niedziela, 25 czerwca 2017

[TOM 3] Rozdział 30 - "Zatrzymać czas"

Miałam lekki problem z tym rozdziałem. Ledwo go skończyłam, a pisałam od 11 do 15. Nie miałam pomysłu i chwilami naprawdę ciężko mi się pisało, na końcu jednak na coś wpadłam. Wydaje mi się, że to dobre rozwiązanie, ale jak z całym rozdziałem? Nie wiem. Od teraz bardziej skupię się na pisaniu WCS, bo skończyła się sesja. Mam nadzieję, że praktyki mi nie przeszkodzą. Chciałabym w te wakacje zakończyć WCS, choć bardzo się boję tego momentu :o. 
***
Ból był niewyobrażalnie wielki. Nawet jeśli próbował krzyczeć, żaden dźwięk nie wydobywał się z jego ust. Zastanawiał się, kiedy to wszystko dobiegnie końca, kiedy wreszcie będzie mógł zatracić się w otchłani nieświadomości i raz na zawsze zniknąć z tego świata. Zdążył się już pogodzić ze swoim losem. Jego rodzina będzie musiała dać sobie radę sama. 
Po co sam się tutaj pchał? Dlaczego nie potrafił wybudzić Sapphire z transu? Może gdyby był tutaj kto inny, wtedy by się udało, ale… nie było. Umierali razem.
Zanim ogień pochłonął ich ciała, Dean dostrzegł błysk szmaragdowych oczu swojej przyjaciółki i poczuł jej uścisk na ramieniu. To nie miało najmniejszego znaczenia. Nawet, jeśli się obudziła, to od całkowitego spłonięcia dzieliły ich sekundy. Ogień trawił ich powoli, wolniej niż działoby się to w normalnym świecie, to nie zmieniało jednak faktu, że dostarczał im realnych oparzeń. 
W powietrzu czuć było spaloną skórą i włosami. Dean uznał, że to najgorsza i najpowolniejsza tortura pod słońcem, nie życzyłby jej najgorszemu wrogowi. Zaciskał powieki i usta, próbując wytrzymać jeszcze chwilę dłużej, z drugiej strony kusiła go śmierć. Przez swoje skupienie się na własnym cierpieniu, początkowo nie dostrzegł, że płomienie zmieniły swój kolor na niebieski. Myślał, że to jakiś wyższy etap, że za chwilę spłoną w ułamku jednej sekundy, ale tak się nie stało. Nawet dojmujący ból zamienił się w delikatne szczypanie wywołane szkodami, które ogień zdążył już wyrządzić. Ogień stał się zimny. Jedyną odmianą wśród tego lodowatego klimatu były ciepłe dłonie Sapphire, które teraz obejmowały jego szyję. Spojrzał jej w oczy zaskoczony.
Uśmiechała się. Delikatnie i ze zmęczeniem, ale i radością. Jej twarz widział tylko przez kilka sekund, potem ukryła ją w jego ramieniu.
– Teraz będzie już dobrze – usłyszał cichy głos.
Ogień zniknął, a w jego miejsce pojawiły się drobne, białe kwiaty pachnące wiosną, które smagały ich skórę podczas niekończącego się lotu. Spadali coraz wolniej i wolniej aż w końcu Dean dotknął stopami ciemnej powierzchni usłanej milionami białych płatków. W ramionach trzymał słabe i wątłe ciało Sapphire, która ledwo utrzymywała się w pionie. Przyciskał ją do siebie delikatnie, żeby nie zrobić jej dodatkowej krzywdy, i tak była nieźle poraniona.
Odetchnął z cichą ulgą, choć wiedział, że to jeszcze nie koniec, w końcu wciąż tutaj tkwili.
– Wracajmy już, Sapphire – szepnął.
Dziewczyna kiwnęła głową. Ostatkami sił uwolniła ich z wnętrza własnego umysłu, który odpoczywał po katorgach zafundowanych mu przez truciznę oraz Vaila Auvreya.
