wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 20 - "Prosząc o wybaczenie"

Wena nie chciała przyjść, zaciągnęłam ją tutaj siłą i przywiązałam do grzejnika. Śpiewała mi płaczliwym głosikiem do ucha to, co mam pisać, a ja jak prawdziwy sadysta siedziałam na łóżku i piłam porzeczkową herbatę (nie wiedzieć czemu, słownik podpowiada mi, że POŻYCZKOWĄ).

[POPRAWIONE, 19.11.2017]


***
Siedziałam na parapecie okna, przyglądając się mało interesującym, zabieganym ludziom, którzy gdzieś się spieszyli. Odnosiłam wrażenie, że tylko ja i mój czas stoimy teraz w miejscu. Może to przez moje nieróbstwo i brak jakichkolwiek zająć do wypełnienia? 
Nie lubiłam tych momentów, gdy siadałam i pogrążałam się we własnych pesymistycznych rozważaniach, nie mogłam jednak nic na to poradzić. Pesymizm był nieodłączną częścią mojej codzienności, od której nie potrafiłam się uwolnić. Samemu naprawdę trudno było zmienić bieg swoich myśli.
Spojrzałam na niedokończoną jeszcze pracę z biologii, która leżała na moim biurku. Przypadł mi jeden z gorszych działów do opisania – genetyka. Mało interesowało mnie, czy w określonym nukleotydzie DNA znajduje się adenina, guanina czy inne związki purynowe lub zasady pirymidynowe, a już szczególnie mało obchodziło mnie, co powstanie jak skrzyżuję genetycznie czarną i brązową krowę. Cóż, czego nie robiło się dla zmiany toru myśli? Nauka zawsze mnie odstresowywała. Lubiłam się w nią zagłębiać, choć nie zawsze wszystkie tematy mnie interesowały.
Zeskoczyłam z parapetu i podeszłam do biurka. Krzesło, na którym wylądowałam wydało z siebie głośny skrzek starości – wciąż się dziwiłam, że go nie połamałam. Chwyciłam za długopis zdobiony słodkimi misiami, który sprezentowała mi kiedyś Amy. Stwierdziła, że zawsze mam minę jak one. Może ta groźność w ich oczach i wykrzywione w grymasie mordki się zgadzały, ale raczej nie spożywałam ryb – białe niedźwiadki w pomnożonej ilości właśnie się nimi zajadały.
Amy. Samo wspomnienie jej prezentu przypomniało mi o ostatniej niefortunnej sytuacji. Osobiście straciłam całą chęć na wtrącanie się w jej niezatwierdzony jeszcze związek. Owszem, martwiłam się o nią (co nie jest niczym nieprawdopodobnym), w końcu posiadała wysoki wskaźnik energii potencjalnej, która aż prosiła się o wyżarcie przez demony. Sorathiel wcale nie ułatwiał sprawy – był łowcą, do którego demoniczne pokraki lgnęły jak ziemniaki do rozgrzanej frytury. Nie wiedziałam dlaczego, ale ufałam mu i wierzyłam w to, że jest w stanie ją obronić.
Niczego nie mogłam im zabronić. To ich życie, nie moje. Miałam przynajmniej nadzieję, że gdy zaczną ze sobą chodzić – o ile tak będzie – Sorathiel opowie jej o wszystkim i ostrzeże przed złem.
Odgoniłam zbędne zmartwienia i zabrałam się do pisania. Nie musiałam powtarzać tematu. Miałam doskonałą pamięć i chyba tylko tym się mogłam pochwalić. Słowa same przelewały się wprost z mojej głowy na kartkę. W międzyczasie, nic innego oprócz kwasów nukleinowych i sekwencji DNA nie zajmowało moich myśli.
Jak dobrze być kujonem.
– Lauro! – dosłyszałam matczyny głos, który wyrwał mnie z sideł nauki.
Odrzuciłam długopis na biurko i ruszyłam w stronę drzwi. Gdy za nie wyjrzałam mama stała już na schodach z wielką żółtą miską w rękach. Nim się zorientowałam, dostałam garścią popcornu w twarz. Spojrzałam zdziwiona na swoją matkę, która śmiała się głośno, jakby cieszyła się, że wywinęła komuś kawał. 
Czasami zastanawiałam się, czy to ona była nastolatką, czy ja.
– Zbyt długo siedzisz sama w pokoju – stwierdziła już po chwili, obdarzając mnie promiennym uśmiechem, który przeganiał wszystkie ciemne chmury z mojego życia. – Może masz ochotę na film?
Spojrzałam zamyślona w sufit.
– Wyciskacz łez? – spytałam wreszcie z uśmiechem.
– I wielkie pudełko lodów bakaliowych? – odpowiedziała pytająco moja mama.
                Cóż, przyda mi się chwila wytchnienia.
***
Pociągałam głośno nosem, wyjmując z pudełka ostatnią już chusteczkę. Nigdy w życiu tyle nie płakałam. Nawet gdy byłam mała. Seanse filmowe z moją mamą wystawiały mnie na emocjonalne próby, które zawsze kończyły się moją miażdżącą porażką. I pomyśleć, że na ogół nie znosiłam wyciskaczów łez. Większość z nich traktowałam po prostu jak swoiste odmóżdżacze. 
Nabrałam na łyżkę porządną porcję lodów bakaliowych i napchałam buzię popcornem. Zabójcza tłuszczowo-węglowodanowa mieszanka. Na szczęcie należałam do osób, które nie tyły. Niejedna nastolatka mogłaby mi pozazdrościć metabolizmu. Już chyba na zawsze pozostanę bladym patyczakiem.
– Nigdy więcej „Szkoły uczuć” – powiedziała mama, opatulając się dokładnie kocem, pod którym siedziałyśmy.
Spojrzałam na nią z lekkim uśmiechem. Jej oczy błyszczały od łez. Nawet teraz, mimo wieku i stanu w jakim się obecnie znajdywała, była piękna. Mogłam jej tylko pozazdrościć urody. Ja zapewne wyglądałam teraz jak dorodny pomidor.
– Może masz ochotę na herbatę, kochanie? – spytała wesoło, ocierając ostatnie łzy z policzków.
Skinęłam głową.
– W takim razie zaraz wracam – odparła i ruszyła do kuchni.
Spoglądałam za nią, zastanawiając się, czym mogłabym się teraz zająć. Oczywiście nie męczącymi rozważaniami. Miałam dosyć egzystencjalnych refleksji na dziś.
Zbawienie przyszło stosunkowo szybko – rozbrzmiało w naszym mieszkaniu głośnym dzwonkiem. Spojrzałam na zegar, który wskazywał godzinę dwudziestą drugą. Ktoś miał niezłe wyczucie czasu. Czyżby Nathiel? Tak, to by do niego pasowało, tylko czego mógłby ode mnie chcieć o tej godzinie?
Odrzuciłam koc i ruszyłam w stronę drzwi. Gdy je otworzyłam, moim oczom okazało się coś, czy może raczej ktoś, kogo kompletnie się tutaj nie spodziewałam.
