaniem supła. Oczy wędrowały nerwowo to po linie, to po całej sali. Na razie nic nie wskazywało na to, że zostałam zauważona. Wszyscy byli pogrążeni w walce. Pozostało tylko jedno pytanie: gdzie podziewa się ta czerwonowłosa istota o szmaragdowych oczach? Nie, nie chcę o tym myśleć. Uznajmy, że miała przywidzenia, że wszystko tym razem potoczy się szczęśliwie.
     - Cześć - usłyszałam nagle głośny, dziecięcy, cienki głos, tuż za plecami.
     Podskoczyłam przestraszona i odwróciłam się do tyłu. Moim oczom ukazała się mała, około 6-letnia dziewczynka o płomiennych, rudych włosach, związanych czarno-białymi wstążkami w dwa kucyki. Miała na sobie czarną, dziecięcą sukienkę do kolan, obleganą przez różnego rodzaju białe wstążki i guziczki. Gdy pochylała się ku mnie ze złożonymi z tyłu rękoma i swoim uroczym uśmiechem na twarzy, wyglądała całkiem normalnie. Problemem były tu jej szmaragdowe, demoniczne oczy, które płonęły złośliwością.
     - Jestem Andi - przedstawiła się, przekręcając głowę w bok i uśmiechając jeszcze szerzej. - Od dziś będę twoją przyjaciółką - swoją wypowiedź zakończyła krótkim, wesołym, dziecięcym śmiechem.
     Tuż za mną usłyszałam głośny oddźwięk łamanego drewna. Odwróciłam się w tamtym kierunku, aby upewnić się, że to nie Gabrielle, która za chwile podejdzie do mnie i poderżnie mi gardło. Na szczęście był to tylko jeden z cienistych demonów i na dodatek nie z tych ludzkich.
     Szybko powróciłam wzrokiem do miejsca, gdzie stała demoniczna dziewczynka. Ku mojemu zdziwieniu, nie było jej tam już. Rozglądnęłam się uważnie dookoła, sprawdzając, czy nie planuje na mnie zamachu. Na szczęście zniknęła.
     Szybko wymazałam z pamięci małą demonicę. Myślami o niej zajmę się potem. Teraz czas na Amy.
     Uczyniłam kolejny ruch, który miał na celu rozwiązanie jej. Po wielu trudach, wreszcie się udało. Lina okalająca jej żebra i gniotąca bezwzględnie jej ręce, opadła w raz z nią. Na szczęście w porę udało mi się chwycić jej bezwładne ciało. Etap pierwszy zakończony. Co z drugim?
     Niewiele myśląc, uklękłam na ziemi i wtargałam na swoje plecy ciało mojej przyjaciółki. Spodziewałam się, że będzie trochę lżejsza, czego jednak można oczekiwać po niskiej i pozbawionej jakichkolwiek sił blondynce, która nie wyleczyła jeszcze swoich żeber? Z wielkim trudem i cichym jękiem bólu, przeniosłam się w raz z Amy do pionu. To jest ten czas, kiedy należy zwiewać.
     Zaciskając mocno usta, zaczęłam iść powolnym krokiem w stronę skrzyń. Tam będzie większe prawdopodobieństwo, że nikt mnie nie zobaczy. Nim jednak zdołałam się tam przenieść, coś lub może ktoś złapało mnie za nogę i sprawiło, że wylądowałam płasko na ziemi. Moje ciało przygniótł dodatkowy ciężar w postaci Amy. Nie mogłam powstrzymać się od okrzyku bólu. Byłam pewna, że moje żebra ponownie zostały połamane.
     Mimo łez, zbierających się w oczach, spojrzałam do tyłu. Zdziwiłam się, bo... nikogo tam nie było. Gdzieś w mojej głowie zabrzmiał tylko dziecięcy śmiech małej demonicy, którą wcześniej ujrzałam. Najwyraźniej była to jej sprawka.
     Z trudem podnosząc się z ziemi, ponownie wzięłam na plecy Amy i zaczęłam jeszcze wolniejszym krokiem kierować się w stronę wyjścia. Z perspektywy osoby stojącej z boku, musiałam wyglądać jak mocno pijana nastolatka, która zatacza się pod skrzynie i płacze z bezsilności nad swoim życiem. Sytuacja była jednak odrobinę inna. Łzy spływały mi po polikach z powodu nieludzkiego bólu, który władał nad moimi żebrami. Bałam się, że jeszcze moment i upadnę na ziemię, więcej z niej nie wstając. Nie mogłam jednak tego zrobić. Musiałam iść.
     Z zaciśniętymi zębami, dotarłam wreszcie do wyjścia. Uciec - to był teraz mój jedyny cel.
Chłodny wiatr owiewał moją twarz, wcale nie ułatwiając sprawy. Miałam wrażenie, że miota mną na wszystkie strony, śmiejąc się ze mnie i próbując strącić mnie na asfalt. Starałam się mu nie dać, ale nie mogłam poradzić nic na to, że byłam u kresu swoich sił. Nogi i ręce mi drżały, a oczy stawały się coraz bardziej zamglone. Jak miałam iść, kiedy byłam tylko i wyłącznie człowiekiem?
     - Daj mi ją - usłyszałam znajomy głos, tuż za swoimi plecami.
     Nawet nie wiedziałam kiedy obok mnie pojawili się moi zbawcy. Nathiel i Sorathiel. Blondyn zdjął Amy z moich pleców i z łatwością zarzucił ją na swoje. Gdyby nie sytuacja, która zmuszała nas do ucieczki, z pewnością w tym momencie zaczęłabym mu dziękować na kolanach.
     - Dobrze się spisałaś - powiedział cicho Sorathiel, posyłając mi delikatny, choć zaniepokojony uśmiech.
     Kiwnęłam głową. Odrobinę mniej entuzjastycznie zareagował Nathiel, który spojrzał na mnie groźnie i pociągnął mnie gwałtownie za rękę, jakby chciał mi zrobić na złość. Jęknęłam z bólu. Ten gest zabolał moje żebra. On jednak nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
     - Zabiję cię - mruknął pod nosem, obdarowując mnie chłodnym spojrzeniem, szmaragdowych oczu.
     Miałam ochotę rzucić mu jakąś ripostą, niestety, nie byłam w stanie.
     Gdy ciemne smugi cieni były już przy nas, zaczęliśmy uciekać. Uciekać jak najdalej stąd.
***
     - Co o tym sądzisz, Calanthe?
     Blondwłosa kobieta wynurzyła się z cienia, który rzucała na ziemię ogromna skrzynia. Jej mina nie wskazywała na głębsze emocje. Cała jej dusza była ukryta za zasłoną chłodnych, niebieskich oczu. Biorąc do ust papierosa, zaciągnęła się i wydmuchała z siebie gęsty dym, który powędrował ku sufitowi, niknąc w ciemnościach. Parasolką, którą dzierżyła w drugiej dłoni, zastukała głośno i ostrzegawczo w podłogę.
     - Jeszcze nie wygrałeś - odpowiedziała szeptem, krzywiąc się na boku. - Jeszcze nie.

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 36 - "Czas na odwagę"

Rozdział taki króciutki, wprowadzający. Nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia. Nadmiernie ciekawy też nie jest. Dopiero w następnym zacznie się akcja. I potem akcja będzie się ciągła, ciągła, ciągła. Jupi. Połowa za nami.
Dziękuję Cleo za cudowne rozmowy, jaranie się mangą, Mattem i rozkminianie! Do zobaczenia w sobotę <3. Królik, wielkie dzięki za SPOILER NIGHT, chociaż czuję, że z dużo ci powiedziałam, ale to nic XDD. 
PS. Rozdział niezbyt poprawiony. Uważam, że wiele mu brakuje do perfekcji. Trudno. Muszę uczyć się na koło z matematyki ;c
***

    Ludzie, wszędzie ludzie. Na podłodze, na sofie, na krzesłach, w wannie, w szafie, pod dywanem, a nawet w lodówce, choć przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, jakim cudem ktoś się tam zmieścił. Wszyscy wyglądali jak martwi. Impreza musiała być naprawdę udana, skoro nikt nie wrócił wczesnym porankiem do domu. Nie wiem kto będzie sprzątał pięćdziesiąt trupów z ziemi, ale na pewno nie będę to ja.
     Wracając schodami do góry z talerzem pełnym kanapek, nadepnęłam komuś na rękę. Najwyraźniej  nawet tego nie poczuł. Cóż, albo naprawdę ważę za mało, albo pijany trup był prawdziwym trupem.
     Uśmiechając się do siebie ironicznie, przeszłam przez przedpokój i... zatrzymałam się przed pokojem Nathiela. Nie widziałam go nigdzie, wśród tłumu spitych ludzi, gdzie więc mógł być, jak nie u siebie? No, dalej, ruszajcie do przodu, niewdzięczne nogi, dlaczego macie się interesować osobą, która jeszcze niedawno starała się usilnie pocałować waszą właścicielkę? Hej, ręce, to już mogło podchodzić pod molestowanie seksualne, dlaczego więc chwytacie za klamkę? Mózgu! Nie kieruj impulsów nerwowych do dłoni! Jak mogłeś mnie w tak okrutny sposób zdradzić?!
