niedziela, 30 sierpnia 2015

[TOM 2] Rozdział 5 - "Co ja tu robię?"

5 rozdział. Nowe bohaterki, które zamieszają nieźle w fabule <3. Z dedykacją dla Królika, który właśnie zbiera pranie!
*** 
     Drażniący nozdrza zapach, niósł się po ulicy, przypominając mi o wadach życia w mieście. Nie znosiłam spalin samochodowych, szczególnie w ciąży. Nie znosiłam tłumu ludzi, szczególnie w ciąży. Irytowały mnie bzdurne rozmowy ludzi na około, ich krzyki, ich śmiechy, szczególnie w ciąży. Miałam dosyć wszystkiego, co przytrafiało mi się podczas ciąży. Miałam dosyć tego dnia. Jedyną zaletą dzisiejszego poranka było niewątpliwie to, że nareszcie mogłam wyjść na powietrze i to sama ze sobą, z żadną niańką demonicznego pokroju.
     Przez ostatni tydzień Nathiel twardo trzymał mnie w łóżku, latając koło mnie i spełniając wszystkie moje najdrobniejsze, a nawet te najgorsze zachcianki. Byłam pod wrażeniem, że wypełniał powierzone mu zadania, nie wydając z siebie żadnego oddźwięku oburzenia, bez żadnego złego słowa narzekania czy też ze zirytowaną miną. Był troskliwy, grzeczny i kochany. Zupełnie jakby się o mnie martwił. Przesadnie martwił. To było urocze i wygodne do czasu. Po dwóch dniach miałam już dosyć i chciałam się uwolnić. Dziś nareszcie mi się to udało. A wszystko za sprawą Sorathiela, który odwiedzając nas uznał, że nie powinnam cały czas siedzieć w domu. Potrzebowałam ruchu, aby czuć się lepiej. Leżenie w łóżku tylko dołowało i na dodatek nie pomagało. Jeżeli dziecko znów mnie zaatakuje to przecież mogę robić w tym czasie cokolwiek. Siedzieć w toalecie, myć naczynia, leżeć w łóżku, iść po ulicy, jeść obiad. Nikt nie wiedział kiedy i czy znów dostanę ataku, prawda? Dlatego nie można być przesadnie czujnym. Potrzebowałam swobody. Nathiel zgodził się na moją podróż niechętnie. Nawet gdy oznajmiłam mu, że idę tylko na uniwersytet, załatwić sprawę papierkową, związaną z moim długoterminowym wolnym, zbytnio się nie ucieszył. Owszem, popierał moją przerwę, która nawet moim zdaniem była konieczna - w końcu nie chciałam przypadkiem zemdleć na wykładzie, wywołując tym ogólne zamieszanie, po którym znajdę się znowu w szpitalu i usłyszę tą samą samą diagnozę: przemęczenie. Chciał iść ze mną. Jęczał i zawodził, ale ja twardo trzymałam się swego postanowienia. Godzina przerwy od Nathiela dobrze mi zrobi. Mu też. Może w końcu zacznie patrzeć na tą sytuację pod innym, bardziej pozytywnym kątem. Zaraz. Czy to nie dziwne? Król wszystkich optymistów, pokładał we mnie pesymistyczne anty nadzieje? Ten świat zaczyna przewracać się do góry nogami. A może to ciąża wszystko zmienia? Nie miałam pojęcia.
     Idąc powolnym krokiem przez zatłoczony chodnik, zastanawiałam się, skąd tu do cholery tyle ludzi. Był przecież listopad - jesienny, chłodny, zwyczajny dzień w środku tygodnia. Nie żadna zima, nie żaden przedświąteczny czas. Teraz wszyscy powinni siedzieć w domach, popijając ciepłą herbatę i lecząc nadchodzące przeziębienie. Przecież to najlepszy czas na rozwój wszelakich chorób, które na szczęście mnie nie dotyczyły. Nikt mi nie wmówi, że akurat dziś wszyscy mają coś ważnego do załatwienia, albo że na rynku wylądował meteoryt, którego chcą zobaczyć.
     Uśmiechnęłam się do siebie krzywo i owinęłam dokładniej bordowym szalikiem. Mimo, że temperatura nie była taka niska, czułam, że jest mi zimno. Miałam ochotę wrócić już do domu, zakopać się pod kołdrą, zakładając uprzednio na nogi ciepłe, różowe, wełniane skarpety i zgarniając z kuchni różanego earl greya. Usiąść, zaczytać się w jakiejś lekturze. Nie spoglądać na szary, dołujący krajobraz, składający się z łysych drzew i brudnych, porozjeżdżanych, martwych już liści. Kobiety w ciąży tak szybko zmieniały zdanie. A jeszcze niedawno cieszyłam się wyjściem na świeże powietrze. No, dobrze, nie do końca świeże. Wędrowanie wśród spalin samochodowych nie należało do zbytnio zdrowych i odprężających.
     Ktoś w tłumie zdzielił mnie z łokcia w ramię, przez co ja sama wpadłam na jakąś starszą panią. Miałam ochotę szczerze go przekląć. Nienawidziłam chamstwa, spowodowanego spieszeniem się na jakieś ważne wydarzenie. Śpieszmy się powoli, bo inaczej stracimy życie.
     - Przepraszam - powiedziałam cicho, spoglądając na siwą staruszkę ukrytą za szerokim, czarnym kapeluszem, opuszczającym na jej twarz delikatną siatkę w kratkę.