– Hej – przywitał się Deaniel, zerkając najpierw na mnie, a potem gdzieś w bok z onieśmieleniem. – Przepraszam, że tak późno. – Podrapał się w tył głowy.
– Co tutaj robisz? – syknęłam lekko zirytowana.
Nie dowierzałam temu, co widzę. Miałam ochotę trzasnąć drzwiami i to prosto w jego twarz. Ostatnio jego widok sprawiał, że wzbierało się we mnie potężne uczucie gniewu, które koniecznie chciało znaleźć ujście.
Nie mógłby mi wreszcie dać spokoju? Między nami wszystko skończone. Nie zamierzałam się zadawać z kimś, kto sprawiał, że moje życie to jedna wielka demoniczna przygoda. Już bezpieczniej czułam się przy Nathielu – nie tchórzył w kulminacyjnych momentach akcji i nawet potrafił się bronić.
– Wiem, masz mnie dosyć, ale proszę, przynajmniej mnie wysłuchaj – zaczął załamany Deaniel.
Kto dobrowolnie chciał się narażać na sarkastyczny atak Laury Collins? Chyba tylko Nathiel, choć to zupełnie inny typ osobowości. Deaniel trochę się od niego różnił. W skrócie: był tchórzem.
Westchnęłam ciężko i założyłam ręce na piersi. Spojrzałam na niego pobłażliwie.
– Chcesz mnie przeprosić? – spytałam spokojnie. – Nie musisz, już to zrobiłeś.
– Nie zajmę ci zbyt dużo czasu – powiedział z powagą.
Jego determinacja mnie zadziwiła. Chyba naprawdę zależało mu na rozmowie ze mną. Zasłużył na kolejną szansę? Nie byłam tego do końca pewna. Może chociaż raz powinnam komuś okazać miłosierdzie i udowodnić, że nie jestem taka chłodna, na jaką wyglądałam?
– Niech będzie – odpowiedziałam niechętnie, po czym zwróciłam się w tył. – Mamo, niedługo wrócę! Wychodzę na chwilę z Deanielem!
– Tylko nie róbcie niczego nieprzyzwoitego i wróćcie o odpowiedniej porze! – wykrzyknęła rozbawiona rodzicielka. Na dźwięk jej słów przewróciłam oczami. Gdybym stała tutaj z innym chłopakiem, zapewne na moje policzki wszedłby teraz delikatny rumieniec, ale to tylko Deaniel – zauroczenie jego osobą już dawno mi przeszło.
Wyszłam z domu. Kierowaliśmy się w nieokreśloną stronę miasta. Przez cały ten czas czekałam aż mój były przyjaciel zabierze głos, ale milczał, tak samo jak i ja. Nieraz podejmował próbę powiedzenia czegoś, jednak tak szybko jak otwierał buzię, tak szybko ją zamykał. Brakowało mu słów? Och, mi też by brakowało, gdybym nim była.
Zostaw zadurzoną w sobie dziewczynę, pozwól jej się trochę pomartwić i spraw, aby ruszyła za tobą w pogoń, opowiedz jej swoją dramatyczną historię życia i odrzuć pomocną dłoń, puść ją samą przez slamsy, może jej się uda przeżyć. Dostała czymś w głowę? O, to znak, że czas na ucieczkę! Zostaje zmasakrowana i ratuje ją twój rywal? To bardzo przykre, musisz wyrazić swoje niezadowolenie, koniecznie!
W mojej głowie kipiało od sarkazmu. Czułam, że gdy wreszcie otworzę buzię, moje myśli zamienią się w rozpędzony pociąg ironii, w którym nie ma hamulców. I co wtedy zrobi? Nie powstrzyma mnie.
Dotarliśmy do położonej na uboczu parku ławeczki. Deaniel usiadł na nią bez słowa i poklepał ręką miejsce obok siebie, próbując przekonać mnie do zrobienia tego samego. Niechętnie, ale uczyniłam jego prośbę. Oczywiście odsunęłam się na sam kraniec. Nie patrzyłam mu również w twarz, udawałam, że wkoło znajdują się o wiele ciekawsze obiekty do obserwacji, na przykład liście spadające z drzew, ciemne chmury mknące bezwolnie po niebie czy kot, który spacerował z wysoko uniesioną głową po ulicy. Nie, to nie ja się miałam starać, te czasy bezpowrotnie minęły.
– Laura – zaczął w końcu Deaniel. Brzmiał bezradnie. Nieźle, prawie zrobiło mi się go szkoda. Prawie. – Naprawdę jest mi przykro. Nie sądziłem, że ktokolwiek cię zaatakuje. Myślałem, że zaatakowali tylko mnie.
A więc on również padł ofiarą departamentu? To trochę zmieniało postać rzeczy. Ale tylko trochę. Odrobinę, choć nieznacznie. Wcale?
– Specjalnie uciekłem w przeciwnym kierunku – kontynuował – żeby tylko cię nie dopadli! – teraz już prawie krzyczał z przejęcia. Żałowałam, że nie miałam przy sobie zatyczek do uszu. – Ledwo uszedłem z życiem. Straciłem wszystkie swoje rzeczy. Spałem w parku, ukrywałem się przed ludźmi, goiłem rany. Pomógł mi pewien starszy pan. Dzięki niemu nabrałem sił i byłem w stanie wrócić do szkoły.
Spojrzałam na niego beznamiętnie, nie zawierając głosu w tej sprawie.
– Chciałem cię powiadomić, ale... nie miałem jak – powiedział spokojniejszym tonem głosu. – Wiem, jestem kretynem. To ja powinienem cię bronić, nie Nathiel. – Spojrzał na mnie brązowymi oczami przepełnionymi smutkiem. Nie spodziewałam się, że chwyci mnie za dłonie. W normalnym przypadku zapewne wyrwałabym się z jego uścisku, ale spojrzenie tych ziemistych tęczówek sprawiło, że zastygłam w bezruchu, nie wiedząc jak się uwolnić. Wydawało się, że wszystko co mówi jest szczere, tylko dlaczego jedynym, czym potrafił mnie obdarzyć Deaniel były tłumaczenia? Nie chciałam już więcej wymówek ani przeprosin. Już dość.
– Nie zmienię przeszłości, ale przysięgam, że mi na tobie zależy – powiedział zrozpaczony chłopak. Mimo jego dramatycznych przeprosin, nie potrafiłam wykrzesać z siebie żadnych uczuć. Delikatnie wyrwałam ręce z jego uścisku i złożyłam je na kolanach.
Czy to dziwne, że nie czułam w tym momencie zupełnie nic? Wcześniej byłam zła, poirytowana, niespokojna, teraz czułam pustkę, obojętność, jakby przestało mi na czymkolwiek zależeć, jakbym miała do czynienia z całkowicie mi obcą osobą.
– Mam ci wybaczyć? Tak po prostu?
