niedziela, 21 maja 2017

[TOM 3] Rozdział 25 - "Wrócę"

Ten moment, kiedy nie masz już żadnych rozdziałów na plusie, a sesja is coming. Nie wiem jak to będzie ze wstawianiem WCSa, ale postaram się to ogarnąć. Rozdział krótki, lekko zdechły, tłumaczeniowy, przygotowaniowy. 
***
Misja nazwana przez Nathiela: „skopać dupska demonicznym gówniarzom” została zakończona, nie potrafiłam jednak jednoznacznie określić czy powodzeniem, czy porażką. Nic nie poszło po naszej myśli, stało się coś, czego nie przewidzieliśmy.
Kiedy wyszliśmy wraz z Raidenem i Rielem na zewnątrz, nie mogłam się nadziwić temu, że podążam śladami wrogów po to, żeby z nimi porozmawiać. Porozmawiać, nie usidlić, nie zniszczyć, nie zwalczyć, najzwyczajniej świecie uciąć sobie pogawędkę jak ze starymi przyjaciółmi. Wciąż patrzyłam się podejrzliwie w plecy dwójki demonów i próbowałam ich rozgryźć. Mogli mnie przecież przechytrzyć i to w każdej chwili. Oni umieli posługiwać się zaawansowaną magią, ja wciąż nie miałam kontroli nad własną mocą i nie potrafiłam użyć jej na zawołanie. Dla własnego bezpieczeństwa nie oddalałam się od domu pełnego ludzi, wiedziałam jednak, że jeśli Raiden i Riel będą chcieli mnie zaatakować – po prostu to zrobią, demony nie przejmowały się świadkami.
Ledwo doszliśmy do parku, a pijany towarzysz młodego chłopaka wpadł w krzaki i oddał się mało interesującej czynności, którą wywoływał nadmiar alkoholu. Zdezorientowany Riel nie wiedział co zrobić. Stał nad nim i drapał się nerwowo po głowie. Gdybym chciała, mogłabym mu wbić nóż w plecy, ale miałam swoją dumę.
– Jesteś na coś chory, Raiden? – zapytał niepewnie. – Może za dużo tych proszków wciągałeś?
Nastolatek zaczął bełkotać pod nosem, a potem się śmiać. Cóż, przynajmniej jeden z demonów został wyeliminowany. Nie musiałam się obawiać z jego strony zagrożenia.
– Do rzeczy – przypomniałam Rielowi po co tu jesteśmy. Przestraszony demon aż podskoczył. Zdołał już o mnie zapomnieć. Cóż, demony nie były najlepszymi dyplomatami.
– Ja… – zaczął niepewnie, zerkając gdzieś w bok. Wyglądał jakby sam nie wiedział czego chce. – Chodzi o to, że nie chcemy walczyć.
– Świetnie – prychnęłam i założyłam ręce na piersi. Przez chwilę poczułam się jak ta siedemnastolatka, która nie mogła powstrzymać się od ironicznych docinek. Przemawiała przeze mnie złość. Riel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele szkód nam wyrządzili i ilu z naszych ludzi zabili. To było niewybaczalne. Myślał, że kilka słów wystarczy, aby załagodzić sytuację?
– Bho ja piepszę Vaila Auvreya – mruknął Raiden, przytulając swoją pobladłą twarz do kującego listowia, które najwyraźniej nie robiło na nim wrażenie. Zamiast cierpienia widziałam na jego twarzy zadowolenie. Może miał jakieś problemy z własną orientacją seksualną? Skoro uśmiechał się na samą myśl o ojcu Nathiela, interesujące wizje musiały trzymać się jego głowy.
– Chodzi o to, że my nie chcemy już wracać do Reverentii – jęknął Riel. – Tu… tu jest niesamowicie! – Demon zamachał rękami w górze, pragnąc pokazać swój szczery zachwyt. Nie kłamał. Naprawdę mu się to podobało. Widziałam to w jego błyszczących szmaragdowych oczach i uśmiechu przepełnionym niezdrową fascynacją.
– Dzifki, prochy i ziemniaki – zawtórował mu słabym, ale wciąż wesołym głosem Raiden, wymachując pijackimi dłońmi w górze. Chwilę po tym przedstawieniu usnął w krzakach i zaczął chrapać potężnie jak niedźwiedź. Oddźwięki, które wydawał nie sprzyjały kulturalnej rozmowie, jaką chciałam odbyć.
 – I myślisz, że puszczę was wolno, żebyście mogli niszczyć nasz świat? – spytałam z kpiącym uśmieszkiem. – Nie, to tak nie działa. Uczyniliście zbyt wiele szkód, żeby puszczać was wolno. Pójdziecie z nami, potem porozmawiamy.
