piątek, 31 października 2014

Rozdział 33 - "Żegnając przeszłość"

Uważam, że rozdział jest długi, chaotyczny i pisany lekko na odpierdziel. Przymierzałam się do niego z tysiąc razy i możecie mi nie wierzyć, ale pisałam go cały miesiąc. Studia trochę zmieniają moje plany pisarskie, ale staram się od czasu do czasu coś napisać. Następny rozdział będzie lekkim oderwaniem od smutnej rzeczywistości. Bita śmietana i te sprawy - mniemam, że Orihime się domyśla o co chodzi >D.
Teraz dłuższy weekend, więc zamierzam nadrobić czytanie, jak i napisać kilka rozdziałów wprzód, bo to był ostatni na plusie D: 

POPRAWIONE [14.04.2018]
***
Opowiedziałam im o wszystkim, co wiedziałam i pamiętałam, poczynając od Margaret, jej dziwnych zielonych ślepi i okrutnych zachowań, idąc przez niezwykłą opowieść na temat moich narodzin i nieznanego pochodzenia. Całą opowieść zakończyłam na śmierci mojej przybranej matki. Opowiedziałam im to bez urojenia chociażby jednej łzy. Nie chciałam się przed nimi rozkleić. Wystarczająco długo znosili moje fochy, milczenie, płacz i całą nieznośną osobę, jaką sobą reprezentowałam. Poza tym nie chciałam ich stawiać w niekomfortowej sytuacji.
Po moim długim monologu żaden z nich się nie odezwał. Nathiel spoglądał na mnie, marszcząc w skupieniu czoło, a Sorathiel analizował wszystkie fakty, zapatrując się w sufit i gładząc swój podbródek. Gdyby nie brak brody, można by było go uznać za starożytnego mędrca. Wiedziałam, że obaj zastanawiali się nad tym samym, co nękało mnie od dłuższego czasu. Niewypowiedziane na głos pytania ulatniały się gdzieś w powietrzu, układając się w wyraźne słowa.
Kim byłam? Gdzie znajdowała się moja prawdziwa matka i dlaczego mnie zostawiła? Czy Margaret była demonem? A może wyłącznie człowiekiem opętanym przez demona? Czy coś lub ktoś chciało mnie zabić celowo,  czy był to zwykły przypadek? Moja przybrana mama zawsze powtarzała, że nic w naturze nie dzieje się przypadkowo, jednak wolałam nie myśleć o tym, że na moją zagładę czekało całe zbiorowisko demonów, które zamieszkiwały Reverentię. Nic im przecież nie zrobiłam. Chyba że mój niecny uczynek w postaci polania domestosem demona dotarł do uszu samego Departamentu Kontroli Demonów.  Moim jedynym problemem było to, że znałam dwóch młodocianych łowców, sama nim przecież nie byłam, co mi mogło wobec tego grozić? Wysokiej energii potencjalnej także nie posiadałam, więc większość demonów powinno przejść obok mnie obojętnie. Byłam zwyczajną nastolatką, a przy okazji wielkim tchórzem. Osobą, która potrzebowała ratunku innych, a sama nie była w stanie nikogo ochronić. Polegałam wyłącznie na Nathielu, który dzielnie wojował z demonami. Chwilami czułam się, jakbym świadomie go wykorzystywała. Wszystko, co zrobił dla mnie do tej pory było bezinteresowne. Bronił mnie, wspierał, motywował i nakazywał się nie poddawać, a co ja mu dawałam w zamian? Dzieliłam się z nim tylko chłodem i obojętnością. Od czasu do czasu wchodziłam z nim również w przepełnioną sarkazmem dyskusję. Dlaczego mimo tego, że nie traktowałam go tak, jakby tego oczekiwał, wciąż przy mnie stał? Przecież tak naprawdę nic szczególnego nas nie łączyło.
Spojrzałam na Nathiela, który szedł tuż obok mnie powolnym krokiem. Wyglądał na znudzonego. Wiedziałam, że poruszał się w taki sposób po to, żebym nie musiała za nim gonić – zdawał sobie sprawę z tego, że wciąż byłam nie w pełni zdrowa. To moja pierwsza dłuższa podróż od czasu nieprzewidzianej bitwy z demonem. Nathiel czasem spoglądał w moją stronę, aby upewnić się, że zbytnio nie przyspieszył. Martwił się. O mnie. Jak moja mama. Nie chciałam go stracić. To prawda, że nie darzyłam go żadnym wzniosłym uczuciem, które choć odrobinę zahaczałoby o miłość, ale może to najwyższy czas, aby nazwać go przynajmniej przyjacielem? Nie, z zachowania bardziej przypominał mi brata. Troszczył się o mnie, ale potrafił też przytulić i pocieszyć, a także nakrzyczeć, kiedy musiał. Może byłam jedynaczką, ale nie musiałam mieć szczególnie wielkiej wiedzy na temat powiązań rodzinnych, żeby uznać Nathiela za przybranego brata. Już raz adoptowałam w sercu osobę, która nigdy nie była moją biologiczną matką, dlaczego więc nie mogłam adoptować kolejnej? Być może gdzieś tam, w odległym świecie, do którego nigdy nie będę miała wstępu, znajdowało się moje prawdziwe rodzeństwo urodzone w mniej zaskakujących warunkach i w lepszych czasach. Nie bardzo mnie to jednak obchodziło. Żyłam tu i teraz, uparcie trzymając się tego, co mi pozostało, a więc przyjaciół, którzy stali się moją rodziną.
Nathiel podczas naszej dzisiejszej rozmowy w kuchni uznał, że urwałam się z kosmosu i jestem córką kosmitów, Sorathiel na szczęście nie miał na ten temat konkretnej teorii. Wielokrotnie rozważali moje pochodzenie, patrząc na nie również pod demonicznym kątem, jednak zgodnie uznali, że nie mogłam być spłodzona przez demona. Moje oczy miały inny odcień zieleni. Cieniste demony charakteryzowała szmaragdowa barwa tęczówek, ja miałam je w jasnym limonkowym kolorze, który choć intrygował, nie przypominał istoty nie z tej ziemi. Zagadką były również moje nadzwyczajne zdolności. Sorathiel nie wykluczył istnienia innych stworzeń, przez które mogłam zostać spłodzona. W końcu kto powiedział, że elfy, rusałki, nimfy, gnomy, trolle, wampiry, wilkołaki i inne stwory nie istniały? Po prostu do tej pory ich nie spotkaliśmy. To demony potrzebowały kontaktu z ludzką energią, dlatego zostały rozpoznane przez człowieka. Może inne gatunki wolały żyć w ukryciu, z dala od cywilizacji?
Wzniosłam oczy ku niebu, próbując odgonić od siebie uporczywe myśli. Znowu padał deszcz i choć na ogół go lubiłam, dziś mnie nie zadowalał. Był przygnębiający. Przypominał mi o tym, że na nowo musiałam wrócić do miejsca, gdzie zaczął się mój koszmar. Tak naprawdę nie miałam zbyt wielu szczęśliwych wspomnień związanych z moim domem. Tylko moja mama wprowadzała do niego odrobinę radości i nadziei. Dziś, gdy jej ze mną nie było, nie miałam po co tam wracać. Pojawiało się więc kolejne pytanie: gdzie miałam się teraz podziać?
Spojrzałam ukradkowo na Nathiela i zmarszczyłam czoło.
Nie chciałam dłużej siedzieć mu na głowie. Musiałam znaleźć nowe mieszkanie. Najlepiej będzie, jeżeli znajdę również pracę. Rzucenie szkoły nie wchodziło w rachubę, musiałam ją ukończyć, to będzie gwarant mojej przyszłości. Może na początku trudno będzie mi pogodzić mało opłacalną i ciężką pracę z nauką, ale w końcu się do tego przyzwyczaję.
To wszystko wciąż nie dochodziło do mojego umysłu. Czułam się, jakby to był sen. Sen, z którego chciałam się jak najszybciej zbudzić. Miałam dopiero siedemnaście lat. Jeszcze niedawno chciałam skończyć szkołę, pójść na studia i dopiero po nich znaleźć opłacalną pracę, a w odległej przyszłości może i założyć rodzinę. Może. Perspektywa dorosłej Laury z dzieckiem na ręku wcale mnie nie bawiła. To zbyt odległa i nieprawdopodobna wizja.
– O czym myślisz? – spytał nagle Nathiel, wkładając w tym samym momencie ręce do kieszeni. Przypatrywał mi się uważnie już od dłuższego czasu.