– Kocham cię, Laura! – wykrzyknął. Na dźwięk tych słów zastygłam w bezruchu jak porażona prądem. – Naprawdę! Odkąd cię tylko zobaczyłem, przykułaś moją uwagę! Nikt inny, tylko ty! Dawałaś mi poczucie bezpieczeństwa w świecie, w którym musiałem się ukrywać! Gdzie na okrągło musiałem uciekać! To nie moja wina, że jestem ścigany, nie moja wina, że jestem półdemonem, którym gardzi Departament Kontroli Demonów! Jak ty byś się zachowała, gdybyś nie mogła w nocy spać, nasłuchując, czy do drzwi nie puka ci śmierć?
Milczałam.
Poniekąd miał trochę racji. Rzeczywiście nie wiedziałam jak może się czuć osoba, która ciągle musi być czujna, inaczej zginie. Osobiście prowadziłam dosyć spokojne życie. Byłam normalnym człowiekiem, miałam normalną mamę, chodziłam do normalnej szkoły i prawie nigdy nic mi nie zagrażało – z wyjątkiem ostatnich incydentów.
– Wiem, jestem tchórzem, ale tchórzem, który za wszelką cenę starałby się ciebie obronić, gdyby wiedział, że coś ci zagraża! Tchórzem, który ucieka, bo chce żyć! Dlatego nie chciałem do ciebie dzwonić, czy dawać ci znać, co się ze mną dzieje! Bałem się, że coś ci się stanie! – Pełen przejęcia głos Deaniela wprowadził mnie w stan niepewności. Już sama nie wiedziałam, co mam zrobić czy odpowiedzieć. Wbiłam wzrok w ziemię.
W tej sytuacji to ja byłam nieczułą idiotką czy on tchórzliwym kretynem? Uważałam, że tylko ja mam racje, a jednak ta sytuacja mogła mieć też inną stronę.  
Moje serce zaczęło mięknąć.
Lauro, ty słaba emocjonalnie istoto!
– Proszę, wybacz mi i daj mi jeszcze jedną szansę – szepnął, nachylając się nade mną. Jego oczy były pełne nadziei, bólu i smutku.
„Nie musisz mnie kochać, daj mi po prostu szansę i powód do życia, odrobinę nadziei na lepszą przyszłość” – to właśnie zdawała się mówić jego twarz.
– Ja... – zaczęłam, jeszcze nie wiedząc jak skończyć. Starałam się uniknąć jego spojrzenia. – Musisz dać mi czas, Deaniel.  
– Nie musimy się spotykać poza szkołą – powiedział z powagą Dan. – W szkole przecież nic ci nie grozi. Będę cię chronił – szepnął, tym razem kładąc swoje chłodne dłonie na moich polikach. W normalnym przypadku moje serce by oszalało, ale już dawno pozbyłam się tej namiastki miłości, którą darzyłam Deaniela.
– Dobrze, niech będzie. Daję ci jeszcze jedną szansę i...
Nim dokończyłam, Deaniel przyciągnął moją twarz do siebie i pocałował mnie gwałtownie w usta, szybko się ode mnie odrywając. Jego uradowana twarz patrzyła teraz prosto na mnie. Wyglądał, jakby wygrał życie, a ja, jakbym miała umrzeć nagłą, tragiczną śmiercią.
Byłam w szoku. Nie mogłam zrozumieć tego, co przed chwilą się stało.  
Co on do jasnej cholery zrobił?!
Deanielowi uśmiech zniknął z twarzy, ustępując miejsca przerażeniu. Najwyraźniej zrozumiał, że radość, która tak nagle go pochłonęła, pchnęła go w stronę czynności,  której nie powinien się w tym momencie oddawać.
– Przepraszam! To był impuls! – powiedział przestraszony, gwałtownie się ode mnie odsuwając. Wystawił przed siebie ręce, jakby chciał się obronić przed konsekwencjami. 
Kiwnęłam głową, wbijając wzrok w pustą przestrzeń.  
Nie poczułam zupełnie nic, gdy jego usta zetknęły się z moimi. To był zaledwie ułamek sekundy. Za krótki, by móc coś konkretnego wywnioskować. Moje serce prędzej stanęło w miejscu, niż mocniej zabiło. Nie pojmowałam tego, co się stało i... nie chciałam pojąć. Pragnęłam żyć w błogiej nieświadomości.
Tuż nad uchem usłyszałam głośne oklaski. Podskoczyłam przestraszona na ławeczce, podobnie jak Deaniel. Czyżby ktoś się nam przyglądał przez cały ten czas?
– To takie romantyczne! Przyznaję, aż mi się rzygać zachciało! – powiedział dziwnie znajomy kobiecy głos. W jednej chwili mój przyjaciel pobladł, zaś ja przybrałam zszokowaną minę. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto tam stał. Jeden z moich najgorszych koszmarów ostatnich nocy. Brutalna, irytująca, bezwzględna i nielitościwa. Cienisty demon w kobiecej postaci. Prawdziwy potwór.
Niebo zaczęła ogarniać szarość – kolor powoli pochłaniał również drzewa i wszystko, co znajdowało się poniżej nieboskłonu. Już kiedyś to przeżyłam. Byłam wtedy na imprezie u Nathiela. To on stworzył wówczas „szarą strefę”, która nie przepuszczała żadnego dźwięku i sprawiała, że nikt nie widział, co się dzieje w jej obrębie.
Czułam, że moje serce zamiera.
Deaniel nie czekając, zerwał się z ławki, pociągnął mnie za dłoń i popędził przed siebie. Za plecami słyszałam tylko niepokojąco głośny i szaleńczy śmiech.
Czy to mój pech przywiał tutaj Gabrielle? Wcale bym się nie zdziwiła.
– Co teraz?! – wykrzyknęłam do pędzącego przed siebie Deaniela.
– Musimy uciekać! Sami sobie nie poradzimy! Gabrielle to silny demon, na dodatek należy do Departamentu Kontroli Demonów! – odkrzyknął przejęty chłopak.
– Wiem! To przecież ona mnie zaatakowała!
– Ona? – spytał zdziwiony. – Ach, mniejsza!
Nasza ucieczka nie trwała długo. Najwyraźniej demonicy znudziło się obserwowanie dwójki biegnących przed siebie nastolatków. Zostałam wyszarpnięta z uścisku Deaniela – coś oplotło się wokół mojej kostki i powaliło mnie brutalne na ziemię. Zabrakło mi powietrza w płucach – starałam się je łapczywie chwytać, próbując się przy tym nie udusić.
Deaniel rzucił mi się na pomoc, próbując chwycić mnie za rękę, jednak jego próby okazały się daremne – wokół niego również oplotła się czarna wstęga przypominająca jadowitego węża – sprawiła, że utknął w miejscu. Próbował się wyrywać, ale jego starania nie przynosiły żadnych efektów.
