wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 20 - "Prosząc o przebaczenie"

Wena nie chciała przyjść, zaciągnęłam ją siłą i przywiązałam do grzejnika. Śpiewała mi płaczliwym głosikiem do ucha to, co mam pisać, a ja jak prawdziwy sadysta siedziałam na łóżku i piłam porzeczkową herbatę (nie wiedzieć czemu, słownik Google Chrome podpowiada mi, że POŻYCZKOWĄ). Tak bardzo zła.
Nie sądziłam, że jednego dnia można się zawieść na takiej ilości ludzi. Nerwy pomogły mi w pisaniu.
Od tej pory nie będzie już tak wesoło. Coraz więcej dramatów, coraz mniej śmiechu (jasne). Tym mrocznym wstępem zapraszam Was do rozdziału. Dum dum dum duuum. 
PS. Błędów jakoś zbytnio nie chciało mi się poprawiać.
***
     Siedziałam na parapecie okna we własnym pokoju, spoglądając w dół na mało interesujących i zabieganych, szarych ludzi. Odnosiłam wrażenie, że tylko ja i mój czas stoimy teraz w miejscu. Może to przez moje nieróbstwo i brak jakichkolwiek zająć do wypełnienia? Nie wiem. Nie lubiłam tych momentów życia, gdy siadałam i pogrążałam się we własnych, pesymistycznych myślach. Nic nie poradzę na to, kim jestem. Mogę próbować zmienić siebie, ale nie zmienię swojego sposobu myślenia.
     Cicho wzdychając, zeskoczyłam z parapetu i wolnym krokiem podeszłam do biurka na którym leżała niedokończona praca z biologii. Przypadł mi jeden z gorszych działów do opisania - genetyka. Mało interesowały mnie, czy w określonym nukleotydzie DNA znajduje się adenina, guanina czy inne związki purynowe lub zasady pirymidynowe, a już szczególnie mało obchodziło mnie, co powstanie jak skrzyżuję genetycznie czarną i brązową krowę. Cóż, Czego nie robi się dla zmiany toru myśli? Nauka od zawsze mnie odstresowywała. Lubiłam czytać i uczyć się, choć nie zawsze wszystkie tematy mnie interesowały. To nic. Liczył się sam fakt, że byłam pilną uczennicą. 
     Siadając przy biurku, chwyciłam za długopis w misie, który sprezentowała mi kiedyś Amy. Stwierdziła, że zawsze mam minę jak one. Pomijając to, że były białe, miały groźne miny i ryby w buzi. Przynajmniej bladość się zgadza.
     Amy. Nie wiem jak Nathiel, ale osobiście straciłam całą chęć na stawanie na przeciw związkowi Amy i Sorathiela. Owszem, martwię się o nią. Ma w końcu wysoką energię potencjalną, która tylko prosi się o wyżarcie przez demony, a Sorathiel wcale nie ułatwia sprawy, będąc łowcą do którego demoniczne pokraki lgną jak frytki do rozgrzanej frytkownicy. Nie wiem dlaczego, ale ufam mu i wierzę, że jest w stanie ją obronić. Niczego im przecież nie zabronię. To ich życie, nie moje. Mam przynajmniej nadzieję, że gdy zacznie z nią być na serio - o ile tak będzie - opowie jej o wszystkim i ostrzeże przed złem.
     Cicho wzdychając, odgoniłam zbędne zmartwienia i zabrałam się do pisania. Nie musiałam powtarzać tematu. Miałam doskonałą pamięć i chyba tylko tym się mogłam pochwalić. Słowa same przelewały mi się na papier. W między czasie, nic innego oprócz kwasów nukleinowych i sekwencji DNA nie zajmowało moich myśli. Dobrze jest być czasem kujonem.
     - Lauro! - dosłyszałam znajomy, matczyny głos, który wyrwał mnie z sideł nauki.
     Odrzuciłam długopis na biurko i ruszyłam w stronę drzwi. Wyglądnęłam za nie zerkając na mamę, która stała już na schodach z wielką, żółtą miską.
     Nim się zorientowałam, dostałam garścią popcornu w twarz. Zaskoczona upadłam do tyłu na tylni aspekt osobowości. Spojrzałam zdziwiona na swoją matkę, która śmiała się teraz jak oszalała.
     Mamo, czasami zastanawiam się, czy to ty jesteś nastolatką czy ja?
     - Zbyt długo siedzisz sama w pokoju - stwierdziła już po chwili, obdarzając mnie promiennym uśmiechem, który przeganiał wszystkie ciemne chmury mojego życia. - Może masz ochotę na film?
     Podnosząc się z podłogi, spojrzałam zamyślona w sufit.
     - Wyciskacz łez? - spytałam wreszcie z uśmiechem.
     - I wielkie pudełko bakaliowych lodów? - odpowiedziała pytająco moja mama.
     Pokiwałam z radością głową. Przyda mi się chwila wytchnienia.
***

     Pociągałam głośno nosem, wyjmując z pudełka ostatnią już chusteczkę. Nigdy w życiu tyle nie płakałam. Nawet, gdy byłam mała, przysięgam. Seanse filmowe z moją mamą wystawiały mnie na emocjonalne próby, które zawsze kończyły się porażką.
     Pociągając cicho nosem, nabrałam na łyżkę lody bakaliowe i napchałam buzię popcornem. Zabójcza, tłuszczowo-węglowodanowa mieszanka, która i tak mi nie zaszkodzi. Niejedna nastolatka mogłaby mi pozazdrościć metabolizmu. Nawet gdybym chciała, to bym nie przytyła. Już chyba na zawsze pozostanę bladym patyczakiem. 
     - Nigdy więcej "Szkoły Uczuć" - powiedziała moja matka, opatulając się dokładnie kocem, pod którym siedziałyśmy.
     Spojrzałam na nią z lekkim uśmiechem. Jej oczy błyszczały od łez i nadmiaru emocji, na polikach było widać ślady nieotartych łez. Nawet teraz, mimo wieku i stanu w jakim się znajdywała, była piękna. Mogłam jej tylko pozazdrościć urody.
     Spojrzałam na lusterko stojące na komodzie, nieopodal mnie. Na mojej pobladłej twarzy widniały teraz wielkie rumieńce. Oczy i nos miałam czerwone. Wyglądam strasznie, gdy płaczę. Dobrze, że nikt mnie teraz nie widzi.
     - Może masz ochotę na herbatę, kochanie? - spytała mama, uśmiechając się do mnie radośnie.
     Kiwnęłam głową.
     - W takim razie zaraz wracam - odparła, wstając z sofy.
     Spoglądałam za nią, nie wiedząc czym się mogę teraz zająć. Męczącymi rozważaniami. Znowu nimi? Miałam dosyć egzystencjalnych refleksji. 
     Zbawienie przyszło wystarczająco szybko. Kilka sekund później, rozległ się oddźwięk dzwonka.
     Spojrzałam na zegar, który wskazywał godzinę 22. Ktoś ma niezłe wyczucie czasu. Czyżby Nathiel? Tak, to by do niego pasowało.
     Uśmiechając się ironicznie, odrzuciłam na bok koc i ruszyłam w stronę drzwi. Gdy je otworzyłam, przybrałam zdziwioną minę. Tego się nie spodziewałam.
     - Hej - przywitał się Deaniel, zerkając najpierw na mnie, a potem gdzieś w bok z onieśmieleniem. - Przepraszam, że tak późno.
     - Co cię tu sprowadza? - spytałam lekko zirytowanym głosem.
     Miałam ochotę trzasnąć drzwiami. Błagam, nie stój tu dłużej, niż powinieneś, nie możesz dać mi wreszcie spokoju? Między nami koniec. Nie będę zadawać się z kimś, kto sprawia, że moje życie to jedna, wielka, demoniczna przygoda. Nie, nie chcę znowu mieć uszkodzonego nosa, nie chcę znowu zetknąć się z kimś, kto może zagrażać mojemu życiu. Już przy Nathielu czuję się bezpieczniej - przynajmniej nie tchórzy, a nawet potrafi się bronić.
