piątek, 31 października 2014

Rozdział 33 - "Żegnając przeszłość"

Uważam, że rozdział jest długi, chaotyczny i pisany lekko na odpierdziel. Przymierzałam się do niego z tysiąc razy i możecie mi nie wierzyć, ale pisałam go cały miesiąc. Studia trochę zmieniają moje plany pisarskie, ale staram się od czasu do czasu coś dodać do rozdziału. Następny rozdział będzie lekkim oderwaniem od smutnej rzeczywistości. Bita śmietana i te sprawy - mniemam, że Orihime się domyśla o co chodzi >D.
Teraz dłuższy weekend, więc zamierzam nadrobić czytanie, jak i napisać kilka rozdziałów w przód, bo to był ostatni z nich D: 
***
     Powiedziałam im. Powiedziałam im wszystko, co pamiętałam, poczynając od Margaret, jej dziwnych, zielonych ślepi i okrutnych zachowań, idąc przez niezwykłą opowieść na temat moich narodzin i nieznanego pochodzenia oraz o całym, demonicznym zajściu w moim domu. Całą opowieść, zakończyłam na śmierci mojej walecznej matki. Opowiedziałam im to bez urojenia chociaż jednej łzy. Nie chciałam się przed nimi rozkleić. Wystarczająco długo znosili moje fochy, milczenie, płacz i całą moją nieznośną osobę.
     Po moim długim monologu, żaden z nich nie mógł niczego wymówić. Nathiel spoglądał na mnie, marszcząc w skupieniu czoło, Sorathiel analizował wszystkie fakty, zapatrując się w sufit i gładząc swój podbródek. Wiem, że zastanawiali się nad tymi samymi kwestiami, co ja. Kim jestem? Gdzie jest moja prawdziwa matka i dlaczego mnie zostawiła? Margaret była demonem czy człowiekiem opętanym przez demona? Czy coś lub ktoś chciało mnie zabić celowo, czy to zwykły przypadek? Moja matka, Joanne, zawsze powtarzała, że nic w naturze nie dzieje się przypadkowo, jednak wolałam nie myśleć o tym, że na moją zagładę czeka całe zbiorowisko demonów. Nic im przecież nie zrobiłam. Chyba, że mój niecny uczynek w postaci polania domestosem demona, dotarł aż do samej Reverentii. Co za głupota. Moim jedynym problemem jest to, że znam dwóch, młodocianych łowców, sama nim przecież nie jestem. Wysokiej energii potencjalnej także nie posiadam. Jestem najzwyklejszym człowiekiem, wielkim tchórzem, osobą, która potrzebuje ratunku innych, a sama nie jest w stanie nikogo ochronić. Tak, polegałam tylko i wyłącznie na Nathielu. Chwilami czułam się, jakbym go świadomie wykorzystywała. On dawał mi całe swoje serce, bronił mnie i wspierał, motywował i nakazywał się nie poddawać, a ja przekazywałam mu tylko chłód i obojętność. Dlaczego mimo tego, wciąż przy mnie tkwił?
     Spojrzałam na Nathiela, który szedł tuż obok mnie, znudzonym, powolnym krokiem. Wiem, że szedł powoli ze względu na mnie. Czasem spoglądał w moją stronę, aby się upewnić, że zbytnio nie przyspieszył. Martwił się. O mnie. Jak moja matka. Nie chciałam go stracić, choć nie darzyłam go przecież żadną miłością. Nie wiem, czy to ten moment, kiedy mogę go nazwać przyjacielem. Z zachowania bardziej przypominał mi brata. Troszczył się o mnie, kłócił się ze mną, potrafił przytulić i pocieszyć, a także nakrzyczeć, kiedy musiał. Brat? A co jeśli brat mógł być także przyjacielem? Nie wiem, nigdy go nie miałam. Byłam jedynaczką, a przynajmniej tak do tej pory sądziłam. Kto wie, kim naprawdę jestem i jaką mam rodzinę, jeśli w ogóle ją posiadam?
     Nathiel uparcie sądził, że urwałam się z kosmosu i jestem córką kosmitów, Sorathiel nie miał na ten temat teorii. Wielokrotnie rozważali moje pochodzenie, patrząc na nie pod demonicznym kątem. Nie, nie mogłam być spłodzona przez demona. Miałam zupełnie inny kolor oczu, niż one. Cieniste demony charakteryzowała szmaragdowa barwa tęczówek, ja miałam je w jasnym, kocim kolorze, który choć intrygował, nie przypominał nadzwyczajnego człowieka lub istotę nie z tej ziemi. Zagadką były moje nadzwyczajne zdolności. Sorathiel nie wykluczył istnienia innych, nadludzkich istot. W końcu kto powiedział, że elfy, rusałki, nimfy, gnomy, trolle, wampiry, wilkołaki i inne stwory nie istniały? Nikt ich jednak do tej pory nie spotkał. To demony potrzebowały kontaktu z ludzką energią, dlatego zostały rozpoznane przez człowieka.
     Wzniosłam oczy ku niebu. Znowu padał deszcz i choć na ogół go lubiłam, dziś nie ułatwiał mi sprawy. Był przygnębiający. Na nowo musiałam wrócić do miejsca, gdzie zaczął się mój koszmar. Tak naprawdę nie miałam zbyt wielu szczęśliwych wspomnień związanych z moim domem. Już w dzieciństwie był mi wrogiem. Tylko moja matka wprowadzała tu radość i nadzieję. Dziś, gdy jej nie ma, nie mam po co tu wracać. Pojawia się więc następne pytanie: gdzie mam pójść?
     Spojrzałam ukradkowo na Nathiela i zmarszczyłam czoło.
     Nie chciałam dłużej siedzieć im na głowie. Muszę znaleźć nowe mieszkanie, muszę znaleźć pracę, rzucić szkołę, utrzymać się, jakoś żyć. To wszystko wciąż nie dochodziło do mojego umysłu. Czułam się, jakby to był sen. Sen z którego chciałam się jak najszybciej zbudzić. Miałam dopiero 17 lat. Chciałam skończyć szkołę, pójść na studia, dopiero wtedy znaleźć opłacalną pracę, może założyć rodzinę. Może. Perspektywa dorosłej Laury z dzieckiem na ręku wcale mnie nie bawiła.
     - O czym myślisz? - spytał Nathiel, wkładając w tym samym momencie ręce do kieszeni.
     - O tym, że nie wyobrażam sobie momentu, gdy założę rodzinę - odpowiedziałam w zamyśleniu.
     Dopiero po owych słowach zrozumiałam, że nie chciałam tego oznajmić.
     - Tak? Ja to widzę oczami wyobraźni - powiedział w zamyśleniu zielonooki, kierując spojrzenie ku niebu. - Laura w fartuszku, stojąca przy garach i wołająca swoje rozbrykane, czarnowłose dzieci na obiad. Oczywiście ma też przystojnego, zielonookiego męża - zakończył, szerząc się.
     Zmarszczyłam czoło.
     - Dlaczego mam wrażenie, że mówisz o sobie? - zapytałam, unosząc brew do góry.
     - Serio? - dodał, udając zdziwienie. - Owszem, jestem przystojny, ale żebyś od razu chciała ze mnie robić swojego męża - mówiąc to, uśmiechnął się do mnie wrednie.
     - Ty moim mężem? - spytałam. - Ta rodzina by zginęła.
     Chłopak spojrzał na mnie z ukosa, wyjątkowo nie odpowiadając na moją ripostę. Nathiel i ja. Ten związek długo by nie przeżył. Nie, ten związek nawet nie miałby prawa bytu.
     - Jesteśmy - powiedział chłopak, stając pod moim domem i wzdychając ciężko.
     Choć Nathiel zapewniał mnie o tym, że żadnego demona nie ma już w tym domu, piekielnie się bałam. Ba, trzęsłam się ze strachu. Miałam wrażenie, że będę stała przed drzwiami całą wieczność. Nic nie przekonywało mnie do wejścia tam. Rozpaczliwie szukałam jakiegoś wytłumaczenia, wymówki, wiedziałam jednak, że przy Nathielu jej nie znajdę. Muszę się opanować. Nie byłam sama, wciąż go miałam przy sobie.
     Chłopak spojrzał na mnie wyczekująco. Najwyraźniej chciał, abym to ja uczyniła pierwszy krok.
     Wzięłam głęboki dech, policzyłam do dziesięciu, chwyciłam go pod ramię i wbrew krzykom umysłu, weszłam do środka. Mój towarzysz wyglądał na zdziwionego. Widocznie nie sądził, że taki tchórz jak ja, będzie w stanie bez zastanowienia wejść prosto w paszczę potwora.
     Mój dom nie przypominał mi w żaden sposób miejsca w którym kiedyś mieszkałam. Czułam się tu obco, nieswojo. Byłam przerażona, zaniepokojona. Najbardziej bałam się jednak widoku salonu w którym zmarła moja matka. Stanęłam przed jego progiem, zaciskając pięści i poważnie rozważając swój przyszły plan. Już miałam zacząć się cofać, gdy Nathiel położył dłonie na moich ramionach i poprowadził mnie w stronę zagłady wspomnień. Ostatnią deską ratunku było dla mnie zamknięcie oczu.
     Nathiel westchnął głośno.
     - Otwórz oczy. Mówiłem ci, że nie ma tu twojej matki - powiedział zielonooki.
     Otworzyłam. W miejscu gdzie powinna leżeć Joanne, była tylko zaschnięta plama krwi. Już sam jej widok wstrząsnął mną doszczętnie. Nieświadomie chwyciłam Nathiela za ramię. Był to mój gest obronny przed falą słabości, która chciała mnie powalić na kolana. Mój towarzysz przytrzymał mnie w pionie, a gdy stwierdził, że to wcale nie pomaga, posadził mnie na najbliżej stojącym krześle.
     Ciepłymi, delikatnymi dłońmi, objął moją twarz i przybliżył się do mnie.
     - Hej, to tylko zaschła plama krwi. Myśl o niej jak o... - zastanowił się przez moment.
     Wiedziałam, że nie wymyśli nic twórczego.
     - Jak o plamie po keczupie, dżemie, cokolwiek - zakończył.
     Zaśmiałam się nerwowo. Nie sądziłam, że to dobre porównanie.
     - A może chcesz, żebym to ja przyniósł twoje rzeczy? Poczekasz na zewnątrz - powiedział poważnym głosem.
     Potrząsnęłam głową, choć doskonale wiedziałam, że byłoby to sto razy lepsze rozwiązanie. Z drugiej strony, nie wyobrażałam sobie Nathiela grzebiącego w mojej bieliźnie.
     Wzięłam jeden głęboki wdech, drugi głęboki wdech, a żeby zająć swoje myśli czymś innym, zaczęłam rozglądać się po całym pomieszczeniu, zwracając uwagę tylko na rzeczy, których widok nie przyprawiał mnie o mdłości. Parapet, następnie na rozwalone doniczki, książki leżące na podłodze, wywrócony fotel, podłogę i wreszcie plamę krwi, pośród której leżał czysty, biały kwiat.
     Spojrzałam na Nathiela pytająco. Najwyraźniej na początku nie zrozumiał o co mi chodzi.
     - Kwiat - powiedziałam cicho, przypatrując się uważnie małej roślince.
     Czarnowłosy spojrzał w tył i mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. Już po chwili zaczął grzebać po kieszeniach. Z jednej z nich, wyjął małą karteczkę. Chmurząc się, rozczytał literki, które na niej były. Wyglądał trochę jak dziecko z podstawówki, które stara się złożyć trudne słowo sylabami.
     - Kwiat z rodziny storczykowatej, Calanthe davaensis - wydusił z siebie Nathiel - Żyje w warunkach tropikalnych.
     Uniosłam brew do góry. Warunki tropikalne na pewno nie panowały w tym domu, więc jakim cudem ten kwiat utrzymał się przy życiu?
     Ku zdziwieniu Nathiela, wstałam i podeszłam do przedziwnego, białego kwiatu orchidei i podniosłam go z podłogi. Przyjrzałam mu się uważniej. Nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie ma zwiędnąć. Piękny, zdrowy kwiat, bez żadnej skazy. Jakim cudem? Musiał leżeć tu już kilka dni, jak nie tygodni...
     Nathiel stanął tuż za mną i to właśnie wtedy, zaczęło dziać się coś dziwnego. Kwiat w dziwny sposób zaczął błyszczeć, a następnie zniknął w oparach dymu, pozostawiając po sobie tylko złocisty pyłek.
     Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni. Nikt z nas nie miał pojęcia, co to mogło oznaczać.