Przerażone brązowe oczy zniknęły wśród drzew. Chciałam uchwycić się jakiejś gałęzi i zatrzymać ten szaleńczy pęd, który popychał mnie prosto w ramiona demonicy, ale każda moja próba była niweczona kolejnym silnym pociągnięciem – byłam za słaba, żeby móc się przytrzymać jakiegoś stałego elementu na dłużej niż kilka sekund, a co dopiero, żeby się uwolnić.
W moją stronę powolnie irytującym krokiem szła ubrana na czarno Gabrielle. Uśmiechała się w obrzydliwie triumfalny sposób. W ręku trzymała dwie czarne wstęgi, którymi byłam opleciona wraz z Deanielem.
Kiedy zostałam już wytargana i wytarzana w ziemi, a potem wyrzucona nieopodal wroga, jak nikomu niepotrzebny śmieć, mogłam zrobić już tylko jedno.
Chwyciłam za telefon, który znajdował się w lewej kieszeni moich spodni. Zdążyłam tylko wykręcić numer i krzyknąć:
– Nathiel!
Następnie komórka została mi wytrącona z rąk i bezlitośnie zgnieciona obcasem.
***
Łowca wpatrywał się w swój telefon z nachmurzoną miną, nie mogąc pojąć tego, co właśnie usłyszał. Dzwoniła do niego Laura, która wykrzyknęła jego imię jak w jakimś dramatycznym momencie filmu, gdzie wszyscy nagle umierają, po czym jak gdyby nigdy nic, rozłączyła się. Oczywiście próbował się do niej dodzwonić, ale nie przyniosło to upragnionego skutku. W telefonie zawsze odzywał się ten dobrze znany, irytujący głos, oznajmiający, że ma się wypchać, bo Laura ma wyłączoną komórkę.
Nathiel odrzucił urządzenie na sofę i wzruszył ramionami. Kontynuował oglądanie bardzo zajmującego serialu animowanego. Akurat rozgrywała się decydująca scena walki. Pewien czarnowłosy chłopak ciął mieczem na oślep, próbując ochronić swoją cycatą ukochaną o blond włosach i niewinnych zielonych oczach. Z wyglądu przypominała trochę Laurę, choć oczywiście tej brakowało potężnych argumentów w przednim aspekcie osobowości.
Wroga kobieta, z którą główny bohater prowadził zaciętą walkę, z nagła wybuchła irytującym śmiechem. Jego ukochana, krzycząc uprzednio jego imię, została zraniona prosto w serce. Bohater upadł na kolana i krzyknął rozdzierająco. Powoli zaczął go zagłuszać oddźwięk kończącego odcinek japońskiego endingu.
– Interesujące – mruknął Nathiel, sięgając ręką po kolejną garść popcornu, którą wepchnął sobie do buzi. W skupieniu przeżuwając słoną przekąskę, nacisnął przycisk „następny odcinek”. Coś mu jednak nie pasowało. Przepalone przewody jego mózgu zaczęły przetwarzać powolnie informacje. Ta blondynka krzyczała imię bohatera w taki sam sposób, jak Laura jego.
Zmrużył oczy i spojrzał zamyślony w sufit. W tej sprawie postanowił się poradzić znajomego mózgu.
– Ej, Sorath!
Blondyn w przeciągu kilku sekund pojawił się w drzwiach jego pokoju.
– O co mogło chodzić Laurze, jak krzyknęła moje imię przez telefon takim dramatycznym głosem, a potem nagle się rozłączyła i nie mogłem się do niej dodzwonić? – spytał spokojnie Auvrey.
Sorathiel milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się bezwyrazowo w twarz przyjaciela. Liczył na jakiś znak, który podpowiedziałby mu, że to, co mówi jest po prostu żartem.
– Jesteś idiotą, czy tylko takiego udajesz? – zapytał w końcu prosto z mostu.
Nathiel zmarszczył czoło z niezadowoleniem.
– Ale o co ci chodzi?
                Cóż, odpowiedź na to pytanie najwyraźniej była jednoznaczna.
– Pomyśl. Dziewczyna, która ma cię dosyć, nagle dzwoni do ciebie i wykrzykuje twoje imię, po czym całkowicie znienacka się rozłącza. Nie możesz się do niej zadzwonić. Co to może oznaczać?
Czarnowłosy przybrał skupioną minę.
– Może się we mnie zakochała – odpowiedział, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
– Z pewnością.
– Chciała zwrócić na siebie uwagę?
– Na pewno.
– Czuła się samotna?
– Oczywiście.
– Zamknęli jej sklep i nie mogła kupić herbaty?
– Jesteś wspaniałomyślny.
– To co, demon ją zaatakował?! – wykrzykną podenerwowany ironicznymi odpowiedziami przyjaciela Nathiel. Jego rozmówca założył ręce na piersi i spojrzał na niego znacząco. Dopiero teraz do zielonookiego dotarł niewidzialny i niezrozumiały do tej pory przekaz.
Laura została zaatakowana i dzwoniła do niego po pomoc.
W jednej chwili zerwał się z krzesła. Z szuflady wyjął tajemniczą broń łowców cienia: exitialis, które schował do tylnej kieszeni spodni. Nie przejmował się okryciem wierzchnim, nie miał teraz na to czasu.
– Bez jaj, ta dziewczyna ma takie szczęście do demonów, jak ja do podrywu!  
Sorathiel uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem, przepuszczając poirytowanego przyjaciela w drzwiach. Postanowił, że wybierze się z nim, w końcu nigdy nie wiadomo co czeka samotnego łowcę na polu bitwy.

środa, 9 lipca 2014

Rozdział 19 - "Ja, ty, krzaki"

Już na wstępie chciałabym podziękować mojej kochanej Lunatyczce/Orihime/Oliwii za pomysły odnośnie nowego rozdziału, którego nie mogłam dokończyć.
Już niedługo scena walki. Nie lubię scen walki, chyba wynajmę do niej mojego chłopaka. 
Rozdział wyszedł mi jak czysta parodia. Nathiel, Laura, krzaki, czyste szaleństwo. Na dodatek większość zdań zawiera takie podteksty, że banan wchodzi samoczynnie na ryjka. No, nic, zostaje mi zaprosić was do szaleńczego rozdziału w krzakach. 

POPRAWIONE [19.11.17]
Przyznaję, ledwo poprawiłam ten rozdział, był tak bardzo skrótowy i dziwny, że niemalże waliłam głową w laptopa. Mam nadzieję, że jakoś to wyszło.

***
– Przesuń tę swoją wychudzoną, bladą dupę!
– Nigdy jej nie widziałeś, więc skąd wiesz, że jest blada?
– Cała twoja twarz, ręce, ramiona i nogi są blade, dlatego idę o zakład, że masz też bladą dupę! W końcu kto normalny wystawiałby tyłek na słońce i go opalał? Wiem, że jesteś dziwna, ale żeby taki tyłkowy fetysz od razu mieć?
Przewróciłam oczami.