     Spod kapelusza wystawało jedno, tajemnicze, szare, przenikliwe oko, od którego przeszły mnie ciarki. Kobieta wyglądała, jakby chciała przejrzeć moją duszę. Lub jakby była zła, że ją staranowałam. Jej czarny płaszcz do ziemi, przypominał mi odrobinę Calanthe, ale sama jej postać i tajemniczość mówiły mi, że jest jakąś podejrzaną, czarną wdową.
     Gdy ludzie przepychali się pomiędzy nami, narzekając, że po środku stoją jakieś dwie, niewydarzone kobiety, czarna wdowa wciąż stała w miejscu i patrzyła mi prosto w oczy. Nie rozumiałam o co jej chodzi. Chciałam spytać czy coś nie tak, powtórzyć przeprosiny, bo przecież jest stara i mogła ich nie usłyszeć, ale siwa pani z upiętymi pod kapeluszem włosami, nareszcie do mnie przemówiła:
     - Podwójne szczęście w rozpaczy.
     Jej ochrypły, cichy głos, zdawał się przekrzykiwać innych ludzi, którzy przechodzili tuż obok nas. Czułam się naprawdę dziwnie. Zupełnie, jakby świat się zatrzymał, a jedyną osobą, którą widziałam, była teraz ta dziwna staruszka. Zastanawiałam się co miała na myśli przez "podwójne szczęście" i "rozpacz". Może to jakieś starodawne powiedzenie odnoszące się do zderzania ze starymi babciami na ulicy? A może jakieś przekleństwo?
      Uśmiechnęłam się do swoich myśli ironicznie, uśmiech jednak szybko zniknął z mojej twarzy, gdy usłyszałam kolejne słowa od których włos zjeżył mi się na głowie:
      - Umrzesz, nim ujrzysz.
     Czarny płaszcz zafalował mi przed oczami, a tajemnicza babcia zniknęła w tłumie. Wciąż stałam jak oszołomiona, nie mogąc zrozumieć co właśnie miało miejsce. Wszystko wokół mnie nagle stało się takie ciche. Zupełnie, jakby to babcia sprawiła, że świat pogrążył się w milczeniu, dając mi chwilę na zastanowienie się.
     Tkwiłam tak w pozycji prostej, zszokowana, do czasu, aż ktoś ponownie nie szturchnął mnie w ramię. Tym razem jednak ta osoba przeprosiła.
      Rozglądnęłam się dookoła, czując, że nareszcie powraca mi świadomość. Dlaczego tak bardzo przejęłam się słowami obcej kobiety? Przecież równie dobrze mogła mnie przestraszyć, bo tak chciała. Mogła mówić jakieś bzdury, niekoniecznie musiała być proroczą babcią, przewidującą przyszłość. Musiałam jednak przyznać, że jej słowa naprawdę mnie zaniepokoiły. "Podwójne szczęście"? Z jakiegoś powodu kojarzyło mi się z moim stanem błogosławionym. Już dawno zauważyłam, że mój brzuch jest zdecydowanie za wielki jak na czwarty miesiąc ciąży, a o kim jak nie o bliźniakach mówiło się "podwójne szczęście"? Czym była jednak rozpacz w podwójnym szczęściu? Moją śmiercią, którą prawdopodobnie zawierała sentencja "umrzesz, nim ujrzysz"? A jeśli miała na celu wyjaśnienie mi, że rozpaczą będzie moja śmierć? Cóż, mogłam się przynajmniej pocieszyć tym, że moje dziecko lub dzieci prawdopodobnie przeżyją.
     Skrzywiłam się znacząco na boku. Dlaczego myślałam o takich głupotach? To musiał być czysty przypadek, że akurat usłyszałam takie słowa. To na pewno była jakaś ześwirowana babcia, która mieszkała z milionem kotów w mieszkaniu i czytała im książki na dobranoc. Zdecydowanie.
     Potrząsając głową z niedowierzaniem do swojej wyobraźni, skierowałam kroki ku pasom zarysowanym na ulicy. Były tylko kilka kroków ode mnie. Po ich drugiej stronie, znajdował się park, który prowadził do mojego uniwersytetu. Jaka szkoda, że w ciągu roku nie odwiedzę mojej ogromnej, przeszklonej biblioteki, przypominającej w środku magiczny cmentarz książek. Cóż, będę musiała się pocieszyć własną, małą biblioteczką, znajdującą się w domu. Ewentualnie pożyczę coś od Sorathiela.
     Gdy już miałam stawiać nogę na białym pasie zebry ulicznej, znajdując się w jej połowie, ktoś chwycił mnie za ramię. Jakaś niewiarygodnie chłodna dłoń. Prawdopodobnie szczupłe, kobiece palce. Modliłam się w duchu, aby nie była to ta sama babcia co wcześniej. Dla własnego bezpieczeństwa starałam się nie patrzeć w tył. Zdawało mi się, że kilka wizji z wyobraźni Nathiela przyjęłam do własnego umysłu. Z tego też powodu wyobrażałam sobie, że gdy spojrzę w tył, dostrzegę kościotrupa, a nie staruszkę.
     - Całkiem miła babcia, co? - usłyszałam kpiący kobiecy głos.
     Przez pierwszą chwilę nie podpowiadał mi niczego szczególnego, choć musiałam przyznać, że nutka kpiny i złośliwej ironii coś mi przypominała. Zadziwiające było to, że dopiero po cichym, irytującym śmiechu, zaczęłam wreszcie sięgać do najdalszych zakątków umysłu. Momentalnie wstrzymałam dech.
     - Och, czyżbyś była zaskoczona, Lauro? - usłyszałam powolny, diabelsko brzmiący szept.
     Właścicielka głosu przybliżyła się do mojego ucha, przez co mogłam na nim poczuć ciepły oddech zimnej jak lód kobiety.
     Nie byłam w stanie się ruszyć, ani nawet drgnąć żadną częścią ciała. Wciąż stałam jak wryta, wpatrując się w migające, zielone światło na pasach, ostrzegające mnie przed tym, że możliwość mojego przejścia na drugą stronę powoli się kończy. Ludzie przepychali się obok mnie, próbując jak najszybciej przebiec przez pasy. Niedługo ulica całkowicie opustoszała. Zostałam tu tylko ja. Ja i ona.
     - Żyję - usłyszałam cichy, chłodny szept przy uchu - Żyję, a departament kontroli demonów powoli się odradza.
     Ten fakt wprowadził mnie w stan takiego szoku, że nie byłam w stanie zrobić niczego, poza otwarciem ust.
     - Przekaż pozdrowienia od tatusia dla swojego demonicznego chłoptasia - syknęła - On też żyje, a was czeka zagłada.
     Po tej wypowiedzi nastąpił cichy, diabelsko brzmiący chichot, który miarowo zaczął się ode mnie oddalać. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, spoglądając tępo przed siebie. Przed oczami mignęło mi czerwone światło stopu, po swojej lewej stronie słyszałam głośne trąbienie, ja jednak nie byłam w stanie się ruszyć ani trzeźwo myśleć. Szok był tak wielki, że wkrótce upadłam na kolana, witając swoją twarzą zebrową nawierzchnię. Było mi słabo, choć nie z powodu ataku dziecka. Byłam zszokowana. Zszokowana tak, że niemalże zemdlałam, tracąc świadomość tego, co się dzieje. Tylko ta jedna myśl odbijała się od ścian mojego umysłu.
     Gabrielle. To była Gabrielle.
***
     Głośne, nerwowe stąpanie bosych stóp, niosło się po całym mieszkaniu, irytując swoim brzmieniem nawet najbardziej cierpliwego człowieka. Nie było możliwości, aby ktoś nie zwrócił uwagi na zdenerwowanego chłopaka, który krążył w tą i z powrotem, dzierżąc w dłoni telefon. Wykonywał już dwudzieste z rzędu połączenie. Słyszał go dosłownie każdy. Nawet umarli, którzy przewracali się pod podłogą w swoim królestwie.
     - Jeżeli nie wróci w ciągu godziny, zacznę jej szukać.
     Czarnowłosy przeczesał swoje włosy, jak miał to w zwyczaju, gdy czymś się denerwował. Drugą dłonią wciskał po raz kolejny zieloną słuchawkę na swoim telefonie. Obojętny na cierpienie przyjaciela blondyn, spoglądał na jego zdenerwowane kroki z podniesioną do góry brwią. Przez pierwsze dziesięć minut nie odzywał się, bo po co, skoro jego towarzysz nie wyrażał głośno swojego zdania? Ciche przeklinanie to jeszcze nie powód do przerwania czytania ciekawej lektury.
     - Najpierw sprawdzę szpital. Tak. A później uniwersytet. Gdzieś w końcu musi być - kontynuował zestresowany chłopak, wykonując kolejne, bezskuteczne połączenie.
     Sorathiel westchnął cicho, zamykając z cichym puknięciem swoją książkę. Odłożył ją na stół i spojrzał na przyjaciela kątem okna.
     - Od kiedy stałeś się takim pesymistą? - spytał.
     - Od kiedy Laura jest w ciąży.
     Nathiel zaśmiał się w niemrawy, nerwowy sposób. Wyglądał, jakby był bliski obłędu z powodu nieodbierającej telefonu dziewczyny. Przecież miała wrócić za godzinę! Minęły już dwie. Może rzeczywiście był za bardzo zatroskany, ale czy nieodbieranie telefonu było normalną rzeczą u Laury? Co prawda często trzymała go w kieszeni wyciszonego, ale bez przesady. Za setnym razem zorientowałaby się, że ktoś do niej dzwoni, prawda?
     - Usiądź i się uspokój - powiedział blondyn, ściągając z nosa swoje bordowe oprawki, które odłożył na stół. Gdy zobaczył, że jego przyjaciel wciąż krąży zaniepokojony po pokoju, powtórzył tą sentencję głośniej i wyraźniej.
    Nathiel jęknął bezradnie, poddając się woli przyjaciela. Usiadł obok niego, chowając telefon do kieszeni. Jego prawa noga zaczęła wystukiwać nerwowy rytm o podłogę, a ręce plątać się ze sobą niespokojnie.
     - Dobra, przesadzam trochę - stwierdził odkrywczo, rzucając się na oparcie sofy, która odbiła go od siebie lekko. Swoje długie ramiona rozłożył na oparciu, stosując pół luzacki siad.
     - Mam pomysł, Sorath - dodał, spoglądając na swojego przyjaciela - Znajdź jakiś temat do rozmowy. Może uda mi się choć na chwilę zapomnieć, ogarnąć się.
     Blondyn bez zastanowienia rozpoczął nowy temat:
     - Jak ci idzie szukanie pracy?
     Nathiel skrzywił się znacząco na boku. Nigdy nie chciał pracować. Był przeświadczony o tym, że do końca życia będzie go utrzymywać Hugh, a jak nie on to ktoś inny i wcale nie będzie musiał zajmować się ludzką, nędzną pracą. Jego priorytetem była zawsze walka z demonami. Dlaczego akurat z tego nie mógł czerpać zysków? "10 dolców za każdego demona! Kto zabije więcej?!"
     - Kiepsko - przyznał chłopak, bo rzeczywiście, mimo swoich oporów, starał się coś znaleźć. Jak do tej pory nie osiągnął jednak swojego celu - Byłem w jakiejś firmie, nawet nie pamiętam o co w niej chodziło. Kierowniczka patrzyła na mnie jak na obiekt do zgwałcenia, mało nie zaśliniła biurka. Serio. Złożyła mi nawet potajemną propozycje seksualną - skrzywił się, na co jego przyjaciel lekko uśmiechnął - Gdzie ja z takim wielorybem! Wystarczy mi jedna dupa albinosa!
     Chłopak zrobił chwilę przerwy na wypicie szklanki wody, po czym kontynuował:
     - Później byłem na jakiejś budowie. Wiesz co mi powiedzieli? - prychnął oburzony - Że wyglądam jak chuchro! Jak patyczek, który złamie się na wietrze! Niech ich szlag weźmie! Zabijam demony i rzucam nimi o ściany jak prawdziwy strongman, a oni mi będą wmawiać, ze słaby jestem! Nie jestem, prawda, Sorath?! - oburzył się.
     - Nie jesteś - odpowiedział rozbawiony Sorathiel, chwytając w dłonie filiżankę gorącej herbaty.
     - No, właśnie - burknął zdołowany Auvrey - Życie jest do dupy. Wolałem dalej być nastolatkiem i pozostać pod okiem Hugha. Brakuje mi tego starego dziada, wiesz? Tak jak większości ludzi z naszej organizacji. Bez nich jest tu cicho - mruknął, pochylając się do przodu. Teatralnie owiał pomieszczenie swoim wzrokiem.
     - Dobrze wiesz, że nie byli pierwszej młodości - westchnął Sorathiel - Teraz będziemy szukać młodych rekrutów. Nigdy nie wiadomo, kiedy Reverentia znów wyda na świat swoich sprzymierzeńców - powiedział cicho - Póki co, jesteśmy tylko my. I kilka nielicznych demonów, które się nas boją,
     - Nie wiem czy to dobrze czy źle - burknął niepocieszony Nathiel - Czuję się jak bezrobotny - dodał, na chwilę milknąć. Nachmurzył się wyraźnie - Czekaj. Ja jestem bezrobotny. I dlatego życie jest do dupy.
     Zakańczając swoją wypowiedź, chłopak raz jeszcze sięgnął po telefon. Najwyraźniej wyczuł moment, bo akurat ktoś próbował się do niego dobić. Niestety, nie była to Laura, a obcy numer. Bez zastanowienia odebrał połączenie.
***
     Otworzyłam gwałtownie oczy. Dlaczego? Bo przypomniało mi się, że zemdlałam na pasach, kiedy auta z przeciwnej strony akurat zaczęły startować. Na szczęście nie byłam na ulicy. Byłam w jakimś dziwnym, całkowicie mi obcym pokoju.
     Zaniepokojona, zerwałam się gwałtownie z łóżka. Gdzie ja byłam i jakim cudem się tu znalazłam? Przez myśl mi przeszło, że to Gabrielle mogła mnie porwać, ale wystrój pokoju zdecydowanie odbiegał od demonicznych norm, które przypominały kamienne, zimne komnaty ze średniowiecza. Byłam wciąż w świecie ludzi. W dziecięcym pokoju, a przynajmniej tak sądziłam na pierwszy rzut oka. Kołdra pod którą leżałam, miała żółtą poszewkę w wielkie, pomarańczowe kropki, podobnie jak miękka, ogromna poduszka. Ściany były tu jasno różowe, blade. Dwie, białe firanki w kwiaty, przecinające się ze sobą i zawiązane wielkimi, białymi kokardami. Parapet pełen kwiatów. Szafki w kolorze turkusu i bladego brązu. Na biurku czarny laptop, masa pozgniatanych papierów, czystych kartek, bazgrołów i kredek. Kilka pustych szklanek - prawdopodobnie po herbacie. Na podłodze jakieś ciuchy, na pewno nie należące do dziecka. I tablica korkowa zawieszona nad łóżkiem, która szczególnie zwróciła moją uwagę. Odkryłam kołdrę i na kolanach przeniosłam się pod ścianę. Najpierw w oczy rzucał się rysunek, znajdujący się na środku tablicy. Dookoła niego była złocista ramka, przypominająca tą, którą dzieci robią w przedszkolu z makaronu. Na mangowym bazgrole znajdowała się piątka dziewczyn. Każda wyglądała inaczej, każda była podpisana. Jedna z nich, najwyższa, najwyraźniej coś śpiewała, druga, złotowłosa, dzierżyła w ręce dziwne, niebieskie karty, trzecia, wyglądająca naprawdę groźnie i temperamentnie, rzucała błyskawicami, czwarta stała z kubkiem herbaty, a nad jej głową widniały dziwne obrazy, jakby wizje, piąta wystawiała przed siebie dłonie z niewiadomych przyczyn. Ktoś musiał mieć niezłą wyobraźnię i może lubował się w wymyślaniu opowieści lub też... oglądał japońskie bajki jak Nathiel.
     Westchnęłam i przeniosłam wzrok niżej. Było tam kilka zdjęć. To one uświadomiły mnie o tym, że postacie z rysunku były prawdziwe. Płomiennowłosa dziewczyna, krzycząca coś w stronę aparatu, ubrana w różowy fartuch z napisem: "mistrz kuchni". Dzierżyła w ręku patelnię na której podrzucała jakiegoś naleśnika. U dołu zdjęcia, dwie niewyraźne plamy, przedstawiające roześmiane oczy w kolorze jasnej zieleni i błękitu. Inne zdjęcie ukazywało siedzącą na podłodze dziewczynę o splątanych, ciemnych blond włosach. W ręku, podobnie jak na rysunku, trzymała kubek herbaty. Dookoła niej, na podłodze, piętrzyły się stosy książek. Wyglądała tak, jakby nie zwracala uwagi na otoczenie. W tle, gdzie znajdowała się sofa, dwie, prawdopodobnie te same dziewczyny co na wcześniejszym zdjęciu, wychylały swoje ręce ponad jej głowę i uśmiechały się wesoło do aparatu. Trzecia fotka przedstawiała zapłakaną, brązowooką dziewczynę, która krzyczała coś z wyrzutem w stronę obiektywu, trzymając rannego kota w ramionach. Nachylała nad nim dłoń, jakby chciała go ochronić, czy też uleczyć. Nad jej plecami pochylała się obojętnie, płomiennowłosa dziewczyna, która patrzyła w stronę aparatu, jakby chciała go zniszczyć. Prawą rękę miała uniesioną do góry. Było tu jeszcze coś dziwnego. W tle widniały dziwnie zamazane... błyskawice. Albo to flesz albo jakaś wyjątkowo dobra przeróbka. Na ostatnim zdjęciu, znajdowała się już cała grupa. Całość była robiona z ręki. Pół twarzy bladej, błękitnookiej osobnicy, która najwyraźniej robiła zdjęcie i pragnęła objąć wszystkie razem, skryta za nią, nieśmiała, złotowłosa dziewczynka w okularach, zbulwersowana, płomiennowłosa, która z nienawiścią patrzyła w aparat z rogu samego zdjęcia, brązowe oczy i uniesione w górze ręce jednej z dziewczyn, która znajdowała się gdzieś po środku oraz osobnica, ponownie dzierżąca kubek w dłoni - najwyraźniej też nie była zbytnio zadowolona, gdyż unosiła brew do góry. Mimo wszystko widok tych zdjęć wywołał na mojej twarzy uśmiech. Na pewno byłam w miejscu, gdzie nie czekało mnie nic złego. Osoby znajdujące się tu, wyglądały, jakby przyjaźniły się ze sobą długi czas. Pytanie tylko: co ja tu do cholery robiłam?
     Dopiero teraz usłyszałam jakieś ciche szepty, dobiegające zza drzwi. Wytężyłam słuch.
     - No, weźcie no! Przecież nas nie zadźga tępym nożem, nie?!
     - Chyba cię pogrzało, ruda pało! Mieliśmy się nie wtrącać w ich świat!
     - A-ale...
     - Najlepiej od razu ją zabić!
     Przez moment, słysząc agresywny głos, który pasował mi do właścicielki płomiennych włosów, przeszły mnie ciarki. Może jednak nie byłam tu do końca bezpieczna?
     Bez zastanowienia chwyciłam za nóż, który dzierżyłam w szerokiej kieszeni bluzy. Ostrożnie i powoli, aby nie dać znać, że się poruszam, przeturlałam się z łóżka na podłogę. Ciche kroki, skierowałam ku drzwiom. Miałam szczęście, gdyż panele nie wydawały z siebie żadnych oddźwięków. Byłam praktycznie bezgłośna.
     - No, weź tak nie mów! Przecież to nie nasz wróg! Dlaczego zawsze jesteś taka agresywna?
     - Przestańcie się kłócić.
     Głosy stawały się coraz wyraźniejsze, a moje serce coraz szybciej biło. Nie wiedziałam czego się spodziewać, jednak na wszelki wypadek wolałam trzymać w ręku nóż.
     - Nie przestaniemy! Bo jak zwykle zbyt otwarcie traktuje swoją pracę! Jakby mogła, to by światu zdradziła kim do cholery jesteśmy!
     - Bo dlaczego świat ma tego nie wiedzieć, skoro mu pomagamy?!
     - Trzymajcie mnie, za chwilę ją strzelę w ten pusty łeb błyskawicą! Jak przeżyje, to może zmądrzeje!
     Gdy chwytałam za klamkę, na korytarzu odbywała się właśnie lekka szarpanina. Wyzwiska i głośny płacz jednej z kłócących się zlewały się w jedno. Postanowiłam wykorzystać moment ich nieuwagi. Otworzyłam drzwi z rozmachem, a w stronę zgromadzonych dziewczyn, wystawiłam exitialis. Cała piątka ze zdjęć, spojrzała na mnie odrobinę zaskoczona i zdezorientowana. Ja w sumie też nie wiedziałam jak zareagować. Chciałam wyglądać groźnie, ale w obecnej chwili czułam się co najmniej nieswojo.
     Pierwsza zareagowała płacząca wcześniej, wysoka dziewczyna o błękitnych oczach. Jej nagła radość na twarzy i tajemniczy błysk w oku kolidowały odrobinę z jej czerwonym nosem i zarumienionymi od płaczu polikami.
     - Jej! - wykrzyknęła radośnie, przez co aż podskoczyłam do góry - Obudziłaś się wreszcie! Dobrze się czujesz? - spytała, przekręcając głowę w bok.
     Zamrugałam kilka razy oczami, nie wiedząc jak odpowiedzieć. Na chwilę straciłam czujność, ale tylko na chwilę. Zaraz zacisnęłam nóż w dłoni i skierowałam go w stronę lekko zdziwionej dziewczyny, która wystawiła przed siebie ręce w obronnym geście.
     - Co tu robię? - spytałam ochrypłym głosem.
     - To ja cię tu przyprowadziłam - odpowiedziała brązowowłosa. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Zupełnie, jakby zaczynała się bać, że mogę dźgnąć ją w końcu nożem.
     Patrzyłam na nią uparcie, próbując zrozumieć jakim cudem mnie tu przyprowadziła.
     - No, nie patrz tak na mnie - nachmurzyła się - Silna jestem. 175 centymetrów wzrostu mam! Trochę ważę, trochę mięśni też posiadam - mówiąc to, wystawiła swoją rękę i napięła mięsień ramienia - A ty taka drobniutka i bezbronna, że naprawdę nie miałam z tym problemu.
     Jeszcze raz zamrugałam nierozumnie oczami, próbując zrozumieć, co ta obca, ześwirowana dziewczyna do mnie mówi.
     - Madlene Barrel! - przedstawiła się wesoło, wystawiając w moją stronę rękę. Zadziwiało mnie to, że wciąż się nie poddawała i pozostała radosna.
     - Kim jesteś? - spytałam, unosząc brew do góry. Spojrzałam tylko obojętnie na jej bladą, smukłą dłoń, nie opuszczając noża w dół.
     - Wiedźmą! - wykrzyknęła radośnie dziewczyna.
     Następne dzieje były dla mnie nader zaskakujące. Grupa dziewczyn stojąca za nią, rzuciła się w jej kierunku. Płomiennowłosa zatkała jej usta na w spółkę z herbatomaniaczką i pociągnęła ją do tyłu, złotowłosa dziewczynka zaśmiała się nerwowo, a osobnica, która na zdjęciu próbowała uleczyć kota, rzuciła się w moją stronę i tuż przed moimi oczami machnęła dłonią. Miałam dziwne wrażenie, że pojawił się przede mną jakiś srebrzysty pył. Nie wiem, może były to jakieś omamy wzrokowe. Bynajmniej natychmiastowo ogarnęło mnie uczucie senności, które zwaliło mnie z nóg. W tle usłyszałam tylko głośne wyzwiska, które z trudem docierały już do mojej świadomości. Usnęłam.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

[TOM 2] Rozdział 4 - "Bo co złego, musi zniknąć"

I mamy kolejny rozdział. Ten w jakiś sposób mi się podoba. Malinki <3. Z jednodniowym opóźnieniem, albowiem jestem za granicą i zbyt często nie ma mnie w domu.
Na razie nie mam kiedy pisać, na dodatek straszliwie namieszałam w całej rozpisce. Czasami sama nie mogę się połapać co ma być dalej, zastanawiam się jak mam z tego wyjść, czy w ogóle połowy z tego nie wywalić. Mam takie głupie wrażenie, że to już nie to WCN co kiedyś. A może to wcale nie jest złe? Trzeba iść do przodu.


Zostałam otagowana przez zaj... Króliczka huehue. W sumie już nie zgłaszam do tej zabawy osób, bo to robiłam na innym blogu. Dziękuję, Królik! Tak więc piosenki podchodzące pod mój adres. Wszystkie kocham, wszystkie są epickie <3.

C - Chop Suey! (System of a down)

I - I just wanna live (Good Charlotte)

E - Edge of a revolution (Nickelback)

N - Never gonna find me (The Offspring)

N - Never gonna be alone (Nickelback)

O - Otherside (Red hot chilli peppers)

C - Close to lose it all (Nomy)

