środa, 26 listopada 2014

Rozdział 37 - "Dla przyjaciół zrobię wszystko"

Rozdział, który nawet mi się podobał. Bardzo dobrze mi się go pisało, mimo tego, że nie było tu jakiejś głębokiej akcji. 
Przekroczyłam już 50 rozdziałów, a więc jestem 13 rozdziałów do przodu i mogę spokojnie odetchnąć. Odetchnąć? Dostałam manię na pisanie, nie będę odpoczywać.
Cleo, dziękuję za ostatnie spotkanie <3 nie ma piękniejszej chwili od spotkania się z osobą, z którą dzielisz zainteresowania. Nasze opowiadaniowe spoilery, śpiewanie, czytanie listu, a także Rozważnej na żywo, było czymś pięknym <33. 

POPRAWIONE [20.05.2018]
***
– Co to miało być?
Młody chłopak o płomiennych rudych włosach, spojrzał krzywo na swoją towarzyszkę, która bawiła się telefonem komórkowym. Z jej miny wynikało, że nie ma pojęcia, co właśnie wyprawia, zupełnie jakby ten twór był dla niej obcym urządzeniem.
– „Drogi łowco cienia” – zacytował ironicznie ten sam chłopak, próbując powstrzymać się od śmiechu. Zasłanianie ust dłonią niewiele jednak dawało, i tak wydobyło się z nich ciche parsknięcie.
Dziewczyna spojrzała na niego spode łba.
– Trzeba było samemu to załatwić, ruda pało – stwierdziła ze złością, rzucając telefon gdzieś do tyłu. Uderzył on z głuchym trzaskiem o ziemię i roztrzaskał się na kawałki. Nie miała zamiaru przejmować się takimi ustrojstwami. Ten telefon należał do przypadkowego, napotkanego po drodze człowieka, który szybko pożegnał się ze swoim życiem.
Zdecydowanie nie rozumiała ludzi. Tworzyli te dziwne gadżety, dzwonili do siebie, bawili się nimi, grali, pisali ze sobą, śmiali się do siebie i podłączali te dziwne kabelki, gdy chcieli posłuchać muzyki. To jakaś paranoja. Ludzie, w przeciwieństwie do demonów, mieli sto razy więcej interesujących zajęć. Gdyby była człowiekiem i nie musiała tylko i wyłącznie pożerać energii oraz użerać się z idiotycznymi demonami z departamentu, miałaby tutaj naprawdę wiele do zrobienia. Zaczęłaby od nocnych klubów i nieskończonego picia alkoholowych trunków, które pozwoliłyby jej zapomnieć, że na co dzień miała do czynieni z samymi kretynami. Oczywiście nie żałowała, że nie jest człowiekiem. Było jej dobrze w swojej demonicznej skórze – dzięki niej miała więcej możliwości.
– Masz brzydką gębę, gdy myślisz – stwierdziła mała, rudowłosa dziewczynka, która trzymała się nogawki spodni starszego brata. Jej piegowata twarz została rozszerzona przez diabelski uśmieszek. Miała zaledwie sześć lat, a zachowywała się, jakby już pozjadała wszystkie rozumy. Czarna sukienka oblegana mnóstwem białych wstążek, guziczków i falbanek, intensywnie rude włosy, które wchodziły powoli w czerwień, a które były ułożone w dwa wysoko upięte kucyki, były idealnym zaprzeczeniem jej dorosłości. To wciąż był mały knypek, który potrafił wyłącznie irytować innych.
– Masz czelność mówić, że mam brzydką gębę, gówniarzu? – spytała skrzywiona Gabrielle, odrywając się od skrzyni, o którą się opierała.
Mała dziewczynka wystawiła jej język i ukryła się za nogami brata.
– Hej, zostaw Andi. Musi wypełnić swoją misję, zanim się do niej dobierzesz – oburzył się chłopak. Z wyglądu był taki sam jak każdy z Touraville’ów, który miał czelność ujrzeć światło dzienne. Intensywnie rude włosy, małe, szmaragdowe oczka, piegi na nosie oraz policzkach, i wysoka postura. Jak większość demonów, Andariel i mała Andi mieli w swoim wyglądzie coś, co przyciągało innych, na szczęście na nią ten wyimaginowany urok nie działał. Nienawidziła ich, tak po prostu.
– To niech zamknie tę swoją niewyparzoną buźkę – syknęła Gabrielle. Chwilę później dostrzegła, że mała Andi wystawia jej język. – Lepiej schowaj ten jęzor, bo ci go odetnę nożem łowców – dodała groźnie, robiąc kilka gwałtownych kroków w jej stronę.
Chłopak spojrzał na swoją siostrę, która w tym samym momencie uśmiechnęła się do niego słodko. Wyglądała teraz jak mały, grzeczny, demoniczny aniołek.
– Ja wcale nic nie robię, braciszku, Gabrielle kłamie – powiedziała uroczym głosem.
– Wiem, Andi. Gabrielle lubi kłamać – mówiąc to, Andariel poklepał swoją siostrę po głowie.
Czarnowłosa demonica prychnęła głośno, żeby pokazać swoje niezadowolenie.
Od zawsze wolała pracować sama. Dlaczego ich szef, który doskonale o tym wiedział, przydzielił jej dwójkę niedorobionego rodzeństwa Tourlaville? Oboje byli nierozgarnięci i bezmyślni. To samo zawsze powtarzała jej matka, która również miała okazję współpracować z poprzednikami tego rodu. Departament co prawda nie był zbyt obfity w członków, ponieważ obecnie zawierał w sobie tylko odłam trzech rodów, ale zawsze można było przydzielić jej kogoś z osób, które wspierały departament. Gdzie był sens w użyciu małej demonicy, która dopiero co uczyła się, jak być jedną z nich? Nie mogła znieść myśli, że to Andi dostaje największą rolę w tym przedstawieniu…
Wściekła Gabrielle podeszła do krzesła, gdzie siedziała przywiązana, nieprzytomna dziewczyna o obficie lokowanych włosach.
Amy Whitefold, przyjaciółka tej blond suki i dziewczyna przydupasa Auvreya. Całkiem niewinna osóbka, która do tej pory nie miała nic wspólnego ze światem demonów. Idealna ofiara. Gdyby Andariel-idiota, który jest głównym szpiegiem departamentu, zauważył szybciej, że posiada wysoki wskaźnik energii potencjalnej, pewnie już wcześniej by ją porwali. Była idealną przynętą i przy okazji wspaniałym pokarmem dla demonów.
Gabrielle chwyciła za dziewczęcy podbródek i uniosła go do góry.
Zdążyli już wyżreć trochę cennej, ludzkiej energii. Jej cień zbladł, przypominając teraz cień osoby o niskiej energii potencjalnej. Tak gwałtowny spadek mógł zaowocować śmiercią lub w najlepszym przypadku śpiączką. Jeszcze oddychała, ale daleko było jej do przytomności. Całe jej ciało znacząco pobladło i gdyby nie to, że była przywiązana do krzesła liną, zapewne leżałaby na ziemi jak bezwładna kukła, której nic nie jest w stanie obudzić. Wręcz nie mogła się doczekać przerażenia w oczach jednego z łowców Nox…
– Chciałabyś wyglądać tak jak ona, co? Niestety, daleko ci do ładnej, Gab!
Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco pod nosem, zaciskając dłoń na podbródku Amy. Z pewnością, gdyby była przytomna, błagała by ją teraz o to, by nie wbijała jej paznokci w twarz – ostre pazury zostawiły na jej skórze krwawe wgłębienia.
Nóż przeleciał tuż obok głowy demonicy, przecinając pasmo kruczoczarnych włosów i wbijając się w cienką ścianę naprzeciw niej. Nie zrobiło to na niej najmniejszego wrażenia. Ile można było czekać na tych dwóch beznadziejnych chłopczyków z nożami kuchennymi w dłoniach?
Gabrielle odgarnęła włosy do tyłu i obróciła się w stronę nowoprzybyłych nastolatków. Ich widok przyprawiał ją o drgawki wstrętu. Nie mogła ukryć obrzydzenia, które wykrzywiło jej twarz.
– Teraz wyglądasz jeszcze gorzej – przyznał Nathiel, uśmiechając się wrednie. Za ten uśmiech posłałaby go na tortury do samego piekła.
– Nie muszę wyglądać pięknie, drogi Nathielu – powiedziała ironicznie Gabrielle, opierając się o ramię nieprzytomnej i bladej Amy.