Musiałam przyznać, że poniekąd brakowało mi tych głupich docinek. Nikt na całym świecie, tak jak Nathiel, nie udowadniał mi, że w przeciwieństwie do niektórych ludzi (bądź demonów) posiadałam mózg. W obecności Auvreya można się było dowartościować. Powinien otworzyć swoją własną działalność, która kierowałaby do niego ludzi z depresją i ciężkimi chorobami umysłowymi – rozmawiając z nim od razu poczuliby się lepiej. W prezencie podarowaliby mu również swoje leki psychotropowe. Może na coś by się zdały.
– Wybrałeś bardzo niewygodne krzaki – powiedziałam, po raz kolejny strzepując liście z włosów. Chwilami żałowałam, że dałam się namówić na tę dziwną misję, która polegała na obserwowaniu Amy oraz Sorathiela z krzaków. Miałam brudne od błota nogawki spodni, poharataną skórę i potargane włosy. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył, zapewne uznałby, że spędziłam tutaj miły czas w towarzystwie jakiegoś przypadkowego kochanka. W rzeczywistości było jednak inaczej – chcieliśmy sprawdzić, jak przebiega nie zatwierdzony jeszcze związek naszych przyjaciół, ewentualnie zapobiec katastrofie, gdyby zechcieli zrobić coś nieprzyzwoitego. Na przykład się związać.
– Czego ty chcesz? Trawa mięciutka, jest ciasno, ciemno, po prostu idealne warunki na rozwijanie stosunków międzyludzkich. – Nathiel zaśmiał się szatańsko. Musiałam go szturchnąć, aby emocjonował się trochę ciszej.
– Proponujesz mi coś? – Prychnęłam. 
– Oczywiście. Myślisz, że po co cię tutaj zabrałem? Tylko nie goń mnie potem o alimenty, jestem biednym nastolatkiem, a do pracy się nie wybieram!
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.
Będąc tutaj, czułam się, jakbym została sprowadzona do poziomu dziecka z przedszkola, chociaż równie dobrze mogłam powiedzieć „do poziomu Nathiela”, nie było żadnej różnicy. Już nawet mentalność krzaka była bardziej wartościowa niż jego. 
Cóż, nie zapominajmy o misji jaka nam przyświecała, w końcu nie dla Auvreya tutaj byłam. Martwiłam się o Amy. Nie chciałam, żeby zaczęły interesować się nią demony. Wystarczyło, że to ja musiałam użerać się z jednym z nich.
– Masz jakiś plan? – spytałam, siadając po turecku wśród naszych liściastych przyjaciół.
– Tak – odpowiedział z pełną powagą Nathiel. O mały włos, a parsknęłabym śmiechem na widok jego nieprawdopodobnie poważnej miny. – Ty łapiesz ją, ja łapię jego. Ty zamykasz swoją przyjaciółeczkę w piwnicy, a ja Sorathiela w lochach. Żeby im się nie nudziło, damy im do strugania ziemniaki.
Tym razem o mało nie zostałam zrzucona do poziomu intelektualnego trawy.
Nathiel, zdradź mi przepis na to, co bierzesz z rana. Hera, koka, hasz czy LSD? A może jesteś odporny na domestosa, bo od dziecka zażywasz go na drugie śniadanie? Mogę się założyć, że kiedy ten kretyn się narodził, posiadał jeszcze mózg, po prostu chemiczne opary wyżarły mu wszystkie szare komórki. Co za strata.
Uznałam, że nie skomentuję tej wypowiedzi. Zamiast tego sięgnęłam do torby po butelkę z wodą.  Czułam się spragniona, ponieważ w krzakach panowała gorąca atmosfera, wysysająca z mojego wnętrza wszystkie życiodajne płyny. Moje usta wypowiedziały już zdecydowanie za dużo słów, uznałam jednak, że chłodna woda przyda się bardziej Nathielowi, ponieważ głowa parowała mu od nadmiaru głupoty.
– Może chcesz trochę ochłonąć? – spytałam, podając mu butelkę.
Utop te narkotyki w wodzie. Może się rozpuszczą i stracisz wenę do wymyślania głupich docinek.
Auvrey wzruszył ramionami i powiedział:
– Czemu by nie?
Przejął ode mnie butelkę i wypił prawie całą jej zawartość.
Dzięki, że chociaż trochę o mnie myślisz, drogi towarzyszu. Przeczuwałam, że gdyby przyszło nam spędzić wspólny dzień na Saharze, zapewne byłabym pierwszą osobą, która wyschłaby na wiór, a moje zwłoki zostałyby rzucone gdzieś na gorące piaski, żeby pożarły je hieny.
– Co byś zrobił, gdybym ci powiedziała, że to woda święcona? – spytałam z wrednym uśmieszkiem. Wprost nie mogłam się powstrzymać od zastosowania sarkazmu. Auvrey był dla mnie jak kukła ćwiczeniowa, na której wyładowywałam nagromadzone w moim umyśle docinki. Jak każdy potrzebowałam się czasem na kimś wyżyć, a że ironia znajdowała doskonałe ujście w rozmowach z tym niepoprawnym łowcą, to dlaczego nie?
– A była? – zapytał Nathiel, zerkając na mnie podejrzliwie kątem oka.
– Była.
Czarnowłosy patrzył na mnie chwilę z miną bez wyrazu, jakby jego znikome komórki mózgowe starały się przetworzyć zdobyte informacje, aż w końcu padł na ziemię i zaczął się po niej rzucać, jakby dostał padaczki. Musiałam przyznać, że jego przedstawienie było mało przekonujące. Spoglądałam na niego z uniesioną brwią i założonymi na piersi rękoma, czekając aż skończy swój marny spektakl mordowanego demona.
– Umieram!
– Świetnie! – odpowiedziałam ze sztucznym entuzjazmem, klaszcząc w dłonie. Mało brakowało, a z radości podniosłabym się do góry i zaczęła oznajmiać światu głośnym okrzykiem, że utrapienie moich niekończących się dni, właśnie kopnęło z rozpędu w kalendarz. Jaka szkoda, że to tylko scena żyjąca w mojej wyobraźni.
– Ha ha, bardzo śmieszne – odpowiedział chłopak, siadając z powrotem obok mnie. – Rozumiem, że chcesz, żebym zdechł, ale jeśli odejdzie twój jedyny i niepowtarzalny ochroniarz, to kto będzie cię bronił? – mówiąc to, posłał mi znaczący uśmieszek.  
– Ironia. To najlepsza broń na wszystkich idiotów tego świata – odparłam.
– Uwierz, demonów ironia nie rusza – zaśmiał się łowca. – Wyobraź sobie, że staje przed tobą taki demon, a ty walisz do niego tekstem: „dzień dobry, ładnie dziś wyglądasz! Nowa fryzura? Paznokcie nowe? No, no, wyglądasz lepiej niż zwykle. Jakby ci tak jeszcze szlifierką po gębie przejechać, to... byłbyś wspaniały!”, a demon rzuca się na ciebie i odgryza ci głowę. Wesołe zakończenie, prawda?
