wtorek, 27 stycznia 2015

Rozdział 49 - "Jesteś moją matką?"

No i jest moc. Teraz raczej już nic nie powinno nikogo zaskoczyć *chyba*. Jak już mówiłam, jestem anty mistrzem w zaskakiwaniu. Nie lubię być zaskakiwana tak samo, jak nie lubię zaskakiwać *choć czasem mi się to zdarza*. Tęskniliście za Nathielem? *wow, rozdział go nie było*, właśnie wraca. Tym razem rozdział po 4 dniach. Wiem, strasznie przyspieszyłam. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza. Reszta i tak będzie wstawiana co 5 dni. Teraz mam tylko 8 rozdziałów w przód. Chyba czas się wziąć za 58 bo mi ich zabraknie ;___;
W ogóle to... Cleo, Królik, dzisiaj mamy trio rozdziałów >D! Zaraz zabieram się za czytanie!
***
     Podczas gdy ja stałam w miejscu i nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje, gdzieś z ciemnego kąta zamkowego pokoju, zaczęły wyłaniać się cienie. W tym momencie wszystko było mi obojętne, byłam nawet w stanie dać się poćwiartować demonom. Straciłam cały swój zapał i energię. Czy oni się jawnie ze mnie nabijali? Moim ojcem był sam szef departamentu kontroli demonów, a matką obca kobieta, która najwyraźniej była niegdyś łowcą? Jak ten związek mógł w ogóle dojść do skutku, jeżeli związkiem był? Obydwoje zachowywali się tak, jakby kiedyś coś ich łączyło. Musieli się naprawdę dobrze znać. Od miłości po nienawiść - to zdanie chyba idealnie tu pasowało.
     - Uciekaj i nie oglądaj się za siebie - usłyszałam kobiecy głos.
     Dopiero jej ton wybudził mnie z umysłowego otępienia. Rozglądnęłam się dookoła i szybko rozeznałam się w sytuacji. Aiden gdzieś zniknął, a pomieszczenie zalało się cienistymi pokrakami o przerażających gębach. Nie wiedziałam co mam robić. Moja dłoń nawet nie miała chęci i motywacji na sięganie po exitialis, zalegające mi w kieszeni. Widziałam jednak, że nie tylko ja je posiadałam. Calanthe zgrabnymi ruchami pozbywała się ich jak chwastów. Byłam pod wrażeniem jej umiejętności.
     - Na co czekasz? - usłyszałam groźne brzmienie jej głosu.
     Nie chciałam się poddawać. Mogłam jej już więcej nie zobaczyć.
     - Naprawdę jesteś moją matką? - spytałam, obserwując uważnie każdy jej ruch.
     - A jak uważasz? - spytała, prychając.
     - Nie wiem, ani razu na mnie nie spojrzałaś - stwierdziłam sucho.
     Rozprawiając się z ostatnim cienistym demonem, wyprostowała się i odwróciła w moją stronę. Niestety, przez ciemność jaka panowała w pomieszczeniu, nie byłam w stanie dokładnie przyjrzeć się jej twarzy. Na tle całości wyróżniały się tylko jej błękitne, chłodne oczy. Nie uśmiechała się. Wyglądała na niewzruszoną obecną sytuacją. Poczułam się tak, jakby z jakiegoś powodu mnie nienawidziła.
     - Owszem, to ja cię urodziłam, ale nie mam prawa równać się z Joanne, która się tobą zajęła. To była twoja prawdziwa matka. Zapomnij o mnie i uciekaj - powiedziała chłodno.
     Ostrość jej słów sprawiła mi ból. Pierwszy raz od 17 lat spotkałam się ze swoją biologiczną matką, pierwszy raz od 17 lat miałam okazję z nią porozmawiać. Moje oczekiwania związane z tym spotkaniem nie były zbyt wygórowane, ale nie sądziłam, że zostanę obdarowana dawką chłodu, godną demona. Domyślam się, że Calanthe nigdy nie chciała mieć córki, że noszenie mnie w sobie było dla niej przekleństwem, do samego Aidena odnosiła się w końcu z nienawiścią. Z taką samą nienawiścią, jaką obdarzała mnie. Nie rozumiałam jednego: co ja jej zrobiłam? Po prostu żyłam? To był wystarczający powód? Dlaczego w takim razie mnie chroniła i nakazała uciekać? Już nic z tego nie rozumiałam.
     - Dlaczego? - spytałam cicho, nie mogąc wyrazić nic więcej.
     W tym samym momencie z ciemnego kąta ponownie zaczęły wynurzać się demony. Calanthe bez problemu się z nimi rozprawiała. Ani jeden nie zdołał jej nawet drasnąć. Zastanawiałam się w tym momencie czy nie pokonałaby Nathiela. Wydawała się być zdecydowanie silniejsza, niż on.
     - Dlaczego masz uciekać czy dlaczego cię zostawiłam? - spytała ironicznie z cichym westchnięciem.
     - To drugie - stwierdziłam.
     Nie dostałam odpowiedzi. Zamiast tego ujrzałam jeszcze więcej zaskakujących i płynnych ruchów, objawiających się w walce z demonami. Gdy ostatecznie się ich pozbyła, a nowa "porcja" cieni zaczęła wynurzać się z kąta, podeszła do drzwi i mocnym kopnięciem, wyważyła je.
     - Uciekaj - powiedziała, nie patrząc na mnie.
     - Ale... - zaczęłam, podchodząc do niej.
     - To rozkaz! Uciekaj! - wykrzyknęła, wskazując palcem w stronę wyjścia.
     Spoglądała na mnie oczami pełnymi gniewu. Przeraziłam się. Wiedziałam, że nie mam prawa z nią dyskutować, inaczej źle skończę. Z wielkim bólem wyminęłam ją i pobiegłam przed siebie.
***
     Jeden demon, drugi demon, trzeci demon. Ta rutynowa walka stawała się aż za nudna. Aiden doskonale wiedział, że stać ją było na więcej. Nie raz walczyła z samymi członkami departamentu kontroli demonów, bezwzględnie ich niszcząc. W końcu to ona od lat była ich utrapieniem. Tak naprawdę nie istniała osoba, która mogłaby z nią zadrzeć, z wyjątkiem samego Aidena.
     Kończąc swoją robotę, westchnęła głośno. Nie czuła się już jak niezniszczalna nastolatka, miała przecież swoje lata. Już dawno powinna przejść na demoniczną emeryturę, jednak nie mogła zostawić wszystkich łowców. Wciąż chciała ich wspierać.
     Chowając exitialis do szerokiej kieszeni płaszcza, ruszyła w stronę wyważonych drzwi.
     - Jesteś niesamowita - usłyszała tuż za swoimi plecami.
     Nie zdążyła wyjąć ponownie noża, nie zdążyła się nawet obrócić. Ponowne pojawienie się przy niej Aidena było zaskakujące. Nigdy nie wracał, gdy już raz zniknął, dlatego nie sądziła, że coś jej jeszcze grozi z jego rąk. Myliła się. Metalowe ostrze zatopiło się w jej plecach. Czuła, że wszystkie siły ją opuszczają.
     - A raczej byłaś - stwierdził okrutnie Aiden, bezlitośnie wyjmując ostrze z jej pleców - Wiem, że niełatwo cię zabić, dlatego specjalnie dla ciebie użyłem najmocniejszej trucizny, jaka kiedykolwiek powstała w Reverentii. Daję ci maksymalnie 4 godziny na przeżycie. Mam nadzieję, że cieszy cię ta niespodzianka - powiedział ironicznie.
     Calanthe upadła na ziemię, ciężko dysząc. Naprawdę niewiele z jego słów do niej docierało. Miała ochotę na jakąś wyjątkowo mocną, ciętą ripostę, ale nie była w stanie nic wymówić. Z jej ust zaczęła sączyć się krew. Aiden zniknął, zostawiając po sobie tylko ból. Zresztą... nie pierwszy raz.
     Wspierając się o pobliski, drewniany parapet, podniosła się z trudem do góry. Na pewno nie umrze w takim miejscu. A bynajmniej nie teraz.
     Jej twarz wykrzywiła się w ironicznym uśmiechu. Czuła, że po plecach spływa jej krew. Nie mogła z tym nic na razie zrobić. Musiała to przetrwać. Otarła swoje usta i drżącą dłonią sięgnęła do tylnej kieszeni spodni. Przynajmniej tyle mogła zrobić.
***
     Biegłam przed siebie jak szalona, nie mogąc opanować myśli i kroków. Co jakiś czas potykałam się o szczątki budynku lub upadałam na ziemię. Dziwiłam się sobie, że po wydarzeniach, które z nagła mnie dziś uderzyły, byłam w stanie się podnieść, choć przyznaję, że chwilami miałam ochotę zostać wśród cegieł i poczekać na swój koniec.
     Stało się. Wreszcie poznałam swoich biologicznych rodziców. Nie sądzę oczywiście, że były to odpowiednie okoliczności. Nie sądzę też, że było to moje wymarzone spotkanie. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie moich "twórców". Owszem, zdążyłam się już zorientować, że moim ojcem jest demon, a matka to zwyczajna kobieta, ale nie przypuszczałam, że ich miana uzyskają większy poziom. Ojciec-demon to tak naprawdę osoba, która żyje po to, by niszczyć takie istoty jak ja. Utrudnia życie łowcom, knuje przeciwko ludziom i bezwzględnie kara własny ród. Matka to niezwyczajna kobieta, a tajemnicza łowczyni, która swoimi zdolnościami musi dorównywać samemu szefowi departamentu kontroli demonów - a świadczy o tym fakt, że wciąż żyje. Wśród nich czułam się jak niedopalona zapałka. W przeciwieństwie do nich, świeciłam tchórzostwem i nie umiałam radzić sobie w życiu. W przeciwieństwie do nich, nie stałam na wysokiej pozycji w demonicznym świecie, a ledwo sięgałam dołu. Jedyną cechą, którą po nich odziedziczyłam musi być chłód. Zarówno Aiden, jak i Calanthe nie sprawili mi wesołego powitania. Wnioskuję, że geny nie były dla mnie zbyt łaskawe, jak i całe moje życie.
     Dostałam, co chciałam. Wiedza na temat moich rodziców została przyswojona dosyć szybko. Ku swojemu niezdziwieniu, moja dusza pragnęła więcej wyjaśnień. Chcę wiedzieć co ich łączyło, co się stało i dlaczego zostałam porzucona. Miałam nadzieję, że będę miała okazję spotkać się jeszcze kiedyś ze swoją matką, bo niestety spotkania z ojcem bym nie przeżyła.
     Pokonałam trzecie piętro, odrobinę się uspokajając. Moje kroki zostały spowolnione, choć serce w dalszym ciągu niespokojnie biło. Chciałam odnaleźć moich towarzyszy broni i opowiedzieć im o całym zajściu. Z jednej strony kusił mnie powrót do miejsca zaskakujących wydarzeń, z drugiej strony chciałam się stąd jak najszybciej wynieść, żadnej z tych opcji, nie mogłam jednak wykonać sama.
     Szybkim krokiem pokonałam drugie piętro, na którym niespodziewanie zderzyłam się z Nathielem. Siła naszych kroków była na tyle potężna, że boleśnie wylądowałam na jednym ze schodków. Chłopak spojrzał na mnie i odetchnął z ulgą.
     - Już myślałem, że zniknęłaś - stwierdził, podnosząc mnie z podłogi za rękę.
     Spojrzałam na niego, od razu zapominając o całym zajściu. Bywały rzeczy, które swoją wielkością potrafiły przyćmić inne wydarzenia.
     - Nathiel - powiedziałam z ulgą, spoglądając prosto w jego twarz.
     Wszystko, co do tej pory zobaczyłam, wybuchło, znowu wprawiając mnie w stan ogromnego chaosu. Chłopak uniósł brew do góry, spoglądając na mnie pytająco.
     - Tam na górze... byłam na trzecim piętrze i... - zaczęłam dosyć chaotycznie.
     Wzięłam głęboki wdech, próbując się uspokoić.
     - Były tam demony i... - przerwałam, ponownie wbijając spojrzenie w jego twarz - Wiem, to zabrzmi dziwnie, ale poznałam swojego ojca i matkę.
     Chłopak zmarszczył czoło, przyglądając mi się uważnie. Wyglądał tak, jakby właśnie uznał mnie za wariatkę. Brakowało jeszcze tylko jego gestu sprawdzającego temperaturę mojego ciała.
     - Co ty do mnie mówisz? Halucynów się najadłaś? - spytał zdziwiony.
     - Naprawdę! - wykrzyknęłam podenerwowana - Możesz wierzyć lub nie, ale spotkałam samego szefa departamentu kontroli demonów i łowczynię, która... - jęknęłam załamana - Mniejsza. Zdecyduj za mnie! - mówiąc to, chwyciłam za ramiona Nathiela, który najwyraźniej był zdezorientowany - Wracamy do góry i pomagamy zabijać demony czy uciekamy stąd jak najszybciej, żeby departament nas nie dorwał.
     Chłopak zamrugał kilka razy oczyma, wpatrując się we mnie, jakby nie mógł ogarnąć tego, co się dzieje. Wiedziałam jednak, którą opcje wybierze, gdy już się obudzi. Pytanie było w sumie zbędne.
     - Nie wiem o czym do mnie mówisz, bo zachowujesz się trochę tak, jakbyś zażyła bliżej nieokreślone środki narkotyzujące, ale jeżeli zgodnie z twoimi słowami na górze są demony, to chyba jasne, że wolę je zabić, nie? - spytał, chmurząc się.
     Zanim cokolwiek powiedziałam, zielonooki wyrwał do przodu jak torpeda. Z kieszeni wyciągnął swoją broń, prezentując pełną gotowość do walki. Pozostało mi podążać za nim. Nie udało mi się go oczywiście dogonić. Jeżeli chodziło o zabijanie demonów, Nathiel dostawał magicznych skrzydeł, które niosły go z tysiącem nożów na sam szczyt zagłady. Nikt nie był go wtedy w stanie dopaść.
     Gdy on przeszukiwał już trzecie piętro, ja dopiero dotarłam na szczyt schodów. Spojrzał na mnie pytająco, a ja wskazałam mu dłonią na koniec korytarza. Na chwilę pochyliłam się ku dołowi, by odetchnąć, w końcu jednak popędziłam za nim. Jakaś niewidzialna siła pchała mnie w sam środek zagrożenia. Byłam zadziwiona faktem, jak wiele potrafiła zdziałać sama, ludzka ciekawość. Aby dowiedzieć się więcej na temat własnego pochodzenia, byłam w stanie rzucić się w wir walki.
     Wreszcie dobiegłam do pokoju, który od dziś zadrą będzie tkwił w mojej głowie. Gdy ujrzałam jednak tylko Nathiela kucającego na podłodze, cały mój zapał zniknął, ustępując miejsca nieznośnemu zawodowi. Pokój był pusty. Zupełnie pusty. Nie było w nim nawet widać scen walki - w końcu i tak należał do zrujnowanej części zamku.