     Chcąc, nie chcąc, przekroczyłam próg pokoju Nathiela. Cóż, było to chyba jedno z dwóch pomieszczeń, gdzie po ścianach i podłogach nie walali się ludzie. Była tu tylko jedna osoba. Osoba, której początkowo nie zauważyłam. Kto by się przecież spodziewał, że właściciel pokoju nie będzie leżał na łóżku, a pod nim? Gratuluje pomysłowości, Nathielu. Gdy się obudzisz, będziesz miał miłe zetknięcie z własnymi skarpetkami i brudami, które tam chowasz.
     Kręcąc głową, podeszłam do biurka i odstawiłam na nie talerz z kanapkami. Miałam nadzieję, że żadne zmutowane bakterie z zaschłej, dwutygodniowej pizzy, nie przeskoczą na moje śniadanie. Podeszłam do łóżka i pochyliłam się tak, by móc zobaczyć twarz niesfornego demona. Odchyliłam pościel, która go zakrywała i spojrzałam na niego w całej okazałości. Moje serce szybciej zabiło, gdy ujrzałam, że w swoich ramionach trzyma znajomy skrawek papieru. Tulił go do piersi jak najcenniejszy skarb. Przeczytał go. Musiał go przeczytać. Nie sądzę, aby wiele z niego zrozumiał w stanie takim, w jakim był, ale cieszyłam się, że chociaż po pijaku uznał list za coś cennego.
     Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam w jego śpiącą twarz. Wyglądał jak małe dziecko, które zmęczone całodziennym płaczem w końcu usnęło w łóżeczku z przytulonym do siebie misiem i lekko rozwartymi ustami. Oczywiście nie sądzę, że Nathiel płakał. Nie miałby przecież do tego powodu.
     Cicho wzdychając, podniosłam się z podłogi. Początkowo miałam zamiar go obudzić, ale uznałam, że nie będę z butami wchodzić w jego sny. Niech śpi. Niech zna moją łaskę.
     Wzięłam talerz z kanapkami i nie oglądając się do tyłu, wyszłam za drzwi. Od razu po wyjściu w oczy rzuciła mi się głowa o blond włosach, która spacerowała na dole, po salonie. Spacerowała? Chyba chodziła niecierpliwie, czegoś szukając.
     Ponownie odłożyłam talerz z kanapkami na półkę leżącą na przedpokoju, po czym zeszłam na sam dół, pragnąc się dowiedzieć czy coś jest nie tak.
     - Sorathi... - zaczęłam, lecz nie dane było mi skończyć.
     - Widziałaś Amy? - spytał, przerywając mi zaniepokojonym głosem.
     Na jego twarzy malował się strach. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Zazwyczaj każdą sytuację życiową przyjmował z nadmiernym i przesadnym spokojem.
     - Nie - przyznałam szczerze.
     Jak się tak zastanowię to rzeczywiście, miała spać u mnie w pokoju, ale w ogóle się u mnie nie zjawiła. Nie przejmowałam się tym faktem i uznałam, że pewnie wolała zostać z resztą do końca imprezy. Amy w końcu lubiła zabawy.
     - Zniknęła - stwierdził blondyn.
     - Może poszła do domu, albo jest w którymś z pokoi. Sam widzisz, ludzie leżą tu wszędzie - powiedziałam uspokajającym głosem.
     Dopiero teraz zauważyłam, że naprawdę mu na niej zależy. Niepokój na jego twarzy zdradzał miłość, jaką ją obdarzał.
     - Zadzwoń do niej - dodałam.
     - Dzwoniłem dziesięć razy - stwierdził chłopak, wzdychając.
     - O dziesięć za mało - powiedziałam, obdarowując go pobłażliwym uśmiechem.
     To on nie wiedział, że do niektórych kobiet można dzwonić nawet po pięćdziesiąt razy, zanim odbiorą? Biedny Sorathiel, chyba wciąż był niedouczony. Cóż, ponoć żadna książka nie uczy miłości.
     Chłopak usiadł na fotelu i zajął się ponownym wydzwanianiem. Tymczasem ja chodziłam po całym domu, zerkając w najmniejsze nawet zakamarki, próbując ją odnaleźć. To było dziwne. Amy nigdy nie upijała się tak bardzo, aby wsiąknąć w jakieś miejsce, gdzie nikt nie mógł jej potem odnaleźć. Owszem, mogła wrócić do domu, ale nie chciałam niepokoić swoją obecnością państwa Whitefold, bo jeśli jej tam nie było, zrobiłoby się nieciekawie. Na razie wolałam poszukać jej na własną rękę. Zaczęłam od uporządkowanego pokoju Sorathiela, który był teraz trochę zdemolowany przez leżące na ziemi trupy. Gdzie mogła iść Amy, jak nie do jego pokoju w którym spędzali wspólnie tyle czasu? Swoją drogą, zastanawiałam się, co tam robili całymi dniami. Nie raz Nathiel starał się ich podsłuchiwać, jednak nic konkretnego nie wywnioskował. Od czasu do czasu słyszał tylko cichy śmiech Amy i przyciszone rozmowy. Zupełnie, jakby ich dwójka była świadoma, że gdzieś w domu znajduje się jakieś gumowe ucho, pragnące zgłębić tajniki zamkniętego na klucz pokoju. Nie dziwię im się. Wszyscy, którzy obcują z Nathielem nie mają własnego życia i prywatności.
     Potrząsając lekko głową, zaczęłam rozglądać się po pokoju. Łóżko, szafa, miejsce pod łóżkiem, biurko i nic. Następnie łazienka. Nic. Ponownie pokój Nathiela. Nic. Na wszelki wypadek postanowiłam zerknąć do siebie, ale i tam nie było śladu po Amy. Zrezygnowana, wróciłam na dół.
     Gdy Sorathiel trzymający telefon przy uchu, spojrzał na mnie, potrząsnęłam głową na znak, że moje poszukiwania były bezowocne.
     - Nikt nie odbiera - szepnął do mnie, gdy usiadłam na przeciwko niego w salonie.
     Słyszałam, że z słuchawki płynie dobrze znany mi sygnał, oznaczający, że nici z odebrania telefonu przez właściciela. Sorathiel nie poddawał się jednak. Zadzwonił jeszcze raz. Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał, czwarty sygnał i... cisza. Obydwoje spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni. Ktoś w końcu odebrał telefon.
     - Amy? - spytał niepewnie Sorathiel. - Gdzie jesteś?
     - Drogi łowco cienia - zaczął kobiecy, dobrze znany mi głos - Chcesz odzyskać swoją ukochaną? Zapraszam na Baker Street do starego magazynu broni.
     Połączenie zostało zakończone. Patrzyliśmy na siebie, nie mogąc z siebie nic wydusić. Obydwoje byliśmy w szoku. Głosu z telefonu nie można było pomylić z żadnym innym. To była Gabrielle. Gabrielle, która nie raz była bliska od zabicia mnie. Gabrielle, która strąciła Deaniela do otchłani. Przyczyna mojego strachu, koszmarów i wielu ran.
     Gwałtownie podniosłam się z fotela. Nie chciałam, aby kolejna cenna osoba, zniknęła z mojego życia. Demony mogły jej coś zrobić, miała przecież wysoki wskaźnik energii potencjalnej.
     Nim się obejrzałam, tuż obok mnie przebiegł Sorathiel, który popędził do góry jak na skrzydłach. Nie czekając ani chwili dłużej, pognałam za nim. Wiedziałam, że idzie do Nathiela.
     - Nathiel, obudź się! - krzyknął, próbując wyciągnąć swojego przyjaciela spod łóżka.
     Widziałam w jego twarzy panikę. Naprawdę się bał.
     - Co jest, Sorath? Przecież rano jest, chciałem po południu wstać - mruknął zaspanym głosem zielonooki.
     Zdążył opuścić na podłogę list, którym teraz w żaden sposób się nie przejmował.
     - Amy została porwana - odpowiedziałam za blondyna, stając w progu jego pokoju.
     - Co? - spytał nierozumnie, zaspany Auvrey, przecierając oczy.
     - Amy została porwana przez demony - poprawił mnie Sorathiel.
     Dopiero teraz zielonooki obudził się. Spoglądał zdziwiony to na swojego przyjaciela, to na mnie. Nie wiedział co się dzieje.
     - Żartujecie sobie - powiedział odrobinę żywszym głosem.
     - Ani trochę - stwierdził blondyn. - Dzwoniłem do niej. Odebrała Gabrielle. Powiedziała, że jeżeli chcę ją odzyskać, mam się zjawić w magazynie na Baker Street.
     - Co za suka - stwierdził oburzony demon, podnosząc się z podłogi. - Znowu chce z nami zadrzeć? - mówiąc to, podszedł do szuflady i wyciągnął z niej nóż, który schował do tylnej kieszeni spodni.
     - To może być pułapka, Nathiel - powiedział cicho Sorathiel.
     - Pułapka, czy nie pułapka, chcesz odzyskać Amy, nie? - prychnął podenerwowany Nathiel.
     Chłopak bez wahania pokiwał głową.
     Obydwoje wyminęli mnie w drzwiach i zaczęli schodzić po schodach w dół. Nie wiedziałam co mam robić. Chciałam podobnie jak oni, odzyskać Amy, moją najcenniejszą przyjaciółkę, która od dziecka była promykiem słońca w moje pochmurne dni. Optymistyczną, radosną, dzielącą się swoją miłością z całym światem dziewczynę na wagę złota. Moje zmysły szalały z niepokoju o nią. Demony. Demony ją porwały! Dlaczego akurat ją? Przecież nie miała nic wspólnego z tym światem. Była niewinna! Jak można być tak okrutnym?