Riel spochmurniał. Jego twarz stopniowo zaczęła nabierać ostrych rys – wiedziałam, że lada moment zmieni się w tą bezwzględną postać, która będzie w stanie zabić mnie jednym palcem. Przybrałam pozę bojową i wystawiłam przed siebie nóż. Pod twardą miną, którą przybrałam starałam się ukryć cały strach. Sorathiel i Aren oraz reszta zespołu zostali wcześniej powiadomieni o „pokojowych” zamiarach demonów, byli w pogotowiu, tak więc teoretycznie nie miałam się czego bać.
– Nie wiesz jak to jest żyć w Reverentii – zaczął zadziwiająco niskim głosem Riel. Całe moje ciało przeszyły nieprzyjemne dreszcze. – Nie wiesz jak to jest wykonywać rozkazy i w zamian niczego nie dostawać. Nie wiesz jak jest tam nudno.
Postawiłam krok w tył i potknęłam się o korzeń, który zaczął wzrastać pod moimi nogami. Demon uwalniał powoli swoją magię, tak samo jak i gniew.
– Zamierzamy tutaj żyć i nikt nie będzie nas więził. Nie tym razem – syknął.
Gałąź pobliskiego drzewa oplotła mój nadgarstek i pociągnęła mnie gwałtownie do góry. Syknęłam z bólu. Szybko przecięłam nożem mojego roślinnego przeciwnika i opadłam na ziemię. Wylądowałam na kolanach brudząc je i raniąc. Nie przejęłam się tym. To najmniej bolesne rany jakie kiedykolwiek przyszło mi nabyć podczas spotkań z demonami.
Szybko przeniosłam się do pionu. 
Obok mnie mignęła blond czupryna. Zdziwiłam się. Czyżby posiłki już nadeszły?
– Dobrze – usłyszałam głos Sorathiela. Zdziwiłam się, tak samo jak reszta osób, która zgromadziła się za moimi plecami, gotowa do walki. Wszyscy patrzyli się w ślad za szefem organizacji, który właśnie podszedł do demona. Na jego miejscu nie spoufalałabym się tak z Rielem, nie dało się jednak ukryć, że nastolatek złagodniał. Wszystkie niebezpiecznie rozwijające się rośliny powróciły do ziemi, tak samo jak Riel do swojej dawnej postawy. Spoglądał teraz na Sorathiela z nieufnością. Oczekiwał, że wyjaśni mu o co chodzi.
– Możecie iść – powiedział spokojnie szef.
Zapanował chaos. Wszyscy zaczęli siebie przekrzykiwać. Nikt nie rozumiał dlaczego nasz młody przełożony podjął właśnie taką decyzję. Przecież mieliśmy szansę wygrać – Raiden spał smacznie w krzakach, więc nie pomógłby swojemu kompanowi. Dlaczego Sorathiel chciał zaprzepaścić taką okazję?
Riel nic nie powiedział. Pokiwał tylko głową, chwycił Raidena pod pachy i wyciągnął go z krzaków. Na pomoc wezwał ziemskie rośliny – pomogły mu nieść śpiące i bezwładne ciało demona. Patrzyłam w ślad za nim jak zesztywniała. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mam szeroko rozwarte usta. Byłam w szoku, tak jak każdy z nas.
Do dziś nie wiedziałam czy to dobra decyzja. Podobnie sądziła większość członków Nox, a nawet sam Sorathiel. Kiedy spytaliśmy go dlaczego pozwolił im odejść, uznał, że skoro demony zdecydowały się zostać w naszym świecie, Nox przestało być ich wrogami. Gdyby ich zabrali i zamknęli, istniałoby ryzyko, że departament w końcu po nich przybędzie, a wtedy wszyscy będą chcieli się wspólnie na nich zemścić. Pozwalając im odejść  Sorathiel uzyskał ich przychylność. Departament będzie szukał swoich byłych członków w świecie ludzi. Vail będzie chciał ich ukarać. Kiedy nadejdzie ostateczna walka Riel i Raiden nie staną po jego stronie, będzie im zależeć na własnych korzyściach, więc dołączą do Nox. To było bardzo prawdopodobne rozwiązanie, na jego miejscu nie chciałabym tak jednak ryzykować.
Znając Sorathiela tyle lat, nareszcie spostrzegłam jedną z wad, która przyczepiła się do jego perfekcji. Czasem podejmował zbyt ryzykowne decyzje, zupełnie jakby z czasem stał się bardziej pewny siebie. Działał mniej ostrożnie niż Hugh i dlatego mógł nas zaprowadzić w kozi róg, jednak to on był szefem i to on wydawał rozkazy. My mogliśmy tylko walczyć z nim na argumenty, to on ostatecznie podejmował decyzje.