     Westchnęłam ciężko, podchodząc bliżej. Moim oczom ukazał się czarny, długi płaszcz leżący na podłodze. Należał do Calanthe. Nathiel podniósł się do góry i wręczył mi biały skrawek papieru na którym widniały plamy krwi. Moje serce na moment stanęło w miejscu. Zanim go przyjęłam, spojrzałam ponownie w podłogę. Leżał tu jednak tylko i wyłącznie zniszczony płacz. Od niego aż po samo okno, ciągnęła się wstęga krwi.
     Lekko zdezorientowana spojrzałam w oblicze Nathiela, który oczekiwał, aż wreszcie wezmę od niego papier. Przyjęłam go. W oczy od razu rzucił mi się ukośny napis: "Laura". To był list.
***
     Drewniane drzwi wejściowe huknęły z wielkim rozmachem w ścianę, dając znać wszystkim pobliskim sąsiadom o tym, że w starym domu na przeciw brzozowego lasku, pojawiła się właścicielka. Nikt nie wiedział w jakim jest stanie, choć z pewnością gdyby ktoś ujrzał ją krwawiącą w świetle blado płonącego światła i tak by nie podszedł. Ta tajemnicza kobieta nie należała to zbytnio towarzyskich. Z nikim nigdy nie rozmawiała, a twarz kryła za szerokim kapeluszem. Wszyscy na osiedlu mieli wrażenie, że wychodzi ze swojej ciemnicy tylko nocą. Kto wiedział co wtedy robiła? Może należała do jakiejś mafii? Może było to związane z jej nocnym zawodem? Jedno było pewne: nikt nie chciał ryzykować swojego życia, by jej pomóc.
     Calanthe z trudem wtoczyła się do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Wiedziała, że to już kres jej możliwości i niedługo może paść bez ruchu na podłogę. Na szczęście posiadała kilka leczniczych fiolek, które przynajmniej na moment powinny załagodzić jej ból.
     Z trudem przeszła przez przedpokój. Cały czas obijała się boleśnie o ściany, nie mogąc złapać równowagi. Trucizna Aidena rzeczywiście miała moc. Sprawiała, że umysł człowieka stawał się przyćmiony, miał problemy z oddychaniem i nie był w stanie trzeźwo patrzeć na świat. Calanthe walczyła z własną słabością, by dotrzeć do drewnianej szuflady, gdzie leżały zbawienne lekarstwa łagodzące. Nie raz w drodze po nie potykała się i upadała na kolana. Miała jednak zbyt silną wolę, aby się poddać. Zdecydowanie nie da Aidenowi satysfakcji z powolnej śmierci. Obiecała sobie, że póki on nie zginie, ona sama nie umrze.
     Uderzając kolanem w szafkę, wreszcie dopadła się do szuflady i otworzyła ją z rozmachem. Wyjęła dwie niebieskie fiolki, a następnie strzykawkę. Drżącymi dłońmi napełniła je po brzegi lekarstwem i na raz wbiła je sobie w bok. Im bliżej rany, tym lepiej.
     Z trudem usiadła na sofie. Czuła się coraz gorzej i wiedziała, że lada moment może utracić przytomność. Szybkim, choć chaotycznym ruchem, ściągnęła z siebie białą bluzkę ociekającą krwią. Z cichym pacnięciem, wylądowała ona na podłodze. Nie widziała już fiolki. Obraz stał się zbyt niewyraźny. Złapała ją na wyczucie i nim bezwładnie wylądowała na sofie, wśród sterty poduszek, zdążyła wygiąć dłoń tak, aby płyn rozlał się po jej plecach. Wiele z leczniczego płynu zleciało na poduszki i na podłogę, na szczęście większość oblała jej krwawiące plecy. Niestety, nie było nikogo kto mógłby jej pomóc. Zawsze radziła sobie sama i wiedziała, że tak już zostanie aż do jej śmierci. I pomyśleć, że gdyby nie Aiden, jej życie wyglądało by w tym momencie zupełnie inaczej...

piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 48 - "Spotkanie po latach"

Tak, Lauriel wreszcie po 47 rozdziałach się pocałowali *wow, akcja taka powolna* i teraz możecie być pewni, że Lauriel będzie zdecydowanie więcej. I akcji też *lol, w końcu*. Taka radość. 
Dziś kolejny rozdział z serii: mała rozwałka w umyśle Laury. Nie, wcale się nad nią nie znęcam psychicznie. GDZIEŻBYM ŚMIAŁA. Jedni przewidzieli, inni wydawali się całkiem nieświadomi. Próbowałam lekko odwodzić od tropu, ale nie czyniłam z tego wielkiej tajemnicy! *badum tsss, nikt nie wie o co chodzi*. W cieniu nocy tak bardzo przewidywalne. Rozdział trochę krótszy, więc możliwe, że następny pojawi się szybciej *wciąż o 9 rozdziałów do przodu*. Szczerze, to gdyby nie Królik i jej: "o, jutro będzie następny rozdział", pewnie bym się nie trzymała dat wstawiania :o.
Pod względem opisów rozdział trochę leży. Nie umiałam go poprawić, nie mam do tego MUSKU.
***

     Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, jeden, diabelski uśmiech i szmaragdowy błysk oku, abym zorientowała się z kim mam do czynienia. To był najprawdziwszy, ludzki demon, prosto z Reverentii. Jego spojrzenie zdradzało wszystkie mordercze zamiary. Nie znałam go i tak naprawdę widziałam go po raz pierwszy. Ten fakt mnie niepokoił. Z jakiegoś powodu musiał tu przecież być. Bałam się, że po to, aby mnie zniszczyć.
     Zaniepokojonym wzrokiem, omiotłam tajemniczego mężczyznę, który niedawno powstał z fotela i zwrócił się do mnie przodem. Miał na sobie długi, czarny płaszcz po samą ziemię. Jego szyję zdobił bordowy szal, który wyjątkowo odbiegał od reszty ubioru. W ręku dzierżył ciemną laskę, którą wspierał się o podłogę. Nie wyglądał na kalekę, a więc fakt jej posiadania zdołał mnie zaniepokoić. Nie raz widziałam na filmach właśnie takie laski z ukrytym ostrzem. Nie mogłam sprecyzować jego wieku. Mógł mieć zarówno 20 lat, jak i 40. Wszystko zależało od bladego światła księżyca i kąta jego padania. Mężczyzna był niewiarygodnie wysoki. Gdybym miała strzelać na oślep centymetrami, zgodnie z moim rozważaniem, miałby blisko dwa metry wysokości. Na pewno był wyższy od Nathiela i Sorathiela. To, co od razu rzucało się w oczy u nieznajomego demona to jego nietypowe, białe włosy. Nie był na tyle stary, aby osiwieć. Jego twarz miała się całkiem dobrze, dlatego też zdziwiona byłam owym kolorem. Może demony miały zupełnie inną genetykę, niż normalni ludzie? Spójrzmy na samą Andi. Również posiadała nietypowy dla ludzi kolor włosów. Płomienny rudy, wchodzący w czerwień. Oczywiście muszę wspomnieć o oczach, które były wiadomego koloru. Kryło się w nich jednak coś zupełnie innego, co dotychczas widziałam. Morderczy, szmaragdowy błysk zdradzał nienawiść, jaką miał w sobie mężczyzna. Jego ironiczny uśmiech kolidował ze spojrzeniem pełnym chłodu. Sam jego widok sprawiał, że miałam ochotę uciec. Postawiłam jednak tylko dwa kroki w tył. Na więcej nie było mnie stać.
     - Czyżbyś się bała? - spytał swoim tajemniczym, głębokim głosem przybysz.
     Jego twarz rozszerzyła się w jeszcze bardziej przerażającym uśmiechu.
     Bałam się. Straszliwie się bałam. Wiedziałam, że obecność ludzkiego demona w mojej obecności nie jest czymś, co zwiastowało szczęście, a rychłą śmierć. Błagałam o to, aby Nathiel zjawił się w progach tego pokoju. Błagałam o to całą swoją duszą i przeklinałam siebie za nagłą ucieczkę. Skąd jednak miałam wiedzieć, że właśnie tak potoczy się ta sytuacja?
     - Kim jesteś? - wydusiłam z siebie szeptem.
     Próbowałam grać odważną. Mój drżący głos zdradzał jednak cały strach, jaki w sobie miałam.
Tajemniczy mężczyzna nie spuszczał ze mnie wzroku ani na sekundę. Dlaczego sądziłam, że pożałuję tego pytania?
     - Aiden Vaux - odpowiedział powoli - Szef departamentu kontroli demonów.
     Ta wiadomość sprawiła, że świat zawirował mi przed oczami. Nie mogłam trafić gorzej. Po raz kolejny dziękowałam losowi za to, co stawiał mi przed nosem. Świetnie. Jestem w starych ruinach zamku na swojej pierwszej, demonicznej misji i pierwszą osobą z jaką przyszło mi walczyć to sam szef departamentu kontroli demonów, prawdopodobnie najsilniejsza osoba z całego zgromadzenia - w końcu zgrają podwładnych nie zarządza byle kto. Teraz zostało mi rozważać moje czarne myśli, skierowane ku temu jak będzie wyglądać moja śmierć z jego ręki. Bezproblemowo i bezboleśnie mnie zabije, przeprowadzi na mnie tortury czy zabierze mnie ze sobą i rzuci na pożarcie hordzie demonów? Moje myśli uśmiechały się do mnie ironicznie, nawet w tej dramatycznej sytuacji.
     - Zapewne domyślasz się, po co tutaj jestem - zaczął swoim hipnotyzującym głosem Aiden Vaux.
     Powolnym krokiem z towarzyszącym mu oddźwiękiem stukających w deskę butów, zaczął zataczać wokół mnie koło. Chciał mnie zdezorientować czy sprawić, że dostanę zawału na miejscu? Chyba najbliżej byłam ku tej ostatniej opcji.
     - Obserwuję twoje poczynania od dłuższego czasu - stwierdził, niepokojąco głośno stukając swoją laską w podłoże - To zabawne, ale gdybyś nie wystawiała się tak bardzo na przód, prawdopodobnie nigdy nie odkryłbym kim jesteś.
     Jego sarkastyczny ton głosu przyprawiał mnie o dreszcze. Chwilami wydawało mi się, że traktuje mnie jak robaka, którego lada moment zmiażdży butem. Świadczył o tym jego władczy, wywyższający się i przepełniony nienawiścią do rasy ludzkiej głos.
     - Los sprawił, że osobiście zechciałem złożyć ci wizytę - powiedział z pewną nutką rozbawienia w głosie - Pół demon, pół człowiek. Niezwykły przypadek w świecie demonów.
     Obserwowałam każdy jego krok, każdy jego najdrobniejszy ruch. Moje zmysły były napięte. Całą sobą czułam adrenalinę, która krążyła w moich żyłach, serce biło mi jak oszalałe, a umysł powtarzał uporczywie te same słowa: nie chcę zginąć, chcę żyć.
     Podczas długiej ciszy, szef departamentu kontroli demonów, przerwał krążenie wokół mnie na rzecz zbliżenia się do mojej osoby. Chciałam uciec jak najdalej stąd. Moje nogi były nawet skłonne do tego, by wyskoczyć z drugiego piętra przez okno. Nic jednak nie zrobiły. Byłam jak sparaliżowana.
     Mężczyzna pochylił się ku mojej drobnej postaci i palcem wskazującym uniósł mój podbródek do góry. Miał przerażająco chłodne dłonie, które na myśl przypominały mi tylko martwe. Bałam się nawet drgnąć w obawie przed nagłą śmiercią. Mój oddech zatrzymał się na moment, a oczy utkwiły w twarzy Aidena Vauxa. Był przerażający.
     - Zaskakujące - stwierdził chłodno - Twoja twarz przypomina mi kogoś.
     Gdybym nie była sparaliżowana, z pewnością spojrzałabym na niego zdziwiona. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Kogo mogłam mu przypominać?
     Mężczyzna potrząsnął głową z ironicznym uśmiechem, po czym powiedział coś, co mnie zszokowało:
     - Taka sama jak i matka.
     Ponownie tego dnia zrobiło mi się słabo. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i wyląduje na podłodze z wrażenia. Aiden Vaux, sam szef departamentu kontroli demonów, znał moją matkę.
     - Znasz ją? - wyrwało się z moich ust, czego później pożałowałam. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Byłam blisko od rozwiązania zagadki.
     - Owszem - stwierdził sucho mężczyzna, prostując się i puszczając mój podbródek.
     Jego twarz wyglądała teraz na jeszcze chłodniejszą, niż była. Nie mogłam powstrzymać swoich pytań. Ciekawość była silniejsza, niż strach przed nieznanym. Przynajmniej przed swoją rychłą śmiercią, chciałam się dowiedzieć rzeczy, która od niedawna mnie zastanawiała.
     - Kim jest? - ponownie zadałam pytanie.
     Twarz Aidena wyglądała na nieprzeniknioną. Mówił z wyjątkowo dziwnym spokojem w głosie.
     - Zwykłym człowiekiem - stwierdził bez zastanowienia - Nic nieznaczącym człowiekiem, który potrafi tylko mącić - mówiąc to, pochylił się ku mnie - Zupełnie jak ty.
     Gdy wpatrywałam się w niego, do moich uszu doszedł oddźwięk stali, wysuwanej z laski. Ani trochę się nie pomyliłam. Telewizja nie kłamała.
     Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, szef departamentu kontroli demonów, najbardziej przerażający typ, jakiego w życiu widziałam, wystawił w moją stronę szeroki i długi nóż, który błyszczał złowieszczo w świetle księżyca.
     - Zginiesz tak, jak ona - stwierdził zabójczo, cichym szeptem.
     Pogodzona z własnym losem, nawet nie starałam się walczyć o życie. Wiedziałam, że i tak nie wygram. To nie był jeden z pierwszych, lepszych demonów. To był ktoś, za czyją sprawą ginęła masa niewinnych istnień. Ktoś, kto zarządzał całym, przerażającym mnie zespołem i namieszał w moim życiu bardziej, niż ktokolwiek inny. Tak szybko, jak zaczęłam swój żywot łowcy, tak szybko go zakończę.
     Zamknęłam oczy, oczekując na cios ostateczny. Zamiast niego, poczułam jednak tylko chłodny powiew wiatru na skórze. Do moich uszu doszedł głośny szczęk obijającego się o siebie metalu. Ktoś mnie uratował.
     Otwierając oczy, byłam pewna, że ujrzę przed sobą któregoś z moich towarzyszy. Niestety, myliłam się. Tuż obok mnie w cieniu, zasłonięta szerokim beretem, stała nieznana mi kobieta. Jedyne, co rzucało mi się u niej w oczy, to długie blond włosy, połyskujące w świetle księżyca. Nie mogłam dostrzec jej twarzy. Jedyne, co mogłam zobaczyć, to to, że odbijała atak Aidena parasolką. Parasolką? To była rzecz, która mnie zszokowała.
