niedziela, 15 października 2017

[TOM 3] Rozdział 41 - "Obietnica dana dziecku"

Wow, no po prostu nie wierzę. Dawno nie było już rozdziału w niedzielę. Teraz o dziwo ze wszystkimi tekstami wyrobiłam się w czasie. Może w końcu się wdrażam w ten studencki tryb. Październik z reguły jest dla mnie ciężki, dlatego mam nadzieję, że kiedy już minie, wszystko wróci do normy i będę mogła spokojnie dokończyć WCS.
Jak to zazwyczaj bywa z moimi rozpiskami, standardowo wydłużam rozdziały, żeby tylko nie skończyć tak szybko opowiadania. Idąc moim cudownym tokiem rozumowania, zapewne WCS skończy się dopiero na 50-kilku rozdziałach, a nie 40-kilku. Może to i lepiej.
Krótko, zwięźle (chyba) i na temat. Budujemy napięcie przed konkretną akcją. 
***
Burza szalała w najlepsze. Nigdy się jej nie bałam, uważałam ją raczej za interesujące zjawisko pogodowe, któremu można przyglądać się nocami i podziwiać za jego wszechmoc. Dzisiaj było inaczej. Silne uderzenia piorunami powodowały, że na mojej skórze pojawiała się gęsia skórka. To nie była zwyczajna burza, wcale nie musiałam być czarodziejką i mieć szczególnie zdolności mentalne, aby wyczuć, że kryło się w niej coś naprawdę złego. To nie siła natury, to zjawisko stworzone za pomocą czarnej magii.
Przy kolejnym potężnym trzasku dwójka moich dzieci podskoczyła zgodnie do góry. Nawet ja zesztywniałam pod wpływem silnego uderzenia. Miałam wrażenie, że cały dom się zatrząsł. To mnie zaniepokoiło. Nie chciałam mieć gruzowiska na środku pokoju. Nie chciałam również, aby komuś z nas cokolwiek się stało. Kiedy nie było obok Nathiela, wszystko zdawało się być sto razy gorsze. Ten nieustraszony łowca, mąż i ojciec w jednym, dawał nam poczucie bezpieczeństwa. Może to dlatego, że jego postawa nigdy nie wskazywała na to, że czegoś się boi.
Pogłaskałam chlipiącą cichą w moją koszulkę Calanthię oraz Nate’a, który miał oczy jak dwa wielkie migdały. Kiedy moja córka była całkowicie bezwładna, syn zesztywniał, jakby ktoś poraził go prądem. Tylko Aura siedziała spokojnie na fotelu i patrzyła się z zafascynowaniem w okno. Miała diabelsko szeroki uśmiech na twarzy, co bardzo mnie zaniepokoiło. Ona czuła, że burza jest wywołana siłami zła i bardzo jej się to podobało. Co jakiś czas wystawiała swoją bladą rączkę w stronę szyby i starała się dotknąć myślami tych błyszczących iskierek rozdzierających bezlitośnie niebo. Patrząc na nią czułam się bezradna. Mimo naszych wychowawczych starań, Aura wciąż była małym ¾ demona uraczonym klątwą, której nie można było zdjąć. Bałam się, że pewnego dnia pójdzie własną ścieżką, która może dążyć do czynienia zła.
– Aura, odejdź od okna, proszę – zagaiłam. Dwójka dzieciaków podskoczyła do góry zaskoczona tym, że się odezwałam. Przez to i moje mięśnie się napięły. Burza wystarczająco mocno wytrącała mnie z równowagi.
– Ale pioluny są takie fajne, mamo! – wykrzyknęła z fascynacją dziewczynka. Na kolanach trzymała miskę popcornu, która miała służyć nam podczas seansu filmowego. Jak się okazało, zabrakło prądu. Dla Aury nie stanowiło to przeszkody. Może daleko jej było na tym etapie życia do optymizmu, ale z optymizmem wynalazła darmowy seans bez telewizora – odbywał się on za oknem. Wzbogacony był o jednolity pokaz rażących świateł, uzupełnionych głośnymi trzaskami. 
Poddałam się. Co miałam powiedzieć własnemu dziecku? Że nie może oglądać burzy, bo działa na nią jak przepełniona złem ładowarka na baterię? To nie jest argument, który zrozumie pięcioletnie dziecko. Może Aura była mądra, ale nie rozumiała jeszcze pewnych kwestii. Przede wszystkim nie rozróżniała dobra i zła.