– O tym, że nie wyobrażam sobie momentu, gdy założę rodzinę – odpowiedziałam w zamyśleniu. Szybko zorientowałam się, że nie powinnam o tym mówić. To były myśli, do których Nathiel nie powinien mieć dostępu.   
– Tak? A ja to widzę oczami wyobraźni – powiedział w zamyśleniu, kierując spojrzenie ku niebu. – Laura w niebieskim fartuszku stoi przy garach i woła swoje rozbrykane czarnowłose dzieci na obiad. Oczywiście stoi przy niej przystojny zielonooki mąż, który służy jej pomocną klatą, znaczy… ręką, a może nawet dwoma – powiedział, szczerząc zęby.
Zmarszczyłam czoło.
– Dlaczego mam wrażenie, że mówisz o sobie? – zapytałam, unosząc brew do góry.
– Serio? – udał zdziwienie. – Dobra, może jestem przystojny, ale żebyś od razu chciała ze mnie robić swojego męża? – mówiąc to, uśmiechnął się do mnie wrednie.
– Ty moim mężem? – spytałam z kpiną w głosie. – Ta rodzina by zginęła.
Chłopak spojrzał na mnie z ukosa, wyjątkowo nie odpowiadając na moją ripostę.
Nathiel i ja. Ten związek nie miał prawa bytu, chyba że w jakimś równoległym, sfiksowanym świecie, który mógł stworzyć w swojej głowie tylko Auvrey. Ja wolałam pozostać realistką. Dobrze, może nawet pesymistką.
– Jesteśmy – powiedział chłopak, stając przed drzwiami mojego domu. Choć wielokrotnie zapewniał mnie o tym, że żaden demon nie pałęta się już po moim mieszkaniu, piekielnie się bałam. Moje ciało zaczęło drżeć ze strachu, a żywe wspomnienia, które przewinęły się przed moimi oczami sprawiły, że zrobiło mi się niedobrze. Cudem powstrzymałam się od zwrócenia wcześniej zjedzonych kanapek wprost na schody. Na szczęście w porę się opanowałam.
Miałam wrażenie, że będę tu stała całą wieczność. Nic nie przekonywało mnie do tego, aby tam wejść. Rozpaczliwie szukałam jakiegoś wytłumaczenia, wymówki. Wiedziałam jednak, że przy Nathielu jej nie znajdę. Potrzebowałam wziąć głęboki wdech i znaleźć w swoim tchórzliwym ciele jakieś nieodkryte pokłady odwagi. Musiałam przede wszystkim pamiętać o tym, że nie byłam sama, wciąż miałam przy sobie Nathiela.
Auvrey spojrzał na mnie wyczekująco. Najwyraźniej chciał, abym to ja uczyniła pierwszy krok.
Wzięłam głęboki oddech, policzyłam w głowie do dziesięciu, chwyciłam go pod ramię i wbrew ogłuszającym krzykom własnego umysłu, weszłam do środka. Mój towarzysz wyglądał na zdziwionego. Widocznie nie sądził, że taki tchórz jak ja będzie w stanie wejść prosto do jamy potwora i to tak dziarskim, pozornie pewnym siebie krokiem. W jego oczach dostrzegałam podziw.
Mój dom nie przypominał w żaden sposób miejsca, w którym kiedyś mieszkałam. Czułam się tu obco i nieswojo. Badałam wzrokiem znane mi niegdyś elementy wystroju, które teraz mieszały się ze sobą w wielkim, czterościennym worze brudów. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie tutaj stawiałam pierwsze kroki jako dziecko. Spędziłam tu całe swoje dotychczasowe życie, które nagle stanęło w rozsypce, tak jak mój dom. To miejsce nie było już takie jak dawniej tylko dlatego, że nie było tu Joanne.
Wyminęłam stertę zniszczonych przedmiotów. Już miałam wkroczyć do salonu, kiedy moje nogi odmówiły posłuszeństwa – ugrzęzły w progu, nie pozwalając mi na dalszą podróż. Już miałam zacząć się cofać, gdy Nathiel położył dłonie na moich ramionach i poprowadził mnie wprost w paszczę bolesnych wspomnień. Ostatnią deską ratunku było dla mnie mocne zaciśnięcie powiek, a tym samym ograniczenie swojej widoczności.
Nathiel głośno westchnął.
– Otwórz oczy. Mówiłem ci, że jej tu już nie ma.
Najpierw otworzyłam niepewnie jedno oko, potem drugie. Ostrożnie przeniosłam spojrzenie w miejsce, gdzie powinno leżeć martwe ciało. Znajdowała się tu tylko zaschnięta plama krwi. Już sam jej widok doszczętnie mną wstrząsnął. Nieświadomie chwyciłam Nathiela za zgięcie łokcia. To był mój ruch obronny. Bałam się, że nagła fala słabości przejmie nade mną kontrolę i przywitam podłogę swoją rozpłaszczoną twarzą.
Zachwiałam się. Nathiel chwycił mnie za ramiona. Przez chwilę starał się przywrócić mi równowagę, gdy jednak zauważył, że to wcale nie pomaga, posadził mnie na najbliższym fotelu. Ciepłymi, delikatnymi dłońmi objął moją twarz.
– Hej, to tylko zaschła plama krwi. Myśl o niej jak o... – zastanowił się przez moment. Wiedziałam, że nie wymyśli nic twórczego – jak o plamie po keczupie, dżemie, cokolwiek!
Zaśmiałam się nerwowo. To z pewnością nie były dobre porównania.
– A może chcesz, żebym to ja przyniósł twoje rzeczy? Poczekasz na zewnątrz – powiedział z powagą. – Może to rzeczywiście za dużo, jak dla ciebie.  
Potrząsnęłam gwałtownie głową, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że to o wiele lepsze rozwiązanie. Z drugiej strony nie wyobrażałam sobie Nathiela grzebiącego w mojej bieliźnie. Nie chciałam widzieć przed oczami jego wymyślnych sposobów na poprawienie mi nastroju, kiedy już się do niej dobierze.
Żeby zająć swoje myśli czymś innym, zaczęłam rozglądać się po całym pomieszczeniu, zwracając uwagę tylko na rzeczy, których widok nie przyprawiał mnie o mdłości. Parapet, rozwalone doniczki, książki leżące na podłodze, wywrócony fotel, podłoga i wreszcie… plama krwi. Plama krwi, pośród której leżał biały kwiat.
Spojrzałam na Nathiela pytająco. Najwyraźniej nie rozumiał o co mi chodzi.
– Kwiat – powiedziałam cicho, przypatrując się niepewnie roślinie.
Czarnowłosy spojrzał w tył i mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. Już po chwili zaczął grzebać w kieszeniach. Z jednej z nich wyjął małą zwiniętą karteczkę. Zmarszczył czoło i rozczytał literki, które układały się w konkretne słowa. Wyglądał trochę jak dziecko z podstawówki, które stara się złożyć trudne zdanie z pomocą sylab.
– Kwiat z rodziny storczykowatej, Calanthe davaensis – wydusił z siebie Nathiel. – Żyje wyłącznie w warunkach tropikalnych.
Uniosłam brwi w zdziwieniu. W moim domu na pewno nie panowały warunki tropikalne, więc jakim cudem ten kwiat utrzymał się przy życiu? Może nie był prawdziwy?
Ku zdziwieniu Nathiela wstałam i chwiejnym krokiem podeszłam do zabarwionego na czerwono skrawka dywanu, który jeszcze niedawno sprawiał, że miałam ochotę zemdleć. Teraz skupiłam swoją uwagę na kwiecie, który delikatnie podniosłam z podłogi. Przyjrzałam mu się uważniej. Nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie zwiędnie. Piękna i zdrowa roślina, która z jakiejś dziwnej przyczyny utrzymała się przy życiu w przepełnionym chłodem pomieszczeniu. Jakim cudem? Musiał leżeć tu już kilka dni, jak nie tygodni... Poza tym co miał oznaczać? I kto go tutaj zostawił? Czy był tu ktoś oprócz znanych mi łowców? Może to jakiś demoniczny znak?
Nathiel stanął tuż za moimi plecami. To właśnie wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego. Kwiat rozbłysnął, a następnie rozpłynął się w oparach dymu, pozostawiając po sobie tylko złocisty pyłek, który ozdobił moje palce. Lekko oszołomiona strzepałam pozostałości brokatowych popiołów z dłoni i podniosłam się z podłogi. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Z pewnością była to sprawka jakiejś nadprzyrodzonej siły, choć na pewno nie demonicznej. Bądźmy szczerzy, jaki demon trudziłby się z zostawianiem tu tropikalnych kwiatów i jaki miałby w tym cel? Na pewno nie chciał upiększyć mojego domu.