     - Calanthe - usłyszałam chłodny głos mężczyzny, który uśmiechnął się z wyższością w stronę kobiety.
     To była kolejna rzecz, która uderzyła mnie tego dnia falą słabości. Właśnie rozszyfrowałam zagadkę nad którą tak długo myślałam w raz z Sorathielem. Gdy moja zastępcza matka zniknęła, w miejscu jej ciała pozostał biały kwiat. Nosił nazwę: calanthe davaensis. To wszystko wyjaśniało. Osobą, która zabiła demona w postaci Margaret i zatroszczyła się o zniknięcie Joanne, była kobieta stojąca przede mną. To prawdopodobnie miała być podpowiedź.
     - Aiden - usłyszałam cichy głos blondwłosej nieznajomej.
     Jego barwa miała w sobie coś uspokajającego, a równocześnie niepokojącego. Brzmiała ostrzegawczo.
     Mężczyzna opuścił broń i oddalił się od nas na kilka metrów. Wsparł się na zniszczonym fotelu i wbił spojrzenie prosto w twarz tajemniczej kobiety. Wyglądał, jakby się właśnie rozluźnił. Podobnie stało się z nieznajomą. Powolnym krokiem podeszła do ciemnego kąta, gdzie wsparła się plecami o ścianę i jak gdyby nigdy nic, zapaliła papierosa. Szary, nieprzyjemny dym, wypełnił całe pomieszczenie. Nie wiedziałam jak mam się zachować w tej sytuacji. Czułam, że byłam w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Zupełnie, jakbym stanęła pomiędzy dwoma znajomymi, którzy zaczynali traktować mnie jak powietrze.
     - Wiedziałem, że się pojawisz - stwierdził białowłosy mężczyzna - Tylko na to czekałem - swoją wypowiedź zakończył krótkim, morderczo brzmiącym śmiechem. - Mieć przy sobie dwie osoby, które chcę zabić. Los był dla mnie łaskawy.
     Kobieta prychnęła głośno, zakładając ręce na piersi.
     - Myślałam, że dłużej będziesz pieprzył od rzeczy - stwierdziła sucho. - Przez ciebie zmarnowałam pół dobrej fajki - mówiąc to, potrząsnęła głową, a papierosa, którego rzuciła na podłogę, ugasiła brutalnie butem.
     Nie wiedziałam jak mam się zachować. Nie dość, że przeżyłam dziś szokujący pocałunek Nathiela, to jeszcze spotkałam samego szefa departamentu kontroli demonów, który chciał mnie zabić. Oczywiście to nie koniec zaskoczeń. Ocaliła mnie całkowicie obca kobieta, która najwyraźniej bardzo dobrze się z nim znała. Przez myśl mi przeszło, że może być łowcą cienia, ale czy aby na pewno? Nie należała przecież do organizacji.
     - Uwielbiam rodzinne spotkania po latach - stwierdził rozbawiony Aiden, rozkładając ręce na bok, zupełnie, jakby chciał objąć ramionami cały świat - To taka wzniosła chwila.
     Zamrugałam nierozumnie oczami. Rodzinne spotkanie po latach? Nie miałam pojęcia o czym on do cholery mówi. Chyba nie chciał zasugerować, że...
     - Droga Lauro - usłyszałam przerażający głos, samego szefa departamentu. Znał moje imię. Widocznie zawsze bawił się w nazywanie ofiar przed ich śmiercią. Niech nie giną bezimiennie - Chciałaś dowiedzieć się kim jest twoja matka - zaczął powoli. - Oto stoi przed tobą - teatralnie skierował dłoń w stronę tajemniczej kobiety.
     Oniemiałam.
     Calanthe tymczasem oderwała się od ściany i uśmiechnęła pod nosem.
     - Skoro jesteśmy już przy poznawaniu - zaczęła, spoglądając na mnie swoimi zaskakująco niebieskimi oczami - Poznaj również swojego ojca - mówiąc to, skierowała spojrzenie w stronę Aidena.
     Poczułam, że grunt osuwa mi się pod nogami. Nie mogłam, naprawdę nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Jednego dnia spotkałam dwójkę, zupełnie nieznanych mi osób o których praktycznie nic nie wiem, a oni w jednej chwili, po 17 latach nieznajomości, oznajmiają mi, że są moimi rodzicami? To jakaś paranoja. Nie chciałam w to wierzyć. Żadna cząstka mojej duszy nie mogła się przemóc i oswoić z tą wiadomością. Milion pytań cisnęło mi się do ust. To był jakiś chory sen. Przeklęty, niespodziewany, okropny koszmar. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 47 - "W blasku księżyca"

Rzadko bywa tak, że jakiś rozdział napisany przeze mnie ciekawi nawet mnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć: LUBIEM TO, BEDEM TO GUWAUCIĆ W NIESKOŃCZONOŚĆ. Przy tym rozdziale mogłam tak powiedzieć. Gdy go pisałam, byłam w takim transie w jakim nigdy jeszcze nie byłam. Gdy jeździłam komunikacją miejską na studia, zawsze czytałam go na komórce. I to tak, że aż mi się w końcu znudził. Ku mojemu zdziwieniu to chyba od 47 rozdziału dzieją się najciekawsze rzeczy. 
Ostatnio dostałam się na starego laptopa i doznałam szoku, gdy zobaczyłam pierwsze zapiski "W cieniu nocy" z... 2011 roku. To opowiadanie (a raczej jego koncept) istnieje od 4 lat. Wow. Zdaniem tej rozpiski Laura miała młodszą siostrę i przeprowadzała się do nowego miasta, gdzie to Deaniel ją oprowadzał, a nie ona niego, Amy była chłodniejsza i mówiła, że cień Laury nadaje się do paranormal activity. Nie wiem co wtedy rządziło moim umysłem *głupota*. 
OK. Bez gadania. Wstęp może trochu chaotyczny, ale... później się dzieje. Jak to mówi Królik: DUP! 
***

     Czas mijał nieubłaganie szybko. Nim się obejrzałam, były już wakacje. Oczywiście wakacje w sensie pogodowym, a nie typowo leniwym. Nie miałam bowiem szans na odpoczynek, żyjąc z dwoma łowcami, którzy dbali o mój rozwój intelektualny i fizyczny w zakresie walki z demonami. Pracowałam naprawdę ciężko, dążąc do całkowitej doskonałości. Zdaniem Nathiela, nie byłam już nawet taka beznadziejna jak na początku, o dziwo, coraz częściej mnie chwalił. Pod wpływem jego komplementów, nie straciłam jednak motywacji i zapału. Starałam się, aby każdego dnia miał do powiedzenia jeszcze więcej pozytywnych słów na temat moich postępów. Chwilami czułam się jak pies, który szkolony przez swojego pana za każdą, dobrze wykonaną sztuczkę, dostawał smakołyk. Moim smakołykiem były oczywiście komplementy Nathiela. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak bardzo mi na nich zależało. Być może chciałam mu pokazać, że potrafię więcej, niż jest tego świadom. Przecież do tej pory uznawał moją obecność w organizacji Nox za zbędną. Na szczęście był jedyną osobą, która tak uważa. Nox rozpaczliwie potrzebowało nowych członków. Akceptowali prawie każdego, kto zdołał wejść w progi tego świata, obojętnie jakie robiłby postępy podczas treningów. Zamiast narzekać, pomagali mi i dawali przydatne wskazówki. Byli naprawdę życzliwi i uważali, że radzę sobie coraz lepiej. Zauważył to również Hugh. Pewnego dnia zawołał mnie do siebie i przeprowadzając długą rozmowę na temat tego czy jestem pewna, iż chcę zostać łowcą, wręczył mi moje własne, upragnione exitialis. Cieszyłam się wtedy jak dziecko. Wreszcie zostałam wyróżniona, wreszcie mogłam walczyć z cienistymi pokrakami, wreszcie nie będę zależna od moich towarzyszy. Od tamtego dnia miałam świadomość, że zaczęłam nowe życie. Poczułam ogromną siłę, jakiej jeszcze nigdy w sobie nie miałam. Oczywiście szybko nauczyłam się korzystać z nowego nabytku. Nie była to rzecz zbytnio skomplikowana i myślę, że byle dziecko potrafiłoby zabić tym nożem demona. Byłam gotowa. Gotowa na wszystko, co mnie czeka. Nawet teraz, gdy stałam przed szefem organizacji Nox w raz z moimi nastoletnimi towarzyszami, byłam pewna, że podołam wszystkiemu, co mnie napotka. Moja pierwsza, upragniona misja.
     - Tylko żeby trudna nie była, bo sobie nie poradzi - powiedział głośno Nathiel.
     Spojrzałam na niego wzrokiem zabójcy. Dalej we mnie nie wierzył czy po prostu się o mnie martwił?
     - Przecież będziesz tam razem ze mną - dodałam, spoglądając znacząco na mojego towarzysza.
     - Będzie tam też Sorathiel, ale widzę, że wolisz myśleć tylko o mnie.
     Zielonooki uśmiechnął się do mnie uwodzicielsko i puścił oczko. Tylko on potrafił zrobić to w taki sposób, żeby wyglądać seksownie. Gdy ja próbowałam mrugnąć jednym okiem, robiłam to dwoma, moje usta wykrzywiały się w grymasie, a czoło dziwnie marszczyło. Jak on to robi, że zawsze wygląda na pełnego gracji nastolatka? Nawet gdy się krzywi jest to w jakiś sposób ładne.
     Potrząsnęłam głową z pobłażaniem. Musiałam grać pozory. Co innego w głowie, co innego z zewnątrz.
     Hugh spojrzał na nas znad sterty papierów i posłał w naszą stronę uśmiech typowy dla starszego pana. To było coś w stylu: "tyle już przeszedłem w życiu, a wy wciąż tacy młodzi i głupi".
     - Żadna misja związana z demonami nie jest łatwa, ewentualnie może być ciężka, średnio ciężka lub bardzo ciężka - stwierdził, poprawiając swoje okulary - Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć.
     Ponownie spojrzał w swoje papiery. Wiedziałam, że Nathiel chce rzucić jakąś ciętą ripostą w stylu: "dla mnie nic nie jest ciężkie, a już szczególnie nie zabijanie demonów", "Wszystkie demony przede mną klękają! Wszystkie misje to dla mnie bułka z masłem!", ale powstrzymał się od tego, dzięki Sorathielowi, który szturchnął go w bok.
     Pełna gotowości, nadmiernej niecierpliwości i strachu, czekałam na werdykt Hugha, który wciąż przeglądał bliżej nieokreślone papiery. Co w nich jest? Demoniczne dane? Wszystkie misje, które łowcy muszą wypełnić? Sama tego nie wiedziałam.
     - Dobrze - mruknął do siebie, marszcząc czoło. Jego spojrzenie padło na mnie - Pójdziecie do opuszczonego zamku - mówiąc to, podsunął nam pod nos nakreśloną ręcznie mapę.
     Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się triumfalnie. Doskonale wiedziałam, gdzie jest to miejsce. Stare ruiny zamku Mounfort znajdowały się niedaleko mojego domu za czasów życia Joanne. Nie raz tam bywałam, choć bałam się zapuszczać w jego krańce. Stare budowle przyprawiały mnie o dreszcze.
     - Misja ma na celu dokładne wybadanie ruin i wytropienie cienistych demonów. Padło podejrzenie, że właśnie tam mogą mieć swoją bazę - powiedział z powagą w głosie Hugh. - Jeżeli będzie ich stosunkowo niewiele, możecie się ich pozbyć, jeżeli całkiem spora ilość, oddalcie się i wezwijcie nas na miejsce. Zrozumiano? - spytał, szczególnie uważnie patrząc w świecące łobuzerskim blaskiem oczy Nathiela.
     Wszyscy wiedzieliśmy, że lubił wypełniać misje na własną rękę i mimo reprymend, nigdy nie słuchał się przełożonego. Nikt z nas nie miał do niego cierpliwości, dlatego nie traciliśmy na niego zbędnych nerwów. Tym razem na misję wybieram się razem z nim i jeżeli coś odwinie, nie cofnę się przed powstrzymaniem go.
     W raz z moimi towarzyszami, pokiwaliśmy głowami na znak, że rozumiemy reguły misji.
     - Powodzenia i... - uśmiechnął się znacząco w stronę chłopaków - Uważajcie na Laurę.
     - Włos jej z głowy nie spadnie - powiedział Nathiel, uśmiechając się diabelsko w moją stronę.
     A jednak wciąż we mnie nie wierzył. Mój drogi Auvreyu, nie każdy łapie wszystko tak szybko jak ty. Jestem osobą, której życie poskąpiło siły, ale nie poskąpiło mózgu, którego tobie brak. Jak wiadomo - nie wszystko można mieć, bo los nie jest aż tak łaskawy. Poradzę sobie bez ciebie, możesz być tego pewien.
     - Gotowi? - spytał Sorathiel, spoglądając na nas pytająco.
     Kiwnęłam głową.
     - Jak zawsze - stwierdził "skromnie" Nathiel, przeciągając się leniwie.
     Dlaczego każdą misję traktował z tak wielkim luzem? Doskonale rozumiałam, że walczył z demonami od dziecka, rozumiałam też to, że sam był demonem, a więc lepiej rozumiał swoją rasę, ale czy można być aż tak pewnym siebie w sytuacji w której nie wiesz co cię czeka? Byłam pewna, że nadmierna pewność siebie kiedyś go zgubi.
     Żegnając się w progu z łowcami, którzy całym sercem byli ze mną, nareszcie opuściliśmy organizację. Chłodny wiatr uderzył mnie w twarz, próbując uspokoić moje nerwy. Pomogło. Nie powinnam się aż tak stresować. Fakt, demony były przebiegłe i sprytne, a więc mogłam się po nich spodziewać naprawdę wszystkiego, ale świadomość tego, że nie byłam sama, pomagała mi się wyciszyć. Wiem, że Nathiel będzie miał mnie na oku. Nawet teraz, gdy jeszcze nie groziło nam niebezpieczeństwo, zerkał w moją stronę podejrzliwie, zupełnie, jakby chciał wybadać czy wszystko ze mną w porządku. Może jeszcze podejdź, sprawdź moje tętno, temperaturę i zrób mi badania na cukier? Nie potrzebowałam aż takiej troski.
     Sorathiel, który dzierżył mapę i robił za naszego przewodnika, spojrzał na mnie i oznajmił z uśmiechem:
     - Amy kazała życzyć ci powodzenia.
