wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 68 - "Jesteś moją jedyną miłością"

Rozdział z dwudniowym opóźnieniem. Praca mnie wykończyła i gdy już miałam dopisywać wczoraj ostatnie linijki rozdziału, zachciało mi się spać. Uznałam, że nie będę pisać pierdół, choć... i tak mam wrażenie, że są tu pierdoły. Po 8 dniach niepisania, gdy siadłam przed wordem, nie wiedziałam o czym i o kim piszę :o. A takie długie przerwy zazwyczaj mi się nie zdarzają.
Myślę, że po tym rozdziale niektórzy będą się cieszyć <3. Bo ktoś, coś! *tak bardzo wiadomo o co chodzi*. Ale tak ogólnie to wydaje mi się, że ten rozdział jest maksymalnie zdechły.
Nie obiecuję, że następny pojawi się w niedzielę. Możliwe, że nie zdążę go napisać.
PS. Rozpiska WCN podpowiada mi, że do końca opowiadania zostało... 5 rozdziałów!
***
     - Nathiel!
     Z głośnym krzykiem zerwałam się z łóżka, zrzucając brutalnie na podłogę kołdrę, okrywającą moje ciało. Mój oddech był ciężki, przyspieszony, ruch boleśnie nieprzyjemny. Momentalnie przed oczami stanęły mi fioletowe cienie.
     - Laura, uspokój się! - usłyszałam znajomy, dziewczęcy głos. Nie potrzebuję zbytniej trzeźwości umysłu, aby wiedzieć, że osoba, która przy mnie jest to Amy. Tak naprawdę zawsze przy mnie była, gdy jej potrzebowałam. Nawet teraz trzymała mnie mocno za ramiona i próbowała zmusić do ponownego położenia się do łóżka. Byłam pewna, że nie robiła tego bez powodu. Coś musiało mi dolegać.
     Z cichym jękiem bólu opadłam na poduszki, a chwilę potem zostałam przykryta szczelnie i nazbyt dokładnie miękką kołdrą. Gdy patrzyłam w obcy, pobielany sufit, w głowie wirowało mi jak na karuzeli. Dobrze znane, niezbyt miłe uczucie sprawiło, że dostałam mdłości.
     - Źle ci? - usłyszałam troskliwy głos przyjaciółki.
     Chciałam uśmiechnąć się w łagodny sposób, próbując przekonać ją o tym, że wcale nie czuję się najgorzej, na mojej twarzy pojawił się jednak tylko krzywy grymas. Zazwyczaj kłamanie nie sprawiało mi problemu, a Amy była na tyle naiwna, że potrafiła mi uwierzyć nawet w istnienie jednorożców zbawiających świat, tym razem musiałam jednak dobrowolnie oddać się w ręce prawdy. Było mi źle, cholernie źle. 
     Co się stało? Gdzie byłam? Dlaczego jest tutaj Amy? 
     Zmarszczyłam czoło, próbując przypomnieć sobie jakąkolwiek, kluczową sytuację. Na moje nieszczęście, w głowie tkwił mi jednak tylko obraz roześmianego Nathiela. Jęknęłam załamana, przykładając w bezradnym geście dłonie do czoła. Miałam już dosyć jego twarzy. Mógłby się tu w końcu pojawić, dać znać, że żyje, ale nie, on wciąż się gdzieś ukrywał.
     - Co się stało? - jęknęłam boleśnie, czując nagłe ukłucie w boku. Moje wspomnienia to tylko strzępki pourywanych wspomnień, które nie łączyły się ze sobą w żaden sposób.
     - Cóż - zaczęła niepewnie Amy.
     Odzyskując trzeźwość umysłu i właściwą ostrość obrazu, spojrzałam na nią ukradkiem. Dopiero teraz dostrzegłam, że obok niej siedzi nieprzejęty niczym Sorathiel. 
     - Widzisz - starała się kontynuować przyjaciółka. Żeby uratować własny język, spojrzała przymilnie w stronę swojego chłopaka, który najwyraźniej spodziewał się, że przejmie rolę tłumacza.
     - Zostałaś zraniona podczas walki przez szefa departamentu kontroli demonów - wyjaśnił spokojnie.
     Chmurząc się, ponownie skierowałam spojrzenie ku sufitowi. Urywki wspomnień powoli zaczęły łączyć się w całość. Wszystko zaczęło się od śmierci Hugha. Za sprawą rozkazu Amandy i Andrew, uciekłyśmy w raz z Andi do Northem Park, który wydawał się być spokojny. Znikąd wyrósł przed nami Deaniel, który wrócił z otchłani. Zabiłam go, trafiając nożem prosto w jego serce. Zaraz po tym przybył mój ojciec. W między czasie z powodu trucizny krążącej w moich żyłach, traciłam świadomość. Przyszła Calanthe, zaczęła walczyć z Aidenem. Ostatecznie przegrała, zostając zraniona. Stanęłam w jej obronie i dostałam nożem prosto w klatkę piersiową.
     Na samo wspomnienie o mojej ranie, skrzywiłam się wyraźnie. Niepewnym ruchem dłoni dotknęłam zranionego miejsca. Napotkałam na swojej drodze bandaż. Ktoś musiał mnie opatrzeć.
     - Co z Amandą, Andrew, Andi i moją matką? - spytałam, patrząc niepewnie na Sorathiela, który z pewnością nie wahałby się oznajmić mi śmierci któregokolwiek z nich.
     - Amanda została poważnie zraniona i przez co najmniej tydzień będzie musiała wypoczywać, Andrew tylko złamał rękę. Andi jest cała i zdrowa, a Calanthe zdążyła już stanąć na nogi - oznajmił spokojnie.
     Odetchnęłam z ulgą. Zastanawiało mnie tylko jedno. Czy to, że Calanthe stanęła już na nogi, nie oznacza przypadkiem, że wreszcie przebywa z resztą łowców? Miałam taką nadzieję. Nie chciałam, by kolejny raz wpakowała się sama w jakieś kłopoty. Zdecydowanie przydałby się jej zespół, który pomoże jej w walce z demonami, w końcu ile można samotnie działać? Przebywanie samemu w końcu znudzi najtwardszego zawodnika.
     Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam rozglądać po pomieszczeniu. Już na początku zdołałam przyuważyć, że miejsce w którym przebywam jest mi całkowicie obce. Ze względu na otoczkę tajemniczości, uznałam, że jestem w tymczasowej kryjówce łowców cienia z Nox. Miałam dziwne wrażenie, że znajdowała się ona w piwnicy. Było tu tylko jedno, małe okienko, które zasłonięte było prowizoryczną zasłoną w postaci jakiejś szmatki, zrobionej z dziecięcych śpioszków. Dookoła płonęły woskowe świece. Dwie z nich postawione były na malutkiej, drewnianej szafeczce obok łóżka na którym spoczywałam, dwie na mahoniowym, poobdzieranym stole w rogu pokoju, dwie stały w świeczniku na komodzie. Mimo niewielkiej ilości świec, pomieszczenie wydawało się być dosyć dobrze oświetlone. Pokój przypominał mi poniekąd małą graciarnię. Wszędzie stały zakurzone meble, nie pasujące do całości, milion krzeseł leżało pod ścianą, stare, mroczne obrazy o niegdyś złotych ramach, wisiały nad komodą i stolikiem pod dziwnie przekrzywionym kątem. Najbardziej w oczy rzucała się wielka biblioteczka stojąca pod ścianą. Miałam ochotę zgłębić lektury, które się tam znajdowały.
     - Gdzie jesteśmy? - spytałam po dłuższej obserwacji.
     - Piwnica starego domu Hugha, która została ochrzczona tymczasową siedzibą Nox - wytłumaczył spokojnie Sorathiel - Nasza stara siedziba została zniszczona.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem, o resztę nie chciałam pytać. Pomieszczenie w którym się znajdowałam, ani trochę mnie nie intrygowało czy obchodziło. Ważne, że wszyscy byli bezpieczni. Prawie wszyscy. Skąd miałam wiedzieć co się działo z Nathielem? 
     Z cichym westchnięciem spojrzałam w pobielany sufit. Zanim zemdlałam, wydawało mi się, że widzę jego oczy. Domyślałam się jednak, że to tylko iluzja. Nathiela tam nie było. Jedyną osobą, która tam była i posiadała szmaragdowe tęczówki był mój ojciec. Trucizna całkowicie musiała opanować mój umysł, wobec czego wyobraziłam sobie osobę przy której czułam się zawsze bezpieczna.
     - Nathiel - zaczęłam cichym, niepewnym głosem. Postanowiłam zaryzykować z pytaniem - Wydawało mi się, że go widzę. Nie było go tu, prawda? 
     Widząc bezwyrazową i milczącą twarz Sorathiela, natychmiastowo spojrzałam na Amy, której mina mówiła za siebie. Nathiela naprawdę tu nie było, to tylko moje omamy przed omdleniem. 
     - Widzisz, Laura... - zaczęła moja przyjaciółka. Nim jednak dane było jej dokończyć, usłyszałam za plecami cichy, dobrze mi znany głos:
     - Nathiel? Co za gość? 
     Wstrzymałam dech. Miałam wrażenie, że mam omamy słuchowe, że to, co tak naprawdę słyszę nie jest prawdą. To mój umysł musiał mnie oszukiwać. Czy jednak oczy mogły mnie kłamać? Chyba nie byłam jeszcze w takim depresyjnym stanie, aby widzieć zmaterializowaną postać o czarnych, roztrzepanych włosach, szerokim, łobuzerskim uśmiechu i szmaragdowych, błyszczących oczach. 
     Moje serce przyspieszyło swoje bicie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, w to, co słyszę. Myślałam, że to jakiś cholerny sen z którego lada moment się obudzę. Tuż nad moją głową, wsparty łokciem na oparciu od sofy oraz z ręką, trzymającą podbródek, stał nie kto inny jak Auvrey. 
     Nie wiedząc co powiedzieć, zaczęłam trząść głową z niedowierzaniem. Moje usta były lekko rozwarte, zupełnie, jakby były gotowe wyrzucić z siebie jakieś słowa. Niestety, milczały.