     Lekko oszołomiona, strzepałam pyłek z dłoni i podniosłam się z podłogi. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Z pewnością była to sprawka jakiejś nadprzyrodzonej siły, choć na pewno nie demonicznej. Bądźmy szczerzy, jaki demon trudziłby się z zostawianiem tu tropikalnych kwiatów i jaki miałby w tym cel? Na pewno nie chciał upiększyć mojego domu.
     - Sorathiel natrafił na jakiś ślad? - spytałam.
     Doskonale wiedziałam, że to on odnalazł gatunek i nazwę tego kwiatu. Domyślałam się też, że stara się rozwiązać zagadkę zniknięcia ciała mojej matki.
     - Nie - odpowiedział krótko Nathiel - Ale wciąż szuka.
     Kiwnęłam głową.
     Nie chciałam tu już dłużej być. Postanowiłam zakończyć to możliwie szybko.
     - Zostań tu - rzuciłam w stronę Nathiela. - Pójdę się spakować.
     Chłopak posłusznie kiwnął głową, a ja powolnym krokiem, ruszyłam ku górze. Czułam się teraz tak, jakbym właśnie wróciła do domu ze szkoły. Jakbym zaledwie chwilę temu, pocałowała moją mamę w policzek, spytała ją jak się czuje, usłyszała od niej krótkie "zaraz będzie obiad" i poszła na górę, odłożyć swoje szkolne rzeczy. Widziałam jej uśmiech oczami wyobraźni. Uśmiech, który zawsze odwzajemniałam. Miałam wrażenie, że Joanne wciąż gdzieś tu jest. Kryje się po kątach i woła do mnie: "odwagi, Lauro, odwagi!". Czy ona naprawdę umarła? A może wciąż mnie obserwuje z kąta pokoju?
     Potrząsnęłam głową, uśmiechając się ironicznie do samej siebie. Czasami wyobraźnia za bardzo mnie ponosi.
     Postawiłam ostatni krok na schodach i bez chwili namysłu, otworzyłam drzwi od swojego pokoju.      Poczułam dobrze mi znany, zapach różanych perfum. Nic tu się nie zmieniło. Reszta domu została zniszczona, ale mój pokój został nietknięty. Zupełnie, jakby chroniła go jakaś dziwna magia. Wyglądał tak samo, jak wtedy, gdy go opuściłam.
     Wzięłam głęboki wdech i weszłam w jego głąb. Czułam się tu bezpiecznie. Mój pokój od zawsze był dla mnie schronem przed wszelkim złem. Nawet mój przyszywany ojciec, nigdy tu nie wszedł. Gdy chciałam, mogłam zamknąć się na klucz i nie pozwolić na to, by ktoś przeszedł przez próg mojego schronu. No, dobrze, była jedna osoba, która przekroczyła moją świętość. Nathiel, który zamiast drzwi, wybrał okno. To była jedyna taka sytuacja, kiedy czułam się tu zagrożona.
     Dłużej nie czekając, zabrałam się za pakowanie niezbędnych rzeczy. Przyznaję, szło mi to straszliwie opornie. Najchętniej spakowałabym cały pokój, ale świat nie poszedł z techniką do przodu tak, aby móc go zmniejszyć i schować do torebki. Musiałam się maksymalnie ograniczyć, walizka nie pomieści przecież nawet połowy z tego, co chcę za wszelką cenę wziąć.
     Zaczęłam od tego co najważniejsze. Ciuchy, bielizna, książki. Już samo to zajęło 75% mojej torby. Następne, mniej ważne, okazały się być kosmetyki w śladowych ilościach, długopisy, zeszyty, ramka ze zdjęciem na którym jestem w raz z Deanielem i Amy, ramka z zdjęciem małej Laury, którą trzymała za rękę jej matka...
     Zatrzymałam się na chwilę. Zdjęcia. Miałam ich zdecydowanie więcej. Nie byłam nigdy zbytnio sentymentalną osobą i nie przywiązywałam się do rzeczy w tak wielkim stopniu, ale dlaczego miałam stracić wszystkie chwile, które były utrwalone na zdjęciach? Tylko to mi pozostało po mojej matce.
     Z zapałem i prawdziwym zaangażowaniem, zaczęłam przekopywać dolną szafkę. Książki, zeszyty, misie, listy i pudełka, fruwały po całym pokoju. Dopiero na samym końcu, oświetlony niebiańskim blaskiem, leżał duży, biały album. Bez chwili zastanowienia, chwyciłam za niego i wygodnie rozsiadając się na moim białym, miękkim dywaniku, otworzyłam go na pierwszej stronie.
     Mała, niemowlęca twarzyczka z zielonymi oczami, które wpatrywały się uważnie w obiektyw.
     Czy rzeczywiście miałam aż tak badawcze spojrzenie, gdy byłam mała? A może zostało mi to do dziś? Nie wiem, lustro dużo mi nie mówiło. Poza tym, dziwnie byłoby stwierdzić, patrząc na siebie, że chcę przejrzeć własną duszę na wylot.
     Następne zdjęcie przedstawiało małą, około roczną Laurę, upaćkaną tortem. Miałam na nim istnie szatańską minę, która mówiła: "zepsułam czyjąś pracę, czuję się tak cudownie". Za mną stała załamana Joanne. Najwyraźniej był to tort robiony przez nią. Co roku, mimo anty zdolności do pieczenia, starała się jakiegoś dla mnie zrobić. Wychodziło jej to z różnymi skutkami, ale cieszyłam się, że chociaż próbowała. Zawsze starałam się go zjeść ze smakiem.
     Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech.
     Następne zdjęcie przedstawiało Joanne, która przyklejała plaster do mojego zranionego kolana. Uśmiechała się do mnie łagodnie, a ja wyciągałam do niej ręce, chcąc, aby mnie przytuliła. W moich oczach widniały ogromne łzy.
     Uśmiech zszedł z mojej twarzy i ustąpił miejsca smutkowi. Następne zdjęcie przedstawiało tą samą scenę, choć z jedną, niewielką zmianą. Mała Laura spoczywała już w ramionach matki uspokojona.
     Zamknęłam na chwilę oczy i przygryzłam wargę. Ile bym teraz dała, by móc się do niej przytulić. Tak bardzo zazdrościłam małej Laurze ze zdjęcia.
     Spojrzałam w okno, próbując powstrzymać się od płaczu.
     To było życie na które tak bardzo narzekałam. Życie, którego w żaden sposób nie doceniałam. Uważałam, że pech idzie za mną od dziecka, a przecież nie było tak źle. Zawsze mogło być gorzej. Teraz jest gorzej. Zostałam sama, bez ciepłych dłoni i policzka, który co dzień całowałam na przywitanie. Bez uśmiechu rozświetlającego moje życie i słów, które dodawały mi otuchy. Owszem, wciąż miałam Amy, wciąż miałam Nathiela, ale nie byli moją matką.
     Zakryłam dłońmi twarz, chcąc osłonić się przed potokiem łez. Nie zdołałam. Łzy bezwolnie kapały na album ze zdjęciami.
     - Laura, żyjesz? - usłyszałam głos Nathiela z dołu.
     Przez dłuższą chwilę milczałam, próbując uspokoić rozszalałe emocje. W końcu jednak otarłam wierzchem dłoni łzy i odkrzyknęłam:
     - Nie, umarłam.
     - Cieszmy się.
     Czarnowłosy zaśmiał się z dołu. Mi jednak nie było do śmiechu.
     Zamknęłam album, podniosłam się z podłogi i ostatni raz stanęłam przy oknie swojego pokoju, spoglądając w dół, na dobrze mi znany od 17 lat widok.
     Nic nie dzieje się przypadkowo. Moja matka poświęciła swoje życie, żebym ja mogła żyć i nie zamierzam zmarnować tej szansy. Owszem, będę za nią tęsknić, czasem zapłaczę w kącie nad gorzkim losem, który mnie spotyka, nie raz spoglądając w album poczuję się gorzej, ale... chcę spróbować dalej żyć. Póki chodzę, póki oddycham i funkcjonuję jak normalny człowiek.
Tym razem się nie poddam.
     Ocierając dłonią ostatnią, spływającą po poliku łzę, oddaliłam się od okna. Jedyne, co mogłam teraz zrobić, to wziąć walizkę, pożegnać w umyśle swój pokój, dom i doczesne życie oraz zejść na dół, gdzie czekał na mnie Nathiel. Mam nadzieję, że niczego nie zauważy.
     - Wreszcie - mruknął, gdy znalazłam się już na dole. - Gotowa?
     Kiwnęłam głową, kryjąc się za swoją blond grzywką. Należałam do takich osób, które nienawidziły pokazywać jakichkolwiek, skrajnych emocji innym ludziom. Uczynienie tego, było dla mej duszy prawdziwą porażką. Wciąż karciłam siebie w duchu za nadmierną wylewność wobec Nathiela, tamtej nocy, ale... chyba naprawdę tego potrzebowałam.
     Uśmiechnęłam się nikle i w raz z moim czarnowłosym, demonicznym towarzyszem, wyszłam na zewnątrz. Chłopak przejął moją walizkę bez słowa. Najwyraźniej zauważył grymas bólu na mojej twarzy, gdy pociągnęłam ją gwałtownie po schodach. Gwałtowne ruchy wciąż nie były dla mnie wskazane.
     Ostatni raz spojrzałam w tył na mój dom. Żegnajcie wspomnienia, żegnaj dzieciństwo, żegnaj mamo. Już więcej się nie zobaczymy.
     Wzięłam głęboki wdech i nie oglądając się za siebie, ruszyłam do przodu. Aby zająć czymś swoje chaotyczne myśli, postanowiłam zacząć rozmowę z Nathielem.
     - Pozwolisz mi przenocować u was jeszcze kilka dni? - spytałam. - Odwdzięczę się wam jakoś.
     Czarnowłosy prychnął.
     - Głupia jesteś? Możesz mieszkać tutaj ile chcesz - odpowiedział oburzony. - Na górze jest jeszcze jeden wolny pokój. No, chyba, że wolisz mieszkać razem ze mną w moim - tu spojrzał na mnie i puścił mi oczko.
     Uśmiechnęłam się pobłażliwie pod nosem.
     - Nie wytrzymalibyśmy ze sobą dłużej, niż godzinę w jednym pomieszczeniu, więc podziękuję - odpowiedziałam.
     Spojrzeliśmy na siebie znacząco. Widocznie Nathiel sądził to samo, co ja.
     - Chciałabym to najpierw przedyskutować z Sorathielem i Hughiem - zmieniłam temat.
     - Oni już się zgodzili - odpowiedział Nathiel, wzruszając ramionami.
     Kiwnęłam głową. Ta rozmowa nie miała sensu, przecież i tak będę musiała z nimi porozmawiać. Nie do końca ufam słowom Nathiela, który chciałby mieć w domu kolejną ofiarę do swoich męczarni. Poza tym... nie chcę stworzyć z ich mieszkania domu dziecka. Nathiel i Sorathiel żyli w organizacji od małego, są więc dla Hugha jak rodzina, ja jestem tylko obcą przybłędą, która odrzuciła przecież propozycję bycia łowcą.
     - Laura - usłyszałam głos czarnowłosego. - Jutro urządzam imprezę urodzinową i... - tu przerwał, spoglądając na mnie badawczo - Nie chciałabyś się na niej pojawić? - spytał prawie szeptem.
     Westchnęłam cicho i odpowiedziałam:
     - Obrazisz się, jeśli się na niej nie pojawię? Uważam, że wciąż nie jestem na siłach do zabaw.
     - Wszystko mi jedno.
     Na sam widok obrażonej miny Nathiela, mało nie wybuchłam śmiechem. Chwilami naprawdę przypominał mi małe dziecko. Jego zabawne, zirytowana twarz, ignorancki gest w postaci chowania do kieszeni dłoni i szybki ruch głową w bok, który przypominał mi dziecięcy foch. Brakowało tylko cienkiego, chłopięcego głosiku mówiącego: "nie lubię cię, jesteś głupia!". Błagam, aż tak zależało mu na mojej obecności? Przecież nie jestem dla niego nikim ważnym. To tylko ja, blada Laura o wysokim wskaźniku "ironiczności", która pojawiła się w jego życiu całkiem przypadkowo. A może byłam dla niego już kimś zupełnie innym? Kimś, kto miał w jego życiu większe znaczenie? Może traktował mnie zupełnie inaczej, niż ja jego? Nie wiem, to nie kwestia, którą chciałam teraz rozważać. Miałam ważniejsze sprawy na głowie.
     - Nie obrażaj się - powiedziałam rozbawionym głosem. - Przecież mimo wszystko cię lubię.
     Zielonooki spojrzał na mnie jak oczarowany, uchylając lekko usta w zdziwieniu.
     I to był moment, w którym pierwszy raz od naprawdę długiego czasu, pozwoliłam sobie na radosny śmiech.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 32 - "Podnieś się i walcz"

