czwartek, 9 lipca 2015

Już niebawem: 3/4 demona!

Praca nad sequelem WCN wrze. Na razie nadrabiam pisanie rozdziałów w przód, obecnie jestem w połowie drugiego. Powoli też powstaje nagłówek z którym mam nieziemskie problemy - chyba zdecyduję się na zdjęcie bez napisu, bo po co się męczyć.
Już teraz mogę przywitać was opisem tego, co będzie miało miejsce w "W cieniu nocy: 3/4 demona" c: na razie nie jestem w stanie określić ile dokładnie będzie miało rozdziałów, ale na pewno nie mało, bo część ta obejmuje kilka lat dziejów i wiele nowych postaci. Fabuła tym razem będzie wielowątkowa, co już mnie trochę gubi. Przeglądając wciąż nieskończoną rozpiskę, zastanawiam się czy nie przekombinowałam, ale... to się okaże w trakcie. Zawsze można coś zmienić!
Nie jestem w stanie określić kiedy zacznę publikować opowiadanie. Planuję je mniej więcej na początek sierpnia, a może trochę szybciej.

(obrazek tak bardzo)

Opowieść ma miejsce 5 lat po kluczowych wydarzeniach w Reverentii. 
Laura, 23-letnia studentka biologii człowieka, zaczyna dostrzegać, że dzieją się z nią dziwne rzeczy,
Nox pod obecnym zarządzaniem Sorathiela marnieje w członków, a Nathiel cierpi na brak demonów, które z radością by pozabijał. Wszystko wygląda aż nadto zwyczajnie, do czasu, kiedy do uszu Nox nie dochodzą niepokojące informacje ze świata Reverentii. Wszystko co do tej pory zdawało się być owiane spokojem, tak nagle ulega zniszczeniu. Tym razem Nathiel i Laura zmierzą się nie tylko z cienistymi potworami, ale także z obowiązkiem narzuconym im z góry przez los. Pojawia się też nowy wróg, a także sprzymierzeńcy. Kim są tajemnicze la bonnefee i dlaczego tak wiele wiedzą na temat łowców? Kim są kobiety uważające się za wiedźmy i jaki mają związek z demonami? Czy Nox wróci do swojej dawnej formy?


W skrócie bucie. Nie za dużo mogłam napisać, bo wszystko wyda się w trakcie trwania fabuły c:
Od razu mogę rzec, że rozdział 1 będzie nosił nazwę: "Lata spokoju w stanie gotowości". Do tego usunęłam zakładkę "bohaterowie", uznając ją za całkowicie zbędną. Teraz tych bohaterów będzie tyle, że hej. Słownik pojęć też zniknął. 
Tych, którzy jeszcze nie przeczytali ostatniego rozdziału, zapraszam tu  <<klik>> . No i do zobaczenia w sierpniu, jak nie wcześniej!

niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 74 - "Przyszłość, na którą nie muszę czekać" [END]

Stało się. To ostatni rozdział WCN. Chciałam rozłożyć go w sumie na dwie części, ale czy miało by to sens? 74 rozdział i żegnamy się z tomem pierwszym. Zostaję na tym blogu i kto wie, może już za tydzień lub dwa tygodnie wyruszę z nową częścią. Na razie muszę wszystko uporządkować. 
Cieszmy się i radujmy!
Oczywiście dziękuję wszystkim za szczere komentarze i za to, że ktokolwiek to czyta <3. Jest mi niezmiernie miło i mam nadzieję, że zostaniecie przy "3/4 demona", które będzie kontynuacją przygód Lauriela. Podpowiem, że akcja będzie działa się 5 lat do przodu!
Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do czytania <3
***


     Ludzie powiadają, że biały kolor to oznaka czystości, spokoju, niewinności czy w skrajnych przypadkach: również nieobecności. Podobne, choć całkowicie odwrotne znaczenie ma kolor czarny. Nie prezentował sobą nadziei, lecz stratę, żałobę, smutek. To właśnie tą barwę uznawali za przewodnią ludzie, którzy kogoś stracili. 
     Osobiście nienawidziłam pogrzebów, a muszę przyznać, że przeżyłam ich w życiu zaledwie kilka. Jednym z najdalszych i najtrwalszych wspomnień był widok mojego przybranego ojca, ubranego w czarny garnitur, leżącego w trumnie. Pamiętam, że moja matka płakała wtedy z powodu jego utraty, ja zaś płakałam przerażona myślą, że lada moment może powstać i ukarać mnie za to co zrobiłam. 