     Zeszłam w dół za chłopakami. Wiem, jestem bezradna, nie umiem walczyć, nie umiem się nawet obronić, ale... nie mogłam tego tak zostawić. Za Amy mogłabym oddać życie.
     - Idę z wami - powiedziałam twardo.
     Nathiel zatrzymał się i spojrzał na mnie pobłażliwie. Musiał być na mnie zły. Widziałam to po jego oczach. Kto jednak powinien być zły bardziej, ja czy on? To nie ja usilnie próbowałam go pocałować i wyznawałam mu nadmiernie miłość w stanie nietrzeźwości.
     - Nie żartuj sobie - stwierdził, prychając głośno. - Na nic się nam nie przydasz, będziesz tylko zawadzać. Zostaw to nam, nie musisz się bać o Amy.
     - Nie chcę stracić kolejnej osoby w moim życiu! - wykrzyknęłam odważnie. - Przysięgam, nie będę wam zawadzać!
     - To nie jest zabawa! Możesz nawet zginąć!
     Nathiel spojrzał na mnie wściekle. Myślał, że mnie przestraszy? Kiedy w grę wchodzi życie bliskiej osoby, na które mam wpływ, będę robić wszystko, by ją ocalić.
     - Nie obchodzi mnie to!
     Wymieniliśmy gniewne spojrzenia. Gdyby to była bajka, z pewnością pomiędzy nami utworzył by się teraz morderczy piorun. Niestety, to była rzeczywistość.
     - Przestańcie - odezwał się Sorathiel, przerywając naszą walkę na spojrzenia. - Nathiel ma racje, możesz zginąć, jeżeli z nami pójdziesz. Powinnaś zostać w domu - powiedział to spokojnie, po czym podszedł do mnie i zanim otworzyłam jeszcze usta, by zaprzeczyć i dalej walczyć o swoje, on szepnął ciche: "uważaj", po czym uszczypnął mnie delikatnie z tyłu szyi. Na szczęście, mimo szoku, szybko zorientowałam się o co chodzi. Miałam udawać.
     Upadłam teatralnie na podłogę, udając, że tracę przytomność. Uścisk pająka, co? Jestem pewna, że nasz towarzysz demon w to uwierzy.
     - Świetnie - burknął Nathiel, otwierając drzwi wyjściowe.
     Gdybym miała nie udawać zemdlałej osoby, z miłą chęcią rzuciłabym się na niego z pazurami. Rzeczywiście jest się z czego cieszyć. W końcu zemdlałam. Co z tego? Ważne, że mogą iść na misję.
     - Poczekaj chwilę, wezmę tylko exitialis - powiedział Sorathiel do swojego przyjaciela.
     Usłyszałam tylko ciche "no" i odgłos oddalających się kroków Nathiela, który zamknął za sobą drzwi. Nie potrzebowałam szczególnie wyczulonych zmysłów, żeby wiedzieć, kto wciąż nade mną stoi. Otworzyłam oczy i przeniosłam się do pozycji siedzącej. Sorathiel kucnął przy mnie i spojrzał z powagą, prosto w moje oczy.
     - Co najmniej dziesięć metrów od nas. Masz się kryć, nie rzucać w oczy. Nie kombinuj i nie udawaj bohaterki - powiedział powolnym głosem tak, abym wszystko dokładnie zrozumiała i zapamiętała. - Tu, masz exitialis - mówiąc to, wyjął z kieszeni nóż i podał mi go.
     Bez chwili wahania, chwyciłam za niego i kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
     Sorathiel podniósł się z podłogi i podał mi dłoń. Chwyciłam ją, wciąż jednak nie podnosząc się.
     - Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, patrząc prosto w jego oczy.
     - Bo wiem, jak się czujesz - stwierdził sucho. - Poza tym nie wiemy co czeka nas w magazynie. Może tam być naprawdę wiele demonów. Gdyby coś się stało Amy, to ty będziesz naszą deską ratunkową. Zabierzesz ją ze sobą i nie oglądając się za siebie, uciekniesz.
     Milczałam przez dłuższą chwilę, wpatrując się uważnie w jego twarz, po czym kiwnęłam głową i z jego pomocą podniosłam się z podłogi.
     - Powodzenia - szepnęłam.
     Sorathiel kiwnął tylko głową, po czym wyszedł z domu.
     Jego czyn w najwyższym stopniu mnie zaskoczył. Myślałam, że sądzi tak samo jak Nathiel. Że zginę, że będę zawadzać, bo nie umiem walczyć. Prawda była jednak zupełnie inna. Zdaniem Sorathiela, liczyła się każda pomocna dłoń.
     Biorąc głęboki wdech, chwyciłam za klamkę od drzwi. Moje serce biło w szalonym rytmie, bojąc się przyszłych wydarzeń. Wiedziałam, że może nie być łatwo, ale chciałam za wszelką cenę ocalić Amy i pomóc Nathielowi oraz Sorathielowi. To czas, w którym w końcu mogę wyjść z cienia i zrobić coś dla innych. Czas, w którym tchórzliwa Laura musi pomachać na do widzenia rzeczywistości i stawić czoła demonom.

czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 35 - "Nie chcę utonąć w jego oczach"

Minęła północ, wstawiam rozdział. Przeczytałam go już tyle razy, że sama nie wiem czy jest ciekawy. Dzisiaj z pełnym zaangażowaniem skończyłam pisać rozdział 43, jestem więc o 8 w przód. Upragnione 2 miesiące dodawania nadrobione. Teraz czas na przerwę i... do nauki. Nastrój na wieczór niezbyt udany, więc rozgadywać się nie będę. Życzę tylko miłego czytania. 
***

     Była już 1 w nocy. Towarzystwo z dołu, zamiast stopniowo się uciszać, szalało coraz bardziej. Wiedziałam, że ta noc nie będzie należeć do najłatwiejszych. Wiedziałam, że dziś spokojnie nie zasnę, ale przysięgam, jeszcze w życiu nie miałam ochoty na równoczesne zabicie tak wielkiej ilości osób. Przeróżne, często bezsensowne krzyki, mieszały się ze sobą, przyprawiając moją głowę o ból. Wciąż zdawało mi się, że opary alkoholu niosą się aż do góry, choć to może kwestia mojej nadwrażliwości. Gdzieś obok, z łazienki dochodziły mnie niechciane oddźwięki, na zewnątrz co jakiś czas było słychać wycie syren policyjnych. Nawet interwencja policji niewiele tu dawała. Impreza będzie trwała do białego rana i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Niestety, nie należałam do osób, które usypiają przy każdym hałasie. Mój sen potrzebował całkowitej ciszy i spokoju. Od zawsze byłam czuła na dźwięki.
     Potrząsając bezradnie głową, przewróciłam się na plecy i uniosłam pokreśloną kartkę formatu A5 do góry. W bladym świetle rzucanym przez lampkę, starałam się rozczytać treść, którą przed chwilą sama złożyłam w słowa. Tak, to był mój mały, dosyć prywatny prezent dla Nathiela. List. Od zawsze znana byłam z tego, że nie potrafię wyrażać własnych uczuć poprzez słowa mówione. Zawsze zamykałam wszystko w głębi duszy. Ten właśnie list, miał zawrzeć w sobie wszystko, co mam do przekazania Nathielowi, a czego nie potrafię powiedzieć mu prosto w twarz. Chciałam mu podziękować, powiedzieć, że jest dla mnie jak brat, że jest dla mnie kimś cennym, kogo nie chcę stracić, chciałam przekazać, że jego uśmiech jest zaraźliwy, że szczerze dziękuję mu za każdy ratunek, że to przy nim czuję się bezpiecznie i niczego się nie boję. Wiem, pomysł był dosyć dziwny, ale mój stan finansowy jest kiepski, więc nie mogłam mu niczego kupić. Ludzie powiadają, że prawdziwym prezentem jest zawsze ten, który samemu się zrobi, więc o to jest. Pełen szczerych słów, płynących z głębi serca, pozbawiony ironii i chłodu list, zawierający dwie strony A5. Mam nadzieję, że nielubiący czytać Nathiel, przebrnie przez ten maksymalnie skrócony skrawek i doceni to, że się postarałam. Specjalnie dla niego spróbowałam nawet narysować mangową wersję siebie. Co prawda nie był to szczyt moich artystycznych zdolności, ale grunt, że się starałam.
     Kończąc czytać cały skrawek, poprawiłam w nim ostatnie zdania i zaczęłam go przepisywać.
     Jakieś dwie godziny temu była u mnie Amy. Gdy oznajmiłam jej, jaki prezent robię dla Nathiela, uśmiechnęła się szeroko i stwierdziła, że to bardzo romantyczny prezent. Gdyby osobiście taki dostała, chowałaby go pod poduszką jak najprawdziwszy skarb. Oczywiście siłą wyrwała mi z rąk wstępną wersję roboczą, a gdy ją przeczytała, zaczęła szczebiotać  jak małe dziecko. Cieszyłam się, że to nie była pełna wersja, bo miałam zamiar zawrzeć w liście kilka słów na temat demonów o których Amy przecież nie mogła wiedzieć. Byłam szczęśliwa z tego powodu, że jako jedyna nie została wciągnięta w ten okrutny świat. Doskonale wiedziałam, że gdy raz postawi się w nim nogę, wciągnie cię i pochłonie w całości jak sucha ziemia wodę. Amy nie pasowała do tego świata. Była zwyczajną dziewczyną o przyziemnych problemach, cieszącą się życiem, kochającą cały wszechświat. Dlaczego ktokolwiek miałby zniszczyć w niej tę radość? Bałam się o nią. Naprawdę się bałam. Sorathiel jest przecież jednym z łowców cienia. Jeśli zapragnie z nim być na całe życie, w końcu będzie się musiała o tym dowiedzieć.
