poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 73 - "Nawet zwycięzca może czuć się przegranym"

I ten moment, kiedy znudzonym wzrokiem spoglądasz do rozpiski przyszłych rozdziałów, a tu... zostały do końca tylko dwa. COOO. Za szybko zleciało, zdecydowanie. 
Niedługo ruszam z "3/4 demona". Zastanawiam się tylko czy zakładać nowego bloga czy pozostać tutaj. W sumie oryginalny tytuł to: "W cieniu nocy: 3/4 demona", więc... czemu by tu nie zostać. To wciąż te same opowiadanie.
 Bynajmniej sequel nie ruszy od razu. Muszę napisać kilka rozdziałów, przejrzeć rozpiskę, która ma cholerne dziury, przypomnieć sobie co i jak. Może zajmie to z tydzień, może z dwa, jeszcze powiadomię.
Odnośnie rozdziału 73 mam ogromnie mieszane uczucia. Wydaje mi się niedopracowany (czego oczekiwać od osoby, która poprawia go o 4 nad ranem?). Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie scenę, którą przedstawiłam. Czuję, że czegoś brakuje na końcu. Czuję, że trochę pospieszyłam z akcją lub inaczej: za szybko ją skończyłam. Może macie inne odczucia? Jestem ciekawa.
Żegnając się z wami o pięknej, porannej godzinie, po zarwanej na WCN nocce, zapraszam do czytania.
***
     W moich oczach zebrały się łzy. Miałam ochotę paść na kolana i wykrzyknąć prosto w stronę nieba: "poddaję się". Ledwo trzymałam się na nogach, ledwo widziałam na oczy, ledwo chwytałam się zdrowych zmysłów. Nie wiedziałam co mam robić. Bezradnie spoglądałam na wyłaniające się z trawy, cieniste powłoki, które powoli zaczęły nas otaczać. To Aiden wywołał je za pomocą księgi Tenebris. Nie chciał brudzić sobie rąk, bo doskonale wiedział, że pospolite, cieniste pokraki poradzą sobie z nami szybciej. Miał świadomość tego, że jesteśmy już wycieńczeni walką. Jego chłodne spojrzenie i obojętny uśmiech świadczyły o niezbyt wielkim przejęciu sytuacją. Liczył na naszą szybką i bezproblemową śmierć.
     Przygryzłam wargę prawie do krwi, starając się nie okazać zbyt dużej wylewności uczuciowej. Już dawno się poddałam, już dawno chciałam przestać. Byłam pewna, że gdybym stała tu sama, wolałabym popełnić samobójstwo niż dać się zabić demonom, ale... nie tkwiłam tu przecież sama. Wciąż był tu ktoś, kto trzymał mnie mocno za dłoń i nie pozwalał zwątpić.
     - Nie raz wychodziło się z gorszych sytuacji - prychnął Nathiel, spoglądając na mnie z krzywym uśmiechem, przepełnionym bólem. Mimo niezbyt tęgiej miny, w jego oczach dało się dostrzec coś, co kolidowało z obecną postawą. Chęć walki, pełna gotowość, nadzieja.
     Auvrey bez słowa przekazał mi do rąk jeden ze swoich exitialis. Zawsze śmiałam się z niego, że niepotrzebnie nosi zapasowy, przecież i tak z nim śpi i traktuje go jak własne dziecko. A jednak w takiej sytuacji jak ta - przydał się.
     Przejęłam nóż, spoglądając w jego twarz. Oczekiwałam odpowiedzi na niezadane pytania. Odpowiedzi bez słów. Dostałam ją. Był nim lekki, krzepiący uśmiech i dłoń, która delikatnie otarła łzę spływającą po poliku.
     - Wciąż żyjemy - powiedział Nathiel. Nie potrzebowałam więcej słów. Nikt w świecie nie potrafił dać mi większej nadziei i siły do walki niż on. Sama zaczęłam się zastanawiać skąd w nim taki upór. Nigdy się nie poddawał. Był silniejszy psychicznie niż ktokolwiek na tej ziemi, bardziej szalony niż najgorszy psychopata, zamknięty wśród białych ścian, odważniejszy niż dwunastu treserów dzikich zwierząt. Kochałam go za jego niesamowitość, ale i za wady, które nie raz doprowadzały mnie do szału.