Widziała w oczach Sorathiela przerażenie. Starał się je ukryć, lecz nie potrafił. Strach o tę małą, nic nieznaczącą ludzką istotę paraliżował jego zmysły. Będzie łatwym łupem dla demonów. To Auvrey będzie go musiał chronić, a przez to sam nie będzie potrafił się dostatecznie skupić. Cóż, dla niej to lepiej, czekało ją świetne widowisko, a co najlepsze: wyjątkowo nie zamierzała wtrącać się w walkę. Tak jej zresztą nakazał szef Departamentu Kontroli Demonów.  
Gabrielle uniosła dłoń. Na ten prosty gest, z ciemnych kątów magazynu zaczęły wyłaniać się dymiące cienie. Nathiel i Sorathiel wiedzieli, co to oznacza.
***
Gdy bezszelestnie wślizgnęłam się do starego magazynu broni na Baker Street, wiedziałam już, że walka się rozpoczęła. Moje serce biło jak oszalałe, a nogi, które z ledwością się poruszały, były jak z waty. Moja drżąca dłoń ściskała mocno exitialis, którego nigdy w życiu nie używałam i nie wiedziałam jak użyć. Dlaczego nie spytałam o to Sorathiela? Teraz będę miała problem. Wielki problem.
Przystanęłam za jedną z wielkich skrzyń, zamknęłam oczy i wykonałam serię wdechów oraz wydechów. Miało to na celu uspokojenie moich rozszalałych nerwów, nie było to jednak łatwe.
Niekoniecznie musiałam walczyć z demonami. Równie dobrze mogłam zostać niezauważona. Gdy inni będą wciągnięci w wir walki, mogą nawet nie dostrzec Amy, która zniknie im z oczu wraz ze mną, prawda? Nie, nie mogłam starać się na siłę być optymistką. Zamierzałam być tym razem realistką: mogłam nawet zginąć.
Zmuszając nogi do dalszej podróży, przechodziłam obok kolejnych skrzyń. Odgłosy walki stawały się coraz głośniejsze. Im bliżej byłam, tym moje nogi stawały się cięższe, jakby ktoś napchał je kamieniami. I to bez mojej zgody. Byłam tak przerażona, że wcale bym się nie zdziwiła, gdybym lada moment padła jak długa na ziemię i odleciała do krainy tymczasowej bezwładności. Pomagała mi tylko myśl, że nie robiłam tego dla siebie, a dla Amy. 
Zatrzymałam się i wychyliłam ostrożnie głowę zza skrzyni, aby mieć jakiekolwiek rozeznanie w sytuacji. Liczyłam przy okazji na to, że nikt mnie nie dostrzeże. Nathiel i Sorathiel walczyli z cienistymi demonami, a Amy siedziała nieprzytomna na krześle, do którego była przywiązana liną. Świetnie, to pokrzyżowało moje plany. Teraz już z nią nie ucieknę. Będę musiała ją najpierw odwiązać, a potem w jakiś sposób wynieść z magazynu. Bałam się, że nie byłam na tyle silna. Nie sądziłam przy tym, że Amy ważyła sto kilo. Problem tkwił we mnie. Byłam słaba, zdecydowanie niższa i chudsza od niej. Na dodatek wciąż miałam poturbowane żebra. Los posłał mi krzywy, ironiczny uśmiech, po raz kolejny uświadamiając mnie o tym, że nie byłam osobą, której szczęście deptało po piętach.
Przed oczami mignęło mi coś czerwonego. Widziałam, że ktoś stoi po przeciwległej stronie magazynu i przygląda mi się z cienia. Moje serce zamarło, gdy tajemnicza postać osunęła się w ciemny kąt. Wiedziałam, że to demon. Nawet z daleka szmaragdowy błysk dawał znać o swoim istnieniu.
Zostałam odkryta.
Chowając się szybko za skrzynią, wzięłam głęboki wdech, ścisnęłam mocniej rękojeść exitialis, po czym zwróciłam się do przodu i zaczęłam biec. Nie miałam czasu na myślenie, zatrzymywanie się i obserwowanie. Gonił mnie czas. Adrenalina w moich żyłach podskoczyła do maksimum, dzięki czemu byłam jak niepowstrzymana biegaczka, która dobrowolnie zbliżała się do śmierci. Ostatnią skrzynię musiałam pokonać, czołgając się po ziemi, ponieważ była niska i łatwo byłoby mnie zza niej dostrzec. Moje żebra przeszywał ostry ból, gdy z ich pomocą przesuwałam się po betonowym podłożu, nie wydałam z siebie jednak żadnego dźwięku, który poświadczyłby o bólu. Musiałam zacisnąć zęby i zapomnieć o tym, że czuję się, jakby ktoś zrzucił na mnie słonia.
Gdy dotarłam na miejsce, z ulgą wychyliłam głowę. Niedaleko mnie stało krzesło z przywiązaną do niego pobladłą Amy. Wiedziałam, że żyje, a jednak przeszyły mnie nieprzyjemne dreszcze. Czy demony zrobiły jej krzywdę? Sądząc po bladym cieniu, który padał na podłoże, mogły wyżreć jej cenną energię, na szczęście nie na tyle, by pozbawić ją życia. Nie wiedziałam, czy ten fakt mnie bardziej przerażał, czy radował.
Już miałam zaryzykować, podnosząc się z ziemi i podbiegając do niej, gdy zorientowałam się, że tuż nad moją głową, na niskiej skrzyni, siedzi nie kto inny jak Gabrielle. Zatkałam usta dłonią, bojąc się, że mogę wydać z siebie okrzyk przerażenia. Z pewnością była to osoba, z którą nie chciałam mieć do czynienia.
Jak miałam uniknąć konfrontacji z demonicą? Przecież jeżeli podejdę do Amy, od razu mnie zauważy i pogruchocze mi kości. Nie byłam na tyle wyszkolona, by poradzić sobie z ludzkim demonem, który myśli, rani i bezwzględnie zabija. Z drugiej strony, tuż za mną, mógł się czaić w tym momencie inny demon, jeszcze bardziej brutalny, niż Gabrielle. Z każdej strony niebezpieczeństwo, którego nie sposób uniknąć. Musiałam  się wyciszyć i uruchomić system myślenia.
Jeszcze raz wychyliłam głowę, by przyjrzeć się sytuacji. Albo miałam przywidzenia, albo demonów było coraz więcej. Domyślałam się, że jeśli dalej tak pójdzie, nigdy się stąd nie ruszymy. Nathiel i Sorathiel starali się przedzierać przez chmarę szmaragdowookich potworów, by w jakiś sposób dojść do Amy, ale nie mogli. Jedyną nadzieją byłam ja. Tylko co miałam zrobić, by odciągnąć stąd Gabrielle?
Na ratunek przyszedł mi Sorathiel, który dostrzegł mnie wśród skrzyń. Nie był zdziwiony moim położeniem, musiał przewidzieć, gdzie się znajdę. Chwila jego nieuwagi sprawiła, że został zraniony przez demona, na szczęście Nathiel pomógł mu na tyle szybko, aby nie stała się mu większa krzywda. Oboje zamienili ze sobą kilka słów, których nie byłam w stanie dosłyszeć, domyślałam się jednak, czego dotyczyła rozmowa. Po pierwsze planu, który miał na celu odwrócenie uwagi Gabrielle, po drugie tego, że czaiłam się za skrzynią po to, by ocalić Amy. Wywnioskowałam to oczywiście po zdenerwowanej minie Nathiela, który spojrzał na mnie przelotnie, przekazując mi wszystkie negatywne emocje, jakie w sobie miał. Domyślałam się, że gdy wrócimy (o ile będzie nam to dane), zdrowo na mnie nawrzeszczy. Trudno. Ani trochę nie bałam się Nathiela. Może jeszcze niedawno latałby za mną z nożem, próbując mnie zabić, ale teraz miał siłę tylko w słowach, a wszelakie słowa przeciwko mojej sarkastycznej naturze były tak naprawdę żadną bronią.
Dwaj łowcy dosyć szybko przeszli do sedna sprawy. Sorathiel, trzymając się za krwawiące ramię, oczyścił drogę swojemu demonicznemu przyjacielowi, który ze zbulwersowanym wyrazem twarzy, wskoczył na rząd skrzyń i zaczął po nich biec w stronę Gabrielle. Znudzona demonica zeskoczyła z pudła, dając o tym znać mocnym stuknięciem obcasów w podłoże. Tuż obok mojej głowy wylądowała jedna z jej czarnych wstęg. Wstrzymałam oddech. Doskonale pamiętałam, jak miotały mną po całym parku. To było wtedy, gdy Deaniel za jej sprawą zniknął w otchłani. Choć byłam przerażona i sparaliżowana, miałam ochotę chwycić za jedną z nich i pociągnąć tak, aby Gabrielle straciła równowagę. Powstrzymałam się jednak od tych samobójczych myśli. Miałam teraz zupełnie inny cel.