     - Wiem, masz mnie dosyć, ale proszę, wysłuchaj mnie - zaczął załamanym głosem Deaniel.
     Nieźle, prawie zrobiło mi się go szkoda. W końcu kto chce być narażony na sarkastyczny atak Laury Collins? Chyba tylko Nathiel, choć to zupełnie inny typ osobowości. Sadystyczno-psychopatyczny demon idiota. Deaniel trochę się od niego różni. W skrócie: tchórz.
     Westchnęłam ciężko i spojrzałam na niego pobłażliwie.
     - Chcesz mnie przeprosić? - spytałam - Nie musisz, już to zrobiłeś.
     - Nie zajmę ci zbyt dużo czasu - powiedział z powagą.
     Determinacja w jego oczach mnie zadziwiła. Chyba naprawdę zależy mu na rozmowie. 
     Cóż, chociaż raz w życiu postaram się być dla kogoś miła. 
     - Niech będzie - odpowiedziałam niechętnie, po czym zwróciłam się do tyłu. - Mamo, niedługo będę! Wychodzę na chwilę z Deanielem!
     - Tylko nie róbcie dzieci! Jestem za młoda, żeby być babcią! - wykrzyknęła rozbawiona rodzicielka.
     Przewróciłam oczami, zaś Dan uśmiechnął się na boku. Widzę twój uśmiech, nie staraj się go ukryć. Myślisz, że jak ze mną pogadasz, to będzie wszystko dobrze i pójdziemy w krzaki się godzić? Nie sądzę, krzaki należą do Nathiela. Chcę cię tylko wysłuchać, ewentualnie trochę na ciebie nawrzeszczeć. 
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie.
     Przez następne 5 minut szliśmy w milczeniu. Deaniel nie raz podejmował próbę powiedzenia czegoś, jednak tak szybko jak otwierał buzię, tak szybko ją zamykał. Brakuje ci słów? Och, mi też by brakowało, wcale się tobie nie dziwię. Zostaw zauroczoną w sobie dziewczynę, pozwól jej się trochę pomartwić i spraw, aby ruszyła za tobą w pogoń. Opowiedz jej swoją dramatyczną historię życia i odrzuć jej pomoc. Puść ją samą przez slamsy, może jej się uda przeżyć. Dostała czymś w głowę? Oho, to czas na ucieczkę. Zostaje zmasakrowana i ratuje ją twój rywal? Tak bardzo przykre. 
     Mój umysł kipiał sarkazmem, który był jak rozpędzony pociąg bez hamulców. Czułam, że lada moment wybuchnę.
     Nim się obejrzałam, Dan siedział już na ławce, klepiąc miejsce obok siebie. Usiadłam, bo co mi innego zostało?
     - Laura - zaczął w końcu. - Naprawdę jest mi przykro. Nie sądziłem, że ktokolwiek cię zaatakuje. Myślałem, że zaatakowali tylko mnie!
     A więc on też padł ofiarą departamentu? To trochę zmienia postać rzeczy. TROCHĘ. Odrobinę, choć nieznacznie.
     - Specjalnie uciekłem w drugą stronę - kontynuował. - Żeby tylko cię nie dopadli! - teraz już prawie krzyczał z przejęcia. - Ledwo uszedłem z życiem. Straciłem wszystkie swoje rzeczy. Spałem w parku, ukrywałem się przed ludźmi, goiłem rany. Pomógł mi pewien starszy pan. Dzięki niemu nabrałem sił i byłem w stanie wrócić do szkoły.
     Patrzyłam na niego beznamiętnie, nie odzywając się.
     - Chciałem cię powiadomić, ale... nie miałem jak - powiedział spokojniejszym tonem głosu. - Wiem, jestem kretynem. To ja powinienem cię bronić, nie Nathiel.
     Spojrzał na mnie wzrokiem przepełnionym smutkiem i chwycił mnie ostrożnie za obydwie dłonie, zwracając się przodem do mnie.
     - Nie zmienię przeszłości, ale przysięgam, że mi na tobie zależy - powiedział zrozpaczony.
     Patrzyłam mu prosto w oczy, nie czując zupełnie nic. Wcześniej byłam zła, poirytowana, niespokojna, teraz czułam pustkę, obojętność. 
     - Mam ci wybaczyć? - spytałam spokojnie. - Tak po protu wybaczyć to, że zniknąłeś i pokazałeś mi, że twoje wcześniejsze "kocham cię" to tylko słowa rzucane na wiatr?
     Deaniel ścisnął moje dłonie mocniej.
     - Kocham cię! - wykrzyknął. - Naprawdę! Odkąd cię tylko zobaczyłem, przykułaś moją uwagę! Nikt inny, tylko ty! Dawałaś mi poczucie bezpieczeństwa w świecie w którym musiałem się ukrywać! Gdzie musiałem na okrągło uciekać! To nie moja wina, że jestem ścigany, nie moja wina, że jestem pół demonem, którym gardzi departament kontroli demonów! Jak ty byś się zachowała, gdybyś nie mogła w nocy spać, nasłuchując, czy do drzwi nie puka ci śmierć?
     Milczałam. Miał trochę racji. Nie mam pojęcia jak się czuje. Osobiście prowadzę spokojne życie, jestem normalnym człowiekiem, mam normalną mamę, chodzę do normalnej szkoły i prawie nigdy nic mi nie zagrażało. No, z wyjątkiem ostatnich incydentów.
     - Wiem, jestem tchórzem, ale tchórzem, który za wszelką cenę obronił by cię, gdyby wiedział, że coś ci się dzieje! Tchórzem, który ucieka, bo chce żyć! Dlatego nie chciałem do ciebie dzwonić, czy dawać ci znać, co się ze mną dzieje! Bałem się, że coś ci się stanie! - wykrzyknął.
     Westchnęłam cicho, wbijając wzrok w ziemię.
     W tej sytuacji to ja byłam nieczułą idiotką, czy on tchórzliwym kretynem? Uważałam, że tylko ja mam racje, a jednak może ta sytuacja ma inną stronę? Może Deaniel też ma trochę racji? 
     Moje serce zaczęło mięknąć. Lauro, ty słaba emocjonalnie istoto!
     - Proszę, wybacz mi i daj mi jeszcze jedną szansę - szepnął, nachylając się tuż nade mną.
     Jego oczy były pełne nadziei, bólu i smutku. "Nie musisz mnie kochać, daj mi po prostu szansę i powód do życia, odrobinę nadziei na lepszą przyszłość" - to właśnie zdawała się mówić jego twarz.
     - Ja... - zaczęłam, patrząc prosto w jego orzechowe oczy. - Nie wiem. Musisz dać mi czas. 
     - Nie musimy się spotykać poza szkołą - powiedział z powagą Dan. - A w szkole przecież nic ci nie grozi.
     Uścisk jego dłoni osłabł. Zupełnie, jakby się uspokoił.
     - Będę cię chronił - szepnął, tym razem kładąc swoje chłodne dłonie na moich polikach.
     W normalnym przypadku moje serce by oszalało, ale już dawno pozbyłam się namiastki miłości, którą darzyłam Deaniela.
     Długo milczałam, w końcu jednak odpowiedziałam:
     - Dobrze, niech będzie. Daję ci jeszcze jedną szansę i... 
     Nim dokończyłam, Deaniel przyciągnął moją twarz do siebie i pocałował mnie gwałtownie w usta, szybko się ode mnie odrywając. Jego uradowana twarz patrzyła teraz prosto na mnie. Wyglądał, jakby wygrał życie, a ja, jakbym miała umrzeć nagłą, tragiczną śmiercią.
     Byłam zszokowana. Co on do cholery jasnej zrobił?! Wstrzymałam dech.
     Deanielowi uśmiech zniknął z twarzy, ustępując miejsca przerażeniu. 