Ostatnio mój A. wyliczył mi (ta, ja taka tępota matematyczna), że jeżeli będę wstawiać co tydzień po jednym rozdziale "W cieniu nocy", to skończę to opowiadanie za jakieś 7 miesięcy. Zainteresowało mnie to, bo... ej, ile ja już prowadzę tego bloga? Okazało się, że dokładnie 7 lutego pojawił się pierwszy rozdział. Łał. To dużo. Jak sobie pomyślę, że mam jeszcze napisać "W cieniu ognia" (jako prequel - dzieje sprzed narodzin Laury) i "3/4 demona" (jako sequel - czyli przyszłościowe dzieje Laury), to... matko, ja się nigdy nie uwolnię z tych opowiadań XD. Na dodatek są jeszcze dwa inne opowiadania. Tonę w pisarstwie, tooonę, ale to... takie fajne C: tylko kiedy znaleźć czas na pisanie, gdy studia wzywają? 
PS. Rozdział taki niepoprawiony. Sen mnie już wzywa. 
***

      - Sorath, ja już nie wiem, jak mam do niej dotrzeć.
     Czarnowłosy chłopak walnął głową w stół z głuchym trzaskiem i wyciągnął przed siebie bezwładne ręce. Twarz, którą obrócił w bok tak, by móc patrzeć na swojego przyjaciela, wykrzywiła się w grymasie.
     Miał już dosyć milczenia i ogromnych pokładów chłodu, jakimi obdarzała wszystkich dookoła Laura. Wszyscy chcieli jej pomóc, rozmawiali z nią, spędzali z nią czas, a ona co? Siedziała i tępo wpatrywała się w to cholerne, zakurzone okno. Wolał już jej spanikowany wyraz twarzy, krzykliwy płacz i obsmarkaną koszulkę, niż bezuczuciowość i kreowanie się na królową zimna. Rozumiał, naprawdę rozumiał, że strata matki ją bolała, ale nie może bez przerwy siedzieć i myśleć o swoim bólu, który pogrążał ją coraz bardziej. To już tydzień, odkąd siedzi przy tym pieprzonym oknie i zadręcza swój umysł. W ciągu tego czasu nie uroniła ani jednej łzy, choć nie raz wydawało mu się, że jest bliska od prawdziwego wodospadu. Gdy tylko jednak podnosił się z krzesła, by podejść do niej, odbicie w szybie na nowo stawało się sztywne i beznamiętne. Potrzebowała pomocy, dostawała pomoc, a mimo tego ją odrzucała. Dlaczego? Jest aż tak nieufna i zamknięta w sobie? Żałuje chwili płaczliwej słabości, którą przeżyła w jego ramionach? A może po prostu jest tak głupia, że dopuszcza do swojego serca tylko siebie i nikogo więcej? Nie wiedział. Naprawdę nie był w stanie jej ogarnąć. Kobiety były naprawdę skomplikowane, a już w szczególności Laura.
     Sorathiel, który do tej pory milczał i oddawał się w pełni myciu naczyń, odwrócił się teraz w stronę przyjaciela i spojrzał na niego z charakterystycznym dla siebie spokojem.
     - Zamiast na nią krzyczeć i dołować ją jeszcze bardziej, daj jej czas - powiedział - Nie chodzi o to, abyś mówił jaka jest biedna i jak ci jej szkoda. Po prostu przy niej bądź - zakończył z cichym westchnięciem.
     Nathiel spojrzał na niego uważnie. Może miał racje, ale to sposób, który mogły stosować tylko i wyłącznie spokojne osoby. On od zawsze był wybuchowy i nie umiał cierpliwie czekać na powolny rozwój sytuacji.
     - Widzę, że nie jesteś przekonany - powiedział po dłużej chwili wpatrywania się w Nathiela, Sorathiel - Musisz pamiętać o tym, że nie wszyscy są tacy jak ty. Niektórym potrzeba więcej czasu, aby się podnieść, a niektórzy nie podniosą się wcale. Nie możesz oczekiwać od Laury, że zgodnie z twoją wolą wstanie, uśmiechnie się i powie: "życie jest piękne". To, co mówisz, wcale jej nie motywuje, a pogrąża jeszcze bardziej.
     Zielonooki zmrużył podejrzliwie oczy.
     - Słyszałeś.
     - Nie w sposób tego nie usłyszeć, skoro darliście się na cały dom.
     Czarnowłosy uśmiechnął się krzywo na boku. Słowa Sorathiela dały mu trochę do myślenia.
     Rzeczywiście. Zachował się po grubiańsku. Krzyczał na kogoś, na kim bardzo mu zależy, jego słowa były przepełnione gniewem, nie było w nim ani odrobiny litości, na dodatek sprawił, że Laura wybuchła płaczem. Zamiast ją przeprosić, przytulić, pocieszyć, wyszedł z trzaskiem z pokoju. Zachował się jak zwykły cham.
      Nathiel westchnął ciężko i ponownie walnął głową w stół.
      - Masz racje, Sorath - mruknął niepocieszony.
     Blondyn spojrzał zdziwiony w stronę swojego przyjaciela. Chyba pierwszy raz w życiu przyznał mu racje. To niesamowite.
     Biorąc dwa kubki przepełnione po brzegi gorącą herbatą z dodatkiem cytryny, ruszył do stołu, przy którym siedział Nathiel.
     - Wiesz - zaczął, gdy już zajął miejsce - Ostatnio trochę spoważniałeś.
     Czarnowłosy podniósł głowę i nachmurzył się.
     - Żartujesz sobie. Nigdy nie będę poważny - mówiąc to, wyciągnął z kieszeni komórkę i zaczął z dziką pasją pogrywać w anrgy bird.
     Sorathiel oparł się na dłoni i uśmiechnął lekko. Cóż, niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
***

     Stałam przed lustrem i wpatrywałam się w zupełnie obcą dla mnie twarz. Kiedy tak bardzo się zmieniłam? Moja twarz była bledsza, niż zwykle, oczy nie miały już żywego, zielonego koloru - wypłowiały, włosy układały się jak chciały, a kości policzkowe wyróżniały się na tle mojej twarzy bardziej, niż zwykle. Musiałam całkiem sporo schudnąć.
     Oddaliłam się kilka kroków w tył. Moja teza potwierdziła się. Schudłam. O ile wcześniej byłam za chuda, tak teraz wyglądałam jak chodzący kościotrup, człowiek u skraju życia. Przedstawiałam sobą naprawdę nędzny obraz.
     Westchnęłam cicho i przejechałam dłonią po twarzy. Nie tylko moje ciało się zmieniło. Samo stanie sprawiało mi teraz wiele trudu. Zbyt długo leżałam w łóżku. Co to za życie, spędzone pod kołdrą, gdzie jedyną twoją atrakcją było wpatrywanie się w okno i chodzenie do toalety. Nawet Nathiel mnie już nie odwiedzał. Najwyraźniej patrzenie na mnie było coraz mniej interesujące. Miał racje. Niedługo wszyscy odejdą, jeżeli się nie ruszę.
     Ponownie spojrzałam w lustro i uniosłam kąciki ust w wymuszonym uśmiechu. Bingo. Wyglądałam tak żałośnie, że wydałam z siebie coś, co przypominało śmiech. Jestem na dobrej drodze do wyzwolenia.
     Krzywiąc się znacząco, odwróciłam wzrok od piekielnego lustra i w przypływie chwili, nacisnęłam mocno na swoje żebra. Mało nie zgięłam się w pół. Nie, to nie było dobre rozwiązanie, wciąż nie były wystarczająco sprawne. Muszę być cierpliwa.
     Biorąc głęboki wdech, ruszyłam w stronę drzwi. Długo zastanawiałam się nad tym czy za nie wyjść. Nie wiedziałam co tak naprawdę mnie za nimi czeka. Potwory, otchłań, pustka lub najgorszy ze wszystkich Nathiel. Prawda jednak była taka, że nie mogłam już dłużej być sama. Powoli wariowałam. Ile można przebywać samemu, w tym samym pokoju z własną osobą i wsłuchiwać się w dzikie, zapętlone myśli? Wypłakałam już wszystkie możliwe łzy. Stęskniłam się za świeżym powietrzem i spacerami, poza tym... miała ważną rzecz do załatwienia.
     Opuściłam klamkę w dół i wyszłam za drzwi. Natychmiastowo uderzył mnie kwiatowy zapach. Cóż, wszędzie jest dobrze, poza pokojem Nathiela, który do bólu przesiąknięty jest zapachem pizzy i męskich perfum. Zdążyłam się jednak do niego przyzwyczaić. Do pokoju, nie do Nathiela, bo do tego wciąż mam daleko.
     Zaczęłam schodzić po schodach. Chcąc nie chcąc, robiłam to bezgłośnie. Ta myśl napawała mnie pewnym strachem. Albo te schody nie skrzypiały, albo to ja nic nie ważyłam. Było jeszcze jedno rozwiązanie: może umarłam i stałam się duchem.
      Na chwilę musiałam przystanąć i chwycić się barierki. Zakręciło mi się w głowie. Uczucie to, szybko jednak minęło. Musiałam odzyskać siłę i motywację.
     Nie będę kryła faktu, że ostatnie odwiedziny Nathiela sprawiły mi ból. Nie będę też kryła tego, że jego słowa trafiły prosto w moje lodowe serce. Dzięki niemu, byłam w stanie się podnieść i ruszyć przed siebie. Poświęcenie mojej matki nie mogło pójść na marne. Chciałam funkcjonować jak normalny człowiek, chciałam dalej żyć. I choć świadomość tego, że nie będzie tak jak dawniej dobijała mnie, postanowiłam spróbować. Przede mną wciąż widniały ciemne chmury, ale powoli zaczynam je odganiać.
     Schodząc na sam dół, skierowałam kroki do kuchni. Słyszałam głos Nathiela i Sorathiela. Rozmawiali o czymś przyciszonym głosem. Postanowiłam przerwać ich beztroską rozmowę.
Stanęłam w drzwiach i spojrzałam to na jednego to na drugiego. Nathiel wyglądał na zszokowanego, zaś Sorathiel uśmiechał się z lekka nutką triumfu. Wiem, moja obecność na samym dole to zaskakujące i nieprzewidziane dla nich wydarzenie. Kto by pomyślał, że wiecznie użalająca się nad sobą, zamknięta w sobie Laura, uraczy swoim towarzystwem tych dwóch łowców? Nawet ja tak nie myślałam. Czasami mam wrażenie, że moje nogi działają wbrew mojej woli.
     - Jesteś głodna? - spytał blondyn.
     Już miałam potrząsnąć głową, gdy zorientowałam się, że jestem przecież bladą kupą kości. Kiwnęłam nią więc niechętnie.
     Sorathiel bez słowa podniósł się z krzesła.
     - Usiądź - powiedział, kierując się w stronę lodówki.
     Dlaczego zawsze kojarzył mi się z perfekcyjną panią domu? Gdy mam sobie wyobrazić związek Sorathiela i Amy w przyszłości, to właśnie jego widzę przy garach w różowym fartuszku.
     Posłusznie usiadłam i skierowałam spojrzenie na Nathiela, który patrzył na mnie beznamiętnie. Wciąż zły? Hej, kolego, jestem tu, bo na mnie nakrzyczałeś. Ciesz się, osiągnąłeś co chciałeś.
     - Lepiej ci? - spytał dziwnym, niepewnym głosem.
     Kiwnęłam głową, choć miałam świadomość, że to kłamstwo. Wcale nie było mi lepiej. Wyszłam z pokoju na siłę, na siłę siedzę przy stole i na siłę będę jadła, ale... staram się, tak, naprawdę się staram. Rób coś z przymusu, a w końcu osiągniesz określony cel.
     Już po chwili przed moim nosem został postawiony talerz z kilkoma, soczystymi kanapkami. Wyglądały apetycznie, ale nie mogłam poradzić nic na to, że gdy poczułam ich zapach, zrobiło mi się niedobrze. Człowiek odzwyczajony od jedzenia, ma problem z ponownym przyzwyczajeniem się do spożywania czegokolwiek.
     - Dziękuję - szepnęłam i chwyciłam kanapkę w dłoń.
     Raz, dwa, trzy, gryziemy, Lauro. No, już, przełykaj to. Nie, nie możesz robić krzywej miny, nie, nie możesz wypluć tego na talerz. Bądź grzeczną dziewczynką.
     Sorathiel i Nathiel wymienili znaczące spojrzenia. Tak, wiem, nie postarałam się, ale grunt, że cokolwiek jem.
     - Co zamierzasz dalej robić? - spytał blondyn, przerywając niezręczną ciszę.
     - Najpierw chcę pójść do mojego domu - odpowiedziałam, patrząc na niego spode łba.
     - Teraz? - spytał zdziwiony Nathiel.
     Kiwnęłam głową.
     - Pójdziesz ze mną?
     Czarnowłosy oniemiał. Tak zszokowanej miny jeszcze nigdy w życiu u niego nie widziałam. Naprawdę to takie dziwne, że poprosiłam go o tak prostą i zwyczajną rzecz? Rozumiem jeszcze, gdybym spytała: "wyjdziesz za mnie?", ale spytałam o zwykłe, głupie towarzystwo w drodze do domu. Kogo innego miałam prosić, jak nie Nathiela? Z nim nic mi nie grozi.
     - Pewnie! - niemalże wykrzyknął z radością, która spowodowała, że podskoczyłam na krześle przestraszona.
     - Dasz sobie radę? - spytał Sorathiel, spoglądając na mnie badawczo.
     Chwilę patrzyłam na niego z miną bez wyrazu. Nie. Nie dam rady. To będzie dla mnie kolejny cios, ale... muszę przez to przejść. Potrzebuję przecież swoich rzeczy. Chcę uratować to, co zostało z mojego domu. Chcę mieć wspomnienia, które wyrażą symbole, chcę mieć ciuchy, zeszyty, książki i wszystko co mi potrzebne do życia.
     Pokiwałam w nic nieznaczący sposób głową. Po spojrzeniu Sorathiela widziałam, że wcale go to nie przekonało. Ten człowiek widział chyba duszę każdego. Może nie jest perfekcyjna pani domu, tylko wiedźmą, czytająca w myślach? Brawo, Lauro. Pierwszy suchar w myślach, oby tak dalej.
     - Jej już tam nie ma - usłyszałam nagle zielonookiego.
     Spojrzałam na niego pytająco.
     - Twojej matki - szepnął, jakby bał się mojej reakcji.
     Spojrzałam na niego beznamiętnie, choć w głębi duszy samo jej wspomnienie mnie bolało.  Postanowiłam nie dać po sobie poznać, że mnie to ruszyło. W przypływie chwili powiedziałam coś, czego nawet nie oczekiwałam, że powiem:
     - Nie jest moją prawdziwą matką.