Gdy wstęga oddaliła się ode mnie, a oddźwięk nerwowo stukających obcasów ucichł, postanowiłam ponownie wychylić głowę zza skrzyni.
Nathiel odciągnął Gabrielle dostatecznie daleko. Machnął mi ręką na znak, że powinnam brać się do dzieła. Nie miałam czasu na zastanowienie.
Wyciszyłam wszystkie swoje myśli, wzięłam głęboki wdech i z mocno walącym w piersi sercem, wybiegłam zza skrzyni. Szybko dostałam się do omdlałej Amy. Nie miałam czasu, żeby sprawdzić, w jakim dokładnie stanie się znajduje, musiał mi wystarczyć wyłącznie fakt, że wciąż oddychała. Początkowo miałam wielki problem z rozwiązaniem liny, która ją opinała. Ręce mi drżały, a umysł został przyćmiony na tyle, że spowolnił mój system myśleniowo-decyzyjny. Miałam problem nawet z rozwiązaniem supła. Oczy wędrowały nerwowo to po linie, to po całej sali. Na razie nic nie wskazywało na to, że zostałam zauważona. Wszyscy byli pogrążeni w walce. Pozostało tylko jedno pytanie: gdzie podziewała się ta czerwonowłosa istota o szmaragdowych oczach, która dostrzegła mnie z przeciwległego kąta magazynu?
– Cześć – usłyszałam nagle cienki, dziecięcy głos, który rozległ się za moimi plecami.
Podskoczyłam przestraszona i obróciłam się gwałtownie w tył. Moim oczom ukazała się mała dziewczynka o płomiennych rudych włosach, związanych czarno-białymi wstążkami w dwa kucyki. Gdy pochylała się ku mnie ze złożonymi na plecach rękoma i swoim uroczym uśmiechem na twarzy, wyglądała całkiem normalnie. Problemem były jej szmaragdowe, demoniczne oczy, które płonęły złośliwością. To nie był miły przedszkolak, to dziecko, które było demonem.
– Jestem Andi – przedstawiła się, przekręcając głowę w bok i uśmiechając jeszcze szerzej. – Od dziś będę twoją przyjaciółką – swoją wypowiedź zakończyła krótkim i niepokojąco wesołym śmiechem.
Tuż za mną rozległ się głośny oddźwięk łamanego drewna. Odwróciłam się w tamtym kierunku, aby upewnić się, że to nie Gabrielle, która za chwile poderżnie mi gardło. Na szczęście był to tylko jeden z bezrozumnych cienistych demonów, który został odrzucony przez Sorathiela.  
Szybko powróciłam wzrokiem do miejsca, gdzie stała demoniczna dziewczynka. Ku mojemu zdziwieniu, zniknęła. Rozglądnęłam się uważnie, sprawdzając, czy nie planuje na mnie utajonego zamachu. Na szczęście już jej tam nie było.
Szybko wymazałam z pamięci małą demonicę. Doskonale wiedziałam, że jeszcze tu wróci, teraz musiałam się jednak zająć Amy. Uczyniłam kolejny ruch, który miał na celu rozwiązanie liny. Po wielu trudach, mój pogrążony w chaosie umysł podrzucił mi pewien pomysł – w końcu nie na darmo miałam przy sobie nóż łowców. Może jego pierwotnym zastosowaniem było zabijanie demonów, ale kto powiedział, że nie przyda się do rozcięcia węzła? Na pewno był piekielnie ostry.
Lina okalająca żebra Amy opadła wraz z nią na podłogę. Na szczęście w porę udało mi się chwycić jej bezwładne ciało.
Etap pierwszy zakończony. Co z drugim?
Niewiele myśląc, uklękłam na ziemi i wtargałam na swoje wątłe plecy ciało przyjaciółki. Spodziewałam się, że będzie trochę lżejsza, czego jednak można było oczekiwać po niskiej i pozbawionej jakichkolwiek sił nastolatce, która nie wyleczyła jeszcze swoich żeber? Z wielkim trudem i cichym jękiem bólu, przeniosłam się wraz z Amy do pionu. To był właśnie ten czas, kiedy należało zwiewać.
Zaciskając mocno usta, zaczęłam iść powolnym krokiem w stronę skrzyń, bo tylko na tyle było mnie stać – istniało wielkie prawdopodobieństwo, że nikt mnie nie zauważy, kiedy będę się między nimi przechadzać. Nim jednak zdołałam się tam przenieść, coś lub może ktoś złapało mnie za nogę i sprawiło, że wylądowałam płasko na ziemi. Moje ciało przygniótł dodatkowy ciężar w postaci Amy. Nie mogłam powstrzymać się od okrzyku bólu. Byłam pewna, że moje żebra ponownie zostały połamane.
Mimo łez zbierających się w kącikach oczu, spojrzałam w tył. Zdziwiłam się, bo... nikogo tam nie było. Gdzieś w mojej głowie rozbrzmiał tylko dziecięcy śmiech małej demonicy. Najwyraźniej była to jej sprawka. Czy odtąd zamierzała utrudniać mi ucieczkę?
Z trudem podniosłam się z ziemi, ponownie chwyciłam Amy na plecy i zaczęłam jeszcze wolniejszym krokiem kierować się w stronę wyjścia.
Z perspektywy osoby stojącej z boku, musiałam wyglądać jak mocno pijana nastolatka, która zatacza się pod skrzynie i płacze z bezsilności nad swoim marnym losem. Sytuacja była jednak odrobinę inna. Łzy spływały mi po polikach z powodu nieludzkiego bólu, który władał nad moimi żebrami. Bałam się, że jeszcze moment i upadnę na ziemię, więcej z niej nie wstając. Nie mogłam jednak tego zrobić. Musiałam iść. Obiecałam sobie, że mojej przyjaciółce nie stanie się krzywda. Nie chciałam jej stracić, tak samo jak Joanne.
Z zaciśniętymi zębami jakoś doczłapałam do wyjścia. Uciec – to był teraz mój jedyny cel.
Chłodny wiatr owiewał moją twarz, wcale nie ułatwiając sprawy. Miałam wrażenie, że miota mną na wszystkie strony, śmiejąc się ze mnie i próbując strącić na asfalt. Starałam się mu nie poddawać, ale nie mogłam poradzić nic na to, że byłam u kresu swoich sił. Nogi i ręce drżały, a oczy stawały się coraz bardziej zamglone.
Jak miałam iść, kiedy byłam tylko i wyłącznie człowiekiem?
– Daj mi ją – usłyszałam znajomy głos.
Nawet nie wiedziałam, kiedy obok mnie pojawili się moi zbawcy – Nathiel i Sorathiel. Blondyn zdjął Amy z moich pleców i z łatwością zarzucił ją na swoje. Gdyby nie sytuacja, która zmuszała nas do ucieczki, z pewnością w tym momencie zaczęłabym mu dziękować na kolanach.
– Dobrze się spisałaś – powiedział cicho Sorathiel, posyłając mi delikatny, choć zaniepokojony uśmiech.  
Kiwnęłam głową. Odrobinę mniej entuzjastycznie zareagował Nathiel, który spojrzał na mnie groźnie i pociągnął mnie gwałtownie za rękę, jakby chciał mi zrobić na złość. Jęknęłam z bólu. On jednak nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
– Zabiję cię – mruknął pod nosem, obdarowując mnie chłodnym spojrzeniem. Miałam ochotę rzucić mu jakąś ciętą ripostę, niestety, nie byłam w stanie zrobić niczego więcej, jak po prostu za nim podążać. Auvrey ciągnął mnie za rękę, wcale mnie nie oszczędzając.  
Wiedziałam już, że jeżeli dotrę do domu nie mdlejąc, to będzie cud. 
***
– Co o tym sądzisz, Calanthe?  
Kobieta o długich blond włosach wynurzyła się z cienia, który rzucała na ziemię ogromna skrzynia. Jej mina nie wskazywała na głębsze emocje. Cała jej dusza była ukryta za zasłoną chłodnych, niebieskich oczu. Biorąc do ust papierosa, zaciągnęła się i wydmuchała z ust gęsty dym, który powędrował ku sufitowi, niknąc gdzieś w ciemnościach. Parasolką, którą dzierżyła w drugiej dłoni, zastukała głośno i ostrzegawczo w podłogę, jakby zapowiadała swój rychły powrót.
– Jeszcze nie wygrałeś – odpowiedziała szeptem. – Jeszcze nie.

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 36 - "Czas odwagi"

Rozdział taki króciutki, wprowadzający. Nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia. Nadmiernie ciekawy też nie jest. Dopiero w następnym zacznie się akcja. I potem akcja będzie się ciągła, ciągła, ciągła. Jupi. Połowa za nami.