Ludzie przy nagłej śmierci kogoś, nie mogą uwierzyć w brak, który został im z góry narzucony. Patrząc na martwe ciało bliskiej osoby, zawsze ma się wrażenie, że jeszcze otworzy oczy, zaśmieje ci się prosto w twarz, mówiąc: żartowałem, przecież bym cię nie zostawił. Prawda jest jednak aż nadto bolesna. Ten, kto ląduje w trumnie, już na zawsze w niej pozostanie, a jego powieki, tak samo jak usta, nigdy się nie otworzą.
     Trudno jest pogodzić się ze stratą. Czasem nim przyzwyczaimy się, że nie ma przy nas kogoś cennego, miną lata. Nie raz te lata są w stanie zupełnie zmienić nasz światopogląd, nastawienie do życia czy charakter. Nie raz nas nie oszczędzają, potrafiąc pogrążyć w otchłani czasowej z której nie ma ucieczki. Są straty z którymi jesteśmy się w stanie pogodzić, są też straty, które nas pogrążą.
Patrząc na bladą, martwą twarz Calanthe, której usta wciąż rozszerzone były w uśmiechu, nie wiedziałam co sądzić o przyszłości. Z mojego życia zniknęło już naprawdę wiele osób. Na każdą śmierć reagowałam w inny sposób. Przy tej, nie mogłam jednak wykrzesać z siebie żadnego ludzkiego odruchu. Po prostu stałam, ubrana w bawełnianą, czarną, prostą sukienkę po kolana i wpatrywałam się w to, co już nie wróci. Bez łez, bez uczuć, bez emocji. 
     Nie spałam już trzeci dzień. Zmęczona wojną, przerażona koszmarami, które nachodziły mnie tylko, gdy zamykałam na chwilę powieki, przerażona dalszym życiem. Byłam pewna, że gdybym tkwiła w tym sama, popadłabym w depresje, sama jednak nie byłam, bo wciąż tkwili przy mnie moi przyjaciele, ubrani w czarny, żałobny kolor na znak straty i równoczesnego hołdu.
     Podczas wojny zginęła nie tylko Calanthe. Był to też Andrew czy kilka nielicznych osób z którymi dogadywałam się w mniejszym stopniu. Mając za sobą tak wielkie straty w ludziach, nie byliśmy w stanie świętować zwycięstwa i cieszyć się dniem dzisiejszym. Nawet niebo oblegała szara poświata, wydająca na świat drobne krople, smutnego deszczu. 
     Nie było wokół mnie nic kolorowego, barwnego. Wszystko pogrążone było w czerni ludzi i szarości nieba. Miałam wrażenie, że wewnątrz płakaliśmy nie tylko my, ale i całe niebo.
Z jednej strony miałam ochotę uciec, z drugiej strony coś trzymało mnie tu i nakazywało spoglądać z nadzieją w martwą twarz Calanthe. Zupełnie, jakby głupia dusza podpowiadała mi, że w końcu powstanie. Nie mogłam dać omamić się własnym myślom czy wyobraźni. Realia muszą pozostać suchymi faktami.
     Spojrzałam tępo w dół, z udawanym zainteresowaniem wpatrując się w moje lśniące czernią lakierki. Byłam zmęczona, miałam wszystkiego dosyć. Chciałam znaleźć się już pod kołdrą z kubkiem ciepłej herbaty. Tak bardzo nienawidziłam pogrzebów.
     Stojąc sztywno w miejscu, tylko moje dłonie wykonywały nerwowe ruchy, ściskając siebie nawzajem w podołku. Reszta tkwiła niewzruszona, obojętna.
     Wiedziałam, że wszyscy ludzie na mnie patrzą. Czułam ich przepełnione troską spojrzenia na sobie. Nie chciałam, żeby zwracali na mnie uwagę, przecież nic nie czułam. Wciąż żyłam. W przeciwieństwie do własnej matki, która już nigdy nie otworzy oczu.
     Nim się zorientowałam, kilka sekund pustego wpatrywania się w szarą trawę, zamieniło się w kilkanaście minut, podczas których twarz Calanthe zniknęła za drewnianą zasłoną. Deszcz jakby na znak protestu, wzmocnił częstotliwość i siłę. Moje blond włosy w ciągu kilku krótkich chwil, zostały sklejone przez wodę. W żaden sposób mi to jednak nie przeszkadzało. Gdy inni ludzie otwierali czarne osłony przed deszczem, ja wpatrywałam się tępo w swoje buty, których szczerze miałam już dosyć. W normalnym wypadku wzięłabym ze sobą parasol. Odkąd jednak umarła Calanthe, nie chciałam mieć z nim styczności. W jakiś sposób przypominał mi właśnie o jej niekonwencjonalnym stylu walki, a więc i o niej samej. Stałam więc i mokłam na deszczu, nie przejmując się chłodem i wiszącą w powietrzu chorobą. Stałam tak, dopóki jeden z parasolów, nie pochylił się nad moją głową. Spojrzałam bezwyrazowo w bok. Wcale nie dziwiło mnie, że osobą trzymającą parasol był Nathiel. Tak samo jak i Amy, stojąca po mojej prawej stronie, wpatrywał się w moją twarz od dłuższego czasu. Nie wyglądał na zmartwionego. Jego mina była równie obojętna, co moja, choć nie sądziłam, że czuł się w tym momencie jak ja.