     Uśmiechnęłam się smutno, spoglądając w jego oczy. To mógł być ostatni raz kiedy to robię.
     - Walczmy - szepnęłam ochrypłym, zmęczonym głosem. Lewą rękę zacisnęłam na nożu. Nie byłam przyzwyczajona do walki lewą stroną, ale nie miałam wyboru. Prawa nawet nie reagowała na bodźce, które jej posyłałam. Gruby obcas Gabrielle kompletnie ją zmasakrował.
     Nie spodziewałam się tym razem dzikich okrzyków z ust Nathiela, który cieszy się z walki. Ta sytuacja wymagała już większej powagi i skupienia. Po prostu nie mogliśmy dać się zabić.
     Ilość powoli otaczających nas, groźnych demonów, przerażała mnie w najwyższym stopniu. Było ich setki. Wszystkie szczerzyły w naszą stronę swoje ostre zębiska, gotowe do rozszarpania krtani. Na samą myśl o tym, przeszły mnie ciarki. Nie mogłam powstrzymać drżenia rąk, nie mogłam wstrzymać bicia serca, a co najgorsze: zatrzymać czasu. 
     Wzięłam głęboki wdech, odwracając się tyłem do Nathiela. Wsparliśmy się o swoje plecy.
     Dzień dobry, czy może raczej dobry wieczór. Nie wiem jaki jest dzień, jaka godzina, jaka pora.  Nazywam się Laura Collins, mam prawie 18 lat. Jestem w świecie demonów. Jeszcze niedawno byłam zwyczajną, szarą nastolatką, która z obojętnością poddawała się rutynie. Chłodna jak Antarktyda, kipiąca ironią jak garnek z gotującymi się ziemniakami. Zamknięta na świat, zamknięta na ludzi, bezpieczna w swoim pokoju. Niegdyś posiadałam dwie ważne dla mnie osoby: przybraną matkę Joanne i przyjaciółkę z dzieciństwa Amy. A potem wszystko zaczęło się walić. 
     Pewnego dnia zderzyłam się na chodniku z dzikim, przystojnym, szalonym oszołomem, który gonił mojego przyszłego, pół demonicznego przyjaciela. Popełniłam też błąd, biorąc ze sobą jego nóż. 
     W szkole poznałam Deaniela, który wyjątkowo szybko stał się trzecią, ważną osobą w moim życiu. Powstała między nami dziwna więź, która prawdopodobnie była spowodowana naszym pochodzeniem. W końcu zarówno on, jak i ja byliśmy pół demonami. Chłopak starał mi się wmówić, że jest we mnie zakochany, równocześnie roztapiał wielką górę lodową, która przede mną stała. To co do niego czułam to wciąż dla mnie niewyjaśnione uczucie. Czy to była przyjaźń, czy już zauroczenie, tego nikt mi dziś nie powie. Deaniel zniknął, a jego miejsce zajął Nathiel, którego na początku miałam ochotę zadźgać tępym nożem nawet z byle powodu. Niestety, los stykał nas ze sobą przy każdej wolnej okazji. Poczynając od pierwszego spotkania na chodniku, idąc przez naszą pierwszą kłótnię w szkole, gdzie przyszedł po Deaniela z kijem baseballowym, następnie niespodziewana impreza na którą zostałam zaciągnięta przez Amy i Deaniela. Okazało się wówczas, że jesteśmy w domu Nathiela, który planuje krwawą jatkę z demonami. Później pojawił się problem z exitialis, które przyzwyczaiło się do mnie, wobec czego Auvrey stał się moim strażnikiem. Miałam go dosyć, ale muszę przyznać, że to dzięki niemu wciąż żyję. Gdy uwolniłam się od noża na demony, a on opowiedział mi swoją demoniczną historię, nadszedł czas na rozstanie. Oczywiście pozorne, bo niedługo znów się spotkaliśmy - tym razem chodziło o naszych przyjaciół, którzy