     - Stęskniłaś się? - usłyszałam wesoły ton głosu. Na twarzy zielonookiego pojawił się radosny wyszczerz. Jeszcze nigdy nie wyglądał tak przystojnie jak teraz, gdy opierając się na dłoni, spoglądał na mnie z góry. Przyznaję, początkowo dałam się omamić jego czarowi. Łzy kryjące się za powiekami mało nie ujrzały światła dziennego, a usta nie wykrzyknęły radosnych słów. Ostatecznie zdołałam się jednak powstrzymać od wylewnego przywitania. Uczucie wzruszenia bardzo szybko zastąpiła złość. 
     - Ty kretynie! - wykrzyknęłam tak potężnie, że sama Amy podskoczyła przestraszona na krześle - Ty zidiociały, masochistyczny baranie z masą mieloną zamiast mózgu! - razem z moimi słowami w ruch poszła poduszka na której jeszcze niedawno leżałam. Zaskoczony Nathiel nie zdołał się od niej uchronić - Ty przemądrzały, narcystyczny, demoniczny debilu udający depresje! - wydzierałam się w dalszym ciągu. 
     Powoli zaczynało brakować mi powietrza, a ból w klatce piersiowej dał się we znaki. Wciąż jednak utrzymywałam się w pozycji siedzącej i patrzyłam na Nathiela z iskrami złości w oczach.
     Amy dostrzegając moją nagłą złość, postanowiła usunąć się w kąt. 
     - Chodź - szepnęła do Sorathiela, którego momentalnie pociągnęła za rękę w stronę drzwi. Posłała mi spojrzenie w stylu: pogadajcie sobie, nie stresujcie się i zwyczajnie, w raz ze swoim chłopakiem wyszła za drzwi. W pokoju zapadła krótka cisza, podczas której Nathiel wpatrywał się w moją twarz z nachmurzoną miną, a ja ciężko dyszałam, próbując opanować nerwy.
     - Myślisz, że tęskniłam? - wyrzuciłam w końcu z siebie, prychając niczym rozjuszony kot.
     - Sądząc po twoim miłym powitaniu, kilku zgrabnych komplementach i łzach w oczach - zaczął Auvrey, wpatrując się w zamyśleniu w sufit - Tak, na pewno tęskniłaś - zakończył, śmiejąc się swoim radosnym, niezmąconym złem śmiechem.
     Dopiero w tym momencie cała złość opuściła moje ciało. Nie przejmowałam się już bólem, nie przejmowałam się swoją słabością. Liczył się dla mnie fakt, że cenna dla mnie osoba, której mogłam zawierzyć cały swój świat, nareszcie wróciła. 
     Przeniosłam się z siadu na kolana i objęłam dłońmi szyje Nathiela. Swoją głowę oparłam na jego ramieniu, momentalnie zalewając je litrami łez. Starałam się płakać bezgłośnie, choć z marnym skutkiem. Nawet idiota by się zorientował, że właśnie wypłakuję całą swoją tęsknotę.
     Zielonooki nie wydawał się być zaskoczony. Sam objął mnie mocno i przyciągnął do siebie tak, jakby nigdy więcej nie miał puścić. Gdyby nie fakt, że byłam mocno zraniona, zapewne nie przeszkadzał by mi jego niedźwiedzi uścisk.
     - Moje żebra - jęknęłam.
     - Żebra? - spytał cicho Nathiel - Co mnie twoje żebra?! - wykrzyknął, śmiejąc się wesoło - W końcu wpadłaś w moje objęcia!
     Mimo głupiego żartu, chłopak zmniejszył siłę swojego uścisku. Swój ciepły polik wtulił w moją szyję. Czułam, jak jego usta rozszerzają się w uśmiechu.
     - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, kretynie - warknęłam żartobliwie, zaciskając dłonie na jego koszulce i wtulając się w niego jeszcze bardziej - Ja po prostu się stęskniłam - dodałam cichutko, bojąc się własnych słów.
     - To bardzo odważne stwierdzenie jak na królową chłodu - powiedział rozbawiony chłopak.
     - Każdy ma uczucia. Nawet królowa lodu - mruknęłam.
     - Mylisz się - prychnął Nathiel - Każdy leci na takiego przystojniaka jak ja, nawet królowa lodu - zaśmiał się chłopak.
     Uśmiechnęłam się mimowolnie, z dobrej woli nie komentując jego wypowiedzi. Zamiast tego odchyliłam się i spojrzałam prosto w oczy Nathiela, w których latały iskierki radości. Uśmiech ani na chwilę nie zszedł z jego twarzy. Ja sama miałam ochotę śmiać się i skakać z powodu szczęścia, które do mnie powróciło, ze względu na swój stan, wolałam jednak nie nadużywać sił. 
     Długo patrzyliśmy sobie w oczy, milcząc. Zupełnie, jakbyśmy nie mogli uwierzyć w to, że los na nowo nas ze sobą złączył. Objęci, stojący twarzą w twarz, wyglądaliśmy jak dwójka stęsknionych kochanków, nie mogąca się sobą nacieszyć. Oczywiście do kochanków było nam daleko. Byłam świadoma tego, że działam na swoją własną niekorzyść. Nie chciałam jeszcze odpowiadać na kwestię miłości narzuconą przez Nathiela, a tymczasem takim zachowaniem udowadniałam, że jestem w nim zakochana i to na zabój. Czułam, że to zbyt wczesna pora na wyznania, chciałam to przedłużyć, powoli oddalić się od niebezpiecznego punktu fabuły. Choć byłam świadoma, nie byłam jeszcze gotowa.
     Uznałam, że wobec tej romantycznej sytuacji, czas zastosować groźniejszy i bardziej dosadny chwyt. 
     Psując cały nastrój i nie szczędząc sił, uderzyłam Nathiela prosto w twarz. Na mojej twarzy pojawił się zaś niezadowolony wyraz grymasu.
     - Za co?! - wykrzyknął oburzony Auvrey, od razu się ode mnie odrywając. Swoją zgrabną dłoń położył na poliku w miejscu nieszczęśliwie przeze mnie pokaranym.
     - Za to, że zniknąłeś i nie dawałeś znaku życia - warknęłam, z powrotem siadając na łóżku. Szczerze powiedziawszy, dłużej nie wytrzymałabym w takiej pozycji. Byłam już zmęczona i na dodatek wciąż obolała.
     Zielonooki przewrócił oczami. Myślałam że nie odpowie na to pytanie, a jednak. Przeskakując przez oparcie sofy, wylądował zgrabnie obok mnie. Nie patrzył mi w twarz. Wzrok utkwiony miał w jakimś pustym punkcie tuż przed jego twarzą. Był nachmurzony i najwyraźniej niezbyt zadowolony.
     - Musiałem to wszystko przemyśleć - mruknął od niechcenia.
     - Ty? - zdziwiłam się - To nieprawdopodobne. Nie sądziłam, że Nathiel Auvrey i myślenie idą ze sobą w parze - zaironizowałam. 
     - Tak jak ja prawie dałem się oszukać, że Laura i uczucia są najlepszymi przyjaciółmi - odparował chłopak, obdarzając mnie zabójczym uśmiechem.
     Prychnęłam cicho, z cudem powstrzymując się od radosnego uśmiechu. Wciąż nie mogłam zgasić w sobie uczucia niewiarygodnego szczęścia. Jego poziom był tak wysoki, że miałam ochotę rzucić w ciemny kąt wszystkie moje uprzedzenia i rzucić się prosto w ramiona tego roztrzepanego demona. Szybko stłumiłam w sobie jednak to przerażające uczucie.
     - Widzisz - zaczął na nowo Nathiel, odwracając ode mnie wzrok - Naprawdę byłem załamany wyrzuceniem z organizacji. Na dodatek miałem ochotę coś rozwalić. Z trudem powstrzymałem się od kopnięcia niewinnego kota, kryjącego się w śmietniku czy uduszenia upitego w cztery flaszki typa, wołającego do mnie z ławki: "hej, dziewczyno, wypij ze mną wino!".
     Uśmiechnęłam się ironicznie pod nosem.
     - Miałem świadomość, że jest ze mną źle - mruknął chłopak, wzruszając ramionami - Dlatego chciałem ochłonąć i wyzbyć się swojej demoniczności, aby nikomu nie zrobić krzywdy.
     - Nie wierzę, ze trwało to tak długo - warknęłam.
     - Proces człowieczenia jest sto razy wolniejszy, niż proces mający na celu zrobić z ciebie demona.
     - Gdzie w takim razie byłeś?
     - W burdelu - zaironizował chłopak.
     - Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby cię tam przyjęli i to z otwartymi ramionami - prychnęłam, uśmiechając się wrednie.
     Nathiel znienacka przybliżył się do mnie, sprawiając, że o mało nie wylądowałam na plecach, próbując się od niego odsunąć. Był zdecydowanie zbyt blisko mnie. Patrzyłam lekko zdezorientowana w jego błyszczące tajemniczością, szmaragdowe oczy. On tymczasem wsparł się dłonią obok mnie i uśmiechnął w iście seksowny, dosyć podejrzliwy sposób. Był zdecydowanie za blisko moich ust.
     - A więc sądzisz, że jestem kimś godnym uwagi - szepnął.
     - Uwagi? - spytałam cicho, wpatrując się twardo w jego oczy - Chyba psychiatry, który i tak zbytnio by ci nie pomógł.
     Chłopak pstryknął mnie w czoło i oddalił się na bezpieczną odległość. Bezczelny uśmiech nie znikał z jego twarzy.
     Nareszcie mogłam odetchnąć. Jeszcze chwila, a zatraciłabym się w jego spojrzeniu i mogłabym zrobić coś, czego nie zamierzam. To naprawdę stawało się niebezpieczne. Wiem już co do niego czuję, ale nie poradzę nic na to, że wciąż boję się tego uczucia i nie mam pojęcia co z nim zrobić. Z jednej strony coś nakazywało mi rzucić się w jego ramiona i oddać chwili, z drugiej strony coś wciąż mnie przed tym powstrzymywało. Nie, to nie jest czas na romantyczne wyznania. Prawdopodobnie jesteśmy teraz w trakcie wojny z demonami.