     - Przepraszam! To w przypływie radości! - powiedział przestraszony.
     Kiwnęłam głową, wbijając wzrok w drzewo stojące przede mną. Och, jakie ładne ma liście! Strzałkowate! A kora jaka zdrowa! Łał, wow, jaaa, no, niemożliwe! Drzewa takie piękne! 
     Zaśmiałam się nerwowo. Czułam się, jakby moje zmysły oszalały. 
     Nie, nie poczułam zupełnie nic, gdy jego usta zetknęły się z moimi. To był ułamek sekundy. Za krótki, by móc coś poczuć, stwierdzić. Moje serce prędzej stanęło, niż zabiło mocniej, a oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie pojmowałam tego, co się stało i... nie chciałam pojąć. Chcę żyć dalej w nieświadomości.
     Tuż nad uchem, usłyszałam ciche oklaski. Podskoczyłam na ławeczce, podobnie jak Deaniel.
     - Brawo! Brawo! To takie romantyczne! Aż mi się rzygać zachciało! - wykrzyknął dziwnie znajomy, kobiecy głos.
     Dan pobladł, zaś ja przybrałam zszokowaną minę. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto tam stoi. Jeden z moich najgorszych koszmarów ostatnich nocy. Brutalna, irytująca, bezwzględna i nielitościwa. Cienisty demon w kobiecej postaci. Prawdziwy potwór.
     Nim się zorientowałam, tuż nad moją głową zaczął się proces "szarzenia". Już kiedyś to przeżyłam. Byłam wtedy na imprezie u Nathiela. To on stworzył wtedy "szarą strefę", która nie przepuszczała żadnego dźwięku i sprawiała, że nikt nie widział, co się dzieje w jej obrębie. Wszystko z nagła utraciło swoje kolory. Czułam, że moje serce zamiera.
     Deaniel nie czekając, pociągnął mnie za dłoń i popędził przed siebie. Za plecami słyszałam tylko głośny, szaleńczy śmiech.
     - Co teraz? - wykrzyknęłam do Dana.
     - Musimy uciekać! Sami sobie nie poradzimy. Gabrielle to silny demon, na dodatek należy do departamentu kontroli demonów! - odkrzyknął przejęty chłopak.
     - Wiem! To przecież ona mnie zaatakowała! - pisnęłam.
     - Ona? - spytał zdziwiony chłopak. - Ach, mniejsza! 
     W tym samym momencie, coś oplotło się wokół mojej kostki i powaliło mnie na ziemię. Czułam się, jakby do tyłu ciągnął mnie wąż. 
     Dan zaraz rzucił mi się na pomoc, próbując chwycić mnie za rękę, jednak drugi, dziki, czarny "wąż", oplótł i jego, ściskając mocno i zatrzymując w miejscu. 
     Spojrzałam w tył. W moją stronę, spokojnie szła, ubrana na czarno Gabrielle. Uśmiechała się w obrzydliwie triumfalny sposób. W rękach trzymała dwie, czarne wstęgi, którymi byłam opleciona w raz z Deanielem. Co ona do cholery ma w tych dłoniach?! Mordercze wstążki-dusiciele?!
     Nie czekając, chwyciłam za telefon, który był w lewej kieszeni moich spodni. Zdążyłam tylko wykręcić numer i krzyknąć:
     - NATHIEL!
     Następnie mój telefon został brutalnie zgnieciony obcasem.
***
     Zielonooki wpatrywał się w swój telefon z nachmurzoną miną, nie mogąc pojąć tego, co właśnie miało miejsce. Dzwoniła do niego Laura, która wykrzyknęła jego imię jak w dramatycznym momencie filmu, po czym jak gdyby nigdy nic, rozłączyła się. Oczywiście próbował się do niej dodzwonić, na nic jednak były jego starania. W telefonie odzywał się znajomy, kobiecy, irytujący głos, oznajmiający, żeby się wypchał, bo Laura ma wyłączony telefon. Oczywiście kobieta nie mówiła tego tak dosłownie, ale pewnie miała ochotę to zrobić. 
     Wzruszając ramionami, Nathiel odrzucił telefon na biurko. Kontynuował oglądanie bardzo zajmującego anime. Akurat teraz była decydująca scena walki. 
     Pewien czarnowłosy chłopak ciął mieczem na oślep, próbując ochronić swoją cycatą, blondwłosą miłość o niewinnych, zielonych oczach. Och, mógł się na nią patrzeć godzinami, takie piękne było z niej stworzenie. Z wyglądu przypominała trochę Laurę, choć oczywiście tej brakowało przecież potężnych argumentów w przednim aspekcie osobowości.
     Wroga kobieta, z którą główny bohater prowadził zaciętą walkę z nagła wybuchnęła irytującym śmiechem. Jego ukochana, krzycząc uprzednio jego imię, została zraniona. Bohater wydał z siebie głośne: "NIEE!". Powoli zaczął go zagłuszać oddźwięk kończącego odcinek, japońskiego endingu. 
     - Interesujące - mruknął Nathiel, zdejmując nogi z biurka. 
     W skupieniu, nacisnął przycisk "następny odcinek". Coś mu jednak nie pasowało. Ta cycata blondynka krzyczała imię swojego kochanka, zupełnie jak Laura jego.
     Zmrużył oczy, w skupieniu przyglądając się sufitowi. W tej sprawie postanowił się poradzić znajomego mózgu.
     - Ej, Sorath! - wykrzyknął.
     Blondyn w przeciągu kilku sekund pojawił się w drzwiach jego pokoju.
     - O co mogło chodzić Laurze, jak się do mnie darła przez telefon: "Nathiel!", a potem nagle rozłączyła i nie mogłem się do niej dodzwonić? - spytał spokojnie Auvrey.
     Sorathiel milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w niego bezwyrazowo.
     - Jesteś idiotą, czy tylko takiego udajesz? - zapytał prosto z mostu.
     Nathiel nachmurzył się.
     - Ale że co? 
     Sorathiel westchnął.
     - Pomyśl. Dziewczyna, która ma cię kompletnie dosyć, nagle dzwoni do ciebie i wykrzykuje twoje imię, po czym się znienacka rozłącza. Nie możesz się do niej zadzwonić. Co to może oznaczać?
     Czarnowłosy przybrał skupioną minę.
     - Może się we mnie zakochała - odpowiedział, szczerząc się niczym rekin ludojad.
     - Z pewnością. 
     - Chciała zwrócić na siebie uwagę?
     - Na pewno.
     - Czuła się samotna?
     - Oczywiście.
     - Zamknęli jej sklep i nie mogła kupić samoopalacza?
     - Dobrze kombinujesz.
     - To co, demon ją zaatakował?! - wykrzykną podenerwowany ironicznymi odpowiedziami przyjaciela Nathiel.
     Sorathiel spojrzał na niego znacząco. Dopiero teraz do zielonookiego dotarł niewidzialny i niezrozumiały do tej pory przekaz. Laura została zaatakowana i dzwoniła do niego po pomoc.
     Dłużej nie czekając, zerwał się z krzesła, przy okazji wywracając je na podłogę. Z szuflady wyjął tajemniczą broń łowców cienia: exitialis, które schował do tylnej kieszeni spodni, a na plecy zarzucił czarną bluzę. 
     - Bez jaj, ta dziewczyna ma takie szczęście do demonów, jak ja do podrywu! 
     Sorathiel uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem, przepuszczając poirytowanego przyjaciela. Postanowił, że wybierze się z nim, w końcu nigdy nie wiadomo co czeka samotnego łowcę na polu bitwy.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Fuck this shit, I'm outta here!

Z pozdrowieniami dla Orihime. Nathiel bez koszulki i winterfresh - demoniczna moc zamrażających sutków. Z serii: jak nie spać w nocy, tylko czytać przyszłe rozdziały spisane w wordzie. Jaram się. Tyle miłości, tyle dramatów. Z dumą stwierdzam, że... skończyłam opisywać wszystkie rozdziały. Jestem na epilogu. Czuję taką... pustkę :c no, ale jeszcze tyle rozdziałów do napisania! Może macie jakiś pomysł? Chętnie coś dopiszę! Od razu mówię, że mało tu romantycznych wątków. Coś by się przydało.