     Jego palec pstryknął mnie boleśnie w czoło, co uznałam za znak w stylu: "ogarnij się, Laura". Nachmurzone spojrzenie Nathiela przekazywało mi podobną treść, mimo tego, że nie padło żadne słowo.
     Drewniane więzienie, trzymające w swoich objęciach kolejną, ważną w moim życiu osobę, zniknęło za stertą piachu. Poczułam jeszcze większą pustkę i obojętność. Nie mogłam patrzeć, a także słuchać, jak zgromadzone wokół mnie kobiety wylewają gorzkie łzy. Nie czułam tego, co one, czułam coś zdecydowanie głębszego. Nieuzasadniony ból, który paraliżował moje ciało i zmysły. Byłam człowiekiem na skraju psychicznego wykończenia. 
     Pogrzeb powoli dobiegał końca. Czerwone róże posypały się garściami po piachu, czyniąc otoczenie odrobinę mniej szarym, gdy ja dalej stałam i wpatrywałam się tępo w coś nieokreślonego. Coś, co było przede mną niewidzialne. Modliłam się o to, aby ktoś mnie stąd wziął. Marzyłam o ciepłym kącie, o ramionach obejmujących mnie, nie o bezczynnym staniu nad czymś, co nigdy więcej nie powróci.
     Z wyczekiwaniem wpatrywałam się w ludzi otaczających mnie. Wszyscy byli własnymi klonami, pogrążonymi w smutku. Tylko ja byłam chłodna jak zawsze.
     Nim się obejrzałam, dłoń Nathiela rozplątała moje drżące, zziębłe ręce i chwyciła je w swoje objęcia, starając się o przywrócenie im ciepła. Wciąż patrzył na mnie z góry bezbarwnie, obojętnie. Przypominał mi mnie. Słowa nie padły jednak w dalszym ciągu. Co sądził o tej sytuacji? Chciałam się tego dowiedzieć.
     Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Wiele z nich klepało mnie czule po ramieniu, współczując i wyrażając ból. Nie chciałam ich słuchać. Kiwałam tylko głową, pozornie dziękując za składane kondolencje. Co tak naprawdę mogli wiedzieć? Myśleli, ze ich współczucie w jakiś sposób pomoże? To nie mi należało teraz pomóc, to dusza Calanthe potrzebowała wciąż zbawienia. Gdzieś w szarym kącie czułam jej obecność. Wiedziałam, że na mnie patrzy. I nie robi tego ze smutkiem. Mierzy mnie obojętnie, przypominając mi o własnej postawie. Bo czuła to samo. Pustkę. Obojętność. 
     Przygryzłam wargę, próbując zmusić swoje stopy do oderwania się od podłoża. One jednak wciąż tkwiły w miejscu, jakby nie chciały pozwolić na moje odejście. Niewidzialna siła trzymała mnie w miejscu.
     Nieświadomie zacisnęłam dłonie na ręce Nathiela. Jego reakcja była niemalże natychmiastowa. Bez słowa przyciągnął mnie do siebie delikatnie, obejmując moje ramię w mało znaczący, przyjacielski sposób. Był jedyną osobą, która mnie rozumiała. Wiedział, że nie potrzebuję słów wsparcia, a fizycznego towarzystwa, które podtrzyma mnie teraz na duchu.
     Jedna z jego dłoni osunęła się w dół. Wiedziałam, że coś kombinuje, ale jeszcze nie wiedziałam co. Zdziwieniem dla mnie był moment, w którym wyjął z kieszeni swoje exitialis. Jeszcze większym zdziwieniem było dla mnie to, co zrobił potem.
     Błyszczące w deszczu ostrze, uniosło się ponad moją głową w tym samym momencie, w którym parasolka wylądowała w kałuży. Deszcz znowu ogarnął moje ciało.
     Spojrzałam w twarz Nathiela lekko zdziwionym wzrokiem, bo nie wiedziałam o co może mu chodzić. Dopiero, gdy Sorathiel poszedł w jego ślady i uniósł do góry ostrze noża na demony, zorientowałam się, co oznacza ten gest. To był hołd. Hołd i pokłony oddane w stronę zmarłej Calanthe, dzięki której wszyscy przeżyliśmy.