     - Wiesz już co się stało, prawda? - spytałam cicho, wbijając spojrzenie w podłogę.
     Nathiel westchnął ciężko. Ręce włożył do kieszeni, a głowę wsparł o oparcie sofy. Swoje zielone oczy skierował ku sufitowi.
     - Ta - mruknął - Hugh umarł, a Gabrielle porwała tą śmieszną książkę od demonów, której nazwy nigdy nie mogę zapamiętać.
     Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc ukradkiem w jego nachmurzoną twarz. Nie wierzę, że to stwierdzam, ale: tak, brakowało mi jego głupoty. To ona zawsze poprawiała mi nastrój.
     - Coś się zmieniło podczas mojej - przerwałam na chwilę, marszcząc czoło - nieobecności?
     - Dużo - zaśmiał się Nathiel, patrząc na mnie z uśmieszkiem - Nasze miasto wygląda jak podczas apokalipsy. Na dodatek opustoszało. Przerażeni ludzie po prostu stąd uciekli. Można powiedzieć, że zostaliśmy w tym demonicznym bagnie sami.
     - A więc demony wciąż się rozprzestrzeniają?
     Auvrey kiwnął głową, wzdychając cicho.
     - Na dodatek za cel obrali sobie łowców cienia - prychnął - Jeżeli nie odbijemy księgi, zwyczajnie zginiemy.
     Nie odpowiedziałam. Doskonale zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdobycie księgi graniczyło z cudem i na dodatek oznaczało ponowną podróż w progi Reverentii, gdzie czekała już cała chmara demonów gotowa nas zabić. Co poradzą na magię zwyczajni ludzie o przeciętnej energii potencjalnej? Na dodatek było nas niewielu.
     Westchnęłam bezradnie, opierając głowę na ramieniu Nathiela. Zielonooki nie był najwyraźniej zaskoczony okazaną przeze mnie dozą czułości. Swój pusty i narcystyczny łeb oparł na mojej głowie.
     - Co zrobimy? - spytałam cicho.
     - Jest jeden szalony plan - mruknął chłopak.
     Jego ręka objęła mnie za ramię i przyciągnęła mocniej do siebie. Czułam jak serce zaczyna mi szaleć. Czy nasza poważna rozmowa musiała kolidować z czynnościami jakie wykonywaliśmy? Ta romantyczność i bliskość wcale nie pomagała mi się skupić.
     - Zebranie łowców z innych miast i podróż do Reverentii, gdzie naszym jedynym celem będzie odebranie księgi wrogom - mruknął niepocieszony demon. Uśmiechnęłam się kącikiem ust, gdyż miałam doskonałą świadomość tego, że takie rozwiązanie mu nie odpowiada. Nathiel wolał bardziej drastyczne sposoby rozwiązywana konfliktów. Jednymi słowy, wyrzucenie go z organizacji przez Hugha nic nie pomogło. Nathiel już na zawsze pozostanie tym samym, narcystycznym i zbyt pewnym siebie, demonicznym kretynem. Za co tak naprawdę go kocham?
     - To trudna misja - mruknęłam w odpowiedzi.
     - Trochę - odpowiedział Nathiel z uśmieszkiem - Na szczęście nie będziesz w niej uczestniczyć.
     Zamrugałam kilka razy oczami, próbując rozszyfrować sens tych prostych słów. Nie będę uczestniczyć w misji mającej na celu odzyskanie księgi?
     - Co? - spytałam, zaraz odrywając się od chłopaka. Nathiel wyglądał na lekko zawiedzionego. Swoje ręce ułożył luzacko pod głową.
     - Nie będziesz brać udziału w misji - mruknął.
     - Niby dlaczego? - prychnęłam oburzona.
     - Tak ci się do niej pali? - zaśmiał się - Myślałem, że romans z demonami za kratami ci się nie spodobał.
     - Owszem, co nie znaczy, że nie chcę wam pomóc.
     - Zginiesz - chłopak posłał mi ostre, ostrzegawcze spojrzenie - A ja tego nie chcę.
     - Nathiel - zaczęłam spokojnie, choć powoli traciłam cierpliwość - Nie zachowuj się jak egoista. Nie możesz mi zabronić tam pójść. To moje życie i moja decyzja.
     - To decyzja nas wszystkich - warknął Auvrey. W jego oczach pojawiły się ostrzegawcze błyski, świadczące o zbliżającej się burzy.
     - Dlaczego wszyscy decydują za mnie? - spytałam, unosząc brew do góry.
     - Wciąż jesteś ranna i słaba.
     Prychnęłam, przybliżając się gwałtownie do Nathiela. Spojrzałam mu prosto w oczy z niekrytym wyzwaniem. 
     - Poradzę sobie - mruknęłam.
     Chłopak patrzył na mnie przez dłuższą chwilę z miną bez wyrazu, aż w końcu uśmiechnął się ironicznie pod nosem.
     - Nie poradzisz - stwierdził szeptem, patrząc na mnie z wyższością.
     - Mam ci to udowodnić? - spytałam wyzywająco.
     Zielonooki nie czekał dłużej na dalsze prośby. Uśmiechając się w iście szatański sposób, całkowicie znienacka pchnął mnie na sofę i nachylił się tuż nade mną, ograniczając moje ruchy. Byłam zaskoczona takim obrotem sytuacji. Czułam jak moje poliki przybierając rumianą barwę. 
     - Udowodnij - szepnął Nathiel, przejeżdżając palcem wskazującym po moim nosie.
     Rozwarłam leciutko usta, nie wiedząc co mogę odpowiedzieć. To nie pierwszy raz, kiedy Auvrey zamyka mi swoimi czynami usta. Doskonale wiedział co uczynić, żebym przestała z nim walczyć. 
     - Co jest? - spytał rozbawiony, posyłając mi pstryczka w czoło.
     - Co jest? - mruknęłam, patrząc nieprzerwanie w jego oczy - Wyglądasz jak gwałciciel niewinnych nastolatek.
     - Nie gwałcę zamrażarek - prychnął oburzony chłopak - Samogwałt jest przyjemniejszy - zamruczał, spoglądając z rozmarzonym wyrazem twarzy w sufit.
     - Szczególnie gdy dopuszczasz się go w chwili oglądania baloniastych dziewczynek o wielkich oczach, które w twojej wyobraźni nazywają cię paniczem Nathielem - mruknęłam, krzywiąc się na boku. Doskonale pamiętałam moją podróż w głąb umysłu Auvreya. Nigdy więcej nie chciałam tam wracać.
     - Sugerujesz, że interesuję się tylko animowanymi postaciami? - prychnął chłopak, chmurząc się wyraźnie - Przecież to ty jesteś moją jedyną miłością - dodał, z nagła posyłając w moją stronę uroczy uśmiech.
     Umilkłam. Przyznaję, po raz kolejny tego dnia Nathiel sprawił, że nie potrafiłam odpowiedzieć na jego atak słowny. Moje serce znowu zaczęło bić jak oszalałe, a poliki stały się rumiane w jeszcze większym stopniu. Miałam dosyć tej bliskości. Nie wiedząc co uczynić, postąpiłam w iście desperacki sposób. Kopnęłam Nathiela tam, gdzie nie dociera światło dzienne.
     Chłopak jęknął z bólu i przetoczył się z sofy wprost na podłogę po której zaczął tarzać się jak młody pies zainteresowany nową zabawką. Istotna różnica pomiędzy nim a psem wyglądała jednak tak, że zwierzę się cieszyło, a on niemalże płakał z bólu. Nie poradzę nic na to, że mimo dosłownego ciosu poniżej pasa poczułam triumf.
     - To niesprawiedliwe - jęknął chłopak.
     - Życie nie jest sprawiedliwe - odpowiedziałam, podpierając się na dłoniach i patrząc na niego z poczuciem zwycięstwa.
     - Niech cię wszystkie kostki lodu świata zmrożą - warknął chłopak, patrząc na mnie nienawistnie.
     Zaśmiałam się cicho, z jakiegoś powodu czując radość. Nie podejrzewałam, że następny gest chłopaka strąci mnie z mojej wygranej pozycji. 
     Pociągnięta za rękę przez Nathiela, wylądowałam na nim, momentalnie jęcząc z bólu. Przed oczami mi pociemniało.
     - Widzisz? - spytał z westchnięciem Auvrey - Chwila nieuwagi i już cierpisz. 
     - Ty demoniczny kretynie - warknęłam, próbując go zaatakować. Ten jednak twardo trzymał moje ręce na uwięzi.
     - Nie puszczę cię do Reverentii - powiedział z przedziwnym spokojem, patrząc prosto w moje oczy.
     - Nie musisz - warknęłam - Sama się tam wybiorę.
     Zielonooki nie wytrzymał. Natychmiastowo zepchnął mnie z siebie na podłogę, sprawiając mi przy tym jeszcze większy ból i przeniósł się do pozycji stojącej. Nawet przez moment nie spojrzał mi w twarz. Wiedziałam, że rozzłościłam go swoim zachowaniem. Miałam to jednak ewidentnie daleko w poważaniu. 
     Z trudem przeniosłam się do pozycji siedzącej. Próbowałam zamrugać kilka razy oczyma, aby mroczki przed nimi zniknęły.
     - Rób co chcesz - usłyszałam na zakończenie, bez słowa przyglądając się oddalającemu Nathielowi, którego niósł gniew. 
     Westchnęłam cicho, uśmiechając się pod nosem w iście sarkastyczny sposób. Auvrey czasem zachowywał się gorzej niż dorastająca nastolatka podczas okresu. I to taka nastolatka, którą właśnie rzucił chłopak. Dodać do tego brak jej ulubionych lodów na depresję w supermarkecie i mamy wybuchową mieszankę w postaci zielonookiego demona.
     Z uśmieszkiem wsparłam się na poduszce, leżącej na sofie. Mimo wszystko, bardzo cieszyłam się z jego powrotu. Bez niego moje życie nie było takie samo, czegoś by w nim brakowało. Teraz, mimo poczucia zagrożenia wobec demonów, czuję radość. Odzyskałam go i wszystkie moje zmartwienia odeszły na bok. Nieważne czy się obraża czy świruje z powodu miłości. Ważne, że był gdzieś obok.
