wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 43 - "Gdy demon człowieczeje"

Dzisiejszy rozdział trochę bardziej luźny. Jest jak takie małe wprowadzenie do najbliższych dziejów. Można powiedzieć, że w dużej mierze dotyczy Andi! No i pojawia się także jej braciszek - Andariel. Teraz już wszyscy znamy wielką rodzinkę z departamentu. Jupi. Ogólnie męczyłam się z poprawą tego rozdziału. Uważam, że wciąż wiele mu brakuje, ale nie byłam w stanie zrobić nic więcej D: opisy takie proste i ubogie. Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten rozdział.
Tak poza tym to stwierdziłam, że przyspieszę trochę dodawanie rozdziałów. Czasem będę wstawiać je częściej (co 5 dni?), ale nie zawsze. Po prostu mam ich dużo w przód, a planuję jeszcze "W cieniu ognia" i "3/4 demona", więc muszę trochę przyspieszyć, bo nie chcę wstawiać tego przez następne 5 lat. Mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zabije C:
***
    Odkąd dowiedziałam się czegoś na temat swojego pochodzenia, moje życie diametralnie uległo zmianie. Przez pierwsze chwile nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Jakaś wewnętrzna myśl nakazała mi sądzić, że to wyjątkowo kiepski żart, jednak poważne spojrzenie Nathiela z tamtego dnia pozwoliło mi uwierzyć, że to szczera prawda. Byłam pół demonem, pół człowiekiem. Wyjątkowym okazem, żyjącym w świecie ludzi. Ponoć świat nie znał jeszcze przypadku, który mówił o demonie, posiadającym w sobie cząstkę człowieka. Dominującą cząstkę człowieka. Poza zielonymi oczami, które były słabą imitacją szmaragdowego odcieniu (w końcu miałam jasne oczy), dziwnymi, niepotrzebnymi, rzadko objawiającymi się zdolnościami i tym, że miałam tylko pół cienia, nic nie łączyło mnie ze światem demonów. Wciąż czułam się człowiekiem. Miałam w końcu normalną krew, chorowałam (choć sporadycznie) i mój organizm funkcjonował jak u każdej dziewczyny w moim wieku. Bardzo cieszyłam się z tego powodu, że demoniczna strona nade mną nie zdominowała, chociaż kto wie czy mój charakterek nie był związany właśnie z nią. Znalazłam też prawdopodobne rozwiązanie mojego pozostawienia zaraz po urodzeniu. Coś podpowiadało mi, że moja prawdziwa matka nie chciała mieć za własne dziecko demona. Najwyraźniej albo została uwiedziona przez demoniczną pokrakę, albo bezczelnie zgwałcona. W takiej sytuacji ani trochę się jej nie dziwiłam. Gdyby moja sytuacja wyglądała podobnie, a nie byłabym w żaden sposób związana ze światem demonów, prawdopodobnie zrobiłabym to samo. Wiem, to bardzo nieczułe rozwiązanie, ale w końcu byłam córką osoby, która zostawiła małą, bezbronną pół-demonicę na pastwę losu. Ponoć mówią, że człowiek uczy się na błędach. Może sama powinnam coś z tego wywnioskować? Nie, nie chciałam zajmować myśli głupotami. Bardziej niepokoił mnie teraz fakt, że departament kontroli demonów domyślał się kim jestem i już w niedługim czasie mogłam stać się ich ofiarą. Na szczęście wciąż miałam przy sobie Nathiela.
     - Zabiję cię, mała, ruda larwo!
     Spojrzałam znad książki na wbiegającą do mojego pokoju małą, diabelsko roześmianą Andi i Nathiela, który najwyraźniej nie był zbyt zadowolony.
     Gdy dziewczynka nie miała już drogi ucieczki z powodu szczelnie zamkniętych okien i braku przejścia, wskoczyła na moje łóżko i ukryła się tuż za moimi plecami, gdzie trzymając się mojego ramienia, groźnie łypała na zielonookiego. Chłopak nie przejął się jej zachowaniem. W końcu nie da się zwieść małej dziewczynce. Bez chwili zastanowienia chwycił ją za bluzkę i podniósł do góry. W pomieszczeniu rozbrzmiały szaleńcze okrzyki.
     - Zostaw mnie, ty wstrętnogęby szczurze!
     - Niby dlaczego mam cię zostawić? - spytał oschle czarnowłosy - Wkradłaś się do cienia listonosza!
     Na mojej twarzy pojawił się delikatny, rozbawiony uśmiech.
     Wesołe było nasze życie, odkąd pojawiła się w nim mała Andi. Widać było, że nie jest zadowolona perspektywą przebywania w organizacji. Wiele razy próbowała stąd uciec, a także wkraść się niezauważenie do czyjegoś cienia. Nathiel był jednak wyjątkowo wytrwały i sprytny. Nie pozwalał jej na takie wybryki. W moich oczach wyglądał jak surowy brat, który za wszelką cenę starał się wychować swoją własną siostrę na porządną dziewczynę. Byłam z niego niesamowicie dumna, bo widziałam, że się zmienił. Może nieszczególnie spoważniał, ale za to stał się o wiele bardziej odpowiedzialny. Obiecał wszystkim w organizacji, że zajmie się małą Andi i należycie wypełniał tą misję. Nie odstępował jej na krok. Mieszkał nawet w tym samym pokoju w organizacji, a więc w miejscu gdzie przebywałam i ja. Tak naprawdę nic się nie zmieniło od czasu, gdy mieszkałam z nim oraz Sorathielem. Teraz było zupełnie tak samo, a nawet jeszcze głośniej.
     - Jesteś głupi, głupi, głupi, głupi! - krzyczała Andi. - Prawda? - spytała, uspokajając się na chwilę i zerkając na mnie.
     - Z grzeczności nie zaprzeczę - odpowiedziałam, uśmiechając się nikle i wlepiając spojrzenie w książkę.
     - Łamiesz mi serce - powiedział Nathiel, zerkając na mnie z udawanym smutkiem.
     Swoją dłoń położył po niewłaściwej stronie piersi.
     - Widzę, że transplantacja była udana - powiedziałam cicho.
     - Debil z ciebie! Serce masz po lewej! - wykrzyknęła triumfalnie Andi, wystawiając Auvreyowi język.
     Myślałam, że lada moment wybuchnie. Opuścił małą demonicę na łóżko i zaczął okładać ją poduszką. Waleczna, płomiennowłosa dziewczynka nie dała się mu jednak i przetaczając się po moich kolanach na drugą stronę łóżka, chwyciła za inną poduszkę. Z dzikim okrzykiem, rzuciła się na Nathiela i wspólnie rozpoczęli morderczą bitwę na śmierć i życie.
     - Zginiesz, Nathielu Auvrey! - wykrzyknęła Andi, zbyt poważnym głosem jak na 6-latkę.
     - Nigdy nie ugnę się pod ciężarem twej poduszki, Andi Tourlaville! - zawtórował Nathiel.
     Dokładnie ich obserwowałam. Na twarzy zielonookiego widniał delikatny, rozbawiony uśmiech, który świadczył o tym, że ta bitwa zwyczajnie go bawiła. Nie był poważny. Przyjmował to jako próbę okiełznania małej demonicy dziecięcymi zabawami. Podobnie wyglądała Andi, która choć starała się utrzymać pozory wrogości, nie mogła ukryć dziecięcego zadowolenia.
     Westchnęłam cicho, kręcąc głową i z uśmiechem powróciłam do czytania książki.
     - A masz! - usłyszałam okrzyk Andi.
     Chwilę potem poduszka, którą walnęła mnie w głowę, rozsypała swoje pióra po całym pokoju. Pierze wylądowało na moich kolanach, głowie i łóżku. Chyba Andi jeszcze nie wie, że ze mną nie warto walczyć.
     - Chcesz ze mną zadrzeć? - spytałam swoim chłodnym głosem, odkładając książkę na bok.
     Wstałam z łóżka i chwytając za misia leżącego na nim, zamachnęłam się w stronę... Nathiela.
Co jak co, ale dzieci nie biję. Zamiast tego wyznaję zasadę: nie masz kogo zaatakować, zaatakuj Nathiela, na pewno nie będzie się tego spodziewał.
     Zaskoczony Auvrey, pod wpływem mojego morderczego ciosu, zachwiał się.
     - I ty przeciwko mnie? - spytał, gdy odzyskał już równowagę.
     Za równo ja, jak i Andi wybuchłyśmy śmiechem.
     Naprawdę wiele bym dała, by te chwile szczęścia trwały już wiecznie. Nigdy nie czułam takiej radości jak teraz, w tym momencie. Wiedziałam, że moje życie jest zagrożone. Wiedziałam, że to wszystko mogło się niedługo skończyć, póki co, cieszyłam się jednak tym, co miałam. Nathielem, rodziną w postaci członków organizacji, Sorathielem, który stał się towarzyszem moich rozmów, Amy, która przecież żyła i tym, że byłam bezpieczna, a nawet Andi, która czyniła moje życie weselszym. Nie chciałam oczekiwać niczego więcej od losu.
***
     - Andariel!
     Mała, płomiennowłosa dziewczynka rzuciła się w stronę swojego brata i objęła jego nogi swoimi drobnymi rączkami. Tak dawno go nie widziała! To już dwa tygodnie jak była w tej nienormalnej organizacji zwalczającej demony. Chwilami czuła się tu jak w więzieniu. Gdy tylko chciała wyjść na zewnątrz, ten głupi Nathiel wychodził za nią i chwytając ją za rękę, odprowadzał z powrotem do organizacji. Gdy chciała pożywić się odrobiną energii potencjalnej jakiegoś człowieka (w końcu w Nox wszyscy mieli ukryte cienie), zaraz wyławiał ją stamtąd z pomocą tego swojego przerażającego noża. Nie mogła nic robić sama i zawsze była pod stałą kontrolą. Na dodatek każdy, oprócz tej bladej mendy i pseudo demona bał się z nią rozmawiać. Dlaczego? Bo była demonem? Ale przecież ten idiota Nathiel też był demonem, a jego kochanka pół demonem. Ich się nie bali, więc dlaczego bali się jej? To była rzecz, której nie potrafiła zrozumieć. Musiała się jednak jeszcze trochę pomęczyć. Na pewno, gdy nadejdzie czas, przyniesie do samego departamentu kontroli demonów mnóstwo ważnych informacji, które obalą Nox! I wtedy będzie mogła spojrzeć na Gabrielle, śmiejąc się jej w twarz, bo to nie ona zniszczyła organizację przeciw demonom!
      Andi uśmiechnęła się diabelsko pod nosem, spoglądając do góry na brata, który właśnie poklepał ją po głowie.
     - Długo ci to zajęło - przyznał Andariel z nikłym uśmiechem.
     - Bo to ten głupi Nathiel cały czas mi staje na drodze! Zawsze za mną chodzi! - wykrzyknęła oburzona, oddalając się od brata.
     Nerwowo tupnęła nogą w podłoże, co tylko wywołało uśmiech u Andariela.
     - Więc teraz go wykiwałaś? - spytał ciekawsko.
     - Oczywiście - odpowiedziała, patrząc na niego z niekrytą dumą - Poszedł spać, a ja wyszłam przez okno.
     Andariel kiwnął głową, klękając przy swojej małej siostrze i przypatrując się dokładnie jej twarzy. Mimo nienawiści, jaką w sobie miała, różniła się od poprzedniej wersji Andi. Jej spojrzenie nabierało dziwnej łagodności, która nie była charakterystyczna dla demonów. Czy to pierwsza oznaka jej człowieczenia?
     - Czego się dowiedziałaś? - zapytał Andariel.
     Wiedział, że ma stosunkowo mało czasu na pogadanki z siostrą. Był w świecie ludzi z misją.
     - Ta dziewczyna jest pół demonem - stwierdziła z powagą.
     - A jednak - mruknął chłopak, cicho wzdychając.
     Nox zawsze miało dziwne upodobania. W swoich szeregach mają już demona, teraz dołączył do nich pół demon. Brakuje jeszcze tego, żeby pojawiły się tam wiedźmy, wróżki i wampiry.
     - Wiesz? Byłam w jej cieniu i wyżarłam jej całą energię - mówiła dumnym głosem Andi - ale przyszedł ten idiota Nathiel i mnie zranił - mówiąc to, dziewczynka uniosła swoją koszulkę i pokazała ranę na brzuchu - Wyrzucił mnie stamtąd. Ta organizacja chciała mnie zabić, ale w końcu idiota-Nathiel stanął w mojej obronie i powiedział, że mnie zmieni! - wykrzyknęła oburzona. - Ale mu się to nie uda!
     Uda - stwierdził w myślach Andariel, z uwagą przyglądając się śmiesznym gestom jego młodszej siostry. Było w nich coś, co świadczyło o tym, że kłamie.
     - W sumie to jak się ze mną bawi to nie jest zły i w ogóle - zaczęła, marszcząc czoło.
     Od razu po tym stwierdzeniu, zmieniła temat:
     - Tu mają takie dobre jedzenie. Na przykład wczoraj jadłam lody. To takie zimne, słodkie jedzenie. Rzucałam się z nim razem z Nathielem. Dostał w oko! I dobrze mu tak! - wykrzyknęła Andi, śmiejąc się diabelsko.
     - Podoba ci się tu? - spytał podejrzliwie Andariel.
     Płomiennowłosa dziewczynka zawahała się.
     - Nie jest źle, ale wolę wracać do Reverentii! Do ciebie, nie do Gabrielle, bo to wredna jędza - przyznała, krzywiąc się na boku.
     Chłopak podniósł się z ziemi i ponownie poklepał swoją siostrę po głowie.
     Andi zaczęła proces człowieczenia. W Reverentii znane było wiele takich przypadków. Kiedy demony zaczynają przebywać zbyt długo w świecie ludzi, w końcu się przyzwyczajają, człowieczeją i ostatecznie stwierdzają, że życie tu jest zdecydowanie lepsze, niż w świecie demonów. Przede wszystkim jest tu więcej rozrywki, ludzkiego, dobrego jedzenia, ciekawych osobistości, barwnych zdarzeń. To rzeczy, które przekonują demony. Andi była jeszcze dzieckiem, które najbardziej na świecie potrzebowało dobrej zabawy i rzeczy, które ją zainteresują, dlatego przebywanie tutaj było dla niej podwójnie niebezpieczne. Musi wracać już teraz, inaczej źle to się dla niej skończy.
     - Muszę iść - powiedział z nagła.
     - Już? - spytała dziecięcym, niezadowolonym głosem dziewczynka.
     Chłopak kiwnął głową.
     - Muszę wypełnić swoją misję - powiedział, oddalając się od niej na kilka kroków.
     - No, dobra - odpowiedziała niechętnie płomiennowłosa, chmurząc się.
     Andariel machając jej ręką na pożegnanie, oddalił się w cień drzewa i zniknął.
     Tak naprawdę postanowił, że w tym momencie przerwie swoją misję. Na szczęście polegała tylko na szpiegowaniu jednego z demonów pół krwi. Pół demona ognia, pół demona wiatru. Był nieszkodliwy. Panicznie bał się czyjejś obecności i nasłuchiwał każdego, najdrobniejszego szmeru. Wystarczyło go tylko wywabić z kryjówki i po nim. Teraz miał ważniejszą sprawę do załatwienia. Przysiągł swojemu ojcu, że wychowa Andi na dobrą demonicę i następczynie jego miejsca w departamencie kontroli demonów, musi więc tą wolę wypełnić. Rozmowa z ich szefem będzie najwłaściwszym rozwiązaniem tej sytuacji.
     Szybkim krokiem, Andariel przemierzał ciemne korytarze budowli, przypominającej zamek. Siedziba departamentu nie była czymś niesamowitym. Jej korytarze mogły przypominać stare lochy. W Reverentii nie liczyło się jednak piękno, a funkcjonalność. Do tego miejsca nie mógł wejść nikt, poza nimi.
     - Co tak pędzisz, ruda gnido? - spytała Gabrielle, która bezszelestnie wynurzyła się z przeciwległego korytarza. Dołączyła do swojego towarzysza, zrównując się z nim.
     - Idę do Aidena - powiedział z powagą w głosie Andariel.
     - Dokonałeś jakiegoś ważnego odkrycia? - prychnęła dziewczyna.