Dziękuję Cleo za cudowne rozmowy, jaranie się mangą, Mattem i rozkminianie! Do zobaczenia w sobotę <3. Królik, wielkie dzięki za SPOILER NIGHT.

POPRAWIONY [10.05.2018]
***
Ludzie, wszędzie ludzie. Na podłodze, na sofie, na krzesłach, w wannie, w szafie, pod dywanem, a nawet w lodówce, choć przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, jakim cudem ktoś się tam zmieścił. Wszyscy wyglądali jak martwi. Impreza musiała być naprawdę udana, skoro nikt nie wrócił wczesnym porankiem do domu, tylko spędzał noc w tym pogorzelisku. Nie wiem kto będzie sprzątał pięćdziesiąt trupów z ziemi, ale na pewno nie będę to ja.
Wracając schodami z talerzem pełnym kanapek, nadepnęłam komuś na rękę. Ta osoba najwyraźniej niczego nie poczuła, ponieważ dalej tkwiła w tym samym miejscu, jakby była martwa. Cóż, albo naprawdę ważyłam za mało, albo pijany trup był prawdziwym trupem.
Uśmiechając się do siebie ironicznie, przeszłam przez przedpokój i... zatrzymałam się przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Nathiela. Nie widziałam go nigdzie wśród tłumu spitych ludzi. Gdzie mógł być, jak nie u siebie?
No dalej, ruszajcie do przodu, niewdzięczne nogi. Dlaczego macie się interesować osobą, która jeszcze niedawno starała się usilnie pocałować waszą właścicielkę? Hej, ręce, to już może podchodzić pod molestowanie seksualne, dlaczego więc chwytacie za klamkę? Mózgu! Nie kieruj impulsów nerwowych do dłoni! Hej! Jak mogłeś mnie w tak okrutny sposób zdradzić?!
Chcąc nie chcąc, przekroczyłam próg pokoju Nathiela. Cóż, było to chyba jedno z dwóch pomieszczeń w tym domu, gdzie po ścianach i podłogach nie walali się obcy ludzie. Znajdowała się tu tylko jedna osoba. Osoba, której początkowo nie zauważyłam. Kto by się w końcu spodziewał, że właściciel pokoju nie będzie leżał na łóżku, a pod nim? Gratuluję pomysłowości, Nathielu. Gdy się obudzisz, będziesz miał miłe zetknięcie z własnymi niepranymi przez miesiąc skarpetkami i brudami, które tam chowasz.
Kręcąc głową z pobłażaniem, podeszłam do biurka i odstawiłam na nie talerz z kanapkami. Miałam nadzieję, że żadne zmutowane bakterie z zaschłej dwutygodniowej pizzy nie przeskoczą na moje śniadanie.
Podeszłam do łóżka i pochyliłam się tak, by móc zobaczyć twarz niesfornego demona. Odchyliłam pościel, która go zakrywała i spojrzałam na niego w całej okazałości. Moje serce szybciej zabiło, gdy ujrzałam, że w swoich ramionach trzyma znajomy skrawek papieru. Tulił go do piersi jak najcenniejszy skarb, co świadczyło o tym, że go przeczytał. Nie sądzę, aby wiele z niego zrozumiał w takim stanie, w jakim był, ale cieszyłam się, że chociaż po pijaku uznał list za coś cennego.
Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam w jego śpiącą twarz. Wyglądał jak małe dziecko, które zmęczone całodziennym płaczem w końcu usnęło w łóżeczku z przytulonym do siebie misiem i lekko rozwartymi ustami. Oczywiście nie sądziłam, że Nathiel płakał. Nie miałby przecież powodu, aby to robić, poza tym łzy nijak mi do niego pasowały.
Podniosłam się z podłogi. Początkowo miałam zamiar go obudzić, ale uznałam, że nie będę wchodzić z butami w jego sny. Niech zna moją łaskę.
Wzięłam swój talerz i nie oglądając się do tyłu, wyszłam za drzwi. Od razu po wyjściu z pokoju Auvreya w oczy rzuciła mi się głowa usłana blond włosami, która spacerowała po parterze. Spacerowała? Chyba chodziła niecierpliwie, szukając czegoś ważnego.
Spojrzałam z żałością na swoje śniadanie i ciężko westchnęłam. Będę musiała poczekać z jedzeniem. Talerz odłożyłam na szafkę, która stała w rogu przedpokoju, a potem ruszyłam na dół, pragnąc dowiedzieć się, co takiego dręczy jednego z moich współlokatorów.
– Sorathi... – zaczęłam, ale nie dane było mi skończyć.
– Widziałaś Amy? – spytał łowca, przerywając mi zaniepokojonym głosem.
Na jego twarzy malował się strach. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Zazwyczaj każdą sytuację życiową przyjmował z przesadnym spokojem. Najwyraźniej miłość zmieniała ludzi.
– Nie – przyznałam szczerze.
Jeśli się przez chwilę zastanowić, to Amy miała spać w moim pokoju, ale nie uświadczyłam tej nocy jej obecności. Nie przejmowałam się tym faktem i uznałam, że pewnie wolała zostać z resztą ludzi do końca imprezy. Amy w końcu lubiła zabawy. Ewentualnie wróciła do domu, całkowicie o mnie zapominając – to też jej się nieraz zdarzało, szczególnie kiedy była zajęta własnymi myślami wodzącymi ją po świecie fantazji. Mogła sobie na przykład wyobrazić Sorathiela na białym rumaku, który… Nieważne. 
– Zniknęła – stwierdził blondyn.
– Może poszła do domu albo jest w którymś z pokoi. Sam widzisz, ludzie leżą tu dosłownie na każdym wolnym skrawku podłogi – powiedziałam uspokajającym głosem, sama w to za bardzo nie wierząc. Amy nie była typem osoby, która upijała się tak bardzo, że usypiała w byle jakim miejscu. Z reguły niewiele piła, a tylko moczyła usta, aby nikt jej nie przekonywał do nadużycia alkoholu. Kiedy chciała, potrafiła być mądra.
Dopiero teraz zauważyłam, że Sorathielowi naprawdę na niej zależy. Niepokój, który odznaczył się na jego twarzy był na to żywym dowodem.
– Zadzwoń do niej – zaproponowałam.
– Dzwoniłem już dziesięć razy – stwierdził chłopak, ciężko wzdychając.
– O dziesięć za mało – powiedziałam, obdarowując go pobłażliwym uśmiechem.
To on nie wiedział, że do niektórych kobiet można dzwonić nawet po pięćdziesiąt razy, zanim odbiorą ten cholerny telefon? Biedny Sorathiel, chyba wciąż był niedouczony. Przecież Amy sam prysznic zajmował co najmniej pół godziny, makijaż i dobór ciuchów następne dwadzieścia minut, a przy tym wszystkim słuchała pobudzającej muzyki, która skutecznie zagłuszała telefon. 
Cóż, ponoć żadna książka nie uczy miłości.
Chłopak usiadł na fotelu i zajął się ponownym wydzwanianiem, tymczasem ja chodziłam po całym domu, zerkając w najmniejsze nawet zakamarki, w nadziei, że odnajdę jakikolwiek ślad obecności Amy. Na razie wolałam poszukać jej na własną rękę, nie chciałam dręczyć państwa Whitefold niepotrzebnymi telefonami.
Zaczęłam od uporządkowanego pokoju Sorathiela, który był teraz zdemolowany przez leżące na ziemi trupy. Gdzie mogła pójść Amy, jak nie do jego pokoju, w którym spędzali wspólnie tyle czasu? Swoją drogą, zastanawiałam się, co tam robili całymi dniami. Nie raz Nathiel starał się ich podsłuchiwać, jednak nic konkretnego nie wywnioskował. Od czasu do czasu słyszał tylko cichy śmiech Amy i przyciszone rozmowy. Zupełnie jakby byli świadomi, że gdzieś w domu buszuje gumowe ucho, pragnące zgłębić tajniki zamkniętego na klucz pokoju. Nie dziwiłam im się. Wszyscy, którzy obcowali z Nathielem nie mieli własnego życia, a co dopiero mówić o prywatności…
Potrząsając lekko głową, zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Łóżko, szafa, miejsce pod łóżkiem, biurko i… nic. Następnie łazienka. Nic. Ponownie pokój Nathiela. Nic. Na wszelki wypadek postanowiłam zerknąć do siebie, ale i tam nie było śladu po Amy. Zrezygnowana wróciłam na dół. Gdy Sorathiel trzymający telefon przy uchu spojrzał na mnie, potrząsnęłam głową na znak, że moje poszukiwania były bezowocne.