– Sorathiel natrafił na jakiś ślad? – spytałam.
Doskonale wiedziałam, że karteczka, którą starał się rozczytać Nathiel była podarunkiem od jego przyjaciela, który zdążył się już dowiedzieć, jaki to gatunek kwiatu. Domyślałam się też, że stara się rozwiązać zagadkę zniknięcia ciała mojej mamy.
– Nie – odpowiedział krótko Nathiel – ale wciąż szuka.
Kiwnęłam głową.
Nie chciałam tu już dłużej stać. Postanowiłam zakończyć to możliwie szybko.
– Zostań tu – rzuciłam w stronę Nathiela. – Pójdę się spakować.
Chłopak posłusznie kiwnął głową, a ja ruszyłam w stronę schodów. Przez chwilę czułam się tak, jakbym właśnie wróciła ze szkoły. Zaledwie chwilę temu pocałowałam mamę w policzek, przy okazji pytając ją jak się czuje – na co pewnie machnęła ręką, ponieważ z reguły była zmęczona i zniechęcona pracą. Chwilę później usłyszałam od niej krótkie „zaraz będzie obiad, kochanie”, na co skinęłam głową i poszłam na górę, odłożyć swoje szkolne rzeczy. Oczami wyobraźni widziałam zmęczony uśmiech mamy. Uśmiech, który zawsze odwzajemniałam.
Może to głupie, ale miałam wrażenie, że Joanne wciąż gdzieś tutaj była. Ukrywała się po kątach i wołała do mnie z oddali: „Odwagi, Lauro, odwagi!”. Czy ona naprawdę umarła? A może wcale stąd nie odeszła i uważnie przygląda się moim poczynaniom?
Potrząsnęłam głową, uśmiechając się ironicznie do samej siebie. Czasami wyobraźnia za bardzo mnie ponosiła. To nie zmieniało jednak faktu, że gdzieś w głębi serca zrobiło mi się lżej. Oszukiwanie siebie nie było dobrym rozwiązaniem, ale na pewno pokrzepiającym.
Postawiłam ostatni krok na schodku i bez chwili namysłu otworzyłam drzwi od swojego pokoju.      Poczułam dobrze mi znany zapach różanych perfum. Nic się tu nie zmieniło. Reszta domu została zniszczona, ale mój pokój pozostał nietknięty. Wyglądał tak samo jak wtedy, gdy dzierżąc zabójczy widelec, opuściłam go.
Z niemałymi obawami weszłam do środka.
Czułam się tu bezpiecznie. Mój pokój zawsze był dla mnie schronem przed złem dziejącym się na zewnątrz. Nawet mój przybrany ojciec nigdy tutaj nie wchodził, jakby zdawał sobie sprawę z tego, że nie może naruszać mojego sanktuarium – a przynajmniej tak się pocieszałam, gdy byłam jeszcze dzieckiem. W rzeczywistości Edward Collins po prostu nie chciał zawracać sobie mną głowy.
Gdy chciałam, mogłam zamknąć się na klucz i nie pozwolić na to, by ktoś przeszedł przez próg odwiecznego schronu. No dobrze, była jedna osoba, która naruszyła moją świętość, włamując się do środka w dosyć niecodzienny sposób. Nathiel zamiast drzwi preferował okna. To była jedyna taka sytuacja, kiedy poczułam się tu zagrożona. I pomyśleć, że Auvrey z oprawcy, który chciał mnie zadźgać nożem, stał się moim obrońcą. Niezbadane są ścieżki, którymi podąża demoniczna głupota.
Zabrałam się za pakowanie niezbędnych rzeczy. Początkowo szło mi to straszliwie opornie. Najchętniej spakowałabym cały pokój, ale niestety technika nie poszła do przodu na tyle, abym mogła go zmniejszyć i schować do torebki. Musiałam się maksymalnie ograniczyć. Walizka nie pomieści przecież nawet połowy z tego, co chciałam za wszelką cenę ze sobą zabrać. 
Ciuchy, bielizna, książki. Już samo to zajęło siedemdziesiąt procent wolnej przestrzeni. Następnymi, mniej ważnymi przedmiotami okazały się kosmetyki (w śladowych ilościach, ponieważ korzystałam głównie z podstawowych dóbr kosmetycznych, takich jak dezodorant czy inne tego typu twory), przybory szkolne, ramka ze zdjęciem, które przedstawiało mnie, Deaniela oraz Amy, a także ramka ze zdjęciem małej Laury, którą trzymała za rękę swoją mamę.
Zatrzymałam się na chwilę, zdając sobie z czegoś sprawę.
Zdjęcia. Miałam ich zdecydowanie więcej. Nie byłam nigdy zbytnio sentymentalną osobą i nie przywiązywałam się do rzeczy na tyle, żeby za nimi zatęsknić, ale dlaczego miałam stracić wszystkie chwile, które były utrwalone na zdjęciach? Tylko to pozostało mi po mojej mamie.
Z zapałem i prawdziwym zaangażowaniem zaczęłam przekopywać dolną szufladę komody. Stare książki, zeszyty, misie, listy i pudełka fruwały po całym pokoju. Dopiero na samym końcu, niczym oświetlony niebiańskim blaskiem, leżał duży biały album.  Chwyciłam za niego i wygodnie rozsiadając się na miękkim dywaniku, otworzyłam go na pierwszej stronie.
Na zdjęciu ujrzałam siebie, zaraz po urodzeniu. Intensywnie zielone oczy badały swoje przyszłe rysy z mądrością, jaką nie wykazywały się żadne niemowlaki. Teraz nie dziwiłam się słowom mojej mamy – wtedy naprawdę musiałam budzić strach na porodówce.
Następne zdjęcie przedstawiało małą, około roczną Laurę upaćkaną tortem. Miałam na nim istnie szatańską minę, która mówiła: „Zepsułam czyjąś pracę i czuję się z tym cudownie”. Za mną stała załamana Joanne, która starała się uśmiechać – jej niezadowolenie było spowodowane prawdopodobnie tym, że pierwszy tort, jaki mi zrobiła, uznałam za zabawkę. Co roku, mimo braku zdolności do pieczenia, moja mama starała się coś dla mnie upiec. Wychodziło jej to z różnymi skutkami, ale cieszyłam się, że chociaż próbowała. Zawsze starałam się zjeść choć kawałek ciasta ze smakiem, nawet gdy w ustach czułam spaleniznę.
Kolejne zdjęcie przedstawiało Joanne, która przyklejała plaster do mojego zranionego kolana. Uśmiechała się do mnie łagodnie, a ja wyciągałam do niej ręce po to, aby mnie przytuliła. Moja twarz była czerwona, a z nosa lały mi się smarki. Cóż, niezbyt korzystnie wyglądająca scena. Może powinnam ukryć to zdjęcie przed Nathielem? Nie dałby mi żyć, gdyby się do niego dopadł.
Uśmiech zszedł z mojej twarzy i ustąpił miejsca smutkowi, kiedy przewróciłam foliową kartę na drugą stronę. Kolejne już zdjęcie przedstawiało tę samą sytuację, co wcześniej, jednak tym razem mała Laura spoczywała już w ramionach matki uspokojona i szczęśliwa.
Przymknęłam na chwilę powieki. Tak bardzo zazdrościłam małej Laurze ze zdjęcia, że mogła ją przytulić. I pomyśleć, że to życie, na które tak bardzo narzekałam. Życie, którego w żaden sposób nie doceniałam. Teraz zostałam sama, bez ciepłych dłoni i policzka, który co dzień całowałam na powitanie oraz pożegnanie, bez uśmiechu rozświetlającego mój dzień, i słów, które dodawały mi otuchy. Owszem, wciąż miałam Amy, wciąż miałam Nathiela, ale oni nie byli przecież moją mamą.
Zaskoczona obserwowałam jak łzy spływają po moich policzkach, lądując na zdjęciu, które przypomniało mi o tym, że moje dzieciństwo nie było takie złe, za jakie je uważałam.
Jak wielką ironią losu było to, że docenialiśmy pewne rzeczy dopiero wtedy, kiedy je traciliśmy.
– Laura, żyjesz? – usłyszałam nagle głos, który należał do Nathiela czekającego na mnie na dole. Cieszyłam się, że choć raz uszanował moją prywatność. Dzięki temu nie musiał być po raz setny świadkiem mojej płaczliwej słabości.