Grupa, która miała usidlić Sapphire również nie podołała tej misji. Zdarzyła im się podobna sytuacja, tym razem powstrzymała ich jednak Martha. W nastoletniej demonicy nastąpiła zmiana, sądziła, że wyczuwała w powietrzu zmianę. Nie od dawna wiadomo, że emocje mają wpływ na moce demonów. Tak jak ja wybuchałam złością czy strachem i niszczyłam wszystko wkoło, tak Sapphire, która złagodniała, rozsiewała wokół zapach wiosennych kwiatów, nie silny odór siarki, który kojarzył się z czymś złym. Martha twierdziła, że Sapphire się zakochała. Chłopak u którego mieszkała opowiedział Clayowi, la bonne fee i Nathielowi przy herbacie całą historię. W jego głosie i ruchach również dało się dostrzec coś, co poświadczyłoby o tym, że jest do niej przywiązany. Starał się jej bronić. To dlatego drużyna poszukiwawcza odpuściła.
Nikt z nas nie podejrzewał, że nasza misja potoczy się właśnie w taki sposób. Nikt z nas nie wiedział czy możemy czuć się przegranymi, czy wygranymi. Ani nie świętowaliśmy, ani się nie smuciliśmy, zwyczajnie układaliśmy dalsze plany.
Martha wciąż miała mentalną kontrolę nad demonami. Wiedziała gdzie są i jakimi unoszą się emocjami. Od dłuższego czasu widziałam, że kręci się niespokojnie na sofie i marszczy czoło. Kiedy jedna z przyjaciółek zapytała ją czy dobrze się czuje, uznała, że jest w porządku, po prostu demony z jakiegoś powodu unoszą się silnym gniewem, strachem i rozpaczą. Nie czuła się dobrze z taką mieszanką obcych uczuć. Odtąd uważnie ją obserwowaliśmy. Dopiero gdy spotkanie dobiegało końca, Martha zerwała się do góry. Wszyscy patrzyli na nią zaskoczeni oczekując na odpowiedź, co oznacza przerażenie w jej błękitnych oczach. Kiedy słowa wreszcie padły, nie wiedzieliśmy, co powinniśmy zrobić.
– Departament zabrał Sapphire, Raidena i Riela do Reverentii wbrew ich własnej woli.
***
Patricia wykorzystała moment, kiedy w Nox panował chaos. Przez głowę przeszła jej głupia myśl. Mogłaby uwolnić Soriela. Skoro reszta demonów odeszła w spokoju, dlaczego to Auvrey nie mógł być przy niej? Wierzyła mu. Tym razem wiedziała, że niczego złego nie zrobi. Po raz pierwszy jego oczy, jego ciało i cały on były prawdziwe. Naprawdę chciał z nią mieszkać, stworzyć z nią rodzinę. To co chciała zrobić było głupie i nieprzemyślane, zaufała swoim uczuciom i dała się ponieść emocjom wywołanym chwilą. Nie przejmowała się nikim wkoło. Usprawiedliwiała siebie gdzieś w wewnątrz własnej duszy. Soriel przecież mógł pomóc w sprawie demonów, prawda? Nie był już członkiem departamentu, był poniekąd sojusznikiem Nox.
Pierwszy raz po schodach zbiegała tak szybko. Gnało ją przed siebie jakieś niespokojne uczucie, którego nie potrafiła nazwać. Zanim jeszcze pojawiła się przy więzieniu demona, wykrzyczała jego imię. Dopiero po chwili zorientowała się, że krzyczy w pustkę.
Kiedy zobaczyła, że kraty stoją otworem, zastygła w bezruchu ze wstrzymanym oddechem. Jej głowy trzymało się tylko jedno pytanie: jak?
Poczuła się zagubiona, zdradzona, załamana, zdenerwowana i zrozpaczona. Nawet nie powstrzymywała łez, które lały się po jej policzkach. A jeśli to departament go uwolnił? Czy to było możliwe, żeby weszli tu niezauważeni i nie dali o sobie znać? Nie, to nie było w ich stylu. Byliby głośni. Soriel byłby głośny. To on sam musiał się stąd wydostać.
Kilka słonych kropel spłynęło na jej koszulkę, którą ubrała tylko dlatego, że podobała się Sorielowi. Miała na sobie urocze, małe króliczki jedzące marchewki, Auvrey uparcie nazywał je zajączkami.
Patricia postawiła krok wprzód. Nie mogła się załamywać. Musiała odkryć przyczynę zniknięcia swojego ukochanego. Może wcale jej nie zdradził? Może miał własny powód. Długo nie musiała się nad tym zastanawiać. Przekraczając próg więzienia dostrzegła na ścianie wielki napis zrobiony bliżej niezidentyfikowanym płynem, spływającym krwawo po ścianie. Bała się, że to ludzka krew.