sobota, 18 października 2014

Rozdział 31 - "Nie jestem tobą"

Od rozdziału 32 będzie lecieć już zdecydowanie wolniej. Kończą się rozdziały, które nadrobiłam, a nie mam zbytnio czasu, by coś napisać. Jedynym takim momentem na to jest weekend, ale wtedy mam też tysiąc innych rzeczy do zrobienia, typu: odpisywanie na listy. 
Mam wrażenie, że pisanie w trzeciej osobie wychodzi mi zdecydowanie gorzej, niż w pierwszej. Trudno. Rozdziału nawet nie za bardzo chciało mi się poprawiać D: 
Macie, łapcie dramat. Było pięknie, będzie gorzej.
***
     - Spójrz.
     Drzwi od przyciemnionego pokoju uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Sztuczne światło lampy, przedostającej się przez szparę, oświetliło twarze dwójki, nastoletnich osobników, pogrążonych we śnie. Chłopak wyglądał, jakby śpiąc, wciąż zachowywał czujność. Jego mina była skupiona, choć oczy zamknięte. Ramionami obejmował blondwłosą dziewczynę, którą chciał ochronić przed całym, złym światem. Z pewnością gdyby groziło jej teraz jakieś niebezpieczeństwo, rzuciłby się w jego stronę, bez chwili namysłu. Tak łatwo nikt nie wydrze mu jej z rąk.
     Dziewczyna oddychała powoli przez rozwarte lekko usta. Jej poliki płonęły czerwienią, zdradzając wielogodzinny płacz. Dłonie trzymała przy głowie. O ile wcześniej miotała nią panika, nadmierne emocje i ból, tak teraz leżała uspokojona, jakby nigdy więcej miała się nie obudzić.
     - Gdyby to była zupełnie inna sytuacja, zaczęłabym skakać z radości - powiedziała cicho, brązowowłosa dziewczyna, stojąca przy drzwiach.
     Spojrzała na swojego towarzysza, który stał tuż za jej plecami.
     - Laura i Nathiel razem. To coś niesamowitego - szepnęła, posyłając mu delikatny uśmiech.
     Chłopak kiwnął głową, potwierdzając tym samym prawdziwość jej słów. Rzeczywiście, zadziwiającą rzeczą było zobaczyć ich razem, tulących się do siebie i nie skaczących sobie do oczu. Wiedział i widział jednak więcej, niż ona. Laura wcale nie była zakochana w Nathielu. Najzwyczajniej w świecie szukała u niego wsparcie w ciężkiej dla siebie chwili. Zawsze ratował ją z opresji, zdążyła więc się przyzwyczaić. Wcale nie zdziwiło go, gdy ujrzał poranioną, ledwo przytomną Laurę w progu ich domu. Gdzie miała się zwrócić, jak nie do Nathiela? Gnana przez adrenalinę, niepokój i przyćmiony umysł, miała w myślach tylko i wyłącznie jego. Nawet wówczas, gdy wpadła wprost w jego ramiona, nie mogąc dłużej ustać, usłyszał z jej ust, imię: "Nathiel". Nie. To nie była miłość. To czyste przywiązanie, być może zaczątek przyjaźni, zaufanie, które jego przyjaciel zbudował, dzięki poświęceniu i walce o Laurę. Sorathiel był świadom tego, że Nathiel wpadł w bagno z którego tak łatwo się nie uwolni.
     Dwie przeciwstawne osobowości, których łączy jedynie jedna cecha: kłótliwość, nie są w stanie się dogadać. Tylko cud i ich wewnętrzna zmiana może zmienić bieg zdarzeń.
     - Znowu się zamyśliłeś - szepnęła cicho Amy, zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
     - Lubię analizować - odpowiedział chłopak, uśmiechając się na boku.
     Razem zaczęli schodzić po schodach w dół.
     - Mam wrażenie, że twoja analiza sprowadza cię do pesymizmu.
     - Dlaczego tak uważasz? - spytał rozbawiony blondyn.
     - Twoja mina z każdą sekundą zmienia się na coraz bardziej przygnębioną i znudzoną.
     - Ach, tak?
     Amy pokiwała nieśmiało głową.
     Rzeczywiście. Jego myśli zazwyczaj sprowadzały się do pesymistycznych. Być może to dlatego, że świat w którym żył, nigdy nie był zbyt szczęśliwy. Jako dziecko był świadkiem tragicznej śmierci swoich rodziców i to właśnie wtedy skończyło się jego dzieciństwo. Świat dookoła stał się szary. Wolał jednak rozważać najgorsze scenariusze, niż myśleć o tęczy i niebieskim niebie.
     Amy była jego przeciwnością. Wysoka energia potencjalna świadczyła o ogromnych pokładach optymizmu i radości do życia. Bał się, że gdy przytrafi się jej coś złego, całkowicie zmieni swoje nastawienie do świata. Potrzebował odrobiny światła we własnym życiu i właśnie ona mu je dawała. Chwilami przypominała mu jego własną matkę, która miała w sercu wielkie pokłady miłości dla całego wszechświata.
     Sorathiel spojrzał ukradkiem na uśmiechającą się do niego łagodnie Amy i wreszcie zrozumiał tą łatwą zależność. Nathiel i Laura, tak samo jak oni, byli zupełnie kolidującymi ze sobą osobowościami. To, że przeciwieństwa się przyciągają to szczera racja. Mają szansę. Mają szansę, by być w przyszłości razem.
***
     Minął już drugi tydzień. Drugi tydzień, odkąd znalazłam się w domu Nathiela i zajmowałam jego pokój. Ze względu na połamane żebra, praktycznie nie ruszałam się z łóżka. Na szczęście poza problemami z oddychaniem i siedzeniem, nie dolegało mi praktycznie nic. Moje złamanie nie wymagało nawet interwencji lekarza. Wszyscy byli zdziwieni tym, że wyszłam z tej demonicznej walki tylko i wyłącznie ze złamanymi żebrami. Reszta to tylko kilka nic nieznaczących ran i siniaków, które nie utrudniały mi życia.
     Fizycznie czułam się coraz lepiej, psychicznie coraz gorzej. Wciąż obwiniałam siebie o nagły napad płaczu i nadmierną wylewność w stosunku co do Nathiela. Wtedy się tym nie przejmowałam, dziś było mi niezwykle głupio. Od tamtej pory ani razu nie zapłakałam. Wszystko kryłam wewnątrz siebie.
     Przychodziło do mnie wielu ludzi, nie czułam jednak ich obecności. Traktowałam ich jak wiatr. Mówili do mnie, pocieszali mnie, próbowali rozbawić, a mnie to w żaden sposób nie ruszało. Tylko jedna, niezwykle irytująca osoba, siadała codziennie na krześle pod ścianą i wpatrywała się we mnie milcząco, oczekując, aż w końcu coś powiem. Zazwyczaj po dwóch godzinach, czarnowłosy osobnik opuszczał pokój z zirytowanym wyrazem twarzy. Zadziwiała mnie jego cierpliwość i to, że codziennie potrafił siedzieć w tym pokoju przez tyle czasu milcząc. Widziałam, że ma mnie dosyć. Domyślałam się też, że wkrótce wybuchnie.
     Mało jadłam, prawie w ogóle się nie odzywałam i nie uśmiechałam. Nie widziałam żadnego sensu w moim życiu. Chwilami sądziłam, że lepiej byłoby, gdybym zniknęła. Często zastanawiałam się nad tym, co dalej mam robić, nie widziałam jednak żadnego celu. Aby się utrzymać, musiałam pracować, a więc rzucić szkołę. Nie chciałam tego robić, choć wiedziałam, że ten czas nieuchronnie się zbliża. Miałam dopiero 17 lat, zniszczone życie, psychikę i nie posiadałam żadnych perspektyw na własną przyszłość. Czułam się jak roślina, która tylko leży i jest bezużyteczna. Nie chciałam dłużej narzucać się Nathielowi i Sorathielowi. Utrzymywał ich Hugh, któremu z pewnością nie była potrzebna kolejna sierotka do wyżywienia.
     Jak co dnia, spoglądałam za okno. Tylko ludzie chodzący po ulicach nie dawali mi tu zwariować. Na dole ciągle coś się działo. Staruszki plotkowały na temat niewdzięcznej młodzieży, która nie ustępuje miejsca w autobusach, dzieciaki dewastowały pobliskie trawniki, psy sąsiadów szczekały na każdego, kto przechodził obok, matki chodziły z ciężkimi workami pełnymi zakupów, ojcowie wracali do domu ze skórzanymi teczkami pod ręką. Była też mała, blondwłosa dziewczynka, która codziennie o 7:30 zatrzymywała się pod domem Nathiela i machała mi radośnie ręką. Za każdym razem odmachiwałam jej, zazdroszcząc normalnego dzieciństwa i braku problemów oraz trosk. Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, może sama byłabym radosnym dzieckiem machającym do innych ludzi w drodze do szkoły czy przedszkola. Niestety, pech idzie za mną i wciąż depcze mi po piętach. Nie raz zastanawiałam się, co takiego zrobiłam życiu, że tak mnie kara. Chciałam po prostu żyć. Żyć w spokoju i ciszy, nikomu nie zawadzając.
     Moje oczy na chwilę zaszły łzami. Myślałam, że nie powstrzymam się od płaczu, na szczęście do pokoju, jak co dnia, wszedł Nathiel. Usiadł na swoim krześle i zakładając ręce na piersi, spoglądał na mnie wyczekująco. Na chwilę przeniosłam na niego swoje bezwyrazowe spojrzenie, jednak szybko powróciłam do wpatrywania się w okno. Im dłużej będę go ignorować, tym szybciej stąd wyjdzie.
Wiem, byłam straszliwie niewdzięczna. Słaba egoistka bez uczuć i sił do życia. Nie byłam nawet w stanie podziękować chłopakom za to, co dla mnie zrobili, a zrobili dla mnie naprawdę wiele. Ponoć, gdy pojawiłam się w progu ich domu, padłam wprost w ramiona Sorathiela, tracąc przytomność. Mówili, że w chwilach nagłego przebudzenia wołałam albo Nathiela albo moją matkę. Było ze mną źle. Przez pierwsze dni leżałam nieprzytomna, walcząc z potworną gorączką. Moja nieświadomość trwała cały tydzień. Rzadko się budziłam, a gdy już to robiłam, nikt nie potrafił ze mnie wyciągnąć nic sensownego. Nie pamiętałam żadnego dnia z wyjątkiem tego w którym płakałam w ramionach Nathiela. Od tamtej pory, byłam w pełni świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Co kilka dni przychodził do mnie lekarz i z uśmiechem powtarzał, że jest ze mną coraz lepiej, że powinnam się oszczędzać. Zawsze po szkole przychodziła do mnie Amy i opowiadała mi o wszystkim, co się działo, podczas mojej nieobecności. W jej monologu była jedna, jedyna różnica. Przestała mówić o wszystkich chłopakach świata, a skupiła się głównie na Sorathielu z którym teraz była. Lubiłam słuchać jej opowieści o blondynie. Mimo odmiennych charakterów, doskonale się ze sobą dogadywali. Uzupełniali się, jak nikt inny. Cieszyłam się, że przynajmniej Amy powodzi się w życiu. Bałam się tylko o to, aby nie została przypadkiem wciągnięta w demoniczne bagno. Wiedziała, że moja matka nie żyje, nie znała jednak prawdziwego powodu jej śmierci. Wszyscy chcieliśmy odciągnąć ją od tego świata.
     Po swojej prawej stronie usłyszałam głośne chrząkniecie. Było to coś zupełnie nowego ze strony siedzącego obok Nathiela. Zazwyczaj nie żądał uwagi.
     Spojrzałam na niego beznamiętnie, nic nie mówiąc. Długo nie musiałam czekać. Jego twarz wykrzywiła się z poirytowania i wreszcie powiedział to, co chciał powiedzieć mi od dłuższego czasu.
     - Długo jeszcze będziesz się nad sobą użalać?
     Ignorując jego pytanie, ponownie spojrzałam w okno. Może na zewnątrz mnie to nie ruszyło, ale w środku się zagotowałam. Od śmierci mojej matki minęły zaledwie dwa tygodnie, jak miałam się pozbierać po tak krótkim czasie? Nie miał nawet pojęcia, jak ważną osobą była dla mnie. Nie wiedział co oznacza jej brak w moim życiu.
     Chłopak prychnął cicho i kontynuował swój monolog:
     - Już wiem, jaki jest twój problem - powiedział złośliwie. - Każda przeciwność losu sprawia, że zamykasz się w sobie i nie chcesz od nikogo pomocy. Jesteś jak nieroztapialna kostka lodu. Coraz bardziej się pogrążasz. Myślisz, że tylko ty cierpisz? Nie, miliony ludzi na tym świecie przeżywa teraz gorszy dramat, niż ty i nie mają nawet wsparcia. Na pewno ci zazdroszczą.
     Zacisnęłam pięści na kołdrze. Czułam, jak gniew we mnie narasta. Tak, wiem, jestem beznadziejna. Nie potrafię podnieść się po porażce jak inni ludzie, a wsparcie przyjaciół nic mi nie daje. Jestem przecież małą, użalającą się nad sobą jędzowatą, bladą dupą albinosa. Powinnam teraz skakać z radości po łóżku i krzyczeć: "E, tam! Zginęła mi matka! Mogło być gorzej! Cieszmy się!".
     - Powinnaś być twarda - podsumował zirytowany Nathiel.
     Nie wytrzymałam.
     - I to mówi ten, który jęczał nad faktem, że jestem demonem - mruknęłam, nie patrząc na niego.
     Moje spojrzenie dalej wbite było w okno, choć już tak bardzo nie skupiałam się na tym, co się za nim dzieje. Wszystko, tylko nie jego twarz.
     - Odezwałaś się! Łał! Niesamowite! - wykrzyknął z udawaną, ironiczną euforią Nathiel. - A może panienka Laura teraz coś łaskawie zje? Sorathiel nie po to nam gotuje, żeby żarcie leżało i gniło na mojej szafce.
     Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Brońcie mnie wszystkie siły nieczyste, abym nie podniosła się z łóżka i nie przywaliła temu idiocie w łeb. Wiem, Sorathiel naprawdę się starał, z całego serca mu za to dziękowałam, ale nie byłam w stanie przełknąć więcej, niż dwie łyżki jedzenia. Większa ilość sprawiała, że zbierało mi się na wymioty. Nie chciałam, aby pościel Nathiela mieniła się kawałkami ziemniaków. Jadłam tyle, ile musiałam, aby przeżyć.
     - Pozbieraj się wreszcie. Wciąż masz nas, nie jesteś całkiem sama na tym świecie. Chcesz, aby inni od ciebie odeszli? I co, gdy to zrobią, dalej będziesz siedzieć i użalać się nad sobą?
     Niewidzialna tama ponownie we mnie pękła. Zbyt wiele emocji w moim ciele spowodowało nagły wybuch gniewu i łzy.
     - Zamknij się! - wykrzyknęła, spoglądając na Nathiela gniewnie. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
     - Wiem dużo - odpowiedział chłodno czarnowłosy. - Jako dziecko straciłem całą rodzinę. Nie miałem zupełnie nikogo, kto mógłby mi pomóc. Sam zawalczyłem o swoją przyszłość i to jako dzieciak - już po chwili pochylił się ku mnie. - Przeżyłem więcej śmierci, niż ty. Codziennie patrzyłem, jak bliscy mi ludzie niesprawiedliwie umierają. Mimo tego dalej idę przez życie. Nie zgubiłem po drodze własnego charakteru i cały czas jestem sobą. Ciesz się tym, co miałaś i żyj dalej. Los nie będzie cię klepał po główce - powiedział najchłodniejszym głosem, jaki w życiu udało mi się od niego usłyszeć.
     Wierzchem dłoni otarłam łzy, które spływały po moich polikach. Wciąż wpatrywałam się w jego zimne i bezwzględne oblicze. Jego słowa mnie bolały, sprawiały, że miałam ochotę wybuchnąć, a z drugiej strony przyznawałam mu racje. Byłam zwykłym tchórzem.
     - Jestem tchórzem - mruknęłam na boku, wbijając spojrzenie w kołdrę.
     - To nie bądź. Proste - odpowiedział beztrosko mój towarzysz. - Wszystko tkwi tutaj - mówiąc to, wskazał palcem na głowę.
     - Gorzej, jeżeli tkwi tutaj - dodałam, wskazując palcem na serce. - Jesteś demonem, więc...
     Umilkłam. Wiedziałam, że powiedziałam za dużo. Te słowa nie powinny wyjść z moich ust. Ludzie w przypływie emocji często mówią o rzeczach, które nawet nie są prawdą.
     - Więc co? - prychnął oburzony Nathiel. - Nie potrafię kochać? - wykrzyknął. - Gówno prawda.
     Czarnowłosy podniósł się gwałtownie z krzesła i spojrzał na mnie gniewnie.
     - Zdecyduj się w końcu czego chcesz  - prychnął, po czym skierował się w stronę drzwi, którymi trzasnął w złości.
     Znowu byłam w pokoju sama. Oparłam głowę o chłodną szybę i pozwoliłam łzą spływać po twarzy.
     - Nie potrafię - szepnęłam do siebie. - Nie jestem tobą.

