niedziela, 13 sierpnia 2017

[TOM 3] Rozdział 36 - "Śmiertelna transakcja"

Chyba nie powinnam przy tym rozdziale słuchać bojowych soundtracków i ckliwych pozytywek. Tak się skupiłam na pisaniu, że nawet nie wiem kiedy zleciał mi czas.
Udało się! Rozdział 36 skończony. Jestem zadowolona. Nie z rozdziału, bo ten wydaje mi się średni, tylko z powodu wyrobienia się z czasem. Oczywiście nie muszę mówić, co za akcja się szykuje? Bitwa z Nivareth ciąg dalszy. Dzięki Oli za pomysł na nazwę rozdziału, z którą męczyłam się z jakieś dwie godziny >D!
***
Odłamki świątynnych gruzów wirowały na wietrznym tańcu, poruszane zdradliwą dłonią wiedźmy, która zanosiła się przerażającym śmiechem. 
Wbiłam paznokcie w kamienną płytę, która odrywała się od podłoża. Dzięki temu choć na chwilę przystanęłam w miejscu i mogłam się rozejrzeć się za mniej wątpliwym ratunkiem. Niestety, nie widziałam żadnego innego punktu zaczepu. Moje ręce nie wytrzymywały już naporu silnego wiatru. W końcu oderwałam się od płyty i pofrunęłam w dół. Z kieszeni spodni zdążyłam wyjąć exitialis i chociaż nie takie było jego przeznaczenie, wbiłam go w dziurę znajdującą się pomiędzy kamiennymi płytami. Nie wybrałam jednak idealnie bezpiecznego miejsca. Byłam dokładnie kilka metrów od Nivareth, która stała we władczej pozie z wyciągniętymi przed siebie rękami. Poły jej karmazynowych szat powiewały na szaleńczym wietrze. Wyglądała jak uosobienie krwawej wojowniczki. Spojrzała na mnie z piekielnym uśmieszkiem oznaczonym na jej czerwonych, pełnych ustach i pstryknęła palcem. W ostatniej chwili uchyliłam się przed powietrzną kulą, która mogła zmieść moją głowę razem z podłożem. Próbowałam się skupić i uwolnić trochę własnej mocy, ale w obecnej chwili nie było to możliwe. Coś blokowało przepływ mojej energii. Nie wiedziałam czy to Nivareth, czy to mój własny strach przed porażką.
Kolejny wir powietrzny rozkruszył płyty, pomiędzy którymi tkwił mój nóż. Tym razem nim zdołałam się niczego uczepić. Nivareth wykorzystując chwilę mojej bezradności, wyrzuciła mnie gwałtownie w górę i umieściła w niewielkim tornadzie, które zakręciło mną tak, że w jednej chwili miałam ochotę zwymiotować. Exitialis bezwładnie wypadło mi z rąk. Dopiero wtedy wiatr rozstąpił się jak niewidzialne morze, a ja poleciałam w dół. Widząc niebezpiecznie szybko zbliżające się kamienie, zaczęłam krzyczeć i wymachiwać rękami w górze. Panika ścisnęła moje serce ciasną obręczą. Mechanicznie zamknęłam oczy, w obawie, że lada moment będą świadkami mojego rozkwaszenia na marmurowej posadzce. Nagle poczułam silne szarpnięcie i dotyk czyichś dłoni. To Nathiel chwycił mnie w górze i odbijając się stopami od wystających płyt, wbiegł za niszczejącą kolumnę. Obydwoje dyszeliśmy i spoglądaliśmy sobie prosto w oczy.
– Dzięki – powiedziałam ochryple, gdy opuścił mnie na dół. – Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
– Zginęłabyś już w wieku siedemnastu lat – odpowiedział Auvrey, uśmiechając się krzywo. Ścisnął nóż w ręku i wyjrzał zza naszej tymczasowej kryjówki. Głośno przeklął. Najwyraźniej sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. – Masz się mnie trzymać, rozumiesz?