Nie powstrzymałam się. Wstawiłam nowych bohaterów do zakładki "bohaterowie". Jaram się idealnym zdjęciem Aidena jak Nathiel chińskimi bajkami.
Doszły mnie słuchy, że powstaje fanclub Nathiela ha! Chętnie się do niego dołączę XD.
Rozdziału nie było ponad 2 tyg., bo... to trudny rozdział :c nie wiedziałam jak się za niego zabrać, a poza tym co rusz robiłam coś innego! Do tej pory się za niego nie zabrałam, ale dziś spróbuję.

Coś, co od razu skojarzyło mi się z Nathielem XD. Swoją drogą... Tonari no Kaibutsu-kun - świetne anime! Haru taki nathielowy, główna bohaterka taka laurowa. 

środa, 9 lipca 2014

Rozdział 19 - "Ja, ty, krzaki"

Już na wstępie chciałabym podziękować mojej kochanej Lunatyczce/Orihime/Oliwii za pomysły odnośnie nowego rozdziału, którego choć miałam początek i koniec, nie mogłam wymyślić. Struganie ziemniaka, lochy i woda święcona zawsze spoko! 
Już niedługo scena walki. Nie lubię scen walki, chyba wynajmę do niej mojego chłopaka. 
Rozdział wyszedł mi jak czysta parodia. Nathiel, Laura, krzaki, czyste szaleństwo. Na dodatek większość zdań zawiera takie podteksty, że banan wchodzi mi na ryjka samoczynnie. No, nic, zostaje mi zaprosić was do szaleńczego rozdziału w krzakach. 
***
     - Przesuń tą swoją wychudzoną, bladą dupę!
     - Nigdy jej nie widziałeś, więc skąd masz wiedzieć czy jest blada? - prychnęłam.
     - Cóż, sądząc po tym, że cała jesteś blada, to... tak, na pewno masz bladą dupę. Kto normalny wystawiał by tyłek na słońce i go opalał? Rozumiem, że jesteś nienormalna, ale żeby taki tyłkowy fetysz mieć...
     Uśmiechnęłam się pod nosem. Muszę przyznać, że brakowało mi tych głupich docinek. Nathiel był jedyną osobą, która odpierała moje słowne ataki. Oczywiście mistrza ironii nie pobije, ale dobrze jest poćwiczyć na kimś siłę sarkastycznych słów.
     - Wybrałeś bardzo niewygodne krzaki - powiedziałam, po raz kolejny strzepując liście z włosów.
     - Co ty chcesz? Trawa jest bardzo miękka, jest ciasno, ciemno... Warunki w sam raz na stosunki międzyludzkie.
     Nathiel zaśmiał się szatańsko.
     - Czy ty mi coś proponujesz? - spytałam, unosząc brew.
     - Oczywiście. Myślisz, że po co cię tutaj zabrałem? Tylko nie goń mnie potem o alimenty.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Będąc tutaj, czułam się, jakbym została sprowadzona do poziomu dziecka z przedszkola, przepraszam, do poziomu Nathiela, zresztą... co to za różnica? Dziecko z przedszkola, a Nathiel - jedno i to samo. Już nawet poziom mentalności krzaka był większy niż jego.
Cóż, nie zapominajmy o misji, jaka nam przyświeca. 
     - Masz jakiś plan? - spytałam, siadając po turecku wśród liściastych przyjaciół. 
     - Tak - odpowiedział z pełną powagą Nathiel - Ty łapiesz ją, ja łapię jego. Ja zamykam Sorathiela w lochach, a ty Amy w piwnicy. Żeby im się nie nudziło, damy im do strugania ziemniaki, ewentualnie mogą nam coś wydziergać z kamienia.
     Mało nie zostałam zrzucona do poziomu intelektualnego trawy. Nathiel, zdradź mi przepis na to, co bierzesz z rana. Hera, koka, hasz, LSD? Czy wciągasz nosem domestos?
     Cicho wzdychając, potrząsnęłam głową. Sięgnęłam do swojej torby po wodę, bo czułam się spragniona. Moje usta wypowiedziały już zdecydowanie za dużo słów, uznałam jednak, że chłodna woda, przyda się bardziej Nathielowi, któremu mózg już pewnie parował od głupoty.
     - Może chcesz trochę ochłonąć? - spytałam, podając mu butelkę.
     Utop te narkotyki w wodzie. Może się rozpuszczą i stracisz wenę do głupot.
     Auvrey wzruszył ramionami i powiedział:
     - Czemu by nie?
     Przejął ode mnie butelkę i wypił prawie całą jej zawartość. Dzięki, że chociaż trochę o mnie myślisz, drogi towarzyszu.
     - Co byś zrobił, gdybym ci powiedziała, że była to woda święcona? - spytałam z niekrytym uśmiechem rozbawienia.
     - A była? - zapytał Nathiel, zerkając na mnie kątem oka.
     - Była.
     Czarnowłosy patrzył na mnie chwilę z miną bez wyrazu, po czym zaczął się rzucać po krzakach, jakby nim sam Szatan miotał.
     - Umieram! - krzyknął rozdzierająco.
     - Świetnie! - odkrzyknęłam, klaszcząc w dłonie i przyglądając się z radością temu zjawisku.
     - Ha ha, bardzo śmieszne - odpowiedział chłopak, siadając z powrotem obok mnie - Rozumiem, że chcesz mojej rychłej śmierci, ale jeśli ja odejdę, to kto będzie cię bronił? - zapytał z tajemniczym uśmieszkiem.
     - Ironia. To najlepsza broń na wszystkich idiotów świata - odparłam.
     - Uwierz, demonów ironia nie rusza - zaśmiał się - Wyobraź sobie, że staje przed tobą taki demon, a ty do niego: "Dzień dobry, ładnie dziś wyglądasz! Nowa fryzura? Paznokcie nowe? No, no, wyglądasz lepiej, niż zwykle. Jakby ci tak jeszcze szlifierką po gębie przejechać, to... byłbyś wspaniały!", a demon rzuci się na ciebie i odgryzie ci głowę.
     Uśmiechnęłam się na boku. Odnoszę wrażenie, że me usta zbyt często wykrzywiają się w uśmiechu, w obecności tego demonicznego drania. Chyba jego żarty zaczęły mi się podobać. Źle się ze mną dzieje, muszę odwiedzić psychiatrę. "Cześć, doktorku, zaczęły mi się podobać żarty demona i coraz częściej się uśmiecham!", "To poważne, Lauro, trzeba zawinąć cię w biały kaftan i zamknąć w pokoju bez okien". Zapewne tak by było.
     - Są i nasze wrony - odezwał się czarnowłosy, rozchylając leciutko krzaki.
     Wrony? Nathiel ma chyba własną politykę słowną. Wrony, przeciwność gruchających gołąbków, pogrążonych w miłosnej ekstazie? Nigdy go nie zrozumiem.
     Przybliżyłam się do niego i spojrzałam przez sporą dziurę w żywopłocie na naszych kochanków. Wyglądali całkiem normalnie. Szli obok siebie, ramię w ramię, nawet się nie dotykając i nie patrząc na siebie. Tak wygląda pierwsza faza miłości. Może to pójść w złą, albo dobrą stronę. Oczywiście ja i Nathiel będziemy bezdusznikami, którzy zniweczą ich miłosne plany.