     Kiwnęłam głową dziękująco, zagłębiając się we własnych myślach. Odkąd się przebudziła, blondyn przechodził samego siebie. Cały czas się uśmiechał i zaczął być zdecydowanie bardziej emocjonalny, niż był w chwili, gdy go poznałam. Co prawda w dalszym ciągu przyjmował każdą sytuację życiową z nadmiernym spokojem, ale nie wyglądał już jak stary, zgorzkniały dziadek, któremu zabrano dzieciństwo. Teraz zdecydowanie bardziej przypominał nastolatka, którym był. Wiedziałam, że to obecność Amy tak na niego wpływa. Czas, gdy była w śpiączce był dla niego naprawdę stresującym okresem. Teraz, gdy znowu była wśród nas, mógł w spokoju odetchnąć. Wszyscy pragnęliśmy tego, aby żaden demon więcej jej nie zagroził, dlatego gdy już wypuszczono ją ze szpitala, podlegała naszej stałej kontroli. Czasami śmiała się, ze zachowujemy się jak jej osobiści ochroniarze i prosiła, abyśmy zbytnio nie przesadzali, w końcu wszystko dobrze się układa. Powinniśmy też pamiętać, że była tylko i wyłącznie, nic nieznaczącą przynętą, której energia została wyżarta, a skoro już raz miała styczność z demonem, nigdy więcej, żaden nie będzie mógł jej tknąć. Poniekąd miała racje, ale nie zmieni to faktu, że wciąż się o nią martwiliśmy. Nie chciałabym jej znowu stracić. Oczywiście w kwestii demonów została całkowicie oświecona. Każdą nową informację, którą ją karmiliśmy zdawała się chłonąć jak czekoladowe babeczki, które kochała ponad życie. Jej oczy zawsze płonęły ciekawością, gdy mówiliśmy jej o świecie w który została zbyt gwałtownie wciągnięta. Zawsze miała dużo pytań i spostrzeżeń, szczególnie tych na temat Nathiela, gdy byłyśmy same w pokoju. "Jezu, Laura! Ja wiem dlaczego tak do siebie pasujecie! Ta demoniczna cząstka w was działa jak magnes!", "Nie dziwię się, że jest taki przystojny, w końcu to demon! Wszystkie demony są takie ładne?", "Nie sądzisz, że wciąż zachowuje się jak taki demon? Patrzy na ciebie z diabelskim błyskiem w oku, jakby się chciał na ciebie rzucić!".
     Potrząsnęłam głową na myśl o rozmowach z Amy, która starała mi się wmówić, że ja i Nathiel jesteśmy w sobie zakochani na zabój. Oczywiście zawsze temu zaprzeczałam. Miałam świadomość, że jakaś cząstka mojego demonicznego przyjaciela podążała za mną wzrokiem, wiedziałam, że jest mną odrobinę zainteresowany, ale z mojej strony praktycznie nic się nie zmieniło. Fakt, może rzeczywiście częściej o nim myślałam i częściej wpatrywałam się w jego twarz, ale to tylko kwestia mojego zaintrygowania jego osobą. Nie byłam w żadnym stopniu zakochana i nie chciałam być. Naprawdę bałam się tego uczucia. Gdy tylko wyobrażałam sobie, że moglibyśmy się pocałować lub wyznać sobie miłość, moje serce uciekało w strachu przed tą wizją. To była dla mnie dosyć niepojęta sfera uczuć.
     - Jesteśmy już blisko - stwierdził Sorathiel, nie oglądając się do tyłu.
     Podczas gdy ja zagłębiona byłam w moich myślach, on w raz z Nathielem prowadził jakąś bliżej nieokreśloną konwersację. Byłam sporo w tyle i zwyczajnie za nimi nie nadążałam. Świadomość tego, że byłam niska, drobna i słaba uderzyła mnie niespodziewanie w twarz, tuż przed samą misją. Nie chciałam czuć się tak bezsilna, jak teraz. Przecież nawet mali ludzie potrafią zdziałać cuda, prawda? Czasem wystarczy sama silna wola i upór w dążeniu do celu.
     Dobiegłam do moich wspólników. Naprawdę czułam się jak dziecko. Moje 150 kilka centymetrów dobijało mnie bardziej, niż zwykle.
     - Boisz się? - spytał Auvrey, spoglądając na mnie z góry.
     - Ani trochę - skłamałam chłodno.
     Nie chciałam dać mu satysfakcji. Wiedziałam, że tylko czeka na moje potknięcie. W jego głowie tkwiły już długie przemowy na temat tego, jak bardzo nie nadaję się na bycie łowcą cienia. Nie pozwolę na to, aby ze mnie kpił. Pokażę mu, że potrafię walczyć.
     Powoli zbliżaliśmy się do ruin zamku Mounfort. Już z daleka, na tle nocnego nieba i blado świecącego księżyca, sprawiały wrażenie mrocznej budowli. Nie lubiłam ciemności, nie lubiłam starych domów, dlatego też moje serce opanował nagły strach. Bałam się, że latarka niewiele może pomóc. Bardziej bezpieczny w tym momencie wydawał się być rękaw Nathiela.
     Nim się obejrzałam, staliśmy przed wejściem do zamku, a ja trzymałam go za bluzę. Spojrzał na mnie lekko zdziwiony, zastanawiając się za pewne co takiego wyrabiam. Szybko zabrałam od niego rękę. Odwagi. Właśnie tego mi teraz było trzeba.
     - Chodźmy - powiedział blondyn, otwierając stare, skrzypiące, zniszczone i ledwo trzymające się zawiasów, potężne wrota.
     Sądząc po lekkich zdobieniach, łukowatych, smukłych oknach i licznych filarach, musiała być to budowla gotycka z co najmniej XIII wieku. Myślę, że gdyby nie była ruiną, robiłaby niesamowite i pozytywne wrażenie. Teraz, wprawiała mnie tylko w uczucie strachu.
     Cała nasza trójka weszła do spowitego ciemnością korytarza. Nasze stopy gniotły odłamki cegieł, które jak na złość, przy łamaniu. wydawały głośne oddźwięki. Jeżeli były tu demony, musiały się zorientować, że ktoś wkradł się w progi ich kryjówki.
     Idąc za gestem moich towarzyszy, wydobyłam z kieszeni mój osobisty nóż do walki ze złymi demonami. Musiałam być gotowa na wszystko, nawet na to, że cienista pokraka zleci mi na głowę z samego sufitu.
     Lekko przerażona własną wyobraźnią, spojrzałam w górę. Na szczęście nic się tam nie znajdowało.
     - Rozdzielmy się - oznajmił szeptem Sorathiel.
     Serce podeszło mi aż do gardła. Rozdzielić się? O, nie. Nigdy w życiu nie będę spacerować po tym zamku sama.
     Nathiel niespodziewanie chwycił mnie za dłoń. Jego uścisk był naprawdę mocny.
     - Pójdę razem z Laurą - stwierdził cicho - Góra wydaje się być bardziej rozbudowana. Dasz sobie radę na dole? - spytał, spoglądając znacząco na swojego przyjaciela.
     Blondyn bez protestów kiwnął głową, a ja odetchnęłam z ulgą. Obecność Nathiela była dla mnie w najwyższym stopniu pokrzepiająca. Jego dłoń, ściskająca moją drobną, chłodną i bladą rękę sprawiała, że czułam się bezpieczniejsza. Miałam ochotę dziękować mu na kolanach za troskę, jaką mnie teraz obdarzył.
     Obydwoje, bez słowa, ruszyliśmy schodami ku górze. Mocarne, ceglane ściany układające się w nietypowe, choć proste wzory, sprawiały, że czułam się przytłoczona. Nie wiem czy to moja wyobraźnia, ale coś mi podpowiadało, że demony nie bez powodu mogły wybrać tą kryjówkę. Normalny człowiek nigdy nie zapuściłby się na to wzgórze.
     Znaleźliśmy się na samym szczycie piętra. Moje oczy powoli zaczęły ogarniać niezmierzone i niekończące się korytarze. Jedyną rzeczą, która mnie teraz niepokoiła to latarka, niebezpiecznie migocząca w ciemnościach. Błagałam całą duszą i sercem o to, aby nie skończyła nagle swojego żywotu.
     - Chodź w prawo - powiedział cicho Nathiel, w tym samym momencie puszczając moją dłoń.
     Nagle poczułam się dziwnie osamotniona i zagrożona. Dlaczego mnie zostawił? Nawet nie wiedział ile dawał mi jego dotyk.
     Moje ręce zaczęły niespokojnie dygotać, nie chciałam się jednak poddawać. Szłam tuż za Nathielem, oglądając się na wszystkie strony. Moje uszy wyłapywały każdy, najmniejszy oddźwięk i stukot. Wszystkie tajemnicze odgłosy przyprawiały mnie o nerwicę. Jeżeli łowcy na co dzień wypełniali takie misje, musiałam im pogratulować wytrzymałości. Jeżeli ja, kiedykolwiek przyzwyczaję się do takich warunków to z pewnością będę już nerwowym wrakiem człowieka.
     - Tutaj - mruknął czarnowłosy, przywołując mnie do siebie dłonią.
     Gdy ja męczyłam się z latarką, on zdążył już wejść do jakiegoś pomieszczenia. Przerażona brakiem jego obecności, przyspieszyłam kroku i wpadłam do wyniszczonego pokoju, gdzie dziury w podłodze były tu w gęstości dziur w najlepszym, szwajcarskim serze. Zrobiło mi się słabo, gdy dostrzegłam przy oknie Nathiela. Jak on przeszedł przez te deski? Moje serce na ten widok mało nie dostało palpitacji. Latarka oczywiście zdążyła całkowicie zgasnąć. Oświetlał nas teraz tylko mocny blask księżyca.
     - Całkiem tu uroczo - zaśmiał się chłopak, wyglądając za okno.
     - Chyba sobie żartujesz - mruknęłam, łapiąc się ściany i posuwając przy niej w jego stronę.
     Moje zaniepokojone spojrzenie wpatrzone było w kruche deski pod moimi nogami. Jeśli wyjdę z tego cało, będę dziękować siłom niebieskim za zbawienie.
     - Nie bój się - powiedział uspokajającym głosem Auvrey.
     Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco i wystawił w moją stronę dłoń. Już naprawdę niewiele dzieliło mnie od niego kroków. Jego troska wprawiła moje serce w zakłopotanie. Nie wiedziałam czy wolę go w wersji irytująco-ironicznej czy tej całkowicie łagodnej i troskliwej. Musiałam jednak przyznać, że ta druga odrobinę mnie niepokoiła.
     Gdy już byłam blisko, wyciągnęłam dłoń w stronę Nathiela. Od razu mnie za nią złapał, a ja poczułam się sto razy bardziej bezpieczna. Oczywiście uczucie to było zbyt wczesne. Kiedy postawiłam jeden krok w przód i byłam już obok Nathiela, nagle deska pode mną załamała się. Wydałam z siebie krótki pisk. Na szczęście mój wybawiciel w porę mnie chwycił i przyciągnął mocno do siebie. Może nawet zbyt mocno.
     Moje serce biło ze strachu jak oszalałe. Szczerze dziękowałam mu za to, że mnie ocalił. Żeby rozładować swoje emocje, ukryłam głowę w jego piersi i złapałam go mocno za łokcie. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów. Musiałam się uspokoić.
     Dłoń Nathiela niespodziewanie pogładziła mnie po włosach. Nathiel, błagam, nie staraj się być troskliwy, mi się to naprawdę zaczyna podobać.
     Podniosłam bezradne spojrzenie do góry i spojrzałam w jego twarz. Myślami błagałam go o to, aby przestał. On jednak zdawał się nie zwracać uwagi na moją minę. Wiem, rozczytywanie emocji z twarzy nie było jego najmocniejszą stroną. Dla niego zawsze liczyło się to, co on teraz myśli i czuje, a nie to, co czuje ktoś inny.
     W świetle księżyca jego oczy wyglądały naprawdę magicznie. Miały w sobie jakąś dozę tajemniczej demoniczności. To przypominało mi nasze pierwsze spotkanie. Gdy o nim wspomniałam, moje usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Nikt mnie tak nigdy nie wkurzył jak on tamtej nocy. Pyskaty, roztargniony i nerwowy chłopak, którego uznałam wtedy za jakiegoś psychopatę. W sumie niewiele się pomyliłam. Czasami Nathiel naprawdę przypominał mi wariata.
     Wiedziałam, że niepotrzebnie się uśmiechnęłam, był to jednak z mojej strony niespodziewany gest. Zielonooki od razu go zauważył. Wpatrywał się we mnie, jakby został zahipnotyzowany, a ja... robiłam przecież to samo. Nie mogłam oderwać od niego oczu. Było w jego twarzy coś, co mnie do niego przyciągało. Poczułam się zagrożona.
     Nathiel całkowicie niespodziewanie podniósł dłoń do góry i dotknął mojego polika, jakby nie wierzył, że to ja tu stoję i to na dodatek w jego mocnym uścisku. Podobnie jak ja, dał się pochłonąć tej magicznej chwili. Moje serce nie chciało zwolnić. Biło coraz szybciej i szybciej. Nawet moja chęć ucieczki nie pomagała w tej sytuacji. Stałam w miejscu jak zahipnotyzowana, tonąc gdzieś w głębi szmaragdowych oczu. Nathiel miał w sobie tyle magii, że spokojnie mógł mnie trzymać w swych objęciach i nie wypuszczać. Ten fakt zaczął narastać przerażeniem w moim sercu. Odnosiłam wrażenie, że dzieje się coś, co nie powinno się dziać.
     Dwie, ciepłe dłonie, wtopiły się w moje włosy i uwięziły mnie w swoim uścisku. Wiedziałam, że już nie ucieknę. To zaszło zdecydowanie za daleko. Mogłam jedynie stać i wpatrywać się w jego twarz, wyczekując chwili niespodziewanej zagłady. Taka sytuacja miała miejsce już kilka razy, jednak nigdy nasz pocałunek nie doszedł do skutku. Modliłam się w duchu, aby i tym razem coś nam przeszkodziło. Nathiel był coraz bliżej mnie, coraz bliżej moich ust. Gdzie moje zbawienie? A może wcale nie chciałam uciekać od tej sytuacji? Może gdzieś w głębi pragnęłam takiego obrotu sprawy? Ciekawość była przecież domenom mojej duszy.
     Czułam na sobie jego ciepły oddech. Wiedziałam, że jeszcze moment i stanie się coś, co może ostro zamieszać w mojej głowie. Nie miałam już jednak drogi ucieczki, a pomoc nie nadchodziła z żadnej ze stron. Było już za późno.
     Usta Nathiela dotknęły moich warg, a moje myśli i serce równocześnie eksplodowały. Wewnętrzne ja krzyczało z bezradności, nie wiedząc co począć. Czułam, że tonę w morzu, w którym nie chciałam nigdy pływać, a jakaś niezbadana część mojej duszy opuściła gwałtownie na dół tamę budowaną przez lata.
     Gdy ja stałam w miejscu jak sztywny kołek, Nathiel zachęcony moim brakiem reakcji, zagłębił się w tym pocałunku. Chciałam ratować sytuację. Szok, który w sobie miałam, pozwolił rozbudzić moje kończyny. Panika potrafi zdziałać cuda.