     Westchnęłam cicho, po czym zorientowałam się, że zamiast przepisywać treść listu, rysuję na marginesie serca. Skrzywiłam się do siebie, gniotąc kartkę A5. Nie chciałam sugerować niepotrzebnych rzeczy Nathielowi. Nie szukam romantycznych kontaktów. Chcę być dla niego tylko i wyłącznie Laurą. Zwyczajną, odrobinę chłodną i ironiczną, drobną, bladą, wredną blondynką. Z tą oto myślą, ponownie wzięłam się za przepisywanie listu.
     Nie wiem czy robiłam właściwie. Amy wcześniej wspomniała, że mój list brzmi całkiem romantycznie, jednak ilekroć go czytałam, nie dostrzegałam w nim tego, co ona. Nie chciałam, aby Nathiel czytając go, miał podobne skojarzenia co Amy. Już teraz zachowywał się w stosunku do mnie co najmniej dziwnie. Patrzył na mnie częściej, niż zwykle, nawet, gdy stałam odwrócona do niego tyłem, czułam na sobie spojrzenie jego szmaragdowych oczu. Gdy tylko miał okazje, rozmawiał ze mną, nie przestając się uśmiechać. Ograniczył nawet swoje wredne docinki i przestał się denerwować na moje teksty, jak kiedyś, na dodatek, gdy o coś go prosiłam lub za coś dziękowałam, zaczynał zachowywać się jak ucieszone dziecko. Do tego doliczyć jego ostatnie, zaskakujące tulenie znienacka i... Nathielu Auvrey, co się z tobą dzieje? Czyżbyś zaczął mieć w stosunku co do mnie głębsze plany? Ja nie pragnę niczego więcej, jak zwyczajnej przyjaźni. W żaden sposób przecież do siebie nie pasowaliśmy. Wiem, ponoć przeciwieństwa się przyciągają, ale nie aż tak skrajne, prawda? Spójrzmy na to z innej strony. Jeden optymista, jedna pesymistka. Ich światopogląd jest zupełnie inny. Jeden będzie twierdził, że pochmurne niebo zwiastuje wyjątkową pogodę - ciepły deszcz, a po nim tęczę wychodzącą zza chmur, drugi, że pochmurne niebo jest złym omenem, bo to właśnie wtedy, dzieją się najgorsze rzeczy. To ze sobą koliduje, a nie się uzupełnia.
     Marszcząc czoło, nakreśliłam ostatnie słowo w liście, którym był podpis. Gdy już skończyłam, złożyłam go grzecznie w pół i schowałam do koperty, którą podpisałam wielkimi, ukośnymi literami: "Dla Nathiela". Gotowe. Teraz zanieść go do pokoju czarnowłosego łowcy i na tym moja misja się kończy.
     Z taką oto myślą, zeskoczyłam z łóżka, ubrałam swoje puchate kapcie i wyszłam za drzwi. Obok mojej głowy przeleciał jakiś stanik, który uderzył z głuchym pyknięciem w ścianę. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Mimo wszystko cieszyłam się, że zamieszkuję pokój u góry. Nie musiałam przedzierać się przez tłumy rozszalałych ludzi.
     Po cichu weszłam do pokoju Nathiela i położyłam list na biurku. Na chwilę przystanęłam przy oknie, zamyślając się i spoglądając na przyciemniony pokój. To tu spędziłam ostatnie tygodnie i cieszyłam się, że to już koniec. Nie byłam przyzwyczajona do miejsc, gdzie stara pizza przyklejała się do biurka, bielizna leżała pod łóżkiem, a podłoga błagała o dokładne wysprzątanie. Jestem miłośniczką porządku.
     Z ironicznym uśmiechem, spojrzałam za okno, na uśpioną dzielnicę. Chociaż sądząc po krzykach i głośnej muzyce dochodzącej z dołu, miałam wątpliwości, czy uśpioną. Sąsiedzi byli pewnie ostro wkurzeni. Nathiel będzie ich błagał o wybaczenie.
     Oddaliłam się od okna i skierowałam w stronę wyjścia. Nie chciałam zostać przyłapana na przebywaniu w jego pokoju. Gdy otworzyłam drzwi, znowu uderzył mnie ostry zapach wódki i szaleńcze krzyki. Ktoś krzyczał coś o "zajebistej imprezie", ktoś w euforystycznym stanie wyznawał komuś miłość, kilka osób śmiało się, jakby zamknięto ich w wariatkowie... Nie, wcale nie żałuję, że mnie tam nie było.
     - Byłaś u mnie w pokoju? - usłyszałam dobrze znany mi głos.
     Akurat trzymałam dłoń na klamce i domykałam drzwi.
     Spojrzałam odrobinę przestraszona na Nathiela, który miał bardziej, niż zwykle roztrzepaną fryzurę. Było jednak w jego oczach coś zupełnie innego. Dobra, już wiem. Nathiel trochę się napił i miałam nadzieję, że tylko trochę.
     - Tak, zanosiłam ci komiks - skłamałam - Postanowiłam zobaczyć, co to tak naprawdę ta manga.
     Chłopak spoglądał w moją twarz podejrzliwie. Oparł się właśnie dłonią o drzwi, w miejscu, tuż obok mojej głowy. Był teraz bardzo blisko mnie.
     Nie patrząc mu w twarz, postanowiłam jak najszybciej stąd uciec. Przeszłam pod jego ramieniem i bez słowa ruszyłam do pokoju. A przynajmniej chciałam ruszyć. Nie udało mi się to, gdyż Nathiel złapał mnie za łokieć.
     Westchnęłam ciężko i bezradnie.
     - Co? - spytałam, zerkając w tył.
     Chłopak puścił mnie i wzruszył ramionami.
     - Chciałem na chwilę uciec od hałasu - odpowiedział gładko.
     - Do mnie? - spytałam, unosząc brew.
     - Do ciebie.
     Chłopak wyszczerzył się, jakby dostał najpiękniejszy prezent na ziemi. Początkowo nie wiedziałam co zrobić. Miałam świadomość, że jak się uprze to pójdzie za mną nawet i na koniec świata, szczególnie, że nie jest w stanie trzeźwości. Może powinnam się poddać i wpuścić go do pokoju?
      Chwyciłam za klamkę i spojrzałam na wciąż uśmiechającego się jak dziecko Nathiela. Jego oczy mówiły: "wpuść mnie, wpuść, a potem nie wypuszczaj".
     Otworzyłam drzwi i westchnęłam cicho.
     - Chodź - mruknęłam z nadzieją, że przez hałas mnie nie usłyszy.
     Niestety, doskonale mnie zrozumiał. Wszedł do mojego pokoju zaraz po mnie i szczelnie zamknął drzwi. Leniwie się przeciągnął i ziewnął. Nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, usiadłam na łóżku i zaczęłam sprzątać wszystkie wersje robocze listu do niego.
     - Co robisz? - spytał ciekawsko.
     - Coś, czego ty nigdy nie robisz w swoim pokoju - mruknęłam, mając na myśli sprzątanie.
     - Śpię?
     - Nigdy nie śpisz w swoim pokoju? - spytałam nierozumnie.
     - Sen jest dla cieniasów - przyznał lekko podchmielonym głosem.
     Usiadł na łóżku w bezpiecznej odległości ode mnie. Dalej nie zwracałam na niego uwagi. Zbierałam kartki, kredki i długopisy.
     - Pisałaś do mnie list? - usłyszałam nagle.
     Zdziwiłam się jego pytaniem. Gdy na niego spojrzałam, zobaczyłam, że trzyma w dłoni jedną z kartek. Od razu rzuciłam się na niego, próbując mu ją odebrać. Nathiel  jednak tak łatwo się nie dawał. Machał nią w górze, zgrabnie omijając moje dłonie i śmiejąc się jak szalony.
     - Odpowiedz!
     Nie miałam zamiaru. Walczyłam o skrawek papieru jak prawdziwa lwica. Może trochę zbyt gwałtownie, bo w końcu zwaliłam Nathiela na podłogę. Usiadłam na nim triumfalnie z kartką, którą mu odebrałam.
     - Nie czyta się cudzej korespondencji - mruknęłam, zerkając na niego z góry. - Najwyraźniej musiało ci się przewidzieć. Nigdzie tu nie ma imienia Nathiel.
     - Podobasz mi się - powiedział znienacka chłopak.
     - Co?
     Spojrzałam na niego zdziwiona. Powiedział to tak nagle, że zwątpiłam w to, iż mam dobry słuch. Może mi się przesłyszało? Może z jego ust popłynęły zupełnie inne słowa?
     - Podobasz mi się - powiedział głośniej.
     Oniemiałam. Patrzyłam w jego bezwyrazową twarz, która mogłaby wyrażać teraz wszystko. A jeśli była zapowiedzią śmiechu?
     Westchnęłam cicho i przeniosłam się do pionu. Nawet nie podając mu ręki, usiadłam na łóżku. Przy okazji wyrzuciłam stos papierów, który zalegał mi w dłoniach do małego śmietnika, stojącego obok szafki.