Przez dłuższą chwilę milczałam, próbując uspokoić rozszalałe emocje, w końcu jednak otarłam wierzchem dłoni łzy i iście grobowym głosem odpowiedziałam:
– Nie, umarłam.
– Cieszmy się! – Dosłyszałam wesoły śmiech, mi jednak nie było w żaden sposób do śmiechu.
Zamknęłam album, podniosłam się z podłogi i ostatni raz stanęłam przy oknie swojego pokoju, spoglądając w dół na dobrze mi znany od siedemnastu lat widok.
Nic nie działo się przypadkiem. Joanne poświęciła swoje życie, abym ja mogła żyć. Nie zamierzałam zmarnować tej szansy. Owszem, będę za nią tęsknić, czasem nawet zapłaczę w kącie nad gorzkim losem, który mnie spotkał, czy spojrzę do albumu, który zamiast radości wywoła na mojej twarzy smutek, ale... chciałam spróbować żyć. Póki chodziłam, oddychałam i funkcjonowałam jak normalny człowiek, nie zamierzałam marnować tej szansy.
Ocierając dłonią ostatnią spływającą po poliku łzę, oddaliłam się od okna. Jedyne, co mogłam teraz zrobić, to zasłonić zasłony, wziąć walizkę, pożegnać w umyśle dobrze znany mi dom oraz doczesne życie, i zejść na dół, gdzie czekał na mnie Nathiel. Miałam przy okazji nadzieję, że nie zauważy moich zaczerwienionych od płaczu oczu.
– Wreszcie – mruknął, gdy znalazłam się już na dole. – Spakowałaś się? Jesteś gotowa?
Kiwnęłam głową, kryjąc się za blond grzywką. Należałam do osób, które nienawidziły pokazywać światu jakichkolwiek skrajnych emocji, które targały moją duszą. Uzewnętrzniając się, wcale nie czułam się lepiej – wręcz przeciwnie. Wciąż karciłam siebie w duchu za nadmierną wylewność wobec Nathiela tamtej nocy, ale... to była sytuacja szczególna. Najlepiej będzie, jeżeli ją przemilczę, jakby w ogóle nie istniała.
Uśmiechnęłam się nikle i wraz z moim czarnowłosym, demonicznym towarzyszem wyszłam na zewnątrz. Chłopak przejął moją walizkę bez słowa, udając dżentelmena, którym w sporadycznych chwilach zdarzało mu się być. Najwyraźniej zauważył chwilę temu grymas bólu, który wykrzywił moją twarz, gdy podciągnęłam walizkę do góry, próbując zejść po schodkach. Gwałtowne ruchy wciąż nie były dla mnie wskazane.
Ostatni raz spojrzałam przez ramię na mój własny dom.
Żegnajcie wspomnienia, żegnaj dzieciństwo, żegnaj mamo. Prawdopodobnie to ostatni raz, kiedy się widzimy.
Nie oglądając się za siebie, ruszyłam do przodu. Aby zająć czymś swoje chaotyczne myśli, postanowiłam rozpocząć niezobowiązującą rozmowę z Nathielem.
– Pozwolisz mi przenocować u was jeszcze kilka dni? – spytałam. – Odwdzięczę się wam jakoś.
Czarnowłosy prychnął z oburzeniem.
– Głupia jesteś? Możesz mieszkać tutaj ile chcesz – odpowiedział. – Na górze jest jeszcze jeden wolny pokój. No, chyba że wolisz mieszkać razem ze mną w moim. – Spojrzał na mnie i puścił mi uwodzicielskie oczko. – Łóżka starczy dla nas dwoje, maleńka. – Zachichotał.
Uśmiechnęłam się pobłażliwie pod nosem.
– Nie wytrzymalibyśmy ze sobą dłużej niż godzinę w jednym pomieszczeniu, więc podziękuję. – Spojrzałam przed siebie. – Chciałabym to najpierw przedyskutować z Sorathielem i Hughiem – zmieniłam temat.
– Oni już się zgodzili – odpowiedział Nathiel, wzruszając ramionami.
Ta rozmowa nie miała sensu, przecież i tak będę musiała z nimi porozmawiać. Nie do końca ufałam słowom Nathiela, który chciałby mieć w domu kolejną ofiarę swoich uwodzicielskich poczynań. Poza tym... nie chciałam uczynić z ich mieszkania domu dziecka. Nathiel i Sorathiel żyli w organizacji od małego, byli więc dla Hugha jak rodzina, ja byłam tylko przybłędą, która na nic się nie przydawała.
– Laura – głos Nathiela wybudził mnie z trybu sierocych rozmyślań. – Jutro urządzam imprezę urodzinową i... – przerwał, spoglądając na mnie badawczo – nie chciałabyś się na niej pojawić?
Westchnęłam cicho i odpowiedziałam:
– Nathiel, uważam, że wciąż nie jestem na siłach do zabawy.
– Jak sobie chcesz.
Na widok obrażonej miny Auvreya, mało nie wybuchłam śmiechem. Chwilami naprawdę przypominał mi dziecko. Brakowało tylko cienkiego, chłopięcego głosiku, mówiącego: ”Nie lubię cię, jesteś głupia!” i ostentacyjnego założenia rąk na piersi. Aż tak zależało mu na mojej obecności? Przecież nie byłam dla niego nikim ważnym. To tylko ja, blada dupa albinosa, która pojawiła się w jego życiu całkiem przypadkowo, nie zostawiając po sobie żadnego dobrego śladu. Czy to możliwe, że się do mnie przywiązał? Może traktował mnie zupełnie inaczej niż ja jego? Może widział we mnie kogoś więcej niż tylko chłodną istotę o wysokim poziome ironiczności? Oby ta znajomość nie przekroczyła przyjaznych progów, w jakich udało nam się zatrzymać na dłuższą chwilę. Nie chciałabym pewnego dnia usłyszeć, że czuje do mnie coś więcej, niż powinien czuć.
Spojrzałam na Nathiela i jego obrażone usta ułożone w kaczy dziób. Szturchnęłam go w ramię, na co zareagował wyłącznie ściągnięciem brwi.
– Nie obrażaj się – powiedziałam, uśmiechając się rozbawiona – przecież mimo wszystko cię lubię.
Zielonooki spojrzał na mnie jak oczarowany, uchylając lekko usta w zdziwieniu. I to był moment, w którym pierwszy raz od naprawdę długiego czasu pozwoliłam sobie na radosny śmiech.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 32 - "Podnieś się i walcz"

Ostatnio mój A. wyliczył mi (ta, ja taka tępota matematyczna), że jeżeli będę wstawiać co tydzień po jednym rozdziale "W cieniu nocy", to skończę to opowiadanie za jakieś 7 miesięcy. Zainteresowało mnie to, bo... ej, ile ja już prowadzę tego bloga? Okazało się, że dokładnie 7 lutego pojawił się pierwszy rozdział. Łał. To dużo. Jak sobie pomyślę, że mam jeszcze napisać "W cieniu ognia" (jako prequel - dzieje sprzed narodzin Laury) i "3/4 demona" (jako sequel - czyli przyszłościowe dzieje Laury), to... matko, ja się nigdy nie uwolnię od tych opowiadań. 

POPRAWIONE [04.04.2018]
***
– Sorath, ja już nie wiem, jak mam do niej dotrzeć.
Czarnowłosy łowca walnął głową w stół i wyciągnął przed siebie bezwładne ręce. Twarz, którą obrócił w bok tak, by móc patrzeć na swojego przyjaciela, wykrzywiła się w grymasie.
Miał już dosyć milczenia i nieprzeciętnie wielkich pokładów chłodu, jakimi obdarzała wszystkich Laura. Naprawdę chcieli jej pomóc – rozmawiali z nią, spędzali z nią czas, próbowali wesprzeć, a ona co? Siedziała prosta jak kij od miotły i tępo wpatrywała się w to cholerne zakurzone okno. Wolał już jej spanikowany wyraz twarzy, krzykliwy płacz i swoją własną zasmarkaną koszulkę, niż to uporczywe odgrywanie królowej lodu. Rozumiał, naprawdę rozumiał, że strata matki bolała, ale nie mogła bez przerwy siedzieć i myśleć o swoim bólu, który pogrążał ją coraz bardziej i bardziej.