     Gwałtownie oddaliłam się od Nathiela i spojrzałam na niego przerażonymi oczami. Powolnymi krokami zaczęłam się od niego oddalać. Zielonooki wystawił w moją stronę rękę. Najwyraźniej sam był zdziwiony tym, co zrobił. Powoli otwierał usta, żeby wydusić z siebie jakieś słowa przeprosin.
     Moja głębia wybuchła. Nie wierzyłam w to, co się stało. Odwróciłam się od Nathiela i nie zwracając uwagi na dziurawą podłogę, popędziłam w stronę wyjścia. Za sobą usłyszałam tylko głośno wypowiedziane imię:
     - Laura!
     Nie chciałam się zatrzymywać. Z moich ust wydobył się bezradny jęk. Dlaczego na to pozwoliłam? Przecież nie chciałam, żeby mnie pocałował! W tej chwili przeklinałam w duchu swoją głupią ciekawość. Zawsze zastanawiałam się jak to jest się z kimś pocałować, ale dlaczego akurat musiał to być Nathiel? Przecież nic do niego nie czułam, prawda? PRAWDA?
     Pytanie odbiło się głuchym echem od ścian mojego umysłu. Dlaczego brzmiało to dla mnie tak wątpliwie? Jakaś część mojej duszy śmiała się ze mnie, próbując przebić groźną dla mnie myśl przez ścianę rozumu. "Intryguje cię! Poruszył twoje serce! Nie uwolnisz się już! Będzie coraz gorzej!". Te myśli wprawiły mnie w jeszcze większe zakłopotanie.
     To nie tak, że byłam zła na Nathiela. Nie miałam mu za złe tego, co zrobił, w końcu gdybym chciała, powstrzymałabym go. Ja jednak stałam i wpatrywałam się w jego szmaragdowe oczy, nie mogąc się od niego oderwać. Czułam się, jakby jakaś demoniczna część jego duszy mnie zniewoliła. Miał nade mną władzę. Nie chciałam go obwiniać. To ja dałam mu powód do tego pocałunku. Pierwsza na niego spojrzałam, nieświadomie się uśmiechnęłam i wbiłam spojrzenie w jego oczy. Uznał to za sygnał. Zdradliwy sygnał.
     Dlaczego uciekłam? Odpowiedź była prosta: byłam zszokowana tym, co się stało i nie widziałam innej opcji jak ucieczka. Nie mogłabym mu teraz spojrzeć w twarz, bo co bym mu wtedy powiedziała? "No, nawet było fajnie, ale wiesz? Nie kocham cię, po prostu ciekawość wygrała. W ogóle masz w tych oczach coś takiego, co sprawiło, że znieruchomiałam". Wiem, w dalszym ciągu byłam zwyczajnym tchórzem, nie mogłam jednak tego przemóc, szczególnie w tej sytuacji. Wiedziałam, że ten moment w końcu nadejdzie, wiedziałam, że mogę utonąć w niezmierzonym, szmaragdowym oceanie i ku swojemu całkowitemu niezaskoczeniu - zrobiłam to. Utopiłam się, umarłam i powstałam na nowo z nieznanym dotąd, wątpliwie pojawiającym się we mnie uczuciem. Błagałam moje rozszalałe serce o spokój, błagałam mój umysł o równowagę myśli, a nogi o spowolnienie kroku - to jednak nic nie dawało. Czułam się zagubiona.
     Nim się obejrzałam, nogi poniosły mnie na piętro wyżej. Początkowo nawet nie przejmowałam się piekielnymi ciemnościami, które objęły mnie swoimi ramionami. Byłam tak zmieszana i zdezorientowana, że nic poza moimi własnymi, chaotycznymi myślami, nie interesowało mnie teraz. Najchętniej zakopałabym się pod ziemią i przez następne lata starała rozszyfrować własne uczucia. Przy okazji może zaczęłabym być bardziej zdecydowana. Czasem moje niezdecydowanie mnie gubiło.
     Gdy mój szaleńczy chód zatrzymał mnie na środku ciemnego korytarza, zostałam całkowicie wytrącona ze swoich myśli. Drzwi na przeciw mnie zaskrzypiały złowieszczo, a ja przestraszyłam się nie na żarty. W tym momencie, bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, pragnęłam przy sobie czyjejś obecności i to nie tej demonicznej.
     Mój paraliż ustąpił, gdy dojrzałam tajemniczy, kobiecy cień w drzwiach. Nie obchodziło mnie kim była ta osoba. Przestraszyłam się i dlatego uciekłam do pomieszczenia, które było najbliżej mnie.      Kryjąc się przy ścianie słyszałam odgłos cichych kroków, zbliżających się w moją stronę. Na szczęście ich właścicielka ominęła pokój w którym byłam.
     Odetchnęłam z ulgą. Chociaż raz udało mi się ocalić własne życie. Uznałam jednak, że nie będę się stąd jeszcze ruszać. Strach wciąż nie minął. Wolałam poczekać na to, aż zjawi się tu któryś z moich towarzyszy, choć zapewne ich nagłe pojawienie się tu, wywoła u mnie zawał serca.
     Z zainteresowaniem, rozglądnęłam się po pomieszczeniu w którym byłam. Prawie niczym nie różniło się od pozostałych, zniszczonych pokoi. Na szczęście w przeciwieństwie do miejsca w którym byłam w raz z Nathielem, tu podłoga się nie sypała, a była całkiem stabilna. Była pewna, że znajdowałam się w czyimś pokoju. Ktoś musiał tu kiedyś mieszkać, o czym świadczył zniszczony, mocarny komin wbudowany w ścianę i fotel stojący w rogu. Może to tylko moja fantazja, ale cały czas miałam wrażenie, że ktoś tam siedzi, tyłem do mnie.
     Zaśmiałam się w myślach. Moja wyobraźnia naprawdę płatała mi figle. Aby zapewnić swoje niespokojne serce o tym, że nikt tam nie siedzi, podeszłam bliżej. Niestety, głowa, którą tam widziałam, coraz bardziej przypominała ludzką. Stanęłam w połowie drogi, sparaliżowana ze strachu, gdy z nagła usłyszałam czyiś męski, nieznany mi głos:
     - Witaj w moich skromnych progach.
     Gdy zaczęłam się cofać, drzwi zamknęły się za mną z głośnym trzaskiem. Wtedy już wiedziałam, że grozi mi niebezpieczeństwo.

środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 46 - "Przebudzenie"

Dzisiejszy rozdział nazwałabym typowo "rozeznaniowym" i wprowadzającym. Będzie trochę Aidena, trochę Laurielowych bitew i Amy. Następny rozdział zaś... będzie jednym z moich ulubionych <3. Wiele zaskakujących zdarzeń i wyjaśnień oraz coś, czego jeszcze w "W cieniu nocy" nie było, uhuhuhu. Zapraszam (choć to nic szczególnego)
PS. Dedykacja dla Lunatyczki, która przy publikowaniu rozdziału robiła mi masaż. 
***
     W szerokim, kamiennym korytarzu rozbrzmiało echo ludzkich, nerwowych kroków. Mężczyzna przemierzający je, nie wyglądał na zbytnio zadowolonego. Chłód jego twarzy i wykrzywione w grymasie usta wskazywały na to, że lada chwila może wybuchnąć gniewem, jednak w przypadku jego osoby było to rzadkim zjawiskiem. Żyjąc w Reverentii, każdy demon wyzbywał się emocji. Dzięki takiemu stanowi rzeczy, żaden z nich nie wahał się, gdy miał kogoś zabić, żaden z nich nie miał litości, ani nie potrafił kochać czy szanować. Wszystko zmieniało się, gdy demon trafiał do świata ludzi. Doskonale wiedział, co to za uczucie być człowiekiem. Nieznane emocje targające umysłem i wprawiające w stan zakłopotania uczucia. Wielki chaos myśli i niezdolność do podejmowania konkretnych decyzji. Szokująca świadomość, że nie powinno się tu być, a jednocześnie kusząca propozycja pozostania tu. W świecie ludzi było coś, co przyciągało wszystkie demony, dlatego departament kontroli demonów ograniczył wychodzenie wszystkich mieszkańców Reverentii na świat zewnętrzny. Tu i tylko tu było ich miejsce i nikt, zupełnie nikt, nie mógł im się sprzeciwiać, a już szczególnie nie ich szefowi.
     Mężczyzna z rozmachem wpadł do głównej komnaty obrad. Zdziwione, szmaragdowe oczy uniosły się ku górze. Nim ktokolwiek zorientował się, co ma właśnie miejsce, mężczyzna wyjął ze swojej ciemnej laski przywieszonej u boku, długi nóż. Przystawił go do gardła jednego z demonów. Oczekiwał, aż sam zacznie mówić.
     - Wiem, to mój błąd! - wykrzyknął spanikowany, płomiennowłosy chłopak, próbując oddalić się na bezpieczną odległość od noża - Ale to nie moja wina, że moje zaklęcia są jednorazowego działania, a ten durny łowca cienia, który jest demonem obronił Andi!
     - Oprócz tego jesteś tchórzem - dodała Gabrielle, stojąca z boku.
     Właśnie opierała się o stół i piłowała bez zainteresowania swoje paznokcie.
     Andariel powstrzymał się od złowrogiego komentarza, skierowanego w jej stronę. Wiedział, że to może pogorszyć sytuację. Gdy ich szef unosił się cichym gniewem, wolał się nie wystawiać.
     Mężczyzna po dłuższej chwili wpatrywania się w oczy swojego podwładnego, opuścił nóż i schował go do pochwy.
     - Nie potraficie wykonać nawet najprostszej misji - powiedział chłodnym głosem - Obydwoje.
     Zdziwiona i oburzona Gabrielle, oderwała się od stołu z chęcią uratowania swojej godności.
     - Daj mi szansę - mruknęła niezadowolona - Rozwalę ich wszystkich - warknęła - Tego durnowatego Nathiela, który zdradził demony, tą bladą pół demonicę i małą zdrajczynię departamentu. Wszystkich za jednym zamachem.
     Aiden spojrzał na nią chłodno.
     - Nie - odparł krótko - Tym razem to ja się zajmę tą sprawą.
     Zakańczając wypowiedź, machnął swoim długim, czarnym płaszczem i szybkim krokiem opuścił komnatę.
     Andariel i Gabrielle wymienili zdziwione spojrzenia.
     - Ty to widzisz? - spytała czarnowłosa dziewczyna.
     Jej towarzysz kiwnął głową.
     - Wielki szef, syn założyciela departamentu kontroli demonów, sam Aiden Vaux, wiecznie obserwujący wszystko z daleka, zabiera się za likwidowanie tych prostaków - powiedziała cicho Gabrielle, potrząsając głową z niedowierzaniem.
     - Będzie się działo - odpowiedział Andariel.
***
     Ciepły, letni wiatr, owiewał moją twarz, gdy leżałam obolała w trawie i wpatrywałam się w błękitne niebo, kojące moje nerwy. Właśnie przeżywałam najgorsze moment swojego życia: trening z Nathielem. Najgorsze w nich było zdecydowanie to, że w żaden sposób nie mogłam od nich uciec. Gdziekolwiek bym poszła, on i tak by mnie znalazł. Ucieczka zresztą nie była dobrym rozwiązaniem. Gdy raz spróbowałam niespostrzeżenie wyjść z organizacji, dopadł mnie i dał większy wycisk, niż kiedykolwiek wcześniej. Odczuwałam to jako swoistą karę za nieposłuszeństwo.
     - Jesteś beznadziejna - usłyszałam po raz kolejny tego dnia.
     Z trudem przeniosłam się do pozycji siedzącej. Teraz twarz Nathiela przyprawiała mnie o koszmary senne. Powoli zaczynałam żałować, że w ogóle odbyłam podróż w jego umysł, skąd go uratowałam. Może lepszy byłby Nathiel, który się nie odzywa ani nie śmieje jak szaleniec. Kto wie? Byłam strasznie niezdecydowaną osobą.
     Chłopak podszedł do mnie i podał mi swoją pomocną dłoń. Chwyciłam ją i od razu, silnym gestem zostałam przywrócona do pionu.
     - Nigdy jeszcze nie powiedziałeś mi podczas treningu żadnego miłego słowa - mruknęłam, spoglądając na niego spode łba.
     - Bo nie mam ci nic miłego do powiedzenia. Naprawdę jesteś bezużyteczna - skwitował Nathiel, wzruszając obojętnie ramionami.
     - Tak myślisz? - spytałam głosem wyższości - W takim razie sam stań ze mną do walki, demonie! - wykrzyknęłam władczo, przybierając waleczną pozę.
     Andi, która siedziała pod ścianą, zaczęła mi głośno kibicować. Jako jedyna osoba, zawsze towarzyszyła mi podczas treningu. Była moją cichą "pokrzepicielką". Pokrzepicielką, która powoli się uczłowieczała. Widziałam w jej oczach ludzką łagodność. Coraz rzadziej próbowała uciekać, coraz rzadziej wkradała się do czyjegoś cienia. Nawet jej kłótnie z Nathielem były teraz przepełnione zabawą, a nie nerwowym gestem. Cieszyłam się, że się zmieniła, choć wiedziałam, że departament nie będzie z tego powodu zadowolony. Tak naprawdę pod ostrzem zagłady była cała nasza trójka. Demon Nathiel, który złamał ich zasady, zamieszkując świat ludzi, ja, jako pół demon, co już powinno czynić mnie martwą oraz Andi, jako osoba, która zbyt długo mieszka w świecie ludzi. Na szczęście nie byłam sama, jak kiedyś.
     - Ja do walki z tobą? - spytał nagle rozbawiony chłopak, wskazując na siebie palcem. - Nie biję dziewczyn, a poza tym... - mówiąc to, podszedł do mnie, chwycił mnie znienacka za ręce i przerzucił przez swój bark.
     Boleśnie wylądowałam na ziemi, ponownie obserwując niezmierzony błękit nieba.
     - I tak jesteś za słaba - skomentował.
     Mimo bólu, jaki dotknął moje plecy, chwyciłam go za nogę i pociągnęłam w dół. Wiedziałam, że się tego nie spodziewa. O to właśnie chodziło. Gdy zaskoczony wylądował na ziemi, podniosłam się i usiadłam na jego plecach triumfalnie.
     - A ty niezbyt uważny - zauważyłam, uśmiechając się diabelsko w kierunku demoniczego łowcy.
     Gdy już myślałam, że ostatecznie zatriumfowałam, chłopak niespodziewanie zrzucił mnie ze swoich pleców. Upadłam na trawę, twarzą do dołu. Postanowiłam zawalczyć o swoją godność. Szybko przewróciłam się na plecy, lecz i tu napotkałam przeszkodzę. Przeszkodę w postaci zielonookiego, czarującego demona, który w trybie natychmiastowym zatorował mi drogę, opierając się dłońmi o podłoże, tuż obok mojej głowy i nachylając się nade mną. Patrzył w moją twarz z błyszczącymi oczami i szerokim, łobuzerskim uśmiechem na twarzy. Miałam wrażenie, że rzuci zaraz jakimś nieudanym, zboczonym tekstem, ale... myliłam się. Zamiast tego, nachylił się tuż nad moim uchem i szepnął cicho:
     - Przegrałaś.