     - Nie żartuj sobie głupio - odpowiedziałam w końcu, zerkając na niego pobłażliwie.
     Nathiel natychmiastowo przeniósł się do pozycji podłogowej siedzącej.
     - Ale ja nie żartuje! - wykrzyknął oburzony - Ty mi nigdy nie wierzysz.
     Spojrzałam na niego chłodno z góry.
     - Dlaczego miałbyś mówić prawdę? Jesteś pijany.
     - Ja pijany? - spytał z udawaną powagą.
     Jego mina, delikatne, różowe plamy na polikach, świecące oczy i lekko sepleniące słowa zdradzały jego stan.
     - Tak, ty pijany - odpowiedziałam spokojnie.
     Nathiel podniósł się gwałtownie z podłogi i podszedł do mnie, nachylając się nade mną niebezpiecznie blisko. Ręce oparł na łóżku, torując mi drogę ucieczki. Mogłam się tylko wychylić do tyłu, opierając się na łokciach.
     - Naprawdę, mówię serio, podobasz mi się - powiedział Nathiel z pijacką powagą na twarzy.
     Prychnęłam.
     - Niby dlaczego miałbyś mówić prawdę?
     Chłopak oddalił się ode mnie i usiadł na łóżku, bardzo blisko mnie. Odetchnęłam z ulgą. Wcześniejsza poza była niebezpieczna.
     - Bo chodzi o to - zaczął swoim śmiesznym głosem - Że kiedyś wolałem brunetki o ciemnych oczach. Takie biuściaste, smukłe, wysokie. I żeby najlepiej ich uśmiech powalał mnie na kolana. Oczywiście musiały być otwarte i radosne.
     - W takim razie nisko upadłeś - mruknęłam na boku, uśmiechając się ironicznie.
     Kto bardziej odchodził od tego ideału, jak nie ja?
     - No, właśnie o to chodzi! - wykrzyknął, zwracając się do mnie przodem.
     - Że nisko upadłeś? - spytałam obojętnie.
     - Nie! - zaprzeczył gwałtownie - Że mój ideał zmienił się na gorsze.
     Spojrzałam z rozbawionym, ironicznym uśmiechem w sufit. Czyli jednak nisko upadł.
     - Teraz wolę kobiety nie w liczbie mnogiej, a pojedynczej - zaczął swój pokrętny, pijacki wywód Nathiel - Czyli, że moim priorytetem jest teraz blada dupa albinosa, która ma blond włosy - mówiąc to, chwycił za kosmyk moich włosów - jasne, zielone oczy, jest niska, drobna, trochę za chuda, ma malutkie usta i jakbym chciał je pocałować, to nie wiem czy bym w nie trafił.
     Położyłam dłoń na twarzy i westchnęłam ciężko. Takich wyznań to nie chciałam słyszeć. Wiem, doskonale wiem, że nie jestem niczyim ideałem. Że daleko mi do smukłych, wysokich kobiet o przekonujących mężczyzn atrybutach. Wiem, że nie jestem ani ładna, ani pociągająca. Dlaczego musi mnie o tym dodatkowo uświadamiać?
     - Zamiast dziewczyny, która byłaby otwarta, radosna i pełna miłości, poznałem chłodną, wredną, ironiczną i zamkniętą w sobie pesymistkę, która zamiast przyciągać ludzi, wciąż ich odpycha - dodał Nathiel.
     Ponoć ludzie, gdy są pijani mówią najszczerszą prawdę. Z pewnością rozczytał teraz moją duszę.
     - Ale wiesz? - spytał nagle, radosnym tonem głosu. - Podobasz mi się taka, jaka jesteś.
     Milczałam, wpatrując się beznamiętnie w jego rozchmurzoną twarz. Patrzył prosto w moje oczy, próbując mnie zahipnotyzować. O mały włos, a straciłabym nad sobą kontrolę. Może to ta demoniczna moc próbowała przeciągnąć mnie na swoją stronę?
     - Nathiel - zaczęłam załamanym tonem głosu - Ja nie zrobiłam nic takiego, żebym ci się miała podobać. Jesteś pijany i nie wiesz co mówisz. Wróć do swoich ideałów.
     - Mam ci udowodnić?
     - Nic mi nie udowadn...
     Zanim skończyłam zdanie, Nathiel pchnął mnie gwałtownie na łóżko i nachylił się nade mną z prawej strony, układając ręce obok mojej głowy tak, bym nie miała drogi ucieczki. Zrobiło mi się gorąco. Gorąco ze wstydu. Mogłam przysiąc, że na moich polikach pojawiły się teraz rumieńce.
     - Nie wiem co to miłość, nie wiem, czy podobanie się to to samo, co zakochanie. Wiem tyle, że jestem tobą zainteresowany - szepnął, nie spuszczając ze mnie oczu - Lubię patrzeć, gdy coś robisz, obserwować jak twoja twarz od czasu do czasu uśmiecha się, lubię cię słuchać, nawet jeśli rzucasz mi tylko sarkastyczne uwagi, patrzeć w twoje oczy...
     Stój, Nathielu Auvrey! To się robi zbyt niebezpieczne! Zacząłeś używać zbyt mądrych i na dodatek romantycznych słów! Odejdź stąd, zanim rzucisz na mnie swój demoniczny urok!
     Położyłam dłonie na klatce piersiowej Nathiela i starałam się go od siebie odepchnąć. To nic jednak nie dało. Był dla mnie za silny. Ludzie, ratujcie mnie przed zdesperowanym demonem!
     - Hej, to już chyba miłość - przyuważył twórczo Nathiel, dziwiąc się własnymi słowami.
     - Nie, to głupota, Nathiel - mruknęłam załamana.
     - Zakochałem się w tobie! - wykrzyknął odkrywczo o jeden ton za głośno.
     Błagam, człowieku-demonie, przestań niszczyć moją psychikę. Nigdy w życiu nie uwierzę w słowa pijanej osoby, która nagle dostała olśnienia, leżąc nade mną.
     Nathiel już chciał otworzyć usta, gdy ja przyłożyłam mu do nich dłoń.
     - Milcz, proszę cię - odpowiedziałam.
     Byłam już na skraju cierpliwości.
     Chłopak zabrał moją rękę ze swoich ust i przytwierdził ją do łóżka. Z drugą, choć niewinną dłonią zrobił to samo. Co on do cholery planował?
     Zesztywniałam, robiąc wielkie oczy. Nie, błagam, błagam! Nathiel, oddal się ode mnie! Nie chcę twojego pocałunku, nie chcę ciebie!
     Odwróciłam gwałtownie głowę w bok. To mu jednak nie przeszkadzało. Był już niebezpiecznie blisko mojej twarzy. Bałam się na niego spojrzeć, bałam się odwrócić głowę, choć wiedziałam, że i tak to nic nie zdziała. Jedynym moim ratunkiem było...
     - Ała! - wykrzyknął Nathiel, oddalając się ode mnie gwałtownie i chwytając za czoło.
     Bingo. Wystarczyło porządnie walnąć głową o jego głowę.
     Wykorzystując chwilę jego nieuwagi, wyślizgnęłam się bokiem jak wąż i stanęłam w bezpiecznej odległości, obok łóżka. Miarka się przebrała.
     - Wyjdź stąd - powiedziałam chłodnym głosem, wskazując palcem na drzwi - Wyjdź, wytrzeźwiej, ochłoń.
     Widziałam, że Nathiel chce otworzyć usta. Nie dałam mu jednak dojść do słowa.
     - Wyjdź, proszę - powiedziałam ostrzejszym tonem głosu.
     Chłopak przyglądając mi się przez dłuższą chwilę beznamiętnie, w końcu uznał, że mnie posłucha. Podniósł się i bez słowa wyszedł za drzwi, trzaskając nimi w iście artystyczny i dramatyczny sposób.
     Jęknęłam bezradnie i rzuciłam się na łóżko, kryjąc głowę w poduszce, Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Byłam jak sparaliżowana. Przestraszona, oniemiała, zszokowana. Nie chciałam, by mnie pocałował. Bałam się, że jeżeli to zrobi, pęknie we mnie niezbadana część mojej duszy. To było niebezpieczne.
     Przewróciłam się na plecy i spojrzałam w sufit. Moje poliki płonęły, oczy błyszczały, umysł się rozbudził, a myśli były chaotyczne. Co on ze mną do cholery zrobił?
     Pokręciłam głową, kładąc na rozpalonej twarzy chłodne dłonie.
     Wiedziałam, że jeżeli dalej tak pójdzie, to i ja utonę w szmaragdowych oczach...

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział 34 - "Tak mi rób!"

Ten rozdział jest pod względem wielkości największym, zaraz po rozdziale 25-tym. Gdy się do niego dopadłam na weekendzie, wręcz nie mogłam się oderwać. Żałuję, że ostatnio mam tak niewiele czasu.
Ponowna przerwa od dramatów. Oczywiście nie na długo. Cieszmy się, póki możemy.
W przody udało mi się zrobić trzy rozdziały. Juhu.
Mój A. zauważył ostatnio pewną zależność. Każda postać z mojego opowiadania ma coś ze mnie. Laura ironię i chłód, Nathiel głupotę, ryzykowność, nieogara i szaleńczy charakter (chyba najbardziej ze wszystkich bohaterów mnie przypomina), Sorathiel ma ode mnie zamiłowanie do książek, a Amy zacieszanie z każdego napotkanego przystojniaka. To może dlatego nigdy nie potrafiłam wymyślić prawdziwej mnie w opowiadaniu. Bo każdy coś ze mnie ma!