dziś są ze sobą. Zaczęło się między nami układać zdecydowanie lepiej. Szybko dostrzegłam w nim przyjaciela, choć... dosyć irytującego, a on szybko wyznał mi miłość. Zaczął coraz bardziej mieszać w mojej głowie. Pojawiły się kłótnie, długie rozstania, szalone decyzje. To wtedy zmarła moja przybrana matka, to wtedy poznałam Calanthe i dołączyłam do Nox. Dowiedziałam się też, że jestem pół demonem. A potem wspólnie z Nathielem wyruszyliśmy do Reverentii na bal, co nie skończyło się w żaden sposób dobrze. Myślę, że to właśnie z powodu tej nieudanej misji, demony podjęły takie, a nie inne środki. Miałam wrażenie, że jesteśmy winowajcami sprawy, wobec czego nie obwiniałam nikogo o to, co się dzieje. To mogła być moja wina. Dlatego dziś tu jestem i staram się walczyć mimo tego, że brakuje mi już sił. 
     Nazywam się Laura Collins, mam prawie 18 lat. Nie jestem już chłodną, zamkniętą w sobie dziewczyną. Jestem pół demonem, łowczynią Nox, nie szarą nastolatką. Posiadam cały szereg osób, które kocham i za które oddałabym życie. Potrafię się śmiać i nie pamiętam już jak bardzo ludzie potrafią ranić - stali się bowiem moimi sprzymierzeńcami. Prawdziwi wrogowie, z którymi przyszło mi walczyć to demony. Jedyny wyjątek od reguły stanowi Nathiel, szmaragdowooki, demoniczny idiota, którego z wzajemnością pokochałam i dzięki któremu wciąż tu stoję. Kiedyś nie miałam powodu do walki, dziś mam ich miliony.
     Pierwsza cienista pokraka, która rzuciła się na mnie z zębiskami, dostała nożem prosto w brzuch. Nie została mi podarowana chociaż chwila na odpoczynek, byłam zmuszona atakować całą masę rozwścieczonych demonów, które rzucały się na nas z każdej strony. Cieniste, puste masy, przypominały mi w tym momencie kobiety, rzucające się na przecenione buty. Nie patrzyły, czy ktoś stoi obok, nie patrzyły czy robią komuś krzywdę, po prostu rzucały się na upragniony obiekt, pragnąc go za wszelką cenę zdobyć. Jeszcze tego brakowało, żebyśmy zamienili się w buty.
     Byłam na przegranej pozycji. Z trudem udawało mi się zabijać kolejne demony. Wiele z nich zostawiało po sobie ślady w postaci krwawych śladów od długich pazurów, wbijających się w skórę. Może to zabrzmi zabawnie, ale przestałam cokolwiek czuć. Wszystko stało się dla mnie obojętne, a walkę potraktowałam jak maszyna. Odbić atak, zabić, odbić atak, zabić. Podobnie jak każda maszyna, miałam jednak swój limit sił. Moje ruchy stawały się coraz bardziej ociężałe. Z trudem podnosiłam rękę, z trudem łapałam powietrze. Miałam wyrzuty sumienia z powodu Nathiela, który oprócz niszczenia swojej strony, niszczył też demony, które atakowały mnie, wykonując tym samym dwa razy więcej ruchów niż ja. Tylko przez ułamek sekundy udało mi się spojrzeć w jego twarz. Był skupiony i równocześnie zirytowany. Złość go napędzała, ale podobnie jak ja, miał swój limit sił i z każdą sekundą słabł. Demony, których nie ubywało, miały nas w swoich szponach. 
     Gdzieś w tle słyszałam słyszałam chłodny, nieludzki śmiech szefa departamentu, który z niekrytą radością, przyglądał się naszej porażce. Wiedziałam, że w pojedynkę sobie nie poradzimy, ale kto miał nam pomóc? 