     Jego przyciszony głos sprawił, że z jakiegoś powodu przeszły mnie ciarki. Gdy się odchylił, nie dałam po sobie poznać co się ze mną dzieje.  Spojrzałam złowrogo w jego twarz, nic nie mówiąc.
     - Gwałciciel Nathiel! - usłyszałam donośny, dziecięcy głos Andi.
     Właśnie z dzikim okrzykiem rzuciła się w naszą stronę, pragnąc zbawić mnie od złego. Zastanawiałam się, skąd u niej tak "zaawansowane" słownictwo? Miała dopiero 6 lat, a czasami zaskakiwała mnie swoimi atakami słownymi. Wydawało mi się, że już wszystko wie o świecie dorosłych, choć... przeczuwałam, że jakaś osoba przedstawiła jej go w dosyć nieudany sposób.
      Dziewczynka rzuciła się na plecy Nathiela i zaczęła okładać go walecznie piąstkami. Widząc jego minę, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Oczy Auvreya mówiły: "znowu to dziecko?". Ta sytuacja przypominała mi trochę realną zabawę w dom. Przyłapani na gorącym uczynku rodzice, którzy posiadając dziecko, nie mają nawet chwili wolnej dla siebie.
     Nim się obejrzałam, dwójka demonicznych istot zaczęła tarzać się po trawie i walczyć ze sobą. Nathiel mógł ją znokautować w każdej chwili. Wiedział jednak, że to tylko zabawa. A przynajmniej tak sądziłam, dopóki nie przerzucił Andi przez swój bark, podobnie jak mnie wcześniej. Cóż, pewne rzeczy i osoby się nie zmienią.
     Naszą sielankę przerwał głośny odgłos zbliżających się, nerwowych kroków. Cała nasza trójka spojrzała w stronę tylnych drzwi, wychodzących na ogródek. Naszym oczom ukazał się zdyszany Sorathiel. Jego oczy błyszczały radością, usta rozszerzone były w uśmiechu. Mogłabym przysiąc, że nad jego głową widziałam jasne promienie słońca. Już wiedziałam, co się stało.
     W trybie natychmiastowym podniosłam się z ziemi. Właśnie na ten dzień i te słowa tak długo oczekiwałam:
     - Amy się przebudziła.
***
     Żaden majowy dzień mojego życia nie był tak promienny jak ten. Słońce za oknem pobłyskiwało wesoło, dając znać o zakończeniu swojej dzisiejszej podróży, delikatny zefirek rozwiewał szpitalne, niezbyt ładne firanki. Czułam świeży podmuch lata i radość ulatniającą się do góry. Moje życie nareszcie stało się takie, jakie powinno być.
     Z promiennym, nietypowym dla mnie uśmiechem, spoglądałam w twarz mojej przyjaciółki, która niedawno się przebudziła. Cieszyłam się, że mimo bladości twarzy i problemów z przywróceniem swojego ciała do normalnej funkcjonalności, wyglądała na zdrową. Cieszyłam się, że demony nie odebrały jej tego, co było najpiękniejsze w jej duszy. Mimo zmęczonego wyrazu twarzy, spoglądała na nas wszystkich, błyszczącymi ze szczęścia oczami. Niesfornie ułożone, kręcone włosy dodawały uroku jej twarzy, a uśmiech rozświetlał cały, smutny pokój szpitalny. Martwiłam się tylko o jedną, jedyną rzecz. Rzecz, której nie zdążyliśmy w całej tej radości przemyśleć i przedyskutować.
     - Wiecie co mi się śniło? - spytała podekscytowana własnym przebudzeniem Amy - Ale nie śmiejcie się ze mnie!
     - Nie no, co ty, będziemy się tarzać po ziemi ze śmiechu - odpowiedział ironicznie Nathiel, posyłając mojej przyjaciółce zabójczy uśmiech.
     Odwzajemniła go. Doskonale wiedziała, że to tylko jego sarkastyczny atak. Ukradkiem spojrzała na mnie. Nie musiałam znać jej myśli, żeby wiedzieć co ma mi teraz do przekazania swoim spojrzeniem. "Laura, musisz mi prędko o was opowiedzieć! Może coś się wydarzyło? Jak zareagował na twój romantyczny list?!". Rozbawiona tą sytuacją, potrząsnęłam lekko głową.
     - To było tak - zaczęła bajkowym głosem - Urodziny Nathiela, siedzę na balkonie, wdycham świeże powietrze, myślę o życiu,  a tu nagle - przerwała iście dramatycznym tonem głosu - Stanęła przede mną jakaś czarnowłosa dziewczyna. Mogę przysiąc, że wyglądała jak Nathiel! Miała identyczne oczy jak on!
     Spojrzałam ukradkiem na moich towarzyszy, którzy doskonale wiedzieli, że to nie był sen, a osobą, która przed nią stała była Gabrielle. Cóż, zawsze można jej wmówić, że to Nathiel przebrał się za dziewczynę.
     - No i wiecie co powiedziała? - spytała zdziwiona - "Współczuję ci przyjaciół, którzy ukrywają przed tobą prawdę o świecie. Zrobię ci przysługę i pokażę na czym polega", czy coś takiego - mówiąc to, nachmurzyła się.
     Słowa Gabrielle poruszyły moje serce. Nie, nie chodzi o to, że użyła słowa "współczuję", bo na pewno tego nie czuła. Chodziło o sam fakt oszustwa. Sorathiel był jej chłopakiem, ja byłam jej przyjaciółką. W obydwu relacjach, powinniśmy być z nią zupełnie szczerzy, a nie jesteśmy. Ponoć najboleśniejsza prawda jest lepsza, niż bezpieczne kłamstwo.
     - I... i nagle zniknęła. Słyszałam ją cały czas w swojej głowie! Mówiła dziwne rzeczy. Coś o tym, że Nathiel jest demonem, który walczy z innymi demonami, że Sorathiel jest łowcą demonów, a ty o wszystkim wiesz - kontynuowała Amy, spoglądając na mnie. - A potem straciłam przytomność.
     Milczałam. Milczałam, jak reszta moich towarzyszy. Wiedziałam, że nie do mnie powinien należeć pierwszy krok. Nie powinnam decydować za Sorathiela, który był z nią w o wiele bliżej relacji. Jego mina nie wskazywała jednak na to, że cokolwiek napomni o tej sprawie. Wiem, bał się. Bał się, że jeżeli Amy wejdzie w ten świat, nie będzie potrafiła już z niego wyjść, podobnie jak ja.
     - A jeżeli byłaby to prawda? - spytał tajemniczym głosem Nathiel, który rozłożył się właśnie na krześle, jakby był w barze.
     Swoimi słowami zdziwił nas wszystkich. Nie wiedziałam czy mam w tym momencie podejść do niego i uderzyć go w twarz, czy zwyczajnie podziękować za odwagę. Nie wiedziałam nic.
     Amy przekręciła głowę w zamyśleniu.
     - Myślę, że ani trochę nie przypominasz demona - odpowiedziała, uśmiechając się promiennie w stronę Nathiela. Ta wiadomość najwyraźniej go ucieszyła.
     - A gdyby się okazało, że naprawdę walczycie z demonami - zaczęła powolnym głosem - Na pewno uznałabym was za super bohaterów - zaśmiała się.
     Ponownie w trójkę, wymieniliśmy znaczące spojrzenia. Gdy ja w dalszym ciągu nie potrafiłam zdecydować czy chcę jej o wszystkim mówić, decyzja została samoczynnie podjęta przez Sorathiela.
     - Amy, to prawda - powiedział z powagą w głosie.
     Oczywiście jej reakcja była jak u każdego człowieka, który usłyszałby tak absurdalną rzecz. Najpierw się zdziwiła, a potem zaczęła się śmiać.
     - Nie żartuj sobie, Sor - powiedziała rozbawiona.
     Tak jak podejrzewałam do akcji ze swoimi nieprzemyślanymi decyzjami i ryzykownymi czynami, wkroczył Nathiel. Nim ktokolwiek się obejrzał, wyjął exitialis z kieszeni i wbił je sobie w dłoń. Z jego demonicznej rany zaczął uciekać ciemny dymek.
     Amy spojrzała na niego zszokowana z otwartą buzią. Najwyraźniej nie wiedziała co powiedzieć. Tak bardzo przypominała mi teraz mnie, w chwili, gdy Deaniel starał się udowodnić, iż jest demonem. Zrobił wtedy dokładnie to samo co Nathiel teraz.
     - Nie wyglądam, ale jestem cienistym demonem - zaczął chłodno Nathiel - Dlatego dziewczyna, którą widziałaś miała takie same oczy jak ja. Zazwyczaj wszyscy mieszkańcy królestwa nocy tak wyglądają - oznajmił.
     Wiedziałam, że nie jest w stanie opanować swojego szoku. Patrzyła się to na Nathiela, to na Sorathiela, to na mnie.
     - Nathiel mówi prawdę - oznajmił dosyć niepewnym głosem blondyn - W trójkę działamy przeciw demonom, których ty byłaś ofiarą. To zdarzenie jest prawdziwe, Amy. Dlatego wpadłaś w śpiączkę - mówiąc to, starał się nie patrzeć w jej oczy, które wodziły po nim, szukając odpowiedzi na dręczące ją pytania.
     - Demony dobrały się do ciebie, bo: po pierwsze, jesteś dziewczyną Sorathiela, który je niszczy oraz przyjaciółką osoby, która z nimi zadarła - mówiąc to, zielonooki skinął na mnie głową z diabelskim uśmieszkiem - Po drugie: bo masz wysoki wskaźnik energii potencjalnej, czyli posiadasz nieprzeciętnie wysoką energię, którą demony z chęcią wysysają z człowieka, po trzecie: to była pułapka, mająca na celu sprawdzić to, czy Laura jest pół demonem, pół człowiekiem - mówiąc to, złożył ręce na piersi. Wyglądał na dosyć uspokojonego. W przeciwieństwie do nas.
     - Jesteś? - zapytała niespodziewanie Amy, cichym, stłumionym głosem.
     Kiwnęłam głową na potwierdzenie. Skoro już większość demonicznych tajemnic zostało odkrytych, nic nie stoi na przeszkodzie, abym powiedziała i o tym.
     - A więc twoje dziwne zdolności... - zaczęła w zamyśleniu, nie dokańczając myśli.
     Jej brwi ściągnęły się, a oczy powędrowały ku oknu. Widziałam, że rozważa całą tą sytuację. Argument o moim pochodzeniu zdołał się przedostać do jej głowy. Wierzyła jednak w tą historię tylko dlatego, że wiedziała jak umiem "czarować". W końcu była jedyną osobą, której mogłam się pożalić w dzieciństwie.
     Długo czekaliśmy na jakąkolwiek jej odpowiedź. Długo rozważaliśmy w myślach, jaka będzie jej reakcja. Jako typowa pesymistka, stawiałam oczywiście sytuację na przegranej pozycji. Amy mogła się na nas obrazić, mogła unieść się gniewem, mogła zacząć płakać - w końcu ukrywaliśmy przed nią tak ważną rzecz. O dziwo, nie zrobiła tego. Ku naszemu wspólnemu zdziwieniu, jej wyraz twarzy złagodniał.
     - Jednak jesteście takimi super bohaterami - powiedziała oczarowana.
     Przysięgam, mało nie spadłam z krzesła. Jej słowa i łatwowierność jaką nas obdarzyła, sprawiła, że doznałam szoku, który mimo wszystko szybko zniknął. Przecież Amy nie była mną. Zawsze wierzyła ludziom, a szczególnie swoim bliskim. Poza tym wierzyła w magię. W magię i nadprzyrodzone siły. W pewnym sensie zazdrościłam jej swobody z jaką potraktowała fakt, że demony istnieją i jeden z nich ją zaatakował. Gdy ja po raz pierwszy zetknęłam się z tym światem, byłam sceptycznie do tego nastawiona. Po pierwsze, nie wierzyłam w niczyje słowa, po drugie, uwierzyłam w nie dopiero, gdy przyszło mi walczyć z jedną z demonicznych pokrak. Błogosławieni ci, którzy nie widzieli, a wierzą.
     - To naprawdę niesamowite - powtarzała, kręcąc głową z niedowierzaniem - Co prawda sądzę, że powinniście mi o tym powiedzieć wcześniej, ale... - przerwała na chwilkę, by powrócić z wesołą nutką w głosie - Lepiej późno, niż wcale. Oczywiście chcę dowiedzieć się o tym świecie jak najwięcej i jak już wyzdrowieję, chcę, żebyście mi pokazali jak to wygląda! - wykrzyknęła podnieconym głosem.
     Uśmiechając się pod nosem, potrząsnęłam głową. Jej entuzjazm, niewinność duszy i łatwowierność mnie przerażała. Jednak muszę przyznać, że to właśnie tego, ostatnimi czasy brakowało mi w życiu. Wreszcie mogłam cieszyć się bliskimi. Wreszcie miałam motywację do działania. W końcu mam kogo bronić i dla kogo żyć.

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 45 - "W absurdalnym świecie"

No i masz ci. Dzisiaj trochę dłuższy rozdział, który jest tak absurdalny jak świat Nathiela. Przypomina mi trochę jakiś odcinek z anime (chyba za dużo ich oglądam). Chciałam przy okazji podziękować Cleo i Orihime, które użyczyły mi trochę swoich wizji świata Nathiela. I Króliczkowi, która przypomniała mi, że dziś mija 5 dzień. Ten rozdział przeszedł dużo poprawek i jeżeli mam być szczera - dalej mi nie odpowiada, ale może to tylko moja dziwna wyobraźnia D: mam nadzieję, że wam się spodoba.
Pochwalę się przy okazji, że w końcu skończyłam 56 rozdział. Tym samym, boję się, że stanę na 57. Dylematy. Mam nadzieję, że w niedługim czasie uda mi się nadrobić wszystkie zaległe rozdziały za które was przepraszam D:

A teraz: Keep calm and kochaj demony <3, z serii: nowy, wymarzony,
demoniczny nabytek!
***

     Siedział tak już od czterech godzin, wpatrując się nieznane przestworza, które miał przed oczami. Jego mina nie wyrażała zupełnie żadnych emocji, ciało nawet nie drgnęło przez ten czas, a usta wciąż były lekko rozwarte. Gdy patrzyłam na niego, byłam w wielkim szoku. Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi oglądać spokojnego Nathiela, który milczy i nic nie robi. Do tej pory czekałam na ten moment z upragnieniem, dziś żałuję, że w ogóle o tym myślałam. Nathiel osłonił własnym ciałem małą Andi i poświęcił się dla jej dobra. Nie sądziłam, że jest w stanie to zrobić, podobnie jak reszta organizacji na czele z małą demonicą.