     Chłopak nie odpowiedział. Przyspieszył kroku i z wielkim rozmachem otworzył drzwi od komnaty. To tu zawsze przebywał Aiden. Zazwyczaj albo siedział przy wielkim, kamiennym stole, zaczytując się w dziwnych księgach lub stał przy oknie, spoglądając w nieznaną głębie Reverentii. Andariel nigdy nie rozumiał tych dwóch czynności. Po pierwsze nie umiał czytać - bo to w końcu zdolność ludzi, po drugie nie widział sensu wgapiania się w ten sam widok za oknem przez tyle lat.
     - Andi - zaczął od razu, stając przy kamiennym stole.
     Szef organizacji stał tym razem przy oknie. Doskonale wiedział, że ktoś zjawił się w pomieszczeniu, wyglądał jednak tak, jakby zignorował zaistniałą sytuacje.
     - Andi człowieczeje - wyrzucił z siebie Andariel.
     - W takim razie ją zniszcz - odpowiedział bez zastanowienia białowłosy mężczyzna, który w dalszym ciągu wpatrywał się w widok za oknem.
      Gabrielle, która stała tuż za płomiennowłosym towarzyszem, wybuchła irytującym śmiechem. Ta odpowiedź w żaden sposób jej nie zaskoczyła. Aiden był bezwzględnym demonem, który nie wstawił by się za nikim z nich. Prędzej by ich wszystkich zabił, niż uratował od zagłady.
     Andariel wyglądał na zszokowanego. Rozglądał się dookoła, nie wiedząc co powiedzieć. Jego usta otwierały się i zamykały, szukając bezradnie argumentu przeciw rozkazowi Aidena.
     - Dlaczego mam to robić? Przecież wypełniła swoją misję! Ostatecznie odkryła, że ta dziewczyna jest pół demonem, pół człowiekiem! - wykrzyknął oburzony - Siedzenie w tej organizacji nic jej nie da! Nam też ani trochę nie pomoże!
     - Masz racje, Andarielu - odezwał się spokojnym, choć chłodnym głosem Aiden - Ani trochę nam nie pomoże. Dlatego masz ją zabić - mówiąc to, zerknął na niego przez ramię, swoimi zimnymi, szmragdowymi oczami.
     Potomek rodu Tourlaville starał się znaleźć jakiś argument, który przemawiał by do obecnego szefa departamentu, nie mógł jednak nic z siebie wydusić. Widział, że jego ręka zaciska się na dobrze mu znanej broni, wiszącej przy jego boku. Jeżeli nie wykona jego rozkazu, sam w tym momencie zginie. Po swojej prawej stronie słyszał denerwujący śmiech Gabrielle, która najwyraźniej triumfowała. Nie miał wyboru, jak poddać się temu rozkazowi.
     Kiwnął tylko głową i odpowiedział:
     - Zrobię to.

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 42 - Droga ku ocaleniu

Tak jak obiecałam, wstawiam notkę 24 grudnia C: (po północy, jupi). Chciałabym Wam życzyć z okazji dzisiejszego dnia, wesołych świąt! Pływającego po stole karpia, latających pierogów i innych, fajnych rzeczy <3. Oby te święta były cudowne.
A ja tymczasem, z upragnionym różanym Earl Greyem, który kupił mi mój chłopak ugięty pod moimi błaganiami (w końcu piła go w organizacji u Hugha Laura!), zasiadam do dalszego pisania.


Różany Earl Grey <3
Nathiel i Laura! Taki prezent ode mnie dla mnie pod choinkę.

W tym rozdziale dosyć sporo informacji. Wyjaśnia się także coś, o czym połowa z was wiedziała lub przewidywała. Wiem, nie był to fakt zaskakujący i myślę, że nie będzie osoby, która będzie zaskoczona. No, Królik już oczywiście o wszystkim wie, a to tylko za sprawą spoiler night! XD (spoiler night mnie niszczy xd).
Niektóre opisy nie są zbytnio rozwinięte, a to z tego powodu, że nie chciałam przedłużać rozdziału i zwyczajnie nie wiedziałam co chwilami dodać. Jednak wolę pisać w pierwszej osobie :o.
Nathiel, do dzieła!
***
     Otaczała go niezmierzona ciemność. Ciemność, która normalnego człowieka wprowadziłaby w uczucie strachu, jego jednak nie ruszała w żadnym stopniu. Czuł się tu bezpiecznie, czuł się tu jak w domu. Świadomość tego, że jest demonem uderzyła go ze zdwojoną siłą. Zrobił to, od czego całe życie się wzbraniał. Wszedł do cienia człowieka.
     Niemożliwie silna chęć i żądza spożycia energii sprawiła, że znieruchomiał. Całym sobą walczył z tym uczuciem. Nie chciał przecież wyrządzić jeszcze większej krzywdy Laurze, która i tak była już na skraju życia. Jej blady cień rzucany na ścianę świadczył o tym, że niedługo zniknie. Musiał się więc spieszyć. Spieszyć? Jak miał znaleźć tego przeklętego demona, który krył się gdzieś w ciemnym kącie? Czuł jego obecność, wiedział, że gdzieś tutaj jest, ale jak miał do niego trafić? Jak miał go stąd wyrzucić i samemu stąd uciec?
      Postanowił, że czas najwyższy ruszyć się z miejsca. Niepewnie postawił krok w przód, a przynajmniej tak myślał. Nie czuł ciężaru własnego ciała. Zupełnie, jakby stąpał w powietrzu.
     - To jakaś pieprzona magia - stwierdził głośno.
     Jego głos odbił się głuchym echem od niewidzialnych ścian. Gdyby nie dramatyczność tej sytuacji, z pewnością zacząłby się teraz śmiać na całe gardło i biegać w kółko po ciemnościach, których jego stopy nie wyczuwały. Nie mógł sobie jednak na to pozwolić.
     Postawił kilka niepewnych kroków w przód, próbując nabrać pewności, że nic takiego nie dzieje się z Laurą. Gdzieś w głębi czuł, że wciąż tli się w niej mała iskierka życia, która nie chce zgasnąć. Zupełnie jakby sama walczyła ze śmiercią.
     - Gdzie jesteś, cholerny demonie? - spytał sam siebie, starając się dostrzec w ciemnościach coś, co byłoby innej barwy, niż czerń. W tle słyszał jednak tylko dziecięcy, cichy chichot. Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy to to, że cieniem Laury mógł zawładnąć jakiś demoniczny dzieciak, który mógł przecież nie mieć nic wspólnego z departamentem kontroli demonów. Może to właśnie dlatego, że był niedoświadczony, dobrał się do pierwszego, lepszego cienia?
     - Pokaż się! - wykrzyknął władczym głosem.
     W dalszym ciągu słyszał jednak tylko chichot, który zdawał się roznosić po ciemnościach z każdej strony. Gdyby miał się zdecydować w którą stronę pójść, decyzja byłaby ciężka. To tak, jakby demoniczny dzieciak biegał w kółko, bawiąc się z nim w berka. Brakowało jeszcze tylko słów: Złap mnie, złap mnie, Nathiel! - ale czy ten demon w ogóle wiedział, kim był?
     - Chcesz się pobawić w ślepego ganianego? Nie ma sprawy - mruknął chłopak, uśmiechając się diabelsko pod nosem.
     Pewniejszym krokiem zaczął iść przed siebie. Znajdzie go. Znajdzie go i zabije go, w żaden sposób nie oszczędzając. Będzie bezlitosnym zabójcą. Takim, jakim jeszcze nigdy nie był.
     - Szukaj mnie! - usłyszał tuż obok siebie, radosny, dziewczęcy głosik.
     Odruchowo zamachnął się w bok. Jego dłoń natrafiła jednak tylko na skrawek jakiegoś materiału, po którym przejechał palcami. Zdążył wywnioskować tylko jedno: demon, który zawładnął cieniem Laury to mała demonica. Jeżeli ją znajdzie, nie będzie miał problemów z pokonaniem jej. Nie mogła mieć mniej, niż 6 lat, a więcej niż 10.
     Nathiel nie przejmując się cichymi, złośliwymi śmiechami małej dziewczynki, która krążyła gdzieś nieopodal niego, ruszył dalej do przodu. Wiedział, że demonica wreszcie się znudzi i znajdzie inny, bardziej niebezpieczny sposób na wzbudzenie jego zainteresowania. Na pewno podejdzie bliżej, a wtedy będzie mógł ją dopaść.
     Dziecięcy chichot zniknął gdzieś w oddali, a jego miejscu zaczęły ustępować ciche szepty, które z każdym jego następnym krokiem, stawały się coraz głośniejsze. Ten fakt odrobinę go zdziwił. Przecież był tu tylko on i ten roześmiany dzieciak, jak więc mógł słyszeć inne osoby? Może to z jego głową jest coś nie tak?
     Już po chwili mógł wywnioskować o czym właściciele brzmienia dyskutują. Ze zdziwieniem stwierdził, że zna obydwa głosy.
     - Och, Laura! To takie romantyczne!
     - Ja tu nie widzę nic romantycznego.
     - List sam w sobie jest oznaką miłości.
     - Nie żartuj sobie, Amy.
     Nathiel stanął zdezorientowany w miejscu i zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Dlaczego słyszał rozmowę Laury i Amy? Przecież to teoretycznie niemożliwe. Jedna z nich leżała w szpitalnej śpiączce, a druga bliska śmierci, przebywała w organizacji. Co to może znaczyć?
     Zielonooki postawił kolejny krok. Rozmowa uległa zmianie, podobnie jak dyskutujące osoby.
     - Tęsknisz za nim?
     Ten głos także znał. To Carissa.
     - Za Nathielem? Skąd ten głupi wniosek?
     - Widzę to, kochanie. Twoje oczy nie potrafią kłamać.
     Czarnowłosy zrobił zdziwioną minę. Teraz już pamiętał. O tym Soriel też mu kiedyś wspominał. Demon przebywający w cieniu człowieka, widzi i słyszy wszystkie jego wspomnienia. Jest w stanie zajrzeć nawet do najgłębszego zakątku jego umysłu. To samo Nathiel robił teraz z Laurą. I choć kusiło go, by dowiedzieć się, co skrywają jej myśli, postanowił, że uszanuje jej prywatność. Musi się wycofać.
     Z taką oto myślą, zrobił krok w tył.
     - Jest jedna rzecz, której bym nie zniosła - usłyszał ponownie głos Laury.
     Niestety, ciekawość z nim wygrała. Postanowił, że to będzie ostatnia rzecz, którą usłyszy. Przecież nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Poza tym to nie jego wina, że myśli bladej dupy albinosa ulatniają się w ciemnościach, prawda? Nie ma na to wpływu.
     - Gdy wszyscy już ode mnie odejdą, podobnie jak Deaniel, moja matka i Amy, chcę mieć przy sobie wciąż tego idiotycznego, przepełnionego głupotą i absurdem demona. Gdyby to on był ostatnią osobą, która by odeszła, prawdopodobnie odeszła bym razem z nim.
     Zielonooki oniemiał. Jakaś magiczna siła kazała stać mu w miejscu i się nie ruszać. Chciał usłyszeć więcej, chciał wiedzieć więcej.
     - Jest dla mnie kimś naprawdę cennym.
     Był w szoku. Zastanawiał się, czy słowa Laury były jej myślami. Szczerze wątpił, aby wypowiedziała je w rozmowie z kimś. Sama w swoim liście do niego oznajmiła, że nie umie rozmawiać o swoich uczuciach w cztery oczy. "Ten list zawiera to, czego nie potrafię powiedzieć ci wprost" - zacytował w myślach. Treść tego skrawka papieru znał już bowiem na pamięć.
     - Nieładnie czytać komuś w myślach - usłyszał tuż za plecami, dziecięcy głos.
     Gdy odwrócił się gwałtownie w tył, nie dostrzegł żadnej osoby. Mała demonica wciąż się gdzieś ukrywała. Słyszał jej głośny, diabelski śmiech, który niósł się po ciemnościach, zagłuszając cichą prośbę wypowiedzianą głosem Laury: "pomocy".
     Nathiel ponownie zamachnął się do tyłu. Tym razem otarł się o gładkie, dziecięce włosy.
Był blisko.
     - Jesteś za wolny! - zaśmiała się dziewczynka.
     Nasłuchiwał, starał się wyczuć jej ruchy, mimo głuchego stąpania w "powietrzu". Była po jego prawej stronie - poczuł, że otarła się o niego ledwo wyczuwalnie, była po jego lewej stronie - materiał jej sukienki zahaczył o jego rękę. To jest właśnie ten moment.
     Nathiel wystawił przed siebie dłoń, gwałtownie chwytając za kucyk małej demonicy i ciągnąc ją w swoją stronę. Dziewczynka wydała z siebie bolesny okrzyk.
     - Pokaż się, mały potworze - rzucił nerwowo w jej stronę - Pokaż się, albo wyrwę ci te kłaki.
     - Puść mnie! - piszczała demonica, próbując uwolnić się z jego uścisku. Nathiel był jednak dla niej za silny.
     Rzucając w jego kierunku przeróżne obelgi, które były nie do pomyślenia dla tak małego dziecka, gryzła go i kopała.
     - Jesteś za słaba - zaśmiał się Nathiel, chwytając ją za sukienkę i podnosząc do góry.
Nie była wysoka. Mogła mieć najwyżej 7 lat.
     Demonica ostatecznie poddała się woli swojego przeciwnika. Jej postura stopniowo zaczęła nabierać wyrazistości. Najpierw pojawiły się wściekłe, drobne, szmaragdowe oczy, następnie równie wściekły kolor włosów w barwie czerwieni. Małe ustka zaciskały się w dziecięcym oburzeniu, a poliki barwiły drobne, różowe plamy. Mała istota w czarno-białej sukience wymachiwała rękami, próbując się uwolnić.
     Nathiel uśmiechnął się ironicznie. Teraz mógł triumfować.
     - Cześć, mały potworze - przywitał się.
     - Nie nazywaj mnie tak, brzydki pajacu! - wrzasnęła nerwowo płomiennowłosa dziewczynka.
     - Co? - spytał chłodno Nathiel, któremu uśmiech od razu zniknął z twarzy - Mnie nazywasz brzydkim? Przystojniejszego faceta od siebie w życiu nie widziałem.
     - Chyba ktoś ci lustro podmienił, ty ohydny pedofilu!
     - Mogę być każdym, ale nie pedofilem, mały, ohydny demonie o zardzewiałych włosach!
     - One są rude! Mam je po braciszku!
     - To pewnie jest równie brzydki jak ty i reszta waszego zgromadzenia!
     - Zabiję cię, podróbo demona!
     - Zobaczymy, kto zrobi to pierwszy!
     Obydwoje spojrzeli na siebie nienawistnie, równie szmaragdowymi oczami. W tym momencie mogli uchodzić za rodzinę - idealnie dogadujące się kuzynostwo.
     Nathiel miał ochotę wyjąć z kieszeni exitialis i wbić je prosto w serce tej małej, jędzowatej demonicy, która podobnie jak on, musiała być tu pierwszy raz.
     - Gadaj, kim jesteś, kto cię tu przysłał i co tu robisz - warknął, chwytając za ucho swojej ofiary i ciągnąc je boleśnie w bok.
      - Nic ci nie powiem! - piszczała płomiennowłosa, zaciskając swoje małe powieki i usta, które próbowały nie wykrzyczeć bólu.
     - Gadaj! - wykrzyknął zdenerwowany Nathiel, ciągnąc ją jeszcze bardziej za ucho.
     - Andi Tourlaville, departament kontroli demonów, przysłał mnie tu nasz szef! - pisnęła ultradźwiękowym głosikiem, powstrzymując się od wylewu łez.
     Nathiel uśmiechnął się pod nosem. Wygadała się szybciej, niż myślał. Jednak nie była aż tak twarda. Wszystko co było jej potrzebne, zawierała w słowach, nie czynach.
     - Po co cię tu przysłał? - spytał chłodno.
     - Żeby ją skontrolować! - "wypiszczała" następną odpowiedź.
     Chłopak przybrał zdziwiony wyraz twarzy.
     - A nie zabić i zrobić na złość całej organizacji zwalczającej demony? - spytał podejrzliwie.
     - Przecież ona nie umrze! - wykrzyknęła oburzona Andi.