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 30 - "Spotkajmy się w lepszym świecie"

Tak, wiem, jestem okropna, ale to nie koniec okropności. 
Pojawiła się Calanthe i Aiden, no i nieźle namieszają w życiu łowców. 
Życie Laury ulegnie monumentalnej zmianie. Szereg niespodziewanych decyzji, nowe środowisko, łzy, śmierć. Tak jak już wspominałam, zaczyna się bardziej mroczna strona "W cieniu nocy" (no, dobra, parodia będzie gdzieś w tle). Tym samym zbliżamy się do połowy opowiadania (dopiero?!). 
Dedykuję ten rozdział sobie, specjalnie na poprawę humoru. Taki prezent urodzinowy na 20-stkę, choć z jednodniowym opóźnieniem. No i pozdrawiam Orihime, która codziennie wieczorem rujnuje moje notatki i dorwała się już do całości fabuły. Psie pole niszczy ludzi.
***

     Miasto zdążyło już przykryć się gwieździstą kołdrą, nakazując jego mieszkańcom pogrążyć się w długim, relaksującym śnie, po którym nadejdzie poranek i kolejny, ciężki, pracowity dzień.
Zasada nadana przez noc, zdawała się nie obchodzić pewnej blondwłosej kobiety, która przemierzała powolnym krokiem nieznane jej osiedle. Wśród nocnej scenerii wyróżniał ją tylko jasny kolor włosów, reszta była tak samo ciemna, jak i niebo.
     Kobieta odziana była w długi, czarny płaszcz, sięgający jej do kolan. Na nogach miała zwykłe, czarne pantofle, które nie wydawały żadnego dźwięku, gdy stąpały po chodniku. Jej złocistą głową okrywał ciemny, gustowny beret, przekrzywiony pod artystycznym kątem, na dłoniach miała czarne, skórzane rękawiczki. Lewą dłoń trzymała w kieszeni, prawa zaś trzymała dymiący się papieros. Jej błękitne, czyste jak poranne niebo oczy, świeciły w ciemnościach. Już z daleka mogła wyglądać na dosyć podejrzaną osobistość, kto by się jednak przejmował jakąś idącą środkiem ulicy kobietą, po 3 nad ranem? Miasto przecież było pogrążone we śnie.
     Tajemnicza kobieta, rzuciła w tył peta w tym samym momencie,  w którym stanęła przed drzwiami pewnego mieszkania.
     - Zaczęło się - szepnęła smętnie do samej siebie.
     Dłużej nie czekając, weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Widok zdemolowanego domu nie zrobił na niej wrażenia. Wchodząc tu, zdawała sobie sprawę z tego, jak będzie wyglądał.
     Z krzywym uśmiechem, malującym się na twarzy, wyjęła z kieszeni kolejnego papierosa i zapaliła go. Dym zapełnił cały, zniszczony przedpokój. Nie miała zwyczaju palić w czyimś domu, ale skoro już nic z niego nie zostało, nie musiała się tym przejmować.
     Bezszelestnie przeszła przez kupę desek i gruzów zalegających na podłodze. Wiedziała, gdzie znajduje się jej cel. Był całkiem niegroźny, a więc nawet nie musiała się trudzić przy jego zabijaniu.
Z oddali słychać było ciche, nieludzkie pomrukiwania i burknięcia oraz dźwięk lądujących na podłodze garnków. Był w kuchni. Przechodząc przez jadalnie, stanęła w jej progu. Jej oczom ukazała się cienista pokraka z błyszczącymi w ciemnościach, szmaragdowymi oczami. Tak bardzo nienawidziła tego rodzaju demonów. Najchętniej zabiłaby je wszystkie na raz. Gdyby to jednak było możliwe... Rozmnażały się jak króliki.
     Nim demon rzucił się na nią z pazurami, kobieta wyjęła z kieszeni nóż i z niewiarygodną lekkością, rzuciła nim prosto w jego głowę. Wydając z siebie głośny pomruk niezadowolenia, demon rozpłynął się w oparach czarnego dymu.
     - Piekielne pomioty - szepnęła, opuszczając powolnym krokiem kuchnię.
     Ponownie trafiła do jadalni. Tu znajdował się jej kolejny cel.
     Z cichym, ciężkim westchnięciem, pochyliła się ku niewiele starszej od siebie kobiecie. Brązowe włosy okrywały jej martwą twarz, zupełnie jakby chciały ukryć ją przed światem i odciągnąć od bolesnej prawdy. Wyglądała jak lalka pogrążona w krótkim śnie. Musiała mieć około 40 lat. Nawet jej gładka skóra i urodziwa twarz nie mogła ukryć tego faktu.
     Blondynka potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Nienawidziła demonów. Nienawidziła ich całego serca. Zabierały życie niewinnym osobom, które w żaden sposób nie były związane z Królestwem Nocy. Ich śmierć to był tylko i wyłącznie demoniczny kaprys. Zwykła zabawa.
     Wyjęła z kieszeni nienaruszony, biały kwiat orchidei i położyła go w miejscu, gdzie znajdywało się serce martwej kobiety. W ten sposób chciała oddać jej hołd.
     Nie musiała długo czekać. Jej ciało powoli zaczynało znikać. Stara, sprawdzona, demoniczna sztuczka, którą nauczył ją pewien białowłosy, przeklęty dureń. Ten widok przyprawiał ją o nostalgiczne wspomnienia. W końcu śmierć to nic przyjemnego dla ludzkiego oka.
      - Spoczywaj w pokoju - powiedziała blondynka, wkładając ręce do kieszeni.
     Jej twarz nie była poruszona żadnymi uczuciami. Wszystko kryła wewnątrz swojej duszy.
     Gdy ciało brązowowłosej kobiety zniknęło, odetchnęła z ulgą. Drżącą dłonią sięgnęła do kieszeni swojego płaszcza i po raz kolejny zapaliła papierosa. Gdy zaciągała się rozkosznym dymem, miała zamknięte oczy. Nie potrzebowała szczególnie wyczulonych zmysłów, aby wiedzieć, że nie jest tutaj sama.
     - Calanthe - usłyszała dobrze jej znany, męski głos.
     Uśmiechnęła się krzywo na jego dźwięk.
     Tuż za jej plecami rozległ się odgłos cicho stąpających, ludzkich kroków.
     - Aiden - odpowiedziała bez chwili namysłu.
     W dalszym ciągu nie odwróciła się jednak.
     - Kopę lat - przyznała spokojnie, wkładając jedną z dłoni do kieszeni płaszcza - Co cię tu przyniosło?
     - Śmierć, moja droga, śmierć - odpowiedział męski głos.
     - Więc to, co i mnie - powiedziała Calanthe, ponownie zaciągając się dymem z papierosa.
     Z cienia, gdzieś na krańcu pomieszczenia, wynurzył się wysoki, białowłosy mężczyzna. Podobnie jak Calanthe, miał na sobie długi, czarny płaszcz, sięgał jednak nie do kolan, a do samej ziemi. Jego szyję okrywał bordowy szal, w ręku zaś trzymał ciemną laskę, którą stukał o podłogę, przy każdym kroku. Z pewnością nie wyglądał jak ktoś, kto mógł być człowiekiem. Jego oczy jarzyły się szmaragdowym, dobrze jej znanym blaskiem. Twarz była niezmieniona od lat. O ile ona się starzała, tak on wyglądał wciąż tak samo.
     - Nic się nie zmieniłaś - stwierdził Aiden, stając tuż za jej plecami.
     Calanthe uśmiechnęła się kpiąco. Doskonale wiedziała, że odkąd tu przyszła, obserwował ją uważnie z kąta jadalni.
     - Wróciłeś, by odzyskać co twoje, zabić kilka niewdzięcznych dusz, czy aby się zabawić? - spytała kobieta, ignorując wcześniejsze wyznanie mężczyzny.
     - Sprowadziła mnie tu ciekawość. Czysta, demoniczna ciekawość - odpowiedział powolnym, przepełnionym tajemniczością głosem - A ciebie?
     Calanthe mogła przysiąc, że na jego twarzy pojawił się teraz kpiący uśmiech.
     - Miłość. Czysta, ludzka miłość - powiedziała spokojnie, przymykając na chwilę oczy - Tak bardzo się różnimy, Aidenie.
     Obydwoje, choć nie widzieli swoich twarzy, uśmiechnęli się w podobny, tak samo ironiczny sposób.
     Białowłosy mężczyzna, usiadł na fotelu stojącym gdzieś w rogu pokoju, zaś Calanthe uklękła na podłodze. Starała się nie zwracać uwagi na nowo przybyłego. Jej uwagę przykuł nieskazitelnie czysty, biały kwiat, który jeszcze niedawno leżał na martwym ciele kobiety. Nie znała jej osobiście, jednak jako typowy obserwator i osoba niezwykle zatracona w swoim utajonym zawodzie, zdążyła dowiedzieć się kilku rzeczy na temat zabitej. Nazywała się Joanne, sama utrzymywała dom, próbowała napisać powieść, wychowywała córkę. Była szczęśliwą kobietą, którą niepokoiła tylko praca i dom. W takich chwilach Calanthe żałowała, że nigdy nie wyszła za mąż, a swoje całe życie poświęciła walce z demonami.
     - Miłość - odezwał się z nagła Aiden - Myślałem, że to pojęcie całkiem tobie obce. Tyle lat spędziłaś w ukryciu.
     Calanthe ponownie zaciągnęła się dymem z papierosa. Nie odpowiedziała od razu. Chciała poczuć dobrze znany jej, kojący smak w samych płucach.
     - Cóż, wcale z niego nie wyszłam. Dalej będę się ukrywać. Tak będzie lepiej. Dla wszystkich - mówiąc to, wstała z podłogi i zwróciła się przodem ku mężczyźnie.
     Miała racje. Ani trochę się nie zmienił. Jego widok przyprawiał ją o dreszcze. Aiden, król całego zamieszania, osoba niezwykle mocno gardząca rasą ludzką. Nie znosił pół demonów. Zarządzał sporą grupą demonicznych baranów. Departamentem kontroli demonów zajmował się niegdyś jego ojciec, teraz przejął jego rolę.
     Gdy Aiden zobaczył jej twarz, skrzywił się w swoim ironicznym uśmiechu.
     - Pieprzona obserwatorka - powiedział z nienawiścią w oczach.