Drzwi wejściowe trzasnęły z rozmachem, oznajmiając powrót „pana” tego domu. Porywisty wiatr, który wkradł się do salonu, sprawił, że płomienie licznych świec roztańczyły się w szalonym rytmie. Nate pisnął tak głośno, że mało nie ogłuchłam. Najwyraźniej przestraszył się tego, że świece mogą zgasnąć, a wtedy zapanuje mrok.
Ciężkie i przyspieszone kroki zaznaczyły swoją ścieżkę do pokoju, w którym przebywaliśmy. Spodziewałam się Nathiela, ale nie Nathiela z małym czarnym pudłem pod pachą. Uniosłam brew w zdziwieniu, kiedy okazało się, że targa za sobą przenośny telewizor. Bez słowa postawił go z głośnym stuknięciem na stole, włączył i wskazał palcem na czarno-biały obraz. 
Telewizor na baterie? Naprawdę?
Na ekranie pojawiła się monumentalna ściana zbudowana z chaosu – wirujące wkoło przedmioty przypominały jakieś większe tornado. Pomiędzy porywistymi wstęgami wiatru wyłaniały się czarne szaty i jakieś twarze. Doliczyłam się czterech osób płci żeńskiej. Prawie natychmiastowo zbladłam. Czerwony napis u dołu ekranu głosił: „Czterej jeźdźcy apokalipsy. Czy koniec jest już bliski?”.
Oderwałam plecy od oparcia sofy i spojrzałam ostrożnie na Nathiela. Wyglądał wyjątkowo poważnie.
– Musimy się zbierać – oznajmił, wyłączając telewizor akurat w momencie, kiedy pojawiła się przy nas Aura żądna telewizyjnych ciekawostek. Kiedy tata zgasił ekran, spojrzała na niego ze zgrozą. – Ethan był na zwiadach razem z Aleciem, potwierdzili, że to wiedźmy. Najwyraźniej na kogoś czekają i to nie na nas.
– A więc na la bonne fee – dopowiedziałam, przygryzając wargę.
Auvrey kiwnął głową.
– Wiedźmy chcą policzyć się z czarodziejkami, dlatego nie wpuszczają do swojego centrum chaosu żadnej żywej duszy. Kiedy Ethan chciał się zbliżyć do ściany, mało nie urwało mu ręki. – Mój mąż wykrzywił usta, co tylko poświadczyło o tym, że był świadkiem efektów, jakie wywołało wiedźmowe tornado na jednym z naszych przyjaciół. – Musimy iść do Nox, Laura.
Wzięłam głęboki oddech, a potem wypuściłam go z cichym świstem. 
Przecież wiedziałam, że ten moment nadejdzie, że kiedyś znowu będziemy musieli zmierzyć się z wiedźmami, które uparcie milczały przez tyle lat. Teraz przybyły po to, aby narobić szkód i załatwić sprawy z czarodziejkami. Czy to oznaczało, że wojna właśnie się rozpoczęła? A może to tylko preludium, które miało ustawić nas do pionu i wprowadzić w stan gotowości?
Podniosłam się z sofy. Calanthia i Nate uwiesili się na mojej bluzce. Najwyraźniej wyczuli, że coś jest nie tak i wcale nie chcieli mnie puszczać. Kiedy spojrzałam w zielone oczy syna i niebieskie tęczówki mojej córki, zrozumiałam, że czują strach nie z powodu burzy, ale strach z powodu tego, że ich rodzice będą musieli zmierzyć się z czymś naprawdę złym. Może oboje byli mali, ale rozumieli powagę sytuacji. Chcieli mnie za wszelką cenę powstrzymać.
Westchnęłam i uklęknęłam przed dwójką moich dzieci.
– Zaprowadzimy was do cioci Amy i…
– Chcę iść z wami – usłyszałam cieniutki głos Nate’a. Był przerażony, trząsł się jak osika na wietrze, a jednak mimo tego twardo zaciskał pięść na mojej bluzce i nie chciał pozwolić mi odejść.