     Ze łzami w oczach, świszczącym oddechem i spływającym po skroni potem, spojrzałam na demona, który stojąc tuż przede mną, wyszczerzył swoje ostre zębiska. Wszystko wyglądało jak w spowolnionym filmie akcji. Moja dłoń nie chciała się unieść, Nathiel właśnie bronił własną stronę, a bezmózgi wróg rzucił się na mnie, powalając gwałtownie na ziemię. Głową walnęłam w coś twardego, nóż odleciał kilka metrów dalej, to jednak nie odebrało mi całkowicie rozumu. Próbowałam odpychać demona rękami, bić go na oślep nogami, wyrwać się z jego uścisku, co w dalszym ciągu niewiele jednak dawało. Szmaragdowe ślepia pojawiły się tuż przed moimi oczami, zębiska groźnie zabłyszczały przy szyi. Zdążyłam z siebie wydać tylko zduszony okrzyk i usłyszeć głośne nawoływanie Nathiela, który przecież nie zdążyłby mnie uratować. Zrobił to jednak ktoś inny.
     Demon wydał z siebie nagle nieludzki, bolesny oddźwięk i rozpłynął się w oparach cienistego dymu. Ponad moimi oczami zabłyszczały blond włosy. Zacisnęłam usta, próbując podeprzeć się na rękach.
     - Wstawaj! - usłyszałam groźne brzmienie kobiecego głosu - Nikt nie pomoże ci na polu bitwy, poza tobą samą.
     W moich oczach zebrały się łzy. Z trudem, na chwiejnych nogach, przeniosłam się do pionu i chwyciłam swój nóż. Calanthe szybciej niż my oczyściła krąg otaczających nas demonów. Nie mogłam nadziwić się jej płynnym, szybkim ruchom. Potrafiła kilka razy okręcić się wokół własnej osi i zniszczyć w ciągu sekundy grono szalejących, rozwścieczonych demonów.
     - Niech cię szlag, stara babo! - warknął Nathiel, dołączając do rozpędzonej w bitwie Calanthe.
     - I ciebie także, demoniczny kretynie! - wykrzyknęła wściekle matka - Boli, że uratowałam ci tyłek, co? - prychnęła.
     - Jak cholera - odpowiedział złośliwie Auvrey.
     Widząc walczących sprzymierzeńców, nie mogłam stać bezczynnie w miejscu. Zacisnęłam usta i słabymi ruchami, starałam się pozbawiać życia kolejne demony. 
     - 980 demonów - odezwał się Nathiel, śmiejąc się jak szaleniec.
     - 1200 demonów - dodała Calanthe, prychając niczym rozjuszony kot.
     Przybrałam pokerową twarz. Czy oni naprawdę liczyli każdego demona, którego zabili? I co ważniejsze: czy musieli kłócić się i rywalizować ze sobą, nawet podczas tak ważnej bitwy?!
     - Jeszcze cię dogonię! - zaśmiał się szmaragdowooki.
     - Zrobię ci ten zaszczyt i uczynię cię moim 2000, zabitym demonem - warknęła Calanthe - Muszę ratować świat, nim twoje diabelskie nasienie spłodzi kolejnego kretyna.
     - Spróbuj, jeśli potrafisz!
     Nie mogłam powstrzymać się od przewrócenia oczami. Miałam ich powyżej uszu. Nie ukryję jednak faktu, że ich głosy i poczucie obecności, pomogło mi się pozbierać. Może nie byłam tak szybka i silna jak oni, ale nie stałam bezczynnie i nie patrzyłam się jak inni odwalają robotę za mnie.
     Mimo potrójnej obsady walki, w dalszym ciągu demonów nie ubywało. Aiden wciąż stał poza tym wszystkim i nie trudząc się, wywoływał kolejne, cieniste pokraki. Prawda była taka, że mogliśmy bić się w nieskończoność, bezmózdzy wrogowie i tak nie znikną.