     Spojrzałam na Amy i poczułam się, jakbym nie widziała jej całe lata. To dla niego mnie zostawiłaś, ty niewdzięcznico. To dla niego ubrałaś się w swoją ulubioną, białą, falbaniastą sukienkę przed kolana i rozpuściłaś loki. To dzięki jego obecności na twojej twarzy, widniał teraz delikatny rumieniec i nieśmiały uśmiech. Amy wyglądała jak zupełnie inna osoba. Zazwyczaj w stosunku co do chłopaków była naprawdę odważna. Często odnosiłam wrażenie, że woli spędzać czas z nimi, niż z dziewczynami. Zdecydowanie lepiej dogadywała się z męskim gronem. Nie, nigdy jej tego nie zazdrościłam, im mniej męczących twarzy, tym lepiej.
     Swój wzrok przeniosłam na Sorathiela. Wyglądał tak jak zawsze. Wpatrywał się przed siebie z miną przepełnioną chłodem. Ręce trzymał w kieszeniach.
     Obydwoje o czymś rozmawiali. Razem z Nathielem przybliżyliśmy głowy do tajemniczej dziury, stykając się ze sobą. Nasłuchiwaliśmy.
     - A więc mówisz, że znasz się z Nathielem od małego? - spytała Amy z delikatnym uśmiechem - To tak samo jak ja z Laurą. Z tym, że nie mieszkamy ze sobą. Nie wiem czy byśmy wytrzymały, to chyba trudna sztuka być z kimś w jednym domu 24 godziny na dobę.
     Twarz Sorathiela wykrzywiła się w ironicznym uśmieszku.
     - Nawet nie wiesz jak bardzo. Nathiel to okropny bałaganiarz, który całymi dniami przesiaduje w domu i ogląda swoje chińskie bajki.
     Czarnowłosy wyglądał na zdenerwowanego. Już zaczął się podnosić z zamiarem rzucenia się na swojego przyjaciela za tak niecne, wypowiedziane słowa. W porę chwyciłam go jednak za rękę i sprowadziłam do poziomu krzaków.
     - Nazwał anime chińskimi bajkami! - powiedział zirytowany.
     Przewróciłam oczami. Ten to ma problemy.
     - Później się z nim rozprawisz. Teraz siedź i słuchaj - mówiąc to, puściłam go.
     Nasłuchiwaliśmy dalej. 
     - Jest denerwujący, dziecinny, nieodpowiedzialny i nie mogę do niego dojść żadnymi słowami - kontynuował swoją opowieść Sorath.
     Cóż, trafił w sedno. 
     Spojrzałam na Nathiela, który znowu zaczął się podnosić. Ponownie chwyciłam go za dłoń i pociągnęłam w dół.
     - Jak on może tak mówić o swoim przyjacielu! - oburzył się.
     - Nathiel, zamknij się. Nie chcę zostać odkryta w krzakach razem z tobą - powiedziałam spokojnie.
     Auvreyowi włączył się tryb super podrywacza. Obdarzył mnie jednym ze swoich uwodzicielskich spojrzeń i powiedział:
     - Kto by nie chciał być z takim przystojniakiem w krzakach? Przyznaj się, ta perspektywa cię jara.
    Chłopak puścił do mnie oczko, a ja westchnęłam głęboko.
     - Tak mnie jara, że zaraz będę ofiarą samozapłonu - mruknęłam, ponownie kierując spojrzenie na dwójkę podejrzanych typów.
     - Laura sama nie jest lepsza - odezwała się nagle Amy, chmurząc się - Może i nie jest dziecinna i szalona jak Nathiel, ale zachowuje się, jakby cały świat był przeciwko niej. Ma 17 lat, a wygląda jak stara, zgorzkniała babcia. Co najśmieszniejsze, śpi z misiem!
     Tym razem to ja podniosłam się do góry. Moja twarz oblała się rumieńcem. Rozchichotany Nathiel, chwycił mnie za dłoń i ściągnął gwałtownie w dół. Mało nie zaliczyłam gleby.
     - Więc śpisz z misiem, drogie dziecko? - spytał, powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem.
     Obdarzyłam go morderczym spojrzeniem. 
     No, Amy, przeholowałaś! Niech no ja cię tylko dopadnę! Jak mogłaś zdradzić obcemu facetowi mój sekret? Każdemu, nowo poznanemu chłopakowi opowiadasz o moich tajemnicach? Uważaj, żebym ja nie zaczęła!
     Na twarzy Sorathiela pojawił się rozbawiony uśmiech. 
     - Myślę, że by do siebie pasowali - odparł blondyn.
     W jednym momencie, spojrzeliśmy na siebie z Nathielem i wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Obydwoje zaczęliśmy tarzać się po trawie. Haha! Nathiel i ja! A to dopiero historia miłosna, pełna przygód! Od razu weźmy ślub i dzieci zróbmy! Takie szatańskie, małe grzdyle, latające po domu z nożami i minami w stylu: "matko, zrób nam jedzenie, bo cię zabijemy!" i ja z wodą święconą w dłoni.
     - Też tak uważam - powiedziała Amy, śmiejąc się.
     Gdy to usłyszeliśmy, leżąc na trawie, jeszcze raz spojrzeliśmy na siebie i ponownie wybuchliśmy śmiechem. Zabawna historia, zabawna. Naprawdę się wzruszyłam, aż mi się łezka w oku zakręciła. Znalazłam miłość swojego życia.
     Amy i Sorathiel jak na zawołanie, spojrzeli w stronę naszej kryjówki. Obydwoje umilkliśmy, zatykając sobie nawzajem buzię. Zapewne gdyby ktoś zobaczył nas teraz tutaj, leżących na trawie, z liśćmi w roztrzepanych włosach, zatykających sobie nawzajem buzię... nie mam pojęcia co by o nas pomyślał.
     - Też to słyszałeś? - spytała moja przyjaciółka.
     Sorathiel kiwnął głową i szybkim krokiem ruszył w stronę naszych krzaków. Spojrzeliśmy na siebie z Nathielem, nie wiedząc gdzie uciec. Auvrey był szybszy, niż moje myśli. W jednej chwili chwycił mnie w pół i wrzucił w jeszcze głębsze krzaki. Potoczyłam się po nich jak ciężka kłoda. Jakieś kolce wbiły się w moje ramię. Już miałam wydać z siebie cichy jęk bólu, gdy Nathiel nachylił się nade mną i zatkał mi buzię. Niech to szlag! Teraz ta scena musiała wyglądać tak, jakbym była biedną, gwałconą w krzakach dziewczyną! Nathiel przygniatał mnie swoim łokciem, a ja miałam ochotę skopać mu tyłek za ból, który mi zadaje. Do długiej listy wad Nathiela, dopisuję: brutalność.
     Milczeliśmy, wpatrując się wyczekująco w zieloną zasłonę. Słyszeliśmy tylko cichy szelest, rozsuwających się krzaków i głos Amy, mówiący:
     - To tylko kot!
     Podejrzliwy Sorathiel, najwyraźniej dał sobie spokój z dalszą penetracją naszych liściastych towarzyszy. Powrócił do Amy.
     Spojrzałam na Nathiela z chęcią mordu w oczach, a on wyszczerzył się do mnie.
     - Ładnie wyglądasz z tymi liśćmi we włosach i tą twoją niewinną miną, mówiącą: Och, Nathiel, no, przestań, nie tu, nie teraz, później, u mnie w domu! - chłopak udał dziewczęcy głos.
     Odepchnęłam go i na czworakach podeszłam do naszego poprzedniego miejsca pobytu. Niech go szlag weźmie. Przeklęty erotoman. 
     Z poirytowaną miną, spojrzałam na kota siedzącego obok mnie. Spoglądał na mnie swoimi żółtymi, badawczymi oczami. W końcu jednak uznał, że nie ma tu nic interesującego do roboty i wystawiając ogon do góry, uciekł, pokazując, jak bardzo ma mnie gdzieś. Ignorant.
     Nim się obejrzałam, obok mnie znalazł się Nathiel z roztrzepanymi, czarnymi włosami i błyszczącymi oczami. Teraz sam wyglądał, jakby się czymś podjarał. Uśmiechał się do siebie jak ostatni wariat na ziemi. Wolałam to przemilczeć i powrócić do oglądania naszych kochanków, którzy siedzieli teraz na ławeczce, nieopodal nas. Widziałam tylko ich plecy, ale tyle mi wystarczyło.