Kiwnęłam głową i zgodnie z rozkazem Nathiela, chwyciłam się jego ramienia. Również wyjrzałam zza kolumnę. Zamiar miałam jednak zupełnie inny. Mój mąż był od walki, ja byłam od strategii. Może nie urodziłam się tak szybka i sprawna jak on, ale moje szare komórki krążyły zdecydowanie szybciej.
– Jakiś pomysł? – Nathiel starał się przekrzyczeć szum wiatru.
Przygryzłam wargę, mocniej zaciskając rękę na ramieniu towarzysza mojej niedoli. Rozpaczliwie wpatrywałam się w Nivareth, próbując znaleźć jej słaby punkt. Czy mogliśmy ją zaatakować z którejkolwiek strony? A może łatwiej byłoby stąd uciec? To nie była pierwsza lepsza wiedźma. Była prawdopodobnie jedną z najpotężniejszych la bonne fee, które kiedykolwiek stąpały po tej ziemi.
Martha i Alex kupiły nam trochę czasu. Ruszyły do wspólnego ataku – herbaciana czarodziejka jedną ze swoich pobocznych mocy lewitujących odsuwała od nich latające kamienie i próbowała pchnąć je w stronę Nivareth, Alex siała spustoszenie swoimi piorunami, próbując dotrzeć do karmazynowej oprawczyni.
Wróciłam z powrotem za kolumnę i przymknęłam powieki. Plecami oparłam się o jedyny stały punkt zaczepu, który jeszcze nie został rozbity siłą wiedźmy. Starałam się skupić nie na swoich myślach, ale na mocy, którą uwalniał gniew. To była ryzykowna gra. Mogłam stracić kontrolę nad swoją chaotyczną magią, mogłam nas wszystkich pozabijać, a jednak nie widziałam innego rozwiązania.
Otworzyłam oczy i spojrzałam z powagą na Nathiela.
– Dasz radę zatrzymać czas w miejscu, gdzie stoi wiedźma, nie naruszając przy tym otoczenia? – spytałam z powagą. – Chodzi o to, żeby gruz wciąż wirował wokół nas. W momencie, kiedy wyjdę na środek, nie możesz go wstrzymywać. Niech płynie zgodnie z mocą Nivareth. Teoretycznie i tak powinien spowolnić swój lot, skoro uwięzisz wiedźmę w pułapce czasu – mówiłam szybko i gorączkowo. Nie mieliśmy przecież czasu. – Kiedy skieruję jej słabnącą moc ku górze i uniosę ręce, policzysz do trzech i odwołasz swoje zaklęcie.
Auvrey zmarszczył czoło. Spojrzał przed siebie, jakby przyglądał się swojemu celowi. Oceniał, czy da sobie z tym zadaniem radę.
– Spróbuję – mruknął, zaciskając dłonie na kolumnie.
Kiwnęłam głową i wypuściłam z płuc wstrzymywane powietrze. Czy byłam gotowa, czy nie, musiałam wypełnić swoją misję. Tylko jeden pomysł trzymał się mojej głowy: skierowanie wywołanego chaosu na wiedźmę.
– Dobrze, w takim razie zaczynaj – powiedziałam twardo.
– Wiesz, co robisz? – spytał Auvrey, spoglądając na mnie przez ramię.
– Nie, ale nie mamy wyboru.
Nastąpił głośny trzask i jęk. La bonne fee kupiły nam wystarczająco dużo czasu, nie mogliśmy dłużej czekać. Teraz wiedźma zainteresuje się nami.
– Teraz – szepnęłam do ucha Nathiela i ścisnęłam jego ramię.
Otoczenie w jednej chwili przybrało bladą, niebieskawą barwę. Chaos zgromadzony wokół nas spowolnił, ale nie przestał pędzić. Promień mocy dotarł do stóp Nivareth niczym pękająca szrama na lodzie. Zaskoczona wiedźma nie zdążyła zareagować na moc Auvreya – w jednej chwili zastygła w bezruchu.