     Potrząsając głową z niedowierzaniem, spoglądałam w twarz Nathiela, która na moment rozszerzyła się w lekkim uśmiechu. W dalszym ciągu nie padły żadne słowa. Wystarczyło mi jedno skinięcie głową, abym spojrzała na tło nieba, gdzie wznosiły się noże łowców. Z każdą sekundą przybywało ich coraz więcej. Ludzie, którzy właśnie mieli opuścić cmentarz, wciąż tkwili na swoich miejscach, z dumą dźwigając ostrza noży nad swoimi głowami. Ta chwila nie wymagała żadnych wzniosłych słów. Sam symbol i gest dumnie błyszczących exitialis sprawił, że niematerialna obecność Calanthe gdzieś się rozpłynęła. 
     Patrząc po każdej twarzy, obleganej przez lekki, dziękujący uśmiech, poczułam, jak tama obojętności pęka w moim sercu. Nim się obejrzałam, krople deszczu zaczęły mieszać się z moimi łzami.
     Do tej pory nie wiem czy to przez moje własne urojenia, czy naprawdę nawiązałam kontakt ze światem duchowym. Coś, czy może raczej ktoś, szeptało mi do ucha słowa o wesołym brzmieniu: "teraz jestem szczęśliwa". 
     Blond, wyimaginowane włosy przeleciały mi przed oczami, a ja uśmiechnęłam się przez łzy, które nagle mnie opanowały. Teraz potrzebowałam tylko jednego. Ciepłego ramienia w które mogłam się wtulić i gorzko zapłakać.
***
     Od zakończonej bitwy w Reverentii minęło dokładnie 7 dni i choć był to krótki czas, z radością obserwowałam, jak wszystko powraca do normy. 
     Media na własny sposób wyjaśniły dzieje, które miały miejsce w naszym mieście i zamydliły ludziom w odpowiedni sposób oczy. Nigdy, prze nigdy nie byłam wierna telewizji i prasie, w tym momencie szczerze im jednak dziękowałam za zatajenie sprawy.
     Przeklęta strefa, ponownie zaczęła tętnić życiem. Ludzie znów powrócili do swoich rutynowych zajęć, nie przejmując się małym światkiem demonów, który jeszcze niedawno zdominował nad ich życiem. Wszystko na nowo stało się radosne i takie, jak kiedyś. Z uśmiechem na ustach mogłam oglądać latające po dworze dzieci, szczekające psy czy idące do sklepu lub pracy rodziny. 
Myślałam, że będzie gorzej, ale jak to powiadają poczciwi ludzie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
     Mimo nieświadomości i obojętności ufających mediom ludzi, wciąż istniała kraina stanu gotowości, która czuwała nad wszystkim co dobre. To byliśmy my, organizacja Nox, zwalczająca demony. Nie chcieliśmy zostać pochłonięci przez triumf i nic nieróbstwo, przecież wciąż mieliśmy wrogów, którzy mogli ujawnić się w najmniej oczekiwanej chwili. Co prawda nasza praca stała się przez ostatnie wydarzenia dosyć swobodna, ale nie mogliśmy zaprzestać na wojnie. Łowcy nigdy nie śpią. Czuwają w cieniu nocy. Czekają na odpowiedni moment. Oczywiście jak przystało na poważną organizacje, nie mogliśmy pozostać bez siedziby. Nie posiadaliśmy zbyt wielkiej ilości pieniędzy, a więc na nową nie było nas stać, postanowiliśmy więc uczynić naszym miejscem spotkań, stary dom Hugha, w którym przyszło nam przebywać podczas wojny. Tylko kilka remontów dzieliło nas od perfekcji.
     - Tak trzymać.
     Z uśmiechem spoglądałam na tapetującego ścianę, zmęczonego Iana. Na dźwięk moich słów, posłał mi ironiczny uśmieszek, który świadczył o tym, że nie bawi się tak dobrze, jak chciał.
     - Zawsze mogę zawołać do pomocy Nathiela, na pewno klejenie ścian sprawi mu wiele frajdy - zaśmiałam się cicho.
     - Hej, mam teraz iście ważną, epicką misję! - wykrzyknął z salonu Auvrey - Podlewam te cholerne chwasty na parapecie.
     - Rzeczywiście ciężka misja - westchnął Sorathiel, który właśnie dołączył się do pomocy przy klejeniu tapety.
     - A co ty tam, rosiczki na demony chowasz?! - wykrzyknął Ian, głosem przepełnionym ironią.
     - Jeżeli takie bydlaki istnieją, to wydam na nie wszystkie zaoszczędzone, grube hajsy! - odpowiedział radośnie Nathiel, chwilę potem zanosząc się szaleńczym śmiechem, który wszyscy potraktowaliśmy z pobłażliwym przewróceniem oczami.