PS. Dodaje rozdział dzień wcześniej. Jakoś tak nie mogłam czekać D:
***

     Mocne promienie słońca przebijały się przez cienkie, kremowe firanki, rażąc bezlitośnie moje zaspane oczy. Wiedziałam, że to czas na pobudkę. Spało mi się jednak wyjątkowo dobrze, dlatego nie chciałam podnosić się jeszcze z łóżka.
     Z mruknięciem niezadowolenia, przekręciłam się na drugą stronę i przykryłam głowę kołdrą. Czułam, że powoli zapadam w przyjemny, głęboki sen. Oczami wyobraźni widziałam błękitne niebo i puszyste chmury, które ocierały się o mnie, sprawiając wrażenie najbardziej miękkiego materiału, jaki w życiu dotknęłam. Na moich ustach pojawił się mimowolny uśmiech. Chciałam przytulić się do chmury i odpłynąć razem z nią w niezmierzony błękit nieba.
     - Ja pieprzę! Latający potwór spaghetti! Wiedziałem, że on naprawdę istnieje! Sorath! Widzisz to?!
     Jęknęłam cicho i otworzyłam zaspane oczy, spoglądając w stronę drzwi od pokoju. Nathiel. Dlaczego w każdym aspekcie mojego pozornie spokojnego życia, pojawiał się właśnie on? Miałam już dość jego głosu, twarzy, głupoty, jaką mnie obdarzał i tego, jak mnie budził, nie będąc nawet w moim tymczasowym pokoju. Takie osoby bezwzględnie się dusi i spala ich zwłoki, żeby przypadkiem będąc w ziemi nie narodziły się jako zombie i nie kontynuowały swoich męczarni, powtarzając na okrągło: "zjem twój mózg, bo przypomina mi spaghetti".
     Westchnęłam głośno i przewróciłam się na plecy. Pobielany sufit uśmiechał się do mnie ironicznie poprzez pęknięcia. Mój umysł opanowała głupota, którą zaraziłam się od Nathiela. Chyba muszę się stąd wyprowadzić. Jak najszybciej.
     Nie minęła nawet minuta, a Nathiel zaczął śpiewać swoje dziwne piosenki o hydraulikach, biedronkach i kradzionym ze sklepu dżemie. Całkowicie się wówczas poddałam.
     Przeniosłam się do pozycji siedzącej, odgarniając do tyłu swoje rozszalałe włosy i spojrzałam w stronę lusterka, które stało na szafce. Jak każdego poranka, pod moimi oczami widniały przerażające cienie, a moja twarz zdobiona była przez czerwone ślady, którymi obdarowała mnie poduszka. Wyglądałam, jakby przejechał mnie traktor. Chociaż lepiej, że traktor, a nie kombajn.
     Słysząc kontynuacje szaleńczych piosenek Nathiela, wstałam z łóżka i zdecydowałam się ubrać. Nie miałam sposobności chodzenia po obcym, przepełnionym męskim gronem domu, w piżamie i z kołtunami na głowie.
     Przeciągając się, czułam jak żebra odmawiają mi posłuszeństwa. To jeszcze nie czas na skomplikowane manewry. Musiałam uważać. Przecież nie chciałam się znowu połamać. Samo wspomnienie mojego bolesnego upadku ze schodów i łamanie zasad grawitacji przez demona, który rzucał mną po ścianach, przyprawiały mnie o ból.
     Z szafki wyjęłam szczotkę i powolnymi, znudzonymi ruchami, zaczęłam czesać swoje roztrzepane włosy.
     Wczorajszego dnia odbyłam poważną rozmowę z szefem organizacji Nox, Hughiem. Opowiedziałam mu o całym zdarzeniu, jakie miało miejsce w moim domu oraz o moich dziwnych, choć mało przydatnych zdolnościach. Podobnie jak Sorathiel i Nathiel, nie miał jednak żadnej konkretnej teorii na temat tego, kim jestem. Zaprzeczył też jakimkolwiek demonicznym korzeniom, gdyż mój cień był jak najbardziej ludzki - demony go nie posiadały. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie warto na siłę szukać rozwiązania, wkrótce może przyjść samo. Nasza rozmowa zeszła na inny tor. Hugh stwierdził, że powinnam przynajmniej przez jakiś czas mieszkać z Nathielem i Sorathielem, bo nigdy nie wiadomo, czy demony znowu mnie nie zaatakują. W tajemnicy, pochylając się ku mnie, stwierdził, że przyda im się kobieca ręka, szczególnie Nathielowi, który wciąż zachowywał się jak rozpieszczony bachor. W myślach, szczerze w to wątpiłam. Fakt, gdyby Nathiel rzeczywiście był sam w tym domu, długo by nie przeżył, ale Sorathiel? Był i będzie sto razy lepszą panią domu ode mnie. Gdy ja potrafiłam zrobić na śniadanie tylko tosty i jajecznicę, on zaskakiwał mnie przeróżnymi omletami oraz jedzeniem, którego nawet nie potrafiłam nazwać. Hugh chyba nie ma pojęcia jak dobrze sobie radzi.
     Szef organizacji Nox stwierdził, że nie powinnam przejmować się kosztami. Mogę dalej kontynuować swoją naukę i prowadzić spokojne życie. Spytałam go wtedy, czy robi to z dobrego serca, czy czegoś ode mnie oczekuje. Uśmiechnął się i odpowiedział, że urodził się po to, by pomagać innym. Zresztą jest już bardzo stary i nie potrzebuje tylu pieniędzy, ile ma. Coś mi jednak podpowiadało, że kryje się za tym głębsza sprawa.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Oczywiście nie byłam przekonana do utrzymywania przez całkowicie obcego, starszego pana i uznałam, że wolę znaleźć sobie pracę dorywczą, ale domem, własnym, małym pokojem i dwoma strażnikami nie pogardzę.
Nathiel najwyraźniej ucieszył się z mojej decyzji. Co takiego we mnie jest, co zdołał ostatnimi czasy polubić? Widzę jego wewnętrzną zmianę. Stał się zdecydowanie milszy w stosunku co do mnie. Starałam się ostatnio prowadzić z nim nawet słowne potyczki, ale... on uśmiechał się tylko głupkowato, nie odpowiadając. Myślę, że maczali w tym palce obcy. Ktoś go musiał podmienić, zdecydowanie.
     Ponownie już tego dnia, usłyszałam morderczą arię Nathiela, po której Sorathiel odezwał się swoim uspokajającym głosem:
     - Ubierz coś na siebie, Nathiel, nie mieszkamy już sami.
     Moja ręka zatrzymała się w połowie drogi do klamki. Postanowiłam, że odczekam jeszcze kilka minut. Nie chciałabym zobaczyć paradującego w samych bokserkach lub w jeszcze gorszym przypadku - nago, Nathiela. Na takie widoki nie byłam jeszcze gotowa i... w sumie chyba nigdy nie będę.
     - Mogę wszystko, mam dziś urodziny - dosłyszałam radosny ton głosu.
     Westchnęłam cicho.
     Rzeczywiście. Dziś, 22 kwietnia, nasz drogi Nathiel kończył 18 lat, a co za tym idzie - urządzał huczną imprezę urodzinową. W jednej chwili mój umysł zaczął się obracać wokół myśli, jakim prezentem mogę go obdarzyć. Sama zdziwiłam się swoją postawą, ale już po chwili uznałam, że przecież do tej pory zrobił dla mnie naprawdę wiele. To dzięki niemu wciąż żyłam i czułam się bezpiecznie. Był ostatnią osobą, która mogła ochronić mnie przed złem. Co jednak miałam mu podarować? Koszulkę z napisem: "Hejtuję demony" lub "Bierz mnie, maleńka"? Zestaw noży kuchennych, które będą zapasowymi do walki z demonami? Nie. To niezbyt udany pomysł, tym bardziej, że nie mam przy sobie żadnych oszczędności.
     Świnka stojąca na półce, uśmiechała się do mnie złowieszczo, a jej wewnętrzna pustka krzyczała echem: "nakarm mnie!". Mniemam, że porcelanowe świnie nie zajadają się tostami śniadaniowymi.
     Uśmiechając się do siebie ironicznie, chwyciłam za klamkę i postanowiłam wyjść na zewnątrz. Śpiewający głos Nathiela umilkł, a więc mniemam, że poszedł się ubrać. Myliłam się. Gdy wyszłam z pokoju, tuż przede mną stał czarnowłosy, roztrzepany chłopak z zabójczym uśmiechem na twarzy. Był ubrany. W połowie. Bo tak na ogół to świecił gołą klatą. W rękach trzymał wielki karton z wódką.
     - Cześć, śpiąca królowo lodu - powiedział, szczerząc się do mnie. - Długo dziś spałaś.
     - Spałabym dłużej, gdybyś nie zaczął śpiewać o biedronkach, które rozmnażają się na wiosnę - rzekłam, unosząc brew do góry.
     - Hej, wiosna to fajny czas - odpowiedział chłopak, zanosząc się śmiechem. - W końcu wtedy się urodziłem.
     Stałam tak, wpatrując się w jego twarz i zastanawiając, jak w najprostszy sposób mogę mu złożyć życzenia. "Sto lat, abyś głupotą ludzi nie zarażał!", "Wszystkiego najlepszego! Wesołych świąt! Rozmnażających się biedronek! Latających słoików dżemu! Hydraulika z kupą narzędzi! I żebyś dał mi święty spokój!". Cóż,  nie poradzę nic na to, że ironia zabija mnie z rana.