Wzięłam głęboki wdech i wyskoczyłam zza kolumny. Kamienne odłamki haratały moją skórę, zostawiając po sobie krwiste ślady. Adrenalina płynąca w żyłach pozwoliła mi uodpornić się na ból. Zacisnęłam mocno pięści, zacisnęłam powieki, a dolną wargę przygryzłam aż do krwi.
– Szybciej – usłyszałam za plecami głos, który pobrzmiewał wysiłkiem. Utrzymać wiedźmę w pułapce czasu nie było łatwo. Zapewne próbowała się wydostać. 
Kiedy otworzyłam oczy, odłamki popłynęły gwałtownie w górę jak deszcz, który cofnięty wracał tam, skąd przybył. Czułam w piersi palący ogień. Użycie całej mocy kusiło mój umysł wolnością i swobodą. Nie mogłam jednak dać upustu chaosowi, który we mnie tkwił. Musiałam wykorzystać to, czego nauczyła mnie Pandora. Opanowanie. Świadomość władania nad własną mocą. Głębokie wdechy.
Uniosłam ręce w górę. W głowie odliczyłam czas, po którym Nathiel miał odwołać swój czar. Gdy strużka oszronionego błękitu zaczęła rozsypywać się na świetliste ogniki, skierowałam całą swoją moc na gruz opętany magią szalonej wiedźmy. Uwolniłam palący mnie wewnątrz gniew i cofnęłam zaklęcie do osoby, która je przywołała. Uderzenie było gwałtowne i wywołało u wiedźmy szok. Nie zdążyła się obronić, wraz z powiewającymi na wietrze szkarłatnymi połami sukienki, uderzyła w ścianę, w której zrobiła niemałe wgłębienie. Chaos napierał na Nivareth jeszcze długi czas, wgniatając ją w kamienną płytę. W końcu dałam jednak za wygraną i opadłam na kolana.
Wokół zrobiło się przerażająco cicho.
– Laura! – Nathiel podbiegł do mnie i bez chwili zastanowienia chwycił mnie za ramiona, przenosząc do pionu. Nie obchodziło go to, że w tym momencie świat wirował mi przed oczami, a ogień płonął w całym moim ciele, próbując mnie spalić od środka. Przytrzymał moje ciało w pionie i zaczął klepać po twarzy, jakby próbował mnie ocucić. Najwyraźniej spora dawka irytacji zadziałała, bo zaraz odepchnęłam jego dłonie i wyraźniej spojrzałam na świat.
– Żyjesz – powiedział i wyszczerzył się do mnie jak szczęśliwy dzieciak.
– Dlaczego miałabym nie żyć? – burknęłam z niezadowoleniem.
Kiedy mój mąż mnie puścił, a zrobił to niechętnie, otarłam rękawem podartej sukienki spocone i zakrwawione czoło. Nie wiedziałam czy miałam ranną głowę, czy dłonie, tak naprawdę całe moje ciało było porysowane ostrymi odłamkami kamieni. Trochę upływu krwi jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda? Czasem nawet lepiej upuścić sobie kilka mililitrów, ciało dobrze się potem regenerowało.
Obydwoje spojrzeliśmy w stronę zniszczonej ściany świątyni. Czyżby udało nam się powstrzymać wiedźmę? Nie powinniśmy się jeszcze cieszyć.
– Co wy żeście zrobili?! – usłyszeliśmy okrzyk Alex, niosący się echem po wielkiej sali. Wynurzyła się spod niewielkiej sterty kamieni i kaszlnęła pyłem.
– Trochę chaosu i człowiek się gubi się w gruzach, co?! – krzyknął do niej Nathiel, śmiejąc się jak ostatni szaleniec. Pociągnęłam go za rękę i razem podbiegliśmy w stronę obdartych i umorusanych czarodziejek, które najwyraźniej zostały lekko poturbowane przez moją moc zwrotną. Nie sądziłam, że znajdowały się tak blisko wiedźmy. Nie chciałam im zrobić krzywdy, ale najwyraźniej nie miałam wyboru.