– Nie ma mowy – odezwał się Nathiel. Z głośnym prychnięciem założył ręce na piersi. Rzadko zdarzało się mu być stanowczym, czy chociażby surowym, sytuacja jednak właśnie tego od niego wymagała. – Jesteście dziećmi. Mówiłem wam już kiedyś, że mama i ja to superbohaterowie, nie? Pamiętacie? Potrafimy się zamieniać w Hulka, kiedy trzeba. Nas się nie da zabić, dlatego kiedy wy będziecie grzecznie siedzieć z Amy, my pójdziemy ukarać niegrzeczne wiedźmy, które bawią się z panem burzą. Zrozumiano? – Spojrzał na Nate’a i Calanthię z uniesioną brwią. Nasza najmłodsza córka od razu kiwnęła głową, choć wyraźnie było widać, że wcale jej się to podoba. Nate również ostatecznie pokiwał głową. Tylko Aura nie przejęła się sytuacją. Stała z boku z wielką miską popcornu w ręce i napychała sobie nim buzię, przyglądając nam się w zamyśleniu. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że nie zadaje zbędnych pytań, z drugiej strony odnosiłam głupie wrażenie, że może zrobić coś naprawdę głupiego. Oby nie poszła za nami tak jak wtedy, kiedy odbywaliśmy misję w Reverentii…
– Dobrze, w takim razie musimy was przebrać – powiedziałam i popchnęłam leciutko dzieci w stronę pokoju. Spojrzałam ukradkiem na Aurę, która wciąż stała w miejscu i przeżuwała popcorn. Dałam znać spojrzeniem Nathielowi, że to on powinien uporać się z najstarszą córką. Auvrey widząc moją minę tylko przewrócił oczami, wiedział jednak, że liczy się każda minuta, dlatego bez zbędnych dialogów chwycił Aurę wpół, wyrwał jej miskę z dłoni i ruszył z nią w stronę pokoju. Ich krótkiej podróży towarzyszyła symfonia demonicznych krzyków, płaczu i cichych pacnięć w nogi ojca, które nie chciały wstrzymać chodu. Gdyby nie ta przeklęta ciemność, która nas otaczała, zapewne powiedziałabym: dzień jak co dzień. 
***
W Nox pojawiliśmy się w momencie, kiedy wszyscy byli gotowi do wyjścia. Już w holu dało się słyszeć podniesione rozmowy i głośny, przejmujący płacz małego dziecka – domyślałam się, że to Aren przyniósł tu swoją córkę. Dziwiło mnie tylko to, że wraz z nim nie pojawiła się Madlene. Nie chciałam się dopytywać w tym momencie o sprawy, które nie miały najmniejszego sensu – zapewne śpiewająca czarodziejka miała się tutaj zjawić ze swoimi przyjaciółkami.
Skinęłam głową wszystkim członkom Nox na przywitanie i wymijając ich podeszłam do swojej przyjaciółki, która stała gdzieś na szarym końcu, trzymając w ramionach małą Madelyn. Na jej twarzy odznaczało się wyraźne zmartwienie. Była przerażająco blada. Starała się miarowo kołysać niemowlakiem, który jak na złość nie chciał się uspokoić. 
– Amy – zagaiłam. Zanim jednak cokolwiek zdołałam powiedzieć, moja przyjaciółka rzuciła się na mnie z rozmachem, mało nie przewracając mnie na podłogę. Wystawiłam przed siebie ręce, jakbym chciała się przed czymś obronić, najprawdopodobniej przed atakiem dziwnej wylewności, która odznaczała się w brązowych oczach idealnej matki i żony.
– Laura – usłyszałam ciepły głos pełen troski. Moje zesztywniałe mięśnie rozluźniły się pod wpływem tego tonu. Moja przyjaciółka zawsze miała w sobie coś kojącego. Rzadko kiedy zdarzał się ktoś, kto za nią nie przepadał, a jeżeli już, na pewno była to osoba, która czegoś jej zazdrościła. Może nie była najinteligentniejszą osobą na świecie, ale za to miała wielkie serce. – Błagam, uważaj na siebie – szepnęła do mojego ucha. Jej dłonie mocno zacisnęły się na moich plecach. Zdołałam tylko kiwnąć głową.
Amy odchyliła się w tył i spojrzała na mnie ze smutkiem. W jej oczach szkliły się łzy, mimo tego nadal próbowała się uśmiechać. Nie chciała wystraszyć dzieciaków, które stały za moimi plecami i przyglądały się z niepokojem tej scenie. Nie minęła nawet chwila, a zaczęła odgrywać rolę perfekcyjnej cioci. Dziwiło mnie to, jak znakomitą aktorką potrafiła być, gdy sytuacja tego wymagała.