     Wzięłam głęboki wdech i wyłączając swoje myśli, zrobiłam coś, czego nawet nie zamierzałam zrobić. Stanęłam na palcach i składając na jego miękkim poliku całusa, powiedziałam:
     - Wszystkiego najlepszego.
     Nathiel opuścił na podłogę karton, mało nie tłukąc butelek. Spojrzał na mnie, jakby zobaczył ducha, a na poliku, który pocałowałam, położył dłoń. Poczułam się tak, jakby moje usta miały morderczą moc. Być może wypaliłam mu w nim dziurę. Tak trzymać.
     Postanowiłam uciec od tej żenującej sytuacji i wymijając go, skierowałam się w stronę kuchni. Zza pleców doszedł mnie głos czarnowłosego, który najwyraźniej zdążył się obudzić:
     - Liczyłem na usta!
     Po którym nastąpił głośny, szaleńczy wybuch śmiechu. Jego podróży po domu, towarzyszył odtąd radosny śpiew.
     Przewróciłam oczami i weszłam do kuchni, gdzie przy stole siedziała już perfekcyjna pani domu, ubrana w różowe rękawice po same łokcie. Stanęłam w progu i spojrzałam na niego nierozumnie.
     - Cześć - przywitałam się niepewnym głosem.
     Blondyn kiwnął mi głową znad bliżej nieokreślonej listy. Wyglądało to tak, jakby miał dzisiaj wyjątkowo dużo pracy i specjalnie na tą okazję zrobił długą, po samą ziemię listę z czynnościami, jakie ma wykonać. Różowe rękawice mógł sobie jednak odpuścić.
     - Gustowne łapki - powiedziałam, uśmiechając się pod nosem.
     Sorathiel zmarszczył czoło.
     - To pomysł Nathiela. Postanowił zrobić mi prezent - odpowiedział niezadowolony.
     - W różowym ci do twarzy - przyznałam, próbując powstrzymać się od uśmiechu.
     - Bardzo śmieszne.
     Uznałam, że mimo braku apetytu, czas na porządne śniadanie. Obiecałam sobie, że przez najbliższy miesiąc będę jadła tyle, ile tylko zmieści mi się w żołądku. Ludzie spotykając mnie na środku miasta, nie poznawali mnie i komentowali mój wygląd określeniem: "kościotrup". Nie mogłam poradzić nic na to, że miałam tendencje do chudnięcia, a nie tycia. Z chęcią bym się z kimś zamieniła, jeśli byłoby to możliwe.
     Biorąc chleb tostowy z blatu, zaczęłam konstruować najprostsze na świecie tosty, którymi prawie zawsze żywiłam się rano w swoim domu.
     - Pomóc wam dziś w czymś? - spytałam przy okazji.
     Nie spodziewałam się, że to Nathiel, który wszedł właśnie do kuchni, odpowie na moje pytanie.
     - Pewnie, potrzebuję murzyna do trzepania bitej śmietany.
     Spojrzałam na niego przez ramię.
     - Myślałam, że albinosa - mruknęłam.
     Już miałam otworzyć buzię, by rzucić dodatkowym, ironicznym tekstem, ale uznałam, że dziś będę wyjątkowo grzeczną Laurą. W końcu Nathiel ma urodziny. Muszę jednak przyznać, że to poważne i dosyć trudne dla mnie wyzwanie.
     - Pomożesz? - spytał uroczym głosem czarnowłosy, opierając się szarmancko o blat i uśmiechając do mnie.
     - Mam wybór? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, wkładając gotowe tosty do opiekacza.
     - Zawsze jakiś jest.
     Spojrzałam na czarnowłosego chłopaka i uniosłam brew do góry. Takiej radości i energii jeszcze w życiu nie widziałam na jego twarzy. Szmaragdowe, demoniczne oczy, świeciły mu się jak napalonemu na marchewkę królikowi, promienny uśmiech nie schodził mu z twarzy, a na polikach widniały delikatne, różowe plamy. Jakby tego było mało, ubrał koszulkę z wielką, uśmiechniętą miną i napisem: "Zepsuj mój dzień, a ja zepsuję ciebie". Szczęście, szczęście wszędzie. Na miejscu Nathiela nie cieszyłabym się, że jestem coraz starsza, chociaż trzeba przyznać, że to kwestia światopoglądu. Jestem pesymistką, więc zazwyczaj nic mi nie odpowiada, a Nathiel optymistą, więc cieszy się z wszystkiego, co nadejdzie. Musiałam przyznać, że mimo wszystko do twarzy mu z tą radością.
     Nim się zorientowałam, nawet ja zaczęłam się głupio uśmiechać, a Nathiel zauważając moją zmianę mimiki twarzy, zaczął się szczerzyć jak do sera.
     Odwróciłam od niego wzrok, próbując ukryć się za zasłoną blond włosów. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale powoli zaczynam przejmować jego radość. To chyba dobrze, sądząc po moim ostatnim nastroju i niezbyt ciekawych wydarzeniach. Powoli wracam do siebie.
     - Pomogę ci - odpowiedziałam, wzdychając.
     - Dzięki! - wykrzyknął chłopak.
     W swojej przedziwnej euforii, rzucił się na mnie od tyłu i mocno przytulił. Jego czarne, roztrzepane włosy, łaskotały moją twarz, ciepłe ramiona obejmowały szyję, a miękki polik dotykał mojego ucha. Momentalnie przeszły mnie ciarki. Nie wiedziałam czy to z powodu łaskoczących mnie włosów, czy zdziwienia bądź też przerażenia zaistniałą sytuacją. Nie mogłam ukryć swojego zaskoczenia. Zesztywniałam jak kołek, bojąc się nawet poruszyć. Czy tylko mi się zdaje, czy Nathiel zaczął być ostatnio bardzo wylewny uczuciowo w stosunku co do mnie?
     - Eee... Nathiel? - spytałam cicho, gdy po kilku dłuższych chwilach, nawet się nie poruszył. - Mógłbyś mnie puścić?
     Dopiero wówczas, czarnowłosy, demoniczny łowca, oderwał się ode mnie. Bałam się teraz spojrzeć w jego twarz. Bałam się, że zobaczę coś, czego nie chciałam zobaczyć. To samo, co widziałam w oczach Deaniela.
     - Coś ci się przypala - usłyszałam szept, tuż nad uchem.
     Zdezorientowana, spojrzałam w stronę opiekacza z którego ulatniał się biały dymek.
Cóż, dziś na śniadanie spalone tosty, smacznego.
***

     Śmietana. Litry, a może nawet hektolitry śmietany. Dosłownie cały blat był nimi zasypany. Zgadzając się na jej ubijanie, nie sądziłam, że przyjdzie mi marnować mikser i własne siły na pięćdziesiąt deserów lodowych, które zamierzał przyrządzić Nathiel. Nigdy nie sądziłam, że ma aż tylu znajomych, bo nigdy nie widziałam go w ich otoczeniu. Cały czas miałam wrażenie, że tylko i wyłącznie Sorathiel jest jego przyjacielem i towarzyszem, że Nathiel to mimo wszystko typowy samotnik. Jak widać, myliłam się. No, cóż, prawda jest taka, że każdy na świecie ma bardziej udane życie towarzyskie, niż ja, nie powinnam się więc dziwić. Powracając do bitej śmietany.
     - Chyba oszalałeś - stwierdziłam, patrząc na rozbawionego moją miną Nathiela.
     - Już dawno - odpowiedział, wzruszając ramionami.
     - Gdzie ty to wszystko pochowasz?
     - W piwnicy.
     - To nie Halloween, Nathiel. Wątpię, aby ktokolwiek miał chęć na lody z dodatkiem pajęczyny lub sypiącego się z sufitu gruzu - mówiąc to, uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Nie zapominaj o pająkach.
     - Oby nie szczurach.
     - Szczur w bitej śmietanie. Idealne połączenie.
     Spojrzałam gdzieś w bok, zakrywając dłonią usta. To naprawdę dziwne, że zaczęłam śmiać się z żartów Nathiela. Zaraz. To był w ogóle żart? A jeśli objaw totalnej głupoty?
     Aby zmienić jak najszybciej temat i ukryć swoją uśmiechniętą twarz, powiedziałam:
     - Podaj mi mikser.
     I wystawiłam dłoń, nie patrząc w jego stronę. Chwilę potem dostałam do ręki coś, co nawet w dotyku nie przypominało miksera. Spojrzałam na ten przedmiot i ujrzałam metalową trzepaczkę. Nathiel na widok mojej miny zaczął się śmiać jak oszalały.
     - To nie jest śmieszne - powiedziałam oburzona. - Dawaj mi ten mikser, bo trzepnę cię tą trzepaczką w łeb.
     - Nie złość się, bo zbrzydniesz - zaśmiał się chłopak, wyjmując z szuflady potężny mikser.
     Nareszcie w moich dłoniach wylądowała właściwa maszyna. Już nawet nie miałam ochoty na poprawianie anty zedukowanego Nathiela, który używa niewłaściwych przysłów. Tak naprawdę zastanawiało mnie, dlaczego on i Sorathiel nigdy nie poszli do szkoły. Oczywiście nie sądzę, że blondynowi przydałaby się szkoła, bo i bez tego jest skarbnicą wiedzy i mądrości, ale Nathiel ze swoją nikłą umiejętnością czytania i wyrażania się w sposób poprawny, mógłby się tam znaleźć.