     - Wiesz, bałam się, że gdy się do ciebie odezwę, uznasz mnie za idiotkę - powiedziała szczerze Amy.
Spojrzeliśmy na siebie z Nathielem. Oho, od wyznań się zaczyna.
     - Po pierwszym, wypowiedzianym słowie, nigdy nie uznaję ludzi za idiotów - odpowiedział spokojnie Sorathiel - Nie masz się więc o co martwić.
     - Jesteś kochany - Amy zaśmiała się - Jak bliżej się ciebie pozna, okazujesz się nie być takim chłodnym typem bez uczuć!
     - Naprawdę uważałaś, że nie mam uczuć?
     - Gdy byliśmy u was w domu razem z Laurą, patrzyłeś się na mnie, jakbyś chciał mi zrobić krzywdę.
     - Może chciałem? - zaśmiał się tajemniczo.
     Spojrzałam zszokowana na Nathiela. Matko, to on się potrafi śmiać? Nathiel chyba także był tym czynem zaskoczony, sądząc po jego cichych przekleństwach skierowanych do nieistniejącego Boga i nadzwyczaj zdziwionej minie.
     - Teraz już wiem, że jesteś całkiem normalny.
     Amy zwróciła się do niego twarzą i uśmiechnęła szeroko.
     - Oho, robi się za romantycznie - mruknął czarnowłosy, skubiąc z nerwów biedny żywopłot. 
     Pewnie gdyby miał głos, zaczął by się do niego wydzierać: zostaw mnie, ty niewyżyty seksualnie patafianie! Gwałcicielu liści!
     Sorathiel także spojrzał na Amy. Trwali tak długo, patrząc się na siebie. Ona uśmiechała się nieśmiało, a on patrzył prosto w jej oczy, jakby był w transie. Nieznacznie przybliżyli się do siebie - tak samo jak ja i Nathiel do krzaków z wyczekującymi minami.
     - Co o mnie sądzisz? - spytała cicho brązowowłosa.
     - Hmm - zastanowił się Sorath - Nie przywykłem do mówienia komplementów kobiecie, ale... uważam, że jesteś urocza.
     Na polikach mojej przyjaciółki, pojawiły się czerwone plamy.
     - Dziękuję - odparła.
     Zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. 
     - A ty? Dalej sądzisz, że jestem bezdusznym draniem, pragnącym cię skrzywdzić?- spytał rozbawiony blondyn.
     Amy gwałtownie zaprzeczyła:
     - Nie! Jesteś... tajemniczy, miły, kochany i...
     Przerwała. Byli już tak blisko siebie, że jeszcze chwila i złączyliby usta w sekretnym pocałunku. Całkowicie nieświadomie, wykrzyknęłam razem z Nathielem, głośne:
     - NIE!
     Po czym spojrzeliśmy po sobie zirytowani.
     - I co się tak drzesz?! - spytał oburzony Nathiel.
     - Ty też się wydarłeś, więc o co ci chodzi?! Zawsze musi być moja wina?! Przeklęty egoista!
     - Wrzeszcząca, blada małpa!
     - Stuknięty, demon-idiota!
     - Rozkrzyczana menda!
     Nathiel rzucił się na mnie, wywracając mnie na trawę. Zaczęliśmy się tarzać, jak ostatni idioci na świecie po ziemi, wykrzykując do siebie przeróżne obelgi. Nie sądziłam, że upadnę tak nisko, a jednak. Muszę wziąć sobie do serca, starą poradę przyjaciela zielonookiego. "Nie ma co dyskutować z Nathielem, bo w końcu sprowadzi cię do swojego poziomu intelektualnego". 
     Amy i Sorathiel wymienili znaczące spojrzenia i zanim się zorientowaliśmy, zostaliśmy przez nich nakryci. Gdy na nas spoglądali, siedziałam akurat na Nathielu i trzymałam go za koszulkę z zaczerwienionymi polikami, zaś on, ciągnął mnie za moje i tak już potargane włosy, przystrojone gałązkami i liśćmi.
     Milczeliśmy przez dłuższą chwilę.
     - Cóż. Życzymy przygód pełnych wrażeń - zaczął w końcu Sorathiel, chwytając zdezorientowaną i zszokowaną Amy za rękę.
     Nie patrząc do tyłu, ruszyli przed siebie.
     - TO NIE TAK, JAK MYŚLICIE! - wykrzyknęliśmy razem.
     - Nie powtarzaj za mną! - wrzasnął Nathiel.
     - Wal się krzakiem!
     I tak oto, nasza wyjątkowo ważna misja, została przerwana przez siłę kłótliwej natury. I pomyśleć, że człowiek może stoczyć się aż tak nisko. Przegraliśmy. Przed moimi oczami pojawił się wielki, czerwony napis, obwieszczający naszą porażkę: GAME OVER.

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 18 - "Jedna, jedyna misja"

Patrzcie, jak dawno rozdziału nie było. I pomyśleć, że napisanie tego, co teraz wstawię, zajęło mi godzinę. Jak to się dzieję?
Teraz zaczną się te... nudniejsze rozdziały, ale szybko przeminą. Tak, tak, mistrz dramatu nadchodzi. Dum dum duuuuum. Czeka wielki przełom w opowiadaniu. Podpowiem: ktoś zniknie. Rozdział króciutki, ale życzę ziemniaczanych wrażeń!
***

     Jeden ziemniak, drugi ziemniak, trzeci ziemniak, czwarty... Głupie kartofle, głupia szkoła, głupi dzień. Miałam dosyć przesiadywania w zatłoczonej stołówce, gdzie grupa baranów siedzących przede mną, rzucała się właśnie ziemniakami. Udam, że nie dostałam odłamkiem jednego z nich. Udam, że nie dostałam drugim odłamkiem. Udam, że... udławcie się tymi ziemniakami! 
     Jeden z chłopaków jak na zawołanie, zaczął się krztusić owym, malutkim, żółciutkim produktem.
Kumpel siedzący obok niego, zaczął go energicznie klepać po plecach. Ziemniaczana afera została przerwana. Czyżby mój umysł miał morderczą moc? 
     Z nadzieją w oczach, spojrzałam w stronę ławki, gdzie siedziało zgromadzenie przeklętych lafirynd, zajmujących się tapetowaniem twarzy i plotkami na temat innych. Malowały właśnie paznokcie na modny ich zdaniem kolor. A jakby tak im życzyć odpadnięcia paznokci? Skupiłam się na opalonych palcach jednej z nich. Wyglądałam pewnie jak ostatni wariat na ziemi. Już po chwili opalona piękność spojrzała na mnie krzywo, nawołując do swoich koleżanek, żeby spojrzały na tą samotnie siedzącą idiotkę, która nigdy nie widziała słońca i mody. Następnym razem specjalnie dla nich, ubiorę koszulkę z napisem: "Fuck fashion" i podarte spodnie do których dopasuję zniszczone, stare trampki. Niech patrząc, umierają z braku gustu.
     Odwróciłam wzrok od grupy lafirynd i podparłam się na łokciach, biorąc do ust wstrętną, stołówkową frytkę. Czemu ja to jem? Czemu ja TU jem? Samotność zagnała mnie w najbardziej zatłoczone miejsce w przerwie na lunch - do stołówki. Nigdy tu nie przebywałam. Zazwyczaj siadałam w klasie na ławce, z dala od ludzi i zajmowałam się jedzeniem suchych kanapek, które wykonane były przez moją mamę z tektury. Żartuję. Wydaje mi się, że mimo wszystko to wciąż chleb. Tym razem nie wzięłam kanapek i postanowiłam spróbować ohydne, stołówkowe żarcie, szukając jak nigdy, nowości wśród ludzi, których w większości nie znam. 