      Niestety nikt nie znał sposobu na wybudzenie naszego demonicznego łowcy z tego dziwnego transu. Nie wiedzieliśmy praktycznie niczego o mocy, którą został "poczęstowany". Andi wiedziała tylko tyle, że jest uwięziony wewnątrz swojego umysłu, gdzie mogło dziać się zupełnie wszystko. Nie wiedział co teraz robimy. Jego oczy były zamglone wizjami z innego świata. Jakiego? Tego nikt do końca nie wiedział.
     Gdy mała Andi płakała w swoim pokoju, wciąż przeżywając zdradę brata i obrończy akt Nathiela z którym nie mogła się już kłócić, ja, Sorathiel i reszta organizacji szukaliśmy rozwiązania. Próbowaliśmy już wielu rzeczy. Poczynając od mogących wywołać szok czynów, a wcale nie kończąc na fizycznym bólu. On jednak dalej siedział niewzruszony. Ze mną, w pustym pokoju, wpatrzony w coś nieznanego. Zimny, sztywny i nieswój. A jeśli nigdy już nie powróci do normalnego świata? Nie chcę patrzeć na takiego Nathiela. Wolę już jego głupotę, głośny śmiech i ogromne emocje, niż ciche, cztery ściany, gdzie puste oczy zdawały się nie interesować otoczeniem. Wolałam normalnego Nathiela.
     Starałam się do niego mówić, chciałam zastosować nawet jakiś drastyczny plan, ale to nic nie dawało. Sądzę, że nawet gdybym miała go teraz pocałować - czego oczywiście bym nie zrobiła - na pewno nie zmieniłoby to jego stanu. W tej sytuacji była tylko jedna, pozytywna rzecz. Ja i Andi wyszłyśmy z tego całe, a moc Andariela okazała się być jednorazowa. Ponoć było to naprawdę potężne zaklęcie, które z pokolenia na pokolenie przejmowali Tourlavill'owie. Andi jako dziecko, nie została jeszcze wtajemniczona w magiczne kręgi. Wciąż była za młoda.
     Podniosłam się z krzesła i zaczęłam krążyć po całym pokoju. Sorathiel, który do tej pory towarzyszył moim mękom, niedawno zszedł na dół z mocnym postanowieniem dotyczącym przeczytania jakiś ksiąg. Mogłam tylko niecierpliwie czekać na rozwiązanie, być może to on natrafi na jakiś trop.
     Zrezygnowana podeszłam do Nathiela i nachyliłam się tuż nad jego twarzą. Przynajmniej teraz mogłam bezkarnie w nią spoglądać. Hipnotyzujące oczy nie wpatrywały się we mnie, tylko gdzieś za mnie, usta nie wykrzywiały się w zabawnym uśmiechu, lecz pozostawały nieruszone. Miałam nieodpartą chęć dotknąć jego twarzy. Intrygowała mnie. Chciałam znaleźć w niej jakieś niedoskonałości, ale... czy w ogóle istniały?
     Nim się obejrzałam, moja dłoń spoczywała na ciepłym poliku Nathiela. Był gładki jak pupa niemowlaka. Zastanawiałam się czy na jego twarzy kiedykolwiek pojawił się jakiś zarost.
     - Chłodna, gdy wszyscy patrzą, ciekawska, gdy nikt nie widzi.
     Odskoczyłam od Nathiela, spoglądając w jego twarz zdziwiona. Na moich polikach pojawiły się wielkie, czerwone plamy. Wiedziałam, że to nie jego głos i domyślałam się, że to nie on wypowiedział te słowa, ale... w takim razie kto, skoro nikogo oprócz nas nie było w tym pokoju?
     Fotel za mną zaszurał niespokojnie, co wywołało u mnie szok. Nadprzyrodzone siły?
Zaczęłam rozglądać się po całym pokoju. Wokół mnie zaczęły dziać się naprawdę dziwne rzeczy. Serwetka sama spadła na ziemię, wazon zachwiał się niespokojnie, kilka książek wypadło z głuchym trzaskiem na podłogę, firanki zaczęły fruwać, niczym poruszone wiatrem. Miałam tylko nadzieję, że to nie moja nieprzewidywalna moc sprawiła, że wszystko zaczęło wariować.
     - To tylko ja - usłyszałam męski głos za plecami.
     Odwróciłam się gwałtownie w tył, lecz nikogo nie ujrzałam. Ta sytuacja zaczęła mnie powoli przerażać.
     - Kto tu jest? - spytałam drżącym głosem.
     - Ja - usłyszałam ponownie, gruby, męski głos.
     Skierowałam oczy tam, gdzie go usłyszałam. Nic tam jednak nie dostrzegłam. To jakaś magia? Peleryna niewidka czy jak?
     - Dobrze patrzysz - odpowiedział głos - Cień.
     Zdezorientowana, skierowałam swoje spojrzenie w cień fotela. Rzeczywiście. Dziwnie się poruszał. Czyżby to był demon? Ale co on tutaj robił? Kim był? Jakim cudem się tu dostał?
Dopadł mnie nieopanowany strach. Powolnym ruchem dłoni zaczęłam sięgać do tylnej kieszeni spódnicy, aby wydobyć z niej nóż. Demon najwyraźniej dostrzegł mój zamiar. Znikając z cienia fotela, wytrącił broń z mojej dłoni.
     - Nie próbuj żadnych sztuczek - powiedział grubym głosem - Nie chcę zrobić ci krzywdy. Jestem tu w pokojowej sprawie.
     - Pokojowej? - zdziwiłam się - Kim wobec tego jesteś?
     Demon znowu wylądował w cieniu fotela. Z ciemnego elementu zaczęła się tworzyć twarz, a dokładniej jej profil.
     - Blazier - przedstawił się - Tak mnie właśnie zwą.
     - Co robisz w organizacji? - spytałam niepewnie.
     - Współpracuję z wami.
    Uniosłam brew do góry. Nigdy nie słyszałam o żadnym współpracującym z Noxem demonem - pomijając oczywiście Nathiela i moją połówkę.
     - Dlaczego mam ci wierzyć?
     Demon zaśmiał się swoim mrocznym, niskim głosem.
     - Zamieszkuję cień Sorathiela.
     Kolejny fakt, który wgniótł mnie w siedzenie. Sorathiel miał w cieniu demona? Dlaczego więc nic nikomu nie powiedział? Jeżeli z nim współpracował i pomagał organizacji z pewnością nie był naszym wrogiem - o ile oczywiście tak było. Demony to podstępne bestie, którym nie należy ufać.
     - Nie patrz się na mnie w takim szoku. Zawarłem z nim pakt. Moje informacje dla Noxa, za jego schron przed departamentem kontroli demonów - wytłumaczył. - Nigdy nie wychodzę z cienia.
     Milczałam. Nie wiedziałam, co mogę powiedzieć, o co spytać. Ta sytuacja naprawdę mnie szokowała.
     - Jesteś pierwszą osobą z Noxa, która ma okazję mnie zobaczyć.
     Cóż, w takim razie mogę czuć się wyróżniona.
     - Dlaczego? - spytałam, patrząc podejrzliwie w stronę cienia.
     - Bo wiem, że jeśli ci pomogę, nikomu nie zdradzisz mojego położenia - odpowiedział gładko.
     Rzeczywiście. Jeżeli ktoś prosi mnie o dochowanie tajemnicy, zawsze to robię. Pomoc jest tylko dodatkiem do tego.
     - Pomożesz mi odzyskać Nathiela? - spytałam.
     - Oczywiście.
     Moje serce aż podskoczyło do góry. A więc jest jakiś ratunek dla niego. Na dodatek będę mogła odwdzięczyć się za to, co dla mnie zrobił, a to ważna dla mnie rzecz. Nie lubię bezinteresowności i narastających długów.
     - Co muszę zrobić? - zapytałam.
     - Stań przy nim - usłyszałam w odpowiedzi.
     Posłusznie wykonałam polecenie Blaziera.
     - Połóż dłonie na jego głowie.
     I to, choć z pewną wątpliwością wykonałam. Moje ręce zatopiły się w jego kruczoczarnych, miękkich włosach. Dotykałam ich po raz pierwszy.
     - Zamknij oczy i czekaj. To moja działka.
     Zacisnęłam powieki, czując jak moje serce gwałtownie przyspiesza. Bałam się tego, co mogę zobaczyć i tego, co może się stać.
     Na swoim karku poczułam oddech demona. Wiedziałam, że się zmaterializował. Postanowiłam się jednak nie odwracać. Widocznie tego pragnął - aby nikt nie ujrzał jego twarzy. Jego głos był teraz jeszcze grubszy i wyraźniejszy, niż wcześniej.
     - Przeniesiesz się teraz do umysłu Nathiela - usłyszałam - Miejsce w którym będziesz może cię zszokować. Jest on teraz więźniem własnego świata. Musisz go znaleźć i stamtąd zabrać. Wystarczy, że dasz mi znak, a przeniosę cię z powrotem do tego pokoju. Na czas twojej nieobecności, zamknę drzwi na klucz. Nie będziesz wiedzieć co tu się dzieje. Twoja dusza opuści ciało. Zapewne gdy się obudzisz, będziesz leżeć na podłodze - mówił do mnie powolnym, głębokim i hipnotyzującym głosem - Rozumiesz?
     Kiwnęłam głową.
     Byłam gotowa na wszystko. Miałam tylko nadzieję, że świat stworzony przez Nathiela nie będzie tak przerażający jak jego głupota. Oczami wyobraźni widziałam szare kołtuny fruwające po bezkresnych wizjach rodem z mózgu osoby, zażywającej środki halucynogenne. Ta wizja mną wstrząsnęła. Mogłam się przecież spodziewać wszystkiego.
     - Skup się - powiedział Blazier, kładąc dłoń na moim ramieniu - Nie panikuj, gdy zaczniesz spadać w dół. Nic ci się nie stanie.
     Kiwnęłam ponownie głową, starając się rozluźnić swoje spięte mięśnie. Mój oddech zwolnił, choć serce wciąż mocno biło. Musiałam się uspokoić.
     Długo czekałam, zanim cokolwiek poczułam. Zdawało mi się, że mój bezruch trwa wieczność. Bałam się otworzyć oczy, czując na ramieniu obcą, demoniczną dłoń. Kto wie, co mógł zrobić, gdy spojrzę w jego twarz. Może był jednym z tych kryminalistów, którzy zabijali, gdy ktoś zobaczył ich prawdziwe oblicze.
     Stałam w bezruchu, czekając, aż w końcu nadejdzie właściwy moment, a moja dusza przeniesie się w progi nieokreślonego świata. Gdy już zaczęłam się poddawać, stało się coś nieoczekiwanego - moje nogi straciły nagle podłoże. Nie trzymałam już głowy Nathiela, nie czułam na swoim ramieniu dłoni Blaziera. Moje oczy gwałtownie się otworzyły. Dookoła mnie była ciemność. Nie wiedziałam, czy mam krzyczeć czy płakać. Próbowałam się chwycić jakiejś niewidzialnej ściany w obawie przed utratą życia, w głowie jednak wciąż miałam słowa Blaziera: "nie panikuj, gdy zaczniesz spadać w dół, nic ci się nie stanie". Zastosowałam jego radę. Wzięłam głęboki wdech i wydech. Mój lot w dół jak na zawołanie zmniejszył swoją prędkość. Zupełnie, jakby pod wpływem mojego spokoju zwolnił.
     Spojrzałam w dół i ujrzałam niebieskie tło, przypominające swym kolorem niebo. Gdy wpadłam już w kolorowe, przedziwne i nienaturalne obłoki, zaczęłam się o nie obijać. Teraz nie mogłam wstrzymać okrzyku przerażenia. Chmury odbijały mnie między sobą, gwałtownie strącając w dół. Myślałam, że dostanę zawału. Mimo tego, że było to miękkie zetknięcie z chmurzastą powierzchnią, lądowanie na niej nie należało do przyjemnych. Wszystko co miałam w żołądku przewracało mi się, zwiastując niezbyt pozytywne zakończenie lotu. Nim jednak cokolwiek zwróciłam, ostatnia, różowa chmura strąciła mnie w dół, wprost do krzaków. Na moje szczęście - także były miękkie.
     Odetchnęłam z ulgą, zamykając na moment oczy. Co za okropna przeprawa. Jeżeli powrót będzie wyglądał tak samo, chyba naprawdę zwymiotuję.
     Do moich nozdrzy zaczął docierać dziwnie znajomy zapach. Mogłabym przysiąc, że ktoś w okolicy smażył kurczaka. Dziwiąc się, od razu otworzyłam oczy. Nie zapach mnie jednak zdziwił, a... mój ubiór. Doznałam jawnego szoku. Moje ciało zdobione było teraz przez kusy strój pokojówki, który przypominał mi swoim wyglądem te dziwne anime oglądane przez Nathiela. Czułam, że poliki mi płoną. Czarno-biała sukienka z mnóstwem kokardek i falbanek, nie sięgała mi nawet do kolan. Bałam się, że gdy podniosę się już z krzaków, może nie zakrywać mi tylnego aspektu osobowości. Na nogach widniały długie, białe zakolanówki i czarne, błyszczące w słońcu lakierki. Czułam, że nie tylko mój ubiór się zmienił. Dotknęłam głowy i jęknęłam z zawodem. Moja fryzura drastycznie uległa zmianie. Czułam się jak małe dziecko z dwoma, blond kucykami po bokach głowy. Już wiedziałam, czyja to sprawka.
     Podnosząc się z krzewu i otrzepując swój biały, koronkowy fartuszek, rozglądnęłam się dookoła. I nagle zapach kurczaka stał się jasny. Nie wiem jakim cholernym cudem, ale skrzydełka przypominające te z KFC, wisiały na drzewach, tuż nad moją głową. Mogłam po nie sięgnąć ręką. Nie byłam jednak szczególnie głodna. Ta dziwna kraina odebrała mi jakikolwiek apetyt.
     Do moich nozdrzy doszły kolejne, tłuste zapachy. Smażone frytki, krążki cebulowe, które tak ubóstwiał Nathiel i krewetki. To wszystko wisiało w długim rzędzie drzewiastego sadu. Świetnie. To dopiero pierwszy element jego krainy, a już zdewastował mój mózg.
     Otrząsając się z szoku, jaki przeżyłam w małym, drzewiastym sadzie, postanowiłam skierować swoje kroki w... w nieznane.