     - Jesteś głupim biedakiem, podeszwo! - usłyszeliśmy wesoły głosik małej Andi, która wychylała właśnie głowę przez drzwi salonu - Nie stać cię!
     - Niech cię szlag, ruda pijawko!
     Potrząsnęłam głową, mimowolnie się uśmiechając. Moje życie nigdy się nie zmieni, jeżeli wciąż ta dwójka będzie wyrażać swoje emocje poprzez kłótnie. Niegdyś może zatkałabym uszy, słysząc ich albo zwyczajnie próbowała uspokoić, dziś w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. To właśnie jedna z cennych sfer mojego życia. Codzienność.
     Spojrzałam na małą, roześmianą Andi, która przebiegła obok mnie, najprawdopodobniej próbując ukryć się przed Nathielem. Cieszyłam się, że po jej ostatnim, walecznym skoku, powróciła do siebie i na nowo zajęła się ludzkim życiem, które tak ją cieszyło. Nie narzekałam też na informacje z drugiej ręki, które nam dostarczała. 
     Jej brat Andariel przeprosił ją za to, co wcześniej zrobił i przysiągł jej, że od tej pory stale i niezmiennie będzie odwiedzał ją w świecie ludzi. Według jego obserwacji, departament kontroli demonów uległ zniszczeniu. Ojciec Nathiela, Gabrielle, a także Aiden, rozpłynęli się w powietrzu, a jedynym problemem świata Reverentii, była teraz tylko bezsensowna walka pomiędzy demonami cienia, a demonami ognia. Już niegdyś te dwie rasy walczyły ze sobą o władzę. Dostrzegając zniszczenie wszechmocnego departamentu, pobudziły się do ponownej wojny.
     Jak widać, wszystko układało się jak należy. Nox leczył rany, w między czasie zajmując się naprawą starego domu, wrogowie zostali wyeliminowani, demonów ubyło, ludzie wrócili, radość panowała wśród nas. Wszyscy zdążyliśmy się też pogodzić ze stratami w ludziach, którzy byli nam bliscy. Wiedzieliśmy, że ich śmierć nie pójdzie na marne, a w ich hołdzie, wciąż będziemy walczyć przeciwko złu. Co prawda niesamowicie mocno brakowało mi Calanthe, ale wiedziałam, że nie jestem w stanie jej już odzyskać. Lubiłam sobie wmawiać, że stoi w kącie i pali swoje mocne papierosy, uśmiechając się do mnie kpiąco i wykłócając się z Nathielem. Lubiłam wyobrażać sobie, że siedzi przy mnie, gdy usypiam samotnie w piwnicy obecnej siedziby Nox. Czułam jej zapach, gdy usypiałam. Ona tak naprawdę nie zniknęła z tego świata. Została jedną z naszych opiekunek, podobnie jak Hugh czy Andrew.
     Nathiel, który dzierżył w dłoni dziecięcą konewkę, właśnie przebiegł obok mnie, warcząc coś w stronę małej Andi. Nim jednak rzucił się w stronę pokoju, w którym mała dziewczynka czekała już na niego z poduszką, chwyciłam go za rękę, zatrzymując na środku przedpokoju. 
     Chłopak spojrzał na mnie nachmurzony.
     - Co? - spytał nierozumnie.
     - Chcę z tobą porozmawiać - powiedziałam możliwie cicho.
     Słysząc za plecami ciche gwizdanie i widząc znaczące uśmieszki, wiedziałam jednak, że nie powiedziałam tego w najcichszy sposób. Moje poliki oblały się z tego powodu rumieńcem. Wszyscy w Nox wiedzieli, że coś pomiędzy nami jest i wszyscy doskonale wiedzieli jak to się skończy. 
     - Z tobą zawsze, maleńka - odpowiedział uwodzicielskim głosem Auvrey, puszczając mi oczko.
     Jego wypięta dumnie do przodu pierś, koniecznie chciała wyeksponować napis na nowej koszulce, którą zafundował sobie ze swoich skromnych oszczędności. Czarne tło i biały napis o treści: "I know you want it", raziły mnie w oczy i sprawiały, że miałam ochotę wyzwać go od idiotów. Postanowiłam się jednak powstrzymać. Po prostu chwyciłam go za rękę i gwałtownie pociągnęłam w stronę wyjścia.
     - Wiedziałem, że niedługo ulegniesz mojemu boskiemu czarowi i żar miłości rozpali cię od środka - zaśmiał się wesoło chłopak.
     Nawet nie wiedział, jak blisko był prawdy ze swoimi słowami, które miały być żartem. 
Nie chciałam już dłużej czekać. Życie było krótkie, droga wyboista. W dwójkę, trzymając się za ręce, zawsze raźniej.