Przebudzenie było gwałtowne. Dean otworzył oczy i zerwał się do góry, co spowodowało, że ciernie mocniej się wokół niego owinęły. Nie wiedział co się dzieje, był przerażony. Dopiero po chwili dostrzegł w pobliżu członków Nox – natychmiastowo rzucili mu się na ratunek. Kilka noży poszło w ruch, choć kroiły ciernie bez skutku. Dean nie wiedział, co ma robić. Im bardziej ranili ciernie, tym bardziej zaciskały się wokół niego. Już po chwili stracił dech.
***
 – Musimy znaleźć inny sposób – odezwał się Sorathiel.
– On się dusi, do cholery! – powiedziała oburzona Andi, nie poddając się w swoim ataku na ciernie. – Nie możemy czekać! Może to dziadostwo da się jakoś pociąć!
Zaczęłam rozglądać się wkoło. Co mogłoby nam w tym momencie pomóc? Mieliśmy przy sobie tylko noże, na które ciernie niezbyt entuzjastycznie reagowały. Żałowałam, że nie było tu Alex czy Patricii, one z łatwością pozbyłyby się tych cierni – Martha w przeciwieństwie do nich używała mocy mentalnej, co przydawało się przy wszystkich żywych istotach, nie przy roślinach, które nie posiadały umysłu.
To nie mogło się skończyć śmiercią Deana. Przecież niczego złego nie zrobił.
– Tam – usłyszeliśmy słaby głos.
Spojrzeliśmy w stronę ledwo żywej Sapphire, która wciąż wisiała w górze owinięta przez ciernie  na szczęście nie próbowały jej dusić – wskazywała drżącą dłonią w miejsce, które niewiele nam mówiło.
– Łodyga. Kwas – wyrzuciła z siebie.
Mimo słabej składni zdania, zrozumiałam w czym rzecz. Podbiegłam do rośliny, na którą wskazywała młoda demonica i ucięłam ją nożem. Nie spodziewałam się, że sok wyleje się z niej jak woda z kranu – kilka kropel wylądowało na moim bucie i przeżarło materiał, na szczęście kwas ominął moją skórę.
Kiedy wracałam, nie biegłam, żeby przypadkiem nie narobić sobie większych szkód. Łodygę dziwnej rośliny trzymałam przed sobą, gotowa w razie czego opuścić ją na trawę. Na szczęście udało mi się dotrzeć na miejsce bez dodatkowych problemów. 
Wszyscy się odsunęli, a ja uklęknęłam przed cierniami. Łodygę przechyliłam delikatnie w dół. Wystarczyły dwie krople kwasu, aby ciernie zaczęły się roztapiać. Początkowo bałam się, że będę musiała użyć kwasu na wszystkich kujących odnogach, ale cierń postanowił się poddać i zostawił Deana w spokoju – wszystkie oddaliły się na wschodnią część lasu, opuszczając go na ziemię.
Dean brał szybkie i płytkie wdechy oraz wydechy. Patrzył na mnie z wdzięcznością. Ze względu na to, że nie mógł z siebie wyrzucić żadnego słowa, skinął mi dziękująco głową. Kilka sekund później czołgał się już po trawie, żeby dostać się do Sapphire, która leżała teraz nieruchomo na ziemi.
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Ten chłopak miał w sobie więcej sił, niż początkowo przypuszczałam. Ukradkiem widziałam minę Sorathiela, który zapewne rozważał w myślach przyjęcie Deana do Nox. Cóż, może to nie byłby taki zły pomysł. Działał nierozsądnie, ale nawet jako niedoświadczona osoba świetnie poradził sobie w tej krainie. Zdecydowanie lepiej niż ja i Nathiel za pierwszym razem. Możliwe, że chodziło tutaj jednak o miłość – napędzała do działania.
– Hej, Sapphire, powiedz mi, że żyjesz – odezwał się Dean. Ją ciernie również zostawiły w spokoju, upadek demonicy nie należał jednak do najlżejszych. 
Dean szturchał ją, ale bez skutku. Jego mina wskazywała na to, że lada moment wpadnie w panikę.