     Rozmarzonymi oczami spojrzałam wprost w zniszczony sufit, zupełnie, jakbym widziała w nim czyste, poranne i niezmącone niczym niebo. Nareszcie zdecydowałam. Gdy to wszystko dobiegnie końca, powiem mu prawdę i wyznam mu swoje uczucia. Oczywiście jeżeli przeżyjemy.

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział 67 - "Zabiorę cię na drugą stronę"

Matury rozszerzone napisane, wolność, swoboda i... nie, jednak nie, bo w poniedziałek do pracy ;___; bynajmniej teraz będę mogła pisać kiedy chce i nie muszę przejmować się nauką. Może uda mi się nadgonić rozdziały. Gdy będę miała z co najmniej cztery w przód, na pewno znowu będę je wstawiać co 5 dni. Na razie wciąż będą pojawiać się co niedzielę.
Do 67 rozdziału miałam pewne... obawy. Istnieją takie postacie we własnej twórczości, których za wszelką cenę nie chce się zepsuć, których człowiek wręcz się boi tykać. Mam takie dwie postacie w WCN. Darzę je dziwnym szacunkiem, tak, jakbym się bała, że spotkam je w realnym świecie ;___; mam nadzieję, ze ich nie schrzaniłam. Ogólnie mam wrażenie, że ten rozdział w jakiś sposób zepsułam. No, ale końcówka, huehue. Wiem, że niektóre osoby czytając końcówkę, wzniosą triumfalnie pięści ku górze >D. Bo oto po 67 rozdziałach...
***


     - Tak mi przykro z powodu twojego przyjaciela.
     Głos przepełniony chłodem poniósł się echem na wietrze, docierając wprost do moich uszu. Doskonale wiedziałam z kim mam do czynienia i wcale nie byłam szczęśliwa z tego powodu. Mogłam zginąć i to za dosłownych kilka sekund. 
     Moje ciało chwiało się na wietrze, który bawił się mną i śmiał prosto w twarz z powodu bezsiły jaka mnie opanowała. Chłodne i ostre krople deszczu przeszywały moją skórę, chcąc zadać mi kolejny, poważny cios w samo serce. Zimno nocy tuliło mnie, nawołując do wiecznego snu. Ciche grzmoty i zachmurzone, nocne niebo nadawały sytuacji odpowiedniej dramatyczności, a ironiczny uśmiech sam cisnął mi się do ust.
     Nie mogąc dłużej ustać w pozycji pionowej, wylądowałam w kałuży kolanami. Trucizna zaaplikowana mi przez moc Deaniela oraz cios w bok zadany przez niego, nareszcie zaczęły mi doskwierać. Nie miałam siły, by walczyć z nowymi przeciwnościami losu. Chociaż bym chciała, nie byłam w stanie się podnieść. 
     Bezradne spojrzenie zielonych oczu poniosłam ku grzmiącemu groźnie niebu. Wiedziałam już o czym mówiła Naira, pół demonica napotkana w Reverentii. Moc chaosu. Potężne wichry, grzmoty, deszcz, nieporządek, niepokój. To właśnie była namiastka mocy samego szefa departamentu kontroli demonów. Nie posiadałam nawet połowy siły swojego ojca, który najwyraźniej dopiero się rozkręcał.
     Uśmiechnęłam się bezradnie w stronę wrogiego mi nieba. Nie wiedziałam już, czy to ono roni łzy czy ja. Opanowało mnie dobrze znane uczucie bezwładności.
     - Ciężki jest żywot słabego człowieka - usłyszałam tuż nad swoim uchem przerażający szept.
     Białe włosy smagały moją twarz przyprawiając mnie o gęsią skórkę, zadziwiająco zimny oddech owiewał moją szyję, cichy, mroczny śmiech zapowiadający zagładę, opanował mój umysł. Nie było już dla mnie ratunku.
     Szef departamentu kontroli demonów, najbardziej przerażający demon, jakiegokolwiek spotkałam, chwycił mnie gwałtownie za włosy i przeniósł do pionowej pozycji. Jęknęłam z bólu z wielkim trudem powstrzymując się od ponownego upadku, który mógłby się okazać podwójnie bolesny. Moja głowa była gwałtownie odchylona do tyłu, co ograniczało moje ruchy i oddech. Nie miałam siły, by choć w niewielkim stopniu zaprotestować. Za zasłoną mdlącego fioletu, zapowiadającego mój upadek, widziałam chłodne, szmaragdowe oczy, wyrażające samą nienawiść do ludzi. Właśnie tak wyobrażałam sobie postać śmierci.
     W przeciwieństwie do Deaniela, Aiden nie starał się zwodzić mnie swoim monologiem. Patrzył mi tylko w oczy, nie wyrażając przy tym żadnych emocji i zamiarów. Wiedziałam co we mnie widzi. Calanthe. Odczucie to jednak było całkowicie błędne. Byłyśmy podobne tylko i wyłącznie z wyglądu. Musiał sobie z tego zdawać sprawę. W końcu traktował mnie jak rzecz, którą można zniszczyć.
     Szef departamentu uśmiechnął się w chłodny sposób i już po chwili rzucił mną prosto w kałuże. Nie miałam nawet siły, by podeprzeć się dłońmi. Z cichym plusknięciem, wylądowałam twarzą w trawie. Ledwo zdołałam obrócić głowę w przeciwną stronę od Aidena i spojrzeć obłędnym wzrokiem na stojącą przede mną postać. Czarne, damskie buty, czarne, obcisłe spodnie, płaszcz do samych kolan i zamknięta parasolka, wspierająca się o podłoże. Wyżej nie byłam stanie spojrzeć, to mi jednak wystarczyło, żeby ironiczny uśmiech wszedł na moją twarz. 
     - A zapowiadano na dziś spokojną noc - usłyszałam kobiecą wypowiedź, zakończoną cichym westchnięciem.
     - Nie można ufać pogodzie, Calanthe - odpowiedział obojętnie Aiden. 
     - Szczególnie gdy w pobliżu jest sam pan chaosu.
     Ciche odgłosy stąpających po mokrej trawie butów rozległy się po okolicy. Doskonale wiedziałam, że moja matka nie okaże chociażby cienia troski wobec mojej osoby. Nie była jedną z tych kobiet, które dotykał instynkt macierzyński. Prawdopodobnie wystarczyło jej jedno spojrzenie w moją stronę i stwierdzenie, że żyję. Nie miałam jej za złe, że przeszła obojętnie obok mojej głowy, że nie spytała mnie jak się czuję. Wobec zagrożenia nie liczyła się troska i ludzkie uczucia. Aby zająć się właściwą sferą uczuć, trzeba było najpierw zlikwidować największe zagrożenie dla życia.
     - Wciąż uważasz, że demony mają jakiekolwiek uczucia? - usłyszałam męski, chłodny, przepełniony spokojem i obojętnością ton głosu.
     - Gdyby nie miały, nie pomógłbyś Laurze mnie uratować - odpowiedziała lekko rozmówczyni. 
     Demon prychnął cicho.
     - Na zawsze ślepa i przeświadczona o dobroci każdej istoty Calanthe. Naiwna, niedająca przemówić sobie do rozsądku - wymieniał przerażająco wolnym i chłodnym szeptem mężczyzna.
     - Na zawsze ślepy i przeświadczony o swojej nienawiści do całej ludzkości Aiden. Głupi, równie naiwny, próbujący walczyć z rozsądkiem - zripostowała matka, śmiejąc się w przerażająco mroczny sposób.
     - Naprawdę sądzisz, droga Calanthe, ze zrobiłem to z sentymentu do twojej osoby? - spytał kpiąco demon - Poddałem cię próbie, którą miałaś przejść bez szwanku. Właściwą śmierć miałaś odbyć w innej walce. Zawiodłaś mnie, Calanthe.
     - To rzeczywiście rozwiązanie godne samego Aidena Vauxa. Demona, który od poczęcia aż do dziś bawi się życiem.
     - Nie zaprzeczę. 
     Po słowach przepełnionych względnym chłodem, wrogowie zdawali się ustawić w określonych pozycjach bojowych. Świadczył o tym oddźwięk wysuwanej broni i ciche stąpnie po mokrej trawie, mające ustalić ich pozycje. Z trudem odwróciłam głowę w ich stronę. 
     - Czyżby to dziś miały przesądzić się nasze losy? - dosłyszałam sarkastyczne brzmienie głosu Calanthe.
     - Jeśli nastąpi to dziś, na pewno przeznaczenie nie będzie dla ciebie zbyt łaskawe.
     - Przeznaczenie nie istnieje. To ja kieruję własnym losem.
     - Wyręczę cię i pokieruję nim za ciebie.
     Wrogowie rozpoczęli bitwę. Przez zamglone, zmęczone oczy starałam się dostrzec ich ruchy, miałam z tym jednak niebywały problem. Nie wiem czy to kwestia przemęczonego umysłu i stanu w jakim jestem, czy może to przeciwnicy poruszali się zbyt szybko dla moich oczu, żeby zdążyły cokolwiek zarejestrować, byłam jednak pod wrażeniem. Miałam świadomość tego, iż Calanthe jest znakomitą łowczynią cienia, widziałam ją już w końcu w akcji, nie sądziłam jednak, że tak świetnie będzie sobie radzić z samym przedstawicielem wrogiej rasy. Już w samym prostym zestawieniu: człowiek kontra demon, można było jednoznacznie określić wygraną stronę, jednak nie w obecnej sytuacji. Ośmieliłabym się nawet rzec, że moja matka jest kimś więcej, niż zwyczajnym człowiekiem, skoro mierzy się z tak potężną mocą.