To już tydzień, odkąd siedziała przy tym pieprzonym oknie i zadręczała swój umysł. W ciągu tego czasu nie uroniła ani jednej łzy, choć nieraz wydawało mu się, że jest bliska od uwolnienia porywistego nurtu rzeki, który popłynie jej policzkami. Gdy tylko podnosił się z krzesła, by do niej podejść, a tym samym ją pocieszyć, odbicie w szybie na nowo stawało się pozbawione uczuć, zupełnie jakby ktoś wcisnął przycisk, który w jednej sekundzie zamieniał ją w zamrażarkę. Laura potrzebowała pomocy i doskonale zdawała sobie z tego sprawy, a mimo tego ją odrzucała. Dlaczego? Była aż tak nieufna i zamknięta w sobie? Żałowała chwili płaczliwej słabości, którą przeżyła w jego ramionach? A może po prostu była tak głupia, że dopuszczała do swojego serca tylko siebie i nikogo więcej? Naprawdę nie mógł jej ogarnąć. Mówi się, że żadna instrukcja nie jest w stanie wytłumaczyć mężczyźnie sposobu, w jaki działają kobiety. Przeczuwał, że z Laurą było jeszcze gorzej. Może była kosmitką?
Sorathiel, który do tej pory milczał, odwrócił się teraz w stronę przyjaciela i spojrzał na niego z charakterystycznym dla siebie spokojem. Na moment przestał szorować talerz, opuszczając go do spienionej wody.
– Zamiast na nią krzyczeć i dołować ją jeszcze bardziej, powinieneś dać jej czas – powiedział. – Nie chodzi o to, abyś okazywał współczucie, bo nie tego od ciebie oczekuje. Po prostu przy niej bądź – zakończył z cichym westchnięciem, powracając do sprzątania. Porcelana zastukała znajomym dźwiękiem, który towarzyszył dwójce przyjaciół każdego wieczoru.
Nathiel spojrzał uważnie na blondyna. Podbródek wsparł na dłoni, a czarne brwi ściągnął w akcie głębokiego zamyślenia.
Może Sorathiel miał rację, ale był to niestety sposób, który mogły stosować tylko i wyłącznie cierpliwe osoby. On od zawsze był wybuchowy i nie umiał czekać na powolny rozwój sytuacji.
– Widzę, że nie jesteś przekonany – powiedział w końcu jego przyjaciel. Nathiela zawsze dziwiło to, jak bardzo dobrze rozczytywał emocje z jego twarzy. Na dodatek czytał mu w myślach. – Musisz pamiętać o tym, że nie wszyscy są tacy jak ty. Niektórym potrzeba więcej czasu, aby się pozbierać. Nie możesz oczekiwać od Laury, że zgodnie z twoją wolą wstanie, uśmiechnie się i powie: „Życie jest piękne”. To co mówisz wcale jej nie motywuje, a pogrąża jeszcze bardziej.
Zielonooki zmrużył podejrzliwie oczy.
– Słyszałeś.
– Nie sposób tego nie usłyszeć, skoro darliście się na cały dom.
Nathiel uśmiechnął się krzywo na boku. Słowa Sorathiela dały mu trochę do myślenia.
Rzeczywiście. Zachował się trochę… po grubiańsku. Krzyczał na kogoś, na kim bardzo mu zależało. Jego słowa były przepełnione gniewem. W jego głosie nie wybrzmiewała nawet odrobina współczucia, na dodatek sprawił, że Laura wybuchła płaczem. Zamiast ją przeprosić, przytulić, pocieszyć, wyszedł z trzaskiem z pokoju. Zachował się jak zwykły cham.
Kiedy wreszcie to sobie uświadomił, westchnął ciężko i ponownie walnął głową w stół – tym razem jednak mocniej, co dało o sobie znać głośnym trzaskiem o drewnianą taflę.
– Nie wierzę, że to mówię, ale masz rację, Sorath – mruknął niepocieszony.
Blondyn spojrzał na niego zdziwiony. Chyba pierwszy raz w życiu przyznał mu rację, nawet nie wchodząc z nim w zbędne dyskusje. To niesamowite.
Potrząsnął głową z niedowierzaniem, zaraz potem zalewając gorącą wodą zieloną herbatę i kawę wzbogaconą o tonę cukru. Dwa niebieskie kubki zaniósł do stołu, przy którym zasiadł.
– Wiesz – zaczął, gdy już zajął miejsce – ostatnio trochę spoważniałeś. – Nie mógł ukryć uśmieszku, który niespodziewanie wszedł na jego twarz.
Nathiel podniósł głowę i zmarszczył czoło, jakby nie rozumiał, o co mu chodzi.
– Żartujesz sobie. Nigdy nie będę poważny – prychnął. Nie minęła nawet minuta, a siedział z telefonem w ręku i rzucał się z nim na wszystkie strony, wykrzykując, że ubije zombie tak samo, jak ubija na co dzień demony. 
Sorathiel wsparł się na dłoni i potrząsnął głową z nikłym uśmiechem.
Cóż, niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
***
Stałam przed lustrem i wpatrywałam się w zupełnie obcą mi osobę, której nigdy wcześniej na oczy nie widziałam.
Kiedy tak bardzo się zmieniłam? Moja twarz była bledsza, niż zwykle, a oczy nie miały już tak żywej zielonej barwy, zupełnie jakby wypłowiały od zbyt dużej ilości zażywanego słońca. Mysie włosy układały się tak, jak chciały, a kości policzkowe niepokojąco odstawały od skóry.
Postawiłam kilka kroków w tył. Moja wewnętrznie wysunięta hipoteza zyskała potwierdzenie. Schudłam. O ile wcześniej byłam za chuda, tak teraz wyglądałam jak chodzący kościotrup, którego patyczkowate nogi mogły lada moment pęknąć. Przedstawiałam sobą naprawdę nędzny obraz.
Westchnęłam cicho i przejechałam dłonią po twarzy.
Nie tylko moje ciało się zmieniło. Samo stanie sprawiało mi teraz wiele trudu. Zdecydowanie zbyt długo leżałam w łóżku, gdzie jedyną moją atrakcją było wpatrywanie się w okno i sporadyczne chodzenie do toalety. Nawet Nathiel mnie już nie odwiedzał. Najwyraźniej spisał moją osobę na straty. Może miał rację. Niedługo wszyscy odejdą, jeżeli się stąd nie ruszę.
Ponownie spojrzałam w lustro. Tym razem uniosłam kąciki ust w wymuszonym uśmiechu.
Brawo, wyglądałam tak żałośnie, że wydałam z siebie coś, co swoim brzmieniem przypominało śmiech. Byłam na dobrej drodze do wyzwolenia!
Krzywiąc się znacząco, odwróciłam wzrok od piekielnego lustra i w przypływie chwili nacisnęłam mocno na swoje żebra. Mało nie zgięłam się wpół. To nie było dobre rozwiązanie, w końcu w dalszym ciągu były połamane. Zamiast bawić się w masochistkę, powinnam cierpliwie czekać na samoczynną poprawę. Niestety kości nie dało się posklejać taśmą.
Wzięłam głęboki oddech, pomasowałam uspokajająco żebra i spojrzałam w kierunku drzwi. Długo zastanawiałam się nad tym, czy wyjść z pokoju. Nie wiedziałam, co tak naprawdę mnie tam czekało. Potwory? Otchłań? Pustka? A może najgorszy ze wszystkich: Nathiel? Moje obawy nie były uzasadnione. Naprawdę musiałam zdziczeć przez ten czas. Ile można było przebywać samemu w tym samym pokoju i to na dodatek z własną osobą? Każdego dnia wsłuchiwałam się w zapętlone myśli, które powoli zaczynały mnie męczyć. Wypłakałam już wszystkie łzy. Wypoczęłam. Czas wyjść na światło dzienne. Prawdę powiedziawszy, trochę stęskniłam się za świeżym powietrzem, poza tym... miałam ważną rzecz do załatwienia.
Opuściłam klamkę w dół i wyszłam za drzwi. Natychmiastowo uderzył mnie kwiatowy zapach odświeżacza do powietrza. Cóż, wszędzie było dobrze, poza pokojem Nathiela, który do bólu był przesiąknięty zapachem pizzy i męskich perfum. Dobrze, zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Do pokoju, nie do Nathiela, bo do tego wciąż było mi daleko.
Zaczęłam schodzić po schodach. Robiłam to niemalże bezgłośnie. Ta myśl napawała mnie pewnym strachem. Albo te schody nie skrzypiały, albo to ja nic nie ważyłam. Było jeszcze jedno rozwiązanie: może umarłam i stałam się duchem. Tylko dlaczego wciąż nie spotkałam swojej mamy?