Podeszłam do nich, uklęknęłam na ziemi i sprawdziłam puls demonicy. Był słaby. Gdyby ktoś mi powiedział, że Sapphire jest demonem, nie uwierzyłabym w to, widząc ją w takim stanie. Wyglądała aż nadto niewinnie. Wszystkie jej głębokie rany i poparzenia sprawiały, że człowieka przechodziły dreszcze. Musiała mieć naprawdę wysoki próg wytrzymałości – z drugiej strony, miała przecież w sobie cząstkę demona. Tak samo jak i ja. Wbrew pozorom byłyśmy do siebie podobne.
– Dean, ona żyje, po prostu zemdlała – powiedziałam spokojnie, kładąc rękę na ramieniu spanikowanego chłopaka. – Teraz musimy ją wziąć do naszego świata.
– I co jej tam zrobicie? – spytał, patrząc podejrzliwie na moją rękę. Natychmiastowo ją wzięłam, nie powinnam się z nim spoufalać w tym momencie. Był wobec nas nieufny.
– Weźmiemy do szpitala – odezwał się Sorathiel, który stanął za naszymi plecami. – Jest w połowie człowiekiem, a więc ma ludzkie rany, tam najlepiej się nią zajmą.
Dean pokiwał niepewnie głową. Dopiero teraz dostrzegłam, że on również nie wyszedł z tej misji bez szwanku. Na jego ciele znajdowały się liczne oparzenia. Połowa z nich zostawi po sobie blizny do końca życia. To prawie jak pamiątka po wojnie.
– Wezmę ją – odezwał się szybko dwudziestolatek. Wystawił ręce po demonice, ale powstrzymałam go przed jej dotknięciem.
– Jesteś w kiepskim stanie – mruknęłam.
– Ja ją wezmę – odezwał się Sorathiel. Wyglądał na spokojnego i nieprzeniknionego jak zawsze, ale wiedziałam, że niezbyt chce to robić. Nie uśmiechało mu się pomaganie komuś, kto wyrządził naszemu zespołowi tyle krzywd.
Wątpiłam w to, żeby Sapphire zrobiła krzywdę komukolwiek z nas w takim stanie, dlatego byliśmy bezpieczni.
– Musimy się spieszyć – odezwała się Martha za naszymi plecami. – Nie bez powodu Trujący Las ma taką nazwę, jaką ma.
Kiwnęliśmy zgodnie głowami.
***
 Kiedy znaleźliśmy się pod umówionym drzewem, nie było tam nikogo z naszej drużyny. Zaczęliśmy się niepokoić ich nieobecnością, zdążyliśmy już nawet rozdzielić nasz zespół po to, aby połowa z nas ruszyła do zamku, a połowa opuściła krainę demonów, żeby odpowiednio zająć się Deanem i Sapphire, na szczęście zanim to zrobiliśmy, pojawiła się reszta. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam, że Nathiel niesie własnego brata na plecach. Do tej pory byłam przekonana, że pragnie jego śmierci. Nie miał co prawda zadowolonej miny, ale nawet kiedy do nas dotarli, nie narzekał na to, że musi go nosić.
Okazało się, że dłuższa podróż była spowodowana zbieraniem po drodze roślin, które miały służyć za odtrutkę dla Soriela i Patricii. Szybko się dowiedzieliśmy, że Sapphire i Dean również jej potrzebują. Nie sądziliśmy, że Dean, który do tej pory szedł spokojnie obok nas, nagle padnie w trawę. To wywołało wśród naszej drużyny chaos. Nie mieliśmy wystarczającej liczby roślin do sporządzenia aż czterech odtrutek, Soriel był już w naprawdę kiepskim stanie i ledwo oddychał, a Riel, który był specem od reverentyjskich roślin, nie mógł się rozdwoić – tylko on wiedział jakich roślin użyć, a na ponowne zbieractwo nie było już czasu. Na pomysł ostatecznie wpadła Martha. Z użyciem swojej mocy zebrała informacje na temat roślin prosto z umysłu Riela. Zobowiązała się znaleźć je wszystkie z pomocą Raidena, który zdążył się już rozbudzić – w końcu znał się na Reverentii. Do tego zespołu dołączyliśmy Andi i Aleca (którzy na czas misji dostali zakaz na romansowanie, a przede wszystkim na kłócenie się) oraz Ethana – mieli być obstawą Marthy, w końcu nie ufaliśmy Raidenowi.