Całą czwórką stanęliśmy w odpowiedniej odległości od ogromnej dziury w ścianie. Auvrey jako pierwszy zajrzał do środka, podciągając się na wystającym ze ściany rozłupanym kamieniu. Przyłożył dłoń do czoła i rozejrzał się po wyrwie. Bałam się, że Nivareth może nagle wyskoczyć z jej wnętrza i rzucić się na nas z zabójczymi zamiarami, póki co nic się jednak nie działo. W ziejącej ciszą jaskini świątynnej, było słychać tylko nasze urywane oddechy.
– Yyy – zaczął Auvrey. Spojrzał na nas w tył ze zmarszczonym czołem, jakby nie rozumiał tego, co się właśnie wydarzyło. – Wydaje mi się, że gdzieś na szarym końcu powinna być ta przeklęta wiedźma. Istnieje możliwość, ze wyparowała? – Jeszcze raz zerknął do środka, unosząc się na czubkach palców.
– Chciałabym, żeby tak było – szepnęłam.
– W takim razie przykro mi, że nie spełniłam twoich oczekiwań – usłyszałam za sobą chłodny i niski głos. Nim zdołałam się obrócić, kobieta odziana w krwistą czerwień odchyliła moją głowę w tył i przyłożyła do mojej krtani nóż. Z wrażenia i strachu zabrakło mi powietrza. Nie miałam pojęcia jak zdołała wyjść z tej dziury bez dna. Przecież cały czas tutaj staliśmy.
– Za kogo mnie masz?! – usłyszałam zbulwersowany okrzyk, który ranił moje bębenki. – Gdy chcę, sama mogę zamienić się w wiatr! Jestem jego częścią! Cholerną częścią! Tak właśnie wygląda mój świat! – wrzeszczała, przyciskając nóż coraz mocniej do mojej szyi.
Nim zorientowałam się co robi, zaczęła wycofywać się pod kolumnę, jak najdalej od moich współtowarzyszy. Nathiel chciał ruszyć w moją stronę, ale Nivareth przygwoździła go do ściany i nie pozwoliła na ucieczkę. Chociaż Auvrey szarpał się rozpaczliwie i wyginał na wszystkie strony, niewidzialne, powietrzne obręcze nie chciały odpuścić. La bonne fee również zastygły w bezruchu i pobladły, jakby wiedźma dotknęła swoją magią również je.
– Chciałam cię wykończyć własną magią, ale skoro się jej sprzeciwiłaś, uznałam, że dobrym wyborem będzie zabicie cię twoim własnym sztyletem. Jak człowiek człowieka – powiedziała uspokojonym, przerażająco przesłodzonym głosem. Nie spodziewałam się, że w pewnym momencie pociągnie mnie w dół, rzuci plecami na ostre kamienie i przygniecie moją klatkę piersiową stopą. Zabrakło mi powietrza w płucach. Adrenalina już dawno odpłynęła, dlatego ból był dotkliwszy niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawił, że przed oczami pojawiły mi się mroczki. Mogłam odpłynąć w cudowną krainę nieświadomości, poddać się bezwładności, która chciała otoczyć moje ciało, ale zamiast tego mocno zacisnęłam usta i starałam się brać krótkie wdechy nosem. Nóż znów wylądował przy mojej krtani.
Nivareth nie wyglądała już jak kobieta, która wybiera się na randkę. Miała podartą suknię, potargane włosy i rozmazaną szminkę. Doskonale wiedziałam, że może naprawić ten efekt w każdym momencie, ale dla kogo miała się starać? Najpierw zabije mnie, potem la bonne fee, a na końcu Nathiela. Taki właśnie będzie nasz koniec. Po śmierci nie będziemy jej nawet pamiętać, makabryczny obraz potarganej arystokratki, w której oczach malowało się szaleństwo, na zawsze zniknie z naszych umysłów.
– Zakończmy to szybko – powiedziała chłodno wiedźma i przycisnęła nóż do mojej szyi.