Y - You're gonna go far, kid (The Offspring)
***

     Krople wody ściekały po moich świeżo umytych włosach, tworząc drobną kałużę pod moimi stopami, zielonkawy ręcznik w kolorze moich oczu, oplatał moje blade, drobne ciało, w górze unosił się zapach różanego żelu pod prysznic. Zdecydowanie jednym z najlepszych momentów odprężenia dla mojego ciała była ciepła kąpiel. To pozwalało mi naprostować kręgosłup, który pod wpływem noszenia niewielkiego jeszcze ciężaru w brzuchu, czuł się jak połamany kij od miotły. Czasami kręcąc się w nocy po łóżku, miałam ochotę wyrwać go siłą z pleców i wyrzucić przez okno. Potrzeba utrzymywania mojego ciała w pionie, uniemożliwiała mi to jednak. Na niewiele zdawały się codziennie masaże Nathiela, przy których usypiałam jak dziecko. Nie byłam tylko pewna, czy usypiam z powodu kojącego dotyku ciepłych dłoni czy też z nudów, gdy przez godzinę musiałam wysłuchiwać jego urojeń mózgowych. Nieważne. Ważne było to, że jakimś cudem lądowałam wtedy pod kołdrą i spałam całą noc jak malutki niemowlak, którego nie można było obudzić siłą.
     To był mój czwarty miesiąc ciąży. Z dumą mogłam stawać już przed lustrem i prezentować swój wielki, odstający brzuch. Wszyscy wkoło byli zdziwieni, sądzili raczej, że jestem gdzieś przy końcu ciąży. Kto wie, może to wina mojej drobnej postury? Trzeba też zważać na to, że Nathiel był sporo wyższy niż ja, a w moich żyłach płynęła krew Aidena, który sam do najniższych nie należał. Dziecko mogło być spore.
     Wciąż nie wiedziałam jakiej płci jest bezimienny, mały Auvrey. Moje badanie usg wypadało w następnym miesiącu. Na szczęście nie miałam preferowanej płci, za to Nathiel trzymał kciuki za dziewczynkę. Był przeświadczony o tym, że będzie córeczką tatusia. Nawet na moment w to nie zwątpiłam. Wiedziałam, że będzie ją rozpieszczał na wszelakie, możliwe sposoby. Oby tylko nie nauczył jej władać nożem, zanim nauczy się chodzić.
     Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze. Całe szczęście, nie wyglądałam już tak przerażająco jak dwa miesiące temu, kiedy wszystkie objawy ciążowe zlały się w jedno. Nie zdarzało mi się też mdleć. Wszystko co złe, zdawało się bezpowrotnie minąć.
     Poklepałam delikatnie swój brzuch i wyszłam z łazienki w celu odnalezienia swojej zawieruszonej gdzieś, białej sukienki. Byłam pewna, że Nathiel siłą  ją stąd wyrwał, ażeby tylko zobaczyć mnie paradującą w samym, kusząco krótkim ręczniku. Nie myliłam się. Stał oparty o framugę sypialni w seksownej pozie, wpatrując się we mnie ze swoim uwodzicielskim spojrzeniem. Nie, panie Auvrey, wcale to na mnie nie działa.
      - Tego szukasz? - spytał podejrzanym, namiętnym szeptem, unosząc do góry biały materiał.
     Przewróciłam oczami, podchodząc do niego i wyrywając mu go siłą.
     - Z tobą zawsze pod górkę - mruknęłam niepocieszona.
     - Oj, tam. Przyznaj się, że lubisz ze mną mieszkać.
     Westchnęłam, spoglądając w bok.
     Odkąd zamieszkałam z Nathielem, minęły już 2 miesiące. To o 2 miesiące za dużo. Trudno było nam chwilami dojść do porozumienia. Często się kłóciliśmy, nie odpowiadały nam nasze nawyki mieszkaniowe, jedliśmy o zupełnie innych porach, zupełnie inne rzeczy. Gdy mieliśmy zrobić coś wspólnie, też nie było to dla nas łatwe. Każde z nas było przyzwyczajone do osobnego trybu życia. Mam nadzieję, że nie będzie tak do końca. Może gdy pojawi się dziecko, całkowicie zmienimy swoje nastawienie?
     - Moja odpowiedź brzmi: nie - odpowiedziałam, wynosząc się z powrotem do łazienki, którą zamknęłam na cztery spusty, ażeby tylko Nathiel się do niej nie dostał. Oczywiście jak podejrzewałam, usiadł pod drzwiami.
     - Wiem, że jesteś w ciąży i w ogóle, ale czasami już nie mogę wytrzymać z twoimi humorami - zaczął lekko obrażonym głosem.
     - Poczuj mój ból - westchnęłam - Ja z twoimi musiałam wytrzymywać, odkąd cię poznałam.
     - To nie to samo! - oburzył się chłopak. Po jego słowach nastąpiło głośne uderzenie w drzwi. Domyśliłam się, że to Nathiel bezradnie uderzył w nie głową.
     - Masz racje - zaśmiałam się - Zachowujesz się nawet gorzej niż kobieta w ciąży.
     - Nie mam głupich zachcianek żywieniowych jak ty! Cały czas jem i piję to samo!
     - Rzeczywiście. Żywienie się tostami i picie kawy jest bardzo odżywcze. Chyba przerzucę się na tą dietę. Nasze dziecko z pewnością będzie szczęśliwe.
     - Hej, oprócz tostów jem też słodycze. No i krakersy.
     - Co nie zmieni faktu, że żywisz się śmieciami.
     Prychnęłam cicho, zakładając na siebie białą sukienkę. Jeszcze raz obejrzałam siebie w lustrze. Może i nie przepadałam za własnym wyglądem, ale musiałam przyznać, że większy brzuch nie wyglądał u mnie tak źle. Nieskromnie mogłam powiedzieć, że dodawał mi uroku. Moja twarz rozszerzyła się na chwilę w uśmiechu.
     - Laura, wyjdź - usłyszałam dziecięcy jęk spod drzwi.
     Uśmiech od razu zszedł z mojej twarzy. Miałam dosyć marudzenia Nathiela. Choć raz mógłby się zamknąć, umilknąć na głupie pół godziny. Wiem, byłoby to dla niego nie lada wyzwanie, ale niech przynajmniej spróbuje, będę mu wdzięczna za kilka minut życia w ciszy i spokoju.
     - Wyjdę, jak kupisz mi maliny - mruknęłam - I czekoladę. Najlepiej z bakaliami.
     Nastąpiła długa cisza.
     - Dobrze, jeszcze serek topiony z kawałkami szynki. Mam ochotę na kanapki - dodałam.
     Znowu nastało milczenie. Postanowiłam kontynuować listę swoich ciążowych życzeń. Na szczęście Nathiel mi przerwał. Doskonale wiedział, że mogę tak w nieskończoność. Nie chciał poszerzać listy zakupów i powiększać dziury w swoim portfelu.
     - Dobra, dobra, więcej zamówień nie przyjmuje i tak nie mam pojęcia gdzie znajdę ci o tej porze roku maliny - prychnął.
     - Jak mnie kochasz to znajdziesz - powiedziałam bezdusznie, otwierając gwałtownie drzwi od łazienki. Auvrey wylądował pod moimi stopami. Chyba nie było to zbyt dobre zagranie z mojej strony. Przekonał mnie o tym zabójczy uśmiech, który rozświetlił jego twarz kilka sekund później.
     Nadepnęłam, czy może raczej przykryłam gołą stopą jego twarz w miejscu, gdzie miał oczy. Nie musi widzieć więcej niż ja. Chyba następnym razem wstrzymam się od szalonych zmian, które polegają na noszeniu przeze mnie sukienki. Nigdy ich nie nosiłam.
     - W cholerę szalenie mocno cię kocham, zrobię dla ciebie wszystko - zaszczebiotał, szczerząc swoje białe zęby. Wcale nie przeszkadzała mu stopa, która zasłaniała cały jego widok na świat.
     - Bo zobaczyłeś moje majtki? - spytałam, prychając.
     - Nie byle jakie. W żółte, słodkie kaczuszki - zaśmiał się.
     Zarumieniłam się lekko i całkowicie nieświadomie, przydepnęłam jego twarz mocniej. Auvreyowi to jednak nie przeszkadzało. Zaniósł się zabójczym śmiechem, pozbywając się mojej bladej stopy z oczu. Szybko i zgrabnie, przeniósł się do pionu, nie chcąc już narażać się na mój gniew. Z trudem zaciskałam usta. Nie chciałam przypadkiem warknąć do niego jakiś niemiłych słów. Miał trochę racji. Podczas ciąży byłam nieznośna. W jednej chwili zalewałam się łzami, pragnąc od niego czułości, a potem zaczynałam go obrażać, znajdując sobie byle jaki powód do kłótni. A jeśli nasza niezgoda domowa była głównie moją winą?
     Cudem stłumiłam w sobie nadchodzącą falę rozpaczy, spowodowaną kolejnym, głupim powodem. Nadmiar hormonów przeszkadzał mi w życiu codziennym. Chciałam, żeby dziecko jak najszybciej wyszło na świat. Powoli zaczynałam mieć go dosyć w warunkach ciążowych.
     - Idę - zaczął z cichym, bezradnym westchnięciem Nathiel, otrzepując teatralnie swoją koszulkę z napisem: "gorący tatuś". To chyba jedna z niewielu koszulek, która wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Niech ludzie wiedzą, że już do kogoś należy.
     - Nie kombinuj - usłyszałam surowe brzmienie głosu Nathiela.
     Prychnęłam cicho pod nosem, ignorując jego wypowiedź.
     - Maliny, Nathiel - warknęłam znacząco, na co chłopak przewrócił oczami.
     - Życz mi miłego skakania po krzakach - westchnął.
     - Życzę ci miłego skakania po krzakach - mruknęłam od niechcenia - Nie daj się zabić.
     - Masz racje. Maliny to mali mordercy. Wezmę nóż.
     - I tak go zawsze przy sobie masz.
     Uśmiechnęłam się delikatnie, posyłając mu znaczące spojrzenie. Chłopak nie odpowiedział. Wiedziałam, że jego celem było poprawienie mi humoru. Chyba sam nauczył się z obserwacji, kiedy zbliżają się moje ciążowe fale rozpaczy.
     Ciepła dłoń poczochrała moje mokre włosy. Więcej słów już nie zamieniliśmy. Łowca malin wyszedł z domu, a ja zostałam sama z własnymi myślami. Świetnie. Chwila spokoju za którą tak tęskniłam. Może nareszcie pouczę się, nie słysząc narzekań.
     Zgodnie z własną zachcianką, z sypialni zgarnęłam podręcznik i zeszłam na dół do kuchni. Bo nauka bez kubka różanego earl greya to nie nauka. Gdy woda się parzyła, ja spoglądałam w oświetlane promieniami słońca małe, czarne literki. Wyjątkowo raziły mnie w oczy. Z przykrością musiałam też stwierdzić, że czytany tekst nijak wchodził mi do głowy. Zupełnie, jakby mój umysł został przyćmiony. Miałam nadzieję, że nie dotknął mnie syndrom głupoty, związany z mieszkaniem z Nathielem.
     Podejmując jeszcze kilka nieudanych prób czytania, nareszcie się poddałam. Moja nauka nie miała w tym momencie sensu. Moja nauka nie miała sensu od jakiegoś miesiąca. Nie potrafiłam się skupić, co nigdy mi się nie zdarzało.
     Odłożyłam książkę na bok, ukazując swoje zirytowanie. Głośne trzasnięcie rozległo się po całej kuchni. Znowu miałam ochotę płakać. Z bezsilności, głupiego uczucia samotności, które przed chwilą mi nie przeszkadzało i nieuzasadnionego chaosu, który miałam w myślach.
     Jęcząc cicho z bezradności, położyłam głowę na słońcu. Mokre włosy rozlały się po hebanowym stole, starając się wchłonąć promienie słoneczne. Choć niebo było dziś radosne i starało się zarażać swoim nastrojem, ja nie miałam chęci na cieszenie się. Po prostu, zwyczajnie. Moje myśli zajmowało tysiąc innych spraw i to takich, które nie były zbytnio pocieszające.
     Sorathiel poważnie zaczął się zastanawiać nad przygarnięciem kilku nowych członków do Nox. Może i sytuacja w świecie ludzi wciąż wyglądała tak samo - spokój, cisza, tylko kilka zbłąkanych demonów, nie mających pojęcia z kim zadzierają, ale dzieje w Reverentii wyraźnie wskazywały na to, że nie jest dobrze. Bo czy demony zbudowałyby na nowo swoją fortece bez powodu? Co prawda wciąż stała spokojnie w miejscu i nic nie wskazywało na to, aby coś tam się działo, ale sam Andariel, przekazujący informacje siostrze, zauważył, że cieniste demony znowu wyszły na prowadzenie i wyraźnie królują w Reverentii. To nie jest dobra oznaka. Coś szykowali. To tylko kwestia czasu, zanim demony zaczną wychodzić znowu na świat ludzi. A może się myliłam? Od zawsze myślałam w pesymistyczny sposób.
     Podłożyłam ręce pod podbródek i zaczęłam bez celu przyglądać się lodówce na której wisiała stara kartka z napisem: "Umyj wreszcie naczynia!". Oczywiście była mojego autorstwa i jak się idzie domyślić, prośba nie została wypełniona. Nie wyobrażałam sobie Nathiela samego w domu i to z dzieckiem. Już widziałam stosy śmieci na ziemi, karaluchy wędrujące wesoło koło zlewu, stosy nieumytych talerzy, milion dziecięcych, zużytych pieluch i płaczące, umorusane czekoladą dziecko. Aż na tą wizję przeszły mnie ciarki. Przecież Nathiel nie poradziłby sobie beze mnie. To oczywiste.
     Kątem oka spojrzałam na nieumytą patelnię, która wywołała moje westchnięcie. On naprawdę nigdy się nie nauczy.
     Wstałam i zabrałam się do porannego sprzątania, starając się skierować swoje myśli na inny, przyjemniejszy tor.
     Dwa dni temu Nathiel wpadł do domu, zupełnie, jakby coś się stało. I rzeczywiście, stało się, bo przybiegł do mnie z wielką torbą dziecięcych ciuszków. Dziewczęcych ciuszków. Gdy ja patrzyłam na niego jak na idiotę, unosząc do góry brew, on pokazywał mi kolejne ubranka, ciesząc się jak mała dziewczynka z nowej zabawki. Jego ulubionym były oczywiście śpioszki z napisem: "moje serduszko jest przy tacie". Przy nich stwierdził, że to lepsza opcja niż "córeczka tatusia", która jest już do bólu przestarzała. Szczebiotał tak z dobre pół godziny, aż w końcu uświadomiłam go, że to niekoniecznie musi być dziewczynka. Wcale się tym nie przejął, stwierdził, że na robienie dzieci mamy całe życie. Postanowiłam tego nie komentować.
     Cieszyło mnie, że tak bardzo angażował się w przyszłą rolę - swoją drogą, szybko się z nią oswoił - ale nie popierałam jego entuzjazmu. Chociażbym chciała, nie potrafiłam się tak cieszyć. Dla mnie noszenie dziecka w brzuchu było już codziennością. Czekałam, aby dobiegła końca i zmieniła się w inną. Nie twierdzę przy tym, że nie obchodzi mnie istota, którą w sobie mam. Póki co, traktowałam ją po prostu zwyczajnie. Ot co, moje i Nathiela dziecko.
     Zadowolony tatuś wybrał już pokój dla swojej niedoszłej córeczki. Początkowo byłam przeciwna jego wyborowi, w końcu  pokój, który wskazał był kiedyś pokojem mojej przyszywanej matki, ale w końcu pogodziłam się z losem i uznałam, ze ta opcja nie jest zła. W końcu Joanne mieszkała obok mnie. Chyba nie muszę wspominać, że z trudem powstrzymywałam go od kupna różowych smoczków, różowego łóżeczka i różowego dywanika? Modliłam się, żeby tylko nie wrócił z malinami i czymś jeszcze.
     Przeklinałam zmarłego Hugha za to, że uzbroił się w testament w którym przypisał cały swój majątek Nathielowi i Sorathielowi po połowie.  Tak, to piękny gest, w końcu sam nie miał własnych dzieci, a więc wydawało się, że potraktował tych dwóch łowców jak swoją rodzinę, ale nigdy nie sądziłam, że Hugh był bogaczem. Tak, ten fakt zadziwił nas wszystkich. Do tej pory nie mamy pojęcia jak dorobił się tak wielkiego majątku. Nathiel uparcie twierdził, że pędził wino, Sorathiel nie miał teorii. Ja byłam nawet skłonna ku rozwiązaniu, że mógł prowadzić własny burdel, bo nic mnie już w życiu nie zdziwi. Bynajmniej przekazywanie Nathielowi tak wielkiej ilości pieniędzy nie było rozsądne. Dlaczego nie przekazał wszystkiego Sorathielowi i nie zawarł w testamencie słów, które mogłyby mówić o tym, że ma zarządzać majątkiem, a także dzielić się nim z Nathielem? To byłoby lepsze rozwiązanie. Auvrey przecież wydawał pieniądze bardzo nierozsądnie, na głupie zachcianki. Trzeba też pamiętać, że majątek nie jest wieczny i cały czas się pomniejsza. Z Sorathielem od roku próbujemy przekonać Nathiela do znalezienia pracy. Chyba nie jest tym pomysłem zbytnio uradowany, bo ucieka od tego jak może.
     Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy usłyszałam otwierające się z rozmachem drzwi. Tak więc "pan domu" nareszcie wrócił. Muszę przyznać, że poszło mu to niezwykle szybko.
     Głośne stąpanie nerwowych kroków świadczyło jednak, że stało się coś nieoczekiwane.
     Uniosłam do góry brew i odwróciłam się w stronę wejścia do kuchnia. Stał w nich nachmurzony, niepocieszony Nathiel z liśćmi we włosach. Nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem.
     - To nie jest śmieszne - warknął chłopak.
     - Szukałeś malin w krzakach, głupku? - spytałam rozbawiona, podchodząc do niego i wyjmując mu troskliwie liście z roztrzepanych włosów.
     - Nie, w sklepie - mruknął niepocieszony.
     - Dzikie krzaki malin zaatakowały cię w supermarkecie? - spytałam, udając zdziwienie.
     - Nie, to jakiś demoniczny pies rzucił się na mnie w drodze powrotnej, bo wyczuł, że mam kiełbasę - warknął chłopak - A potem to już szło z góry. Dosłownie.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Widząc nachmurzoną, obrażoną i lekko zirytowaną minę Nathiela, nie mogłam powstrzymać się od podarowania mu drobnego pocałunku w polik. To od razu rozpromieniło jego twarz.
     - Widzisz ile dla mnie znaczysz? - spytał z uśmieszkiem, spoglądając w moje oczy.
     - Widzę - odpowiedziałam, odbierając z jego rąk pudełko malin. Uśmiechnęłam się wrednie pod nosem i nim Auvrey rzucił się na mnie z ustami, pragnąc gorących podziękowań, oddaliłam się od niego na bezpieczną odległość. Za plecami usłyszałam ciche prychnięcie, ukazujące niezadowolenie. Teraz ważniejsze były dla mnie maliny. Już na stojąco, zaczęłam je pałaszować, jakbym się bala, że Nathiel mi je zabierze, a było to całkiem prawdopodobne.
     - Hej, maliny ci nie uciekną - zaśmiał się chłopak.
     Chwilę potem zaszedł mnie od tyłu i objął dłońmi tak, że trzymał je teraz na brzuchu. Początkowo nie widziałam w tym celu, ale twarz, która nagle nachyliła się nad moim pudełkiem z owocami, potwierdziła moje obawy. Chciał tylko, żebym straciła czujność. Jego usta chwyciły zgrabnie jedną z malin, a ja warknęłam pod nosem wściekle.