     Już po chwili szliśmy ramię w ramię jak zwyczajni przyjaciele, spoglądając w pochmurne niebo, nie zapowiadające zbyt ładnej pogody. 
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. Ilekroć chciałam, aby słońce przyświecało moim radosnym ideom, tylekroć ta wielka, grzejąca kula odwracała się ode mnie plecami, a krople deszczu krzyczały: radź sobie sama, nie pomożemy ci.
     - Źle się czujesz czy jak? - spytał Nathiel, chmurząc się.
     Spowolniłam krok, karcąc siebie w duchu za tak szybkie tempo. Przecież nigdzie nam się nie spieszyło.
     - Nie, wszystko ze mną w porządku - odpowiedziałam z westchnięciem, puszczając jego dłoń.
     - Ale wiesz, twój dotyk wcale mi nie przeszkadzał - dodał chłopak, ponownie chwytając mnie za rękę. Jego usta rozszerzyły się w słodkim, chłopięcym uśmiechu. Oczywiście go odwzajemniłam.
     - Zmieniłaś się - stwierdził znienacka Auvrey.
     - Tak sądzisz?
     Chłopak kiwnął głową, kierując swoje spojrzenie ku poszarzałemu niebu.
     - Jeszcze niedawno spojrzałabyś na mnie krytycznym wzrokiem, gdybym chciał cię chwycić za dłoń i pewnie zaczęłabyś się wyrywać, ale nie dziś. Dziś przyjęłaś to do siebie bez problemu i jeszcze się do mnie uśmiechnęłaś - powiedział w zamyśleniu - To znak, że chcesz ze mną wziąć ślub! - wykrzyknął odkrywczo.
     Przewróciłam oczami.
     - Prędzej poślubiłabym drzewo niż takiego kretyna jak ty - prychnęłam, nie powstrzymując własnej ironii. Przedrzeźniałam go, kiedy w rzeczywistości sądziłam zupełnie inaczej. Może niekoniecznie śpieszno było mi do ślubu z demonem, ale z pewnością była to osoba, którą darzyłam miłością.
     - To ma jakąś nazwę - mruknął Nathiel, chmurząc się - Dandro, dendro, roślino coś tam.
     - Dendrofilia - podsumowałam.
     - Wiedziałem, że krzaki cię jarają - przerwał w zamyśleniu - Każdy ma jakiś fetysz. Ty lubisz roślinki, Sorathiel książki, Amy kosmetyki, a ja...
     - Porno chińskie bajki - podsumowałam z wrednym uśmiechem.
     - Twoja znajomość moich zainteresowań zaczyna mnie przerażać - mruknął chłopak, chmurząc się wyraźnie.
     Z trudem powstrzymałam się od śmiechu, kryjąc twarz za zasłoną z ręki. Miałam być przecież poważna, a oczywiście dzięki wrodzonej głupocie Nathiela, nie mogłam powstrzymać się od okazywania radości. Czasami szczerze tęskniłam za swoim mrocznym, przepełnionym chłodem charakterem. 
     Nasza rozmowa została przerwana. Obydwoje pogrążliśmy się najwyraźniej w swoich własnych myślach. W normalnym przypadku ta cisza nie stresowałaby mnie, teraz jednak czułam lekkie zakłopotanie. Cisza, oznaczała dużo myśli, dużo myśli oznaczało strach, strach oznaczał poddanie się we własnym celu. Nie, zdecydowanie zbyt długo zwlekałam ze swoim wyznaniem, aby teraz milczeć.
     Powoli zaczęliśmy dochodzić na wzgórze, skąd po raz pierwszy ruszyliśmy w podróż do Reverentii.
     - Niech zgadnę - prychnął Nathiel - Chcesz się odwdzięczyć za to, że rzuciłem się w przepaść.
     - Oczywiście - mruknęłam - Wbiję ci nóż w plecy i poślę tam, gdzie twoje miejsce.
     - A ja cię znajdę i zabiję.
     Spojrzeliśmy po sobie z lekkimi uśmieszkami na twarzy. Chwilę potem stanęliśmy na krańcu wzgórza, gdzie lekki wiatr zaprzyjaźnił się z naszymi włosami, rozwiewając je wesoło na wszystkie strony. Dzień, choć letni z pewnością nie należał do najcieplejszych. Szybko przeszły mnie ciarki. 
     - Zimno ci - stwierdził czarnowłosy.
     Nie musiałam odpowiadać, wiedziałam, że i tak zrobi swoje. Wcale nie przeszkadzała mi świadomość, że jego ręka wyrywa się do objęcia mnie i ogrzania. Lubiłam jego ciepło, jego obecność. Szczególnie ostatnimi czasy.