Zgodnie orzekliśmy, że jeżeli młode demony sobie na to zasłużą, damy im spokój i będą mogły mieszkać na Ziemi. Oczywiście pod warunkiem, że nie będą pożerać ludzkiej energii, w końcu mogli bez tego żyć. Nie wierzyliśmy im na słowo, ale doskonale wiedzieli, że ich działania będą pod naszą kontrolą i w razie czego nie zawahamy się ich zniszczyć.
Wraz z resztą zespołu udaliśmy się do świata ludzi. To tam zaczęła się wielka akcja ratunkowa wymieszana z chaosem. Riel sprawnie jak na bojaźliwego nastolatka wydawał nam rozkazy. Okazało się, że potrzebne były dwa rodzaje odtrutki, ponieważ człowiek mógłby nie przeżyć dawki przeznaczonej dla demona. Kiedy ja miażdżyłam w moździerzu rośliny przeznaczone dla Patricii, Riel zajmował się tymi dla Soriela. Do naszego zespołu ratowniczego dołączyła Madlene, której widok wywołał u nas po pierwsze zdziwienie, po drugie ulgę. Dowiedziała się, że trzeba nam pomóc oczywiście z kart, w innym razie nikt  z nas by jej nie powiadomił. Przewidziała również to, że jeżeli przyjdzie z wielkimi reklamówkami przepełnionymi miksturami, nie skończy się to dobrze, dlatego postanowiła ukraść wózek z marketu i wjechać nim do siedziby Nox. Widok la bonne fee z zabawnie poważną miną, rumieńcami wysiłku na twarzy, z wielkim brzuchem i wózkiem, który ledwo zmieścił się w drzwiach, wywołał u nas rozbawienie. To rozluźniło nieco ciężką atmosferę. Dzieci, które ze sobą przyprowadziła zaprowadziliśmy do pokoju, Nate i Aura dostali za zadanie pilnowania młodszej części swojej grupy. Podejrzewaliśmy, że po wszystkim zastaniemy zniszczony pokój, ale nic z tym nie mogliśmy zrobić, nawet Amy nie mogła się w tym momencie nimi zająć – przybiegła prosto z domu rodziców i wraz z la bonne fee pełniła rolę tymczasowych pielęgniarek, które zajmowały się Deanem i Sapphire.
– Nie zdążę – padło nagle zdanie.
Wszyscy zamarliśmy i spojrzeliśmy na Riela, który starał się miażdżyć czerwone kulki w moździerzu, co niezbyt mu wychodziło, wyglądał jakby się mocno zmęczył. Nathiel bez słowa wyrwał mu z rąk cały zestaw i przyspieszył tryb działania. Widziałam na jego twarzy dziwne skupienie. Pierwszy raz starał się nie żartować, pierwszy raz widziałam go takiego poważnego, pierwszy raz uznałam, że mam przed sobą mężczyznę, a nie młodego chłopaka, którego wzięłam za męża. Zmienił się nawet jego stosunek co do brata. Próbował go uratować.
– Jeżeli potrzebujesz pomocy, musisz o nią prosić, Riel – odezwała się karcącym głosem Amy.  – Poza tym nie można być takim pesymistą.
Zdziwiłam się jej zachowaniem, ale zrozumiałam o co chodzi. Traktowała tego demona jak dziecko, bo właśnie tak się zachowywał, a Amy była przecież dobrą matką.
Młody demon spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby ją po raz pierwszy zobaczył i bardzo się zszokował jej obecnością. Chrząknęłam znacząco. Dopiero wtedy dosypał do mieszanki Nathiela i mojej nowe rośliny.