     - Nieczuły skurwysyn - odpowiedziała równie nienawistnie Calanthe, patrząc prosto w jego błyszczące żądzą mordu, szmaragdowe, demoniczne oczy.
     Błękit jej spojrzenia płonął szaleńczym ogniem. Nikt nie chciał wiedzieć, co w głębi duszy kryje ta blondwłosa kobieta i co zamierza zrobić.
     Odwróciła się plecami do swojego rozmówcy. Trafiając go petem w pierś, ruszyła w stronę drzwi wyjściowych.
     - Lepiej wracaj do Reverentii, bo nie ręczę z swoje czyny. Od zawsze moim marzeniem było zabić cię - warknęła.
     - A czyż w przeszłości coś nas nie łączyło? - spytał sarkastycznym tonem głosu Aiden, który wciąż siedział spokojnie w fotelu.
     Niedopalony papieros zdążył zrobić w jego płaszczu dziurę. Nie przejmował się tym jednak.
     - Racja.
    Calanthe zatrzymała się na moment.
     - Wielka, jednostronna, młodzieńcza, szalona, krótkotrwała miłość - odpowiedziała, zakańczając swą wypowiedź krótkim, kpiącym śmiechem.
     - Smutne - powiedział wyraźnie niewzruszony ową sytuacją Aiden.
     Calanthe nie oczekiwała z jego strony wielkiej, uczuciowej wylewności. Wiedziała, że demony nie posiadają ani serca, ani duszy.
     - Bardzo smutne - szepnęła w odpowiedzi i ruszyła w stronę drzwi.
    Z kieszeni wyjęła już 20-stą fajkę tego dnia. Zapaliła ją.
    - Nałóg cię zabija.
    - Nie. Ratuje mi dupę w stresujących sytuacjach - burknęła niezadowolona Calanthe - A teraz bądź tak miły i... odejdź - powiedziała, uśmiechając się do siebie krzywo - Spróbuj zbliżyć się łowców, a gorzko tego pożałujesz. Spotkania ze mną nie są miłe i dobrze o tym wiesz - mówiąc to, wyjęła szybkim gestem z kieszeni nóż exitialis, którym rzuciła w tył, prosto w kierunku wroga. Wiedziała, że w niego nie trafi. To nie pierwszy, lepszy, pospolity demon.
     Aiden ulotnił się, pozostawiając po sobie jedynie oddźwięk zanikającego, przerażającego śmiechu.
***
     - Mamo!
     Poderwałam się gwałtownie do góry, czując w żebrach niesamowicie wielki ból. Po moich polikach zaczęły spływać łzy. Jęknęłam bezradnie, a moje ciało postanowiło samoczynnie powrócić do wcześniejszej, leżącej pozycji. Zanim jednak opadłam na poduszki, ktoś chwycił mnie za ramiona i przytrzymał mocniej w tej niedogodnej pozycji.
     Nic nie widziałam. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Nie mogłam dostrzec nawet twarzy osoby, która mnie trzymała. Nad obcym pokojem, przesiąkniętym zapachem męskich perfum, władała ciemność.
     - Gdzie jest moja matka? - spytałam słabym głosem, chwytając niewidzialną postać za ramiona.
     Powoli odzyskiwałam władzę w ciele i umyśle. Mój wzrok zaczynał się wyostrzać, a pamięć powracać. Przed oczami miałam straszne obrazy. Chaos i nieporządek w domu, cienisty demon wyglądający jak Margaret, który rzucał mną o ściany z niewiarygodną łatwością, moja matka, która mnie obroniła. Co się z nią stało? Nic oprócz tego nie pamiętałam.
     - Gdzie ona jest?! - wykrzyknęłam, zaciskając dłonie na obcych ramionach.
     - Uspokój się - usłyszałam spokojny głos Nathiela.
     To on mnie trzymał. To on przy mnie był. Jego głosu nie pomyliłabym z żadnym innym.
Wcale nie czułam jednak ulgi, wiedząc, że przy mnie jest. W dalszym ciągu moje myśli szalały z niepokoju.
     - Nathiel, gdzie jest moja matka?! - wykrzyknęłam, czując narastający we mnie gniew.
     Dopiero teraz byłam w stanie spojrzeć trzeźwo na świat. Wszystkie kolory i obrazy powróciły. Przed sobą widziałam Nathiela z wyjątkowo poważną miną. Miał roztrzepane włosy. Wyglądał, jakby długi czas nie zmrużył oka. Jego twarz nie przypominała teraz twarzy szalonego, roześmianego siedemnastolatka, a dorosłego, udręczonego życiem mężczyzny. Dlaczego?
     - Byłem u ciebie w domu i... - zaczął, marszcząc czoło.
     Uniosłam do góry dłoń, przerywając jego przemowę.
     - Nie dokańczaj - szepnęłam, zamykając na moment oczy.
     Rzeczywistość z nagła trafiła mnie prosto w twarz.
     Jeszcze niedawno dowiedziałam się od Margaret, że nie jestem prawdziwą córką Joanne. Zaakceptowałam tą myśl, godząc się z tym, że już od narodzin byłam porzucana. Jedyną osobą, która potrafiła podać mi dłoń i pociągnąć mnie ku górze w każdej, bolesnej sytuacji życiowej, była właśnie moja przyszywana matka. Zawsze powtarzałam sobie, że gdy jej zabraknie, ja sama zginę. Nie sądziłam jednak, że nastąpi to tak szybko. Przecież miała się zestarzeć. Miała wydać powieść, zostać sławną pisarką, dożyć mojego ślubu, bawić swoje wnuki. Miała umrzeć ze starości, spełniona, szczęśliwa. Miała patrzeć na mnie z góry, uśmiechając się i wspierając duchowo, a nie być tam i wylewać łzy z myślą: co teraz będzie z moją córką? Przecież ma dopiero 17 lat!
     Spod moich zamkniętych powiek, mimowolnie zaczęły wypływać łzy. Nie chciałam płakać przy Nathielu. Nie chciałam płakać przy nikim. Chciałam być sama. Chciałam krzyczeć, obwiniać cały świat o jej śmierć, uderzać pięścią w poduszkę, dać upust myślom, emocjom. Zawsze wolałam być sama. Obecność innych ludzi sprawiała, że czułam się niepewnie. Ich bzdurne: "nie płacz, wszystko będzie dobrze" było nic niewartymi słowami.
     - Płaczesz? - usłyszałam spokojny głos Nathiela.
     Gdy otworzyłam oczy był tuż nade mną. Żadna rysa jego twarzy nie wskazywała na to, że jest przejęty. Wyglądał jak oaza spokoju, którą nic nie zmąci.
     Nie odpowiadałam. Samo jego pytanie sprawiło, że poczułam jeszcze większy przypływ łez. Ściekały po moich policzkach całą rzeką, lądując na kołdrze, którą byłam przykryta. Nie potrafiłam z siebie wydać żadnego dźwięku. Bałam się to zrobić.
     Nathiel westchnął ciężko, wierzchem dłoni ocierając moje poliki z łez. O ile wcześniej jego mina nie wykazywała żadnych uczuć, tak teraz widziałam w niej przejęcie i pewną dozę bólu. Dlaczego? Bolał go widok osoby, która cierpiała? A może zdążył się już do mnie przywiązać? Może uznał, że jedyną osobą, która może mnie ochronić jest tylko on? Że tylko on mi pozostał? A może to nie jego myśli, a moje? Może sama tak sądzę?
     Przytulił mnie. Przyciągnął delikatnie do siebie, kryjąc moją głowę w swojej piersi. Oplótł mnie ramionami, chcąc ukryć moją osobę przed całym światem.
     - Płacz, jeśli chcesz - powiedział cicho, niezwykle kojącym głosem.
     Nie sądziłam, że jakikolwiek gest jest w stanie sprawić, że tama i lodowy mur, które budowałam od niepamiętnych, dziecięcych lat, pęknie, uwalniając z siebie cały, skumulowany głęboko ból.  A jednak. Osobą, która przedarła się przez moją duszę i rozbiła grube szkło emocji był Nathiel.
     W jednej chwili wybuchłam głośnym płaczem. Krzyczałam, nie przejmując się światem. Zaciskałam dłonie na koszulce Nathiela tak mocno, że bielały i drżały od wysiłku. Drżałam, na przemian tracąc oddech i znowu go odzyskując. Panikowałam i śmiałam się bezradnie, czując, że jeszcze chwila i mój umysł eksploduje, a ciało nie wytrzyma tak ogromnego napadu emocji. Nie raz wydawało mi się, że tracę przytomność, a potem znowu ją odzyskuję i widzę Nathiela. Że milknę, a potem znowu wybucham nagłym, niepohamowanym płaczem. Znajoma dłoń wciąż gładziła mnie po włosach, a męski głos uspokajał mnie jak małe dziecko, kiwając się na boki usypiająco. Chwilami nie miałam pojęcia gdzie jestem. Byłam ja, moje łzy i ogromny chaos w umyśle. Tylko pojedyncze słowa przedzierały się przez zaćmione zmysły: "Nie ma jej", "co dalej?", "chcę umrzeć". Wciąż nie docierało do mnie, że zostałam na tym świecie sama.
     Nie mam pojęcia ile to trwało i nie wiem, kiedy wreszcie przerwałam. Ramiona chroniące mnie przed całym światem wciąż mnie obejmowały, głowa spoczywała na klatce piersiowej, gdzie uspokajało mnie tylko równe bicie serca. Ręce nie zaciskały się już na koszulce, leżały ułożone przy twarzy i były zwinięte w pięści. Oczy były zamglone, czego winą z pewnością był nadmiar łez.
Z uśpionego stanu nie potrafiło wyrwać mnie już nic. Czasem zapłakałam cicho jak bezradne dziecko, ale zaraz byłam uspokajana przez cichy szept. Oczami wyobraźni widziałam małą Laurę i jej matkę, która tuliła ją do siebie i wciąż powtarzała kojącym głosem: "śpij, kochanie, śpij. Jutro będzie lepszy dzień". Czułam jej ciepło, widziałam jej uśmiech. Znów była blisko mnie. Gdy mała Laura usypiała, a jej dziecięce, zielone oczy powoli się zamykały, Joanne wstała i pomachała jej ręką na dobranoc. Ostatnie słowa, jakie mała dziewczynka usłyszała, to: "Pamiętaj, że nie jesteś sama". Matka zniknęła, a mała Laura wykrzyknęła głośne: "Nie!", które zginęło gdzieś w ciemnościach, odbijając się od pustych ścian echem. Była sama, choć wciąż czuła czyjąś obecność. Była spokojna. Była bezpieczna.
     - Spotkajmy się w lepszym świecie, Lauro.