     Umieszczając w mikserze metalowe mieszadła, spojrzałam na swojego towarzysza, który teraz opierał się o blat i zerkał z zainteresowaniem w sufit.
     - Zastanawia mnie to od dłuższego czasu - zaczęłam niepewnie - Dlaczego nigdy nie poszedłeś do szkoły, skoro miałeś takie możliwości?
     Czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem.
     - Nie potrzebowałem szkoły, ponieważ miałem ją w domu - odpowiedział.
     Zdziwiłam się. Nie miałam pojęcia o co mogło mu chodzić.
     - Elisabeth, matka Sorathiela, była nauczycielką i to ona uczyła nas tego, co najważniejsze. Pisać, liczyć, czytać - wymieniał z krzywą miną.
     - Umiesz czytać? - udałam zdziwienie.
     Niestety, nie udało mi się dziś powstrzymać mojej ironii. Wybaczcie mi, o niebiosa. Nathiel sam się o to prosił.
     - Nieważne jak, ważne, że cokolwiek potrafię przeczytać! - oburzył się zielonooki.
     - A pisać? - zapytałam zaciekawiona.
     Chłopak wskazał dłonią na lodówkę, gdzie wisiała kartka, a następnie odwrócił obrażony głowę w bok. Odkładając morderczą maszynę miksującą na bok, podeszłam do niej i przyjrzałam się uważnie kartce, która tam wisiała. Widniały na niej proste słowa: "Kup mi dżem Sorath". Rozszerzyłam oczy w zdziwieniu. Nie dość, że zdanie było poprawnie napisane, to jeszcze pismo było całkiem ładne. Chaotyczne, ukośne litery przypominały mi trochę charakter Nathiela.
     Nie komentując tego, co zobaczyłam, spojrzałam na niego i zaczęłam przepytywanie:
     - Sześć razy sześć?
     Chłopak spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
     - Trzydzieści sześć.
     - Dwadzieścia pięć razy dwadzieścia pięć?
     Nathiel zastanowił się przez chwilę, po czym odpowiedział:
     - Sześćset dwadzieścia pięć.
     Kiwnęłam głową, ponownie się dziwiąc.
     Chłopak wzruszył ramionami z uśmiechem na twarzy.
     - Matematyka i pisanie nigdy nie były dla mnie trudne, za to czytać nienawidzę - wytłumaczył.
     Wróciłam do blatu kuchennego bez słowa. Spodziewałam się czegoś innego, a jednak Nathiel nie jest taki tępy, na jakiego wygląda. Naprawdę mało o nim wiem. Czym mnie jeszcze zdziwisz, Nathielu Auvrey?
     Zaczęłam wlewać śmietanę do całkiem sporych rozmiarów garnka. Miałam nadzieję, że dwadzieścia 250 mililitrowych kubeczków wystarczy na takie szaleństwo.
     Trzęsąc głową, włączyłam mikser i zaczęłam swoją jakże trudną robotę. Nie przejmowałam się zielonookim, który stał tuż obok mnie, opierając się łokciami o blat i patrząc w skupieniu na moje dłonie. Bynajmniej się starałam. Po pewnym czasie zaczęło mnie to irytować. Jego zielone oczy wodziły od moich dłoni, po moją twarz, która z każdym momentem wykrzywiała się w coraz większym grymasie. Albo mi się zdawało, albo Nathiel próbował mnie zdekoncentrować. Im ja bardziej się chmurzyłam, tym on bardziej się uśmiechał. Zachowywał się jak mały, wkurzający dzieciak.
     - Laura - powiedział w końcu.
     Uznałam, że nie odpowiem. Dźwięk miksera mógł go w końcu zagłuszyć. Dla lepszego efektu,  obroty zwiększyłam do maksimum.
     - Laura - usłyszałam odrobinę głośniej.
     Ponownie nie odpowiedziałam.
     Nie spodziewałam się, że Nathiel będzie żądać uwagi w inny sposób. Widziałam tylko jego ręce, które zniknęły z nagła z blatu. Nie byłam w stanie przewidzieć, że chwilę potem jego palec dźgnie mnie w bok, który jest wyczulony na każdy, najmniejszy dotyk. Zazwyczaj na takie gesty reagowałam piskiem i skokiem do góry. Teraz było podobnie, z tym, że puściłam mikser, który złamał zasady dynamiki Newtona. Bita śmietana zaczęła latać po całej kuchni, zostawiając swoje plamy na podłodze, blacie i nas samych. Żeby zatrzymać morderczy ciąg śmietanowych szaleństw, pociągnęłam kabel od miksera, odłączając go od prądu.
     Gdy wszystko ucichło, spojrzałam morderczo w stronę Nathiela.
     Chłopak uśmiechnął się do mnie niewinnie i ściągnął palcem wskazującym śmietanę z mojej twarzy.
     - Słodko wyglądasz - powiedział, powstrzymując się od nagłego wybuchu śmiechu.
     Nabierając powietrza w płuca, chwyciłam za garnek pełen bitej śmietany w celu wręczenia go Nathielowi. Moja praca się skończyła. Tak przynajmniej myślałam. Przecież nikt nie był w stanie przewidzieć tego, że jeśli postawię krok w przód, to poślizgnę się na białej plamie i wpadnę prosto na Nathiela, którego wywrócę na podłogę. Garnek zaś wyleci w górę i walnie mnie kantem prosto w głowę, rozlewając całą zawartość po naszej dwójce.
     Nathiel patrząc na mnie, wybuchnął śmiechem. Nie obchodziło go to, że podobnie jak mnie, zdobiły go białe plamy. Śmiał się tak, że mało nie zaczął się tarzać po podłodze. Miałam ochotę przywalić mu za ten niezwykle irytujący wybuch radości. Zamiast tego, rzuciłam w niego ścierką.
     - Haha, rób mi tak więcej! - wykrzyknął.
     W tym samym momencie do kuchni wszedł niczego niespodziewający się Sorathiel. Przystanął w progu, zerkając na nas ze zdziwieniem malującym się na twarzy. Nie wiem co sobie pomyślał, ale widok leżącego na podłodze chłopaka i nachylającej się nad nim dziewczyny, musiał być aż nadto podejrzliwy. Dodając do tego mnóstwo białych plam i słowa Nathiela o treści: "rób mi tak więcej" wykrzyknięte w euforystycznym stanie... cóż, nie dziwię się, że był zdziwiony.
     - Co wy robicie? - spytał spokojnie.
     - Nie chcesz wiedzieć! - zaśmiał się Nathiel.
     Prychając cicho, podniosłam się z podłogi.
     - To wszystko jego wina - powiedziała chłodno, wskazując na niego palcem.
     Sorathiel potrząsnął głową i westchnął cicho. Odważył się w końcu przekroczyć próg kuchni.
     - Więc nie będzie deseru lodowego - śmiał się dalej Nathiel, którego najwyraźniej z tego powodu złapała głupawka.
     Jego denerwujący śmiech niósł się przez cały dom. Wyglądał tak, jakby już nigdy miał się nie przestać śmiać. Miałam ochotę wepchnąć mu do buzi pomidora, który leżał na blacie, ale powstrzymałam się od tego. Próbując nie zwracać na niego uwagi, zabrałam się do sprzątania nieporządku, jaki zrobiłam. Sorathiel bez słowa zaczął mi pomagać. W między czasie Nathiel zdążył się uciszyć i zmyć z siebie całą bitą śmietanę. Ukradkiem na niego spoglądając, wciąż widziałam na jego twarzy rozbawiony uśmiech, nic jednak więcej nie powiedział.
     - Przepraszam - mruknęłam niechętnie.
     Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony.
     - Za zmarnowanie bitej śmietany? - spytał.
     Kiwnęłam głową.
     - Klękaj na kolana i błagaj o przebaczenie - powiedział ironicznie Nathiel.
     - Masz ciekawe marzenia. Niestety, muszę je zniszczyć.
     Mimo wszystko, uśmiechnęliśmy się do siebie. Całe sprzątanie dokończyliśmy w trójkę, milcząc.
     - Laura - zaczął Nathiel. - Na pewno nie chcesz uczestniczyć w imprezie?
     Spojrzał na mnie podejrzliwie, a tymczasem ja potrząsnęłam głową. Nie, mimo wszystko nie miałam ochoty na oglądanie pijanych ludzi, skaczących wokół mnie i robiących z siebie idiotów. Po pierwsze: nie piłam alkoholu, po drugie nie umiałam się bawić. Samotność jest dla mnie bardziej łaskawa, niż nadmierne towarzystwo.
     Nathiel wzruszył ramionami, przybierając niezbyt zadowoloną minę. Wiedziałam, że nie jest z tego powodu zadowolony. W tym samym momencie zabrzmiał dzwonek do drzwi.
     Wymuszając uśmiech, powiedziałam do moich towarzyszy:
     - Miłej imprezy.
     I skierowałam się w stronę wyjścia z kuchni. Zatrzymałam się jeszcze na moment, by rzucić krótkie:
     - Jak przyjdzie Amy, może do mnie wpaść.
     Chłopacy pokiwali głowami, a ja skierowałam się w stronę mojej tymczasowej świątyni, gdzie czekała mnie ciężka przeprawa przez przygotowywanie prezentu dla Nathiela. Prezentu, który nawet nie sądziłam, że jestem w stanie zrobić.