Wśród jęków bólu otrutych osób, dziwnych pomruków naszej skupionej organizacji, przeklinania Alex i cichego śpiewu Madlene, która starała się użyć swojej mocy po to, aby załagodzić ból poszkodowanych, panowała dziwna atmosfera. Praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy, skupieni na własnej robocie. Mieszanina emocji była tutaj tak ciężka, że wszystkich nas przytłoczyła. Cierpienie, dezorientacja, nadzieja, niepokój, determinacja, załamanie i niepewność. Chaos uczuć, chaos myśli i działań.
– Nie zdążymy – odezwał się raz jeszcze jękliwym głosem Riel.
Miałam ochotę przewrócić oczami.
– Zamknij się w końcu – syknął zdenerwowany Nathiel, przyspieszając swoje ruchy. – Wyskakuj z tych swoich ziółek.
– Mówię prawdę – dodał ciszej Riel. – On nie wytrzyma już dłużej – mówiąc to, wskazał palcem na Soriela, który wyraźnie osłabł. Jego oddechy były krótkie i świszczące, odpłynęły z niego wszystkie kolory.
– Ma na nazwisko Auvrey, a Auvreyowie nie umierają tak łatwo – odpowiedział złowrogo Nathiel. Z jego oczy sypały się iskry gniewu. Jeszcze chwila i mógłby wybuchnąć. – Wystarczy spojrzeć na mojego pieprzonego ojczulka – zironizował. – Trzyma się jak ten stary grzyb w lesie i jeszcze śmieje się nam prosto w twarz. Niech ja go w końcu dorwę, a nogi mu z dupy powyrywam i nie będzie już tak cwaniaczył. Brata mi będzie zabijał. I to po raz drugi!
Uśmiechnęłam się pod nosem, choć nie był to uśmiech zadowolenia.
– Nie żeby mi na tym słabym gnojku zależało, ale niech już będzie. Skoro raz przeżył, to teraz też przeżyje – prychnął na zakończenie.
Słowa Nathiela rozluźniły lekko atmosferę i odjęły z niej trochę negatywnych emocji. Jednak życie Soriela wciąż przeciekało nam między palcami – to on w tym momencie był w najtragiczniejszym stanie.
– Niczego nie obiecuję – mruknął załamany Riel. – To nie moja wina.
– Jak będziesz tak pierniczył i nic nie robił, to będzie twoja wina, a wtedy wsadzimy cię za kratki na następnych tysiąc lat, żebyś tam w końcu zdechł.
Młody demon zesztywniał od tej groźby. Od razu wziął się do roboty.
Kiedy Martha i reszta załogi wróciła do domu, utworzył się kolejny zespół do sporządzania odtrutek. Sapphire również nie była w najlepszym stanie. Choć dziewczyny zdążyły się zająć jej powierzchownymi ranami, trucizna naznaczyła już piętno w jej organizmie. Nic dziwnego, znajdowała się w Trującym Lesie od kilku dni. Dawka tej złowrogiej substancji była zdecydowanie słabsza niż to, co Vail w krótkim czasie zafundował Sorielowi i Patricii, ale ona również potrzebowała szybkiej reakcji.
Dean był w lepszym stanie niż reszta. Zdołał się nawet obudzić i podnieść z łóżka. Nawet kilka par rąk nie zdołało go przytrzymać w miejscu, zaraz znalazł się obok młodej demonicy. Miał gorączkę i nie wyglądał zbyt dobrze, ale twardo przy niej siedział i szeptał do niej, że wszystko będzie w porządku.
Andi, która siedziała z Aleciem przy Sorielu, sprawdzała czynności życiowe starszego Auvreya. Za którymś razem w końcu podniosła głowę i zmarszczyła czoła.
– Nie żeby coś, ale wydaje mi się, że jego tętno jest już ledwo wyczuwalne – mruknęła. W ślad za nią poszedł Alec. Wyraźnie zbladł.
– To zabrzmi trochę jak w filmie, ale… tracimy go – powiedział.