– Cześć – zagaiła, machając do nich ręką. Calanthia nie potrzebowała więcej słów, od razu rzuciła się do nóg swojej cioci i mocno je przytuliła. Była już przyzwyczajona do tego, że gdy jej rodzice znikali na jakichś dziwnych misjach, to ona się nią zajmowała.
Nate wciąż stał obok mnie i przyglądał się z uwagą całej tej sytuacji. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie zdążyła zniknąć Aura, ale jej ojciec był najwyraźniej czujny – przyprowadził ją tutaj, trzymając za tył koszulki, jak małego zwierzaka. Bliźniaczka Nate’a wydzierała się na cały pokój, machając walecznie pięściami w górze.
– Chciała uciec – mruknął niezadowolony Auvrey, kiedy już obok nas stanął. Wciąż nie wypuszczał jednak Aury. Spojrzał z powagą na potencjalną opiekunkę dzieci. – Pilnuj jej. Ta mała cholera wykorzysta każdą chwilę twojej nieuwagi, żeby stąd uciec. Najlepiej pozamykaj wszystkie okna i drzwi. Jeżeli nie pomoże, przywiąż ją do krzesła, grzejnika, czegokolwiek. Natem i Calanthią się nie przejmuj, na ogół są przecież grzeczni. – Demon wzruszył obojętnie ramionami.
– Ja chcę iść z wami! – wrzasnęła rozdzierająco Aura. Tym razem udało jej się zdzielić ojca mocnym ciosem prosto w kolano. Nathiel nie chciał tego pokazywać, ale widziałam, że na jego twarzy pojawił się grymas bólu, najwyraźniej to uderzenie było wyjątkowo celne.
– Aura, rozmawialiśmy już na ten temat – odezwałam się z umęczonym westchnięciem. Oddźwięk głośnego chlipania Madelyn zlewał się teraz z piskami rozszalałej pięciolatki. To sprawiło, że rozbolała mnie głowa.
Nagle poczułam się zmęczona i przeciążona, zupełnie jakby ktoś położył na moich ramionach ogromny worek z kamieniami, który ledwo potrafiłam unieść. Przez cały ten czas mój umysł był względnie spokojny, dopiero teraz uświadomiłam sobie, że lada moment nastąpi coś, czego finału nie mogłam przewidzieć. Rozumiałam panikę Aury. Ona jako jedyna z całego swojego rodzeństwa nie uważała nas za superbohaterów, którzy są niezniszczalni. Wiedziała, że możemy więcej nie wrócić.
– Zostawicie mnie! Zostawicie! – wrzeszczała dalej pięciolatka. Jej policzki zaczerwieniły się z wysiłku i złości. Ogromne łzy spływały teraz strumieniami po okrągłej buzi. – Jesteście gupi! Nienawidzę was! 
Zacisnęłam usta, bo tak naprawdę nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. Wykrzykiwanie Aury poruszyło we mnie jakąś cienką strunę, która lada moment mogła pęknąć pod naciskiem i uderzyć mnie prosto w twarz. Przymknęłam na moment powieki i spróbowałam wziąć głębszy oddech.
– Aura, uspokój się – usłyszałam warknięcie Nathiela. Ojcowskie ostrzeżenie zawarte w niebezpiecznie brzmiącym tonie głosu niewiele jednak pomogło. Teraz pięciolatka wydzierała się już na całą siedzibę organizacji Nox, zwracając tym samym uwagę wszystkich zgromadzonych tutaj członków.
– Nienawidzę was! Nienawidzę! – Ogłuszający pisk sprawił, że wykrzywiłam usta w grymasie. Najwyraźniej nie tylko ja na niego zareagowałam. 
W jednym momencie w pokoju zapanował chaos. Wszystkie świece zgasły pod wpływem silnego podmuchu wiatru, który odepchnął na ścianę zarówno mnie, jak i Amy. Chwilę potem poczułam mocne uderzenie w policzek – to jakiś dryfujący w ciemnościach przedmiot zostawił na mojej twarzy bolesną pamiątkę. Obok mnie rozległ się pisk przestraszonej przyjaciółki, która najwyraźniej cudem uskoczyła w bok, nim coś ciężkiego roztrzaskało się na jej głowie. Teraz Madelyn darła się już wniebogłosy, zupełnie jakby postanowiła dołączyć się do rozszalałej Aury.
To pierwszy raz, kiedy małe ¾ demona pokazało swoją moc w tak ogromnym natężeniu. To pierwszy raz, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, po kim ją odziedziczyła. Najwyraźniej nie byłam jedyną dziedziczką magii Aidena Vauxa.