     - Jak to nie umrze?
     Nathiel wydawał się być zdezorientowany. Przecież Laura naprawdę cierpiała. Była już na skraju wyczerpania. Jej cień ledwo odbijał się od ściany.
     - Jej cień, debilu, już dawno zniknął! - wykrzyczała oburzonym głosem dziewczynka, gdy puścił jej ucho.
     Już nic z tego nie rozumiał. Co ona bełkotała?
     - Ona nie jest człowiekiem, ślepy, niedorobiony demonie - burknęła, patrząc na niego spode łba. - I po to właśnie zostałam tutaj wysłana! Aby się o tym upewnić!
     Auvrey z wrażenia opuścił w dół młodą pannę Tourlaville. Gdyby nie jego szybki refleks z pewnością by uciekła, na szczęście w porę przydeptał jej sukienkę. Nie zwracał uwagi na krzyki małej demonicy. Nie zwracał uwagi na nic, co mogło się dziać w jego otoczeniu. Nie przeszkadzało mu nawet to, że Andi uczepiła się jego nogi w którą wbiła swoje małe, diabelskie ząbki. Był zbyt zszokowany ową wiadomością.
     Laura nie była człowiekiem. Nie to jednak było najbardziej dla niego zaskakującą wiadomością. Dopiero zagadka, którą rozwiązał w myślach przyprawiła go o szok.
Od dawna, wiadomą rzeczą dla wszystkich demonów było to, że departament kontroli w Reverentii służył do:
1. Zabijania demonów, które wyszły z okręgu królestwa nocy.
2. Pozbywania się wszystkich demonów pół krwi.
Zazwyczaj demony pół krwi były mieszanką powstałą z jakiegoś przypadkowego romansu cienistych pokrak. Nigdy, prze nigdy, nie słyszał jednak o osobie, która byłaby jednocześnie i demonem i... człowiekiem.
     Wszystko w umyśle Nathiela zaczęło nabierać nowego znaczenia. Dziwne, choć nie do końca określone zdolności Laury i jej jasny, intrygujący kolor oczu znalazły w tym momencie wyjaśnienie. To, że matka, której nawet nie znała, zostawiła ją w szpitalu, także mogło być uzasadnione.
     - Jasna cholera - mruknął Nathiel, trzęsąc w niedowierzaniu głową. - Dlatego miała taki słaby cień - szepnął do siebie, w dalszym ciągu nie zwracając uwagi na Andi, która wrzeszczała wściekle i wbijała mu w ramię malutkie, diabelskie pazurki.
     Laura wcale nie miała niskiej energii potencjalnej. Laura posiadała po prostu pół cienia, bo nie była w pełni człowiekiem.
     - Puść mnie w końcu! - krzyknęła złowieszczo mała demonica.
     To wreszcie obudziło zszokowanego Nathiela. Mimo zaskakujących informacji, które dotarły do jego świadomości, musiał przyznać, że poczuł ulgę. Laura nie mogła umrzeć. Jest i będzie bezpieczna.
     Na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech, który równie szybko zniknął z jego twarzy. Gwałtownym ruchem podniósł Andi za tył sukienki do góry i spojrzał na nią z powagą. Wciąż istniała bowiem rzecz, której nie wiedział.
     - Jak się stąd wydostać? - spytał.
     - Nie wyjdziesz stąd! - wykrzyknęła wściekle dziewczynka - Nie wyjdziesz, bo straciła swój ludzki cień!
     Nathiel ponownie opuścił małą demonicę na dół i nadepnął na jej sukienkę butem. Gładząc swój podróbek zastanawiał się, jak może się stąd uwolnić. Przecież nie będzie mieszkał w cieniu Laury całą wieczność. Ta ciemność wydaje się być strasznie przygnębiająca. Poza tym jej umysł za bardzo kusił swoją treścią. Chciał być sprawiedliwy. Chciał się stąd uwolnić, zabierając ze sobą tą małą, wredną demonicę z departamentu kontroli demonów. Chciał, aby Laura znów mogła otworzyć oczy i spojrzeć trzeźwo na świat.
     Do jego głowy wpadł szalony pomysł. Doskonale wiedział, że nie wymyśli niczego lepszego, poza tym nigdy nie zastanawiał się dwa razy. Wyjął z kieszeni swoje stare, dobre exitialis i przyjrzał się jego ostrzu.
     Andi na widok noża zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Na chwilę zdołała się uwolnić spod buta Nathiela, który szybko chwycił ją za wstążkę, przyczepioną do sukienki. Słyszał, jak mała demonica zawodzi.
     - Nie rób tego! - pisnęła żałosnym głosikiem.
     W jej oczach zobaczył wielkie krople łez, które go zdziwiły. Nigdy w życiu nie widział płaczącego demona. Płaczącego demona, który całe swoje życie musiał przebywać w Reverentii, a na świat ludzi wychodził prawie wcale. Przecież dzieci Królestwa Nocy były bezwzględnymi i bezuczuciowymi istotami, które nie miały dla nikogo litości. A może jednak się mylił?
     Nie zwracając uwagi na dziecięce zawodzenie i przerażenie w oczach szmaragdowookiej istoty, uklęknął przy niej i mocno chwycił ją za rękę.
     - Nie rób tego, nie rób! - krzyczała dalej, panikując.
     - Nie zabiję cię, głupia - mruknął niezadowolony Nathiel, chmurząc się - Co prawda może trochę zaboleć, ale musisz mi to wybaczyć, bo bardziej w tym momencie zależy mi na osobie, którą kocham - powiedział, uśmiechając się ironicznie.
     Dłużej nie czekając, wbił nóż w brzuch małej demonicy, która zawyła boleśnie. Puścił ją, przez co wylądowała na kolanach, kuląc się z bólu. Po jej polikach spływały drobne łzy. W jej twarzy nie było teraz ani trochę demonicznej siły. Wyglądała jak małe, płaczące dziecko, które nie dostało upragnionej zabawki. Nathiel ku swojemu zadowoleniu spostrzegł, że Andi znika. To dobry znak. Szykujcie się, łowcy na powitanie małego pomiota prosto z departamentu kontroli demonów.
     Gdy Andi całkowicie zniknęła, Nathiel skierował spojrzenie w stronę noża, który wciąż trzymał w rękach. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie grał rolę samo okaleczającego się samobójcy, jednak nie mógł nic na to poradzić. Cios zadany exitialis musiał piekielnie mocno boleć, w końcu był stworzony po to, aby zabijać demony. Cóż, los nie pozostawiał mu wyboru, musiał zabawić się w masochistę.
     - No, to jazda - mruknął beztrosko z rozmachem wbijając nóż prosto w swój brzuch.
     Starał się nie wydać z siebie żadnego, bolesnego oddźwięku, co było jednak trudne. To naprawdę bolało. Bolało sto razy bardziej, niż cios zadany zwyczajnym nożem. Wiedział też, że gojenie tej rany zajmie sporo czasu, ale... czego nie robi się dla kogoś, kogo się kocha?
     Nathiel uśmiechnął się krzywo w duchu i zamknął na moment oczy. Gdy je otworzył, ku swojemu zdziwieniu, był z powrotem w organizacji. W chwili słabości utracił równowagę, przez co wylądował tuż nad Laurą.
***
     Przebudziłam się. Otworzyłam oczy i pierwsze, co zobaczyłam to szmaragdowe oczy Nathiela, pochylającego się nade mną. Był równie zaskoczony co ja, więc wywnioskowałam, że stało się coś, czego nie przewidział. Zdecydowanie szybciej niż ja, odzyskał jednak świadomość. Uśmiechnął się do mnie szeroko i powiedział radośnie:
     - Wróciłaś.
     W przypływie euforii, chwycił moją twarz w obydwie dłonie i złożył na moim czole krótki, choć mocny pocałunek.
     Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam co się dzieje. Dlaczego leżałam na podłodze? Dlaczego w pomieszczeniu paliła się tylko jedna świeca, a nieopodal mnie stali wszyscy członkowie organizacji Nox? Dlaczego Nathiel aż tak cieszył się na mój widok? Czy coś się stało?
     Ciszę przeszył głośny, dziewczęcy krzyk. Mała, płomiennowłosa dziewczynka, którą widziałam już kilka razy, przedzierała się właśnie przez tłumy łowców, trzymając się za brzuch. Chciała uciec. Wiedziałam jednak, że to się nie uda.
     - Łapcie ją! - wykrzyknął Nathiel, który zdążył się przenieść do pozycji siedzącej.
     On także trzymał się za brzuch. Mogłam się tylko domyślać, czego było to przyczyną i na pewno nie chodziło tu o zbiorową niestrawność. Jego skrzywiony wyraz twarzy świadczył o tym, że naprawdę cierpiał. Spod jego dłoni wyciekał czarny dymek, zastępujący demonom krew. Musiał być zraniony.
     Sama, bardzo powoli, przeniosłam się do pozycji siedzącej.
     Mała demonica została złapana. Dwóch łowców cienia przytwierdziło ją do podłoża. Jej rozdzierające krzyki niosły się po całym pomieszczeniu, niszcząc bezlitośnie moje bębenki. Próbowała się wyrwać, choć nieskutecznie. Mimo tego, że była demonem, wciąż pozostawała dzieckiem. Bezsilnym i bezradnym. Po jej polikach spływały dziecięce łzy. Nie wiedziałam co zrobiła, nie wiedziałam dlaczego łowcy chcieli ją zabić. Złowieszczo błyszczące w świetle świecy exitialis, było tuż przed nosem płomiennowłosej dziewczynki.
     - Nie chcę umierać! Ja nic nie zrobiłam! - krzyczała rozpaczliwie.
     - Kim ona jest, Nathielu? - spytał wprost Hugh.
     - Andi Tourlaville, departament kontroli demonów - odpowiedział sucho czarnowłosy.
     Wszyscy w pomieszczeniu wstrzymali dech. Nie wiem, czy to jej imię, nazwisko czy to, że należała do departamentu wzbudziło tak wielki szok wśród zgromadzonych. Nikt nie mógł ukryć zaskoczenia.
     - Lepiej od razu ją zabijmy - odezwał się ktoś z boku.
     Reszta go poparła.
     - O co chodzi? - spytałam samej siebie.
     Sorathiel, który siedział tuz obok mnie, postanowił odpowiedzieć na to pytanie.
     - Departament kontroli demonów składa się obecnie z trzech odłamów rodów. Tourlaville, Adair i Vaux. To córka jednego z głównych założycieli departamentu.
     Zaskoczona, pokiwałam głową. Z krojącym się sercem obserwowałam, jak mała, bezradna demonica próbuje uciec od ostrza noża. Nie chciała umierać. Widziałam w jej oczach wolę walki.
     - Zostawcie ją - odezwał się Nathiel, który z trudem podniósł się z podłogi.
     Łowcy spojrzeli w jego stronę zaskoczeni. Nikt nie podejrzewał, że to właśnie on stanie w obronie małej demonicy.
     - Jak to? - zapytał Ian, który był jedną z osób, przytwierdzających małą Andi do podłoża.
     W pomieszczeniu słychać było tylko ciche popłakiwanie dziewczynki. Wszyscy oczekiwali z niecierpliwością na odpowiedź Nathiela.
     - To mimo wszystko dziecko - odparł - Nie widzicie jak płacze? Tak samo wyglądałem ja, gdy się tu po raz pierwszy zjawiłem. Daliście mi wtedy szanse. Dlaczego macie nie dać szansy jej?
     W pomieszczeniu zapanował gwar. Wiele z członków organizacji było oburzone zdaniem Nathiela.
     - Chcesz z niej zrobić łowcę? - spytała przerażająco blada Amanda.
     - Może niekoniecznie łowcę - powiedział zielonooki - Chcę dać jej szansę do życia. Szansę, żeby się zmieniła i została w świecie ludzi.
     W tym momencie nawet mała Andi umilkła, wpatrując się zdziwiona w swojego wybawiciela. Wyglądała tak, jakby nie miała pojęcia o tym, co Nathiel właśnie powiedział.
     Spojrzałam zainteresowana w stronę Hugha, którego mina była niezmieniona. Każdy oczekiwał na jego decyzję.
     - Co jesteś w stanie zrobić, aby ją zmienić? - spytał wreszcie staruszek.
     - Wszystko - odpowiedział, patrząc na niego z powagą - Udowodnię wam, że to możliwe.
Członkowie organizacji spoglądali na Hugha z wyczekiwaniem. Pozwoli na to, czy nie pozwoli? Jego mina była nieprzenikniona.
     - Zgadzam się na to, puścić ją - odpowiedział staruszek.
     Wszyscy byli w szoku. Nikt nie mógł się ruszyć. Nawet przytwierdzający do podłoża małą demonice łowcy mieli z tym problem. Każdy z nich myślał, że to jakiś żart. Dopiero silny głos Hugha, powtarzający słowa: "puścić ją", uświadomił ich o tym, że mówi najprawdziwszą prawdę. Łowcy bez słowa wykonali swój rozkaz. Wiedzieli, że gdy Hugh powtarza coś dwa razy, ma to zostać bez sprzeciwów wykonane.
     Andi spojrzała na łowców przerażonymi oczami, nie wiedząc co uczynić. Przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała uciec, ale wciąż siedziała na podłodze, trzymając się za brzuch. Musiała być naprawdę osłabiona tym ciosem.
     - Nienawidzę cię - burknęła pod nosem, spoglądając nienawistnie w stronę Nathiela.
     - Ja ciebie też - dodał Nathiel, uśmiechając się w diabelski sposób.
     Widziałam to, między nimi powstała jakaś dziwna więź. Być może to kwestia tego, iż obydwoje byli cienistymi demonami, być może powód był zupełnie inny. Tego nie wiedział nikt.
     Chwilę później mała Andi, która nie miała już sił, by protestować, została odprowadzona na górę, gdzie mogła odpocząć, będąc pilnowana przez członków organizacji. Widziałam, że jej oczy, patrzące w dal powoli się zamykały. Być może to kwestia rany z której wciąż ulatniał się ciemny dymek.
     Atmosfera w organizacji uległa natychmiastowej zmianie. Carissa od razu podbiegła do mnie i mocno przytuliła mnie do siebie. Płakała.
     - Jak ja się cieszę, że wróciłaś! - wykrzykiwała przez łzy.
     Kilka osób z organizacji powiedziało do mnie: witaj z powrotem, kilka osób uśmiechnęło się do mnie promiennie, jeszcze inni podchodzili do Nathiela i klepali go po ramieniu, gratulując wypełnionej misji. Wszyscy zdawali się mieć pojęcie o tym, co się działo. Tylko ja tkwiłam oniemiała w ramionach Carissy, nie rozumiejąc tej sytuacji. Moja dusza błagała rozpaczliwie o wyjaśnienia.
     Spojrzałam ukradkiem na Sorathiela z myślą, że mnie zrozumie. Nie myliłam się. Jako pierwszy pospieszył mi z wyjaśnieniami.
     - Andi zawładnęła twoim cieniem - wytłumaczył - Byłaś w strasznym stanie i wszyscy myśleliśmy, że umrzesz. To Nathiel cię uratował.
     Próbowałam przetrawić to, czego się właśnie dowiedziałam. Było to dla mnie coś naprawdę zaskakującego, jednak poczułam ulgę. Nie byłam chora na nic poważnego. To musiały być objawy spowodowane obecnością tej małej demonicy w moim cieniu. Teraz, choć byłam jeszcze słaba, mogłam się cieszyć życiem. Nie pasowała mi tylko jedna rzecz. Jak Nathiel mnie uratował? Bo wnioskując po jego obecnym stanie, z pewnością nie polegało to na wbiciu noża w mój cień.
     - Opowiedz nam wszystko, Nathielu! - wykrzyknęła Carissa, spoglądając już trochę bardziej uspokojona w oblicze znajomego demona.
     Auvrey spojrzał na mnie niepewnie. Czyżby starał się coś ukryć?