Zaczęłam się dławić własną krwią. Czułam obezwładniający ból w okolicach krtani. Ostrze wbijało się w moją skórę i próbowało dotrzeć jeszcze głębiej – do tętnicy, do strun głosowych, do kości. Ostrze bezlitośnie miało przebić całą linię mojego ciała na poziomie szyi.
Nathiel krzyczał rozpaczliwie moje imię. Brzmiał jak zarzynane zwierze, które traciło nie tylko życie, ale kogoś bliskiego. Moje oczy zapełniły się łzami. Nie to chciałam słyszeć w ostatniej chwili swojego życia. Czy to naprawdę musiało się tak skończyć? Zginąć na polu walki w ostatecznym starciu to jedno, ale stracić życie z rąk wiedźmy, która nawet nie była częścią naszej wojny, to nieudane zakończenie mojej ludzkiej męczarni. To nie tak miało wyglądać. Nie tak.
Spojrzałam w płonące nienawiścią złote oczy, z których lały się łzy upokorzenia. Słone krople skapywały na moją skórę, paląc ją złem zmieszanym ze smutkiem tysiąca lat przeżytych w samotności. Po raz pierwszy na twarzy wiedźmy widziałam ten dziecięcy, rozpaczliwy wyraz, który błagał, a nie tylko i wyłącznie nienawidził. Było za późno, żeby ją uratować, za późno, żeby uratować siebie.
– Nivareth! – głośny okrzyk przeszył powietrze swoim błagalnym tonem.
Wtedy wszystko zastygło, jakby ktoś wstrzymał czas. Mina wiedźmy z rozpaczonej stopniowo zaczęła przeradzać się w szok, a następnie w przerażenie. Jej ciało zadrżało, a dłoń trzymająca nóż przy mojej krtani dziwnie się rozluźniła. Exitialis zsunęło się po moim prawym obojczyku i wylądowało na kamiennej posadzce z cichym puknięciem.
– Nivareth! – Ten sam okrzyk powtarzany jak echo, miał w sobie tym razem jakąś dziwną nutę bezradności, smutku i bólu. Nie wiedziałam co jest grane, wystarczyło jednak jedno słowo wyrzucone szeptem z ust wiedźmy, abym odgadła, co dokonało zwrotu akcji.
– Edgar.
Poły czerwonej sukni zafalowały mi przed oczami jak płomienie, gdy Nivareth obróciła się gwałtownie w stronę swojego ukochanego. Tupot jej obcasów niósł się po świątyni radosnym oddźwiękiem. Brakowało jeszcze wiedźmowych okrzyków szczęścia. Na szczęście los mi ich oszczędził.
Podparłam się na łokciach i przyłożyłam dłoń do krtani. Nie była taka poharatana, jak myślałam, że będzie. Widocznie wizja nadchodzącej śmierci sprawiła, że wszystkie odczucia stawały się przesadzone. 
Odetchnęłam z dziwną ulgą, choć dobrze wiedziałam, że to jeszcze nie pora na radość. 
W dalszym ciągu nie wiedziałam o co chodzi. Przecież la bonne fee uparcie twierdziły, że nie mogą przywołać ukochanego Nivareth. Czy to był ten plan, o którym Martha nie zdążyła mi powiedzieć? To jakaś iluzja?
– Stać – dosłyszałam dobrze mi znany, twardy kobiecy głos. Spojrzałam przed siebie oniemiała.
Calanthe w swojej ludzkiej powłoce stała przed młodym, wiejskim chłopakiem, zasłaniając go ręką. Miała zniechęconą minę i wykrzywione w grymasie niezadowolenia usta. Błękitne oczy mierzyły chłodno poszarpaną wiedźmę, która nie przejmowała się teraz swoim makabrycznym wyglądem.
Nivareth stanęła gwałtownie w miejscu i zacisnęła pięści.
– Odsuń się – warknęła w stronę mojej matki, wystawiając do niej dłoń. Chciała użyć swojej mocy, ale nie wiedziała jeszcze, że Calanthe nie jest osobą rzeczywistą i jej magia na nią nie zadziałała.