     Cicho wzdychając, oparłam na nim głowę. Oczy na chwilę zamknęłam.
     - Słyszałam, że w niedalekiej przyszłości szefem Nox ma zostać Sorathiel - zaczęłam rozmowę, na całkiem losowy temat.
     - Taa - odpowiedział obojętnie Nathiel - Osobiście uważam, że jest najodpowiedniejszym kandydatem na to stanowisko. Na pewno świetnie sobie poradzi. Ma mózg jak niejeden uczony - dodał z uśmiechem - I pomyśleć, że nigdy nie chodził do szkoły.
     - Za najcenniejszą wiedzę uznaje się tą, którą zdobyło się o własnych siłach - odparłam, otwierając oczy. Z uśmiechem zaczęłam przyglądać się domom, znajdującym się za wzgórzem. Gdy nadchodziła noc, światła palące się w mieszkaniach, tonęły w ciemnym krajobrazie, sprawiając wrażenie gwiazd utopionych w rzece domów. Nie raz zachwycałam się tym widokiem i uważałam, że najpotężniejszą moc ma właśnie późną nocą. Teraz było południe. Szare dachy odbijały się w dole, przytłaczając trochę swoją obecnością. 
     - A co z nami? - padło nagle pytanie.
     Zaskoczona spojrzałam w twarz Nathiela. Nie oczekiwałam, że to pytanie padnie tak szybko. Czyżby się domyślał w jakim celu tu jesteśmy? Nie wiedziałam co mogę odpowiedzieć. Wciąż tkwiłam z otwartą buzią, próbując wyrzucić z siebie jakieś słowa. Tymczasem Nathiel patrzył na mnie cierpliwie, co było do niego niepodobne.
      Odwróciłam od niego wzrok, znowu wbijając spojrzenie w szare dachy domów. 
     - Chcesz zrezygnować z bycia łowcą i odejść? - spytał w końcu Auvrey.
     Na moment oddaliłam się od niego. Zziębnięte ciało sama objęłam rękoma.
     - Nie - odpowiedziałam krótko, przybierając nachmurzony wyraz twarzy.
     - Więc będziemy ciągle razem - podsumował chłopak. Nie musiałam na niego spoglądać, aby wiedzieć, że na jego buzi widnieje teraz szeroki uśmiech, ale chciałam. 
     Gwałtownie odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam prosto w szmaragdowe oczy z niekrytą powagą. Nathiel uniósł do góry brew. Najwyraźniej zachowałam się zbyt gwałtownie i dziwnie.
     - Coś nie tak? - spytał powoli i dosyć niepewnie - Źle się czujesz? Pobladłaś. No, chyba, że dalej jest ci zimno albo...
     - Dziękuję - westchnęłam.
     - Za co? - zapytał zaskoczony i lekko zdezorientowany Auvrey.
     Wzięłam głęboki wdech. Teraz albo nigdy. Nie miałam już drogi ucieczki, musiałam wreszcie wyrzucić z siebie te dwa, ciążące mi na sercu słowa.
     - Za to, że jesteś - odpowiedziałam, mijając się z własnym celem. 
     Nim Nathiel zdążył cokolwiek odpowiedzieć czy nawet zastanowić się nad odpowiedzią, zrobiłam coś, czego nie oczekiwałam nawet od samej siebie. Chwyciłam go gwałtownie za koszulkę, pociągnęłam lekko w dół, stanęłam na palcach i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.
Jak widać, czasem można przerosnąć nawet własne oczekiwania.
     Miłosna chwila, której byłam inicjatorką, nie trwała zbyt długo. Moje poliki szybko oblały się rumieńcem. Nie czułam się źle z tym, co miało właśnie miejsce. Raczej byłam zawstydzona swoim zachowaniem. Zazwyczaj nie rzucałam się na ludzi z pocałunkami.
     Szybko oderwałam się od ust Nathiela i spojrzałam w bok. Nie wiedziałam co uczynić z rękoma. Jedną zgarnęłam włosy za ucho, druga zacisnęła się nerwowo w pięść. Mogłam się tylko domyślać jak bardzo Nathiel był w tym momencie zaskoczony. Irytowała mnie ta cisza. Oczekiwałam, że powie przynajmniej coś w stylu: zjadłem na śniadanie bułkę z dżemem, ale on milczał i to przez długi, długi czas. 
     Nachmurzyłam się i spojrzałam w jego kierunku. Mina Nathiela była niezmieniona. Patrzył się na mnie z rozszerzonymi ze zdziwienia oczami i rozdziawioną buzię. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem na widok tak idiotycznego wyrazu twarzy. Musiałam jednak przyznać, że obojętnie jak głupią minę by zrobił i tak wyglądał uroczo.