– Dalej nie odbiera – szepnął do mnie, gdy usiadłam naprzeciwko niego w salonie.
Słyszałam, że ze słuchawki płynie dobrze mi znany sygnał, oznaczający, że właściciel ma daleko w poważaniu osobę, która próbuje się z nią skontaktować. Sorathiel się nie poddawał. Zadzwonił jeszcze raz. Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał, czwarty sygnał i... cisza. Oboje spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni. Ktoś w końcu odebrał telefon.
– Amy? – spytał niepewnie Sorathiel. – Gdzie jesteś?
– Drogi łowco cienia – usłyszeliśmy kobiecy, głęboki głos na wskroś przeszyty sarkazmem i obrzydzeniem. – Chcesz odzyskać ukochaną? Zapraszam na Baker Street do starego magazynu broni.
Połączenie zostało zerwane. Patrzyliśmy na siebie, nie mogąc z siebie niczego wydusić. Byliśmy w szoku. Głosu, który słyszeliśmy nie można było pomylić z żadnym innym. To była Gabrielle. Ta przebrzydła demonica, która wielokrotnie była bliska od tego, aby mnie zabić. Ta Gabrielle, która strąciła Deaniela do otchłani. Przyczyna mojego strachu, koszmarów i wielu ran, po których zostały liczne blizny, zdobiące moje ciało niczym pamiątki po wojnie.
Gwałtownie podniosłam się z fotela. Nie chciałam, aby kolejna cenna osoba zniknęła z mojego życia. Demony mogły jej coś zrobić, miała przecież wysoki wskaźnik energii potencjalnej. To nie był przypadek, że zniknęła akurat Amy.
Nim się obejrzałam, tuż obok mnie przebiegł Sorathiel, który popędził do góry jak na skrzydłach. Nie czekając ani chwili dłużej, pognałam za nim. Wiedziałam, że idzie do Nathiela.
– Nathiel, obudź się! – krzyknął, próbując wyciągnąć swojego przyjaciela spod łóżka. Widziałam na jego twarzy panikę. Naprawdę bał się o Amy. W pewnym sensie wiedziałam, co czuł. Oboje straciliśmy już ważne dla nas osoby i to z powodu demonów. To nie mogło się powtórzyć.
– Czego chcesz, Sorath? Przecież rano jest, chciałem po południu wstać – mruknął zaspanym głosem zielonooki, stosując szyki przestawne godne mistrza Yody. Zdążył opuścić na podłogę list, którym teraz w żaden sposób się nie przejmował.
– Amy została porwana – odpowiedziałam za blondyna, stając w progu jego pokoju.
– Co? – spytał nierozumnie zaspany Auvrey, przecierając zwiniętymi pięściami oczy. Przez ten krótki moment wyglądał jak niedospane dziecko.
– Amy została porwana przez demony – poprawił mnie Sorathiel. Dopiero wtedy zielonooki się obudził. Wyprostował plecy i spojrzał to na mnie, to na swojego przyjaciela. Chyba wciąż nie docierał do niego sens naszych słów, choć punkt za to, że jego uszy wyłapały słowo „demony”.
– Żartujecie sobie – powiedział odrobinę żywszym głosem.
– Ani trochę – stwierdził blondyn. – Dzwoniłem do niej. Odebrała Gabrielle. Powiedziała, że jeżeli chcę ją odzyskać, mam się zjawić w magazynie na Baker Street.
– Co za suka – stwierdził oburzony demoniczny łowca, podnosząc się z podłogi. Przez chwilę się chwiał, co było zapewne efektem spożycia zbyt dużej ilości alkoholu, który wciąż nie zdążył wyparować z jego krwi. – Znowu chce z nami zadrzeć? – mówiąc to, podszedł do szuflady i wyciągnął z niej nóż, który schował do tylnej kieszeni spodni.
– To może być pułapka, Nathiel – powiedział cicho jego przyjaciel.
– Pułapka czy nie pułapka, chyba chcesz odzyskać Amy, nie? – prychnął podenerwowany Nathiel.
Chłopak bez wahania pokiwał głową.
Obaj wyminęli mnie w drzwiach i zbiegli po schodach. Nie wiedziałam, co mam robić. Chciałam odzyskać Amy, najcenniejszą, jedyną przyjaciółkę, która od dziecka była moim promykiem słońca w pochmurne dni. Optymistyczną, radosną, dzielącą się swoją miłością z całym światem dziewczyną, której nikt nie miał prawa nienawidzić. Moje zmysły szalały z niepokoju o nią. W końcu nie porwał ją byle kto. To były demony. Dlaczego akurat ją? Przecież nie miała nic wspólnego z tym przeklętym światem. Była niewinna! Mogli równie dobrze porwać mnie, przecież to jasne, że Nathiel rzuciłby się za mną w pogoń – tam gdzie demoniczna jatka, tam i Auvrey.
Zeszłam na dół za chłopakami.
Wiem, byłam bezradna, nie umiałam walczyć, nie umiałam się nawet obronić, ale... nie mogłam tego tak zostawić. Za Amy mogłabym nawet oddać życie, jej było zdecydowanie bardziej wartościowe niż moje.
– Idę z wami – powiedziałam twardo, przystając w przedsionku.
Nathiel zatrzymał się i spojrzał na mnie pobłażliwie, wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. Był na mnie zły. Widziałam to w jego oczach. Kto jednak powinien być bardziej wkurzony? To nie ja usilnie próbowałam go pocałować i wyznawałam mu nadmiernie miłość w stanie nietrzeźwości.
– Nie żartuj sobie – stwierdził, głośno i ostentacyjnie prychając. – Na nic się nam nie przydasz, będziesz tylko zawadzać. Zostaw to nam, nie musisz się bać o Amy – mówiąc to, założył ręce na piersi.
– Nie chcę jej stracić! – wykrzyknęłam odważnie, zaciskając pięści. – Przysięgam, nie będę wam zawadzać!
– To nie jest zabawa! Możesz nawet zginąć!
Nathiel spojrzał na mnie wściekle. Myślał, że mnie przestraszy? Kiedy w grę wchodziło życie bliskiej mi osoby, na które miałam wpływ, zamierzałam zrobić wszystko, by ją ocalić.
– Nie obchodzi mnie to!
Wymieniliśmy gniewne spojrzenia. Gdyby to była bajka, z pewnością pomiędzy nami utworzył by się teraz morderczy piorun, który zniknąłby w puchatym dywanie, zostawiając po sobie spalone tworzywo. Na szczęście to była rzeczywistość, inaczej już dawno byśmy się pozabijali.
– Przestańcie – odezwał się Sorathiel, przerywając naszą walkę na spojrzenia. – Nathiel ma racje, możesz zginąć, jeżeli z nami pójdziesz. Powinnaś zostać w domu.
 – Wiem, że powinnam to zrobić. Wiem, że będę wam zawadzać, ale nie mogę tego tak zostawić! To moja przyjaciółka! Jedna z niewielu osób, które mi pozostały i… - przerwałam, ponieważ Sorathiel postawił w moją stronę trzy gwałtowne kroki i zanim otworzyłam usta, by dopowiedzieć to, co chciałam, on szepnął ciche: „uważaj”, po czym uszczypnął mnie delikatnie w tył szyi. Na szczęście, mimo szoku, szybko zorientowałam się o co chodzi.
Miałam udawać.
Upadłam teatralnie na podłogę, udając, że tracę przytomność. Tylko kretyn uwierzyłby w prawdziwość tego wydarzenia, nie istniał bowiem chwyt, który zapewniał omdlenie poprzez nacisk na szyję (chyba że ktoś by mi ją złamał, wtedy straciłabym przytomność na wieki). Mieliśmy jednak za przyjaciela idiotę, więc wszystko się zgadzało.
– Świetnie – burknął po chwili Nathiel, otwierając drzwi wyjściowe.
Gdybym nie udawała zemdlałej osoby, z miłą chęcią rzuciłabym się na niego z pazurami. Rzeczywiście, było się z czego cieszyć. W końcu zemdlałam. Co z tego? Ważne, że mogą iść na misję. Ja tu sobie po prostu poleżę i poczekam, aż odzyskam przytomność. Oczywiście kiedy to już nastąpi, zacznę sprzątać dom złocistą miotłą, która wygna wszystkie zwłoki na powietrze, bo przecież kobieta była tylko od sprzątania, ewentualnie od gotowania. Ach, zapomniałam o wychowywaniu dzieci, w tym przypadku Nathiela.