     - Nie zawsze muszę używać rąk - powiedział, puszczając mi oczko.
     - Nie zawsze używasz mózgu - burknęłam obrażona.
     - To tylko jedna malina, Laura.
     Auvrey wzruszył obojętnie ramionami, nareszcie się ode mnie odsuwając.
     - Moja malina! - pokazałam swoje oburzenie, tupiąc nogą niczym dziecko.
     Nathiel zaśmiał się gromko, klepiąc mnie po głowie jak małą, grzeczną dziewczynkę. Lekko się zirytowałam. Chciałam odtrącić jego dłoń, ale nagle i bez powodu zastygłam w bezruchu. Zupełnie, jakby ktoś przejął władzę nad moim ciałem. Ta sama moc, nakazała mi wypuścić koszyk cennych malin na podłogę. Obserwowałam jak kilka, dorodnie różowych owoców, rozsypuje się po podłodze, tworząc na niej krwawą rzeź. Zdziwiona spojrzałam na swoje ręce. Drżały.
     - Laura?
     Mój szmaragdowooki kochanek zareagował natychmiastowo. Obrócił mnie w swoją stronę gwałtownie i spojrzał w moją twarz, przytrzymując mnie za łokcie. Wyglądał na poważnego.
     - Wszystko dobrze?
     Nie kiwnęłam głową, choć gdybym mogła, pewnie bym to zrobiła. Straciłam kontrolę nad swoim ciałem, które powoli stawało się bezwładne. Już wiedziałam co się dzieje. Ciążowy syndrom sprzed miesiąca powrócił do mnie. I to ze zdwojoną siłą. Moje osłabienie uderzyło mnie jak wybuch bomby. Wszystkie dolegliwości zlały się w jedno. Najpierw straciłam równowagę, którą zajął się Nathiel, biorąc mnie w ramiona, później poczułam falę gorąca. Na raz zabrakło mi powietrza i dotknęły mnie zawroty głowy, mieszane z mdłościami. Do tego wszystkiego znajome ciemnienie przed oczami i otępienie. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie przeżyję tego ataku. Bo nagle wszystkie siły życiowe mnie opuściły.
     - Co się dzieje? - spytał zaniepokojony Auvrey, który już niósł mnie w stronę łóżka - Znowu to samo?
     Wydawało mi się, że jak zawsze nie będę w stanie mówić, a jednak, mój atak przynajmniej pozwolił mi na otwarcie ust.
     - Energia - szepnęłam słabo - Znika.
     - Czujesz się tak, jakby pożerał ją demon? - spytał Auvrey, zachowując zimną krew.
     - Tak - dodałam cicho, czując, że to limit moich marnych słów.
     Usłyszałam głośne przekleństwa płynące z ust demona. Brzmiały zupełnie tak, jakby chłopak wiedział co się dzieje. Wiedział? Skąd?
     Próbowałam wymówić jego imię, ale bezskutecznie. Nawet nie wiedziałam czy drgnęły mi usta. Znów moja słabość zaprowadziła mnie do ciemnego kąta nieświadomości. I zniknęłam. Na długo.
***
      - Jest tak jak podejrzewałem.
     Rozmówca stojący po drugiej stronie telefonu, westchnął ciężko, przeczesując swoje czarne, roztrzepane włosy. Cały czas próbował sobie wmówić, że jest inaczej, że wszystko jest dobrze i przebiega tak jak należy, ale nie. Po 5 latach życia we względnym spokoju, w końcu ich świat musiał przewrócić się do góry nogami. Laura ciągnęła za sobą pecha, zupełnie, jakby ktoś ją przeklął i to ostrą klątwą. Nawet przy niej jego optymizm i szczęście niewiele dawały.
     Chłopak odgarnął kosmyk mokrych włosów z czoła swojej ukochanej. Z gorączkowymi rumieńcami i zamkniętymi powiekami, obleganymi przez delikatne, jasne rzęsy, wyglądała jak mała, chora dziewczynka, która potrzebowała dużo troski, żeby wyzdrowieć.
     - A więc idąc zgodnie z twoją teorią - zaczął po krótkiej chwili ciszy Nathiel - Laura nosi w sobie demona.
     - Tak sądzę - odezwał się spokojny głos w telefonie.
     - I ten demon - zaczął niepewnie - Nieświadomie pożera energię potencjalną, znajdującą się w jej ludzkiej połowie.
     - Dokładnie.
     Auvrey nachmurzył się, marszcząc czoło. Wzroku ani na chwilę nie oderwał od twarzy Laury.
     - Ale jak w przypadku Andi, nie może wyżreć jej do końca. W końcu Laura jest nie tylko człowiekiem. Demon nie może zabierać energii demonowi, prawda?
     - Nathiel, nie mam ochoty na potwierdzanie wszystkich twoich pytań. Zadajesz mi je po raz setny - westchnął jego przyjaciel - Nie powinno jej grozić nic poważniejszego.
     - Ale ona naprawdę się męczy, Sorath - westchnął czarnowłosy - A skoro jest w dużej mierze człowiekiem, może się w końcu wykończyć.
     - Wymyślimy coś.
     Na tym rozmowa się zakończyła. Bezradny Nathiel rzucił telefonem na fotel. Chciał zrobić coś, dzięki czemu Laura poczuje się lepiej, dzięki czemu będzie bezpieczna, ale nie potrafił. Przecież nie zapuka do brzucha i nie powie własnemu dziecku, żeby opanowało swoją żądze pożerania, że powinno brać przykład z tatusia. Zabijanie go też nie wchodzi w rolę, w życiu nie zabiłby własnej córki - tak, to musi być córka, czuł to. Jedyne co mógł zrobić to zająć się Laurą w chwili, gdy jest jej źle. No i powinien być zawsze obok niej i to tak, że zacznie mieć go dosyć.
     Auvrey westchnął ciężko. Miał wrażenie, że gorączka wcale nie opuszczała ciała Laury. Wciąż miała rumiane poliki i oddychała niespokojnie, mrużąc oczy, marszcząc czoło i kręcąc głową na wszystkie strony. Od czasu do czasu z jej ust wyrywał się cichy, nieokreślony jęk.  Zdawała się walczyć. Tak jak wtedy, kiedy Andi zawładnęła jej cieniem. Ale to była zdecydowanie cięższa walka. W ciąży była bezradna.
     Ściągając delikatnie okład z jej czoła, zamoczył go na nowo w misce z zimną wodą. Za każdym razem, gdy na nowo go układał, Laura odprężała się i na chwilę przestawała rzucać po całym łóżku. Zmieniał go więc co kilka minut, zanim całkowicie przejmował ciepło z jej czoła. Nie, nie był udanym lekarzem, a wrzucaniem Laury do zimnej wody w wannie nie chciał ryzykować. To po prostu samoczynnie musi jej przejść, przecież niczego nie zrobi. Raczej wątpił w to, że gdyby wszedł w jej cień, spotkałby swoje dziecko. Poza tym gdyby tak się stało, miałby schizy do końca swoich dni, bo przecież to wciąż nierozwinięte, małe coś.
     Na samą myśl o płodzie leżącym w cieniu i to takim pokazywanym w książkach o rodzicielstwie, przeszły go ciarki. Powinien przestać zgłębiać ciążową wiedzę. Zdecydowanie.
     Pragnąc odsunąć od siebie dzikie myśli, które mogły być powodem późniejszych koszmarów, przyłożył dłoń do polika Laury. Może mu się zdawało, może nie, ale gorączka chyba lekko spadła. Laura też się uspokoiła. Zupełnie, jakby teraz zapadła w głęboki sen, zmęczona kilkugodzinną walką.
Nathiel zaczął ją delikatnie gładzić po poliku. Była cholernie krucha, a życie zdawało się tego nie dostrzegać. Może właśnie dlatego przy niej był? Raczej nie ma rzeczy, która by go złamała. Każdy cios wymierzony w twarz przyjmował ze śmiechem, z sarkazmem lub szaleńczą nutą rozwiązań. Nigdy się nie poddawał. Laura miała wiele chwil zwątpienia, wylała wiele łez. Może właśnie dlatego ze sobą byli? Bo się uzupełniali. I choć czasem odmienność ich zdań była nie do przejścia, coś wciąż ich przy sobie trzymało. Jedno, zalepiało dziurę drugiego. Zaraz. Dziurę? Nathiel uśmiechnął się diabelsko do swoich myśli, postanawiając tego nie komentować.
     Ziewnął. Zaczynał odczuwać lekkie zmęczenie. Mimo tego, że był demonem, żył w świecie ludzi już naprawdę długo. Przejął po nich wszelakie słabości. Gdyby żył w Reverentii, zapewne nie potrzebowałby wielu godzin snu, w tym świecie spał niczym niedźwiedź pogrążony w zimowym śnie. Dołączyć do tego ostatnie nieprzespane noce i gotowe. Brakowało mu tylko ciemnych cieni pod oczami. Ale on zawsze wyglądał idealnie, więc nic takiego mu nie groziło. Nieważne. Laura śpi, musi czuwać. Potem ona będzie czuwała nad nim.
     - Śpij, mój albinosie - szepnął cicho Nathiel, uśmiechając się do niczego nieświadomej Laury, którą pogładził czule po głowie.
***
     Mięta. Czułam obok siebie zapach mięty. Czyżby był to kolejny poranek z serii: nieświadomie wtulam się w pachnące kojącym ziołem, czarne, roztrzepane włosy?
     Mimowolnie się uśmiechnęłam. Uwielbiałam takie poranki. Na pewno o wiele bardziej niż te, kiedy budziłam się przygnieciona ramieniem Nathiela albo z jego dłońmi na swojej klatce piersiowej. Wtedy miałam ochotę przywalić mu gołą pięścią. Na szczęście dziś nie było to potrzebne.
     Otworzyłam nareszcie oczy, najpierw spoglądając w stronę okna. Powoli świtało. To dziwne, że budziłam się wyspana o takiej porze. Co prawda byłam odrobinę zmęczona i bez sił, ale gdybym zamknęła oczy, z pewnością miałabym problem z ponownym zaśnięciem. Nawet nie chciałam próbować. Już lepsze było leżenie przy wtulonym w ciebie Nathielu, który oddychał spokojnie i miarowo, wyglądając niczym aniołek, którym w rzeczywistości nie był. Jego usta drgały niespokojnie, jakby wymawiały jakieś słowa podczas snu. Miałam głupie wrażenie, że nie mówi coś o płodzie, ale to zapewne moje ciążowe spaczenie.
     Pogłaskałam go po włosach, dzięki czemu drobna zmarszczka na czole zniknęła, a usta przestały wymawiać głuche słowa. Uspokoił się i to dzięki dotykowi moich chłodnych dłoni.
     Nie przestawałam go głaskać. Wciąż leżałam w tej samej, lekko niewygodnej pozycji i mierzwiłam jego krucze, niesforne włosy. Mogłabym go mieć na co dzień w takim stanie. Przynajmniej nie śmiał się jak wariat, nie denerwował mnie i było w miarę spokojnie. Nie, żebym życzyła mu śpiączki. Odrobinę potrzebowałam jego żywej postawy, żeby przypadkiem nie oszaleć, nosząc dziecko w brzuchu.
     Spojrzałam przed siebie lekko tępym wzrokiem. Co się wcześniej działo? Pamiętałam tylko rozsypujące się po podłodze maliny i to, że znowu zrobiło mi się słabo, ze zdwojoną siłą. Zapewne musiałam usnąć na długi czas, a Nathiel przy mnie czuwał. Obok na szafce nocnej znajdowała się niebieska miska z wodą i szmatką, dryfującą po jej powierzchni. Najwyraźniej miałam gorączkę. To urocze, że się mną zajął w miarę dosyć ograniczonych możliwości. Byłam mu za to wdzięczna.
     - Laura - usłyszałam ciche chrypnięcie zmęczonego głosu.
     - Słucham? - szepnęłam, spoglądając w twarz Nathiela.
     - Płody w cieniu - mruknął ledwo słyszalnie, znacząco się chmurząc.
     - Co? - zdziwiłam się.
     - Płody. Śmieją się ze mnie. Takie dwa. I w cieniu siedzą. Energię żrą. Jak te sępy.
      Spojrzałam na Auvreya lekko zdezorientowana. O czym on do jasnej cholery gadał? Znowu śnił mu się jakiś kompletnie absurdalny sen? Po jego przebudzeniu nawet nie chciałam o nim słyszeć.
     Doskonale znałam szaloną wyobraźnię Nathiela, raz nawet w niej byłam. Mogłam się po prostu spodziewać wszystkiego. Lamy w raperskiej czapce i okularach przeciwsłonecznych, zarządzającej mafią rozbieganych i zbuntowanych malin, które żądają lepszego nawozu na farmie tęczowych baranów, którymi zaś zarządza człowiek-kot, lubujący w paleniu marihuany, podczas zachodów słońca. Różowa chmurka, która czuła się samotna i zawędrowała na ziemię, gdzie kąpała się w shake'u czekoladowym z McDonalda w raz z nagimi, złocistymi frytkami z KFC, które lubiły się chwalić kto ma dłuższego, a obok fioletowych krzaków pederastów, krył się przyczajony morderca o poczciwej nazwie Dimetyloaminoazobenzenosulfonian, bo tak naprawdę był oranżem metylowym, zamkniętym w pudełku, na dodatek cierpiącym na heksakosjoiheksekontaheksafobię, polegającą na baniu się liczby 666. Szatańskich mrówek, które zawładnęły Reverentią, robiąc z zamku burdel, gdzie prostytutkami były nagie drzewa, rumieniące się na sam widok boskiej klaty Nathiela Auvreya, który był kretynem wszystkich kretynów. Taka właśnie jest jego wyobraźnia. Nie do przejścia.
     Pragnąc uniknąć dalszych, sennych jęków Auvreya, chwyciłam go za polik i delikatnie uszczypnęłam. Chłopak natychmiastowo zmrużył oczy i jęknął boleśnie pod nosem. Jego ręka powędrowała w stronę polika, który zaczął powolnie rozmasowywać. Najpierw otworzył jedno szmaragdowe oko, później drugie.
     - Już nie śpisz? - spytał ospale.
     - Już dawno - odpowiedziałam z westchnięciem.
     - Ale miałem głupi sen.
     Gdy miał otworzyć usta, aby kontynuować swoją wypowiedź, natychmiastowo zatkałam mu dłonią buzię.
     - Słyszałam, gdy spałeś, nie musisz mi tego opowiadać - mruknęłam.
     Chłopak uśmiechnął się lekko, odrywając moją dłoń z twarzy. Wyglądało, jakby od razu zapomniał o swoim koszmarze. Najwyraźniej zdołał się już rozbudzić.
     - Dobrze się już czujesz? - spytał troskliwie, sprawdzając moje czoło. Jego mina wyglądała na usatysfakcjonowaną.
     - Lepiej - przyznałam - Coś się działo, gdy odleciałam?
     - Cały czas rzucałaś się po łóżku, miałaś wysoką gorączkę, coś jęczałaś i generalnie to nie było z tobą zbyt dobrze - westchnął.
     Spojrzałam zamyślona przed siebie.
     - A jeśli to demon? - mruknęłam.
     - Tak, to demon.
     Zdziwiłam się.
     - Skąd to wiesz?
     - Bo usłyszałem bardzo prawdopodobną teorię na ten temat.
     Następne kilka minut minęło mi na dokładnym przysłuchiwaniu się historii Nathiela, która była spowita dosyć ciekawą teorią Sorathiela na temat mojego słabnięcia. Moje dziecko to demon, co ani trochę mnie nie dziwi, pożerający nieświadomie moją energię? I to wszystko dlatego, że jestem pół demonem, a więc mam w sobie cząstkę człowieka? Początkowo bardzo dziwiło mnie to stwierdzenie, po logicznym przemyśleniu uznałam jednak, że mogło być prawdą. Właśnie tak się czułam, gdy mdlałam. Jakby ktoś pożerał moją energię z cienia, a przecież już raz przez to przechodziłam. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać co czuła Calanthe, gdy była w ciąży ze mną. Oczywiście oprócz obrzydzenia moją obecnością. Była przecież człowiekiem. Z drugiej strony, ja byłam pół demonem, a więc prawdopodobnie nie potrafiłam wkraść się do ludzkiego cienia czy pożreć ludzką energię. A więc powiedzmy, że to syndrom, który mógł dopaść tylko pół demona rozmnażającego się z demonem, a że byliśmy wyjątkową parą w tym wszechświecie, ta dolegliwość padła akurat na mnie, najbardziej pechową dziewczynę wszech czasów.
     Byłam załamana. Załamana i równocześnie zmartwiona o zdrowie, ale nie swoje, a dziecka. Jeżeli ciągłe pobieranie energii mnie wykończy to przecież nie będzie miał kto go urodzić.
     - Nathiel - zaczęłam z bezradnym westchnięciem, pragnąc uwolnić się od najczarniejszych myśli - A co jeśli...
     Nim zdołałam dokończyć zdanie, Auvrey rzucił się na mnie gwałtownie, zasłaniając mi usta dłonią. Byłam lekko zaskoczona jego zachowaniem.
     - Nie chcę tego słyszeć, Laura - powiedział ostrzegawczym, mrocznie brzmiącym głosem, od którego aż przeszły mnie ciarki - Nic się nie stanie, rozumiesz? - spytał już odrobinę łagodniej - Będę cały czas przy tobie i przysięgam na swoje życie, że jeżeli ten mały potwór będzie chciał cię zabić, ja zabiję go pierwszy.
     Wstrzymałam dech. Byłam zszokowana słowami Nathiela. Przez chwilę go nie poznawałam. Ani wyraz jego twarzy, ani jego słowa nie były do niego podobne. Wyglądał zbyt poważnie, mówił zbyt odważne rzeczy. Nie, nie może tak się zachowywać.
     Odepchnęłam jego dłoń gwałtownie, próbując ratować sytuacje.
     - To twoje dziecko - warknęłam, zaciskając usta. Byłam bliska płaczu - Nie waż się nic robić, nawet jeśli będę umierać!
     Nathiel spoglądał w moją twarz beznamiętnym wzrokiem przez dłuższą chwilę, aż wreszcie westchnął i odpowiedział:
     - Nie chcę cię stracić tylko dlatego, że spłodziłem nie to dziecko, co powinienem.
     Wszystkie negatywne emocje nagle we mnie wybuchły. Nie mogłam opanować łez, nie moglam opanować słów. Wypływały ze mnie samoistnie.
     - Skąd wiesz jakie ono będzie?! - wykrzyknęłam - Czy to jego wina, że jest demonem? Prosił się o to? Ty też nie chciałeś nim być, ale nie mogłeś tego zmienić! Ono jest zdane tylko na nas, na nikogo więcej! Spróbuj je tylko tknąć! Spróbuj, a...
     Czarnowłosy przyłożył palec wskazujący do moich ust, próbując mnie tym samym uciszyć.
     Zapłakanymi oczami spojrzałam w jego twarz. Teraz nie wyglądał na obojętnego. Był wyraźnie poruszony, lekko nachmurzony, może nawet smutny. Gdy lekko się uspokoiłam, chwycił mnie w swoje ramiona, mocno do siebie tuląc. Milczał. Milczał długi czas. Nie mogłam powstrzymać się od wyrzucenia z siebie jeszcze kilku słów na obronę dziecka.
     - To tylko omdlenia, Nathiel. Może nie czuję się z nimi dobrze, ale żyję. I będę żyła, bo to nic poważnego. Nie umieram, nie dramatyzujmy - powiedziałam spokojnym głosem. Zdradzało mnie jednak drżenie całego ciała.
     Chłopak milczał, gładząc mnie po plecach i czekając aż się uspokoję. Już więcej nie zamieniliśmy słów na ten temat. Może to i dobrze? Nie chciałabym się dowiedzieć, co jeszcze chodzi po jego głowie. Nie chciałam wiedzieć, co by zrobił, gdybym naprawdę była u skraju życia. Nie, nie będę. Będę żyć, bo muszę. Bo Nathiel nie poradzi sobie sam. Bo ja nie poradzę sobie bez niego, gdziekolwiek wyląduję. Utrzymujmy więc spokój. Bo co złego, wkrótce musi minąć.