     Stąpając po wyjątkowo miękkiej, zielonej trawie w barwie oczu Nathiela, minęłam różową rzekę. Szłam o zakład, że była przepełniona jakimś słodkim napojem. Nie, wcale nie chciałam jej degustować. Gdzieś z boku, nieopodal krzaków, widziałam skaczące, różowe króliczki z kokardkami na szyi, dookoła mnie latały barwne motyle, gdzieś w tle słyszałam dziewczęce, głośne śmiechy, a nad moją głową prażyła wielka, uśmiechnięta, słoneczna kula, niczym wyjęta z popularnego serialu brytyjskiego o nazwie: Teletubisie. Witajcie w wielkiej, optymistycznej krainie Nathiela, która właśnie wprowadza mnie w stan depresji. Gdyby to był mój świat, z pewnością panowałaby tu noc, paliłyby się lampiony, dookoła byłaby tylko i wyłącznie cisza, zagłuszana od czasu do czasu dźwiękiem cykad, a piękne, różane ogrody zdobione byłyby przez różne perełki w postaci książek. Jak widać, razem z Nathielem mamy zupełnie inne priorytety.
     Po długiej przeprawie, doszłam do jakiegoś dziwnie wyglądającego płotu, zakończonego furtką. Gdy otworzyłam ją, żeby wyjść z drzewiastego sadu, odłamała się. Moim oczom ukazał się spory kawałek czekolady.
     Jęknęłam bezradnie. Czy on myśli tylko o jedzeniu? Błagam. Brakuje jeszcze...
     Tuż nad moją głową zobaczyłam latającego ptaka w kształcie pizzy. Czułam, że powoli tracę siły. Ile jeszcze przyjdzie mi użerać się z absurdalnym światem w umyśle Nathiela? Błagam, chcę go wreszcie znaleźć i stąd zabrać.
     Niezwykle podłamana, ruszyłam przed siebie, oczekując na kolejną porcję irracjonalnych tworów. Trawa stopniowo zaczęła zmieniać swój kolor. Teraz była w odcieniu błękitu. Przynajmniej jeden widok zdołał ukoić moje myśli.
     Ruszyłam wydeptaną w trawie ścieżką. Radość odrobinę ucichła, za to zaczęłam słyszeć dziewczęce głosy. Oczywiście, że dziewczęce, Nathiel był przecież fanem kobiet.
     Tajemnicze, mangowe głowy zaczęły wynurzać się zza winogronowych krzewów. Różowe, złote, błękitne, czerwone, fioletowe i we wszystkich kolorach świata, wielkie, mangowe oczy, spoglądały na mnie lekko zdziwione. Każda z postaci mangowych miała niezwykle ładną, lalkowatą twarz. Wszystkie ubrane były w krótkie sukienki pokojówek, podobne do mojej.  Jedyne co nas w tym momencie różniło, to wygląd i...
     Spojrzałam w dół. No, cóż. Z pewnością anime było jednym z miejsc, gdzie przeciętna nastolatka mogła zazdrościć dziewczynom ogromnych biustów, wylewających się z sukienek. Nie, wcale nie byłam zdziwiona tym widokiem. Od zawsze wiedziałam, że Nathiel jest zwyczajnym erotomanem i najchętniej zamieniłby kobiety na całym świecie na zgrabne panny o dużych cyckach i tyłkach.
     - Co się tak patrzycie? - spytałam nerwowym głosem.
     Połowa z nich przechyliła głowy w bok, jakby się zsynchronizowały, połowa odwróciła głowy w drugą stronę w zawstydzeniu, a niektóre patrzyły na mnie, mrugając nierozumnie oczami. Manga, manga wszędzie.
     - Laura-san*! Panicz Nathiel cię oczekuje! - usłyszałam dziewczęcy, dźwięczny głosik.
     Jakaś wyższa ode mnie o głowę mangowa cycolina, stanęła ze mną twarzą w twarz. Poczułam się jak bezkształtne dziecko. Ich widok i atrybuty naprawdę mnie dołowały.
     - Oczekuje mnie? - spytałam, unosząc brew do góry i mierząc chłodnym spojrzeniem dziewczynę o fioletowych włosach.
     Kiwnęła energicznie głową.
     - Dobra, zaprowadźcie mnie do tego kretyna - burknęłam pod nosem.
     Kilka mangowych dziewczyn robiąc za moją obstawę, ruszyło ze mną. Czułam, że jak już wrócę do organizacji, dostanę depresji albo spiorę Nathiela na kwaśne jabłko za wizje, które musiałam oglądać w jego głowie.
     Mijając winogronowe sady, dziewczęce głowy wychylały się, śmiejąc radośnie i machając w moją stronę. Miałam ochotę utopić je w tej słodkiej rzece, którą mijałam. Optymizm tego miejsca ani trochę do mnie nie przemawiał.
     Wreszcie wyszłyśmy z ogrodu przepełnionego radością. Starałam się nie zwracać uwagi na idące obok mnie, mangowe dziewczyny, nucące jakąś wesołą, japońską piosenkę pod nosem. Moją uwagę przykuł raczej widok miasta w które wkroczyliśmy. Z początku wyglądało całkiem normalnie. Całkiem normalnie, dopóki nie zauważyłam jakie znajdują się tu sklepy. Ogromna księgarnia z mangami, sklep z nożami w raz z chwytliwą reklamą o treści: "Masz demona w domu? Wypędź go nożem!", sklepy z kebabami, kilka KFC, McDonaldów, Bubble Tea, kawiarnie, a nawet sklep z pamiątkami. Nie, nie chciałabym tam wejść. Już wielki bilbord z twarzą Nathiela świadczył o tym, że będą tam pamiątki związane z jego osobą. Nikt nie mógł być większym narcyzem, niż on sam.
     Otrząsając się z szoku i próbując nie patrzeć na jeszcze większe siedlisko głupoty, trafiłam pod wielką, zamkową bramę, zbudowaną (podobnie jak poprzednia furtka) z gorzkiej czekolady.
     - To zamek naszego króla! - pisnęła jedna z mangowych dziewczynek, skacząc w raz ze swoimi balonami do góry.
     - Króla - prychnęłam pod nosem.
     Dwie, mangowe strażniczki otworzyły przed nami bramę. Moim oczom ukazał się wielki, czerwony dywan prowadzący wprost do...
     Przyspieszyłam kroku, wyprzedzając moje wyimaginowane towarzyszki. Na samym środku, na pozłacanym tronie, siedział nie kto inny jak Nathiel. Z błogą miną, otwierał właśnie usta do których winogrona wsadzała mu jakaś różowowłosa dziewczyna w kusym stroju kąpielowym. Serio, Nathiel? Serio?
     Jego ubiór był całkiem normalny. Na stopach spoczywały jego stare, czarne trampki, spodnie jak zwykle miał w kolorze czerni, a koszulka standardowo z przygłupim napisem. Tym razem był to biały napis na szarym tle, o treści: "Jestem królem". Rzeczywiście. Brakowało mu jeszcze korony ułożonej ze smażonych w głębokim tłuszczu skrzydełek prosto z KFC i berła zbudowanego z frytek.
     Kilka dziewczyn wydało z siebie ciche piski, krzycząc coś o "boskim paniczu Nathielu". Nie przejmowałam się nimi. Chciałam dopaść tego kretyna.
     Podchodząc do niego, chwyciłam go za koszulkę i przybliżyłam się do niego niebezpiecznie blisko ze złowrogim wyrazem twarzy.
     Zielonooki spojrzał na mnie zaskoczony. Gdy spostrzegł, że to TYLKO ja, uśmiechnął się szeroko i przygarnął mnie do swojej piersi mocarnym gestem. Myślałam, że mnie udusi.
     - Laura! - wykrzyknął prosto do mojego ucha. - Czekałem na ciebie!
     - A ja ciebie szukałam, żeby ci urwać ten pusty łeb - burknęłam, niezadowolona, czując, że mój nos jest zgniatany przez kości żebrowe czarnowłosego.
     - Teraz będziesz mogła karmić mnie winogronem! - wykrzyknął usatysfakcjonowany, w ogóle mnie nie słuchając.
     Prychnęłam cicho. Gdy jego uścisk zelżał, uwolniłam się od niego. Od ubranej w skąpy strój kąpielowy mangowej dziewczyny, zabrałam kilka owoców winogrona.
     - Oczywiście, paniczu Nathielu - zaczęłam udawanym słodkim głosikiem, posyłając w jego stronę zabójczo uroczy uśmiech - Udław się tym winogronem - dodałam groźnie, wsadzając mu do buzi kilka kulek.
     Mangowe dziewczynki wydały z siebie zduszone okrzyki. Tak, tak, rzeczywiście straszne. Wasz panicz został zaatakowany przez jakąś bladą dupę albinosa bez kształtów. Nie martwcie się, chętnie przyjmie was w swoje ramiona, a wy będziecie mogły wówczas założyć kuse stroje pielęgniarek i latać za nim z cukierkowymi strzykawkami.
     Nathiel wypluł winogron, patrząc na mnie złowrogo.
     - Jakaś wyjątkowo nieudana wersja Laury w tym świecie - stwierdził sucho.
     - To jestem prawdziwa ja, baranie - mruknęłam groźnie, chwytając go od razu za dłoń - Czy to ci się podoba czy nie, wychodzimy stąd.
     Zanim pociągnęłam go jednak w stronę wyjścia, odwróciłam się w jego stronę z uroczym uśmiechem na twarzy.
     - Miałam coś jeszcze zrobić - mruknęłam i z rozmachem uderzyłam Nathiela w twarz.
     W tle znowu usłyszałam stłumione okrzyki zaskoczenia mangowych panien. Kilka z nich podbiegło do Nathiela i zaczęło wykrzykiwać do niego słodkim głosikiem: "Paniczu! Wszystko w porządku?". Myślałam, że dostanę choroby psychicznej. Po prostu musiałam to zrobić. Zrobić, póki jestem w jego świecie. Oczywiście w tym rzeczywistym stanie nigdy bym go nie uderzyła.
     - Za co to?! - wykrzyknął oburzony chłopak, kładąc dłoń na swoim obolałym poliku.
     - Za wszystko - mruknęłam niezadowolona, zakładając ręce na piersi - A szczególnie za ten ubiór.
     - No, przestań, przecież do twarzy ci w nim - powiedział chłopak, oglądając mnie od stóp do głów.
     Jego oburzony wyraz twarzy od razu się zmienił, ustępując miejsca ucieszonemu uśmiechowi.
     - Hej, mam całkiem dobry gust - mruknął zadowolony.
     Przewróciłam oczami i nie zwracając na niego uwagi, chwyciłam ponownie za jego dłoń. Pociągnęłam go ku wyjściu. Mangowe dziewczynki toczyły się za nami, prawie płacząc na widok oddalającego się Nathiela. Moje uszy znowu były niszczone przez piski o treści: "Paniczu Nathielu!". Miałam serdecznie dosyć tego świata.
     - Nieee! - wykrzyknął zielonooki, wystawiając rękę do swoich mang - Nie mogę zostawić moich dziewczynek w tym świecie!
     - Możesz - odpowiedziałam nieczule, wychodząc na zewnątrz.
     Stając na zielonej trawie, skierowałam swoje spojrzenie ku kolorowemu niebu. W między czasie mangowe dziewczynki zaczęły obściskiwać zadowolonego z takiego obrotu sytuacji Auvreya. Ciesz się, póki możesz.
     - Blazier! - wykrzyknęłam w górę - Zabierz nas stąd!
     - Blazier? - zdziwił się mój towarzysz.
     Nie chciałam na niego spoglądać. Nie musiał wiedzieć o co chodzi, nie musiał wiedzieć jak się tu dostałam. Ważne, że zaraz wspólnie wrócimy do domu i raz na zawsze opuścimy ten absurdalnie głupi świat.
     Długo i niecierpliwie czekałam na jakąś reakcję z góry, jednak nic się nie działo. Z trudem udawało mi się utrzymać zielonookiego za rękę. Jego "podopieczne" starały się go wyrwać z mojego uścisku. Ja jednak się nie poddawałam. Ciągnęłam go z całej siły w swoją stronę.
     - Zostawić go, cycate babska! - wykrzyknęłam zdenerwowana.
    Ich oczy zapłonęły dziwną czerwienią, jakby zamieniły się w mordercze króliki. Wyglądały teraz jak prawdziwe demony. Nie wiedziałam, czy to jakiś żart, czy może ten świat dostał swoistego errora, jednak gdy kilka mangowych postaci wystawiło w moją stronę dłonie z pistoletami, przeraziłam się nie na żarty.
     - BLAZIER! - wykrzyknęłam, ponownie spoglądając w górę.
     Udało mi się wyrwać Nathiela z ich rąk. Trzymałam go mocno, aby nikt mi go już nie odebrał, a on patrzył na mnie z lekko rozwartą buzią. Wyglądał na zszokowanego. Dlaczego? Tego nie wiedziałam.
     Pistolety wystrzeliły w naszą stronę, a ja ukryłam głowę w jego koszulce, oczekując na swój rychły koniec. Poczułam tylko jego ciepłą dłoń, która zakryła mój polik.
     Gdy nie poczułam żadnego bólu postrzałowego, otworzyłam gwałtownie oczy i dostrzegłam jego twarz, która pochylała się nade mną. Pod plecami czułam ból. Widocznie musiałam boleśnie upaść. Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. Gdy dostrzegłam jednak swój zwyczajny ubiór i normalnie wyglądający pokój, już wiedziałam, że wróciliśmy z powrotem do realnego świata.
     - Wszystko w porządku? - spytał mnie zielonooki.
     Najwyraźniej musiał się obudzić wcześniej, niż ja. Miałam nadzieję, że nie pamiętał nic z tego, co się stało i gdzie był.
     Kiwnęłam znacząco głową i przeniosłam się do pozycji siedzącej. Drzwi z nagła otworzyły się z głośnym trzaskiem, a do środka wpadli łowcy z nożami. Przeraziłam się nie na żarty.
     - Co się tu działo? - spytał Sorathiel, stojący z przodu.
     Razem z Nathielem wymieniliśmy zdezorientowane spojrzenia.
     - A co się miało dziać? - spytał zielonooki
     - Drzwi były zamknięte. Próbowaliśmy się tu dostać, ale ani drgnęły - powiedział jeden ze starszych łowców.
     Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam ukradkiem na cień fotela, który lekko falował. W głowie wypowiedziałam ciche podziękowania. Nie wiem, czy Blazier je usłyszał, ale rozpłynął się, zostawiając to pomieszczenie w spokoju.
     - Ja tam nic nie pamiętam - powiedział Nathiel, chmurząc się.
     Jego dłoń spoczęła na poliku, w który wcześniej go uderzyłam.
     - Dziwne, boli mnie twarz - mruknął pod nosem.
     Postanowiłam ukryć swój uśmiech za zasłoną blond włosów. A jednak poczuł mój cios na własnej skórze. Jeżeli mam być szczera - w żaden sposób tego nie żałowałam, nie chciałam jednak uświadamiać go o źródle bólu. Niech cierpi tak, jak ja cierpiałam spacerując po pełnym absurdów świecie.
     Z ulgą spojrzałam na wciąż zdezorientowanych łowców. Wiedziałam, że czeka mnie długie opowiadanie przy różanej herbacie.

*-san - grzecznościowy tytuł dodawany przez Japończyków do imienia lub nazwiska.