Na chwilę musiałam przystanąć i chwycić się barierki, ponieważ zakręciło mi się w głowie. Uczucie to na szczęście szybko minęło i nikt nie musiał zeskrobywać mnie ze schodów łyżeczką.
Nie będę kryła faktu, że ostatnie odwiedziny Nathiela sprawiły mi ból. Nie będę też kryła tego, że jego słowa trafiły prosto w moje lodowe serce jak strzała. Dzięki niemu byłam w stanie nareszcie podnieść się z łóżka i ruszyć przed siebie.
Poświęcenie mojej mamy nie mogło pójść na marne. Chciałam znów funkcjonować jak normalny człowiek, chciałam dalej żyć. To prawda, że nic już nie będzie takie samo, ale mimo tego chciałam spróbować. Może ciemne chmury wciąż wisiały nad moją głową, czyniąc ze mnie jeszcze większą pesymistkę, niż byłam wcześniej, ale powoli odganiałam je wątłymi rękoma i odsłaniałam tym samym drogę, którą musiałam odtąd podążać bez Joanne.
Schodząc na sam dół, skierowałam kroki do kuchni. Słyszałam Nathiela i Sorathiela. Rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami, jakby nie chcieli, żebym ich usłyszała. Postanowiłam przerwać tę beztroską rozmowę.
Stanęłam w drzwiach i spojrzałam najpierw na jednego, potem na drugiego. Nathiel wyglądał na zaskoczonego, zaś Sorathiel na usatysfakcjonowanego, co można było rozczytać z jego delikatnego uśmiechu. Wiem, moja obecność to zaskakujące wydarzenie. Kto by pomyślał, że wiecznie użalająca się nad sobą Laura uraczy swoim towarzystwem tych dwóch wspaniałych łowców? Nawet ja nie sądziłam, że to zrobię. Czasami miałam wrażenie, że nogi działały wbrew mojej własnej woli.
– Jesteś głodna? – spytał od razu Sorathiel. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam od niego od tygodnia. Był jedną z tych osób, które raczej zaznaczały swoją obecność milczeniem, a nie ciągłym gadaniem, jak Amy, czy gniewem, jak Nathiel. Byłam mu wdzięczna za to, że dostrzegał moją potrzebę wsłuchania się raz na jakiś czas w ciszę.
Już miałam potrząsnąć głową, gdy zorientowałam się, że odmówienie nie jest dobrym pomysłem. Praktycznie nic dzisiaj nie jadłam. Powinnam powrócić do stałych pór posiłków.
Pokiwałam głową na potwierdzenie, że chętnie coś przekąszę. Próbowałam się nawet uśmiechnąć, ale moje usta nie chciały ze mną współpracować.
– Usiądź w takim razie – powiedział Sorathiel, podnosząc się z krzesła i kierując w stronę lodówki.
Dlaczego ten chłopak zawsze kojarzył mi się z perfekcyjną panią domu? Gdy miałam sobie wyobrazić związek Sorathiela i Amy w przyszłości, to właśnie jego widziałam przy garach i to w różowym fartuszku zdobionym koronkami, który tak bardzo lubiła nosić Amy. To nie były dobre myśli.
Posłusznie usiadłam obok drugiego łowcy i skierowałam na niego spojrzenie. Zdawało mi się, że patrzy na mnie dziwnie beznamiętnym wzrokiem. Wciąż zły? Hej, kolego, byłam tutaj, bo na mnie nakrzyczałeś. Ciesz się, bo osiągnąłeś, co chciałeś.
– Lepiej ci? – spytał dziwnym głosem, który znajdował się gdzieś na pograniczu niepewności i złości.
Kiwnęłam głową, choć zarówno Nathiel, jak i Sorathiel wiedzieli, że to zwykłe kłamstwo. Wcale nie było mi lepiej. Wyszłam z pokoju na siłę, na siłę siedziałam również przy stole i na siłę zamierzałam coś zjeść, ale... starałam się, naprawdę się starałam. Moja nowa domena, to: rób coś z przymusu, a w końcu osiągniesz określony cel.
Już po chwili przed moim nosem został postawiony talerz z kilkoma soczystymi kanapkami. Wyglądały apetycznie, ale nie mogłam poradzić nic na to, że gdy poczułam zapach świeżej wędliny, zrobiło mi się niedobrze. Człowiek odzwyczajony od jedzenia miał problem z ponownym przyzwyczajeniem się do spożywania czegokolwiek.
– Dziękuję – szepnęłam ze sztuczną wdzięcznością i chwyciłam kanapkę w dłoń.
Raz, dwa, trzy, gryziemy, Lauro. No już, przełykaj to. Nie, nie możesz robić krzywej miny. Nie, nie możesz wypluć tego na talerz. Bądź grzeczną dziewczynką i przełknij to, co już zmieliłaś w ustach.
Sorathiel i Nathiel wymienili znaczące spojrzenia. Tak, wiem, nie wyglądałam na osobę, która była głodna i z chęcią pożerała posiłek po tak długim poście, ale nie mogłam nic na to poradzić.
Maleńkimi krokami do celu.
– Masz jakieś plany na dzisiaj? – spytał blondyn, przerywając niezręczną ciszę. Dłońmi objął swój stygnący kubek. To dziwne, ale nagle zachciało mi się pić herbaty. Herbata zawsze była moim sposobem na gorszy dzień. Stłumiłam w sobie jednak to dziwne pragnienie.
– Najpierw chcę pójść do swojego domu.
– Teraz? – spytał zdziwiony Nathiel.
Kiwnęłam głową. Zanim zaczął protestować, dodałam:
– Pójdziesz ze mną?
Auvrey oniemiał. Tak zszokowanej miny jeszcze nigdy w życiu u niego nie widziałam. Rozumiałabym jego reakcję, gdybym spytała go co najmniej o to, czy zostanie moim mężem i spłodzi ze mną gromadkę demonicznych dzieci, ale chodziło tutaj o zwykłe, głupie towarzystwo w drodze do domu. Kogo innego miałam prosić, jak nie Nathiela? Z nim nic złego mi nie groziło.
– Pewnie! – niemalże wykrzyknął z radością, która spowodowała, że podskoczyłam na krześle przestraszona. Nie spodziewałam się takiej euforii.
– Dasz sobie radę? – spytał Sorathiel, spoglądając na mnie badawczo.
Chwilę patrzyłam na niego z miną bez wyrazu.
Nie. Nie dam rady. To będzie dla mnie kolejny cios prosto w serce, ale... muszę przez to przejść. Chciałam uratować to, co zostało z mojego domu. Chciałam mieć wspomnienia, które wyrażą bliskie mi przedmioty. Chciałam mieć ciuchy, zeszyty, książki i wszystko to, co było mi potrzebne do życia. Chciałam poczuć się odrobinę bardziej swojo w tym obcym miejscu.
Pokiwałam głową, starając się nie okazywać emocji. Po spojrzeniu Sorathiela widziałam jednak, że wcale go nie przekonałam. Ten człowiek widział chyba duszę każdego człowieka jak na tacy. Może nie był perfekcyjną panią domu, tylko czarownicą latającą na miotle?
Brawo, Lauro. Pierwszy suchar w myślach, oby tak dalej.
– Jej już tam nie ma – usłyszałam nagle Nathiela.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Twojej matki – dokończył szeptem, jakby bał się, że znów wybuchnę płaczem.
Spojrzałam na niego beznamiętnie, choć w głębi duszy samo jej wspomnienie mnie zabolało.  W przypływie chwili powiedziałam coś, czego nawet nie oczekiwałam, że powiem:
– Nie była moją prawdziwą matką.

sobota, 18 października 2014

Rozdział 31 - "Nie jestem tobą"

Od rozdziału 32 będzie lecieć już zdecydowanie wolniej. Kończą się rozdziały, które nadrobiłam, a nie mam zbytnio czasu, by coś napisać. 
Mam wrażenie, że pisanie w trzeciej osobie wychodzi mi zdecydowanie gorzej, niż w pierwszej. 
Macie, łapcie dramat. Było pięknie, będzie gorzej.

POPRAWIONE [03.04.2018]
***
– Spójrz.
Drzwi prowadzące do przyciemnionego pokoju uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Sztuczne światło lampy przedostającej się przez szparę, oświetliło twarze dwójki nastolatków pogrążonych we śnie. Chłopak wyglądał na czujnego, nawet gdy spał – świadczyły o tym ściągnięte brwi i jego skupiona mina. Szerokimi ramionami obejmował dziewczynę, pragnąc schronić ją przed całym światem. Z pewnością, gdyby groziło jej teraz niebezpieczeństwo, rzuciłby się w stronę zagrożenia bez chwili namysłu.