niedziela, 16 sierpnia 2015

[TOM 2] Rozdział 3 - "Przemęczenie"

Mamy 3-ci rozdział, mamy... nagłówek. Trochę się nad nim trudziłam. Łączy w sobie pięć zdjęć, co mam nadzieję nie rzuca się w oczy. Coś mi tam w sumie dalej nie pasuje, ale do tego, że nic nie jest perfekcyjnie zrobione, zdążyłam się już przyzwyczaić.
Trzecia odsłona nie kryje w sobie nic nowego. To w sumie w czwartej wyjaśnia się problem Laury, a w piątej wprowadzane są nowe postacie. Straszliwie męczę albinosa. Za te wszystkie omdlenia i ciążowe dramaty powinna mnie zadźgać tępym nożem.
Rozmowy Laury i Amy. Nie wiem co we mnie wstąpiło. 
***
      - Jestem w ciąży.
     W pomieszczeniu zaległa długa cisza.
     Wpatrywałam się uważnie w twarz mojej przyjaciółki, która z każdą chwilą bledła coraz bardziej. Początkowo jej mina miała całkiem zwyczajny wyraz, pomijając mrugające w szybkim tempie oczy, wyrażające niezrozumienie. Potem nagle otworzyła buzię i zaczęła patrzeć się na mnie, jakby nie do końca w to wierzyła.
     - Żartujesz - odpowiedziała, niemalże szeptem, jakby ktoś odebrał jej dech.
     Potrząsnęłam głową, pozostając niezmienna w swoich chłodnych odczuciach. Następna reakcja Amy była co najmniej do przewidzenia.
     Wydając z siebie głośny, ultradźwiękowy pisk, zerwała się z sofy i stłukła filiżankę pełną herbaty. Oczywiście się tym nie przejęła. Miała teraz inny powód do przejęcia.
     - O matko! - wrzasnęła na cały dom, a może nawet i świat - Naprawdę jesteś w ciąży?!
     Przewróciłam oczami.
     - Nie będę się powtarzać - mruknęłam.
     Podczas, gdy Amy dalej nie mogła uwierzyć w to, co słyszy, z przeciwnego pokoju dobiegł mnie głośny jęk zawodu małej Andi.
     - Nie!
     Chwilę potem usłyszałam ciche stąpanie, małych, dziecięcych stóp. Ich właścicielka stanęła w wejściu z iście zawiedzioną miną.
     - Będą małe Nathiele? - spytała bezradnie.
     - Ej! - wykrzyknął zaraz Auvrey, który krył się obok w kuchni. Nie minął nawet moment, a zaczął gonić za małą, roześmianą demonicą po całym domu. Nie miałam ochoty na przysłuchiwanie się ich głośnym obelgom. Dziś również nie czułam się dobrze. Było mi wyjątkowo słabo, duszno i źle. Już dawno zapomniałam, jak to jest być w pełni zdrowym i mieć dużo energii. Ostatnio byłam cieniem własnej osoby.
     - Matko - usłyszałam nagle Amy, która przyłożyła dłonie do polików. Wciąż nie mogła uwierzyć. Była w szoku - Zostanę ciocią! Jak to się stało?! Bo chyba raczej tego nie planowaliście - stwierdziła niepewnie, siadając tuż obok mnie na sofie.
     Uśmiechnęłam się pod nosem. Czy wyglądałam na osobę, która planowałaby dziecko podczas ostatniego roku studiów i to razem z demonem? Nie sądzę.
     - Przypadek - odpowiedziałam zwięźle.
     - Nie sądziłam, że będziesz szybsza! Zawsze mówiłaś, że nie spieszy ci się do dzieci i ślubu! - wykrzyknęła przyjaciółka, śmiejąc się wesoło. Jej oczy zaświeciły się w niepokojący sposób - Sorathiel!
     Blondyn, który właśnie stanął w wejściu z kubkiem gorącej herbaty w ręku, spojrzał na swoją partnerkę, unosząc do góry brew.
     - Nawet o tym nie myśl - mruknął, natychmiastowo wycofując się z pokoju.
     Amy zaśmiała się głośno, widząc reakcję blondyna, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Doskonale znałam jego reakcje związaną z tematem związków, małżeństw i dzieci. Ilekroć moja przyjaciółka zaczynała temat któregoś z nich, on po prostu uciekał z nachmurzonym wyrazem twarzy. Nie wiedziałam tylko dlaczego tak się zachowywał. Był nieśmiały? Nie chciał o tym myśleć? A może po prostu się bał? Myślę, że nikt z nas go nie rozszyfruje. Żył w swoim małym świecie do którego tylko on miał dostęp. Uważam, że w pewnym sensie byliśmy do siebie podobni.
     - Laura - zaczęła konspiracyjnym szeptem przyjaciółka. I już wiedziałam, że to nie szykuje nic dobrego - Bo widzisz, nie miałyśmy nigdy okazji o tym porozmawiać.
     Jej poważna mina zaczęła mnie wręcz bawić. Nie mogłam powstrzymać się od lekkiego uśmiechu.
     - O czym? - spytałam.
     - O pierwszym razie.
     Uśmiech natychmiastowo zniknął z mojej twarzy.
     - Amy, nie jesteśmy już nastolatkami - mruknęłam, spoglądając gdzieś w bok. Poczułam, jak poliki z nieznanych przyczyn mi płoną.
     - A mimo tego zarumieniłaś się, jakbyś była nastolatką, przeżywającą niedawno swój pierwszy raz - zaśmiała się przyjaciółka.
     Kolejna różnica pomiędzy naszymi charakterami: Amy była fanką pikantnych rozmówek. Uwielbiała wchodzić w intymne tematy i wcale się ich nie wstydziła. Nie istniały dla niej rzeczy owiane tabu. Zupełnie inaczej traktowałam sprawy osobiste ja. Wolałam milczeć niż dołączać się do rozmowy.
     - To głupie - burknęłam, chmurząc się.
     - Laura, znamy się od dziecka - westchnęła Amy - Wiemy o swoim życiu więcej niż inni. Powiedz mi. Odwdzięczę się tym samym.
     Uśmiechnęłam się wrednie pod nosem. Nie wiedziałam czy chcę usłyszeć jej historię. Nie byłam tego pewna.
     - Dobrze - odpowiedziałam, po czym teatralnie odchrząknęłam.
     Moja przyjaciółka przybliżyła się do mnie i spojrzała na mnie błyszczącymi z podniecenia oczami. Nie wiem czego oczekiwała. Namiętnej historii o dzikim, przedmałżeńskim, demonicznym seksie w łóżku?
     - Miałam 19 lat - mruknęłam od niechcenia. Zanim dokończyłam swoją myśl, Amy musiała mi oczywiście przerwać.
     - Dopiero?! - spytała zdziwiona.
     - Dopiero - westchnęłam, przewracając oczami - Wzbraniałam się od tego rękami i nogami.
     - Dlaczego?
      Brązowowłosa nachmurzyła się.
     - Bo Nathiel bym zbyt nachalny, a ja się wstydziłam - szepnęłam. Dziwnie czułam się mówiąc o własnych uczuciach. To sprawiało, że robiło mi się coraz bardziej gorąco. Szłam o zakład, że na mojej twarzy widniały dwa, wielkie i dorodne pomidory.
     - To takie do ciebie podobne.
     Amy uśmiechnęła się delikatnie, na co ja się skrzywiłam. Bez zbędnych komentarzy i sarkazmu, kontynuowałam historię:
     - Był wieczór. Skończyłam brać kąpiel. Zapomniałam wziąć ze sobą piżamy, tak więc byłam zmuszona cofnąć się do pokoju w ręczniku - westchnęłam w przerywniku - Na moje nieszczęście, okno w sypialni było otwarte, a na łóżku leżał Nathiel, czytający jakąś gazetę.
     Albo udawał, że ją czyta. Może to wszystko zaplanował.
     - Wkradł się przez okno? - zaśmiała się Amy.
     Kiwnęłam głową twierdząco.
     - Oczywiście na mój widok zaczął rzucać tekstami w stylu: "widzę, że przyszedłem w odpowiedniej chwili, masz ochotę na małe co nie co?" - mówiąc to, uśmiechnęłam się na boku. Głupota Nathiela nie znała granic - A gdy go zignorowałam, posadził mnie na łóżku. Stwierdził, że coś jest nie tak. Przeprowadziliśmy wtedy długą rozmowę odnośnie tego, czego się boję - mruknęłam, wyraźnie się chmurząc - Na koniec padło krótkie: "zróbmy to, maleńka", zgasło światło i tak to się skończyło.
     Po wyrazie twarzy Amy mogłam się domyślić, że historia pozbawiona erotycznych szczegółów ją nie satysfakcjonuje. Nie zamierzałam jej jednak opowiadać więcej. Nie musi wiedzieć, że Nathiel śmiał się z mojego przerażenia, a ja płakałam z bólu, wyzywając go od najgorszych kretynów na świecie. Nie, to na pewno nie noc o której chciałam opowiadać światu.
     - A dziecko? - spytała - Jak powstało?
     - W taki sam sposób - mruknęłam od niechcenia.
     - No, opowiedz więcej!
     Spojrzałam w sufit, w duchu modląc się o zbawienie.
     - Nie pamiętam kiedy dokładnie to było, ale zgodnie ze słowami Nathiela, wtedy, kiedy cytując: nachmurzył się, zaśmiał nerwowo i uciekł do łazienki ze słowami: nic się nie stało, tylko muszę do toalety.
     - Ach, wiem! - wykrzyknęła Amy - To było wtedy, kiedy Nathiel przyszedł do Soratha i spytał go czy ma pożyczyć gumki, bo ma przy sobie tylko dolara - odpowiedziała, uśmiechając się szeroko.
     Przyłożyłam dłoń do czoła, zdając sobie sprawę z tego, jak wielkim idiotą musiał być Auvrey. To właśnie przez niego przeżywaliśmy teraz to, co przeżywamy. Jeżeli urodzę to dziecko, błagam wszystkie siły niebieskie o bezpłodność. Inaczej będę musiała użerać się z całą armią małych Auvreyów, którą nieprzerwanie będę rodzić aż do czasu własnej menopauzy.
     - Pomińmy już ten temat - powiedziałam od niechcenia.
     - Hej, jeszcze ja! - oburzyła się dziewczyna.
     Zacisnęłam usta, aby nie powiedzieć przypadkiem: "nie wiem, czy chcę to słyszeć". Nie potrafiłam sobie wyobrazić Amy i Sorathiela w tak głębokich relacjach. Za czasów naszego nastoletniego życia, zamykali się w pokoju i chociażbym chciała coś dosłyszeć, nie słyszałam niczego. Nawet Nathiel siedzący pod ich drzwiami słyszał tylko śmiechy i nic nieznaczące szepty.
     Amy odchrząknęła.
     - Może to głupio zabrzmi, ale Sorathiel jest naprawdę nieśmiały - powiedziała, uśmiechając się w uroczy sposób.
     A więc znamy powód strachu młodego Blythe'a. To nie tak, że nie lubił dzieci i nie myślał o ślubie. Po prostu się tego bał.
     - Gdyby nie ja, to pewnie do dnia dzisiejszego nie byłoby między nami tak dobrze - kontynuowała - A wszystko to przez ciekawość.
     Cała historia opowiadana przez Amy, trwała z dziesięć minut. Z każdym jej następnym słowem, opowiadanym z zaciekawieniem, przybierałam coraz barwniejsze rumieńce. Nie mogłam uwierzyć, że mówi mi o takich szczegółach.
     - Już, starczy - zatrzymałam ją ruchem dłoni - Już wiem, że to ty byłaś prekursorem, że Sorathiel jest nieśmiały i... matko, dlaczego mi o tym opowiedziałaś? Moje życie nigdy nie będzie takie same - jęknęłam.
     Amy zaśmiała się głośno i radośnie.
     Może i nie chciałam usłyszeć tego, co mi opowiedziała, ale musiałam przyznać jedną rzecz: od czasu podróży do Reverentii, stałyśmy się dla siebie jeszcze bliższe. Jeżeli było mi źle, po prostu przychodziłam do siedziby Nox, gdzie Amy standardowo sprzątała lub gotowała i zasiadałam przy stole, pijąc różaną herbatę oraz pogrążając się w długiej rozmowie. Tematów miałyśmy naprawdę wiele i nigdy się nie kończyły. Właśnie tak wyglądała prawdziwa przyjaźń. I niech trwa do końca świata.
     Spoglądając na pustą filiżankę po herbacie, uświadomiłam sobie, że moje dziecko wymaga ode mnie wizyty w łazience. Westchnęłam ciężko. Gdyby z biologicznego punktu widzenia można było usunąć pęcherz, zaraz bym to zrobiła. Bez niego bym jednak umarła.
     Podniosłam się z sofy i otrzepałam spodnie.
     - Zaraz wracam - mruknęłam. Odprowadzona przez podejrzliwie spojrzenie Amy, ruszyłam w stronę łazienki. Zgodnie z moimi obliczeniami, ciążowe dolegliwości powinny zmniejszyć swoje działanie w ciągu miesiąca. Powinnam przeżyć do tego momentu. Powinnam.
     Potarłam wierzchem dłoni czoło, które jak na zawołanie stało się gorące. O ile pamiętam, nagłe, gorączkowe ataki nie były objawami ciąży. Może to po prostu zmęczenie? Zmęczenie sprzyjało chorobom, choć to odrobinę śmieszne. Przez ostatnie 5 lat nie byłam nawet przeziębiona, a przecież mój układ odpornościowy był wystawiany na ciężkie próby. Miałam wrażenie, że dzieje się coś bardziej poważnego. Tylko co?
     Zatrzymałam się na środku pokoju, czując nadchodzącą falę słabości. Odruchowo, położyłam dłoń na brzuchu, zupełnie, jakbym chciała obronić płód przed zderzeniem z podłogą. Teoretycznie nie było to możliwe. Istniało małe prawdopodobieństwo, że w tym miesiącu uszkodzę dziecko za sprawą upadku. Nie poradzę nic jednak na swój strach. Chciałam o nie dbać tylko jak to możliwe.
     Zachwiałam się. Czułam jak nogi dopada bezwładność, a umysł powoli zaczyna tracić logiczną zdolność myślenia. Znowu to uczucie. Uczucie bliskie pożerania energii przez demona. Czułam się tak, jakby coś zabierało moją energię życiową. A jeśli jednak demon mógł wkraść się do mojego cienia po raz drugi? Mogłam być jednym z tych szczęśliwców, którzy nie zyskują ukrytego cienia po inwazji demonów. Mogłam być wciąż dostępna dla tych pokrak.
     Zaśmiałam się niemrawo. Nie miałam się czego chwycić. Po prostu poleciałam do tyłu. Próbowałam bezgłośnie wymówić imię Nathiela, ale poruszyłam tylko bezwładnie ustami.
     Sufit wirował mi przed oczami. Traciłam oddech, zupełnie, jakby jakaś niewidzialna dłoń trzymała moją szyję. Spanikowałam.
     - Laura! - usłyszałam w oddali krzyk.
     Amy, która do mnie podbiegła, natychmiastowo zmusiła mnie do siedzenia. Od gwałtownego ruchu zrobiło mi się niedobrze. Nie chciałam jednak zwrócić obiadu na widoku innych.