środa, 1 października 2014

Rozdział 29 - "To nie mogło się stać"

No i nadeszła ta straszna chwila. Czuję, że niektórzy będą chcieli mnie zabić. No, trudno, taki zamiar miałam od początku. Pisząc ten rozdział byłam w tak wielkim transie, że widziałam wszystko swoimi oczami i chodziłam po miejscach, które opisywałam. Nikt nie mógł mnie oderwać od tego, co robię. Mimo wszystko uważam, że rozdział nie jest doskonały, mógł być napisany lepiej. Opisy takie krótkie, ale... nie potrafiłam ich zmienić, nic dodać. Rozdział długi - dlatego, że poprzednie 3 czy 4 były krótkie. Będzie dramat. Lubię dramaty. Idę po chusteczki.
Nathiel? Nathiel pojawi się już w następnym rozdziale. Przeprowadziłam się do Wrocka i szukam go wśród społeczności. Na razie prześladuje mnie zielonooki demon w autobusie... Boję się. Ach, no i wreszcie internety!
***

     Matka. Słowo to przez ostatnie 24 godziny, nie chciało dobrowolnie opuścić mojego umysłu. Byłam wobec niego bezradna. Moje obcowanie ze wszystkimi wartościami, wspomnieniami i wciąż niezrozumiałymi dla mojego mózgu sprawami, związanymi z tym właśnie prostym słowem, przypominało parodyjną relacje człowieka-myśliwego i niedźwiedzia, który wpadł w moje leśne sidła. Sprawa była o tyle zabawna, że wcale nie chciałam gu upolować. Wpadł w moją zasadzkę całkowicie przypadkiem. Osobiście stałam nad nim i grzecznie go prosiłam: odejdź, panie niedźwiedziu, masz już wolną od pułapki nogę. Wypłacę ci nawet odszkodowanie, obyś tylko stąd zniknął, bo twój widok mnie męczy. Niestety, pan niedźwiedź uśmiecha się do mnie i rzecze: Tak szybko stąd nie odejdę. Bardzo głupie porównanie, niestety, mam ich więcej. Moje własne myśli zjadały mnie od środka, jak rekin ludojad nogę surfera nieopodal piaszczystej plaży na Hawajach. 
     Jęknęłam bezradnie, przewracając się na prawy bok. Potrzebowałam odskoczni od szarej rzeczywistości. Na początku pomyślałam o Nathielu, którego nie widziałam już od ponad tygodnia, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie mogę do niego pisać i dzwonić tylko wtedy, gdy coś złego się dzieje. Nathiel to nie moja niańka, to nie miś, któremu spowiadałam się późną nocą. Muszę przestać traktować go jak swojego jedynego wybawiciela. Kiedyś sama radziłam sobie z wewnętrznymi zmorami i tak powinno pozostać. Zdecydowanie za bardzo zaczynałam się otwierać. Czułam, że jeszcze chwila nadmiernej, głupiej, ludzkiej wiary i porządnie się zawiodę. Czyż nie tak zawsze bywało? Od dziecka, po dzień dzisiejszy byłam otoczona niesprawiedliwością, wynikającą z ludzkich wad.
     Ciężko wzdychając, chwyciłam za miękką, niebieską poduszkę i przytuliłam ją do siebie.
Męczące pytania, powtarzające się na nowo w mojej głowie, doprowadzały mnie do szału. Chciałam jednocześnie poznać prawdę i uciec od niej.
     Dlaczego Joanne nie jest moją prawdziwą matką? Była o wiele wartościowszą osobą od kogoś, kto zostawił nowo narodzone dziecko na pastwę losu. Tak bardzo żałuję, że mimo minimalnego podobieństwa w wyglądzie i zachowaniu, nie mam jej genów. Po kim miałam zielone oczy? Po kim miałam blond włosy? Czy byłam podobna do któregoś z rodziców? A może byłam dokładną kopią któregoś z nich? Skąd wziął się mój sarkazm? Skąd obojętność na życie? A może mam rodzeństwo? A może mam dziadków, milion wujków, ciotek? A co, jeśli moja prawdziwa rodzina jest tak ogromna, że nawet nie byłabym w stanie spamiętać wszystkich imion? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi.
     Wiem, nie powinnam o tym myśleć, w końcu żyję tu i teraz, dniem dzisiejszym. Mam kochającą matkę, żyję w dostatku, nic oprócz szkoły i demonów mnie nie dręczy. Czym mam się przejmować? Nie. Nie mogłam poradzić nic na to, że mój mózg oczekiwał wyjaśnień. Ja przecież z natury jestem cholernym detektywem, a ciekawość to dla mnie nie pierwszy stopień do piekła, a droga do wrót nieba i chwały. Niech mnie szlag weźmie.
     Ostatnio stałam się dziwnie nerwowa. Nerwowa, rozdarta, emocjonalna, uczuciowa, nadpobudliwa. Amy miała racje. Odkąd zaczęłam "zadawać" się z Nathielem, mój światopogląd i dusza zaczęły się zmieniać. Brakuje tylko tego, abym z pesymistki stała się optymistką. Chyba bym tego nie zniosła.
     Wydałam z siebie oddźwięk bezradności i przeniosłam się do pozycji siedzącej. Czułam, że jeszcze chwila umysłowego chaosu i po mnie. Trafię do wariatkowa, zawiną mnie w biały kaftan i zamkną w pomieszczeniu bez okien. Może dla lepszego efektu wrzucą mi do pomieszczenia Nathiela, wtedy jeszcze bardziej zwariuję.
     Trzęsąc załamana głową, wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę drzwi. Potrzebowałam teraz obecności mojej matki. Wiem, to męczący dla niej temat, ale... chciałam wiedzieć więcej. Jak najwięcej.
     Gdy wyszłam z pokoju, coś trzasnęło głucho na dole. Stanęłam jak wryta przed schodami i wsłuchałam się w dźwięki dobiegające z dołu. Tłuczone szkło, trzaski, a na końcu krzyk przerażenia. Krzyk przerażenia mojej matki.
     Serce stanęło mi na moment w miejscu. Opanował mnie nagły, paraliżujący strach. Nie wiedziałam co mam zrobić, nie wiedziałam co się działo. A jeśli to jakiś złodziej? A jeśli to zabójca? 
Gdy zdołałam odzyskać władzę w nogach, wróciłam się do pokoju i bez chwili zastanowienia, chwyciłam za jedyną, w miarę ostrą rzecz, którą miałam w pokoju. Widelec. Wiem, nie zaszalałam, ale kto podejrzewał, że do mojego domu włamie się jakiś kryminalista? Miałam tylko nadzieję, że mojej mamie nic się nie stało.
     Dzierżąc w dłoni morderczy widelec, zaczęłam po cichu, schodzić po schodach.
     Dźwięki szarpaniny ucichły. Tak bardzo się bałam tego, co mogę zastać na dole, a jednak coś nakazywało mi iść w stronę zagrożenia. Nie mogłam zostawić matki na pastwę losu. Po prostu nie mogłam. Jeżeli ma umrzeć to razem ze mną.
     Stawiając kolejne kroki na skrzypiących, starych schodach, miałam wrażenie, że moje serce bije tak szybko, że jedno uderzenie zlewa się z drugim. Gdyby ktoś mi teraz zmierzył tętno, doznał by szoku. Jak bardzo bojaźliwym trzeba być człowiekiem, aby idąc w stronę nieznanego, nogi trzęsły ci się jak nagiemu człowiekowi w zimowej temperaturze, poniżej 20 stopni celcjusza, oczy zachodziły łzami, a ręka trzymała zabójczą broń tak mocno, że bielała, nabierając jeszcze bledszego odcieniu, niż moja normalna skóra. Byłam przerażona. Nie wiedziałam co pcha mnie w stronę niebezpieczeństwa. Chyba jakaś niewidzialna siła, nazwana miłością.
     Gdy już zeszłam ze schodów, rozglądnęłam się dookoła po zdemolowanym salonie, który sprawił, że nabrałam powietrza w płuca i długo go nie wypuszczałam. Co tu się do cholery stało? Firanki były zerwane z karnisza, w fotelach były dziury, przypominające te, które zrobiły pazurami koty, na podłodze leżało potłuczone szkło licznych wazonów, stojących na komodzie, doniczki leżały pod parapetem kompletnie zniszczone, topiąc swoje resztki w piachu zmaltretowanych roślin, a dywan miał jakieś bliżej nieokreślone, ciemne, brudne ślady, prowadzące do kuchni. Wyglądały tak, jakby ktoś sunął saniami przez cały salon, aż do kuchni. 
     Wypuściłam powietrze z płuc, czując, że brakuje mi tlenu. Nie wiedziałam, że potrafię na tak długą chwilę wstrzymać oddech.
     Spojrzałam w stronę kuchni. To tam musiała być moja matka, tylko dlaczego milczała? Wiem, że jestem pesymistką, ale choć raz nie chcę mieć przed oczami tak strasznych wizji. Ona musi żyć. Kto mi pozostał, oprócz niej? Choć nie była ze mną spokrewniona, czułam z nią silną, rodzinną więź. Tak naprawdę przez całe życie miałyśmy tylko i wyłącznie siebie, dlatego nie mogę myśleć o tym, że może jej zabraknąć.
     Moje sztywne nogi, zaczęły kierować się cicho w stronę oświetlonej słabym światłem kuchni. Tak bardzo się bałam, że nie byłam w stanie opisać mojego strachu. Nawet widelec dzierżony przeze mnie w dłoni, nie bawił mnie. To nawet nie była broń, to tylko przedmiot, którym mogłam komuś wydłubać oko. Potrzebowałam czegoś ostrzejszego, czegoś groźniejszego, ale przecież salon nie zawierał takich rzeczy. Poza tym został znienacka "przemeblowany", przez co nie wiedziałam, gdzie co leży. Na podłodze był tylko chaos. Cóż mi pozostało? Iść w nieznane z widelcem, oczekując pewnej śmierci. 
     Stanęłam przed samymi drzwiami. Były zamknięte. Uniosłam drżącą rękę i zacisnęłam ją na klamce. Żadna szalona siła, nie była jednak w stanie zmusić jej do ruchu. Bynajmniej tak sądziłam, bo nim się obejrzałam, drzwi z jej pomocą, zostały otwarte.
     Stanęłam w progu, uważnie rozglądając się dookoła. Kuchnia była zdemolowana tak samo, jak i salon. Nie byłam nawet w stanie opisać tego, co tu się działo. Rzeczy ginęły w chaosie.
     Przełknęłam głośno ślinę i skierowałam swoje kroki do przodu. Przechodząc obok blatu, kopnęłam w coś, co przypominało mi...
     Wydałam z siebie głośny pisk. Odrzuciłam widelec gdzieś w tył i uklękłam przy swojej matce, która leżała teraz na podłodze. Nie czekając, sprawdziłam jej tętno. Odetchnęłam. Żyła. Musiała po prostu zemdleć, najwyraźniej z przerażenia. Oprócz niesamowitej bladości, chyba nic jej nie dolegało. Była bezpieczna.
     W moich oczach pojawiły się łzy. Wiem, nie powinnam się jeszcze cieszyć dobrym zakończeniem, ale mimo wszystko, tak bardzo się cieszyłam, że moje najgorsze, pesymistyczne obawy się nie sprawdziły. Nie przeżyłabym tego, gdyby odeszła.
     Gładząc moją matkę po bladym poliku, uśmiechnęłam się niepewnie. Cieszyłam się jednak zdecydowanie za wcześniej. Odkąd tu weszłam, coś mi nie pasowało. Czułam, że oprócz mnie i mamy, ktoś tu jeszcze jest. Ktoś, czy może raczej... coś.
     Zielona, obślizgła maź, zaczęła ściekać z sufitu prosto na moją głowę. Tuż nad uchem usłyszałam ciche, groźne i nieludzkie warczenie. Bałam się spojrzeć w górę, choć wiedziałam, co się tam znajduje i z pewnością owe coś, nie było człowiekiem.
     Drżącą dłoń, nie czyniąc żadnych, gwałtownych ruchów, przeniosłam powoli w stronę szuflady, będącej tuż obok mojej głowy. Delikatnym i cichym ruchem otworzyłam ją i wymacałam ostry przedmiot, który zrobił ranę na moim palcu. Nie czułam jednak bólu. Poziom adrenaliny w moich żyłach był zbyt wysoki. 