– Zamknij swoją niewyparzoną gębę i posłuchaj mnie chociaż przez moment, przeklęta, wiedźmowa gówniaro – syknęła kobieta. Standardowo nie dawała sobą pomiatać. Czy istniała na świecie osoba, której się bała? Bo szczerze w to wątpiłam.
Artystokratka aż zesztywniała, zupełnie jakby przestraszyła się tonu głosu mojej matki.
– Daj teraz przemówić jemu – dodała burkliwie, kiwając obojętnie głową na chłopaka, stojącego za jej plecami.
Nivareth milczała z opuszczonymi w dole dłońmi. Żałowałam, że widzę tylko jej plecy, a nie twarz.
Blondyn wysunął się nieśmiało zza mojej matki i postawił dwa kroki wprzód. Wiedźma otarła szybko usta i oczy rękawem sukni, jakby chciała przywrócić swój zmasakrowany wizerunek do porządku. Wciąż czekała na słowa ukochanego.
– Niva – zaczął Edgar bezradnie, wystawiając przed siebie dłonie, jakby chciał ją dotknąć, ale nie mógł. Jego twarz miała łagodne rysy. Za życia nie mógł być złym człowiekiem. Jego postawa, twarz, głos i zachowanie zdradzały to, kim był. – Co się z tobą stało? – spytał jękliwie. – Nie chciałem, żebyś… żebyś skończyła w taki sposób. Dlaczego robisz innym ludziom krzywdę?
Ramiona Nivareth drżały, jakby próbowała powstrzymać łzy. Nie miała na to żadnej odpowiedzi.
– Oni chcieli ci pomóc. Widzisz? Dotrzymali obietnicy. – Edgar stanął zaledwie dwa kroki od niej i rozłożył ramiona w bok, uśmiechając się niewinnie jak dzieciak. Cóż, zapewne gdy umarł, właśnie nim był. Nie zdziwiłabym się, gdyby był młodszy niż nasza wiedźma-handlarka. – Chodź tutaj.
Dziewczyna postawiła krok wprzód, a potem wpadła w ramiona swojego ukochanego, który objął jej głowę dłońmi i pogłaskał z czułością po włosach. Obydwoje tkwili w swoim silnym uścisku i wylewali rzewnie tęskne łzy. Dobrze, że byłam odporna na tego typu wzruszenia.
Spojrzałam na Calanthe, a następnie usiadłam na zniszczonym podłożu. Na mój widok westchnęła ciężko i założyła ręce na piersi. Marszczyła czoło, jakby nie była do końca zadowolona, a może… a może nawet zmartwiona. Zmartwiona Calanthe, to ci dopiero widok.
Chciałam otworzyć usta i wykrzyknąć słowa podziękowania, ale ona wystawiła tylko przed siebie dłoń i wskazała palcem w daleki kąt. Spojrzałam tam lekko zdezorientowana, nie wiedząc, czego się spodziewać. Na pewno nie spodziewałam się swojego ojca.
Uniosłam brwi w zdziwieniu i wymieniłam z nim spojrzenie. Aiden wyglądał tak chłodno jak zawsze. Nie obdarzył mnie nawet jednym uśmiechem. Po prostu patrzył się na mnie z miną bez wyrazu.
A więc to mój ojciec znalazł Edgara. Nie dowierzałam temu.
Zszokowana stanęłam na posadzce i chwiejąc się, postawiłam w jego stronę krok. Nie wiedziałam, co zamierzam zrobić. Moje ciało działało mechanicznie. Przecież nie wpadnę w ramiona osoby, która niegdyś próbowała mnie zabić, prawda?
Stanęłam zaledwie kilka kroków od niego i wsparłam się o pochyłą kolumnę. Aiden wciąż nie spuszczał ze mnie czujnych, szmaragdowych oczu.
– To ty – powiedziałam cicho. – Dlaczego to zrobiłeś?
– Na pewno nie z miłości – zironizował. Nie wiedziałam dlaczego, ale się uśmiechnęłam. Chyba byłam szalona, skoro okazywałam radość przy potężnym demonie, który był niegdyś szefem departamentu, a więc naszym wrogiem. W jego ironii kryła się jednak nuta mojej własnej.