     Patrząc na Aidena miałam wrażenie, że doskonale się bawi. Jego twarz rozszerzała się co rusz w kpiąco-usatysfakcjonowanym uśmiechu. Walkę traktował z lekkością. Byłam pewna, że gdyby chciał, już dawno użyłby swoich mocy, żeby zniszczyć przeciwniczkę. Nie zrobił tego jednak. Chciał ją pokonać w równej walce. Deszcz, który jeszcze niedawno królował nad niebem, nagle ustał, porywczy wiatr zamienił się w delikatny zefirek, a ciemne, burzowe chmury rozpłynęły się w górze. Mimo powrotu do starych warunków pogodowych, nie czułam się jednak ani trochę uspokojona. Coraz bardziej mrużyłam oczy, by móc skupić się na rozgrywanej walce, przychodziło mi to jednak z ogromnym trudem. Wobec własnej słabości, mogłam tylko i wyłącznie liczyć na zwycięstwo właściwej strony. 
     - Cóż się stało, Calanthe, czyżby macierzyństwo cię zmęczyło? - rozbrzmiał nagle chłodny, męski głos - A może ludzki syndrom starzenia dotknął twoje ciało?
     - Obydwie twoje teorie są omylne, Aidenie - odparła obojętnie kobieta - Nigdy nie starałam się być dobrą matką, a ciało wciąż mam sprawne. Dopiero się rozkręcam.
     Jej twarz rozjaśnił tajemniczy uśmiech, zapowiadający prawdziwą jatkę. Nie kłamała. O ile wcześniejsza walka była na wysokim poziomie, tak teraz nie miałam wątpliwości co do równych szans obydwu stron. Wcale nie zdziwiło mnie, gdy moja matka wbiła nóż w ramię Aidena, który na chwilę stał się nieuważny, a przynajmniej tak sądziłam. Jego chłodny uśmiech i obojętność rysująca się na twarzy, wskazywała raczej na to, że nie przejął się sytuacją, zupełnie jakby celowo dał się zranić.
     - Rozpiera mnie duma - odezwał się sarkastycznym tonem głosu mężczyzna, podejmując ostrzejszą próbę walki - Zawsze uważałem, że jesteś doskonałym materiałem na uczennicę, czego niestety nie mogę powiedzieć o nędznym żywocie twojej córki.
     Delikatny, ironiczny uśmiech wszedł na moją twarz. Rzeczywiście, byłam dosyć kiepskim przykładem osoby, która mogła z kimkolwiek i czymkolwiek walczyć. Po rodzicach nie odziedziczyłam żadnej cechy, mogącej pomóc mi przy zawodzie łowcy. Byłam zwyczajnym tchórzem, ofiarą, którą zawsze trzeba było ratować z opresji, zwyczajnym człowiekiem rządzącym się własnym rozumem. Gdyby los mnie do tego nie zmusił, z pewnością nie trafiłabym do organizacji Nox.
     - Przypominam, że nie zostałam zapłodniona przez wiatr - warknęła kobieta - Idąc śladami genetyki, jesteś jej biologicznym ojcem, a więc jest również twoją córką.
     - Coś co było efektem chwilowego zatracenia, nie może zwać się moją córką.
     Więc z pozycji słabego człowieka, spadłam na pozycje rzeczy. Nie byłam już "kimś", ale "czymś". To na pewno określenie godnego samego demona. Aiden nie przebierał w słowach.
     - A więc otwarcie przyznajesz się do własnej słabości? - zakpiła Calanthe - Ty? Osoba rządząca się własnymi prawami, dążąca ku wiecznej rozrywce? Ktoś, kto domniemanie stał kiedyś na pograniczu zła, a dobra i z obojętnością traktował sprawy ludzkie? 
     - Zatracenie niekoniecznie musi być słabością. Może być częścią zabawy.
     - Zatracenie to utrata kontroli nad własną osobą. 
     - Na rzecz przyjemności, która wcale nie musi być zniewalająca.
     Kobieta prychnęła głośno, pokazując tym samym swoje oburzenie. Może i zazwyczaj wyglądała na osobę opanowaną, teraz widziałam jednak, że powoli traci nad sobą kontrole. A co jeśli to był jeden z planów Aidena? Wytrącić ją z równowagi?
     Przy moim przekonaniu utwierdził mnie nagły, ostry cios z zaskoku, który sprawił, że ostrze ciemnej laski szefa departamentu, zatopiło się w brzuchu Calanthe. Kobieta jęknęła cicho. Nie zdążyła nawet odzyskać kontroli nad własnym ciałem, gdy bezwzględny władca demonów, chwycił ją za płaszcz i podniósł do góry. Nóż łowcy niespodziewanie wypadł z jej dłoni. Cios nie należał do najlżejszych.
     - Nawet w krytycznych sytuacjach nie jestem w stanie pozbyć się wyrazu zaciętości w twoich oczach - powiedział chłodno mężczyzna, wlepiając swoje zabójcze spojrzenie wprost w jej oczy.
     Uśmiech triumfu nie znikał z jego twarzy.
     - Nie jestem kimś, kto łatwo się poddaje - warknęła w odpowiedzi - Powinieneś to wiedzieć.
     - Owszem - potwierdził białowłosy - Jedną z wad naszej znajomości jest to, że dosadnie poznaliśmy nie tylko swoje ciała, ale także i dusze. 
     - Przykro mi to stwierdzić - zaczęła z potężnym sarkazmem w głosie kobieta - Ale odnoszę wrażenie, że przez lata zmieniłeś swoją postawę.
     Demon przekręcił głowę w bok, co wyglądało dosyć przerażająco. Szatańskości nadawał mu uśmiech, który coraz bardziej się rozszerzał.
     - A może ja nigdy się nie zmieniłem? Może wciąż jestem tą samą osobą? - spytał szeptem, który ledwo usłyszałam.
     - Nie sądzę - prychnęła Calanthe.
     Szef departamentu kontroli demonów niespodziewanie, jednym, prostym ruchem dłoni, odrzucił swoją przeciwniczkę kilka metrów dalej. Niefortunnie na jej drodze stanęło drzewo od którego odbiła się boleśnie plecami. Jej upadek z pewnością nie należał do zbyt łagodnych. Słyszałam jej kaszel, widziałam, jak łapie się za ranę. Wyglądała tak, jakby już więcej miała się nie podnieść z ziemi. Tylko wyraz zaciętości w jej oczach nawet na moment nie uległ zmianie. 
     Aiden Vaux powolnym krokiem zaczął iść w jej stronę. W dłoni wciąż dzierżył ostrze ukryte w czarnej lasce. Jego psychopatyczny wyraz twarzy świadczył o tym, że ma zamiar bezwzględnie zabić swoją przeciwniczkę. Ten fakt wzbudził w moim sercu strach.
     W głowie niespodziewanie pojawił się obraz stojącego przede mną Nathiela, który oznajmia zaskakującą dla mnie rzecz: "mimo tchórzostwa i bezradności, zawsze bronisz swoich bliskich". Nie wiem czy to wspomnienie szmaragdowookiego demona sprawiło, że byłam w stanie podnieść się i stanąć na chwiejnych nogach, czy może to moja własna siła i świadomość, nie chciałam jednak dopuścić do tego, aby kolejna osoba bezwzględnie zniknęła z mojego życia.
     Trzymając się za ranę w boku, chwiejnym, niepewnym krokiem, przypominającym osobę pod wpływem alkoholu, ruszyłam w stronę zagłady. Wiedziałam, że swoim czynem mogę przypłacić życie, mój umysł był jednak zbyt przyćmiony tą jedną, rozpaczliwą myślą.
     Aiden Vaux stanął przed moją matką, patrząc na nią z góry w jawnie wywyższający się sposób. A ona dalej patrzyła mu w oczy z niekrytą wrogością, jakby nie zamierzała się poddawać.
     - Myślisz, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - spytała kpiąco.
     - Owszem - przyznał obojętnie szef departamentu - Może i jesteś najlepiej walczącym łowcą cienia, ale niestety, wciąż jesteś człowiekiem - zaśmiał się kpiąco - Irytująca, beznadziejna istota, polegająca na wartościach uczuć.
     - W takim razie kim jest demon? - spytała - Ciemną masą egzystencji, dręczącą ludzkość?
     - Kimś, kto tą ludzkość zniszczy - syknął, po czym zamachnął się na nią ostrzem.
     - Nie! - zdążyłam wykrzyknąć. Nie sądziłam, że Aiden Vaux wobec mojego głosu będzie w stanie zatrzymać swój ruch, a jednak. Po raz pierwszy nie potraktował mnie jak rzeczy, która nie ma głosu. Jego twarz rozszerzyła się w znaczącym, chłodnym uśmiechu. Swoją broń przyciągnął z powrotem do siebie. 
     Chwiejnym krokiem udało mi się dotrzeć do walczących. Nie minęła jednak chwila, a upadłam na kolana przed samym Aidenem. W geście obronnym rozłożyłam na bok ramiona. Utrzymywanie ich w górze sprawiało mi niezwykły trud. Tak samo jak patrzenie prosto w twarz przerażającego mnie od pierwszego momentu naszego spotkania demona.
     Mężczyzna długo milczał, nie spuszczając ze mnie chłodnych, nieprzeniknionych oczu. Cały czas tkwił w bezruchu, jakby był posągiem. Z tyłu dochodził mnie szept matki, pytającej o to, czy chcę zginąć. Nic poza szmaragdowymi, obojętnymi oczami mnie jednak teraz nie obchodziło.
     - Wciąż mnie zaskakujesz - stwierdził oschle po dłuższej chwili milczenia demon. Ostrzem swojej laski uniósł mój podbródek do góry. Czułam jak krew spływa mi w dół szyi.
     - Nie pozwolę, abyś zabrał kolejną osobę z mojego życia - warknęłam, nie dając się presji.
     Namiastka odwagi, która się we mnie ujawniła, najwyraźniej zaskoczyła nie tylko mnie. Sam szef departamentu kontroli demonów, uniósł zdziwioną brew do góry. Jego diabelski uśmiech wciąż pozostał jednak niezmieniony.
     - Jeżeli tego pragniesz - zaczął powolnym, przerażającym głosem, oddalając ode mnie swoje ostrze - Na drugą stronę zabiorę również ciebie - zakończył chłodnym, niskim tonem, wyzbywając się z twarzy wszelakich oznak uczuć. 