Dziewczyna oddychała powoli przez delikatnie rozwarte usta. Jej poliki i nos płonęły czerwienią, zdradzając wielogodzinny płacz. Dłonie trzymała tuż przy głowie. O ile wcześniej miotała nią panika, tak teraz leżała uspokojona, jakby nigdy więcej miała się nie obudzić.
– Gdyby to była zupełnie inna sytuacja, zaczęłabym skakać z radości – powiedziała cicho, brązowowłosa dziewczyna, stojąca w drzwiach. – Laura i Nathiel razem. To byłoby coś niesamowitego – szepnęła, posyłając chłopakowi stojącemu obok niej delikatny uśmiech.
Blondyn kiwnął głową. Rzeczywiście, zadziwiające było zobaczyć ich razem tulących się do siebie i nieskaczących sobie do oczu. Wiedział i widział jednak więcej, niż ona. Laura wcale nie była zakochana w Nathielu. Najzwyczajniej w świecie szukała u niego wsparcie w ciężkiej dla siebie chwili. Zawsze ratował ją z opresji, przyzwyczaiła się do tego, że był jej wybawicielem. Wcale nie zdziwiło go, gdy ujrzał poranioną, ledwo przytomną Laurę w progu ich mieszkania. Gdzie miała się zwrócić, jak nie do Nathiela? Gnana przez adrenalinę, niepokój i przyćmione zmysły miała w myślach tylko i wyłącznie jego. Nawet wówczas, gdy wpadła mu wprost w ramiona, nie mogąc dłużej ustać, usłyszał z jej ust imię swojego przyjaciela. Nie. To nie była miłość. To czyste przywiązanie, być może zaczątek przyjaźni, zaufanie, które jego przyjaciel zbudował, dzięki poświęceniu i walce o Laurę. Sorathiel był świadom tego, że Auvrey wpadł w bagno, z którego tak łatwo się nie uwolni. Kiedy on będzie się coraz bardziej zakochiwał, dziewczyna prawdopodobnie go odepchnie.  
Dwie przeciwstawne osobowości, które łączyła jedna cecha: kłótliwość, nie były w stanie się dogadać. Tylko cud mógł zmienić bieg zdarzeń.
– Znowu się zamyśliłeś – szepnęła cicho Amy, zamykając ostrożnie drzwi.
– Lubię analizować – odpowiedział chłopak, uśmiechając się na boku.
Razem zaczęli schodzić po schodach.
– Mam wrażenie, że twoja analiza sprowadza cię do czarnych myśli.
– Dlaczego tak uważasz? – spytał rozbawiony blondyn.
– Twoja mina z każdą sekundą zmienia się na coraz bardziej przygnębioną.
– Ach, tak?
Amy pokiwała nieśmiało głową.
To prawda, jego myśli zazwyczaj sprowadzały się do pesymistycznych. Być może to dlatego, że świat, w którym żył nigdy nie uchodził za szczęśliwy. Jako dziecko był świadkiem tragicznej śmierci swoich rodziców i to właśnie wtedy skończyło się jego radosne dzieciństwo. Wolał rozważać najgorsze scenariusze, niż myśleć o tęczy i błękitnym niebie. Kto był przygotowany na każdą ewentualność, nigdy nie czuł się zawiedziony – nauczył się tego w dniu śmierci ojca i matki.
Amy była jego przeciwnością. Wysoka energia potencjalna świadczyła o ogromnych pokładach optymizmu i radości do życia. Podświadomie czuł, że potrzebuje odrobiny światła, które od niej emanowało. Dzięki niemu czuł się spokojniejszy, a świat wkoło nie wydawał się być całkowicie pozbawiony barw. Chwilami przypominała mu jego własną matkę, która miała w sercu wielkie pokłady miłości. Może to właśnie nią widział w Amy? I dlatego tak bardzo jej potrzebował.
Sorathiel spojrzał ukradkiem na uśmiechającą się do niego łagodnie dziewczynę i wreszcie zrozumiał tę łatwą zależność. Nathiel i Laura, tak samo jak oni, byli zupełnie kolidującymi ze sobą osobowościami. To, że przeciwieństwa się przyciągają, to szczera racja. Pozwolił, że da szansę ich rozwijającej się relacji. Być może wyniknie z tego coś interesującego?
***
Minął już drugi tydzień, odkąd znalazłam się w domu Nathiela. Ze względu na połamane żebra, praktycznie nie ruszałam się z łóżka. Na szczęście poza problemami z oddychaniem i poruszaniem się, nie dolegało mi nic poważnego. Wszyscy byli zdziwieni tym, że wyszłam z tej demonicznej jatki tylko i wyłącznie ze złamanymi żebrami i kilkoma nic nieznaczących ranami i siniakami, które nie utrudniały mi życia i szybko się goiły.
Fizycznie czułam się coraz lepiej, psychicznie coraz gorzej. Wciąż obwiniałam siebie o nagły napad płaczu i nadmierną wylewność w stosunku co do Nathiela. Wtedy się tym nie przejmowałam, dziś było mi po prostu głupio. Od tamtej pory ani razu nie zapłakałam. Wszystkie emocje dusiłam wewnątrz siebie. Gdybym choć raz pozwoliła sobie na wylewność, zapewne nie skończyłabym wyć przez kilka kolejnych dni.
Przychodziło do mnie wielu ludzi, nie czułam jednak ich obecności. Mówili, pocieszali, próbowali rozbawić, a mnie to w żaden sposób nie ruszało. Tylko jedna niezwykle irytująca osoba siadała codziennie na krześle pod ścianą i wpatrywała się we mnie milcząco, oczekując, aż w końcu coś powiem. Zazwyczaj po dwóch godzinach czarnowłosy osobnik opuszczał pokój ze zirytowaną miną. Zadziwiała mnie jego cierpliwość i to, że codziennie potrafił siedzieć w tym pokoju przez tyle czasu milcząc. Widziałam, że ma mnie dosyć. 
Mało jadłam, prawie w ogóle się nie odzywałam i nie uśmiechałam. Często zastanawiałam się nad tym, co dalej. Nie dostrzegałam jednak żadnego celu, dla którego warto było żyć. Aby się utrzymać, musiałam pracować, a więc rzucić szkołę. Na dodatek wciąż nie byłam pełnoletnia, wielu rzeczy nie mogłam więc robić sama. Miałam dopiero siedemnaście lat. Nie posiadałam żadnych perspektyw na własną przyszłość. Czułam się jak roślina, która leży i nie potrafi zrobić nic innego. Nie chciałam dłużej narzucać się Nathielowi i Sorathielowi. Utrzymywał ich Hugh, któremu z pewnością nie była potrzebna kolejna sierota do wyżywienia.
Jak co dnia spoglądałam za okno. Tylko ludzie chodzący po ulicach nie pozwalali mi zwariować. Na dole ciągle coś się działo. Staruszki plotkowały na temat niewdzięcznej młodzieży, która nie ustępuje im miejsca w autobusach, dzieciaki dewastowały pobliskie trawniki, psy sąsiadów szczekały na każdego, kto przechodził obok, matki chodziły z ciężkimi reklamówkami pełnymi zakupów, ojcowie wracali do domu ze skórzanymi teczkami pod ręką. Była też mała dziewczynka o blond włosach, która codziennie o godzinie ósmej rano zatrzymywała się pod domem Nathiela i machała mi radośnie ręką. Za każdym razem odmachiwałam jej, zazdroszcząc normalnego dzieciństwa. Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, może sama byłabym radosnym dzieckiem machającym do innych ludzi w drodze do szkoły czy przedszkola. Niestety, pech wciąż deptał mi po piętach. Nieraz zastanawiałam się, co takiego zrobiłam temu światu, że tak mnie karał. Chciałam po prostu istnieć. Żyć w spokoju i ciszy, nikomu nie wadząc. Dlaczego los mścił się za coś, czego nie zrobiłam?
Moje oczy zaszły łzami. Myślałam, że nie powstrzymam się od płaczu, na szczęście do pokoju, jak co dnia, wszedł Nathiel. Usiadł na swoim krześle i zakładając ręce na piersi, spoglądał na mnie wyczekująco. Na chwilę przeniosłam na niego swoje bezwyrazowe spojrzenie, jednak szybko powróciłam do wpatrywania się w okno. Im dłużej będę go ignorować, tym szybciej stąd wyjdzie.