– Calanthe cię zmusiła – powiedziałam.
Aiden wzruszył obojętnie ramionami, a potem oderwał się od ściany.
– Nie daj się następnym razem zabić – prychnął z pogardą i wyminął mnie, nie patrząc mi w twarz. – Nie będę patrzył na twoją porażkę – syknął.
Obróciłam się gwałtownie w tył i otworzyłam usta, żeby mu podziękować, ale go już nie było. Zniknął. Wyparował jak dym.
Westchnęłam ciężko.
– Chłodny gość, co? – prychnęła Calanthe, która zjawiła się znienacka obok mnie. – Nie wiem jak z nim wytrzymuję. – Wzniosła ręce i oczu ku niebu, jakby błagała stworzyciela o wybawienie.
– Trochę podobny do mnie – mruknęłam z ironicznym uśmieszkiem.
– Nie gadaj – zironizowała Calanthe. Uśmiechnęła się wrednie na boku i pstryknęła mnie palcem w czoło. To zabolało, ale nie był to ból przerażająco silny. Słusznie zostałam ukarana. Następnym razem powinnam przemyśleć swoje decyzje. Może sprawę z Nivareth dało się rozwiązać inaczej.
Rozmasowałam obolałe miejsce i spojrzałam na tulących się w tle kochanków.
– Dzięki – mruknęłam. – Bez ciebie bym zginęła.
– Już w dniu swoich narodzin, więc nie ma za co – prychnęła i założyła ręce na piersi.
– Gdzie go znaleźliście? – spytałam cicho, wciąż nie spuszczając oczu z zakochanego Edgara, który kołysał w ramionach Nivareth. Teraz obydwoje wyglądali jak niegroźne dzieciaki. Przy nich poczułam się niewiarygodnie stara. Cóż, prawdę powiedziawszy, nieubłaganie szybko zbliżałam się do wieku średniego.
– Biedak był zamknięty w świecie, gdzie znajdowały się łotry obrzucone wiedźmowymi klątwami. Ja to nazywam w prosty sposób więzieniem. Trudno się tam dostać, ale jak widać nie było to niemożliwe – mówiąc to, wzruszyła ramionami.
– Dalej jest przeklęty, prawda? – spytałam.
– Klątw nie da się tak łatwo odwołać. Nawet Nivareth nie mogłaby jej ściągnąć z Edgara. Rzuciły ją w końcu trzy najpotężniejsze czarodziejki wszechczasów. – Calanthe wyjęła z kieszeni papierosa, zapaliła go i zwyczajowo zaciągnęła się śmierdzącym dymem. – Będą się mogli jednak spotykać. Oczywiście za drobną opłatą. – Moja matka uśmiechnęła się wrednie pod nosem.
Pomoc Nox i to nie tylko w sprawie narzuconej na nas klątwy obaw. Dobrze będzie mieć po swojej stronie potężną sojuszniczkę, prawda?
Kiwnęłam głową i odetchnęłam z ulgą.
– Hej, a może ktoś nas w końcu do cholery uwolni?! – wykrzyknął z oddali Nathiel, który wciąż wisiał na ścianie. Kompletnie o nim zapomniałam. Chyba byłam straszną żoną.
Nivareth nie odrywała się od Edgara. Wystawiła obojętnie dłoń w stronę la bonne fee oraz Auvreya i pstryknęła palcami. Łowca upadł na podłogę i syknął z niezadowoleniem, a czarodziejki z ulgą odetchnęły.
Spojrzałam w bok, gdzie spodziewałam się dostrzec Calanthe, ale jej już nie było. Zostawiła po sobie chmury śmierdzącego dymu papierosowego. Najwyraźniej chciała mi przekazać, że jestem już dorosła i odtąd sama powinnam wziąć sprawy w swoje ręce. Cóż, nie miałam wyboru.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę średniowiecznych kochanków. Teraz moja kolej na dobicie targu z wiedźmą. Rolę się odmienią.