     Spojrzałam na przyjaciółkę, której obraz również mi się rozmywał. Nie byłam nawet w stanie dostrzec jaką ma minę. Mogłam się tego tylko domyślać.
     - Nathiel, z Laurą dzieje się coś złego! - pisnęła przerażonym tonem głosu. Słyszałam, że jest bliska płaczu.
     Mój demoniczny wybawca jak na zawołanie, przybiegł w miejsce wypadku. Amy została odepchnięta, a ja bez zastanowienia podniesiona do góry. Będąc w ciepłych ramionach Auvreya czułam się jak bezwładna kukła. Nawet głowy nie byłam w stanie utrzymać w pionie. Oparłam ją o jego pierś.
     - Znowu? - spytał chłopak, przykładając dłoń do mojego czoła.
     - Jak to znowu? Co jej jest? - pytała przerażona Amy, która szła obok chłopaka - Nathiel, co jej się dzieje?!
     - Nie panikuj - odpowiedział Auvrey.
     Chwilę potem wylądowałam na sofie. Wcale nie czułam się lepiej. Wręcz przeciwnie. Mdlące uczucie zaczęło mnie przytłaczać. Czułam dziwną senność i miałam wrażenie, że za chwilę całkowicie stracę kontakt z rzeczywistością. Bałam się tego.
     - To nie pierwszy raz, kiedy traci przytomność i dostaje nagle gorączki - burknął Nathiel. Oczami wyobraźni widziałam jego nachmurzoną, niezbyt zadowoloną twarz.
     - Nie chcę nic sugerować, bo wiem, że jesteście demonami, ale chyba sami nic z tym nie zrobimy - powiedziała niepewnym głosem Amy. Zupełnie, jakby bała się reakcji Nathiela na to, co powie - Zadzwonię do szpitala.
     Ostatnie słowa odbiły się głuchym echem od ścian mojej świadomości. Obraz całkowicie ściemniał, a ja chociaż chciałam, nie mogłam już usłyszeć odpowiedzi. Zniknęłam.
***
     - Wiesz co, stary?
     Czarnowłosy zaśmiał się w nerwowy sposób, zaciskając swoje pięści.
     Jego przyjaciel spojrzał na niego ukradkowo, unosząc pytająco brew do góry.
     - Czuję się, jakbym już teraz czekał na poród.
     - Przynajmniej gdy nadejdzie, będziesz przygotowany.
     Obydwoje wymienili uśmiechy. Jeden z nich był lekko przestraszony, drugi całkiem uspokojony.
     Zgodnie z pomysłem Amy, Laura trafiła do szpitala i wychodziło na to, że wciąż była nieprzytomna. Lekarze kręcili się wokół niej, robiąc jakieś dziwne i bezsensowne badania. Podejrzewali coś poważnego, ale wciąż nie wiadomo co. Nathiel wiedział, że ta sytuacja ma drugie dno. Bo już kiedyś przeżywali coś podobnego.
     - Myślisz, że to ludzka dolegliwość, Sorath?
     Blondyn westchnął cicho.
     - Choć raz myślimy podobnie - odpowiedział, wbijając wzrok w podłogę - Nie, myślę, że to nie dotyczy ludzkiej dolegliwości.
     - Znając ciebie, masz już jakąś teorię - mruknął Nathiel - Wal, chociażby miała dotyczyć apokalipsy, globalnego ocieplenia, wyginięcia albinosów albo dinozaurów.
     - Nathiel, dinozaury wyginęły.
     - Pieprzysz! Inaczej nie kręciliby parku jurajskiego - oburzył się zielonooki.
     Jego przyjaciel przybrał zrozumiałą minę. Od pierwszego dnia spotkania z Nathielem, zastanawiał się, jakim cudem z nim wytrzymuje i to już tyle lat. Przecież normalny człowiek już dawno by się załamał.
     - Nie chcę cię straszyć - zaczął Sorathiel, wyraźnie się chmurząc - Ale pamiętaj, że jesteś demonem, a Laura pół demonem. To daje jakieś 75% prawdopodobieństwa, że wasze dziecko także będzie demonem i bliżej mu do bycia pełnym.
     - Co w związku z tym?
     Nim Sorathiel ponownie otworzył usta, człowiek w białym kitlu wyszedł z pomieszczenia i stanął przed nimi. Nathiel natychmiastowo zapomniał o rozmowie z przyjacielem. Teraz bardziej interesował go stan zdrowia Laury.
     Od razu zerwał się do góry, na co lekarz zareagował z uśmiechem, godnym zawodowca.
     - I jak? - spytał chłopak, unosząc znacząco brew.
     - Zrobiliśmy wszystkie niezbędne badania, skupiając się głównie na ciąży - zaczął głosem specjalisty lekarz - Poza zmniejszoną ilością żelaza we krwi, co jest charakterystyczne dla kobiet w ciąży, nie dolega pannie Collins nic. Jej stan może być spowodowany przemęczeniem. Po prostu powinna odpoczywać i stosować odpowiednią dietę.
     - Dietę? - spytał Nathiel - Przecież nie ma z czego chudnąć - oburzył się.
     Lekarz zacisnął usta, próbując dalej się uśmiechać. Od niechybnych ataków słownych, obronił go Sorathiel, który pociągnął przyjaciela w swoją stronę.
     - Dieta niekoniecznie oznacza odchudzanie, Nathiel - wytłumaczył mu szeptem.
     Chłopak nachmurzył się. Za cholerę nie rozumiał o co chodzi tej dwójce. Dieta to dieta, zawsze polega na tym, że trzeba sobie czegoś odmówić, a odmawianie prowadzi do utraty wagi. Chcą mu zniszczyć Laurę? Wiedział, że ze szpitalami jest coś nie tak. Może jednak sam przyjmie poród, gdy przyjdzie na to czas?
     Gdy on zamyślał się nad przyszłością, jego przyjaciel poprowadził dalszą konwersację z lekarzem. Nie przejmował się tym. Sorathiel zrozumie o wiele więcej i wypyta o wszystko, co niezbędne. On myślał tylko o Laurze. Chciał już do niej wejść, chciał ją skrzyczeć za ciągłe zarywanie nocek nad książkami, że o siebie nie dba, szczególnie w takim stanie i... musi odradzić jej dietę. Zacznie w nią wpychać słodycze, żeby przytyła. I warzywa, szczególnie marchewki, których nie lubi. Musi być zdrowa.
     Chłopak zaczął wystukiwać palcami niecierpliwy rytm na drzwiach wejściowych. Straszliwie kusiło go, żeby wejść do środka i jeżeli ten doktorek w końcu sobie nie odejdzie, wjedzie tam z buta, robiąc Laurze zaskakującą niespodziankę.
     Z zamkniętymi oczami i zniecierpliwioną miną, wsłuchiwał się w nic nieznaczącą rozmowę przyjaciela z lekarzem. Czasami miał wrażenie, że Sorathiel wie nawet więcej od niego. Albo to Sorath był geniuszem, albo gościu w białym kitlu debilem.
     Rozmowa dobiegła końca. Nareszcie mógł wejść do środka. Nim to jednak zrobił, blondyn złapał go za ramię.
     - Co znowu? - jęknął Auvrey.
     - Chciałeś wiedzieć co dolega Laurze - zaczął cicho Blythe - Mam na to bardzo prawdopodobną teorię.
***
     Siedziałam na szpitalnym łóżku, wpatrując się uparcie w prawą dłoń. To pierwszy raz (pomijając oczywiście moje narodziny), kiedy znalazłam się w szpitalu. Ubrana w przydługą, zwisającą poszewkę od kołdry, którą śmiali nazywać piżamą, z wbitym w żyłę wenflonem, ograniczającym moje ruchy, podłączona pod dziwnie podejrzaną aparaturę, zawierającą buteleczkę z powolnie płynącą glukozą. Moje żyły wypełniało kojące, chłodne uczucie, które było idealnym lekarstwem na gorączkę, trawiącą moje ciało. Przyznaję, byłam wykończona i nigdy nie czułam się tak źle. Lekarz zapewniał mnie, że to tylko przemęczenie, które podwoiła ciąża. Nie do końca w to wierzyłam. Miałam własny rozum, własne teorie. Nie musiałam się jednak nimi dzielić ze światem.
     Wierzchem dłoni potarłam gorące, zmarszczone czoło. Podczas moich ciążowych omdleń, gorączka nigdy nie trzymała się mnie tak długo. Zazwyczaj po moim powrocie do świadomości, natychmiastowo zdrowiałam. Teraz było inaczej. Czułam się jak w połowie ciężkiej wojny, którą mogłam przegrać.
     Opadłam bezradnie na poduszki, marząc o wyjściu z tego przerażającego, pustego i białego miejsca. Niestety, miałam tu zostać jeszcze na kilkudniowej obserwacji. Miałam nadzieję, że Nathiel poratuje mnie dobrą lekturą i potajemną herbatą, której lekarz mi odradzał. Doskonale wiedziałam, że brakuje mi i magnezu i żelaza, a herbata jest jednym z napojów, które je wypłukuje z organizmu, nie mogłam nic jednak poradzić na to, że jestem od niej uzależniona. Teina musiała płynąć w mojej krwi, a mikro i makroelementy musiały się z tym pogodzić. Poza tym do anemii mi się nie spieszyło.
     Jak na zawołanie, do pokoju szpitalnego z wielkim impetem, wparował Nathiel. Jego poważna postawa i dumnie wyprostowana klatka piersiowa, godna była miana super bohatera, który wpadł do pokoju, pragnąc uratować niewinną niewiastę. Brakowało mu jeszcze peleryny zrobionej z prześcieradła i niebiańskich promieni zesłanych przez Boga, które będą go oświetlały.
     - Ty - zaczął groźnym głosem Auvrey, kierując w moją stronę palec.
     Uniosłam do góry brew.
     - Ja? - spytałam nierozumnie.
     - Ty - kontynuował szmaragdowooki z głośnym tupaniem podchodząc do mojego szpitalnego łóżka. Wyprostowałam się, siadając na poduszce. Przyglądałam mu się podejrzliwie. Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego.
     - Przemęczenie - prychnął.
     Przewróciłam oczami.
     - Tak, wiem, co chcesz powiedzieć - mruknęłam, spoglądając od niechcenia w bok. Chciałam uniknąć jego spojrzenia - "Mówiłem, że masz odpoczywać, a nie wkuwać całymi dniami i nocami, bierz przykład ze mnie! Obijaj się jak to tylko możliwe! Bądź leniwcem! Nie sprzątaj garów w kuchni, niech zarosną brudem! Będzie co hodować, zarobisz grube hajsy na eksperymentach z bakteriami naczyniowymi! Zrobisz z nich zwierzątka domowe! Będziemy wyprowadzać je na smyczy z nitek do szycia! Będziemy szczęśliwą rodzinką! Bo na co nam koty, skoro mamy już jedno dziecko i bakterie na smyczy?! I..."
     Nathiel rzucił się w moją stronę, zatykając mi usta dłonią. Rzeczywiście. Trochę się rozgadałam, na dodatek sama wprowadziłam się w stan nerwicy.
     - Uspokój się, głupia - powiedział, powstrzymując się od śmiechu, który bliski był uwolnienia i pofrunięcia w Eter kosmosu.
     Odsunęłam jego dłoń i wzięłam głęboki wdech.
     - Poniosło mnie - mruknęłam.
     - Co dosyć rzadko ci się zdarza. Nie odmówię ci jednak wyobraźni godnej mojej osoby - zaśmiał się chłopak. Chwilę potem przypomniał sobie jednak, że miał być zły i znowu przybrał surowy wyraz twarzy.
     - Zrób sobie wolne. Długie wolne.
     - To ostatni rok, Nathiel - oburzyłam się.
     - Możesz zrobić sobie przerwę, istnieje coś takiego na tych dziwnych uniwersytetach, prawda? - spytał, mrużąc groźnie oczy - Za rok je skończysz.
     Już otworzyłam buzię, żeby zaprzeczyć, ale umilkłam, widząc wyraz twarzy Auvreya. Byłam zła i miałam ochotę płakać. Nie chciałam się jednak kłócić.
     Burknęłam coś niezrozumiałego pod nosem i opadłam na poduszki, wbijając spojrzenie w sufit. Gdy ja wciąż nie mogłam uspokoić swoich nerwów, Nathiel już dawno był uspokojony i zmienił nastawienie równocześnie z tematem.
     - Jak się czujesz? - spytał troskliwie.
     - Nie lepiej niż ostatnio - mruknęłam od niechcenia.
     - Co mam zrobić, żebyś poczuła się lepiej?
     Zielonooki uniósł brew do góry. Spojrzałam na niego ukradkowo.
     - Niech zgadnę - zaczął teatralnym głosem znawcy - Książka, herbata, demon pod poduszką.
     - Nie zmieściłbyś się pod nią - mruknęłam, mimo wszystko nie powstrzymując się od uśmiechu.          Tak samo jak ja znałam go, tak samo on znał mnie.
     - Upchnę siebie pod łóżkiem i będę czuwać całą noc - uśmiechnął się.
     - Ukryję cię pod kołdrą, żeby było ci wygodniej - dodałam.
     - Jesteś dziś wyjątkowo łaskawa.
     Chłopak uśmiechnął się w uwodzicielski sposób i nachylił tuż nad moimi ustami. Prychnęłam cicho, kładąc dłoń na jego twarzy i oddalając go na odpowiednią odległość.
     - Zdaje ci się - mruknęłam.
     - Rzeczywiście - prychnął chłopak, zdejmując dłoń ze swojej twarzy.
     Mimo odgrywanej sceny, uśmiechnęliśmy się do siebie w znaczący sposób.
     Cieszyłam się, że miałam go przy sobie zawsze, gdy go potrzebowałam. Nie było to egoistyczne pragnienie posiadania go na własność, ani wykorzystywanie. Moje uczucia od 5 lat nie zmniejszyły swojej mocy. Mogę wręcz rzec, że kochałam go jeszcze mocniej niż na początku.
     Różniliśmy się od siebie i to nawet bardzo, to prawda, idealnie się jednak uzupełnialiśmy. Nathielowi brakowało rozumu, ja miałam go pod dostatkiem. Mi brakowało siły, on mógł przenosić góry. Byłam chłodna, on gorący. Jak widać, nawet kontrasty ze sobą współgrały.
     Spoglądając w uroczo uśmiechniętą twarz Nathiela, który trzymał mnie teraz za rękę, zdałam sobie z czegoś sprawę. Byłam gotowa na jeszcze jeden krok w naszym związku.
     - Nathiel - zaczęłam dosyć niepewnie, wbijając spojrzenie w kołdrę.
     Chłopak spojrzał na mnie pytająco, gdy ja brałam akurat głęboki wdech. Wymówienie takich słów było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Mogło też być błędem mojego życia. Wiedziałam jednak, że potrzebuję jego obecności bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdyby nie nagła ciąża, na pewno długo zastanawiałabym się nad tym faktem, teraz nie miałam czego rozważać.
     Wypuściłam z płuc powietrze i nareszcie wypowiedziałam te trzy, trudne dla mnie słowa:
     - Zamieszkaj ze mną.