     Nie czekając ani chwili dłużej, wyciągnęłam gwałtownie z szuflady szeroki nóż i cisnęłam nim w monstrum, które znajdowało się tuż nade mną. Dopiero teraz spojrzałam w jego oblicze. Jego widok sprawił, że wydałam z siebie głośny, przerażony okrzyk. Moje obawy się sprawdziły. Tuż za mną z okropnym, głośnym, potwornym rykiem, wylądował najgorszy stwór, jakiegokolwiek widziałam. Potężna, obślizgła bestia, którego ranę od noża okalał ciemny, gęsty dym. Potwór przypominał wyglądem ciotkę Margaret, co od razu potwierdziło moje skromne rozważania wcześniejszych dni. Świetliste, szmaragdowe ślepia błyskały groźnie u przeklętego, cienistego demona, który rzucał się teraz po kafelkach. Margaret albo była opętana albo w najgorszym przypadku: naprawdę była demonem. 
     Scena demonicznej boleści nie trwała długo. Stwór niewiarygodnie szybko odzyskał władzę w kończynach. Nie czekając, przeskoczyłam przez blat kuchenny i popędziłam jak torpeda w stronę wyjścia z kuchni. Teraz będzie zainteresowany mną, a nie moją matką. To był mój główny cel.
     Margaret rzuciła się za mną w pogoń. Nie miałam zbyt szerokiej drogi ucieczki, a przecież nie mogłam wyjść z domu. W głowie nie pojawiał się żaden pomysł odnośnie tego, co mogłam teraz zrobić. Jedynym dobrym rozwiązaniem było zadzwonienie do Nathiela. Telefon miałam jednak na górze. Zaryzykować?
     Nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej, rzuciłam się biegiem w górę, po schodach. Nie byłam nawet w połowie drogi, gdy silna łapa, obejmująca moją stopę, pociągnęła mnie na sam dół. Jeżeli kiedyś ktokolwiek zastanawiał się, jak to jest być ciągniętym przez kogoś lub coś po schodach... nie kontynuujcie tych rozważań. Uczucie te jest równe łamaniu się żebrom.
     Gdy zostałam ściągnięta na sam dół, potwór zaskoczył mnie w jeszcze większym stopniu. Zamiast połknąć mnie w całości, podniósł mnie do góry i rzucił z całej siły o drzwi prowadzące do przedpokoju. Nie zdążyłam nawet wydać okrzyku zaskoczenia, przerażenia czy też bólu. Odbiłam się od nich, zostawiając niewielkie wgniecenie i wylądowałam z trzaskiem na podłodze. Zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo. Świat będący dookoła mnie, stracił swoją wyraźność. Myślałam, że więcej się nie podniosę i pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie mój przyjaciel demon, który w brutalny sposób, chwycił mnie za włosy i podniósł za nie do góry. 
     Po moich bladych polikach, zaczęły ściekać łzy i choć próbowałam powstrzymać się od krzyku, nie byłam w stanie. Nigdy nie czułam większego bólu. Bólu, który rozprzestrzeniał się po całym ciele, poczynając od czubka głowy, a nie kończąc na reszcie ciała. Czułam się, jakby wszystkie moje kości żebrowe były połamane. Ledwo ruszałam dłońmi. Starałam się w jakiś sposób odepchnąć od siebie potwora, ale co mogła zrobić słaba 17-latka, która przecież odrzuciła propozycje bycia łowcą? Czyżbym zrobiłam błąd?
     Ohydna twarz Margaret połączona z szatańską aurą i błyskającymi w ciemnościach oczami, była skierowana prosto w moje oblicze. Uśmiechała się, szczerzyła swoje białe, ogromne, tak bardzo nieludzkie kły. Z jej potwornej gęby ciekła zielona ślina. Czy tak wyglądała prawdziwa forma ludzkiego demona? A może to jakiś wyjątkowo nieudany ewenement? Wszystko w połączeniu z Margaret wydawało się być od dziecka czymś strasznym.
     - Zabiję - syknął demon, opluwając mnie przy tym, swoją soczystą, zieloną śliną.
     Zamknęłam oczy, oczekując na właściwy koniec mojego życia. Może tak właśnie miało być? Może wcale nie powinnam znaleźć się na tym świecie? Odkąd się narodziłam, dane było mi odrzucenie. Najpierw porzucona przez prawdziwą matkę, pozostawiona na pastwę szpitalnego losu, potem przez własnych rówieśników, uznających mnie za potwora. Może właśnie teraz moje męki powinny dobiec końca? 
     Zaśmiałam się cicho, dziwnie zduszonym, niepodobnym do mnie głosem. Prawdziwa parodia życia. Po co było zadawać się z demonami? Na co komu była przyjaźń z Deanielem, na co komu obcowanie z Nathielem? Dlaczego świadomie brnęłam w ten świat, szukając nowych odpowiedzi na niezadane pytania? Demony. Ohydne stworzenia, które przecież mnie zainteresowały. Teraz muszę zapłacić za swoją nierozwagę. 
     Uchyliłam lekko powieki. Widziałam ciemne opary dymu, otaczające moje ciało. Powoli byłam pochłaniana przez tajemniczą, niepokojącą, cienistą powłokę. Wszystko mi jednak było jedno. Wiedziałam, że już nic mi nie pomoże. Przepraszam mamo, przepraszam Amy, przepraszam Nathielu. Tak szybko jak pojawiłam się w waszym życiu, tak szybko zniknę. 
     Ciemne ramiona zaczęły tulić mnie do piersi, a cień zebrany wokół mnie przybrał ludzką, przerażającą twarz. To koniec.
     - Zostaw moją córkę! - dosłyszałam głośny okrzyk, tuż za plecami demona.
     Otworzyłam oczy, spoglądając na moją matkę, która z całą siłą jaką w sobie miała, przywaliła potworowi patelnią w głowę. 
     Gdy upadłam na podłogę, popłakałam się jak małe dziecko. 
     - Mamo - szeptałam, bardziej cierpiąc, niż ciesząc się na jej widok.
     Joanne tylko uśmiechnęła się w moją stronę zmartwiona. Chciała do mnie podejść, ale demon zablokował jej drogę. Gdy odważnym gestem zamachnęła się w jego stronę, złapał za patelnię i z głośnym burknięciem protestu, odrzucił ją na bok. Moja matka została bez broni. W lekkim przerażeniu, zaczęła cofać się do tyłu. 
     Chwytając się pobliskiej szafki, starałam się podnieść. Chwilami wydawało mi się, że robię coś ponad swoje siły. Wiedziałam, że nie powinnam stać, a mimo tego, jakaś niewidzialna siła zmusiła mnie do tego. Chwyciłam pierwszą lepszą ramkę ze zdjęciem stojącą na komodzie i cisnęłam nią w potwora. Gdy nie zwrócił na mnie uwagi, zaczęłam rozpaczliwie cisnąć w niego wszystkim, co miałam pod ręką. Moja dusza krzyczała: Zwróć na mnie uwagę, durny potworze! Zwróć! Nie na nią! Na mnie! Wciąż płakałam jak małe dziecko. Bezradnie, bezsilnie. 
     - Uciekaj, mamo.
     Tylko ten szept zdążyłam z siebie wydać. Reszta słów ugrzęzła gdzieś w otchłani umysłu, blokując mnie i nie pozwalając na więcej.
     Matka oddalała się coraz bardziej. Nie poddawała się. Z walecznymi okrzykami, rzucała dzielnie demona różnymi przedmiotami. To go jednak rozwścieczyło jeszcze bardziej. Nie szedł już powolnym krokiem w jej stronę. Rzucił się na nią w biegu. Moja matka nie wydała z siebie żadnego dźwięku, gdy zatrzymał się tuż przed jej twarzą. Za to okropny stwór, przypominający Margaret, jęknął głośno i upadł na podłogę. Dopiero teraz zobaczyłam Joanne, która wbiła w jego pierś tasak. Gdy już myślałam, że jesteśmy ocalone, a matka uśmiechnęła się w moją stronę promiennie, demon zrobił coś, czego żadna z nas się nie spodziewała. Z głośnym, nieludzkim okrzykiem, wbił swoje wstrętne pazury prosto w brzuch mojej matki.
     Wydałam z siebie głośny okrzyk przerażenia. Puściłam się szafki, od razu upadając na podłogę. Walnęłam głową w jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, leżący przede mną. Nie przejęłam się tym jednak. W głowie miałam teraz tylko jedno: dostać się do mojej mamy, leżącej teraz bezwładnie na podłodze.
     - Mamo - powtarzałam bezradnie, raz wstając, raz czołgając się po podłodze.
     Na zabrudzony dywan spływało morze moich łez. 
     Gdy byłam już blisko niej, usłyszałam coś, czego z pewnością nie chciałam usłyszeć z ust bliskiej mi osoby w tak dramatycznej chwili:
     - Uciekaj, Lauro.
     Podpierając się o zniszczony fotel, stanęłam chwiejnie na nogach. Nie mogłam się ruszyć. Stałam jak wryta z otwartą buzią, starając się coś powiedzieć. Było już za późno. Moja matka odeszła bez pożegnania.
     Stałam, patrząc w jej pobladłą, martwą twarz. Znajdował się na niej uśmiech. Żegnający życie uśmiech. W głowie brzmiały mi tylko ostatnie jej słowa "uciekaj, Lauro".
     Zanosząc się głośnym płaczem, zaczęłam mimowolnie cofać się do tyłu, nie spuszczając z niej wzroku. Wiedziałam, że demon lada moment się podniesie, wiedziałam, że jeśli nie opuszczę domu, skończę jak Joanne, która poświęciła dla mnie swoje życie. 
     Potrząsałam głową z niedowierzaniem, dławiąc się własnymi łzami. Świat dookoła mnie wirował, nie pozwalając mi na trzeźwe myślenie. Wydawało mi się, że to nogi same za mnie działają. Wciąż cofałam się do tyłu.
     Moja droga do drzwi trwała w nieskończoność. Potwór zdążył się podnieść, gdy akurat chwytałam za klamkę. Jego szmaragdowe ślepia błysnęły groźnie, gdy na mnie spojrzał. Nie czekał, rzucił się w moją stronę. Pchnął mnie na drzwi, które roztrzaskały się od uderzenia. Wylądowałam na przedpokoju, a tuż nade mną ślęczała potworna wersja Margaret.
     Płakałam. Byłam bezsilna. Nikt nie mógł mi teraz pomóc.
     Gdy stwór zamachnął się na mnie pazurami, trafił prosto w moją twarz, zostawiając na niej krwawy ślad. Nim pomyślałam, co robię, ręka sięgnęła na stojak z parasolami. Wyciągnęłam z niego pogrzebacz do kominka. Często dziwiłam się matce, nie rozumiejąc sensu trzymania go tam. Zawsze się śmiała, że kiedyś może mi się przydać. Miała racje. Wbiłam go prosto w gardło potwora, który oderwał się ode mnie na moment. Zdążyłam się przeczołgać w stronę drzwi wyjściowych. Otworzyłam je i wychodząc na zewnątrz, sturlałam się po schodkach na dół. Spojrzałam w ciemne, nocne niebo i odpowiedziałam na nurtujące mnie pytanie. Chciałam żyć. Tak bardzo chciałam żyć.
     Ze łzami w oczach, podniosłam się o własnych siłach z trawy i powolnym, kulejącym krokiem ruszyłam ulicą przed siebie. Bałam się spoglądać w tył, bałam się o czymkolwiek myśleć. Przyświecał mi tylko jeden cel: ocalić siebie. 
     Na dworze nie było zupełnie nikogo. Nikt nie mógł mi pomóc. Musiałam to zrobić sama.
Do tej pory nie pamiętam, ile czasu zajęła mi podróż kulejącym krokiem pod sam dom dobrze znanej mi osoby. Pamiętałam tylko tyle, że gdy słabym gestem zapukałam do drzwi, otworzył mi blondwłosy chłopak. Miał przerażoną minę. Otworzył buzię, nie mogąc nic wymówić. Poczułam wtedy, że to kres moich nadludzkich sił. Wpadłam w jego objęcia czując, jak odlatuje w krainę ciemności. Zdążyłam usłyszeć tylko głośne wołanie czyjegoś imienia. Znajomego imienia.
     - Nathiel!