     Od samego początku wiedziałam, że to się stanie. Miałam tego świadomość, gdy rozkładałam ramiona w obronnym geście przed matką. Nie sądziłam jednak, że nastąpi to tak nagle, niespodziewanie. W szoku i z wielkim przerażeniem w oczach, przyglądałam się ostrzu, które wbite było w moją klatkę piersiową. Przez moment opanowało mnie obezwładniające umysł uczucie - w końcu mógł trafić w serce, miałam jednak wrażenie, że cudem się z nim minął.
     Do moich uszu doszedł rozdzierający, kobiecy krzyk. Domyślałam się, że to Calanthe wykrzykuje moje imię. Fakt ten sprawił, że na moich ustach pojawił się chwilowy uśmiech. Być może było to kwestią omamów przed omdleniem, byłam jednak dumna z tego powodu, że choć raz okazała się być człowiekiem pełnym uczuć, a nie zwykłą kostką lodu. 
     Ciemny obraz przysłonił mój umysł, a bezwładność opanowała moje ciało. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłam były szmaragdowe oczy. Nie należały jednak do mojego ojca. Te akurat doskonale znałam. Miałam wrażenie, że właśnie umieram. Przecież nie było tu Nathiela. Zniknął. To rzeczywistość mieszała się już z omdlałym światem w którego objęcia trafiłam.
     Słyszałam jego głos, wypowiadał łagodnie moje imię, śmiejąc się bez powodu. Miałam wrażenie, że mimowolnie się uśmiecham. Jeżeli właśnie teraz miałam umrzeć, mogłam to przynajmniej zrobić ze świadomością, że w moim sennym świecie jest ktoś, kogo przecież kocham.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 66 - "Wbrew sobie"

Myślałam, że nie uda mi się skończyć tego rozdziału na czas. Po pierwsze praca mi na to nie pozwalała, po drugie zmęczenie, po trzecie dużo w nim kreśliłam, bo mi nie odpowiadał. Nie do końca wiedziałam co Deaniel mógłby powiedzieć i jak miałaby się potoczyć fabuła (mimo, że znałam jej zakończenie). Rozdział może być troszkę gorszy, ale obiecuję, że po egzaminach to nadrobię. Będę miała wtedy luzy, bo zostanie mi tylko praca, już bez nauki. 
Ogólnie to mam w pracy takiego gościa, który nazywa się Daniel. Ba. Ma brązowe oczy i brązowe włosy. Na dodatek niezbyt za nim przepadam. Przypadeg? NIE SONDZE! Pracuję z demoniczną wersją Deaniela ;____;
I nie, Nathiela wciąż nie ma i nie będzie go przez najbliższe rozdziały. Przykro mi >D
***

     Wciąż potrząsałam głową, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Szok był tak wielki, że nawet nie dostrzegłam, kiedy zabójcze korzenie gwałtownie zaczęły sunąć w moją stronę. Mój wzrok utkwiony był w przepełnionych nienawiścią, tak dobrze mi niegdyś znanych, orzechowych tęczówkach. Oczami wyobraźni wciąż widziałam jego ciepły uśmiech, czułe gesty przepełnione miłością. Uszami słyszałam radośnie niosący się w dal śmiech oraz głos, który wypowiadał moje imię w sposób, jaki nikt tego nie robił. Niegdyś tchórzliwy, lekko przerażony światem i perspektywą zniknięcia z powierzchni ziemi. Dobry, przepełniony nadzieją na lepszy czas. Osoba, w której nie tkwiło żadne zło kojarzone z demonami. Tak ludzko zwyczajny i nieprawdopodobnie normalny. Cały jego obraz pękł w jednej chwili, obrzucając mnie pozostałościami zwanymi wspomnieniami. Deaniel Matthers już dawno umarł. Osoba stojąca przede mną nie była nim.
     - Spodziewałem się cieplejszego powitania, Lauro - usłyszałam znowu tak bardzo niepodobny do niego głos, przepełniony mrokiem. Jego tonacja była obniżona, przez co brzmiał zdecydowanie bardziej przerażająco, niż zwykle. Sądzę, że gdybym przypadkiem natknęła się kiedyś na jego brzmienie, nie poznałabym, że to głos Deaniela.
     Chłopak uśmiechał się diabelsko, kierując w moją stronę powolne kroki. Stary Matthers miał w sobie nietypowy urok, który widoczny był nawet w jego chodzie. Wyglądał przy nim jak nieśmiała dziewczynka wchodząca w dorosłość, bojąca się świata, a jednocześnie świadoma nadchodzącej kobiecości. Ten Deaniel był pewny siebie pod każdym względem, nie tylko w swoim chodzie.
     - Milczysz.
     Chłopak próbował udać zasmuconego, co w żaden sposób mu nie wyszło. W końcu smutek to ludzkie uczucie, którego przepełnione po brzegi złem demony nie mogły odczuć.
     W panice i wielkim szoku, zdołałam postawić tylko jeden krok w tył. Natychmiastowo potknęłam się o korzeń wystający z ziemi i upadłam w okowy zniszczonej trawy. Mój upadek okazał się być przesądzający. Korzenie dostrzegając ofiarę, oplotły się wokół moich nadgarstków, brzucha, nóg, a nawet szyi, ograniczając tym samym pole mojego ruchu. Stojąca obok Andi zaczęła drzeć się wniebogłosy. Chciałam krzyknąć, żeby uciekała, ale korzenie coraz mocniej zaciskały się wokół mojej szyi, nie pozwalając mi na wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. 
     Deaniel zatrzymał się tuż przede mną i spojrzał z pogardą w stronę małej demonicy.
     - Andi Tourlaville - prychnął - Gorszego losu demona należącego do departamentu kontroli demonów nie znałem. Za taką zniewagę wobec własnej rasy, powinnaś natychmiastowo zginąć - warknął, po czym pstrykając palcami prawej dłoni sprawił, że rudowłosa dziewczynka także została uwięziona. Nie zdążyła nawet wydać z siebie żadnego dźwięku, gdy korzenie nieprzypadkowo oplotły jej usta. Miałam ochotę krzyczeć, widząc przerażenie w oczach małej, zapłakanej nad swoim losem dziewczynki, nie wydałam z siebie jednak żadnego dźwięku. Zamiast tego zaczęłam się krztusić i kaszleć. Korzenie w szybkim tempie uczyniły z małej demonicy mały, nieruszający się kokon. Bałam się, że będąc w takim więzieniu, długo nie pożyje.
     Spojrzałam z nienawiścią w oczach wprost na Deaniela, który właśnie uklęknął przede mną i wbił swoje bezczelne spojrzenie prosto w moją twarz. Diaboliczny uśmiech szybko zniknął jednak z jego twarzy, ustępując miejsca wyimaginowanemu smutkowi.
     - Kochałem cię - przyznał swoim starym głosem, budując pewne pozory - Kochałem, a ty mnie odrzucałaś, przyjmując do swego serca wrogiego mi Nathiela - warknął, wracając do swojej starej nienawiści - Obdarzałaś mnie chłodem, sprawiłaś, że cierpiałem z powodu głupiego, ludzkiego uczucia, jakim była miłość - mówiąc to, zniżył znacząco głos, czyniąc go jeszcze bardziej przerażającym. W jego oczach pojawiły się mordercze błyski, a pięść zacisnęła znacząco, sprawiając, że korzenie dusiły mnie jeszcze bardziej.
     -  Jak mogłem być tak głupi? - prychnął, chwilę potem zanosząc się szaleńczym, przerażającym śmiechem - Jak mogłem uratować kogoś takiego, poświęcając własne życie? - dodał szeptem, pochylając się tuż nad moją twarzą - Zapomniałaś o mnie - powiedział ledwo słyszalnie - Zapomniałaś, kim dla ciebie byłem i co dla ciebie zrobiłem.
     Ręką przejechał po moim poliku. Ludzki wygląd na chwilę wziął nad nim górę, choć rozważałam też, że była to kwestia mojego dawnego wglądu w obraz Deaniela. Przecież ten bezwzględny pół demon nie był już tą osobą, którą był kiedyś. Tamten Matthers dawno zniknął w otchłani.
     - Nie poradzę nic na to, że wciąż mnie pociągasz - powiedział mrocznie, gładząc mnie po poliku w powolny sposób, zapowiadający pewną brutalność. Uścisk korzeni na chwilę zelżał, dzięki czemu mogłam wziąć głębszy oddech. Łapczywie łapałam powietrze z otoczenia.
     - Czekałem z upragnieniem, aż ktoś uwolni mnie z sideł otchłani, gdzie istnieje tylko to, czego człowiek rozumem nie pojmie - szepnął - Moje czekanie się opłaciło. 
     Psychopatyczny uśmiech rozszerzył twarz chłopaka, a korzenie ponownie zacisnęły się wokół mojej szyi, powodując nowe odruchy krztuszenia. Nie zdążyłam złapać odpowiedniej ilości tlenu.
     Orzechowooki demon odchylił się i przysiadł na trawie w pozycji tureckiej, podpierając leniwie podbródek na dłoni. Ani razu nie mrugnął okiem i nie spuścił ze mnie wzroku. Ponoć brak odruchu mrugania charakteryzuje najgorszych zabójców.
     - A nasz świat mógł wyglądać tak pięknie, gdybyś chociaż dała mi szansę - zaczął, wzdychając ciężko. 
     W Northem Park na raz wszystkie korzenie zaczęły wydawać na świat kwitnące kwiaty. Różnobarwne płatki zaatakowały okolice swoją piękną, aczkolwiek mroczną magią, którą dopełniała noc. W powietrzu niósł się zapach wiosny. Zdołał on na chwilę otumanić mój zmieszany umysł.
     - Niestety - kontynuował mrocznym głosem Deaniel - Wybrałaś inną ścieżkę, a mój świat stał się do bólu zgniły.
     Na raz wszystkie kwiaty zaczęły tracić swój kolor. Chwilę potem nie przypominały już sobą piękna wiosny. Zgniłe i bez koloru zaczęły opadać na ziemię. Wkoło niósł się nieprzyjemny zapach. Miałam wrażenie, że magia Deaniela uzależniona jest od jego nastroju. Gdy był zdenerwowany, korzenie dusiły mnie w większym stopniu, gdy na chwilę się uspokajał, wszystko powracało do normy. Nie wiedziałam czy magia działa pod wpływem jego emocji, czy sam nią kieruje w chwilach zmian nastroju, byłam jednak pewna, że da się to w jakiś sposób wykorzystać.