Wybuchła panika. Nie zorientowaliśmy się, że Patricia od dłuższego czasu patrzy na tę scenę lekko zmrużonymi oczami. Nie spodziewaliśmy się również, że zacznie krzyczeć i wyrywać się w stronę Soriela, upadając na podłogę.  Moździerz, który trzymałam w ręku upadł na deski, rozlewając odrobinę zawartości. Przeklęłam, ale chwyciłam za ramiona dziewczyny i przytrzymałam ją w miejscu. Zawodziła jak mało kto, a jej głosowi wtórowała Madlene, która natychmiastowo pojawiła się obok i pomogła mi ją przytrzymać.
– Nie płacz, Pat, nic się nie dzieje, Soriel będzie żył – zawyła, jakby sama w to nie wierzyła.
– Zróbcie coś! – krzyczała lodowa czarodziejka. Potem zachłysnęła się własną krwią i plunęła nią na dywan. Zaczęła się dusić. Madlene z uporem klepała ją po plecach. 
Jeszcze większy chaos wybuchł, kiedy do symfonii jęków i płaczu dołączyły krzyki.
Spojrzałam w bok i zobaczyłam Sapphire, którą przerażony Dean starał się przytrzymać w miejscu – wyrywała się i szarpała, jakby coś ją rozrywało od środka.
Nie było dobrze. Było cholernie źle. Nikt z nas nie wiedział co robić. Od wrzasków rozbolała mnie głowa. Czułam się bezradna i pierwszy raz w życiu po prostu siedziałam na podłodze, nie wiedząc jak zareagować. Nie chciałam, żeby ta misja była z góry przesądzona, żeby wszyscy umarli, ale... co mieliśmy zrobić? Nie przyspieszymy czasu.
– Zamknąć mordy! – wykrzyknął Nathiel, który chyba jako jedyny zachował w tej sytuacji zimną krew. Jego krzyk niestety nie pomógł.
– Przestał oddychać – odezwała się z boku Andi.
– Pat, hej, spokojnie! – krzyczała z boku Madlene, próbując przywrócić do porządku dławiącą się własną krwią przyjaciółkę.
– Może nam ktoś pomóc, nie wiemy co zrobić – jęknęła Amy, która siedziała przy Sapphire i starała się ją przytrzymać  wraz z Deanem.
Auvrey wydał z siebie dziwny pomruk złości. 
W tej sytuacji nie było rozwiązania, a przynajmniej tak sądziłam, dopóki ktoś nie zareagował za mnie. Nathiel użył swojej mocy, wstrzymując czas. Nie wiem kiedy się tego nauczył, ale nie wstrzymał go w taki sposób, że wszyscy znaleźli się w obrębie działania jego mocy. Ominął mnie, Andi, Aleca, Riela oraz Sorathiela. Wszyscy, którzy znajdowali się przy poszkodowanych osobach tkwiły w bezruchu.
– Na co czekacie? – warknął Nathiel, krzywiąc się wyraźnie. – Moja moc ma ograniczenia, do cholery!
Dopiero po jego słowach zaczęliśmy działać. Sorathiel przejął moździerz Nathiela, ja chwyciłam za ten, który miał posłużyć jako odtrutka dla Patricii, a Martha zabrała się za sporządzanie odtrutki, która miała posłużyć Sapphire – Riel rozdawał nam przerażonym głosem rozkazy. Czułam się dziwnie, jak na jakichś magicznych wyścigach, w którym wygraną było czyjeś życie. Naszym działaniom towarzyszyły bezwolnie płynące w powietrzu białe drobinki, będące efektem działania mocy Nathiela. Tylko kilka razy spojrzałam w jego stronę, aby upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Wiedziałam, że utrzymywanie tak długo czasu na wodzy było dla niego nie lada wysiłkiem. Po czole spływał mu pot.