     Już po chwili rozpoczął swoją opowieść. Wszystko zaczęło się od pomysłu Sorathiela, który uznał, że Nathiel może spróbować wkroczyć w mój cień i uratować mnie przed demonem. Ponoć był to czyn ryzykowny, gdyż nikt nie wiedział, jakie będą tego skutki. Później usłyszeliśmy o wspomnieniach małego Nathiela, którego starszy brat przyuczał do bycia demonem. To dzięki niemu trafił w progi mego cienia. Ponoć była tam tylko i wyłącznie ciemność. Udało mu się po kilku próbach złapać niewidoczną Andi, która kryła się przed nim i zmusić ją do wyśpiewania wszystkiego po kolei. Nie wiedział jak się stamtąd wydostać, a więc użył do tego exitialis.
     Wszyscy patrzyliśmy na niego z wyczekiwaniem. Zdawało mi się, że wciąż miał coś do powiedzenia. Nieprzerwanie patrzył się w moje oczy.
     - Nawet, gdybym nie trafił do twojego cienia, przeżyłabyś - powiedział do mnie.
     Uniosłam brwi do góry, nie rozumiejąc jego słów.
     - Jak to? - spytał Andrew, który siedział obok nas na fotelu.
     Długo zajęło Nathielowi, zanim wydusił z siebie to, co chciał powiedzieć. W końcu jednak to zrobił.
     - Laura miała tylko pół cienia - wyjaśnił, co już mnie zaskoczyło, gdyż nie wiedziałam o co może chodzić - Andi została wysłana tutaj po to, aby sprawdzić czy jest człowiekiem. Jak się okazało, nie jest nim - przerwał na moment, patrząc na wszystkie, zszokowane tym faktem twarze. Ostatecznie skierował swoje wyjątkowo poważne spojrzenie w moją stronę - Jesteś pół demonem, pół człowiekiem.

środa, 17 grudnia 2014

Rozdział 41 - "Nadzieja umiera ostatnia"

Wiem, ostatnio bardzo często wstawiam rozdziały, ale pomyślałam sobie, że jak wstawię dzisiaj to następny uda mi się dodać 24 grudnia i będzie idealnie. W sam raz. Tak świątecznie. 
Tak więc... 3-osobowa miazga is coming. Rozdział z dużej perspektywy Nathiela.
***
     Wystarczył jeden moment, jedno spojrzenie, kilka obelg wypowiedzianych na głos i wszystko było postawione w jasnym świetle sprawy. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Nikt nie miał odwagi wydusić z siebie żadnego słowa. Przyciemnione pomieszczenie organizacji pogrążone było w przerażającej ciszy.
     Nathiel był pewien, że nad Laurą wisi jakaś czarna klątwa, która na każdym kroku stara się zaprowadzić ją nad przepaść. Wiele razy starał się wyciągnąć do niej pomocną dłoń, ale w tej sytuacji, tak jak każdy w organizacji Nox, był bezradny.
     To departament kontroli demonów znowu zaatakował. Doskonale wiedział, że gdy raz się z nimi zadrze, nie będzie już odwrotu. Każdy łowca, stojący w tym przygnębiająco cichym pomieszczeniu, wiedział jak się kończy przygoda z nimi. Samotnością, brakiem ufności, nieuleczalnym bólem. Każdy choć raz miał z nimi do czynienia. Nathiel był pewien, że zbyt długo cieszył się swobodą wśród demonów. Nigdy ich nie oszczędzał, ani w słowach, ani w czynach. Jego wnętrze podpowiadało mu, że jest w stanie obronić wszystkie ważne dla siebie osoby i żaden departament nigdy nie stanie mu na drodze. Mylił się. Gabrielle dobrze wiedziała na kim zależy mu najbardziej na świecie. Na kimś, kto był bezradny w tym demonicznym świecie. Na kimś, kto pchał się w to bagno z wiedzą, że może sobie nie poradzić. Każdy tu wiedział, że Laura nie należała do najmocniejszych osób, o czym świadczył jej niski poziom energii potencjalnej. Pozornie bezpieczna, a mimo tego stracona. Od dawien dawna, wiadomą rzeczą w świecie demonów było to, że omijali osoby o małym stopniu wyrazistości cienia. Nie były dla nich warte najmniejszej uwagi. Żywiły się tylko energią potencjalną przeciętną i wysoką. Kto by wobec tego podejrzewał, że to właśnie do cienia słabej Laury, dobierze się demoniczna pokraka? Gdyby  ktokolwiek, zorientował się w porę, że dzieje się z nią coś niedobrego z pewnością by zareagował.
     Każdy członek organizacji przechodził przez rytuał "ukrytego cienia", co znaczyło, że choć raz miał on do czynienia z demonem pożerającym ich energię. Ich głównym celem było uwolnienie się spod ich bezwzględnej władzy. Gdy tak się działo, cień stawał się od tej pory niedostępny dla demonów, a łowca cienia przez resztę życia, mógł czuć się bezpiecznie. Zazwyczaj wtargnięcie w progi posiadacza jakiejkolwiek energii potencjalnej, objawiało się otoczeniu w dosyć wyraźny sposób. Demony lubiły przejmować kontrolę nad ludzkim ciałem i prawie nigdy nie kryły się z zamiarem zaspokojenia swojego głodu. Sytuacja z Laurą była zupełnie odwrotna. Demon przebywający w jej cieniu musiał być niezwykle sprytny. Potajemnie pożerał jej słabą energię, nie dając dowodu na własne istnienie. Ukryty w ciemnościach, czekał na odpowiedni moment.
     Nathiel przywalił pięścią w ścianę, zostawiając w niej niewielkie wgniecenie. Wyjątkowo, nikt go nie upomniał. Wszyscy byli tak samo rozgoryczeni jak on. Wiedzieli, że jest już za późno, aby cokolwiek zrobić. To były ostatnie chwile życia Laury.
     Próbowali już wszystkiego. Demon był jednak zbyt głęboko zakorzeniony, aby dać się zwieść. Zdążył uodpornić się nawet na działanie exitialis. Nathiel mógł tylko patrzeć na jej rozpaloną twarz, wykrzywiającą się w grymasie. Wiedział, że wciąż próbuje walczyć. Pot spływał po jej czole, które marszczyło się niepokojąco, usta co rusz otwierały się i zamykały, jakby pragnęły wyrzucić z siebie jakieś słowa, jej przyspieszony oddech był nierówny, a ciało trzęsło się i rzucało na wszystkie strony jak opętane. Tylko dłoń, która wciąż ściskała rękę zapłakanej Carissy, świadczyła o tym, że próbuje wydostać się spod władzy demona, który ewidentnie nad nią dominował.
     Nathiel czuł, że dłużej nie wytrzyma. Wiedział, że jeśli Laura umrze, może zrobić coś naprawdę głupiego. Dla niej byłby w stanie pójść do samej Reverentii i gołymi rękoma udusić każdego członka departamentu kontroli demonów. Wiedział, doskonale wiedział, kiedy to się stało. Nie bez powodu Amy została porwana i umieszczona w magazynie. To była pułapka. Od początku ich celem nie byli oni, a Laura. Doskonale wiedzieli kogo porwać, aby się nie zawahała. Nathiel wcale by się nie zdziwił, gdyby demoniczna wersja ciotki Laury, która zabiła jej matkę, także była pułapką.
     Zielonooki przejechał dłonią po swoich czarnych, roztrzepanych włosach i spojrzał zirytowany w sufit.
     - Zabiję, zabiję ich wszystkich - powtarzał szeptem.
     Nawet przyjacielska dłoń Sorathiela, która poklepała go po ramieniu, w żaden sposób nie pomogła.
     To zemsta departamentu. Surowa zemsta. Kto jak nie on, sprawiał im zawsze najwięcej problemów? Kto jak nie on, był na ich celowniku? W końcu demon w świecie ludzi to jedno przestępstwo, a bycie demonem, który zabija inne demony to podwójna zbrodnia.
     - Co my teraz zrobimy? - spytała płaczliwym szeptem Carissa, zerkając znad zaczerwienionych oczu na szefa organizacji.
     Mina Hugha wyrażała ból. Choć od lat zarządzał całym zgromadzeniem łowców i miał największe doświadczenie w radzeniu sobie z demonami, nie mógł nic poradzić na sytuację Laury.
     - Nie możemy zrobić już nic - odpowiedział cicho.
     Jego słowa wzbudziły chaos wśród zgromadzonych. Nikt z całej organizacji nie życzył tej małej, blondwłosej, bladej istocie śmierci. Wszyscy zdążyli się do niej przywiązać i pokochać ją na swój sposób.
     - A jeśli możemy? - spytał głośno Sorathiel, uciszając tymi słowami resztę zgromadzenia.
     Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni z pewną nadzieją w oczach. Najbardziej ożywił się jednak Nathiel.
     - Mów! Mów na co wpadłeś! - wykrzyknął nerwowo, gwałtownie  łapiąc swojego przyjaciela za ramiona.
     - Nie wiem czy to dobry pomysł - odpowiedział Sorathiel, patrząc gdzieś w bok.
     - Lepiej zrobić coś, niż nie robić nic - stwierdził Andrew, patrząc z zaniepokojeniem na jednego z młodszych łowców.
     - Nie mamy nic do stracenia - poparła go Amanda.
     Wszyscy patrzyli na niego z nadzieją, że jego geniusz podsunął mu właściwe rozwiązanie dla tej dramatycznej sytuacji. On jednak nie był pewien swojego pomysłu. Mógł być nieprzewidziany w skutki.
     - Nathiel - zaczął blondyn z powagą w głosie, patrząc na swojego towarzysza - Jesteś demonem. Wiem, że nigdy tego nie robiłeś, wiem, że może się to skończyć natychmiastową śmiercią Laury, ale... myślę, że powinieneś spróbować wejść do jej cienia - zakończył.
     Wśród łowców zapanował chaos. Kilka okrzyków przerażenia, zaskoczenia i szepty mówiące o tym, że to się nie uda. Sam Nathiel zaskoczony był pomysłem Sorathiela. Na początku nie mógł przetrawić tej informacji. Jego umysł został przyblokowany w taki sposób, że przestał sensownie myśleć.
     - To się nie uda...
     - Może zrobić jej krzywdę!
     - A jeśli straci kontrolę i doprowadzi do jeszcze szybszej śmierci Laury?
     Wszyscy spoglądali w tym momencie na zdezorientowanego Nathiela, który starał się uwolnić wszystkimi siłami swoje szare komórki. Wejść do cienia Laury? Skopać dupę demonowi i uwolnić ją od cierpienia? Jak miał to zrobić, nigdy nie będąc w niczyim cieniu? A jeśli z czasem traci się tą zdolność? A jeśli trzeba się jej uczyć godzinami? Ma to we krwi, czy to zdolność, którą z czasem się nabywa? Gdy wejdzie w jej cień, nie poczuje nagłego głodu, którego nie będzie mógł opanować? A jeśli dwa demony nie mogą znajdować się w tym samym cieniu? Jak to jest, gdy się tam przebywa? Czy będzie umiał uwolnić Laurę? Czy będzie umiał stamtąd wrócić?
     Nathiel przyłożył dłonie do głowy i wydał z siebie oddźwięk bezradności. Za dużo pytań i żadnych odpowiedzi.
     - Uważam, że powinieneś spróbować, Nathielu - stwierdził Hugh, ku zdziwieniu reszty członków organizacji.
     Zielonooki spojrzał na niego w lekkim szoku. Naprawdę? Naprawdę Hugh chciał mu powierzyć tak ważną misję? Do tej pory bał się mu mówić o czymkolwiek. Wiedział, że był nerwowy, często ryzykował i był nieodpowiedzialny. Zachowywał się jak dzieciak, któremu nie można było zaufać, a mimo tego... dał mu wolną rękę.
     - Jeśli nie ty pomożesz Laurze, to kto inny miałby to zrobić? - spytał Sorathiel.
     Te słowa ruszyły go dogłębnie. Teraz jej życie było w jego rękach. Nie wiedział, jak potoczą się jej losy. Nie wiedział, czy nie zrobi jej krzywdy, ale czy miał inne rozwiązanie? Do cholery, Nathielu Auvrey! Kto zawsze bezczelnie ryzykował i igrał z życiem, jak nie ty?! Nie możesz mieć wątpliwości w takim momencie! Czas na pobudkę!
     - Zrobię to - odpowiedział czarnowłosy, marszcząc czoło w skupieniu.
     - A wiesz jak? - spytał Ian, stojący tuż obok niego.
     Jako jeden z niewielu, zachował wewnętrzny spokój.
     Nathiel zastanowił się przez chwilę. Faktycznie, nigdy nie starał się wejść do czyjegoś cienia, bo nie odczuwał potrzeby żywienia się energią potencjalną ludzi. Było jednak w jego głowie pewne wspomnienie, które mogło mu w tej chwili pomóc. Soriel, jego starszy brat był dla niego w dzieciństwie prawdziwą skarbnicą, demonicznej wiedzy. To od niego dowiedział się czegoś na temat organizacji zwalczającej demony i to dzięki niemu wiedział gdzie pójść, aby zmienić swoje przeznaczenie. Niewyraźnie zarysowane wspomnienie pojawiło się przed jego oczami. To była noc. Wyjątkowo mglista noc. Spacerowali razem środkiem pobliskiego parku, oświetlonego tylko bladym światłem lamp. Na przeciwko nich szła kobieta w średnim wieku. Pamiętał, że zatrzymała się przy nich i z oburzeniem stwierdziła, że tak małe dzieci nie powinny spacerować nocą po parku. Nie wiedziała przecież, że byli demonami i było to dla nich coś zupełnie normalnego. Soriel szepnął mu wtedy na ucho: "A teraz patrz, co robi się z takimi jędzami". Kolejny ciąg słów mówił o warunkach, które najkorzystniej będą wpływać na jego cel. Najlepiej robić to w nocy w świetle bladych lamp. Chodzi o to, aby cień był wystarczająco wyraźny. Następny krok to wejść na cień rzucany przez człowieka i pomyśleć o tym, że chce się w nim zatopić. To cecha, którą demony mają wrodzoną. Za każdym razem, gdy tylko chcą to zrobić, uda im się to.
     Nathiel spojrzał w stronę ledwo widocznego cienia Laury. Pomieszczenie było za jasne, a ona była w niezbyt korzystnym położeniu.
     - Zgaście światło i zostawcie tylko zapaloną świecę - stwierdził.
     Przez chwilę członkowie organizacji wpatrywali się w niego zdezorientowani. W końcu jednak wykonali jego rozkaz.
     - Sorath, mógłbyś przenieść Laurę w to miejsce? - spytał Nathiel, wskazując palcem na miejsce pod ścianą, gdzie płonęła świeca.
     Sorathiel kiwnął głową na znak, że rozumie polecenie. Ufał swojemu przyjacielowi i był pewien, że wie co robi. Podszedł do Laury i chwycił jej bezwładne, rozpalone ciało na ręce. Carissa niechętnie puściła jej dłoń. Wykonał rozkaz Nathiela. Kilka osób podłożyło w miejsce pod ścianą kilka poduszek i koców.
     - Tak, żeby jej cień padał na ścianę - powiedział cicho Nathiel.
     Sorathiel bez słowa wykonał polecenie. Uklęknął i przytrzymał dziewczynę w pozycji siedzącej. Jej przechylona w bok, bezwładna głowa sprawiała, że Auvrey miał jeszcze większą ochotę na zabicie całego departamentu kontroli demonów. Musiał się jednak opanować. Badawczo spojrzał na ścianę, gdzie odbijał się w dalszym ciągu blady, choć na pewno bardziej wyrazisty niż wcześniej cień. Nie miał pojęcia, czy to wystarczy, nie miał pojęcia, czy ta sama zasada dotyczyła dotyku. Nie mógł przecież stanąć na ścianie, a nie chciał komplikować sprawy w ten sposób, aby cień znalazł się na podłodze. Musiał spróbować.
     Jeszcze raz tego dnia wytężył swój umysł, starając sobie przypomnieć jakieś rady Soriela. Pamiętał, że pytał go, jak to jest być w cieniu czyjegoś człowieka. Starszy brat odpowiedział mu wtedy, że zewsząd widzi się ciemność. Są wtedy dwa sposoby na władanie: opętanie, które umożliwi patrzenie na świat oczami człowieka lub skrycie się w najdalszym, bezpiecznym, ciemnym kącie. Każdy z tych sposobów umożliwiał pożeranie energii. To był koniec jego wspomnień. Nie wiedział co będzie dalej, gdy już się tam znajdzie. Musiał ryzykować.