Uśmiechnęłam się na boku. Odnosiłam wrażenie, że moje usta zbyt często wykrzywiały się w uśmiechu w obecności tego demonicznego drania. Czyżby jego denne żarty zaczęły mi się podobać? Jeżeli tak, to naprawdę  było ze mną źle, chyba muszę odwiedzić specjalistę od tego typu urojeń.  
„Cześć doktorku, zaczęły mi się podobać żarty demona i coraz częściej się uśmiecham!”, „to poważne, Lauro, trzeba zawinąć cię w biały kaftan i zamknąć w pokoju bez klamek”.
– Są i nasze kraczące wrony – odezwał się czarnowłosy łowca, rozchylając leciutko krzaki, żeby mieć lepszy widok na naszych przyjaciół.
Nathiel prowadził chyba własną politykę słowną. Wrony, przeciwność gruchających gołąbków pogrążonych w miłosnej ekstazie? Nigdy go nie zrozumiem.
Przybliżyłam się do niego i spojrzałam przez dziurę w żywopłocie na Sorathiela i Amy. Wyglądali całkiem zwyczajnie, jak znajomi ze szkoły czy z pracy. Szli obok siebie, ramię w ramię, nawet się nie dotykając i nie patrząc sobie w twarz. Czy tak wyglądała pierwsza faza zakochiwania się? A może to Auvrey miał zbyt wybujałą wyobraźnię? Co ten kretyn mógł tak naprawdę wiedzieć o chorobie dotykającej społeczność całego świata, na którą nie było leku? Nie wyglądał mi na osobę, która kiedykolwiek była w kimś zakochana – chyba że we własnym odbiciu w lustrze.
Nieważne. Jakakolwiek by ta relacja nie była, ja i Nathiel będziemy bezdusznikami, którzy zniweczą ich romantyczne plany. To tylko i wyłącznie dla ich dobra.
Spojrzałam na Amy. Poczułam, jakbym nie widziała jej całe wieki. To dla niego mnie zostawiłaś, ty niewdzięcznico. To dla niego ubrałaś się w swoją ulubioną białą sukienkę zdobioną żółtymi kwiatami. To dla niego rozpuściłaś włosy. To dzięki jego obecności na twojej twarzy widniał teraz delikatny rumieniec i nieśmiały uśmiech.
Co się z tobą działo, Amy? To przecież nie byłaś ty. Gdzie się podziała cała twoja odwaga? Przecież nigdy nie miałaś problemów z porozumiewaniem się z innymi chłopakami. Czy to chłodne spojrzenie brązowych oczu Sorathiela sprawiało, że wyzwalała się w tobie ukryta dotąd nieśmiałość? Czy ja też byłabym tak zestresowana obecnością przyjaciela Auvreya? Czy raczej ze względu na dosyć chłodne usposobienie do życia, dogadalibyśmy się?
Razem z Nathielem przybliżyliśmy głowy do dziury w żywopłocie. Stykaliśmy się teraz głowami jak małe dzieci, które koniecznie chciały podsłuchać rozmowę swoich rodziców. Musiałam przyznać, że zżerała mnie ciekawość. O czym mogła rozmawiać ta dwójka, kiedy tak bardzo się różnili?
– A więc mówisz, że znasz się z Nathielem od dziecka? – spytała Amy z delikatnym uśmiechem. – To tak samo jak ja z Laurą, tylko to trochę inna sprawa, w końcu ze sobą nie mieszkamy. Nie wiem czy byśmy wytrzymały w jednym pomieszczeniu dłużej niż dwa dni. – Zaśmiała się dźwięcznie. – To chyba trudna sztuka żyć ze swoim przyjacielem w jednym domu.
Twarz Sorathiela wykrzywiła się w ironicznym uśmieszku.
– Nawet nie wiesz jak bardzo. Nathiel to okropny bałaganiarz, który całymi dniami przesiaduje w domu i ogląda swoje chińskie bajki.
Spojrzałam ukradkiem na swojego towarzysza. Wyglądał na zdenerwowanego. Już zaczął się podnosić z zamiarem rzucenia się na swojego przyjaciela za tak niecne, wypowiedziane przez niego słowa, w porę chwyciłam go jednak za rękę i sprowadziłam z powrotem do poziomu krzaków. Nie chciałabym zostać teraz przyłapana. Nie z nim.
– Nazwał anime chińskimi bajkami! – powiedział zirytowany demon.
Przewróciłam oczami.
– Później się z nim rozprawisz, teraz siedź cicho i słuchaj – syknęłam mu wprost do ucha. Kiedy poczułam, że jego napięte mięśnie ustępują, puściłam go i pozwoliłam swobodnie usiąść z powrotem na swoim miejscu.
Nasłuchiwaliśmy dalej.
– Jest denerwujący, dziecinny, nieodpowiedzialny i nie mogę do niego dojść żadnymi słowami – kontynuował swoją opowieść Sorath. – Nathiel słucha tylko i wyłącznie siebie, jakby uważał, że jest władcą wszechświata.
Cóż, wydawało mi się, że Blythe trafił w sedno. Nikt lepiej nie potrafiłby streścić zachowania demonicznego łowcy.
Spojrzałam na Nathiela, który znowu zaczął się podnosić do góry. Ponownie chwyciłam go za dłoń i pociągnęłam w dół.
– Jak on może tak mówić o swoim przyjacielu! – oburzył się.
– Nathiel, zamknij się. Nie chcę zostać odkryta w krzakach razem z tobą – powiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. Auvrey podchwycił moje spojrzenie i z biegu włączył swój stały tryb superpodrywacza. Obdarzył mnie jednym ze swoich sławnych uwodzicielskich spojrzeń. Chyba zapominał, że byłam odporna na jego uroki.
– Kto by nie chciał przebywać z takim przystojniakiem w krzakach? Przyznaj się, ta perspektywa cię jara. – Puścił mi oczko.
– Tak mnie jara, że zaraz stanę się ofiarą samozapłonu – mruknęłam oschle, ponownie kierując spojrzenie na dwójkę podejrzanych typów, których przyszło nam śledzić. Ci przynajmniej wzbudzali moje zainteresowanie.
– Laura sama nie jest lepsza – odezwała się nagle Amy, marszcząc czoło. – Może nie jest dziecinna i szalona jak Nathiel, ale cały czas zachowuje się, jakby cały świat był przeciwko niej. Ma dopiero siedemnaście lat, a wygląda jak stara, zgorzkniała babcia, której nic się nie podoba. Co najśmieszniejsze, wciąż śpi z misiem!
Tym razem to ja podniosłam się do góry. Rozchichotany Nathiel chwycił mnie za dłoń i ściągnął gwałtownie w dół. Zrobiło mi się na tyle głupio, że na moich policzkach wykwitły dwie różowe plamy.
– Więc śpisz z misiem, drogie dziecko? – spytał Auvrey, powstrzymując się od wybuchnięcia gromkim śmiechem. Obdarzyłam go morderczym spojrzeniem.