     Odkąd Nathiel zniknął z mojego życia, nuda i rutyna zaczęły mi doskwierać. Może nigdy nie byłam tak naprawdę osobą, która pragnie spokoju? Może jestem uzależniona od adrenaliny? Może ktoś mnie czasem musi walnąć czymś ciężkim w łeb i przeprowadzić na mnie tortury, żebym się lepiej poczuła?
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie, wkładając do buzi kolejną, ohydną frytkę.
     Wydaje mi się, że Amy także zniknęła z mojego życia. Ilekroć próbowałam się do niej dodzwonić, dostawałam odpowiedź: "Jestem zajęta, przepraszam! Zadzwonię do ciebie później!" i nie doczekiwałam się telefonu. Czułam się, jakbym została na tym świecie sama. 
     - Laura.
     A może nie do końca sama?
     Frytek wypadł mi z buzi, która była teraz otwarta w lekkim zdziwieniu. Przede mną, z wielką tacą pełną jedzenia, siadł Deaniel. Wyglądał lepiej, niż ostatnio, gdy go widziałam. Musiał nabrać sił. Ucieczka dobrze mu zrobiła.
     Milczałam, wpatrując się w niego wyczekująco i przeżuwając frytkę.
     - Wróciłem - oznajmił bezceremonialnie.
     - Widzę - odparłam, wpatrując się we własną tacę z niezwykłym zainteresowaniem.
     - Nie tęskniłaś? - spytał.
     - Ani trochę. 
     Dan przyjrzał mi się uważniej.
     - Coś się stało? - zapytał niepewnie.
     - Nie, nic, po prostu gdy ty uciekłeś, mnie zaatakował ten twój śmieszny departament w postaci czarnowłosej kobiety, która rozwaliła mi nos i mało nie przecięła tętnicy szyjnej. To naprawdę nic takiego, bo jak widzisz... dalej żyję - uśmiechnęłam się do niego nieszczerze.
     Deaniel zbladł. Demony mogą blednąć?
     - Co ty gadasz? - spytał szeptem, zaglądając, czy ktoś przypadkiem nas nie podsłuchuje.
     Pochylił się do przodu.
     - Gadam to, co słyszysz. Tak, Deanielu, zaatakowała mnie tajemnicza członkini tej pokręconej organizacji, która goni ciebie. Spytała mnie, gdzie jesteś, na co odpowiedziałam, że nie wiem, bo tak w rzeczywistości przecież było, w końcu uciekłeś, ale ona mi nie wierzyła - opowiadałam spokojnie - Gdyby nie Nathiel, już dawno byłabym martwa.
     - Nathiel - mruknął Deaniel, najwyraźniej niepocieszony aktem dobroci łowcy demonów.
     - Tak, Nathiel. Niezrównoważony, mało inteligentny i okropnie wredny Nathiel, który okazał się być w rzeczywistości sto razy lepszym człowiekiem w demonicznej skórze, niż ty.
     Dan wyglądał na lekko poirytowanego. Postanowił jednak ukryć swoje zdenerwowanie pod spokojnie brzmiącymi słowami.
     - Laura, ja nie chciałem... nie sądziłem, że oni cię zaatakują, naprawdę - zaczął się tłumaczyć, łamiącym głosem.
     - Trudno. Ważne, że żyję - odpowiedziałam obojętnie.
     Nie miałam mu tego za złe. Aż tak. W końcu to ja się pchałam w paszczę zagrożeń. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co mi się stanie, ale z drugiej strony nie zrobiłabym tego, gdyby odpowiadał na moje smsy i dał znać co się z nim dzieje. A gdyby chociaż zainteresował się, czy wróciłam cała i zdrowa do domu!
     - Naprawdę przepraszam - westchnął Dan.
     Przepraszaj dalej. Miód na moje uszy.
     - Nienawidzisz mnie?
     Wzruszyłam ramionami. Wiem, zachowywałam się jak ostatnia suka na ziemi. Trudno. Na urażoną, kobiecą dumę nie ma leku. 
     - Co Nathiel ci nagadał? - spytał chłodnym tonem Deaniel.
     Wściekłam się nie na żarty. Wstałam od stołu i spojrzałam na niego z góry.
     - Nie musiał mi nic mówić. Wystarczyło to, że mnie uratował - powiedziałam równie zimno - Za to ty...
     - Całkowicie cię omamił.
     Zaśmiałam się kpiąco, patrząc prosto w jego twarz, skrzywioną w grymasie. Czy tylko mi się zdaje, czy całe zaufanie i przyjaźń, jakim go darzyłam, właśnie podreptały w stronę śmietnika? Gdybym mogła, jego także bym tam wrzuciła, jednak dalej jestem tą słabowitą Laurą o skórze w odcieniu piór białego gołębia.
Nathiel mnie omamił, a to ci dopiero.
     Trzęsąc głową, ruszyłam w stronę wyjścia ze stołówki. Udław się ziemniakiem, którego jesz. I jak na zawołanie, ktoś w tle zaczął kaszleć.
***

     Szłam z czarną torbą zarzuconą na ramię, ubrana w szarą, luźną koszulkę zdobioną czarnymi kwiatami, pnącymi się ku górze. Włosy wyjątkowo miałam upięte w luźnego koka, a na nogach spoczywały stare, dobre baleriny, które niedługo zginą śmiercią naturalną przez dziury, które miały w podeszwie. Nigdy nie przykładałam zbyt wielkiej wagi do ubioru. Chciałam się we wszystkim czuć dobrze. Nie pokazywałam więcej, niż musiałam pokazywać i zakrywałam to, co chciałam. 
     W ręku trzymałam książkę. Pierwszą lepszą, wziętą z regału, gdzie spoczywała literatura poważna. Chciałam czymś zabić swoje myśli. Na początku szło mi to bardzo słabo. Litery zdawały się śmiać ze mnie i uciekać ze stronic książki, krzycząc: "robimy sobie z ciebie jaja". Tak, te litery ewidentnie robiły sobie ze mnie jaja. Tak jak moje życie, tak jak wszystko, co mnie otaczało i co mnie dotyczyło. 
     Moja spokojna niegdyś dusza, niewzruszona żadnymi emocjami, teraz nagle stała się niespokojna i pragnęła wiecznej wędrówki w głąb myśli tak głębokich, jak rów mariacki. Coś mnie niepokoiło, coś ciągnęło ku nierozwiązanym zagadkom. Życie pchało mnie do przodu, powtarzając: "To nie koniec, a początek". Nie wiedziałam, czym spowodowany był nagły, umysłowy chaos. 
     Spuściłam książkę w dół i zatrzymałam się na moment, by spojrzeć w górę na ciemne chmury, które zdawały się przysuwać coraz bliżej mnie. Niedługo będzie padać.
     Schowałam książkę do torby i z westchnięciem oddałam się cichym, podróżnym krokom i ciężkim myślom, tłoczącym się w otchłani mego umysłu.
     To nie tak, że nie chciałam mieć nic wspólnego z Deanielm. Po prostu całkowicie zatracił moje zaufanie. Przyjaźń z nim była bardziej niebezpieczna, niż obcowanie z Nathielem, latającym za mną z nożem. Chwilami miałam wrażenie, że lepiej byłoby, gdybym zaprzyjaźniła się z zielonookim, przynajmniej byłabym bezpieczniejsza. Zresztą, co ja mówię? Jestem teraz wolna od demonów i demonicznych przyjaźni. Nie powinnam głębiej wchodzić w ten świat, skoro ledwo udało mi się z niego wyjść. Z dala o Deaniela, z dala od Nathiela, z dala od demonów, z dala od łowców. Moje życie to znów czysta rutyna.
     - Hej, czy to nie ona? - dosłyszałam dziewczęcy, wyjątkowo irytujący głos.
     Zapowiedzią nowych zdarzeń, zdawały się być pojedyncze krople deszczu, spadające z nieba.
     Spojrzałam w stronę stojących nieopodal mnie dziewczyn. Długo nie musiałam się zastanawiać nad tym, kim są i o czym rozmawiają. Wszystkie patrzyły na mnie.