„Reverentia. Ojciec. Wrócę”.
Ociekający grozą napis był krótki i chaotyczny, ale Patricia natychmiastowo zrozumiała o co chodzi. Przecież o tym rozmawiali. Próbowała wyrzucić Sorielowi z głowy ten głupi pomysł. Śmiał się i mówił, że żartuje, ale ona widziała w jego oczach iskierkę zła, która skierowana była ku Vailowi Auvreyowi. Chciał go zniszczyć, tak samo jak Nathiel. Postanowił to zrobić teraz. Nie odrzucił jej, chciał zwyczajnie skończyć z osobą, która dała mu powód do cierpienia.
Patricia jęknęła i przyłożyła ręce do głowy.
Co miała teraz zrobić? Przecież Soriel mógł sobie nie poradzić, mógł stamtąd nie wrócić, mógł… Dlaczego był takim idiotą?!
Ostatni raz rozglądnęła się po opustoszałym pomieszczeniu. Miseczka na draże i orzeszki była pusta, a pod ścianą leżały farby – to sprawiło, że choć na chwilę odetchnęła. Soriel nikogo nie zabił, użył farb. Pytanie tylko – skąd je miał? Czy ktoś był z nim w zmowie? Nie, to niemożliwe. A może użył na kimś swoich mocy? Nie, to też nie wchodziło w grę, w końcu więzienie było skonstruowane tak, żeby zatrzymywać wszelakie działanie magii.
Nie miała czasu na zastanowienie. Musiała powiadomić Nox o kolejnej miażdżącej porażce.
Pobiegła do góry i już w progu krzyknęła:
– Soriel zniknął!
Wszyscy zesztywniali. Na ich twarzach malowały się pytania, na które dziewczyna zamierzała natychmiastowo odpowiedzieć. Dysząc niespokojnie dodała:
– Zostawił wiadomość. Poszedł do Reverentii zabić swojego ojca. Napisał, że wróci – załkała. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Rodziła się w niej coraz większa panika. Przecież nie mogła go stracić, nie wtedy, kiedy ledwo go odzyskała. – Ktoś… ktoś musiał dać mu farby. Ktoś musiał go uwolnić.
Członkowie Nox i la bonne fee rozglądali się po całej organizacji w ciszy, jakby chcieli się upewnić, ze to nikt z nich. Ciszę przerywał tylko dziecięcy szloch. Wszyscy spojrzeli w stronę uchylonych drzwi od pokoju. Stała tam mała Anastasia.
– Nie zlobiłam nic źłegooo – zapłakała.
Jako pierwszy zesztywniał Sorathiel. Był w szoku. Nie dowierzał temu, że to jego własna córka uwolniła demona. Przecież tyle razy jej powtarzał, że nie powinna się tam zbliżać, że nie powinna z nim rozmawiać. To prawda, że nie miała nawet trzech lat, ale sądził, że miała na tyle oleju w tej maleńkiej głowie, żeby nie robić takiej głupoty. Czym przekupił ją Soriel? Urokiem osobistym?
– Ana – jęknął bezradnie, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Był bliski załamania. Teraz nie wyglądał jak dorosły mężczyzna, a zgarbiony staruszek, którego przygniatał niewyobrażalnie wielki ciężar win.
– Nie ciałam! – wrzasnęła Anastasia.
Amy, która stała za nią nie wiedziała co zrobić. Przyglądała się z przerażeniem własnemu mężowi, jakby czekała na jakąś komendę. Sorathiel nie wiedział jednak co zrobić.
Ciszę przerywał tylko głośny, dziecięcy szloch, któremu z czasem zawtórował kolejny głos – była to Calanthia, która przyłączyła się do symfonii własnej przyjaciółki. Aura i Nate wychylali głowy z pokoju próbując zrozumieć co się właśnie dzieje. To Patricia przerwała milczenie. Czuła, że musi coś zrobić i to szybko.
– Ja… – zająknęła się. – Ja muszę tam iść. Muszę. To Soriel, może stać mu się krzywda… nie, stanie mu się krzywda. – Spanikowała. – Idę do Reverentii.
– Nigdzie nie idziesz – odezwał się chłodno Nathiel.
Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni.
– Niech zgnije – syknął.
Patricia nie dowierzała jego słowom.
– To… twój brat. – Jej głos się załamał.
– Po prostu urodziła nas ta sama osoba.
Młody Auvrey niesiony przez gniew zerwał się do góry i wyszedł z organizacji. W pomieszczeniu jeszcze długo panowała cisza. Dopiero po kilku minutach Nox zaczęło kolejne obrady.