– Poczekaj chwilę, wezmę exitialis – powiedział Sorathiel do swojego przyjaciela. Usłyszałam tylko ciche „no” i odgłos oddalających się kroków oraz zamykanych drzwi. Nie potrzebowałam mieć szczególnie wyczulonych zmysłów, żeby wiedzieć, kto nade mną wisiał. Otworzyłam oczy i natychmiastowo przeniosłam się do pozycji siedzącej. Sorathiel kucnął przy mnie i spojrzał z powagą prosto w moje oczy.
– Co najmniej pięć metrów od nas. Masz się kryć i nie rzucać w oczy. Nie kombinuj i nie udawaj bohaterki – powiedział powolnym głosem tak, abym wszystko dokładnie zrozumiała i zapamiętała. – Tu masz exitialis – mówiąc to, wyjął z kieszeni nóż i podał mi go. Bez chwili wahania chwyciłam za niego i kiwnęłam głową na znak, że wszystko zrozumiałam.
Sorathiel podniósł się z podłogi i podał mi dłoń. Chwyciłam ją, ale wciąż patrzyłam na niego z dołu, próbując zrozumieć jego zachowanie. Zmarszczyłam czoło i zmrużyłam podejrzliwie oczy.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Bo domyślam się, jak się czujesz – stwierdził sucho. – Poza tym nie wiemy, co czeka nas w magazynie. Gdyby coś się stało, to ty będziesz naszą deską ratunkową. Zabierzesz ze sobą Amy i nie oglądając się za siebie, uciekniesz.
Milczałam przez dłuższą chwilę, wpatrując się uważnie w jego twarz, po czym kiwnęłam głową i z jego pomocą podniosłam się z podłogi.
– Powodzenia – szepnęłam.
Sorathiel kiwnął tylko głową, po czym wyszedł z domu.
Jego czyn mnie zaskoczył. Myślałam, że sądzi tak samo jak Nathiel. Że zginę, że będę zawadzać, bo nie umiem walczyć. Prawda była jednak zupełnie inna. Zdaniem Sorathiela liczyła się każda pomocna dłoń. Po prostu jedni władali siłą fizyczną, inni siłą umysłu.
Wzięłam głęboki wdech, odczekałam stosowną ilość czasu, a potem chwyciłam za klamkę od drzwi wyjściowych. Moje serce biło w szalonym rytmie, bojąc się przyszłych wydarzeń. Wiedziałam, że może nie być łatwo, ale chciałam za wszelką cenę ocalić Amy. To czas, w którym w końcu wyjdę z cienia i zrobię coś dla innych. Czas, w którym tchórzliwa Laura musi pomachać na do widzenia rzeczywistości i stawić czoła demonom, nawet jeżeli niczego nie umiała.
Niech los będzie dla nas łaskawy.

czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 35 - "Nie chcę utonąć w jego oczach"

Minęła północ, wstawiam rozdział. Przeczytałam go już tyle razy, że sama nie wiem czy jest ciekawy. Dzisiaj z pełnym zaangażowaniem skończyłam pisać rozdział 43, jestem więc o 8 w przód. Upragnione 2 miesiące dodawania nadrobione. Teraz czas na przerwę i... do nauki. Życzę miłego czytania.

POPRAWIONE [06.05.2018]
***

Było już po pierwszej w nocy. Towarzystwo z dołu, zamiast stopniowo się uciszać, szalało coraz bardziej. Wiedziałam, że ta noc nie będzie należeć do najłatwiejszych. Wiedziałam, że dziś spokojnie nie zasnę, ale przysięgam, jeszcze nigdy w życiu nie miałam ochoty na zabicie tak wielkiej liczby osób. Przeróżne, często bezsensowne krzyki, mieszały się ze sobą, przyprawiając moją głowę o ból. Wciąż zdawało mi się, że opary alkoholu niosą się przez sufit i atakują pokój, w którym przebywałam, choć to może kwestia mojej nadwrażliwości. Gdzieś obok, z łazienki dochodziły mnie niechciane oddźwięki, na zewnątrz, co jakiś czas było słychać wycie syren policyjnych. Nawet interwencja policji niewiele tu dawała. Impreza i tak będzie trwała do białego rana. Niestety, nie należałam do osób, które usypiały przy każdym hałasie. Mój sen potrzebował całkowitej ciszy i spokoju.
Przewróciłam się na plecy i uniosłam pokreśloną kartkę formatu A5 do góry. W bladym świetle rzucanym przez lampkę nocną, starałam się rozczytać treść, której przed chwilą sama nadałam sens. Tak, to był mój mały dosyć prywatny prezent dla Nathiela. List. Byłam znana z tego, że nie potrafiłam wyrażać uczuć poprzez słowa mówione. Zawsze zamykałam wszystko gdzieś na dnie duszy. Ten właśnie list miał zawrzeć w sobie wszystko to, co chciałam przekazać Nathielowi, a czego nie potrafiłam powiedzieć mu prosto w twarz. Miałam zamiar mu podziękować, powiedzieć, że jest dla mnie jak brat, że jest dla mnie kimś cennym, kogo nie chcę stracić. Chciałam przekazać, że jego uśmiech jest zaraźliwy, że szczerze dziękuję mu za każdy ratunek, że to przy nim czuję się bezpieczna i niczego się nie boję. Wiem, pomysł dosyć dziwny, ale mój stan finansowy był obecnie kiepski, więc nie mogłam mu niczego kupić. Ludzie powiadają, że prawdziwym prezentem od serca jest zawsze ten, który samemu się zrobi, więc… oto jest – pełen szczerych słów płynących z głębi mojego chłodnego serca, pozbawiony ironii i chłodu, zawierający dwie strony A5 list. Miałam nadzieję, że nielubiący czytać Nathiel, przebrnie przez ten maksymalnie skrócony skrawek papieru i doceni to, że się postarałam. Specjalnie dla niego spróbowałam nawet narysować mangową wersję siebie. Co prawda nie był to szczyt moich artystycznych zdolności, ale grunt, że się starałam.
List przeczytałam po raz ostatni. Wprowadziłam kilka poprawek, a potem zabrałam się za przepisywanie go na nowy, czysty arkusz papieru.
Jakieś dwie godziny temu była u mnie Amy. Gdy zdradziłam jej, jaki prezent robię dla Nathiela, uśmiechnęła się szeroko i stwierdziła, że to bardzo romantyczny podarunek. Gdyby osobiście taki dostała, chowałaby go pod poduszką jak najprawdziwszy skarb. Oczywiście siłą wyrwała mi z rąk jego wersję roboczą, a gdy ją przeczytała, zaczęła szczebiotać  jak małe dziecko. Cieszyłam się, że to nie była pełna wersja, bo miałam zamiar zawrzeć w liście kilka słów na temat demonów, o których Amy przecież nie mogła wiedzieć. Byłam szczęśliwa, że jako jedyna nie została wciągnięta w ten okrutny świat. Doskonale wiedziałam, że gdy raz postawi się w nim nogę, wciągnie cię i pochłonie w całości jak sucha ziemia wodę. Amy nie pasowała do tego świata. Była zwyczajną dziewczyną o przyziemnych problemach. Cieszyła się życiem i kochała cały wszechświat. Dlaczego ktokolwiek miałby zniszczyć w niej tę radość? Czasami się o nią bałam. Sorathiel był przecież jednym z łowców cienia. Jeśli zapragnie z nim być na całe życie, w końcu będzie się musiała o tym wszystkim dowiedzieć.
Westchnęłam cicho. Zorientowałam się, że zamiast przepisywać treść listu, rysuję na marginesie serca. Skrzywiłam się do siebie, gniotąc kartkę. Nie chciałam sugerować Nathielowi, że byłam w nim zakochana. Nie szukałam romantycznych relacji. Chciałam być dla niego tylko i wyłącznie Laurą. Zwyczajną, odrobinę chłodną i ironiczną, drobną, bladą, wredną blondynką. Z tą oto myślą, ponownie wzięłam się za przepisywanie listu.