Wiem, byłam straszliwie niewdzięczna. Nawet nie podziękowałam chłopakom za to, co dla mnie zrobili, a zrobili dla mnie naprawdę wiele. Ponoć, gdy pojawiłam się w progu ich domu, padłam wprost w ramiona Sorathiela, tracąc od razu przytomność. Mówili, że w chwilach nagłego przebudzenia wołałam albo Nathiela, albo swoją mamę. Było ze mną źle. Przez pierwsze dni leżałam nieprzytomna, walcząc z potworną gorączką, którą wywołała zbyt długo krążąca w moich żyłach trucizna podarowana mi przez demona. Moja nieświadomość trwała cały tydzień. Rzadko się budziłam, a gdy już to robiłam, nikt nie potrafił ze mnie wyciągnąć nic sensownego. Nie pamiętałam żadnego dnia z wyjątkiem tego, w którym płakałam w ramionach Nathiela. Od tamtej pory byłam w pełni świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Zawsze po szkole przychodziła do mnie Amy i opowiadała mi o wszystkim, co się działo podczas mojej nieobecności. Chyba jako jedyna pozostawała w tym zamieszaniu sobą, z tą różnicą, że przestała mówić o wszystkich chłopakach świata, a skupiała się głównie na Sorathielu, z którym teraz była. Lubiłam słuchać jej opowieści o blondynie. Mimo odmiennych charakterów, doskonale się ze sobą dogadywali. Cieszyłam się, że przynajmniej Amy powodziło się w życiu. Bałam się tylko o to, aby nie została przypadkiem wciągnięta w to demoniczne bagno, które zniszczyło fundamenty mojego spokoju. Amy wiedziała, że moja matka nie żyje, nie znała jednak prawdziwej przyczyny jej śmierci. Razem z Sorathielem staraliśmy się odciągnąć ją od tego mrocznego świata najdalej jak się dało.
Po swojej prawej usłyszałam głośne chrząkniecie, które wybudziło mnie z trybu uporczywych rozmyślań. Było to coś zupełnie nowego ze strony siedzącego obok Nathiela. Zazwyczaj nie żądał uwagi w ten sposób.
Spojrzałam na niego beznamiętnie, jednak niczego z siebie nie wydusiłam.
Długo nie musiałam czekać. Jego twarz wykrzywiła się z poirytowania i wreszcie powiedział to, co chciał powiedzieć mi od dłuższego czasu:
– Długo jeszcze będziesz się nad sobą użalać?
Ignorując jego pytanie, odwróciłam wzrok. Może na zewnątrz nie było widać, że byłam poruszona, ale w środku zagotowałam się jak woda w czajniku.
Od śmierci mojej matki minęły zaledwie dwa tygodnie. Jak miałam się pozbierać po tak krótkim czasie? Nathiel nie miał nawet pojęcia, jak ważną osobą dla mnie była. Nie wiedział, co oznacza dla mnie jej brak.
Chłopak prychnął cicho i kontynuował swój monolog:
– Już wiem, jaki jest twój problem – powiedział złośliwie, zakładając ręce na piersi. – Każda przeciwność losu sprawia, że zamykasz się w sobie i nie chcesz od nikogo pomocy. Coraz bardziej się pogrążasz. Myślisz, że tylko ty cierpisz? Nie, miliony ludzi na tym świecie przeżywa teraz gorszy dramat niż ty i nie mają nawet wsparcia. Na pewno ci zazdroszczą!
Zacisnęłam pięści na kołdrze. Czułam jak gniew powoli we mnie narasta. Tak, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że byłam beznadziejna. Nie potrafiłam podnieść się po porażce jak inni ludzie, a wsparcie przyjaciół zupełnie nic mi nie dawało. Byłam przecież małą, użalającą się nad sobą, jędzowatą, bladą dupą albinosa. Powinnam teraz skakać z radości po łóżku i krzyczeć: „E, tam! Zginęła mi matka! Mogło być gorzej! Cieszmy się wolnością!”.
– Powinnaś być twarda – podsumował zirytowany Nathiel.
Tym razem nie wytrzymałam.
– I to mówi ten, który bezustannie jęczy, że jest demonem – mruknęłam, nawet na niego nie patrząc. Wciąż wpatrywałam się w okno, choć już tak bardzo nie skupiałam się na tym, co się za nim dzieje.
Wszystko tylko nie jego twarz.
– Odezwałaś się! Łał! Niesamowite! – wykrzyknął z udawaną, ironiczną euforią Nathiel. – A może panienka Laura teraz coś łaskawie zje? Sorathiel nie po to gotuje, żeby żarcie leżało i gniło na mojej szafce!
Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech.
Brońcie mnie wszystkie siły nieczyste, abym nie podniosła się z łóżka i nie przywaliła temu idiocie lampą w łeb. Wiem, Sorathiel naprawdę się starał, a ja z całego serca mu za to dziękowałam, ale niestety nie byłam w stanie przełknąć więcej, niż dwie łyżki jedzenia, które przyrządzał. Większa jego ilość sprawiała, że zbierało mi się na wymioty. Nie chciałam, aby pościel Nathiela mieniła się tęczowymi kawałkami ziemniaków. Jadłam tyle, ile musiałam, aby przeżyć.
– Pozbieraj się wreszcie. Wciąż masz nas, nie jesteś całkiem sama na tym świecie. Chcesz, aby inni od ciebie odeszli? I co, gdy to zrobią, dalej będziesz siedzieć i użalać się nad sobą?
Niewidzialna tama ponownie we mnie pękła. Zbyt wiele emocji w moim ciele spowodowało nagły wybuch gniewu. Łzy ściekały teraz po moich policzkach, po raz kolejny pokazując światu, że byłam słaba.
– Zamknij się! – syknęłam, spoglądając gniewnie na Nathiela. – Skąd możesz wiedzieć, jak się czuję?
– Wiem, jak się czujesz – odpowiedział chłodno czarnowłosy. – Jako dziecko straciłem całą rodzinę. Nie miałem zupełnie nikogo, kto mógłby mi pomóc. Sam zawalczyłem o swoją przyszłość i to jako dzieciak – już po chwili pochylił się ku mnie. – Przeżyłem w swoim życiu więcej śmierci, niż ty. Codziennie patrzyłem, jak bliscy mi ludzie niesprawiedliwie umierają, a mimo tego się nie poddałem. Nie zgubiłem po drodze własnego charakteru i cały czas jestem tą samą osobą. Ciesz się tym, co wciąż masz i żyj dalej. Los niestety nie będzie cię klepał po główce i z chęcią wystawi cię na kolejne ciężkie próby. To od ciebie zależy, czy je przetrwasz – powiedział najchłodniejszym głosem, jaki w życiu udało mi się usłyszeć z jego ust.
Wierzchem dłoni otarłam łzy. Wciąż wpatrywałam się w jego zimne i bezwzględne oblicze. Te słowa mnie zabolały. Z drugiej strony, gdzieś w głębi swojej duszy, przyznawałam mu rację.
– Jestem tchórzem i nic na to nie poradzę – mruknęłam na boku, wbijając spojrzenie w kołdrę.
– To nie bądź. To nie takie trudne, jak ci się wydaje – odpowiedział beztrosko mój towarzysz. – Wszystko tkwi tutaj – mówiąc to, wskazał palcem na głowę.
– Gorzej, jeżeli tkwi tutaj – dodałam, wskazując palcem na serce. – Jesteś demonem, więc...
Umilkłam. Wiedziałam, że powiedziałam już stanowczo za dużo. Te słowa nigdy nie powinny wyjść z moich ust. Ludzie w przypływie emocji często mówią o rzeczach, które nawet nie są prawdą, a to wszystko po to, aby komuś dopiec. Nie chciałam jednak zranić Nathiela. Miał w sobie więcej dobra, niż niejeden człowiek.
– Więc co? – prychnął oburzony, odchylając się na krześle. – Nie potrafię kochać? Nie mam uczuć? Wszystko przychodzi mi z łatwością? – spytał z oburzeniem. – Gówno prawda!
Łowca demonów podniósł się gwałtownie z krzesła i spojrzał na mnie gniewnie z góry.
– Zdecyduj się w końcu, czego chcesz  – prychnął, po czym skierował się w stronę drzwi, którymi w złości trzasnął.
Znowu zostałam sama. Oparłam głowę o chłodną szybę i pozwoliłam łzom spływać po policzkach.
– Nie potrafię – szepnęłam do siebie. – Nie jestem tobą.