niedziela, 9 sierpnia 2015

[TOM 2] Rozdział 2 - "Poradzimy sobie"

Jest i drugi rozdział. Może być lekko... zaskakujący. Ja wciąż nie rozumiem jak coś takiego mogło przytrafić się Lauriel, ale jestem przeświadczona o tym, że życie nas nie oszczędza i wystawia na ciężkie próby celowo. Z serii: życiowe rozdziały. Będzie spokojnie do 4-tego. Od 5-tego powoli zaczyna się wprowadzanie w nową fabułę.
W zakładce po prawej opublikowałam nowego shota. Running Heart część 1. Jeżeli kogoś interesuje to zapraszam <33 <<klik>> jest tam też opis.
Ostatnio za sprawą Królika, zgłosiłam swoją kandydaturę do recenzji na <<klik>>.
A teraz rozdział. Bang.
***
     Obudziłam się wczesnym porankiem, kiedy słońce nie wychylało się jeszcze zza horyzontu, a niebo straciło swoją nocną barwę. To nie pierwszy raz, kiedy budzę się z tym uczuciem i kręcę się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Nathiel nie zwraca na mnie uwagi. Śpi jak zabity, z roztrzepanymi włosami i lekko rozwartymi ustami. Lewą rękę trzyma pod swoją głową, prawą na kołdrze. Cieszę się, że ma ciężki sen, inaczej zacząłby podejrzewać, że coś się dzieje.
     Jęknęłam pod nosem, obserwując sufit, który wirował mi przed oczami. Czułam się jak w stanie nietrzeźwości i to nie pierwszy raz w ciągu ostatnich tygodni. Znane mi dobrze, mdlące uczucie, dało mi znać o tym, że najwyższy czas podnieść się z łóżka.
     Ręką przetarłam gorące czoło. Nawet zamknięcie oczu nie pomogło. Krzywy uśmiech sam cisnął mi się do ust.
     Jeszcze raz spojrzałam na śpiącego Nathiela, który tylko zmarszczył czoło i przewrócił się na drugą stronę. Miałam ochotę pogłaskać go po roztrzepanych, czarnych włosach, wiedziałam jednak, że od razu zerwie się wtedy z łóżka. Może i miał twardy sen, ale gdy wyczuwał czyjś dotyk lub zagrożenie w powietrzu, natychmiastowo się budził. Był jak pies policyjny.
     Pokręciłam głową podnosząc się z posłania. Jeszcze przez chwilę musiałam stać w miejscu, próbując opanować ciemnienie w oczach i zbyt szybkie bicie serca. Nie był to na szczęście proces długotrwały. Już po chwili, z uczuciem bliskim jazdy na karuzeli, ruszyłam do łazienki. Miękki dywanik przywitał mnie na podłodze, gdzie uklęknęłam. Miejscem mojego wsparcia stał się sedes w delfiny, które wyjątkowo mnie nie bawiły. Dobrze znane mi, ssące uczucie w żołądku podpowiadało, że jeszcze chwila i zwrócą całą swoją kolację, składającą się ze spaghetti i lodów bakaliowych.
     Kogo ja próbowałam oszukać? Nie byłam głupia, wiedziałam co się ze mną dzieje. Zbyt długo siedziałam już z głową w książkach, aby nie umieć rozszyfrować swojego stanu. Przecież nawet idiota zorientowałaby się co jest grane.
     Dyszałam ciężko, przeżywając po raz kolejny efekt porannych mdłości. W oczach miałam łzy. Moja głowa chcąc nie chcąc, spoczęła na delfinowym sedesie. Byłam zmęczona, zniechęcona i załamana. Nie miałam pojęcia jak to się mogło stać. Moje obawy wymagały tylko dokładnego potwierdzenia.
     - Co jest? - usłyszałam za sobą zaspany głos.
     Spojrzałam w tył na roztrzepanego i zaspanego Nathiela, którego oczy były wielkości kocich szparek. Musiał być naprawdę zaspany. Nie miałam też pewności, że wie co się dzieje. Auvrey po przebudzeniu był często nie do życia.
     Wzięłam głęboki wdech. Czemu nie, lepiej późno niż wcale.
     - Jestem w ciąży - odpowiedziałam, zaciskając pięści.
     Nathiel stał przez dłuższy czas w drzwiach, patrząc się na mnie tępawo, jakby do końca nie wiedział o czym mówię. W końcu jednak ziewnął potężnie i odpowiedział:
     - Aha, to fajnie - po czym wyszedł z łazienki. Sądząc po oddźwięku opadającego na łóżko ciała, zapewne od razu poszedł spać.
     Uśmiechnęłam się do siebie krzywo. Nie ma to jak udana reakcja. Ciekawa jestem, jaka będzie jego prawdziwa, gdy dowie się, że w wieku 23 lat zostanie ojcem. Ucieknie od odpowiedzialności? Przywita ten fakt z radością? Nawet znając jego głupiutką naturę, nie byłam w stanie odpowiedzieć na to pytanie. W końcu nigdy nie staliśmy wobec takiej sytuacji.
     Laura, Nathiel, dziecko. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież nawet nie skończyłam studiów. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żebym je ukończyła, ale... sam fakt, że stało się to tak wcześniej i tak niespodziewanie - przerażał mnie. Nie byłam gotowa na bycie matką, a Nathiel na bycie ojcem. Raczej sądziłam, że to Amy i Sorathiel jako przedstawiciele idealnego związku, będą prekursorami w tej dziedzinie życia.
     Oddalając się od punktu mojego wsparcia, usiadłam po turecku na dywaniku i przejechałam dłońmi po twarzy. Czułam dziwną, niewyjaśnioną pustkę. Nie wiedziałam czy mam się cieszyć, płakać czy zacząć uciekać. Przyszłość zaczynała mnie przerażać.
     Spojrzałam w pobielany sufit z ulgą przyznając, że zawroty głowy i mdlące uczucie minęły. Pojawiła się też delikatna senność, spowodowana zmęczeniem. Nie będę się przemęczać. Jeżeli mam na to dzień, mogę dłużej pospać.
     Podnosząc się ciężko z podłogi, ruszyłam w stronę kuchni. Od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, potrzebowałam choć kilka kropel wody mineralnej.
     Schodząc po schodach, spojrzałam w lustro znajdujące się na dole. Byłam bledsza niż zwykle. Wyraźne cienie pod oczami i błyszczące oczy robiły swoje. Miałam też wrażenie, że ostatnio dziwnie schudłam. To niezbyt dobra oznaka. Dziecko potrzebuje wielu witamin, a ja tymczasem mu ich nie dostarczam.
     Nachmurzyłam się. Już zaczynałam o nim myśleć, martwić się o nie. Czyżbyś już zdążyła się do niego przywiązać? Dziwne uczucie.
     Głośno wzdychając, weszłam do kuchni. Chwytając za pierwszą lepszą szklankę, nalałam do niej wody i zasiadłam przy stole. Mój wzrok od razu powędrował w stronę okna. Słońce powoli wychylało się zza horyzontu. Mogła być co najwyżej 5 rano. Zazwyczaj wstawałam dwie godziny później i szłam na zajęcia. Dziś, obiecałam, że od nich odpocznę. Jak wielkie będzie zdziwienie studentów, którzy nie dostrzegą w pierwszej ławce sali "bladego czytelnika". Zapewne od razu posypią się komentarze z najdzikszymi wstawkami. Raz, gdy byłam śpiąca i przysnęłam na zeszycie, będąc upomniana przez wykładowcę, za moimi plecami dosłyszałam: "pewnie walczyła w nocy z demonami". Słowa te wywołały na moich ustach uśmiech, w końcu były szczerą prawdą. Przez chwilę pomyślałam, że ktoś mógł mnie widzieć, jednak szybko odrzuciłam od siebie tą myśl. Nikt nie musi wiedzieć, że oprócz szarej dziewczyny, która ciągle siedzi nad książkami i nie rozmawia z ludźmi, tkwi we mnie dusza łowcy demonów. Wnioskuję, że gdyby inni się o tym dowiedzieli, nie uwierzyliby w to, nawet widząc mnie podczas akcji. W końcu jestem tylko Laurą.
     Upiłam łyka wody i ziewnęłam potężnie. Wyjątkowo nie chciałam ruszać się z miejsca. Promienie słońca oświetlały mnie leniwie, podobnie jak delikatny, chłodny wiatr owiewał moją skórę. Nic się nie stanie, jak na chwilę zamknę oczy.
     Położyłam głowę na stole i przymknęłam powieki. Nie mogłam uwolnić się od myśli na temat istoty, która niebawem miała pojawić się w moim życiu. Zastanawiało mnie czy będę w stanie okazywać jej miłość, skoro dla wszystkich wkoło byłam chłodna. A może to dziecko będzie takie jak ja? Broń Boże, by odziedziczyło charakter po Nathielu. Nie chcę latającego wokół stołu, szalonego demona, który będzie groził mi nożem, bo wciąż nie dostał obiadu. Ta myśl jest odrobinę przerażająca. Nie sądzę też, że posiadając mój charakter będzie ideałem. Raczej wolałabym, żeby było otwarte na świat i ludzi.
     Zrobiłam się jeszcze bardziej senna niż wcześniej. Tylko zlepki dziwnych myśli na temat dziecka trzymały się mojej głowy. Nie chciałam usypiać na stole w kuchni, ale nie mogłam poradzić nic na to, że było mi tak ciepło i przyjemnie. To tylko chwila. Nic nieznacząca chwila snu, niedługo się obudzę.
***
       Ciche stąpanie bosych stóp po kafelkach, głośne ziewanie, otwierająca się lodówka. Nie tylko to słyszałam, ale i widziałam oczami wyobraźni. Roztrzepany, czarnowłosy typ bez koszulki, który nie widzi świata poza pitym przez siebie napojem. Wciąż ma przymknięte oczy. Obudzi się dopiero, gdy wypije pół kartonu mleka i odetchnie. Dopiero po tym mnie zauważy. Na pewno się zdziwi, tyknie mnie palcem w głowę i rzuci jakimś głupim tekstem.
     Tak też się stało. Przewidziałam to wszystko bez problemu.
     - Żyjesz, roztrzepańcu?
     Podniosłam głowę z cichym westchnięciem, od razu poprawiając włosy. Oczy wciąż miałam przymrużone, minę na pewno zaspaną.
     Nathiel przysunął do mnie jedno z krzeseł i usiadł na nim, przypatrując się mi z podejrzliwością.
     - Nie mów, że spałaś tu całą noc.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Nie. Przyszłam tu nad ranem po wodę i zwyczajnie mi się przysnęło.
     - Rozumiem - mruknął chłopak, odgarniając mi włosy z czoła.
     Przyglądnęłam się uważniej twarzy Auvreya. Czy był zaspany, czy roztrzepany i pół nagi, zawsze wyglądał tak samo dobrze. Zazdrościłam mu tego.
     - Wiesz jaki dziwny sen miałem? - spytał nagle, podnieconym głosem.
     Prawie podskoczyłam na krześle, słysząc jego brzmienie.
     - Powiedziałaś mi, że jesteś w ciąży - dodał szybko chłopak, zanosząc się głośnym śmiechem.
     Przygryzłam wargę, uśmiechając się ironicznie do własnych myśli. A więc moje obawy się sprawdziły. Nathiel był wtedy tak zaspany, że uznał to za sen.
     - Nathiel - zaczęłam z westchnięciem. Nie było mi jednak dane skończyć.
     - Głupi sen, nie? - zaśmiał się raz jeszcze, chwilę potem chmurząc - Chyba bym skoczył z okna, gdyby tak było. No, bo wyobraź sobie takiego tatusia Nathiela. Prędzej utopiłbym dziecko w wannie niż je wykąpał  albo przekarmił, a nie nakarmił - mówiąc to, wyszczerzył się wesoło.
     Już miałam otwierać usta, ale nagle je zamknęłam. Do tej pory byłam pewna tego, co chcę mu przekazać. Po jego słowach, zaczęłam się jednak bać. A co jeśli naprawdę mnie zostawi? Nathiel to niedojrzała osoba. Mógłby zrobić coś głupiego.
     - W ogóle - kontynuował, mierzwiąc sobie włosy - Nie mógłbym zostać ojcem w tak młodym wieku.
     - Rzeczywiście - mruknęłam od niechcenia, spoglądając w okno z nachmurzonym wyrazem twarzy. Nie powinnam tchórzyć. Przecież prędzej czy później się dowie. Ukrywanie prawdy nie wchodzi w grę.
     - Coś nie tak? - spytał niepewnie Auvrey. Zupełnie, jakby zaczął podejrzewać, że jego sen to rzeczywistość - Jesteś bledsza niż zwykle. Źle się czujesz?
     Chciałam powiedzieć, że czuję się wspaniale, naprawdę chciałam. Nie moja wina, że poranne mdłości wróciły ze zdwojoną siłą.
     Zatykając usta, wstałam gwałtownie od stołu i ruszyłam w stronę łazienki. Bałam się, że tym razem nie zdążę, a przecież nie chciałam zabrudzić dywanu czy schodów.
     - Laura? - usłyszałam za sobą zaniepokojony głos.
     Ostatni kawałek drogi, pokonałam już w biegu. Swoją podróż zakończyłam bolesnym klęknięciem na podłodze. Nie przejmowałam się tym, że w drzwiach stał Nathiel. Nie mogłam powstrzymać tego, co działo się z moim własnym ciałem. Z fizjologią człowieka jeszcze nikt nie wygrał.
     Podczas zwracania pustej zawartości żołądka, przeklinałam w duchu siebie, cały świat, a także Nathiela, który winien był mojego stanu. Miałam już szczerze dosyć tego okropnego uczucia, powracającego do mnie każdego dnia. Z oczu mimowolnie ciekły mi łzy, ciałem wstrząsnęły drgawki. Nagle zrobiło mi się strasznie zimno. Z trudem łapałam powietrze. Miałam nadzieje, że Nathiel podejdzie do mnie, ale nic takiego nie zrobił. Zaczynałam się bać o jego reakcje.
      Odwróciłam wzrok w jego stronę i spojrzałam na niego niepewnie. Był zszokowany. Miał lekko rozwarte usta i uniesione do góry brwi. Jego mina mówiła: chyba sobie żartujesz.
     Długo tkwiliśmy w całkowitej ciszy. On wpatrywał się we mnie niedowierzająco, a ja z trudem próbowałam powstrzymać łzy, które spływały mi po polikach. Co dziwne, nigdy nie byłam tak mocno uczuciowa. Zazwyczaj kryłam w sobie wszelakie emocje, pozwalając im wybuchać w środku, nie na zewnątrz. Teraz czułam nieuzasadniony smutek i strach.
     - To nie był sen, prawda? - usłyszałam nagle.
     Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Nie byłam nawet w stanie nawet kiwnąć głową. Po prostu płakałam z bezsilności. Dlaczego wcześniej nie reagowałam w podobny sposób? Przecież stwierdziłam, że sobie poradzę. Co się nagle stało? Czyżby to kolejny efekt uboczny mojego błogosławionego stanu? A może to strach przed ostateczną reakcją Nathiela?
     - O ja pieprzę - padło z ust Auvreya. Jego słowa nie wróżyły zbyt dobrze, podobnie jak dłoń, która przeczesała całe włosy, wprawiając je w jeszcze większy nieład.
     Otworzyłam buzię, żeby coś powiedzieć, a chciałam przekazać mu naprawdę wiele. "Nie odchodź, poradzimy sobie", "proszę, nie zostawiaj mnie", "to tylko dziecko". Niestety, żadne ze słów nie padły z moich ust. Milczałam.
     Następna reakcja Nathiela była co najmniej do przewidzenia. Śmiejąc się głośno jak osoba, która uciekła właśnie z wariatkowa, wyszedł z łazienki. Później słyszałam już tylko gwałtownie stawiane kroki i trzaśnięcie drzwiami od domu.
     Stało się.
***
     Biała piana unosiła się nad powierzchnią bursztynowej, gazowanej cieczy, falując pod wpływem nerwowych ruchów osoby, która dzierżyła w dłoni kufel. W tym momencie napój przypominał wzburzone morze podczas sztormu, które lada moment mogło zalać statek.
     To było czwarte piwo czarnowłosego chłopaka, który praktycznie nie odrywał wzroku od rozkołysanego oceanu. Wydawał się być jak zbity pies. Choć jego mina niewiele mówiła, dopełniały to jego ruchy. Noga wciąż nerwowo obijała się o ziemię, a palce prawej dłoni niecierpliwie wystukiwały rytm o kufel. Widać było, że coś go naprawdę wzburzyło.
     - Przestań pić - odezwał się głos rozsądku, należący do osoby, siedzącej na przeciw chłopaka.
     Blondyn o obojętnym wyrazie twarzy, wyrwał z rąk przyjaciela piwo i odstawił je z głośnym trzaskiem na stół.
     - Dawno nie piłem - odpowiedział z nerwowym śmiechem czarnowłosy.
     - Bycie w związku do czegoś zobowiązuje.
     - Zobowiązuje.
      Chłopak rzucił się na oparcie sofy i z głośnym westchnięciem spojrzał w sufit. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmieszek. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Ciąża. Co za bzdura. Tylko on mógł mieć takie szczęście w życiu.
     - Dowiem się wreszcie o co chodzi? - spytał orzechowooki, unosząc do góry brew - Mam jeszcze sporo roboty papierkowej, Nathiel.
     Demon zaśmiał się w niemrawy sposób. Dłużej jednak nie zwlekał z odpowiedzią. Czas uwolnić się z sideł szoku.
     - Co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, że zostaniesz ojcem, Sorath? - spytał.