Amy przeholowała. Niech ją tylko dopadnę! Jak mogła zdradzić obcemu facetowi mój sekret? Każdemu nowo poznanemu chłopakowi opowiadała o moich tajemnicach? Powinna uważać, ja też znałam kilka wstydliwych faktów z jej życia. Przypadkiem mogłabym je komuś wyjawić. Myślę, że jej kochaś z chęcią by się dowiedział, że w szóstej klasie podstawówki moja przyjaciółka obsmarkała twarz nauczycielki, kiedy ta spytała, czy jest obecna.
Na twarzy Sorathiela pojawił się rozbawiony uśmiech. Pierwszy raz widziałam go w tak wyzwolonej wersji. Fakt, nie znałam go zbyt długo, ale już same opowieści mojego demonicznego kumpla wystarczały, abym wykreowała w głowie jego rzeczywisty obraz.
– Myślę, że by do siebie pasowali – odparł blondyn.
Spojrzeliśmy po sobie z Nathielem i nagle, całkowicie znienacka wybuchliśmy niepohamowanym śmiechem. Zgodnie padliśmy w trawę i zaczęliśmy się po niej tarzać jak małe dzieci, których rozbawił widok rzucającego w kogoś marchewką słonia na wycieczce do zoo.
Nathiel i ja! A to dopiero historia miłosna pełna demonicznych przygód! Od razu powinniśmy wziąć ślub i spłodzić małe pokraki o szmaragdowych oczach, które biegałyby za mną z nożem i krzyczały: „jeść matko, jeść!”. Wysuszyłabym chyba wszystkie misy z wodą święconą w miejskich kościołach.
– Też tak uważam – powiedziała Amy z uśmiechem.
Jeszcze raz na siebie spojrzeliśmy, tym razem jednak z poziomu trawiastego podłoża. Na chwilę zapanowała między nami przejmująca cisza, aż w końcu wybuchliśmy tym samym zgodnym śmiechem, co kilka sekund wcześniej. I znów tarzaliśmy się po trawie jak dwójka szalonych szczeniaków. Teraz nie tylko Nathielowi przydaliby się panowie, którzy zawinęliby go w kaftan bezpieczeństwa i odstawili we właściwe miejsce. Chyba za długo przebywałam z nim w towarzystwie – zaraził mnie swoją psychozą.
Zabawna historia, naprawdę.
Amy i Sorathiel jak na zawołanie spojrzeli w stronę naszej kryjówki. Zgodnie umilkliśmy, zatykając sobie nawzajem usta. Zdecydowanie powinniśmy być bardziej ostrożni.
– Też to słyszałeś? – spytała moja przyjaciółka.
Sorathiel kiwnął głową. Bez słowa, szybkim krokiem ruszył w stronę naszej kryjówki. Spojrzeliśmy na siebie z Nathielem, zastanawiając się nad tym, gdzie możemy uciec. Żadne z nas nie chciało być w tym momencie zdemaskowane.
 Auvrey był szybszy, niż moje myśli. W jednej chwili chwycił mnie wpół i wrzucił w jeszcze głębsze krzaki. Potoczyłam się po nich jak ciężka kłoda. Nie była to miła przeprawa przez łąkę – raczej skok w kłujące gąszcze, które poraniło kolcami moje ramiona i nogi. Już miałam wydać z siebie cichy jęk bólu, gdy Nathiel nachylił się tuż nad moją twarzą i przyłożył mi gwałtownie dłoń do ust.
Niech to szlag! Teraz ta scena musiała wyglądać tak, jakbym była biedną, gwałconą dobrowolnie w krzakach nastolatką! Pragnęłam uniknąć takich dramatów – to mogłoby zszargać moją chłodną reputację. Wolałam być zimna i sztywna jak nieboszczyk spoczywający w prosektorium, niż gorąca jak aktorka filmów niedozwolonych dla dzieci.
Nathiel przygniatał mnie swoim łokciem do podłoża, a ja miałam ochotę skopać mu tyłek za ból, który mi zadawał. Chociaż chciałam się wyrwać z jego mocnego uścisku, nie potrafiłam.
Milczeliśmy, wpatrując się wyczekująco w zieloną zasłonę zbudowaną z liści. Już po chwili usłyszeliśmy cichy szelest rozsuwających się krzaków i głos Amy, mówiący:
– To tylko kot!
Podejrzliwy Sorathiel najwyraźniej dał sobie spokój z dalszą penetracją naszych liściastych towarzyszy. Powrócił do Amy, jakby spieszyło mu się do kontynuacji rozmowy na temat tego, jaką to idealną parę stanowilibyśmy razem z Nathielem.
Nie, ten związek nie miałby szansę na przetrwanie, nie wtedy, kiedy byliśmy tak skrajnie różni. Żyliśmy w dwóch różnych światach. On był nastolatkiem, któremu zależało tylko i wyłącznie na pomszczeniu swojej rodziny, ja byłam nastolatką, której zależało w pierwszej kolejności na ukończeniu szkoły. On zabijał po nocach demony, ja późnymi wieczorami czytałam literaturę poważną. On był niezrównoważony, głupi i przystojny, ja byłam spokojna, chłodna i blada jak niedźwiedź polarny, który zakopał się w śniegu. Gorszej pary świat by nie widział. W tym przypadku przeciwieństwa nawet nie miały szansy się do siebie przyciągnąć. Chyba że w wymuszonym trybie działania – jak teraz, kiedy leżeliśmy razem w trawie, próbując uniknąć konfrontacji z naszymi przyjaciółmi.
Spojrzałam na Auvreya z chęcią mordu w oczach. Ten tylko wyszczerzył swoje białe zęby, jakby obecna pozycja mu odpowiadała. Chociaż widział, że próbuję się wyrwać, nawet nie drgnął, żeby mi w tym pomóc. Widziałam, że szykuje się do wyrażenia swoich nieprzyzwoitych myśli. Czym zamierzał mnie tym razem uraczyć? Kolejną dawką słabego podrywu czy irytującą obelgą skierowaną w stronę mojej bladej osoby?
– Ładnie wyglądasz z liśćmi we włosach i tą swoją niewinną miną mówiącą: „och, Nathiel, no, przestań, nie tu, nie teraz, później, u mnie w domu!” – Chłopak udał dziewczęcy, nieco skrzeczący głos, od którego brzmienia zwyczajnie się skrzywiłam.
Wyczuwając rozluźniający się uścisk, odepchnęłam go silnym gestem i na czworakach podreptałam do naszego poprzedniego miejsca pobytu. Nie zamierzałam dłużej znosić obecności tego przeklętego erotomana, który prawie zepsuł naszą misję. W końcu to on zaczął się śmiać jako pierwszy!
Z poirytowaną miną spojrzałam na kota, który przysiadł tuż obok mnie. Spoglądał na mnie swoimi żółtymi badawczymi oczami, jakby chciał się dowiedzieć, co takiego robię w tym przyciasnawym miejscu i to na dodatek z chłopakiem. W końcu jednak uznał, że nie ma tu nic interesującego do roboty i wystawiając ogon do góry, uciekł, pokazując, jak bardzo ma mnie w poważaniu.