     - Och, przepraszam - zaczął ironicznie chłopak - Gdzie moje maniery? Nie dałem ci nawet dojść do słowa, a tak stęskniłem się za twoim głosem.
     W każdej literze zawierającej się w jego słowach tkwiła przesadna ilość sarkazmu. Ironia od zawsze była moją bronią, Deaniel naprawdę rzadko się jej chwytał. Wciąż jednak zapominałam, że to nie ta sama osoba.
     Uścisk korzeni na mojej szyi zdecydowanie zelżał. Ręce, nogi i brzuch wciąż miałam jednak silnie obwiązane. Złapałam kilka głębokich wdechów z trudem powstrzymując się od niechcianego kaszlu. Czułam, że jeszcze chwila i pożegnam się z życiem. Deaniel najwyraźniej wiedział, kiedy przerwać.
     - Czyżbyś nie była w stanie mówić? - spytał rozbawionym głosem chłopak.
     - Zgiń - warknęłam ochrypłym głosem, spoglądając prosto w jego oczy z niekrytą nienawiścią.
     Pół demon uniósł brew do góry, przyglądając mi się uważnie.
     - Czyżby w mojej najdroższej przyjaciółce dokonała się jakaś istotna zmiana? - prychnął, krzywiąc się wyraźnie - Nareszcie zaczęłaś walczyć o swoje i przestałaś udawać ofiarę? - zaśmiał się, powstając z ziemi. Spojrzał na mnie z góry, jakby chciał podkreślić swoją wyższość nade mną. Jego spojrzenie było pełne pogardy.
     - Coś w ten deseń - mruknęłam od niechcenia, nie spuszczając z niego czujnych oczu.
     - Cudownie - odpowiedział chłopak, uśmiechając się w diabelsko, szeroki sposób w jaki nie uśmiechał się żaden człowiek żyjący na ziemi. Chwilę potem uniósł dłoń do góry i pstryknął palcami, dzięki czemu moje ciało stało się wolne od korzeni. Muszę przyznać, że zdziwił mnie akt jego domniemanej dobroci, choć miałam wrażenie, że nie zrobił tego bez powodu. 
     Nie spuszczając z niego oczu, powoli zaczęłam podnosić się z ziemi. Czułam się niezwykle obolała i bez sił. Zupełnie, jakby mordercze korzenie powoli zaczęły wysysać ze mnie energię życiową. Czerwone ślady na nadgarstkach dawały o sobie znać silnym, pulsującym bólem. Zaledwie na chwilę skierowałam w ich stronę spojrzenie. Zdziwiły mnie krwawe ślady znajdujące się na nich.
     - Wiesz co oznaczają rany na twoich dłoniach? - spytał Deaniel, unosząc brew - To, że nie przeżyjesz dzisiejszej nocy - dodał, zanosząc się dzikim śmiechem - Widzisz, jedną z zalet przebywania w otchłani lub w świecie demonów jest to, że twoja moc staje się zdecydowanie potężniejsza. Im częściej przebywasz w świecie ludzi, tym coraz mniej jej posiadasz, aż w końcu znika. Zupełnie jak w przypadku Nathiela - wytłumaczył - Moja moc nigdy wcześniej nie była tak potężna jak teraz. 
     Wyjaśniła się więc zagadka nieużywanej przez Auvreya mocy. Chłopak mieszka tu od dziecka, a w Reverentii postawił stopę zaledwie raz i to na 3 dni. Być może właśnie dlatego nigdy nie widziałam u niego oznak używania jakiejkolwiek mocy. Mógł żadnej nie posiadać.
     - Pobawić się z tobą czy patrzeć jak umierasz w męczarniach z powodu trucizny, która już krąży w twoich żyłach? - spytał chłopak, spoglądając w niebo z udawanym zamyśleniem. Doskonale wiedziałam, że chce mnie nastraszyć. Był przy tym niezwykle pewny siebie. To nie był Deaniel, którego znałam i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Przestałam go już spostrzegać jako dawnego przyjaciela, który oddał za mnie życie. Jego dobra strona zniknęła w otchłani i nigdy więcej nie powróci. Złą postać, która stoi przede mną, powinnam potraktować jak zagrożenie, którego nie mogę łączyć z sentymentem. Nie była to prosta rzecz, szczególnie, gdy urywki wspomnień pokazywały mi jego radosną i uśmiechniętą twarz, musiałam to jednak zwalczyć siłą. Demon, który raz trafił do otchłani, już nigdy nie będzie taki sam, obojętnie jak bardzo byłby dobry za życia na Ziemi.
     Drżącą dłonią sięgnęłam do kieszeni po exitialis. Ten czyn najwyraźniej zdziwił Matthersa, który na moment uniósł do góry brew. Diaboliczny uśmiech szybko wszedł jednak na jego twarz. Pokazywał on jak bardzo demon ze mnie kpi.
     - Myślisz, że jeden nóż coś zdziała przeciwko mocy ziemi? - spytał, prychając z oburzeniem.
     - Nie - mruknęłam w odpowiedzi, zaciskając w dłoni exitialis - Ale lepsza próba walki, niż bezczynne stanie w miejscu.
     Deaniel uśmiechnął się na chwilę w pozornie łagodny sposób, co znowu zaczęło mieszać mi w głowie. Czy tkwiła w nim jeszcze jakakolwiek doza człowieczeństwa czy to tylko moje wspomnienia lub jego gra pozorów? Zaczynałam być coraz bardziej niepewna wobec własnych zamiarów.
     - Zmieniłaś się - stwierdził cicho brązowooki.
     W jednym momencie wszystkie, przerażające i powykrzywiane korzenie zaczęły znikać z powierzchni ziemi. Northem Park zaczęło wracać do poprzedniego stanu, zupełnie, jakby wcześniejsze użycie magi ziemi było tylko i wyłącznie iluzją. Andi także została uwolniona. Jej blade ciało leżało teraz na trawie w bezruchu. Na szczęście wciąż oddychała.
     Uśmiechnęłam się mimowolnie, powstrzymując od westchnięcia ulgi. Deaniel mógł to w końcu zauważyć i wykorzystać przeciwko mnie, a tego nie chciałam. Całą swoją uwagę powinien skupić teraz na mnie, nie na Andi, która tego dnia przeszła więcej, niż powinna.
     - Proszę - zaczął chłopak, rozkładając ręce na bok - Droga wolna. Chcę zobaczyć jak bardzo bezwzględna jesteś - dodał cichym, powolnie przerażającym głosem - Zaatakuj mnie. Spróbuj zabić. W końcu nie jestem tą samą osobą co kiedyś - dodał, śmiejąc się cicho.
     Zmarszczyłam czoło, zaciskając mocniej dłoń na exitialis. Teraz wyciągałam nóż w jego stronę, szykując się do ataku. Wciąż coś trzymało mnie jednak w miejscu. Opętała mnie nagła bezradność. Nie potrafiłam go zabić. Wciąż dręczyło mnie odczucie, że tkwi w nim jakaś cząstka ludzkości, którą da się jeszcze odzyskać. Dotykało mnie wręcz śmieszne wrażenie, że jego zachowanie to czysty żart, a przecież Deaniel lubił żartować. Z trudem zaciskałam zęby, starając się nie poddać w swoim mocnym postanowieniu. Powoli jednak słabłam.
     - Co jest? - zakpił Matthers, krzywiąc się w pogardliwy sposób - Czyżbyś nie była w stanie mnie zabić? - dodał ze śmiechem - Sądzisz, że wciąż jestem twoim ukochanym przyjacielem, który nie zrobi ci krzywdy? 
     Potrząsnęłam głową, nie mogąc nic z siebie wydusić. Cała ironia utknęła gdzieś na dnie umysłu. Odwaga umknęła, kryjąc się za drzewem. Opanowało mnie niezwykłe uczucie bezradności przez które mało nie opuściłam noża. 
     - Boisz się - syknął chłopak, kierując swoje kroki w moją stronę - Strach od ciebie emanuje. Paraliżuje cię. Czuć go w powietrzu - kontynuował mrocznie brzmiącym głosem. Uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca krzywemu, pogardliwemu wyrazowi. Był coraz bliżej mnie.
     - Nie zbliżaj się - warknęłam, próbując grać twardą. W rzeczywistości trzęsłam się jednak ze strachu. Z trudem powstrzymywałam się od wycofania swoich kroków w tył. Odległość między mną a Deanielem powoli stawała się przerażająco mała.
     - Bo co? - zakpił - Krzywdę mi zrobisz? - zaśmiał się głośno. 
     Już tylko metr dzielił go ode mnie. Moje serce biło coraz mocniej, a umysł opanował dziwny szum. Nie wiedziałam czy była to kwestia działającej już trucizny czy wielkiej ilości adrenaliny, która opanowała moje zmysły. Powoli zaczynałam tracić nad sobą władzę. Ręce zaciskające nóż zaczęły bieleć, na czole pojawiły się krople potu. Czułam, że dłużej nie zniosę tej presji.
     Deaniel postawił w moją stronę kolejny krok, a ja w panice zamachnęłam się na niego nożem. Moje oczy mimowolnie powędrowały w drugą stronę, czyniąc mój ruch ruchem na oślep. Wiedziałam, że taki sposob walki nie jest najkorzystniejszy i pokazuje tylko strach. Wiedziałam też, że nie zrobi krzywdy mojemu przeciwnikowi.
     - Słodka, niewinna i równie bezradna Laura - zaczął pogardliwie Deaniel.
     Dopiero teraz skierowałam w jego stronę swoje spojrzenie. Zdziwił mnie widok jego dłoni, zaciskającej się na nożu, którym chciałam go zaatakować. Gdyby się nie obronił, prawdopodobnie dostałby w serce. Spokój i opanowanie pomogły mu jednak w tej walce. Jego dłoń okalana przez ciemny dym, mający zastępować mu krew, przypomniała mi dzień w którym próbował udowodnić, że demony istnieją. Nie chciałam mu wtedy uwierzyć i stwierdziłam, że to prawdopodobnie jakaś magiczna sztuczka. Dziś wiem, że to największe bagno w jakie się wplątałam.