     - Gotowy? - spytał cicho Sorathiel.
     Zielonooki spojrzał na niego, chwilę potem, odwracając się i patrząc na poruszone nadzieją twarze członków organizacji. Nie był gotowy, ale musiał to zrobić. Dla członków organizacji, dla siebie, dla Laury.
     Kiwnął głową, na znak gotowości.
     - Powodzenia - usłyszał tuż za swoimi plecami głos staruszka.
     Zaraz po jego krótkiej przemowie, dołączyła się do niego reszta głosów.
     - Poradzisz sobie.
     - Będzie dobrze.
     - Powodzenia, Nathiel.
     - Wracaj szybko z Laurą.
     Te słowa, a także pokrzepiający uśmiech jego przyjaciela sprawiły, że zyskał chęć do walki. Ostatni raz spojrzał na rozpaloną twarz Laury i zdecydował, że to najwyższa pora zadziałać. Wyciągnął przed siebie dłoń i dotknął cienia, odbijającego się na ścianie.
     Myśl o tym, że cię wciąga, myśl o tym, że się zapadasz - powtarzał w głowie Nathiel, zamykając oczy.
     Przez chwilę nie działo się nic. Członkowie organizacji milczeli, pełni nadziei. Nie chcieli mu przeszkadzać, wierzyli, że mu się uda.
     No, dalej, cholerny cieniu! Wciągnij mnie! - powtarzał w myślach nachmurzony Nathiel.
Gdy już myślał, że jego misja się nie powiodła, otworzył oczy i ujrzał upragnioną ciemność.

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 40 - "Pogrążona w ciemnościach"

Tak jak mówiłam, rozdział dodaję trochę wcześniej. Poprzedni był bardzo krótki, ale ten go na szczęście nadrabia. 
Mam takie jedno wspomnienie związane z pisaniem tego rozdziału. Gdy opisywałam chorobę Laury, nagle sama, zupełnie ni stąd ni zowąd, dostałam gorączki i zachorowałam na... jednodniową, naffową ebolę. Przez chwilę miałam wrażenie, że opowiadanie stało się rzeczywistością, na szczęście nie było tak źle >D.  Dziś sama nie czuję się lepiej, więc wrzucam jak najszybciej rozdział. Może krąży nad nim jakaś klątwa :o. 
Do zakładki " bohaterowie", dodałam niedawno Blaziera. Ktokolwiek go jeszcze kojarzy? Pojawił się raz w opowiadaniu i... pojawi się jeszcze nie raz.
Z moim stanem pisania jest dosyć kiepsko. Jak to mówiłam z Cleo, moja pochodnia trochę przygasła. Może to kwestia tego, że zaprzestałam pisania na rzecz nauki i naprawy laptopa? Mam nadzieję, że niedługo znowu wystartuje z pisaniem (choć i tak mam 13 rozdziałów w przód).
***
     Zaczęło się dosyć niepozornie. Objawy jak przy zwykłym przeziębieniu - osłabienie, zawroty głowy i chwilowe, nocne gorączki. Cały czas byłam ospała i choć zmuszałam się do treningów w plenerze, nie potrafiłam się niczego nauczyć. Hugh zauważył, że coś jest ze mną nie tak i zalecił mi długi odpoczynek. Naprawdę zdążyłam polubić tego troskliwego, poważnego staruszka, zarządzającego organizacją. Był świetnym zarządcą i strategiem. Widać było, że siedzi w tej robocie od lat i sprawia mu ona satysfakcję. Dbał o każdego członka organizacji, w tym i o mnie. Był moim dobrym dziadkiem, którego nigdy nie posiadałam. Oczywiście dostałam od niego zakaz chodzenia do szkoły. Nie chciałam go jednak słuchać, bo nie było mnie tam cały miesiąc. Moje zniknięcie budziło już pewne wątpliwości. Na szczęście z pomocą Carissy, udało mi się zdobyć zaświadczenie o pobycie w szpitalu w które nauczyciele po części uwierzyli. Po części, bo przecież chodziłam swobodnie po mieście w czasie, gdy powinnam tam być.
     Dodatkowym problemem była tutaj Amy. Już wszyscy w szkole wiedzieli o tym, że leży w śpiączce. Kto był oczywiście głównym podejrzanym? Laura, a jakże by inaczej. W końcu zawsze siedzi w kącie, jest samotnikiem, chłodną i nieczułą kreaturą. Musiała jej coś zrobić. Tak, to na pewno z zazdrości, bo przecież Amy jest ikoną popularności w tej szkole. Gdyby znali chociaż część prawdy, może inaczej by na to patrzyli. Nie zrobiłabym krzywdy własnej przyjaciółce. Ryzykowałam dla niej życie, aby odbić ją z rąk demonów. Kto by mi jednak w to uwierzył? Dalej musiałam grać cichą i nieprzejętą sytuacją nastolatkę, zwyczajnie nie reagować na głośne docinki. Milcz, a w końcu się odczepią.
     Spojrzałam w okno znajdujące się po lewej stronie klasy od matematyki. Czułam, że moje ciało znowu trawi gorączka. Miałam dosyć tego chorobliwego stanu. To trwało już cały tydzień. Żadne ze słów nauczycielki do mnie nie docierały, chociaż za wszelką cenę chciałam się skupić. Na dodatek ta piekielna senność. Myślałam, że jeszcze chwila i zasnę z otwartymi oczami, patrząc w jej wykrzywioną grymasem twarz. Na szczęście w porę zostałam wybawiona.
     - Panno Collins, widzę, że wyjątkowo nudzi panią dzisiejszy temat. Wnioskuję, że cała wiedza została już przyswojona? - spytała nauczycielka, wybudzając mnie z chwilowego otępienia - Proszę, tablica jest dla pani. Zadanie numer 23.
     Kiwnęłam głową i zerknęłam do podręcznika. Matematyka nigdy nie sprawiała mi większych trudności. Ponoć należałam do tej kujonistycznej części klasy, jak bym więc miała nie umieć tego rozwiązać?
     Powolnym, znudzonym krokiem, zaczęłam iść w stronę tablicy. Jak najszybciej zacząć, jak najszybciej zrobić, jak najszybciej stąd wyjść. Wiedziałam, że to początek dnia, ale czułam, że dłużej tu nie wytrzymam. Mogłam posłuchać Hugha i zostać w domu, przynajmniej na jeden dzień, chociaż szczerze wątpię w to, że w ciągu 24 godzin mój stan by się poprawił.
     Chwyciłam do ręki kredę i zaczęłam nią bazgrać po tablicy. Musiałam naprawdę mocno wytężyć swój umysł, by wykonać to zadanie. Wyjątkowo tego dnia byłam poprawiana przez nauczycielkę, czym wywołałam w klasie niemały szok. Tuż za moimi plecami zaczęły wyrastać szepty. Nie chciałam ich słuchać, bo wiedziałam, że nie są przyjemne. Jak ktoś, kto uczy się całe życie i z nosem siedzi w książkach, ma problem z rozwiązaniem tak prostego zadania przy tablicy? To niewiarygodne! Cóż, zapraszam do mojego umysłu, zobaczymy, który z was podoła rozwiązaniu matematycznego działania w takich warunkach.
     Ostatecznie, po wielu morderczych próbach, zapisałam wynik na tablicy. Byłam wolna i... jeszcze bardziej przytłoczona, niż wcześniej. Moją głowę rozsadzał potężny ból. Miałam nawet chwilowe problemy z oddychaniem. Wiedziałam, że jeżeli na czas nie dojdę do swojej ławki, zakończy się to źle. Wszyscy na mnie patrzyli. Wyczekiwali tego, co mogę zrobić. Może się czegoś naćpałam? Albo pijana byłam? No, tak, właśnie na takiego narkomana i alkoholika wyglądam.
     Uśmiechnęłam się blado pod nosem. Myślcie, co chcecie, już dawno uodporniłam się na ludzkie gadanie.
     - Wszystko w porządku, panno Collins? - usłyszałam surowy głos nauczycielki, tuż za swoimi plecami.
     - Oczywiście - odpowiedziałam szeptem, czego nie zamierzałam.
     Czułam się, jakby głos ugrzęzł gdzieś w mojej krtani. Nie mogłam z siebie wydać żadnego, głośnego oddźwięku.
     - Czy aby na pewno? - usłyszałam raz jeszcze.
     Chciałam kiwnąć głową, chciałam potwierdzić, że wszystko ze mną dobrze, mimo tego, że to kłamstwo. Nie lubiłam nigdy pokazywać, że coś mi dolega. Wolałam przecierpieć swój ból w spokoju. Niestety, moje kłamstwo stało się za bardzo namacalne.
     Zrzucając komuś z ławki podręczniki o które starałam się nieudolnie oprzeć, wylądowałam na podłodze. W moich uszach brzęczały już tylko głośne okrzyki.
***
     - Nie powinnaś przychodzić do szkoły w takim stanie.
     Westchnęłam ciężko i kiwnęłam głową, zgadzając się z pielęgniarką, która siedziała nieopodal mnie. Właśnie przygotowywała jakieś bliżej nieokreślone leki do spożycia dla mojej osoby. Nigdy nie faszerowałam się tabletkami. Zazwyczaj nie chorowałam i mimo przerażającej bladości ciała, zawsze byłam zdrowa jak ryba. Do czasu.
     Moje nagłe omdlenie wywołało w klasie niemały chaos. Pamiętałam tylko tyle, że ktoś klepał mnie po twarzy i do mnie krzyczał. Jakieś ręce podnosiły mnie do pionu. Na twarzy czułam tylko chłodny powiew wiatru, najwyraźniej ktoś musiał otworzyć okno. Dopiero, gdy zostałam zaprowadzona do gabinetu pielęgniarki, mój stan świadomości polepszył się. Wiedziałam już gdzie jestem, co tu robię i co się stało. Teraz moim celem było dostanie się z powrotem do organizacji.
     - Ktoś powinien cię stąd odebrać i zabrać do domu - powiedziała pielęgniarka, podchodząc do mnie i sprawdzając chłodną dłonią moje czoło.
     Jęknęłam bezradnie. Oczywiście. Co mam jej teraz powiedzieć? Moja matka nie żyje, ojciec nie żyje, nie znam nikogo z mojej rodziny, a tak poza tym to mieszkam z obcymi ludźmi w takiej jednej organizacji i zabijam demony. Co pani na to?
     - Nikogo nie ma u mnie w domu - stwierdziłam oschle.
     - Zadzwonię do twojej matki.
     Westchnęłam, zachowując spokój.
     - Jej numer jest nieaktualny. Zgubiła ostatnio telefon i nie kupiła jeszcze nowego - odpowiedziałam.
     Pielęgniarka spojrzała na mnie podejrzliwie.
     - Nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie dostanę numeru do jakiegokolwiek członka twojej rodziny - powiedziała z powagą, malującą się w głosie.
     Bez słowa protestu, wyjęłam z kieszeni komórkę i odnalazłam numer Hugha. Jest na tyle spostrzegawczy, że szybko zorientuje się w sytuacji.
     - Podam pani numer mojego dziadka - mruknęłam.
     Usatysfakcjonowana pielęgniarka, zaczęła wpisywać podawany przeze mnie ciąg cyfr do swojego telefonu. Już po chwili przeprowadziła z Hughiem krótką rozmowę. Słyszałam tylko kilka z jego słów. "Mówiłem jej, żeby nie szła dziś do szkoły", "przepraszam za problem, zaraz ktoś po nią przyjdzie".
     Pielęgniarka rozłączyła się i spojrzała na mnie z uśmiechem.
     - Poczekaj tutaj. Zaraz powinien się tu zjawić ktoś z twojej rodziny - powiedziała spokojnym tonem głosu. Po rozmowie dziwnie złagodniała.
     Nie zamieniłyśmy już ze sobą żadnego słowa. Po cichu przyjęłam leki, które popiłam wodą i oddałam się jej lekarskim dłoniom, które opatrzyły moją ranę na poliku. Zdziwiłam się, że jakąś w ogóle posiadam. Musiałam porządnie przywalić w podłogę.
     Gdy odeszła pod pretekstem przeprowadzenia uświadamiających zajęć dla najmłodszych klas, zostałam całkowicie sama. Jeszcze przez chwilę słyszałam na korytarzu głośne krzyki i śmiechy, które z czasem ucichły, znikając w klasach. Sama we względnym spokoju.
     Położyłam się na wyjątkowo niewygodnym, szkolnym łóżku, przypominającym szpitalne i zamknęłam na chwilę oczy.
     Bałam się, że to może nie być zwyczajna choroba. Nie chciałam skończyć w szpitalu, tak jak Amy. Leżenie tam musiało być naprawdę uciążliwe i nudne. Owszem, jestem osobą, która uwielbia spokój i ciszę, ale nie mogłabym tylko i wyłącznie leżeć w łóżku. Potrzebuję choć na chwilę, każdego dnia, zażyć świeżego powietrza i rozprostować swoje nogi.
     Zastanawiałam się, kogo Hugh po mnie wyśle. Zapewne Carissę. Zauważył już, że świetnie się dogadujemy, poza tym martwiła się o mnie jak niejedna matka. Może wysłać też Iana, który w tym tygodniu ma urlop. W sumie wszystko było mi obojętne. Chciałam po prostu wrócić do organizacji i wejść pod miękką, ciepłą kołdrę, która będzie moim przyjacielem przez resztę nocy.
     Otworzyłam na moment oczy i spojrzałam niechętnie w sufit. Czułam, że jeszcze chwila i pogrążę się w sennej otchłani. Ciemność wołała mnie z daleka, wyciągając do mnie swoje czarne szpony. Choć walczyłam z tym uczuciem, w końcu pochłonęło mnie w całości. Ostatnio nie spałam zbyt dobrze, mój stan był więc w pełni uzasadniony. Zdążyłam tylko przekręcić się na lewą stronę, po czym usnęłam, tuląc polik do poduszki. Początkowo otaczała mnie ciemność. Niezmierzona, gęsta, przytłaczająca. Nie czułam jednak niepokoju, będąc w niej. Przynajmniej dopóki nie usłyszałam dziecięcego śmiechu, który nagłaśniał się z każdą minioną sekundą. Słyszałam go już gdzieś. Tak, to było wtedy, gdy byłam w magazynie. To ta mała, czerwonowłosa demonica. Dlaczego przypomniała mi się akurat teraz?
     - Cześć, jestem Andi, od dziś będę twoją przyjaciółką!
     Spojrzałam w tył i dostrzegłam małą, 6-letnią dziewczynkę. Wtedy wyglądała tak samo. Złożone za plecami ręce i jej pochylająca się do przodu sylwetka. Uroczy uśmiech zwiastował coś niepokojącego.
     - Pamiętasz mnie?
     Mała demonica chwyciła mnie za dłonie. Jej szmaragdowe oczy błyszczały złowieszczo w ciemnościach.
     - Zabawmy się, Lauro - powiedziała złowrogo, wbijając we mnie swoje małe, ostre pazury.
     Jej usta rozszerzyły się w diabelskim uśmiechu.
     Wyrwałam gwałtownie ręce z jej uścisku, oddalając się od niej na kilka dobrych metrów. W mojej głowie zabrzmiał ponowny, głośny śmiech dziecka. Chciałam uciec, ale pochłaniał mnie bez końca. Moje nogi utkwione były w tym samym miejscu i nawet siłą nie byłam w stanie ich ruszyć. Moją głowę rozsadzał potężny ból. Miałam ochotę krzyczeć. Zamiast tego, upadłam w ciemnościach na kolana i ukryłam twarz w dłoniach. Dziecięcy śmiech umilkł, a gdy otworzyłam oczy, tuż przede mną tkwiła przerażająca głowa dziecka z ostrymi jak brzytwa ząbkami i błyszczącymi demonicznie oczami.
     Zerwałam się z łóżka, tłumiąc w sobie krzyk przerażenia.
     - Ej, spokojnie! Nic ci przecież nie zrobiłem! - usłyszałam.
     Spojrzałam gwałtownie w bok i oniemiałam. Nie wiedziałam czy to jeszcze sen czy już rzeczywistość. Być może mój umysł płatał mi figle. Z trudem powstrzymałam się od nadmiernej wylewności uczuciowej.
     - Nathiel? - spytałam cicho i niepewnie.