Nim się obejrzałam obok mnie znalazł się Nathiel. Miał roztrzepane włosy i iskrzące się oczy małego łobuza. Teraz sam wyglądał, jakby się czymś podjadał – uśmiechał się do siebie jak ostatni wariat na ziemi. Wolałam to przemilczeć i powrócić do oglądania naszych kochanków, którzy siedzieli teraz na ławeczce, nieopodal nas. Widziałam tylko ich plecy, ale tyle mi wystarczyło. Raczej zależało mi na ich podsłuchiwaniu niż na patrzeniu im w twarze.
– Wiesz, bałam się, że gdy się do ciebie odezwę, uznasz mnie za idiotkę – powiedziała szczerze Amy.
Cóż, od wyznań się zaczynało.
– Po pierwszym wypowiedzianym słowie nigdy nie uznaję ludzi za idiotów – odpowiedział spokojnie Sorathiel. – Nie masz się o co martwić.
– Jesteś kochany. – Amy zaśmiała się wesoło. – Kiedy bliżej się ciebie pozna, okazujesz się nie być takim chłodnym typem bez uczuć, za jakiego wcześniej cię miałam!
– Naprawdę uważałaś, że nie mam uczuć? – Sorathiel zabrzmiał, jakby naprawdę się zdziwił.
– Gdy przyszłyśmy do was na imprezę razem z Laurą, patrzyłeś się na mnie, jakbyś chciał mi zrobić krzywdę.
– Może chciałem?
Czy mi się zdawało, czy nachylił się nad moją przyjaciółką i wydusił z siebie coś, co miało zabrzmieć jak tajemniczy śmiech?
Spojrzałam zaskoczona na Nathiela. On najwyraźniej również był zdezorientowany – domyśliłam się tego po jego cichych przekleństwach skierowanych do nieistniejącego Boga.
– Teraz już wiem, że jesteś całkiem normalny.
Amy zwróciła się ku niemu twarzą. Chociaż nie widziałam jej ust, domyślałam się, że są rozszerzone w szerokim uśmiechu. To dało się wyczuć już w brzmieniu jej głosu. Znałam ją na tyle dobrze, że byłam w stanie rozszyfrować, kiedy była naprawdę szczęśliwa.
– Oho, robi się za romantycznie – mruknął mój towarzysz, skubiąc z nerwów biedny żywopłot. Pewnie gdyby miał głos, zaczął by się do niego wydzierać: zostaw mnie, ty niewyżyty seksualnie patafianie! Niecny gwałcicielu liści!
Sorathiel także spojrzał na Amy. Trwali w tej pozycji wystarczająco długo, abym zaczęła podejrzewać ich o odgrywanie aktorskich roli na planie kiepskiego romansu. Ona uśmiechała się nieśmiało, a on patrzył prosto w jej oczy, jakby był w transie. Nieznacznie przybliżyli się do siebie – tak samo jak ja i Nathiel do krzaków z wyczekującymi minami.
– Co o mnie sądzisz? – spytała cicho przyjaciółka.
– Nie przywykłem do mówienia komplementów, ale... uważam, że jesteś urocza.
Na polikach Amy pojawiły się czerwone plamy w barwie dojrzałego pomidora.
– Dziękuję – odparła.
Zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej.
– A ty? Dalej sądzisz, że jestem bezdusznym draniem, pragnącym cię skrzywdzić?– spytał rozbawiony blondyn.
Amy gwałtownie zaprzeczyła:
– Nie! Jesteś po prostu... tajemniczy. Tak poza tym to całkiem miły i kochany z ciebie…
Przerwała. Byli już tak blisko siebie, że jeszcze chwila i złączyliby usta w sekretnym pocałunku. Nie mogliśmy do tego dopuścić. To szło zdecydowanie nie tym torem, którym powinno iść.
Całkowicie nieświadomie wykrzyknęłam razem z Nathielem głośne:
– NIE! – Po czym spojrzeliśmy po sobie zirytowani.
– I co się tak drzesz?! – spytał oburzony Nathiel.
– Ty też się wydarłeś, więc o co ci chodzi?! Zawsze musi być moja wina?! Przeklęty egoista!
– Wrzeszcząca, blada małpa!
– Stuknięty demon!
– Rozkrzyczana menda!
Nathiel rzucił się na mnie, wywracając mnie na trawę. Zaczęliśmy się po niej tarzać jak ostatni idioci na świecie, wykrzykując do siebie przeróżne obelgi. Nie sądziłam, że upadnę tak nisko. Muszę wziąć sobie do serca starą poradę przyjaciela tego kretyna. „Nie ma co dyskutować z Nathielem, bo w końcu sprowadzi cię do swojego poziomu intelektualnego”. Właśnie to zrobił, inaczej nie leżałabym w trawie, okładając go brudnymi od ziemi pięściami.
Zanim się zorientowaliśmy, zostaliśmy nakryci. Rażące promienie słońca przedarły się przez ciemnicę, w której przez ostatnie kilkadziesiąt minut spędzaliśmy czas. Musiałam zmrużyć oczy i zasłonić twarz ręką. Akurat siedziałam na Nathielu i trzymałam go za koszulkę, jakbym chciała mu spuścić ostry łomot. Mój „przyjaciel” nie pozostawał mi dłużny, ciągnął mnie za i tak już potargane włosy przystrojone gałązkami i liśćmi.
                Amy wraz z Sorathielem spoglądali na nas z góry. Sprawiali wrażenie mało zdziwionych, zupełnie jakby się nas tutaj spodziewali. Może to była jakaś ukryta kamera, a to wszystko zostało zaplanowane przez profesjonalnych reżyserów, specjalizujących się w robieniu sobie jaj z porządnych obywateli Ameryki, takich jak ja?
– Cóż – zaczął spokojnie Sorathiel, unosząc do góry brew. – Życzymy miłych wrażeń. – Po tych słowach chwycił Amy za dłoń i pociągnął ją za sobą w stronę wyjścia z parku. Moja przyjaciółka spojrzała na mnie lekko zdezorientowana. Jedną z dłoni przetarła oczy, jakby chciała się upewnić, że to, co widzi nie jest omamem.
– To nie tak, jak myślicie! – wykrzyknęliśmy razem z Nathielem.
– Nie powtarzaj za mną! – oburzył się Auvrey, popychając mnie tak mocno, że spektakularnie i z głośnym szelestem liści wpadłam prosto w kłujące krzewy.
Warknęłam jak dziki zwierz, zebrałam garść zielonej roślinności i rzuciłam nią prosto w twarz mojego niepoprawnego towarzysza spalonej misji.
– Wal się krzakiem!
Tak oto nasze wyjątkowo ważne zadanie zostało przerwane przez siłę kłótliwej, człowieczej natury. I pomyśleć, że można stoczyć się tak nisko, kiedy obcuje z głupotą w demonicznej postaci.
Nigdy więcej.