     - Spójrz mi w oczy - syknął zdenerwowany chłopak. Mimowolnie uczyniłam to, co mi rozkazał. Jego twarz była zbyt blisko mojej, to jeszcze bardziej mnie zdezorientowało. Wciąż widziałam w nim cząstkę starego Deaniela, której rozpaczliwie starałam się bronić. 
     Zacisnęłam usta, aby nie dać się ogarniającemu mnie uczuciu rozpaczy. Powoli zaczynałam się poddawać.
     - A mówiłaś, że nie potrafisz ufać - szepnął Matthers, mrużąc oczy z rozkoszą - Twoja własna słabość cię zwiodła - dodał głośniej, śmiejąc się cicho. Nim właściwie odczytałam intencje mojego dawnego przyjaciela, krzyknęłam z bólu i skuliłam się gwałtownie na ziemi, puszczając swoje własne exitialis. Dopiero po chwili zdołałam się zorientować, że użył własnego noża. Wbił mi go brutalnie w bok. Spod dłoni, która trzymała ranę zaczęła wyciekać krew. Już sam jej widok zdołał zawrócić mi w głowie. Miałam wrażenie, że lada moment mogę paść w bezruchu na ziemię. Ból był niesamowicie silny. Nie mogłam powstrzymać łez i jęku bólu, który mimowolnie wyrwał się z moich ust. 
     - Myliłem się - prychnął chłopak, kucając przy mnie - Wciąż jesteś tą samą Laurą co kiedyś - warknął - Słabą, tchórzliwą, niepotrafiącą poradzić sobie w życiu. Jedyna różnica w twoim zachowaniu to próba rozpaczliwej walki i to, że... - tu przerwał, uśmiechając się ironicznie - Za bardzo zaczęłaś ufać ludziom. Twoja przestroga stała się twoją własną słabością, droga przyjaciółko.
     Deaniel miał racje. Przez to co przeżyłam w dzieciństwie nie chciałam ufać nikomu, kto starał się trafić do mojego serca. Ludzie byli dla mnie szarym, wrogim tłumem, który chce mnie tylko zranić. Miałam jedną, jedyną przyjaciółkę, ale i jej nie mówiłam o wszystkim w obawie przed nagłą zdradą. Nie bałam się być sama, tak było wygodniej, bezpieczniej. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy wkroczyłam w krainę demonów. To Deaniel otworzył przede mną świat pełen zaufania, a Nathiel nauczył mnie jak otwierać się na ludzi. To prawda, że zaufanie mogło być zgubne, ale bez niego nikt nie jest człowiekiem.
     Uśmiechnęłam się pod nosem krzywo, bo nie było stać mnie na nic więcej.
     - Masz racje - mruknęłam, podnosząc wzrok na swojego dawnego przyjaciela. 
     Deaniel uniósł brew, przyglądając mi się z zainteresowaniem.
     - Zaufanie stało się moją słabością - kontynuowałam - Ale tylko zaufanie czyni człowieka w pełni ludzkim.
     Chłopak milczał, wciąż przyglądając mi się w skupieniu. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
     - Ty już nie jesteś człowiekiem - dodałam, sięgając dłonią po nóż, leżący nieopodal mnie.
     - Trudno, żebym nim był, skoro spędziłem czas w otchłani - warknął Matthers, wpatrując się w moją twarz z pogardą i krzywym wyrazem.
     Przymknęłam na chwilę oczy, uśmiechając się pod nosem. Postanowiłam, że całkowicie zignoruję jego wypowiedź.
     - Płakałam za tobą - stwierdziłam szeptem - Przeklinałam siebie w duchu za to, że pozwoliłam ci odejść. Nie chciałam, żebyś właśnie tak zakończył swoje życie: ratując mnie i odchodząc w zapomnienie. Twoje poświęcenie szło za mną każdego dnia, nie dając mi spokoju. Nie zdążyłam ci nigdy powiedzieć jak wiele dla mnie znaczyłeś bo byłam zbyt chłodną i zamkniętą w sobie osobą - westchnęłam - Wciąż nią jestem, ale przynajmniej potrafię wyrazić to, co czuję - spojrzałam prosto w jego oczy, przybierając smutny wyraz twarzy. Dłoń chwyciła nareszcie exitialis, przyciągając je niezauważenie do siebie - Przepraszam, że w ciebie zwątpiłam. Byłeś moim przyjacielem, który mimo własnego tchórzostwa starał się mnie chronić. Nie kochałam cię w taki sposób jak ty mnie, niewątpliwie byłeś jednak jedną z najważniejszych osób w moim życiu - moje oczy załzawiły się, gdy to powiedziałam - Chciałam ci podziękować. Za to, że byłeś i podarowałeś mi swoje cenne życie. Dzięki tobie wiem, że warto ufać.
     Orzechowooki patrzył na mnie oczami pełnymi obojętności. Mimo, że milczał, a słowa te najwyraźniej go nie wzruszyły, wiedziałam, że uważnie mnie słucha i nie zwraca uwagi na otoczenie. To była moja szansa. 
     - Dziękuję - szepnęłam, siląc się na łagodny uśmiech. W następnym momencie zamachnęłam się nożem i wbiłam go prosto w serce demona. Z moich ust momentalnie wyrwał się nieopanowany szloch. Nie chciałam tego robić, ale wiedziałam, że nic innego mu nie pomoże. Deaniel Matthers zniknął z mojego życia już wtedy, gdy trafił do otchłani. Nie widziałam innego rozwiązania jak śmierć.
     Orzechowooki spojrzał na mnie zszokowanymi oczami, nie dowierzając temu, co zrobiłam. Chwile potem przeniósł swoje oczy na pierś z której ulatniał się ciemny dym. 
     - I przepraszam - dodałam cicho, sięgając dłonią do jego polika. Po raz ostatni chciałam poczuć, że przy mnie jest. Poczuć, że coś dla mnie znaczył. 
     Łzy spływały po moich polikach potokiem, a uśmiech drżał z rozpaczy. Zrobiłam coś, co było koniecznie, choć wbrew własnej duszy i sercu. Właśnie takie czyny bolały w życiu najbardziej.
     Zaskoczone spojrzenie Deaniela powoli zaczęło ulegać zmianie. Jego usta rozszerzyły się w delikatnym, łagodnym uśmiechu, którym zawsze witał mnie za dnia. Jego oczy zostały pozbawione jakiejkolwiek nienawiści. Byłam pewna, że w ostatnich chwilach życia stary Deaniel powrócił do świata ludzi. Ten fakt zabolał mnie ze zdwojoną siłą i wywołał jeszcze większą falę rozpaczy.
Mój przyjaciel, dzięki któremu wciąż żyłam, zdążył zaledwie wystawić w moją stronę dłoń, nie zdążył mnie jednak dotknąć, ani wymówić żadnego słowa. Jego postać rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając po sobie szary dym. Deaniel zniknął, ponownie zostawiając po sobie w sercu przerażającą pustkę. I właśnie wtedy poczułam się bardziej samotna, niż kiedykolwiek wcześniej. 
Mimo rany, która niemiłosiernie bolała i wprawiała w niechciany, otępiały stan, nie mogłam pozbyć się głośnego szlochu, który niósł się po Northem Park echem. Po raz drugi straciłam cenną dla mnie osobę. Moje serce nie było w stanie więcej znieść.
     Głowę pochyliłam do przodu w taki sposób, że dotykała teraz trawy. Jedną dłonią trzymałam krwawiący bok, a drugą uderzałam bezradnie i w bezsile o podłoże. Nie mogłam już więcej znieść. Wszyscy odchodzili, zostawiając mnie samą, na pastwę losu. Najpierw Deaniel, potem moja matka, następnie Hugh, a na końcu sam Nathiel - moja największa podpora. Nie mogłam więcej znieść.
Silny wiatr, poruszany moimi emocjami opanował okolicę. Miałam wrażenie, że namiastka mojej chaotycznej mocy właśnie uwalnia swoją siłą. Nie wiedziałam jednak jak bardzo się wówczas myliłam. 
     Po potężnym powiewie wiatru, gdzieś w tle zagrzmiało niebo, zwiastujące burze. Podniosłam zapłakane oczy do góry, dziwiąc się nagłą zmianą stanu pogodowego. Przecież nic nie zapowiadało na dzisiejszą noc burzy. Niebo było czyste, bezchmurne, a powietrze lekkie, rześkie i chłodne. Co takiego się działo? Czy to efekt otwarcia otchłani?
     Przerwałam na moment swój płacz, rozglądając się zaniepokojona wkoło. Złe efekty pogodowe coraz bardziej zaczęły przypominać burzliwą walkę przyrody z nieznanymi mocami. Silny wiatr i grzmienie nieba nabierały na sile, zupełnie, jakby wielkie zło było tuż tuż. Liście zerwane siłą z drzew, zaczęły krążyć wokół mnie, podobnie jak włosy, które wirowały na wszystkie strony. Oczy porażone nagłym powietrzem, zmrużyły się na moment. Co się działo?
     Dłonią otarłam resztki łez. Nogi zmusiłam do powolnego, choć ciężkiego i chwiejnego podniesienia się z ziemi. Jeszcze nie wiedziałam co się dzieje, ale miałam wrażenie, że powinnam stąd jak najszybciej zniknąć. Nim jednak zdołałam postawić jakikolwiek krok w stronę zemdlałej Andi, którą też przecież musiałam ratować, w powietrzu rozległy się głośne, przerażająco powolne oklaski. Moje serce stanęło na moment w miejscu. Bałam się odwrócić w tył, wiedziałam bowiem, że czeka mnie tam coś nieprzewidzianego w skutki.
     - Brawo - usłyszałam niski, męski głos - Nie sądziłem, że możesz okazać się osobą, która jest w stanie mnie zainteresować. Godną domieszki podziwu.
     Moje oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie musiałam się odwracać, aby wiedzieć kto w raz z swoją mocą zawitał w progi Northem Park. W końcu sama posiadałam namiastkę tej przerażającej mocy. 
     - Witaj ponownie, Lauro.