     - Nie, Roszpunka - odpowiedział zirytowany chłopak, mimo wszystko uśmiechając się do mnie.
     - Co tu robisz? - dodałam ciszej, ignorując jego atak słowny.
     - Przyszedłem po ciebie.
     Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, oddając się w pełni tej uroczystej chwili. Minęły prawie dwa miesiące od naszej ostatniej rozmowy, która nie skończyła się zbyt pozytywnie. Pierwszy raz od tego czasu, siedziałam tuż obok niego, przyglądając się jego twarzy z bliska. Może to śmieszne zabrzmi, ale czasem miałam wrażenie, że zapominam jakie ma rysy, uśmiech, jakie wykonuje gesty. Teraz wpatrując się w jego szmaragdowe, demoniczne oczy, przypomniałam sobie wszystko. Dlaczego nie wpadłam na to, że Hugh może wysłać po mnie właśnie niego?
     - Dlaczego ty? - spytałam, powoli wracając do swojej chłodnej postawy.
     - Niech pomyślę - zaczął sarkastycznym tonem głosu chłopak - "Kto dzwonił, staruszku?", "pielęgniarka ze szkoły Laury. Ktoś musi po nią pójść, bo zasłabła", "Serio? Ta wredna, blada dupa albinosa? To kto po nią idzie?", "Ty, Nathiel" - zakończył, krzywiąc się znacząco.
     Za wszelką cenę starał się pokazać swoją niechęć do mojej osoby. Był zimny, bezwzględny i.... zwyczajnie nie umiał kłamać. Gdzieś w jego oczach krył się radosny błysk. Usta mimo wykrzywienia, powoli, mimowolnie przechodziły w uśmiech radości. Nathiel bronił się od tego, co przyniosło całkiem zabawne skutki.
     Westchnął wreszcie, teatralnie przewracając oczami i kładąc dłonie na swojej twarzy. Nie chciał, bym teraz na niego patrzyła.
     Uśmiechnęłam się lekko na ten widok.
     - Nie potrafię się na ciebie gniewać - szepnął ledwo słyszalnie, wciąż nie odkrywając twarzy.
     - Nie potrafisz? - spytałam rozbawiona - Przez ostatnie dwa miesiące nawet słowem się do mnie nie odezwałeś.
     - Starałem się też na ciebie nie patrzeć - mruknął niepocieszony Nathiel, odsłaniając dwa palce.
Byłam w stanie zobaczyć jego oko. - Teraz spojrzałem i mi przeszło. Jesteś diabłem, umiejącym czarować oczami!
     Uśmiechnęłam się i zabrałam z jego twarzy dłonie. Sama nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam. W jakiś sposób cieszyłam się na jego widok. Nie mogę okłamywać samej siebie, naprawdę za nim tęskniłam. Brakowało mi jego irytującego śmiechu, energiczności i ogromnej głupoty, którą zarażał ludzi. Bez Nathiela to nie było to samo życie, w końcu to on je rozświetlał.
     Chłopak odwzajemnił uśmiech, który wyglądał w tym momencie bezradnie.
     - Możemy to uznać za zgodę? - spytał.
     Zastanowiłam się.
     - No, nie wiem - zaczęłam istnie wrednym tonem głosu - Nie wiem czy mogę wybaczyć ci te okrutne słowa i twoje bezczelne zachowanie.
     - Widzę, że czujesz się już lepiej - przyuważył ironicznie rozbawiony Nathiel.
     Powstrzymałam się od śmiechu.
     - Przepraszam - usłyszałam nagle.
     Widziałam, że słowo to sprawiło mu wielki problem w wymówieniu. Nie patrzył mi prosto w oczy. Zerkał gdzieś w bok. Jego twarz przypominała twarz osoby, która właśnie musiała odrzucić na bok swoją dumę.
     - W porządku - powiedziałam, kiwając głową ze zrozumieniem - Ja też przepraszam.
     Ponownie spojrzeliśmy na siebie i wymieniliśmy bezradne uśmiechy. Obydwoje mieliśmy problem z przeprosinami. Były dla nas czymś zawstydzającym i niepotrzebnym. Zarówno ja, jak i Nathiel byliśmy osobami, które w swoim mniemaniu nie potrzebowały niczyjej pomocy, troski, a więc i czułych słów. Byliśmy w stanie przebaczyć sobie nawet milcząco.
     - Idziemy? - spytał Nathiel, który do tej pory kucał przy pseudo szpitalnym łóżku. Widziałam, że jak najszybciej chce zmienić temat.
     Kiwnęłam głową, a następnie, w trybie natychmiastowym, przeniosłam się do pionu. Starałam się, aby moja postawa była w miarę prosta i wyglądająca na "trzeźwą". Wiedziałam, że Nathiel przygląda się mi uważnie, badając mój obecny stan. Nie chciałam pokazywać, że coś jest ze mną nie tak. Głowa do góry, prosta sylwetka i władza nad nogami.
     Idąc w stronę drzwi, musiałam wyglądać jak sztywny kołek. Wywnioskowałam to oczywiście po cichym śmiechu Nathiela. Nieważne jak, ważne, że w ogóle szłam.
     - Może mam ci pomóc? - spytał, wychodząc tuż za mną z gabinetu lekarskiego.
     Potrząsnęłam gwałtownie głową, przybierając twardy wyraz twarzy. Mogłam mdleć lub umierać w samotności, byle nie przy Nathielu. Nie chcę jego pomocy i troski. W końcu nie po to dołączałam do organizacji, żeby w dalszym ciągu być od niego zależna. Teraz radzę sobie sama.
     - Gdzie tak pędzisz? - usłyszałam za plecami, coraz bardziej rozbawionego Nathiela.
     Właśnie przekroczyłam próg szkoły. Do organizacji było kilka kilometrów. Jeśli się pospieszę, dojdę tam bezproblemowo o własnych siłach.
     Wewnętrzna bezsilność krzyczała i śmiała się ze mnie na przemian, próbując wmówić mi, że nie dam sobie rady sama. Nie miała racji. Silną wolą mogę osiągnąć wszystko.
     Gdzieś na poziomie pobliskiego parku, zrównaliśmy się ze sobą, od tej pory idąc ramię w ramię. Uginając się pod prośbami i naleganiami Nathiela, opowiedziałam mu jak zaliczyłam bliskie spotkanie z podłogą i wylądowałam w gabinecie pielęgniarki. Po mojej opowieści stwierdził, że przecież nie muszę się przemęczać, w końcu i tak nie dorównam mu jako łowcy. W normalnym przypadku zaprzeczyłabym temu narcystycznemu stwierdzeniu, ale uznałam, że Nathiel w tej sytuacji miał racje. On naprawdę stworzony był do tego, by zabijać demony. Nie brakowało mu żadnych cech, które mogły go czynić łowcą cienia. Był silny, sprytny, szybki, pewny siebie, umiał dekoncentrować przeciwnika. Mi tych cech zwyczajnie brakowało. Kto wie, być może z biegiem lat, jeżeli dane będzie mi przeżyć pośród demonicznych pokrak, sama nabędę tych cech. Na razie wiedziałam tyle, że są to początki, które nie dają efektów. Nathiel oczywiście zaproponował mi swoją pomocną dłoń. Stwierdził, że jest mi w stanie dać ostry wycisk, który zaowocuje w walce z demonami. Nie, wciąż nie był entuzjastycznie nastawiony do tego, że chciałam zostać łowcą. Wyraził swoją niechęć do tej kwestii mówiąc, że powinnam jak najszybciej z tego zrezygnować. Jeżeli jednak tego nie zrobię, uszanuje moją decyzję i będzie się starał mi pomóc. Łezka kręciła mi się w oku, gdy patrzyłam na mojego zielonookiego towarzysza, który diametralnie zmienił swoje nastawienie. Mógł mówić, co chce, ale naprawdę miałam wrażenie, że lekko wydoroślał.
     - Ja poważniejszy? - spytał, prychając głośno. - Nigdy w życiu. Będę wiecznym dzieckiem i nigdy się nie zestarzeję.
     - Kiedyś będziesz musiał - uznałam z westchnięciem.
     - Nie. Już na zawsze będę przystojny i uroczy.
     Zaśmiałam się cicho.
     - Z przystojnym się zgodzę, ale uroczy? Zmieniłabym to słowo na: irytujący - stwierdziłam.
     - A więc jestem w twoim typie? - spytał Nathiel, olewając dalszą część wypowiedzianego przeze mnie zdania.
     - Oczywiście. O nikim innym nie marzę, jak o czarnowłosym księciu z bajki, który skrywa w sobie demoniczną naturę. I koniecznie musi mieć białego rumaka.
     - Nie stać mnie na konia - burknął Nathiel, chmurząc się.
     - W takim razie mi przykro, nie jesteś moim księciem z bajki - odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
     Naprawdę swobodnie mi się z nim rozmawiało. Jednak miesiące bez wspólnych rozmów i wygłupów były dla mnie ciężkie. Teraz mogłam cieszyć się tym, co odzyskałam. Jeżeli ktokolwiek uzna, że to miłość, będę musiała sprzedać mu ostrego kopa w tylny aspekt osobowości. Nie, to w dalszym ciągu nie było to uczucie. Nathiel dalej był dla mnie jak brat. Jedyne, co mogłam stwierdzić na dzień dzisiejszy to to, że moje życie bez niego nie byłoby takie same i cieszę się, że wciąż przy mnie jest.
     Uśmiechnęłam się w stronę nieba. Dzięki tej sytuacji poprawił się mój stan. A przynajmniej tak uważałam do chwili, gdy w mojej głowie nie pojawił się ostry ból. Stanęłam przy pobliskim drzewie i skrzywiłam się znacząco. Znane mi wcześniej z klasy uczucie, powoli zaczęło wracać. Otępienie, piekielne gorąco i problemy z oddychaniem. Teraz byłam już pewna, że to nie jest zwykła choroba.
     Nathiel stanął przy mnie, patrząc na mnie ze zdezorientowanym wyrazem twarzy.
     - Będziesz mdlała? - spytał.
     Gdy nie odpowiedziałam na to pytanie i spojrzałam gdzieś w bok, zirytowany położył dłonie na moich polikach i skierował moją twarz w swoją stronę. Wyglądał na poważnego.
     - Powiedz mi prawdę i nawet nie waż się mnie oszukiwać - stwierdził groźnie.
     Jego postawa przypominała mi dokładnie tą samą z dnia, w którym się pokłóciliśmy. Zachował się wtedy jak prawdziwy, nieludzki demon. Bałam się go w tym momencie. Gdyby głos nie ugrzęzł w moich gardle, z pewnością odpowiedziałabym na to pytanie.
     Nogi uginały się pode mną, zwiastując nieprzewidziany w skutki upadek. Na szczęście Nathiel w porę przytrzymał mnie za ramiona. Spoglądałam na niego znad przymrużonych, zamglonych oczu, nie rozumiejąc, co do mnie mówi, a mówił naprawdę wiele, sądząc po jego bez przerwy otwierających się ustach. Może nawet krzyczał, nie wiem. Moje uszy zagłuszył oddźwięk dziecięcego śmiechu, paraliżującego wszystkie zmysły. Wiedziałam, że nie ucieknę, a ciemność przywita mnie lada moment w swoich progach w raz z małą, czerwonowłosą dziewczynką. Ten moment był już blisko.
Moje nogi straciły czucie. Jestem pewna, że gdyby nie Nathiel, leżałabym tu teraz z twarzą w piachu, nie mogąc się poruszyć. Na szczęście w porę mnie chwycił i wziął w ramiona. Bezwładną głowę oparłam na jego piersi. Nie czułam niepokoju. Byłam we właściwych rękach. Ostatni raz spojrzałam w twarz Nathiela z którego ruchu warg mogłam rozczytać swoje imię i pogrążyłam się w ciemności, skąd złowieszczo patrzyły na mnie szmaragdowe oczy.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Rozdział 39 - "Organizacja Nox"

Rozdział należy do zdecydowanie najkrótszych na blogu. Cóż, Laura potrzebowała trochę odpoczynku od Nathiela i lekkiego oswojenia z organizacją.
Jako, że ostatnim razem spóźniłam się z dodaniem rozdziału o dwa dni i, że ten, który właśnie wstawiam jest krótki, dodaję go dziś. Myślę, że następny też będzie dodany trochę szybciej, a potem wrócę do zwyczajnego przedziału czasu C: 
***
     Dziś mijał miesiąc. Dokładny miesiąc odkąd przeprowadziłam się do organizacji i rozpoczęłam trening, mający na celu przygotowanie mnie do bycia pełnoprawnym (choć nie udokumentowanym) łowcą cienia. W tym czasie zdążyłam zaleczyć ból żeber, nabrać trochę masy, wzbogacić się o minimalną ilość mięśni, nauczyć się korzystania z exitialis i zgłębić kilka demonicznych tajników. Nie były to początki zbyt trudne, choć myślę, że po prostu Hugh nie chciał mnie zniechęcić. Powoli brnęłam do celu, odbudowując wiarę we własne możliwości. Noża wciąż nie dostałam. Ponoć ląduje w dłoniach tylko pełnoprawnego łowcy, który sobie na to zasłuży. Wiedziałam, że daleko jestem od tego chwalebnego dnia. Na szczęście nie musiałam martwić się o atak demonów. Byłam tu bezpieczna bez noża, otoczona zewsząd ludźmi walczącymi z nimi. Tylko szmaragdowooki, szalony samobójca, wepchnął by się do tego wielkiego domu, będącego siedzibą organizacji Nox. Taki, jak na przykład Nathiel, który - jak mniemam - nigdy nie był w zbyt dobrym stanie psychicznym.
     Westchnęłam cicho.
     Nathiel. Ostatnio coraz częściej nawiedzał mój umysł. Nie wiedziałam czy to z powodu tęsknoty, przyzwyczajenia, czy najzwyczajniej w świecie nie miałam o kim i o czym myśleć. Po prostu był i zwiedzał najgłębsze zakamarki moich myśli. Przez cały miesiąc widziałam go tylko cztery razy. Dwa razy przelotnie, dwa razy w całej okazałości, gdy Hugh organizował obrady. Przez dwie godziny, w obydwu przypadkach, ani razu na mnie nie spojrzał. Traktował mnie jak powietrze. Skoro trwało to już cały miesiąc, musiał być na mnie niesamowicie zły. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek spojrzy mi w twarz i rzuci jakimś dobrze mi znanym, sarkastycznym tekstem, przepełnionym głupotą. Zaczynałam w to coraz bardziej wątpić.
     Może to dziwnie zabrzmi, ale teraz to z Sorathielem miałam zdecydowanie lepszy kontakt, niż z moim demonicznym kolegą. Nie raz spotykaliśmy się przypadkiem w szpitalu, przy łóżku z wciąż pobladłą i nieruchomą Amy, której stan się nie poprawił. Nigdy o niej nie rozmawialiśmy. Nasz wewnętrzny ból i strach przed prawdą, chowaliśmy w najgłębszych zakamarkach świadomości. Nasze rozmowy toczyły się głównie wokół tego, co się ostatnio działo. Opowiadałam mu o tym, czego się nauczyłam, co działo się w organizacji danego dnia i jak sobie radziłam w obecnym stanie rzeczy. On, opowiadał mi o tym, jakie misje wypełnili ostatnimi czasy w raz z Nathielem. Niewiele mówił o nim samym, a ja, zwyczajnie bałam się pytać. Tylko raz odbyliśmy krótką rozmowę dotyczącą naszego szmaragdowookiego, znajomego demona. Sorathiel stwierdził, że odkąd wyprowadziłam się od nich z domu, zmienił się do nie poznania. Gdy nie oglądał swoich japońskich bajek, snuł się znudzony po kątach, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Rzadko wybuchał swoim irytującym śmiechem, rzadko się uśmiechał i radował. Jeżeli miałby go do kogoś porównać, z pewnością nazwałby go kobietą w ciąży, której wciąż coś nie pasuje. Sorathiel był pewien, że to z powodu mojej nieobecności. Gwałtownie temu przeczyłam, w końcu sam się na mnie nadarł i kazał odejść. Nawet słowa blondyna mówiące o tym, że Nathiel naprawdę żałuje tego, co powiedział i jak się zachował, nie pomagały. Przecież gdyby mu zależało, spojrzałby na mnie, zechciałby ze mną porozmawiać. Nikt nie każe mu prosić o wybaczenie na kolanach, ja sama nie byłam przecież bez winy. Sorathiel uznał, że unika mnie dlatego, że wstydzi się zaistniałego między nami sporu i... w sumie na tym skończyła się nasza rozmowa o Nathielu. Blondyn wspominał o nim tylko przelotnie. Najczęściej podkreślał to, że szanowny Auvrey narzeka na fakt, iż zostałam łowcą. Sorathiel miał oczywiście zupełnie inne zdanie na ten temat. Stwierdził, że jeżeli taka była moja decyzja, każdy powinien ją uszanować. Osobiście się z nim zgadzałam.