     - To będzie coś, co zaplanuję, więc zaskoczony tym faktem nie będę.
     Zielonooki nachmurzył się.
     - A gdyby to był taki zaskok, przypadek?
     - Nic nie dzieje się z przypadku. Wszystko ma jakąś przyczynę - mruknął od niechcenia Sorathiel, przeglądając w skupieniu stertę papierów - Nawet brak zabezpieczeń jest uzasadnioną przyczyną.
     - No, wiesz - zaczął Nathiel z nerwowym śmiechem - Nie czyjaś wina, skoro kupuje lewe gumki w sklepie po dolarze, a one potem robią bum.
      Blythe ściągnął na chwilę swoje bordowe oprawki, odkładając je na stół. Do tej pory był niewzruszony, teraz jednak spojrzał na swojego przyjaciela z uwagą.
     - Nathiel - zaczął dosyć obojętnie.
     - Co? - spytał nachmurzony chłopak.
     - Czy ty właśnie starasz się mi zasugerować, że zostaniesz ojcem?
     Blondyn uniósł brew pytająco do góry.
     - Coś w ten deseń.
     Zaległa długa cisza. Auvrey wpatrywał się uparcie w sufit, wciąż tupiąc nogą w nieznany rytm, a Sorathiel nie spuszczał z niego oczu. Do tej pory jego mina była niezmienna, obojętna, teraz jednak uległa zmianie. Sorathiel nie mógł powstrzymać swojego zdziwienia.
     - Czy ty jesteś niepoważny? - spytał, trzęsąc głową z niedowierzaniem.
     - A czy kiedykolwiek byłem poważny?! - wykrzyknął oburzony Nathiel, nerwowo przeczesując sobie włosy.
     Ponownie nastała długa cisza.
     Blondyn pochylił się do przodu, uważniej przyglądając twarzy swojego przyjaciela, ten zaś, odwracał uparcie wzrok. Nie, nie był zaskoczony z powodu wypadku, który przydarzył się Nathielowi. Raczej zdziwiony był jego spanikowanym i nerwowym zachowaniem. Nie często widziało się go w takim stanie. Czyżby to oznaczało powagę w podejściu do sytuacji? W normalnym przypadku Auvrey rzucił by przecież tekstem: "poradzę sobie, co to dla mnie dziecko", ale teraz, Sorath nie poznawał własnego przyjaciela.
     - Co zamierzasz z tym zrobić? - spytał blondyn, pochylając się do przodu.
     - Aborcja? - zaśmiał się nerwowo szmaragdowooki.
     - Nathiel - upomniał go przyjaciel.
     - Co? Przecież żartowałem - burknął - Chyba nie zabiłbym czegoś, co sam stworzyłem. Chyba.
     - Więc o co chodzi?
     - Bo widzisz...
     Czarnowłosy rzucił się na poduszki i ponownie skierował swój wzrok w stronę sufitu. Ironiczny uśmiech cisnął mu się na usta. Czuł się teraz jak na jakiejś terapii.
     - Nie uważam, że nadaję się na ojca. Jestem młody, głupi, nieodpowiedzialny, nie mam pracy i tylko ganiam za demonami.
     - W końcu się do tego przyznałeś - na ustach Sorathiela pojawił się delikatny uśmiech - To jedna z dróg prowadzących do dorosłości.
     Czarnowłosy przewrócił oczami. Słowa jego przyjaciela nie pocieszyły go w żadnym stopniu. Mimo przyznania się do własnych wad, nie czuł się ani trochę bardziej dorosły. Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu był tak zestresowany i przerażony. Czuł się jak małe dziecko, uciekające przed potworami spod łóżka. Nawet cztery kufle piwa, mające ukoić ból, w ogóle mu nie pomogły, tylko jeszcze bardziej podburzyły.
     - Kochasz Laurę?
     Nathiel spojrzał nachmurzony na swojego przyjaciela. Nie miał pojęcia do czego dąży, ale to chyba oczywiste, że skoro jest z nią już 5 lat, coś do niej czuje.
     Na potwierdzenie, kiwnął głową.
     - Więc ją wesprzyj - stwierdził Sorathiel - Musi być jej zdecydowanie bardziej ciężko niż tobie. W końcu to ona jest w ciąży - po jego słowach nastąpiła długa chwila ciszy - No, chyba, że to nie z nią dorobiłeś się dziecka.
     Auvrey warknął coś niezrozumiałego pod nosem i rzucił poduszką uśmiechniętego łobuzersko Sorathiela. Czasem irytował go nadmierny spokój przyjaciela. Nie lubił też, gdy traktował jego życiowe problemy ironią. Naprawdę przeżywał w tym momencie kryzys i nie wiedział co zrobić.
Wesprzeć Laurę? Jest jej o wiele bardziej ciężko?
     Czarnowłosy zmarszczył czoło. Zanim jeszcze wybiegł, widział, że płacze. Wyglądała też na bardzo słabą. Była bledsza niż kiedykolwiek wcześniej. Na dodatek nigdy nie widział u niej tak dziwnego wyrazu twarzy. To było coś pomiędzy załamaniem, a rozpaczliwą prośbą w stylu: nie zostawiaj mnie.
     Nathiel jęknął cicho i przyłożył dłonie do twarzy. Jak mógł zostawić osobę, którą kocha, samej sobie w chwili, gdy cierpi? Po raz kolejny zrobił coś głupiego. To już chyba część jego życia od której się nie uwolni.
     Prawda, był zszokowany, przerażony i nie dowierzał. Postąpił bardzo pochopnie, wybiegając z domu. Nie wiedział jednak jak na to zareagować w inny sposób. Bał się natychmiastowej odpowiedzi w stylu: "damy sobie radę" lub "nie chcę tego dziecka". Po prostu stchórzył.
      - Sorath - zaczął załamanym głosem czarnowłosy demon - Boję się.
      - Życia? - spytał blondyn ze swoim charakterystycznym spokojem w głosie.
      - Chyba - kontynuował Nathiel - Bo widzisz, zabijanie demonów, a prawdziwe życie, gdzie istnieją zasady i obowiązki to już zupełnie coś innego.
     - Czy życie, czy walka, nigdy nie stosowałeś się do zakazów, Nathiel.
     Chłopak westchnął cicho.
     - Masz racje - mruknął - Nie wiem co się ze mną dzieje.
     - Jesteś po prostu zszokowany. To przejdzie. Lepiej wróć do Laury, nim zrobi coś głupiego. Co prawda wierzę w jej rozsądek, ale w efekty uboczne ciąży już nie - Sorathiel spojrzał znacząco na swojego towarzysza.
     - Że niby samobójstwo miałaby popełnić?
     Nathiel nachmurzył się, robiąc głupią minę.
     - Tego nie powiedziałem.
     Lekko przestraszony chłopak, podniósł się z sofy. Oczywiście  nie mógł odpuścić kilku łyków czwartego piwa, przecież było pełne.
     To prawda, Laura go teraz potrzebowała. Ona sama musi być przerażona tym, co się z nią dzieje. Razem dojdą do jakiegoś porozumienia.
     - Dzięki, Sorath - mruknął Nathiel, posyłając swojemu przyjacielowi lekki uśmiech. Ten tylko kiwnął głową i zabrał się do dalszej roboty papierkowej.
     Teraz już wiedział co zrobić. Podjął decyzje i nic nie będzie w stanie jej zmienić.
***
     Kap, kap, kap. Kolejne krople deszczu spływały po oknie, imitując łzy, które miałam na polikach.  Przysięgam, nigdy w życiu nie płakałam tak długo. Byłam pewna, że to efekt uboczny ciąży, którą ostatecznie potwierdziłam testem. Nadzieja matką głupich, a teraz i ja nią zostanę. To znaczy nie głupią, to raczej przywilej Nathiela. Zostanę mamą. Mama Laura, lat 23. Co za absurd.
     Obróciłam się na brzuch i przytuliłam do siebie poduszkę, która pachniała tym głupim, demonicznym kretynem, który uciekł od odpowiedzialności. Lubiłam ten zapach. Był świeży, orzeźwiający, zupełnie jak miętowa guma do żucia. Tak, jeżeli miałam do czegoś porównać jego zapach, porównałabym go do mięty. Kto wie, może to wina ziołowego szamponu do włosów, którego używał?
     Czując niezbyt miłe, ssące uczucie w żołądku, przewróciłam się na plecy. Pachnącą Nathielem poduszkę, odrzuciłam gdzieś na bok, a swoje zmęczone oczy utkwiłam w suficie.
     Zgodnie z moimi obliczeniami i nasileniem się objawów ciążowym, musiał to być drugi lub trzeci miesiąc.
     Dotknęłam dłonią swojego brzucha, aby upewnić się, że jest jeszcze płaski. Był. U większości kobiet zaokrąglenie pojawia się dopiero w 4 miesiącu, u niektórych dopiero w 6-tym. Byłam ciekawa jak będzie ze mną. Posiadałam naprawdę szczupłą sylwetkę, większość osób twierdziło, że jestem nawet zbyt chuda, nie powinno to więc potrwać długo.
     Westchnęłam ciężko i zamknęłam na chwilę oczy. Zastanawiam się, co by powiedziały Joanne i Calanthe, gdyby dowiedziały się, że ich córka jest w ciąży. Joanne na pewno by się cieszyła, obojętnie kiedy by to było. Zazwyczaj do każdego, nawet najbardziej zaskakującego zdarzenia życiowego, podchodziła bardzo radośnie. Poza tym popierała związek mój i Nathiela. Zanim jeszcze cokolwiek do siebie czuliśmy, ukradkiem nam kibicowała. Z pewnością byłaby dumną i szczęśliwą babcią. Calanthe. Myślę, że miałaby zupełnie inne podejście niż Joanne. Trochę bardziej negatywne. Nie przepadała w końcu za Nathielem i zawsze radziła mi, żebym się do niego nie zbliżała, bo źle skończę. Na pewno byłaby zła. Myślę, że w końcu by się jednak przyzwyczaiła. W końcu nie zaszłam w ciążę w wieku 16 lat jak ona.
     Zastanawiało mnie czy to będzie dziewczynka czy chłopiec. Jak będzie wyglądało? Zważając na silną genetykę demonów, zapewne odziedziczy włosy i oczy po Nathielu. Będzie demonem? A może pół demonem? Istniało też prawdopodobieństwo, że będzie zwyczajnym człowiekiem.
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. W chwili gdy moje życie z Nathielem wisiało na włosku, ja rozważałam jakie będzie nasze dziecko. Powinnam przestać.
     Na nowo się chmurząc, wstałam z łóżka. Starczy tych głębokich rozważań. Skoro dziś zostałam w domu, powinnam zrobić z wolnego jakiś użytek. W kuchni czeka stos nieumytych garów, którymi miał się zająć Nathiel, dywan w salonie lepi się od brudu, że nie wspomnę o stosie piachu w przedpokoju, który naniósł Auvrey. Życie z nim w jednym domu byłoby ciężkie. Robił więcej brudu niż porządku. Przepraszam. W ogóle nie sprzątał.
     Trzęsąc głową, ruszyłam w stronę kuchni - pierwszego punktu mojej terapii antyrozważaniowej.
W duchu przeklinałam swoją fizjologię ciążową, która utrudniała mi życie na każdym kroku. Nawet teraz dopadło mnie uczucie nagłego osłabienia. Nie były to już co prawda mdłości czy kręcenie się w głowie, ale w dalszym ciągu nie czułam się zbyt dobrze. Na chwilę musiałam oprzeć się o framugę wejścia do kuchni. Serce zaczęło bić mi niezwykle szybko, zupełnie, jakbym przebiegła w szaleńczym tempie kilka kilometrów. Nie rozumiałam tego stanu. Mogłam go przyrównać do tego, co mi się działo, gdy Andi wkradła się w mój cień. Ale przecież niemożliwością było, aby drugi raz ktoś pożerał moją energię. To na pewno po prostu ciążowe dolegliwości.
     Czując, jak obraz mi ciemnieje, zjechałam plecami po framudze i wylądowałam na podłodze. Nie chciałam zaszkodzić dziecku poprzez płaski upadek na ziemię. U dołu będzie mi lepiej - a przynajmniej tak sądziłam. Stan otępienia wcale mi nie przechodził. Na pewno choć na chwilę straciłam przytomność, gdyż w pewnej chwili poczułam, że nie siedzę już na podłodze, a na niej leżę. Czułam też dotyk jakiś wyimaginowanych dłoni. A może nie były wymyślone? Zdawało mi się, że dotykają mojego czoła, polików, szyi, a potem nagle chwytają mnie w uścisku i przenoszą do pionu. Czułam się jak bezwładna guma. Śmiech sam cisnął mi się do ust. Nie wiem czy przypadkiem naprawdę się nie zaśmiałam. Wszystko było mi obojętne.
     W pewnym momencie wylądowałam na czymś miękkim, a ciepłe dłonie na chwile zniknęły. To dobrze, i tak było mi gorąco. Jak na zawołanie, poczułam na czole coś kojąco zimnego.
     Nie mam pojęcia ile tak leżałam, nie mam pojęcia co się działo w tym czasie wkoło mnie. Stan ten nie trwał jednak całą wieczność i z czasem powoli zaczęłam odzyskiwać władzę w całym ciele.
     - Obudziłaś się - usłyszałam odetchnięcie po mojej prawej stronie. Spojrzałam na chłopaka, który siedział obok mnie na łóżku i głaskał mnie po włosach.
     - Co się stało? - spytałam lekko otępiona, zdając sobie sprawę z tego, że już nawet nie pamiętam co się działo.
     - Jak wszedłem do domu, już leżałaś na podłodze - westchnął czarnowłosy - Jak się czujesz?
     - Chodzi o to, że nic nie czuję - odpowiedziałam z krzywym uśmiechem.
     - To do ciebie podobne.
     Auvrey uśmiechnął się łobuzersko. Tym razem nie byłam w stanie walczyć z nim słownie. Niech ma świadomość tego, że choć raz udało mu się ze mną wygrać.
     - Wróciłeś - stwierdziłam cicho.
     - Wróciłem - usłyszałam odpowiedź zwrotną - Przecież bym cię nie zostawił, głupia. Po prostu nie wiedziałem co o tym sądzić i zareagowałem tak, jak zareagowałem.
     - Czyli jak typowy facet przerażony odpowiedzialnością.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Nie twierdzę, że nie jestem przerażony.
     - Nathielu Auvrey - zaczęłam lekko zdziwiona - Brzmisz zbyt poważnie i dorośle, piłeś coś?
     - Zupełnie nic.
     Niewinny uśmieszek na twarzy szmaragdowookiego, zdradzał jego kłamstwo. Znając go, był tak zestresowany i nie wiedział co ze sobą zrobić, że po prostu poszedł do siedziby Nox, wyjął z lodówki czteropak piwa i siedział na sofie, przeszkadzając Sorathielowi. Nathiel był tak bardzo przewidywalny. A może po prostu zbyt długo z nim przebywałam?
     - Laura.
     Spojrzałam w jego twarz. Wyglądał na lekko zaniepokojonego, co nie było do niego podobne. Nie miałam się jednak o co martwić. Doskonale wiedziałam, że mnie nie zostawi. Inaczej by nie wrócił, inaczej by mi nie pomógł. Dziecko to nie przeszkoda, by dalej być razem.
     - Damy radę - dodał, puszczając mi oczko.
     - Jakoś - dodałam, krzywiąc się lekko na boku. Mimo mojej ironii i dziwnej irytacji, w głębi serca byłam jednak szczęśliwa. Byłam przeświadczona o tym, że nic nie dzieje się z przypadku i wszystko ma jakiś cel. Może dziecko jest potrzebne, aby Nathiel wydoroślał, a ja otworzyła się na ludzi?
     - Tylko pamiętaj, że dziecko to nie demon - westchnęłam - Nie możesz za nim gonić z nożem.
     - Dzieci są nawet gorsze od demonów - powiedział chłopak, krzywiąc się na boku.
     - Twoje na pewno będą gorsze.
     - Nasze - poprawił mnie Auvrey, patrząc na mnie z uroczym uśmiechem.
     - Nasze - szepnęłam w odpowiedzi, odwzajemniając uśmiech.
     Ponownie tego dnia, po moich polikach zaczęły spływać łzy. Nie chciałam, żeby Nathiel widział jak płaczę, czułam się tym faktem zażenowana. Ukryłam głowę w poduszce, która nim pachniała. W zamian usłyszałam cichy, rozbawiony śmiech.
     - Płakanie z takiego powodu jest do ciebie niepodobne.
     - Wiem - jęknęłam - Nic na to nie poradzę.
     Nathiel ponownie się zaśmiał, choć tym razem przysunął do mnie. Poduszkę w której miałam ukrytą głowę, odrzucił gdzieś na bok. Zamiast tego, przygarnął moją głowę do siebie. Wtuliłam się w niego, zaciskając usta. Cholerne wahanie nastrojów. Już miałam ich dosyć. W sumie to miałam dosyć całej ciąży. Niech dzieciak wyjdzie na świat. Zaraz. Teraz.
     Auvrey zaczął mnie gładzić ręką po włosach, uciszając jak małe dziecko. Chciało mi się śmiać, ale zamiast tego płakałam. Nie widziałam w tym logiki.
     - Nie wyobrażam nas sobie jako rodziców - usłyszałam nagle - To nastąpiło trochę za szybko.
     - Kiedyś i tak byśmy nimi zostali.
     - Racja.
     Nathiel uśmiechnął się lekko. Oprócz mięty, wyczuwałam od niego całkiem sporą ilość spożytego alkoholu. To następna z wad ciąży. Wrażliwość na zapachy.
     - Poradzimy sobie - szepnął chłopak, kładąc dłoń na moim brzuchu.
     I choć czułam się z tym faktem dosyć niecodziennie, wiedziałam, że ma racje. Bo jak nie my, to kto?