     - To naprawdę ona. To dziwadło, Laura Collins, która chodziła z nami do podstawówki - dosłyszałam.
     Chichoty zawładnęły moimi uszami.
     Starałam się przejść obok nich obojętnie, ale zostałam zatrzymana. Cofnęłam się o krok w tył i obdarzyłam chłodnym spojrzeniem znajome mi twarze.
     - Jak tam czarownico, rozwinęłaś swoje zdolności? - spytała jedna z nich.
     Uniosłam brew, wpatrując się w jej twarz bez zażenowania. 
     - Ej, coś tu nie pasi. Tamta Laura zaraz by się rozryczała i leciała do swojej przyjaciółeczki, błagając o ratunek!
     Grupka dziewczyn wybuchnęła śmiechem, który mało nie rozwalił moich bębenków. 
     W dalszym ciągu patrzyłam się na nie z całym chłodem, jaki miałam w oczach. Nie jestem już dzieckiem i za nikim się nie kryję.
     - Masz spojrzenie, jakbyś chciała nas zabić - powiedziała jedna z nich, najwyższa.
     Bo chcę. Umrzyjcie.
     Prychnęłam cicho i starałam się je wyminąć. O dziwo, zostałam pociągnięta z powrotem w tył, przez co zaliczyłam bliskie, tyłkowe spotkanie z chodnikiem. Przynajmniej on mnie przyjął z otwartymi ramionami. Przepraszam, otwartą kostką brukową.
     Nim cokolwiek zdążyłam zrobić, jakiś cień przykrył moją drobną postać. Spojrzałam w górę i westchnęłam głęboko.
     - Laura, nie musisz upadać na kolana przede mną, przecież i tak cię uwielbiam - zaśmiał się czarnowłosy, podając mi rękę, którą bez chwili zastanowienia chwyciłam.
     Nathiel silnym gestem, podniósł mnie do góry. Miny moich szanownych koleżanek były bezcenne. Ich myśli ulatniały się nad pustymi głowami. "Skąd ona wytrzasnęła takiego przystojniaka?", "Jezu, kolejny dziwak, ale przystojny dziwak", "Przeklęta wiedźma!".
     Zielonooki uśmiechnął się zabójczo i schował ręce do kieszeni.
     - Może potrzebujecie pomocy? - spytał, nachylając się nad nimi z mroczną miną.
     Dziewczyny potrząsnęły głowami, bez słowa odchodząc z miejsca zbrodni. Dopiero gdy były kilka metrów dalej, zaczęły swoje codziennie plotki.
     - O co chodziło im z tymi czarami? - spytał Nathiel, marszcząc czoło.
     Spoglądał za nimi. 
     - Nie twój interes - burknęłam w odpowiedzi, prędzej czując się oburzona jego widokiem, niż zadowolona.
     Poradziłabym sobie. Na pewno. Demon, a zgraja pustych lal, które dawno nie miały w zębach żadnej ofiary. Cieszę się, że uratował mnie niedawno przed śmiercią, ale nie musi pojawiać się w każdej chwili, która choć trochę mi zagraża. Nie potrzebuję bohatera 24 godziny na dobę.
     Z niezbyt dobrym humorem, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w stronę bramy szkolnej. Nathiel złapał mnie za rękę i wstrzymał mój szaleńczy chód.
     - Nawet nie podziękujesz, nie spytasz po co tu przyszedłem? - zapytał niepocieszony.
     - To jasne - odparłam, nie odwracając w jego stronę głowy - Żeby znowu mnie wkurzyć.
     Auvrey zastanowił się przez moment.
     - Racja, po to też przyszedłem - odpowiedział, puszczając mnie.
     Mogłabym przysiąc, że na jego twarzy pojawił się teraz szeroki i równie wredny uśmiech.
     Oparł się o pobliski mur, nie spuszczając ze mnie oczu. Zupełnie, jakby był moją niańką.
     - Więc... czego chcesz? - spytałam chłodnym tonem głosu, unosząc pytająco brew.
     Nathiel westchnął. Widocznie sam nie był w nastroju do kłótni.
     - Nie zastanawiało cię ostatnio, co robi twoja przyjaciółka? - spytał.
     Owszem, zastanawiało. Skąd o tym wiedział? Demony umieją czytać w myślach?
     Kiwnęłam głową.
     - Otóż - zaczął, odrywając się gwałtownie od muru - Znalazła sobie nowy obiekt westchnień.
     - Demona? - spytałam od razu, pełna obaw.
     - Nie.
     Nathiel nachmurzył się.
     - Kogoś znacznie gorszego - uznał.
     Przeraziłam się nie na żarty.
     - Kogo? - spytałam.
     - Łowcę. Łowcę cienia, który ma na imię...
    Wcale nie musiał dokańczać. Od samego początku wiedziałam, kim interesuje się Amy. Nie sądziłam jednak, że zainteresuje się nim na tak długi czas i... że on sam jej nie odrzuci. Sorathiel nie wyglądał na osobę, która przygarnie lekko nierozgarniętą nastolatkę, pragnącą miłości jak z filmowych romansów. Porównując ich wiek umysłowy, mamy 40 do 15. Miażdżąca przegrana. Czy to wobec tego prawda?
     - Ci dwaj, mają się strasznie obrzydliwie ku sobie. Jestem zszokowany postawą mojego przyjaciela, który chodzi z tą całą Amy po parkach jak z wiernym psem - powiedział oburzony Nathiel.
     - Licz się ze słowami - powiedziałam groźnie, kierując w jego stronę palec wskazujący.
     - Weź tego palucha, bo ci go zaraz odgryzę jak prawdziwy demon żądny krwi - dodał z zabójczym uśmiechem Nathiel, chwytając za obiekt rozmowy, którego właścicielką byłam.
     Wyrwałam się z jego uścisku.
     - Opanuj swoje żądzę - mruknęłam, ruszając w stronę bramy i masując palca.
     Zielonooki dołączył do mnie.
     - Czy to takie dziwne, że chodzą razem? - spytałam, zerkając na niego ukradkiem.
     - Owszem. Amy jest osobą, która ma wysoką energię potencjalną, a Sorathiel osobą, która przyciąga demony, jak żarcie psa. Dodając ich do siebie, mamy zabójczą mieszankę, gorszą od domestosa! Nie wiem czy ten człowiek oszalał, czy po prostu chce ją chronić.
     Rzeczywiście. Skoro Amy miała wysoką energię potencjalną, a Sorathiela demony czepiały się jak rzep, to z pewnością nie skończy się to zbyt dobrze.
     - Czaisz? - spytał Nathiel, spoglądając na mnie wyczekująco.
     - Rozumiem - odparłam mniej prostacko - Co zamierzamy z tym zrobić?
     Zamierzamy. Ze mną dzieje się naprawdę niedobrze. Sama nawiązuję z nim współpracę.
     - Obserwować. Ty, ja...
     - ...Krzaki.
     Nathiel uśmiechnął się zabójczo i puścił do mnie oczko.
     - Skoro takie twe życzenie - powiedział jak najbardziej szarmancko.
     Przewróciłam oczami.
     - Więcej mówisz, niż robisz. Powiedz, jaki masz plan - przerwałam jego podryw.
     - O ile mi wiadomo, są teraz na romantycznym spacerze w parku przy Low Street. Pójdziemy tam i w trosce o ich dobro, zniszczymy to, co między nimi jest.
     - Jeżeli w ogóle coś jest, bo tego nie wiemy.
     - Teoretycznie.
     Spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie i uśmiechnęliśmy się do siebie. 
     Co za dziwne uczucie znowu go zobaczyć, a myślałam, że nigdy więcej nie będzie mi dane oglądać tej wrednej gęby, która czasem sypie gorszą ironią, niż dwie takie jak ja. Jeszcze nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy płakać. Na razie przyświecała mi jedna, jedyna misja: odzyskać Amy.