Nie wiedziałam, czy postępowałam właściwie. Amy wspomniała, że mój list brzmi całkiem romantycznie, jednak ilekroć go czytałam, nie dostrzegałam w nim tego, co ona. Nie chciałam, aby Nathiel czytając go, miał podobne skojarzenia, co moja przyjaciółka. Już teraz zachowywał się w stosunku do mnie co najmniej… dziwnie. Przypatrywał mi się częściej niż zwykle – nawet gdy stałam odwrócona do niego plecami, czułam na sobie spojrzenie jego szmaragdowych oczu. Gdy tylko miał okazję, rozmawiał ze mną, nie przestając się przy tym uśmiechać, jakby połknął całe pudełko tabletek nafaszerowanych endorfinami. Ograniczył nawet swoje wredne docinki i przestał się denerwować na moje teksty, jak kiedyś. Gdy go o coś prosiłam lub za coś dziękowałam, zaczynał zachowywać się jak ucieszone dziecko. Do tego doliczyć jego ostatnie, zaskakujące tulenie  i... Nathielu Auvrey, co się z tobą dzieje? Czyżbyś zaczął mieć w stosunku co do mnie głębsze plany? Ja nie pragnęłam niczego więcej, jak zwyczajnej przyjaźni. W żaden sposób przecież do siebie nie pasowaliśmy. Wiem, ponoć przeciwieństwa się przyciągają, ale nie tak skrajne, prawda? Spójrzmy na to z innej perspektywy. Jeden optymista, jedna pesymistka. Ich światopogląd jest zupełnie inny. Jeden będzie twierdził, że pochmurne niebo zwiastuje wyjątkową pogodę, a więc ciepły deszcz, a po nim tęczę wychodzącą zza chmur, drugi, że pochmurne niebo jest złym omenem, bo to właśnie wtedy dzieją się najgorsze rzeczy. To postrzeganie świata ze sobą koliduje, a nie się uzupełnia.
Marszcząc czoło, nakreśliłam ostatnie słowo w liście, którym był podpis. Gdy już skończyłam, złożyłam go grzecznie i schowałam do koperty, którą podpisałam wielkimi ukośnymi literami: „Dla Nathiela”. Gotowe. Teraz wystarczy zanieść go do pokoju czarnowłosego łowcy i na tym moja misja się zakończy.
Zeskoczyłam z łóżka, ubrałam swoje puchate kapcie i wyszłam za drzwi. Obok mojej głowy przeleciał jakiś stanik, który uderzył z głuchym pyknięciem w ścianę. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Mimo wszystko cieszyłam się, że zamieszkiwałam pokój na piętrze. Przynajmniej nie musiałam przedzierać się przez tłumy rozszalałych nastolatków.
Po cichu weszłam do pokoju Nathiela i położyłam list na biurku. Na chwilę przystanęłam przy oknie, zamyślając się i spoglądając na przyciemniony pokój. To tu spędziłam ostatnie tygodnie. Cieszyłam się, że to już koniec. Nie byłam przyzwyczajona do miejsc, gdzie stara pizza przyklejała się do biurka, bielizna leżała pod łóżkiem, a podłoga błagała o dokładne wysprzątanie. Byłam miłośniczką porządku – kolejna rzecz, która nas różniła.
Oddaliłam się od okna i skierowałam w stronę wyjścia. Nie chciałam zostać przyłapana na przebywaniu w pokoju Auvreya. Gdy otworzyłam drzwi, znowu uderzył mnie ostry zapach wódki i szaleńcze okrzyki. Ktoś krzyczał coś o zajebistej imprezie, ktoś w euforycznym stanie wyznawał komuś miłość, kilka osób śmiało się, jakby zamknięto ich w wariatkowie i nafaszerowano lekami. Nie, wcale nie żałowałam, że mnie tam nie było. Zresztą już raz uczestniczyłam w imprezie organizowanej przez Nathiela. Nie pozostawiło to we mnie zbyt miłych wspomnień…
– Byłaś u mnie w pokoju? – usłyszałam dobrze znany mi głos.
Akurat trzymałam dłoń na klamce i domykałam drzwi.
Spojrzałam zaskoczona na Nathiela, który wyrósł przede mną jak magiczne drzewo. Nie zmienił się, odkąd ostatni raz go widziałam. No dobrze, teraz miał po prostu bardziej niż zwykle roztrzepane włosy i dziwnie błyszczące oczy, co było najprawdopodobniej spowodowane jego alkoholowym upojeniem.
– Tak, zanosiłam ci komiks – skłamałam. – Nudziło mi się, więc stwierdziłam, że pożyczę od ciebie mangę. Chciałam się przekonać, co to takiego i czy mnie zaciekawi.  
Chłopak spoglądał na mnie podejrzliwie. Oparł się dłonią o drzwi, tuż obok mojej głowy. Był teraz bardzo blisko mnie, czego chciałam uniknąć.
Nie patrząc mu w twarz, postanowiłam jak najszybciej stąd uciec. Przeszłam pod jego ramieniem i bez słowa ruszyłam do pokoju. A przynajmniej chciałam ruszyć. Nie udało mi się to, bo Nathiel złapał niespodziewanie za mój łokieć, mało nie zwalając mnie z nóg.
– Co? – spytałam, zerkając w tył.
Chłopak puścił mnie i wzruszył ramionami.
– Chciałem na chwilę uciec od hałasu – odpowiedział gładko.
– Do mnie? – Uniosłam brew.
– Do ciebie.
Chłopak wyszczerzył się, jakby dostał najpiękniejszy prezent pod słońcem. Początkowo nie wiedziałam, co zrobić. Miałam świadomość, że jak się uprze, to pójdzie za mną nawet i na koniec świata, szczególnie, że nie był do końca trzeźwy, a więc dziesięciokrotnie bardziej upierdliwy. Może powinnam się poddać i wpuścić go do pokoju? Zawsze mogę go z niego wyrzucić.
Chwyciłam za klamkę i spojrzałam na wciąż uśmiechającego się jak dziecko Nathiela. Jego oczy mówiły: „Wpuść mnie do środka, a potem nie wypuszczaj, maleńka”.
– Chodź – mruknęłam z nadzieją, że przez ten okropny hałas mnie nie usłyszy. Moim błędem było szerokie rozwarcie wrót pokoju. Auvvrey wszedł do niego ucieszony, skacząc jak mała dziewczynka, zbierająca na łące maki. Oczywiście zadbał o to, aby nikt nam nie przeszkadzał, więc gdy wtoczyłam się już do środka, posłał kopniaka w stronę drzwi, a potem leniwie się przeciągnął i ziewnął. Nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, usiadłam na łóżku i zaczęłam sprzątać wszystkie wersje robocze listu.
– Co robisz? – spytał ciekawsko.
– Coś, czego ty nigdy nie robisz w swoim pokoju – mruknęłam, mając na myśli sprzątanie.
– Śpię?
– Nigdy nie śpisz w swoim pokoju? – spytałam nierozumnie.
– Sen jest dla cieniasów – przyznał lekko podchmielonym głosem.
Usiadł na łóżku w bezpiecznej odległości ode mnie. Dalej starałam się nie zwracać na niego uwagi. Zbierałam kartki, kredki i długopisy.
– Pisałaś do mnie list? – usłyszałam nagle.
Zdziwiłam się jego pytaniem. Gdy na niego spojrzałam, zobaczyłam, że trzyma w dłoni jedną ze zbłąkanych kartek. Od razu rzuciłam się w jego stronę, próbując mu ją odebrać. Nathiel jednak tak łatwo się nie dawał. Machał nią w górze, zgrabnie omijając moje dłonie i śmiejąc się jak szaleniec.
– Odpowiedz!
Nie miałam zamiaru. Walczyłam o skrawek papieru jak prawdziwa lwica. Może trochę zbyt gwałtownie, bo w końcu zwaliłam Nathiela na podłogę. Usiadłam na nim triumfalnie z kartką, którą mu odebrałam. Gdyby był trzeźwy, prawdopodobnie nigdy bym jej nie odzyskała.
– Nie czyta się cudzej korespondencji – mruknęłam, zerkając na niego z góry. – Poza tym musiało ci się przewidzieć. Nigdzie nie ma tu twojego imienia.
– Podobasz mi się – powiedział znienacka chłopak.
– Co?
Spojrzałam na niego zdziwiona. Powiedział to tak nagle, że zwątpiłam, iż mam dobry słuch. Może mi się przesłyszało? Może z jego ust popłynęły zupełnie inne słowa? Muzyka wciąż głośno dudniła, a imprezowicze balowali w najlepsze, może rzeczywiście…
– Podobasz mi się – powiedział głośniej.
Oniemiałam. Patrzyłam w jego bezwyrazową twarz, która mogłaby wyrażać teraz dosłownie wszystko. A jeśli była zapowiedzią śmiechu? Nie akceptowałam takich żartów.
Westchnęłam cicho i przeniosłam się do pionu. Nie podałam ręki Nathielowi, sama usiadłam na łóżku. Wygładziłam nerwowo spodnie. Przy okazji wyrzuciłam stos papierów do małego śmietnika stojącego obok biurka.
– Nie żartuj sobie w taki sposób – odpowiedziałam w końcu, zerkając na niego pobłażliwie.
Nathiel natychmiastowo przeniósł się do pozycji podłogowej siedzącej.
– Ale ja nie żartuję! – wykrzyknął oburzony. – Ty mi nigdy nie wierzysz.
Spojrzałam na niego chłodno.