– Dodaj jeszcze niebieskiego ziela – odezwał się Riel, wybudzając mnie z lekkiego transu. Dorzucił mi roślinę do moździerza. Po jej zmiażdżeniu zalał roztwór jakimś gęstym płynem. Po zmieszaniu składników przelałam lekarstwo do butelki i wstrząsnęłam nią. Odtrutka dla ludzi wymagała mniejszego czasu wykonania, dlatego już po chwili ta dla Patricii była gotowa. Odetchnęłam, choć wiedziałam, że jest jeszcze za wcześnie na ulgę.
– Szybciej – syknął Nathiel. Świetliste kule, które unosiły się w powietrzu zaczęły bezwolnie płynąć ku górze. Postacie, które wcześniej były w bezruchu, otoczone niebieską poświatą, teraz powoli odzyskiwały swoje kolory.
– Nie zdążymy! – zapiszczał Riel, kładąc ręce na głowie. Szybko dorzucał kolejne składniki do odtrutki, która była sporządzania dla Soriela. Według jego wskazówek zdążyłam już przechylić zawartość płynu do ust Patricii. Kiedy czas zostanie przywrócony do ładu, może być zaskoczona, ale miałam nadzieję, że wszystko będzie z nią w porządku.
Nathiel syknął pod nosem, kiedy właściwy czas zaczął wracać. Starał się wytrzymać, widziałam wysiłek na jego twarzy, ale nie miał już energii. Tak naprawdę nigdy jej nie spożywał, bo nie chciał nikomu zrobić krzywdy.
Jeżeli teraz czas wróci, Soriel nie przeżyje, na dodatek nie wiadomo, co stanie się z Sapphire, która bardzo cierpiała. Co mieliśmy zrobić?
Podjęłam szybką decyzję.
Podeszłam do Nathiela i uklęknęłam przy nim. Położyłam rękę na jego kolanie i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Zabierz mi energię – powiedziałam z powagą.
Auvrey spojrzał na mnie zdziwiony.
– Ogłupiałaś? – warknął. – Nie chcę. Nigdy tego nie robiłem, poza tym… Nie tobie, głupia.
– Jestem jedyną osobą, której nic się nie stanie, jeżeli zabierzesz mi energię. Zregeneruję się. Pamiętasz chyba co się stało, kiedy Andi próbowała to zrobić, prawda?
Prychnął.
– Oczywiście. Byłaś ledwo żywa i musiałem iść cię uratować! – Teraz już krzyczał, co zwróciło uwagę innych, dotąd zajętych swoją robotą.
– Przeżyłam, bo nie mogła wyssać całej mojej energii, nie tej części, która dotyczyła mojej demonicznej połówki. – Zmarszczyłam czoło i objęłam jego rękę. – Zrób to, bo inaczej Soriel nie przeżyje, a chyba nie chcesz dawać satysfakcji z wygranej swojemu ojcu? – Próbowałam dotknąć najczulszego punktu Auvreya.
Zmarszczył czoło i przymknął powieki. Krzywił się już nie z wysiłku, ale z powodu tego, że nie chciał tego robić. Obiecał sobie, że nigdy, ale to nigdy nie pożre niczyjej energii, a ja kazałam mu złamać to przyrzeczenie. 
– Czas ucieka, Nathiel, po prostu to zrób – powiedziałam z determinacją. Obraz stawał się coraz jaśniejszy, było widać pierwsze, drobne ruchy ludzi, których obejmowało działanie mocy.
– Przepraszam – powiedział cicho Nathiel. Nie spojrzał mi w oczy. Pochylił głowę i położył rękę na moim bladym cieniu, który padał na podłogę. Już po chwili poczułam, jak cała energia mnie opuszcza. Starałam się siedzieć prosto i nie pokazywać po sobie, że czuję się źle, gdybym to zrobiła, Nathiel przerwałby ten rytuał. Musiał spożyć całą moją ludzką energię.
Wyciągnęłam do niego dłoń i objęłam nią rękę Nathiela.
– Tak jest dobrze – szepnęłam.
Auvrey nie spojrzał na mnie, zupełnie jakby czuł wstyd, jednak wypełnił moją wolę.
Potem nie wiedziałam już co się dzieje. Upadłam na podłogę bez sił.