     Bywało tak, że widywaliśmy się w organizacji. Zamienialiśmy wtedy jednak tylko kilka słów. Gdy w pobliżu nie było Nathiela, chłopak starał się też przekazać mi kilka rad odnośnie walki z demonami. Zresztą nie tylko on. Cała organizacja była otwarta na pomoc dla mnie. Czasem byłam wręcz przytłoczona porcją informacji i rad, którymi co dzień mnie karmili. Nie raz śmiałam się w myślach, że powinnam założyć wielki i gruby notes ze wskazówkami łowców. Lubiłam ich. Naprawdę ich lubiłam. Być może była to kwestia tego, iż większość z nich była po 30-stce. Od kiedy pamiętam, obracałam się w towarzystwie poważnych ludzi. Zawsze wolałam dorosłych, niż rówieśników, bo mieli do przekazania zdecydowanie więcej wartościowych informacji. Nie traktowałam ich oczywiście tylko jak nauczycieli. Po miesiącu spędzonym z nimi, stwierdziłam, że zastępują mi prawdziwą rodzinę.
     Ian, czterdziestodwuletni letni mężczyzna z siwiejącą, bujną czupryną i błękitnymi ognikami w oczach. Przypomina mi starszego wujka z którym można się powygłupiać, a także podyskutować na poważne tematy. Na ogół był radosnym panem, choć jego twarz zdradzała lata ciężkiej pracy i smutku. Był starym kawalerem, któremu demony odebrały w młodości narzeczoną.
     Amanda. Kobieta bliska pięćdziesiątki. Długie, farbowane, czarne włosy, zawsze splatała w przesadnie sztywnego koka. Tu i ówdzie miała trochę więcej, niż przeciętny człowiek. Z wyglądu przypominała surową babcię, która pilnowała, aby wszystkie jej wnuki były najedzone i umyły zęby przed snem. Cała organizacja kryła się po kątach, gdy zaczynała krzyczeć, ja jednak widziałam w niej nie tylko wybuchowy wulkan, ale pełną miłości kobietę. Kobietę, która utraciła całą swoją rodzinę - męża, dzieci, a nawet wnuki, w jeden dzień, za sprawą departamentu kontroli demonów z którym zadarła.
     Andrew, w skrócie: Andy. Niedawno skończył trzydzieści lat. Na jego urodziny podarowałam mu starą książkę przygodową, która zalegała u mnie w pokoju. Był molem książkowym, uwięzionym we własnym, magicznym świecie wyobraźni. Jak dla mnie, gdyby nie był łowcą, mógłby zostać poetą. Lubiłam go słuchać, zawsze zaskakiwał mnie barwnymi opisami sytuacji i świata. Mógłby być moim ojcem, który czyta mi książki na dobranoc. Jego łagodne spojrzenie szarych oczu, wprawiało mnie w spokojny stan. Dołączył do organizacji dzięki Amandzie, która dostrzegała w nim potencjał. Był głównym, samotnym kronikarzem Nox.
     Carissa. Chyba najbliższa memu sercu kobieta. Była w tym samym wieku, co Ian. Jej głowa usłana była naturalnym, kasztanowym kolorem włosów. Jej oczy w przeróżnych kolorach, przyciągały ludzi jak magnes. Mimo swojego wieku, wyglądała na dziesięć lat młodszą. Zawsze uśmiechnięta i troskliwa. Gdyby nie dane było mi przeżyć 17 lat z Joanne - moją przyszywaną, ukochaną matką, pewnie to Carissa by mi ją zastąpiła. Zawsze powtarzała, że przypominam jej własną córkę, którą utraciła. Mieszkała w raz z nią w organizacji. Ponoć, gdy była mała, doskonale dogadywała się z Sorathielem i Nathielem. Niestety, pewnego dnia wyszła na dwór i nie wróciła. Carissa podejrzewała, że to sprawka demonicy o imieniu Elea, którą mocno niegdyś zraniła.
     Reszta oczywiście była równie wspaniała. Każdy miał swoje niepowtarzalne cechy, które wyróżniały ich spośród łowców. Łączyły ich tak naprawdę tylko dwie rzeczy: wspólny cel oraz to, że wszyscy kogoś utracili. Zdążyłam więc wywnioskować jeszcze jedną rzecz: łowcy to samotnicy z wyboru.
     - Jak zwykle milczysz, kochanie.
     Spojrzałam w lustro, wprost w odbicie drogiej memu sercu, drugiej matki. Czesała właśnie moje przydługie, blond włosy, z zamiarem zrobienia z nich warkocza. Uważała, że powinnam od czasu do czasu zmieniać fryzurę.
     - Co zajmuje twoje myśli? Nathiel? - spytała rozbawiona, patrząc w lustro.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Nie - zaprzeczyłam spokojnie - Organizacja.
     - Powinnaś przestać ciągle rozważać takie głupoty - stwierdziła kobieta, śmiejąc się cicho - Jesteś młodą, piękną i mądrą dziewczyną, jeszcze nastolatką. Powinnaś myśleć o chłopakach, o ciuchach i szkole. Nie bądź taka sztywna i poważna!
     Przewróciłam oczami.
     - Kiedy ja nie potrafię inaczej - odpowiedziałam, wzruszając ramionami - Mam tak od dziecka.
     - W takim razie nigdy nie miałaś dzieciństwa.
     Zamyśliłam się.
     To całkiem możliwe. Normalne dzieciństwo polega na radosnej zabawie z rówieśnikami - ja niestety tego nie przeżyłam.
     - Jak tak na ciebie spoglądam - zaczęła Carissa, przerywając moje egzystencjalne rozmyślania - Przypominasz mi kogoś.
     Wiem, doskonale wiem, że przypominam jej córkę. Miała przecież tak samo długie, blond włosy jak ja, bladą, delikatną skórę i jasne, zielone oczy. Mogłaby rzec, że jestem jej kopią. Nie chciałam jednak tego mówić na głos. Nie chciałam jej zranić zbędnymi słowami.
     - Była tu kiedyś taka młoda dziewczyna - zaczęła swój wywód, patrząc zamyślona w sufit.
     Zdziwiłam się. Z pewnością nie mówiła o swojej córce.
     - Z wyglądu bardzo podobna do ciebie. Dołączając do nas, rozbudziła całą organizację. To za jej sprawą dołączyło do nas wiele nowych osób. Zwerbowała między innymi Iana - kontynuowała, powracając do układania z mych włosów warkocza - Była pełna energii. Przyjacielska, towarzyska, radosna. W niczym jednak nie przypominała nastolatki, którą była, podobnie jak ty. Swoje młodzieńcze lata, poświęciła na walkę z demonami, które naprawdę się jej bały. Była poważna, choć nie raz popełniała błędy. Doświadczona, choć prawie niczego nie przeżyła. Często widziałam na jej twarzy zamyślenie. Gdy pytałam o czym myśli, odpowiadała tak samo jak ty - zakończyła z uśmiechem.
     Wiem, to głupia i może dosyć obsesyjna myśl, ale przez głowę mi przeszło, że mogła być moją matką.
     - Jak się nazywała? - spytałam zainteresowana.
     Carissa zmarszczyła czoło, zakładając na mojego warkocza gumkę. Teraz spływał po moim prawym ramieniu, dumnie błyszcząc w świetle słońca.
     - Hmm, Amanda, Cassandra, Sara, Bella... - wymieniała na głos imiona. - Ach! Madelaine! - wykrzyknęła triumfalnie, po czym znowu zmarszczyła czoło - Tak mi się przynajmniej wydaje.
     Odwróciłam się do niej przodem, patrząc na nią z nadzieją w oczach.
     - A co, gdyby była moją matką?
     - Myślisz, że przeznaczenie popchało by cię w to samo miejsce, gdzie ona niegdyś przebywała? - spytała tajemniczo.
     - Nie takie sytuacje w życiu bywały.
     Carissa znowuż się zamyśliła.
     - Pamiętam, że pewnego dnia zniknęła. Na pewno była wtedy zima.
     Ożywiłam się. Przecież urodziłam się w zimie! Dokładnie 11 grudnia.
     - Czekaj - przerwała kasztanowłosa kobieta, patrząc na mnie z nie dowierzaniem.
     Jej szept wyrażał teraz liczby.
     - Miała może jakieś 16 lat, zniknęła w... tak, to mógł być 1997 rok. Być może powodem było dziecko! - wykrzyknęła.
     Oczy świeciły jej z powodu nadmiernej ciekawości. Wpatrywała się we mnie, trzęsąc głową. Gdy już miała coś powiedzieć, z nagła uśmiechnęła się pobłażliwie.
     - Nie dajmy się ponieść wyobraźni. To naprawdę mało prawdopodobne, kochanie - podsumowała.
     Rzeczywiście. Nasza wyobraźnia zawędrowała za daleko. Niby dlaczego moja matka miałaby być łowczynią? To głupie i nieprawdopodobne stwierdzenie. Powinnam przystopować z myślami na ten temat. Przez ostatni miesiąc wszędzie widziałam swoją rodzicielkę. Każde zielone oczy wzbudzały na mieście moje podejrzenia, każde blond włosy sprawiały, że dostawałam nadmiernego ataku ciekawości, każdy ironiczny tekst, usłyszany gdzieś z boku, był przeze mnie notowany w pamięci. To była obsesja. Prawdziwa obsesja.
     Westchnęłam cicho, spoglądając w zamyśleniu w okno.
      I to właśnie wtedy, po raz pierwszy dostrzegłam u siebie przedziwne objawy.

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 38 - "Nowy świat, nowa ja"

Gdyby "W cieniu nocy" miało być podzielone na tomy, właśnie na tym rozdziale zakończył by się pierwszy z nich. Razem z Laurą zamykamy jeden z rozdziałów życia. Teraz będzie się działo o wiele więcej. Pierwszy tom pokazał jej życie z troszkę łagodniejszej strony, bo dopiero wdrażała się w ten świat. Od tego, można powiedzieć, że tomu, zacznie się mocniejsza akcja. Więcej departamentu kontroli demonów, więcej Aidena i Calanthe, więcej wyjaśnień, więcej łowców, więcej demonów i... romantyzmu. Stąd moja pisarska mania. Jupi. Cieszmy się.
Na zakończenie pierwszej części, mamy też nowy nagłówek i lekka zmiana na jaśniejsze kolory. Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do nowego wystroju, bo wolę mroczniejsze tonacje kolorów, ale... powoli, powoli. Na pewno wystrój jest ładniejszy, niż ten poprzedni, który raził mnie już w oczy, chociaż Cleo twierdzi, że ten jest za mało mroczny - poniekąd się zgodzę XD. Ale wprowadza tu trochę dynamiki i romantyczności, której teraz będzie dużo <3. 
Oczywiscie rozdział wstawiany z opóźnieniem, bo ze względu na brak laptopa i milion sprawdzianów, straciłam rachubę. Tymczasem przywitajmy dosyć znaczący w życiu Laury rozdział.
***

     Cztery, białe ściany, przytłaczały mnie swoją wielkością i smutkiem umierających na około ludzi. Będąc w tej sali, zastanawiałam się, ilu ludzi cierpiało, zwijając się w nocy z bólu i wołając o pomoc. Ile osób zakończyło tu swój marny żywot? Ile osób leżało tu bez celu, będąc pogrążonym w wiecznym śnie, tak jak Amy?
     Nigdy w życiu nie byłam w szpitalu w roli osoby chorej lub poszkodowanej. Odwiedzałam tu tylko innych. Moją własną matkę, która pewnego dnia straciła przytomność w pracy z powodu przemęczenia, umierającego tyrana - mojego przyszywanego ojca, koleżankę z klasy z którą praktycznie nie miałam nic wspólnego i Amy, która mogła się już nie obudzić.
     Radość ze zwycięstwa została przyćmiona szybciej, niż sądziłam. Tak bardzo cieszyłam się, że podołałam tej trudnej misji, że nie dałam się presji, jaką wywarła na mnie ta krytyczna sytuacja, że przezwyciężyłam ból, ale... czy mogłam czerpać z tego prawdziwą radość, podczas tego, gdy dowiedziałam się, że demony dobrały się do energii potencjalnej mojej przyjaciółki i wyżarły ją w takim stopniu, że stała teraz ze mną na równej pozycji? Sorathiel uświadomił mnie, że jeżeli nastąpi gwałtowny spadek takiej energii, człowiek albo umrze albo zapadnie w śpiączkę. Powinnam się więc cieszyć, że Amy w ogóle oddycha i pozornie żyje. Wciąż była słaba nadzieja, że kiedyś zregeneruje siły, otworzy oczy i spojrzy na mnie, szczęśliwie wołając: "patrz, jaki ten lekarz jest przystojny!".
     Uśmiechnęłam się słabo pod nosem. Gdy spojrzałam na jej pobladłą twarz, cała wiara gdzieś uszła. Moje życie to pasmo udręk, które się nie kończą. Najpierw Deaniel, który oddał za mnie życie, trafiając do otchłani, później moja matka, która walczyła jak prawdziwa lwica po to, abym ja mogła żyć, a teraz Amy, która nie była niczemu winna. Leżała tu w bezruchu, nie uśmiechając się, nie śmiejąc. Była jak martwa lalka, która sobą nie przypominała mojej prawdziwej przyjaciółki.
     Tylko kilka chwil dzieliło mnie od prawdziwego wodospadu łez. Nie chciałam, a raczej nie mogłam jednak płakać. Płacz ugrzęzł gdzieś na dnie mojego serca. Żebra uniemożliwiały mi nadmierne emocje i poruszanie się.
     Siedziałam cicho, kuląc się w sobie i starając nie patrzeć w twarz blondyna, który tak samo jak ja, siedział przy łóżku w milczeniu. Wiedziałam, że wewnętrznie cierpi. Wiedziałam, jak się czuje. Przecież sam już raz stracił cenne osoby w swoim życiu. Amy była jego słońcem, które teraz przyćmione zostało wielką, burzową chmurą.
     Gdzieś pod oknem stał Nathiel, który milczał z nachmurzoną miną. Odkąd tu przybyliśmy, nie odezwał się do mnie ani słowem. Zastanawiałam się, czy zbierał w głowie obelgi, którymi chce mnie obrzucić, czy myślał nad dramatycznością tej sytuacji. Wnioskując po jego wyrazie twarzy, odbijającym się w szybie okna, pewnie rozważał obydwie opcje.
     Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam, czy w ogóle mam się odzywać. Wiem, że postąpiłam źle, lekceważąc jego słowa, ale uratowałam Amy. Gdyby nie ja, być może w ogóle by jej nie odzyskali. Demony zalewały ich zewsząd, próbując za wszelką cenę zagrodzić im drogę od niej. Powinniśmy się cieszyć, że to skończyło się tak, a nie inaczej.
     Nathiel zagłuszył moje myśli, uderzając mocno pięścią w parapet, który aż zabrzęczał. Drgnęłam niespokojnie na krześle.
     - To moja wina, Nathiel - odezwał się niespodziewanie blondyn.
     Zielonooki prychnął pod nosem.
     - Niby dlaczego twoja? - spytał nerwowo.
     - Pozwoliłem Laurze iść za nami, a wręcz nalegałem, żeby to zrobiła - powiedział odważnie, zerkając w stronę pleców swojego przyjaciela.
     Odbicie Nathiela w szybie, zamknęło oczy i uśmiechnęło się w poirytowany sposób.
     - Świetnie - podsumował - Myślałem, że to ja jestem idiotą. Że w przeciwieństwie do was nie myślę, ale w tej sytuacji muszę przyznać, że obydwoje jesteście kretynami.