– Dlaczego miałbyś mówić prawdę? Jesteś pijany.
– Ja pijany? – spytał z udawaną powagą.
Mina, delikatne różowe plamy na polikach, świecące oczy i lekko sepleniące słowa zdradzały jego stan. Nie dało się ukryć, że wypił więcej, niż powinien.
– Tak, ty pijany – odpowiedziałam spokojnie.
Nathiel podniósł się gwałtownie z podłogi i podszedł do łóżka, nachylając się nade mną niebezpiecznie blisko. Ręce oparł na kołdrze, torując mi w ten sposób drogę ucieczki. Byłam tak zaskoczona, że opadłam na łokcie, które były teraz moją jedyną podporą.
– Naprawdę, mówię serio, podobasz mi się – powiedział Nathiel z pijacką powagą na twarzy.
– Myślisz, że ci uwierzę?
Chłopak oddalił się ode mnie i usiadł na łóżku bardzo blisko mnie – prawie stykał się ze mną biodrem. Odetchnęłam z ulgą. Wcześniejsza poza była naprawdę niebezpieczna.
– Bo chodzi o to – zaczął swoim śmiesznym głosem – że kiedyś wolałem brunetki o ciemnych oczach. Takie biuściaste, smukłe, wysokie. I żeby najlepiej ich uśmiech powalał mnie na kolana. Oczywiście musiały być otwarte, radosne i inne takie.
– W takim razie nisko upadłeś – mruknęłam na boku, uśmiechając się ironicznie.
Kto bardziej odchodził od tego ideału, jak nie ja?
– No, właśnie o to chodzi! – wykrzyknął, zwracając się do mnie przodem.
– Że nisko upadłeś?
– Nie! – zaprzeczył gwałtownie. – Że mój ideał zmienił się na gorsze.
Spojrzałam z rozbawieniem w sufit.
Czyli jednak nisko upadł.
– Teraz wolę kobiety nie w liczbie mnogiej, a pojedynczej – kontynuował swój pokrętny, pijacki wywód. – Czyli, że moim priorytetem jest teraz blada dupa albinosa, która ma blond włosy – mówiąc to, chwycił za kosmyk moich włosów – jasne, zielone oczy, jest niska, drobna, trochę za chuda, ma malutkie usta i jakbym chciał je pocałować, to nie wiem, czy bym w nie trafił.
Takich wyznań nie chciałam od niego słyszeć. Wiedziałam, doskonale wiedziałam, że nie byłam niczyim ideałem. Daleko mi do smukłych, wysokich kobiet o przekonujących atrybutach. Nie byłam ani ładna, ani pociągająca. Dlaczego musiał mi o tym przypominać?
– Zamiast dziewczyny, która byłaby otwarta i radosna, poznałem chłodną, wredną, ironiczną i zamkniętą w sobie pesymistkę, która zamiast przyciągać ludzi, wciąż ich odpycha – dodał Nathiel. – Ale wiesz? – spytał nagle, radosnym tonem głosu. – Podobasz mi się taka, jaka jesteś.
Milczałam, wpatrując się beznamiętnie w jego rozchmurzoną twarz. Patrzył prosto w moje oczy, próbując mnie zahipnotyzować. O mały włos, a straciłabym nad sobą kontrolę. Może to ta demoniczna moc próbowała przeciągnąć mnie na swoją stronę?
– Nathiel – zaczęłam w końcu załamana – ja nie zrobiłam nic, abym miała ci się podobać. Jesteś pijany i nie wiesz, co mówisz. Wróć do swoich ideałów, proszę.
– Mam ci udowodnić, że mówię prawdę?
– Nic mi nie musisz udowadn...
Zanim dokończyłam zdanie, Nathiel pchnął mnie gwałtownie na łóżko i nachylił się nade mną z prawej strony, układając ręce obok mojej głowy tak, bym nie uciekła. Zrobiło mi się gorąco. Gorąco ze wstydu. Miałam wrażenie, że moje policzki zapłonęły rumianym ogniem.
– Nie wiem, co to miłość. Nie wiem, czy podobanie się to to samo, co zakochanie. Wiem tyle, że jestem tobą zainteresowany – szepnął, nie spuszczając ze mnie oczu. – Lubię patrzeć, gdy coś robisz, obserwować jak na twojej twarzy od czasu do czasu pojawia się uśmiech. Lubię cię słuchać, nawet jeśli rzucasz mi tylko sarkastyczne uwagi, patrzeć w twoje oczy...
Stój, Nathielu Auvrey! To się robi niebezpieczne! Zacząłeś używać zbyt mądrych i na dodatek piekielnie romantycznych słów! Odejdź stąd, zanim rzucisz na mnie swój demoniczny urok!
Położyłam dłonie na klatce piersiowej Nathiela i starałam się go od siebie odepchnąć. To nic jednak nie dało. Był dla mnie za silny.
Ludzie, ratujcie mnie przed zdesperowanym demonem!
– Hej, to już chyba miłość – przyuważył Auvrey, dziwiąc się własnymi słowami.
– Nie, to głupota, Nathiel – mruknęłam załamana.
– Zakochałem się w tobie! – wykrzyknął odkrywczo o jeden ton za głośno.
Błagam, człowieku-demonie, przestań niszczyć moją psychikę. Nigdy w życiu nie uwierzę w słowa pijanej osoby, która nagle dostała olśnienia, pochylając się nade mną w moim własnym łóżku.
Nathiel już chciał otworzyć usta, gdy ja przyłożyłam mu do nich dłoń.
–Zamilcz, proszę cię.
Chłopak zabrał moją rękę ze swoich ust i przytwierdził ją do łóżka. Z drugą, choć niewinną dłonią, zrobił to samo. Co on do cholery planował? Bo jeżeli chciał się zabawić moim kosztem, to niestety musiał wiedzieć, że moje kolano znajdowało się na odpowiedniej wysokości, aby wyrządzić mu krzywdę na całe życie… Ostrzeżenie w moich oczach najwyraźniej nie pomogło, ponieważ zaczął do mnie przybliżać twarz. Zesztywniałam, robiąc wielkie oczy.
Nie, błagam, nie! Nathiel, oddal się ode mnie! Natychmiast! Nie chcę twojego pocałunku, nie chcę ciebie!
Odwróciłam gwałtownie głowę w bok. To mu jednak nie przeszkadzało – w dalszym ciągu mógł się do mnie zbliżyć i dopełnić niecnego czynu, który jawił się w jego wyobraźni jako konieczny. Był już niebezpiecznie blisko mojej twarzy. Bałam się na niego spojrzeć, bałam się odwrócić głowę, choć wiedziałam, że i tak to nic nie zdziała. Jedynym moim ratunkiem było...
– Ała! – wykrzyknął Nathiel, oddalając się ode mnie gwałtownie i chwytając za czoło.
Bingo. Obeszło się bez kopnięć we wrażliwe miejsca, pomyślałam, że równie dobre może okazać się uderzenie głową w czoło przyszłego oprawcy. Co prawda teraz i mnie bolało czoło, ale to nic. Było warto.
Wykorzystując chwilę nieuwagi, wyślizgnęłam się bokiem jak wąż i stanęłam w bezpiecznej odległości od łóżka.
Miarka się przebrała.
– Wyjdź stąd – powiedziałam chłodnym głosem, wskazując palcem na drzwi. – Wyjdź, wytrzeźwiej, ochłoń.
Widziałam, że Nathiel chce otworzyć usta. Nie dałam mu jednak dojść do słowa.
– Wyjdź, proszę – powiedziałam ostrzejszym tonem.
Chłopak przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, w końcu jednak uznał, że mnie posłucha. Podniósł się i bez słowa wyszedł za drzwi, trzaskając nimi tak głośno, jakby był obrażoną nastolatką, występującą w słabym amerykańskim serialu.
Jęknęłam bezradnie i rzuciłam się na łóżko, kryjąc głowę w poduszce. Myślałam, że serce wyskoczy mi lada moment z piersi. Byłam sparaliżowana, przestraszona, oniemiała, zszokowana. Nie chciałam, by mnie pocałował. Bałam się, że jeżeli to zrobi, pęknie we mnie niezbadana część mojej duszy. To było bardzo, ale to bardzo niebezpieczne.
Przewróciłam się na plecy i spojrzałam w sufit. Moje poliki płonęły żywym ogniem, oczy błyszczały jak dwie latarnie morskie, umysł został pobudzony do niechcianego działania, a myśli stały się chaotyczne. Co on ze mną, do cholery, zrobił?
Pokręciłam głową, kładąc na rozpalonej twarzy chłodne dłonie.
Wiedziałam, że jeżeli dalej tak pójdzie, to i ja utonę w szmaragdowych oczach...