     Na moich ustach pojawił się nieśmiały uśmiech.
     - C-co to było? - spytał w końcu zdezorientowany chłopak.
     - Pocałunek? - odpowiedziałam niepewnie.
     Auvrey jęknął głośno i położył na swojej twarzy dłonie. Początkowo nie wiedziałam co oznaczał ten gest. W normalnym przypadku uznałabym, że jest po prostu załamany tym, co miało miejsce, to było jednak coś zupełnie innego.
     - Nie mogłaś tak od razu? - spytał bezradnie chłopak, spoglądając na mnie z nachmurzonym wyrazem twarzy.
     Prychnęłam cicho i odwróciłam wzrok w drugą stronę. 
     - Nie byłam pewna swoich uczuć - mruknęłam pod nosem, obejmując się ramionami.
     - A więc przyznajesz, że mnie kochasz? - spytał radośnie chłopak.
     Wzięłam głęboki wdech i wydech. Wymówienie tych dwóch, pozornie prostych słów, nie było takie łatwe. Chciałam jednak wreszcie to zakończyć.
     - Kocham cię - odpowiedziałam najciszej jak tylko potrafiłam.
     - Nie słyszę - zaśmiał się zielonooki.
     - Kocham cię, idioto! - wykrzyknęłam zirytowana.
     Nathiel, któremu oczy zaświeciły się radośnie, chwycił moje poliki oburącz i złożył na ustach zaskakująco gwałtowny pocałunek. Mimo zaskoczenia, nie broniłam się przed nim. Wyjątkowo pozwoliłam sobie na zatracenie. I choć nasz pierwszy, wspólny, świadomy pocałunek nie był czymś idealnym, pozostawił w mojej głowie trwały ślad.
     Blady uśmieszek wszedł na moje usta, gdy Nathiel przyciągnął mnie do siebie mocno. Wystawiłam dłoń, którą zakryłam jego rozszalałe usta.
     - Nie spiesz się - szepnęłam - Już ci nie ucieknę.
     - Nawet jakbyś próbowała, złapałbym cię - odparł nachmurzony chłopak. 
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. 
     Stało się. Utonęłam w szmaragdowym oceanie. Nie byłam w nim jednak całkiem sama. Nie czułam się też szczególnie samotna lub smutna. Wielki kamień, ciążący mi na sercu od kilku miesięcy, nareszcie opadł na dno ze wszystkimi moimi zmartwieniami.
     - Czy to oznacza, że zostaniesz panią Auvrey? - rzucił zielonooki, mrugając do mnie okiem.
     - Nie tak prędko, panie Auvrey - zaironizowałam - Zobaczymy jak potoczy się nasza przyszłość.
     - A więc oficjalnie możemy uznać siebie za parą - odpowiedział, uśmiechając się szeroko i szczerze - Dosyć oryginalną, demoniczną parę - zakończył tajemniczo.
     - Nie do końca - odpowiedziałam z uśmiechem - Rozumiem, że ta część matematyki jest dla ciebie zbyt trudna, ale moja połówka i twoja całość dają nam 3/4 demoniczności.
     - A więc kiedyś twoja połówka i moja całość stworzą 3/4 demona - powiedział Auvrey uwodzicielskim tonem głosu, ponownie puszczając mi seksowne oczko.
     Moje poliki oblały się rumieńcami.
     - Za daleko wychodzisz w przód - mruknęłam. Swoje zażenowanie postanowiłam ukryć, tuląc się do piersi Nathiela. Chłopak natychmiastowo mnie objął, a głowę wtulił w moje włosy. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Było mi w tym momencie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Czułam spokój, radość i ulgę. 
     Departament przestał istnieć, demony zaczęły się nas bać i kryć po kątach, nasz dom powoli się budował,  a przyszłość rysowała w jasnych barwach. Nie mogłam oczekiwać od życia niczego więcej. Chciałam, żeby zostało tak już do końca.
     - Obiecujesz, że cokolwiek będzie się działo, nie zostawisz mnie? - spytałam cichym, nieśmiałym głosem.
     Przez włosy, poczułam jak usta Nathiela rozszerzają się w łagodnym uśmiechu.
     - Obiecuję.
     Nasza przysięga poniosła się na wietrze w stronę mglistego, uśpionego miasta. Krople deszczu spadające z nieba były naszymi świadkami, podobnie jak niebo usłane szarością. Nikt ani nic nie wiedziało co nas tak naprawdę czeka. Może nasze losy były gdzieś spisane, wśród miliona gwiazd, może przeznaczenie zapisało swoją myśl gdzieś w chmurach. Nie chciałam wnikać w przyszłość, bo przyszłość to coś, co niebawem nadejdzie. Coś, na co nie muszę długo czekać. 


<3333