Odepchnęłam się od ściany i zaparłam nogami o dywan. Robiąc malutkie kroki, podążałam w stronę rozkrzyczanej córki, która wpadła w taki szał, że zapomniała o tym, jak kontrolować swoją moc – ona po prostu przez nią przepływała. Bezwolnie i bez ograniczeń. Nathiel musiał ją opuścić na podłogę, ponieważ słyszałam jego głos z oddali. To nie była jego wina. Nawet najtwardszy zawodnik nie potrafiłby się utrzymać w pionie.
Gdy w końcu dotoczyłam się do córki, upadłam na kolana. Aura nie wykrzykiwała już żadnych obelg, teraz tylko przejmująco płakała. Doskonale wiedziałam, ze za słowami „nienawidzę was” kryła się tak naprawdę rozpacz wynikająca ze świadomości, że lada moment będziemy musieli zmierzyć się z czymś naprawdę złym i zostawimy ją tutaj z Amy. Aura może gdzieś wewnątrz swojego małego serca była zła, to nie zmieniało jednak faktu, że naprawdę mocno nas kochała. Podejrzewałam, że gdyby nas zabrakło, to ona ucierpiałaby w największym stopniu, na dodatek wcale by tego nikomu nie pokazywała. Zapewne płakałaby w samotności, a potem wyrosła na pełną nienawiści do świata nastolatkę. 
– Aura – odezwałam się cicho, ale tak, aby mnie usłyszała. Wystawiłam przed siebie rękę i dotknęłam jej włosów. Pięciolatka podskoczyła w górę. Teraz, gdy wiedziałam już gdzie siedzi, chwyciłam ją za rękę i przygarnęłam do swojej piersi. Przytuliłam ją tak mocno, jak dawno już tego nie robiłam. 
Po niechętnym wyrywaniu się, nareszcie odpuściła i stała się bezwładna jak lalka, która potrafi tylko płakać. Chaos rozgramiający pomieszczenie ucichł. Fruwające w górze przedmioty opadły na podłogę.
– Wszyscy żyją? – dosłyszeliśmy głos Ethana. 
W pokoju rozległy się głośne pomruki, które potwierdzały swoją żywotność. Raczej żadnemu z nas nie stało się nic złego. To dobrze, najgorsze miało w końcu dopiero nadejść.
Już po chwili pokój zaczął rozjaśniać się na nowo światłami świec. Aura wciąż siedziała skulona w moich ramionach i cicho chlipała. Trzymała mnie za koszulkę tak mocno, że ręce całkowicie jej zbielały. Serce mi się krajało, kiedy musiałam patrzeć na cierpienie własnej córki.
– Wrócimy. Obiecuję, Aura – szepnęłam do jej ucha. Niespokojna pięciolatka milczała. Z jej ust wydobywały się tylko jęki rozpaczy przerywane od czasu do czasu cichym pociąganiem dziecięcego noska. Reszta moich dzieci stała w kącie przytulona do nóg Amy. Wyglądały na przerażone. Naprawdę, gorszego początku misji nie mogłam sobie wyobrazić.
Nathiel podszedł do nas, objął mnie i uniósł wraz z Aurą do pionu. Nie skarcił córki, tylko poczochrał ją po włosach i pochylił się tuż nad jej uchem, jakby chciał przekazać jej coś ważnego. Wiedziałam, że do niej szepcze, ale nie słyszałam co takiego. Nieważne o co chodziło, liczyło się to, że małe ¾ demona uniosło w końcu zapłakaną twarz i pokiwało głową, zgadzając się z naszym uczestnictwem w zabójczej misji. Konflikt najwyraźniej został zażegnany. Teraz mogłam odetchnąć z ulgą i przygotować się do kolejnego wyzwania.
Do organizacji wpadły czarodziejki. Początkowo nie zwróciłam uwagi na to, że jest ich tylko trójka, dopiero gdy w biegu opowiedziały nam całą historię związaną z pogrążonym w amnezji Arenem i tajemniczym zniknięciem Madlene, zrozumiałam, że sprawa jest aż nadto poważna.
Od samego początku wiedziałam, że śpiewająca czarodziejka przewidziała coś strasznego. I najprawdopodobniej zamierzała się z tym sama zmierzyć. Pozostawało pytanie, jaką my odegramy rolę w tym starciu. Karty najprawdopodobniej ułożyły je w odpowiedniej pozycji na planszy zwanej polem bitwy.