     Nasz demoniczny towarzysz, odwrócił się z krzywym uśmiechem w naszą stronę i oparł łokciami o parapet.
     - Z tobą policzę się później - powiedział, patrząc chłodno w stronę Sorathiela - A ty - tu spojrzał w moją stronę.
     Jego oczy kryły w sobie jakąś dozę nienawiści, co zaczynało mnie powoli przerażać. Wiedziałam, że ta rozmowa nie zakończy się pozytywnie.
     - Jestem cholernie zły - zaczął spokojnym tonem głosu - tak cholernie zły, że mam ochotę coś rozwalić - dodał, odrobinę groźniej - Mimo tego, że mogłaś zginąć, jak na skrzydłach poleciałaś do magazynu - ironizował - Pewnie, Laura musi pokazać jaką jest bohaterką, przecież do tej pory nic jej nie wychodziło.
     Spojrzałam na Nathiela z niechęcią, próbując zahamować swoje nerwy.
     - To moje życie i nikt nie będzie nim rządził - syknęłam przez zęby.
     - Pewnie! - wykrzyknął rozbawiony zielonooki - Ograniczam cię, zniewalam, chcę dla ciebie źle! Tak! Masz racje! - krzyczał dalej, śmiejąc się w przerażający, nie zwiastujący niczego dobrego sposób.
     - Wiem, że nie chcesz źle - zaczęłam spokojnym głosem, próbując ratować sytuacje.
     - Nie wiesz, do cholery! - niemalże wrzasnął, odrywając się od parapetu.
     Ze strachu przed jego głosem, oparłam się dłońmi o łóżko. Patrzyłam w jego twarz, bojąc się jego reakcji. Jeszcze kilka godzin temu sądziłam, że jest całkiem nieszkodliwy i że żadną siłą słów nie jest mnie w stanie pokonać. Chyba się myliłam.
     - Nie wiesz jak się o ciebie martwię! Jak chcę cię bronić! Ale mi to nie wychodzi! Ciągle pchasz się w jakieś bagno! I to dobrowolnie!
     Miałam wrażenie, że im więcej słów, tym Nathiel coraz bardziej krzyczy. Jeszcze chwila i jakaś pielęgniarka przyleci do nas, błagając o ciszę i wypraszając ze szpitala.
     - Jak można być tak głupim? - spytał spokojniej Nathiel, swoim kpiącym głosem.
     - Można - odpowiedziałam chłodno, zyskując nowej mocy. - Sam ryzykujesz, gdy ratujesz najbliższych. To samo zrobiłam ja.
     - Jest między tobą, a mną pewna różnica - zaczął rozbawiony tym faktem chłopak. - Ja, jestem łowcą, umiem walczyć, umiem radzić sobie z demonami. Ty, jesteś zwyczajną dziewczyną, której mało nie zabił zwykły, cienisty demon. Dlaczego nie mogłaś tego zostawić nam?
     - Bo nie dalibyście rady - szepnęłam.
     - Dalibyśmy! Nie raz dawaliśmy sobie radę w gorszych sytuacjach! Już jako małe dzieciaki zabijaliśmy demony!
     Wzięłam głęboki wdech i wydech. Zamknęłam na chwilę oczy, by się uspokoić. Wiem, Nathiel miał poniekąd racje. Coś mi jednak podpowiadało, że nie powinnam się z nim zgadzać. Było tyle argumentów obalających jego słowa...
     - Nie cofnę czasu - powiedziałam zimnym głosem - Wszyscy uszliśmy z życiem. Odzyskaliśmy Amy bez większych problemów i szkód.
     - Tak? - zaśmiał się zielonooki - Wstań.
     Spojrzałam na niego zdziwiona. Gdy nie uzyskał ode mnie upragnionej reakcji, powtórzył to samo słowo ze zdwojoną siłą głosu. Nie wiedząc co uczynić, podniosłam się do góry. Nathiel podszedł do mnie gwałtownym krokiem i z zaskoczenia, ścisnął moje żebra.
     Na moment utraciłam oddech, a moje nogi ugięły się pode mną. Upadłam na kolana. Nie dane było mi nawet wrócić do siebie. Nathiel zaraz chwycił mnie za dłoń i przywrócił do pionu, sprawiając, że zrobiło mi się słabo z bólu. Był nieczuły. Nieczuły i bezwzględny. Taki, jaki nigdy jeszcze nie był.
     Złapałam się za żebra, wydając z siebie mimowolny, cichy jęk. I tu Sorathiel przyszedł mi z pomocą.
     - Uspokój się, Nathiel - powiedział chłodnym głosem. - Doskonale wiesz, że sprawiasz jej tym ból.
     - Wiem - odpowiedział równie chłodno zielonooki - Chcę jej pokazać co się dzieje, gdy z demonami zadziera osoba, która nawet nie powinna mieć wstępu do tego świata. Osoba, która jest słaba, nie radzi sobie sama w życiu i potrzebuje ratunku innych.
     Zacisnęłam mocno pięści, spoglądając w jego twarz z niekrytą nienawiścią.
     - Nie potrzebuję twojej pomocy - syknęłam - Nigdy więcej nie chcę jej już dostać. Poradzę sobie sama i to lepiej, niż myślisz, ty nieczuły, demoniczny baranie.
     - Proszę - odpowiedział ironicznie rozbawiony Nathiel, który rozłożył ręce na bok - Droga wolna. Nikt ci nie każe tu stać.
     - Dlatego wyjdę. Nie będę obciążać twojego cennego żywotu taką kupą nieszczęścia - warknęłam i wymijając swojego "ukochanego", czarnowłosego towarzysza, wyszłam z pomieszczenia. Na sali zaległa cisza.
***
     Aromat różanej herbaty koił moje nerwy już po raz kolejny, podczas zaskakującej wizyty. Nigdy nie sądziłam, że tu wrócę, że zrobię to, czego przecież początkowo nie chciałam. Ponoć decyzje życiowe pod wpływem silnych przeżyć i emocji, mogą diametralnie ulec zmianie. Tak też było ze mną. Od zawsze byłam słabą, tchórzliwą i mało znaczącą w świecie ludzi osobą. Prowadziłam spokojne życie, kryjąc się w ciemnym kącie pokoju, skąd żadna siła nie mogła mnie wyrzucić. Narzekałam, raziłam chłodem, zamykałam się w sobie i nienawidziłam. Nienawidziłam wszystkich ludzi wokół mnie. Teraz coś się zmieniło.
     - Pamięta pan naszą rozmowę? - spytałam, zaciągając się cudownym zapachem róż.
     Staruszek doskonale wiedział o co mi chodzi. Sytuacja sprzed kilku miesięcy, gdy spytał mnie o coś, czemu zaprzeczyłam, wyglądała podobnie jak teraz. On i ja, na skórzanych fotelach, na przeciwko siebie, z filiżankami pełnymi aromatycznej herbaty, w przyciemnionym pokoju. Za oknem szalejący wiatr. To dokładnie ta sama sytuacja.
     - Chcę zostać łowcą cienia - wyrzuciłam z siebie, nie spuszczając z niego oczu.
     Hugh nie był tym faktem wcale zdziwiony. Uśmiechnął się tylko na dźwięk moich słów i pokiwał znacząco głowa. Jakaś wewnętrzna myśl podpowiadała mi, że spodziewał się takiego obrotu sprawy. Wiedział, że w końcu dołączę do organizacji.
     - Przemyślałaś tą decyzję na poważnie? - spytał podejrzliwie - Pamiętaj, że nie warto kierować się emocjami.
     - Przemyślałam - odpowiedziałam spokojnie - Nie chcę być już dla nikogo obciążeniem. Chcę bronić osób, na których mi zależy, chcę potrafić obronić siebie. Na temat świata demonów wiem już wystarczająco dużo. Teraz nie tkwię tam jedną nogą, a dwoma.
     Hugh pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem.
     - Zważając na ostatnie dzieje, myślę, że warto, abyś nauczyła się jak radzić sobie z demonami - stwierdził starszy pan - Pamiętaj jednak, że droga do zostania łowcą cienia nie jest łatwa. Spójrz na to miejsce, niewielu jest tu ludzi. Nie wszyscy wiedzą, nie wszyscy chcą, nie wszyscy się starają.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. Doskonale wiedziałam, że bycie łowcą to nie łatwa sprawa. Nigdy nie wiesz, czy dzień dzisiejszy nie będzie twoim ostatnim, nigdy nie wiesz, co cię czeka - tysiąc bolesnych ran i zagłada, czy chwalebne zwycięstwo. Nie wiesz co planują demony, nie wiesz jak potoczy się twoja bitwa. Musisz być czujny, samodzielny, szybki, nieufny, silny i twardy. Brak którejkolwiek z tych cech, może oznaczać twój koniec.
     Moja szalona decyzja przyćmiła mój umysł. Połowę z tego, co mówił do mnie Hugh, rozumiałam, połowę nie. Przeklinałam siebie w duszy za brak nieuwagi. Niestety, nie mogłam nic na to poradzić. Dzisiejszy dzień był dla mnie ciężki. Gdy myślałam, że zakończy się pozytywnie, życie ponownie odwróciło się ode mnie plecami. Miałam wrażenie, że zostałam na tym świecie sama. Bez nikogo, kto by mnie wsparł, podał dłoń, gdy upadnę, poniósł mnie, gdy zabraknie mi sił. To musiało się stać. Przeznaczenie popchało mnie do momentu, w którym zawarłam słowny kontrakt z szefem organizacji Nox. Pomożemy ci, nauczymy cię jak radzić sobie z demonami, gdy nadejdzie czas, dostaniesz własne exitialis. Trening zaczniesz od jutra, lepiej będzie, jeżeli przeprowadzisz się do organizacji. Te wszystkie słowa kłębiły się w mojej głowie, nie mogąc stworzyć konkretnej wizji przyszłości. Nawet wówczas, gdy wstałam i pożegnana przez Hugha wyszłam z organizacji, mój umysł okryty był ciemną zasłoną nieświadomości. Działałam jak robot, wbrew własnej woli. Wyjść, iść, wykonać, wrócić - to właśnie miałam zrobić.
     Moje serce zakołatało niespokojnie, wiedząc, że znowu będzie musiało spotkać się z nerwowym Nathielem. Chciałam uniknąć tego spotkania, ale nie mogłam. Moim celem jest teraz spakowanie swoich rzeczy i udanie się do organizacji, gdzie spędzę najbliższy czas na nauce. Koniec mieszkania z Nathielem. Koniec jego ucieszonej twarzy, która codziennie rano spoglądała na mnie w kuchni. Koniec gestów, które świadczyły o przyjacielskiej więzi, szaleńczego śmiechu, niszczącego moje bębenki i umysł, głupoty, którą się zarażałam. Czego mam żałować? Przecież takie życie wcale mi nie odpowiadało, prawda?
     Spojrzałam w niebo, cicho wzdychając.
     Mogłam oszukiwać każdego na około, ale nie mogłam oszukać siebie. Mimo nerwów i uczucia, że zostałam potraktowana źle, nie mogłam zaprzeczyć, że było mi przykro i czułam się jak zbity pies. Miłe gesty Nathiela wcale mi nie przeszkadzały. Jego obecność także. W rzeczywistości lubiłam go i nauczyłam się jak z nim żyć. Teraz będę musiała przyzwyczaić się do innej codzienności. Wiedziałam, że będę go widywać w organizacji. Wiedziałam, że do końca od niego nie ucieknę, że to nie kompletny koniec naszej wspólnej przygody. Coś się jednak w tym momencie zmieniało i bezpowrotnie wymykało mi się z rąk.
     Stanęłam przed drzwiami domu dwóch, znajomych łowców z którymi mieszkałam. Na moment zawahałam się, w końcu jednak uznałam, że nie powinnam się bać. Była duża szansa, ze jeszcze nie wrócili do domu.
     Otworzyłam drzwi, wchodząc do środka po cichu. Bezproblemowo znalazłam się w swoim tymczasowym pokoju. Bezproblemowo spakowałam wszystkie swoje rzeczy do niewielkiej walizki, stojącej w rogu pokoju. Bezproblemowo zeszłam po schodach i znalazłam się przy wyjściu. Jak jednak idzie się domyślić, moje życie nie mogło wyglądać do końca bezproblemowo.
     - Idziesz do domu? - usłyszałam głos, gdzieś z głębi salonu.
     - Nie - odparłam, stając przed drzwiami i nie odwracając się do tyłu - Do organizacji.
     Słyszałam, że Nathiel podrywa się do góry i podchodzi do mnie szybkim krokiem. Zatrzymał się jednak w porę, zanim zdążyłam odwrócić głowę i powiedzieć: "nie podchodź".
     - Nie mów, że... - mówiąc to, urwał w pół zdania.
     Domyślał się mojej decyzji. Nie był taki głupi, na jakiego wygląda.
     - Chcę zostać łowcą - powiedziałam oschle.
     Wiedziałam, że nie spodoba mu się ta myśl. Że będzie próbował odciągnąć mnie od tego, że będzie chciał mnie zatrzymać. Ja jednak nie chciałam się poddawać.
     - Pogrzało cię?! - usłyszałam jego krzyk, który zakończył ciężkim westchnięciem - Laura, przemyśl to - kontynuował całkiem spokojnym głosem - To nie jest coś, co możesz robić. Nie nadajesz się do tego.
     - Bo co? - spytałam, prychając - Bo jestem słaba, tchórzliwa?
     - Tego nie powiedziałem - odpowiedział poirytowany Nathiel - Po prostu... mogłabyś przynajmniej spojrzeć w moją twarz?
     Potrząsnęłam głową. Nie chciałam tego robić. Nie teraz. Zielonooki zrezygnował. Nie chciał mnie zmuszać do patrzenia na siebie. Najwyraźniej domyślał się, że nie chcę go oglądać po tym, co zrobił.
     - Nie rób tego - powiedział bezradnym głosem.
     - Zrobię to - stwierdziłam twardo, chwytając za klamkę.
     Nie chciałam dłużej wysłuchiwać jego nieudolnych błagań. Jeszcze niedawno wydarł się na mnie, że mam sobie radzić sama i odejść, a teraz próbował powstrzymać mnie przed moją decyzją? Nie, nikt mnie już od tego nie odciągnie.
     Otworzyłam drzwi i postawiłam krok w przód. Nathiel chwycił mnie za dłoń.
     - Laura - powiedział najbardziej bezradnym głosem, jaki w życiu usłyszałam.
    Nie mógł jednak wymówić nic, oprócz mojego imienia. Wiedział, że nie wygra tej bitwy. Był na straconej pozycji.
     - Nie - odpowiedziałam chłodno.
     Zielonooki tkwił przez moment w tej samej pozycji, trzymając moją dłoń i zastanawiając się co powiedzieć. W końcu jednak zrezygnował i niechętnie mnie wypuścił.
     Wzięłam głęboki wdech i dłużej nie czekając, ruszyłam w stronę organizacji.
     - Laura - usłyszałam pewniejszy głos.
     Przystanęłam na chwilę, chcąc go wysłuchać.
     - Dzięki za list - powiedział.
     Kiwnęłam głową, czując, jak moje serce zaczyna szybciej bić. Przeczytał go, pamiętał, dziękował. Chciałam spytać go o więcej. Czy podobał mu się mój nieudolny rysunek? Co sądzi o treści? Miał dla niego jakąś wartość? Czy prezent, choć skromny, był udany?
     - Proszę - odpowiedziałam, zamiast pytań.
     Dłużej nie czekając, ruszyłam przed siebie. To były ostatnie słowa jakie zamieniliśmy. Pożegnaliśmy się we względnej zgodzie, mogłam być więc spokojna. Mogłam, a mimo tego, jakiś dziwny smutek targał mym sercem. Po raz kolejny zamykałam rozdział mojego życia, zostawiając to co złe za sobą. Kolejny etap będzie trudniejszy. Rzucam własną duszę na głęboką, niezmierzoną wodę. Nie wiem czy sobie poradzę, nie wiem czy przetrwam. Wiem tylko tyle, że nigdy wcześniej nie byłam niczego tak pewna, jak teraz. Chcę zostać łowcą, zostanę nim i wreszcie zmienię bezlitosne przeznaczenie. Żegnajcie tchórzliwe dni, witaj demoniczny świecie.