     Cała nasza trójka zbliżyła się do środka okręgu, stając do siebie plecami. Mieliśmy chwilę wytchnienia, zanim kolejna fala zaleje nas w walce. Wszyscy dyszeliśmy ze zmęczenia.
     - Jakieś pomysły? - spytałam, śmiejąc się w niemrawy sposób.
     - Cel jest oczywisty - mruknęła Calanthe, wbijając w przerwie na słowa samotnemu demonowi, nóż w pierś - Ta walka będzie bezcelowa, póki Aiden będzie trzymał księgę w dłoni.
     - A więc przepychamy się przez tłumy wesołych demonów od prawej strony i bierzemy go z zaskoku? - spytał Nathiel, kopiąc z buta cienistą pokrakę, która wpadła na rząd swoich towarzyszy, wywracając ich niczym rząd kręgli.
     - Coś w ten deseń - mruknęła Calanthe, wzdychając - Nie mamy zbyt wielkiego pola do popisu. 
     - Wystarczy lekko podrasować ten pomysł - stwierdziłam, marszcząc czoło.
     - Jakaś strategia, mózgu operacji? - spytał rozbawiony Auvrey.
     - Nieskomplikowana - westchnęłam ciężko - Calanthe pójdzie przodem. Ma największe doświadczenie w walce, a poza tym zna sposób walki Aidena - powiedziałam cicho.
     Spojrzałam ukradkiem na twarz mojej matki, która rozszerzyła się w delikatnym uśmiechu. Skinęła twierdząco głową.
     - Ja pójdę jako druga i będę starała się osłaniać jej plecy - dodałam - Jestem najsłabsza z was, a ta pozycja będzie wymagać najmniejszej odpowiedzialności.
     - A więc ja pójdę tyłem i rozwalę wszystkie pokraki, które rzucą się na nas jak na ostatni plaster szynki - zakończył za mnie Nathiel.
     - W rzeczy samej - odpowiedziałam.
     - To na co czekamy? - spytał ożywiony Auvrey.
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Skąd on brał energię? Ja byłam już kompletnie wykończona. Marzyłam o skończonej bitwie, która przechyli szalę zwycięstwa w naszą stronę. Żeby osiągnąć cel, trzeba było jednak trochę powalczyć.
     Nim się obejrzałam, Calanthe parła już naprzód, tnąc demony jak zwykłe, szmaciane kukły. Pewnie dalej stałabym w miejscu z rozwartymi ustami, gdyby nie Nathiel, który w pewnym momencie pchnął mnie do przodu, nakazując mi tym samym iść. 
     Ruszyliśmy. Tak jak wcześniej ustaliliśmy, moim zadaniem było chronić plecy Calanthe, a przy okazji mieć wgląd na wszystko co się dookoła dzieje. 
     Miałam wrażenie, że nasza droga się nie kończy. Demony jak stado dzikich zwierząt parły w naszą stronę, próbując nas staranować. Dzikie pazury nie raz ocierały się o naszą skórę, zębiska wisiały nad naszymi głowami, a cieniste powłoki starały się nas pochłonąć bez reszty. My jednak wciąż parliśmy do przodu, na przekór przegranej, na przekór złu. Miałam wrażenie, że Calanthe w żaden sposób nie słabnie. Każdy jej ruch, każdy jej atak, wydawał się być przepełniony ogromną siłą oraz precyzją. Nathiel wcale nie wyglądał przy niej gorzej. Zdołał odzyskać znikąd siły, które pomogły mu na radosne niszczenie demonów. Jego oczy świeciły się, jakby dostał najcudowniejszy prezent pod choinkę. Jeżeli przeżyjemy, obiecuję, że na przyszłe święta zapakuję mu w papier prezentowy, kilka demonów nad którymi będzie mógł się znęcać cały dzień.
     - Ile jeszcze tych ścierw przed nami?! - wykrzyknął oburzony Nathiel. Ani ja, ani Calanthe nie zdołałyśmy odpowiedzieć na to pytanie. Nim się obejrzałam, kobieta zniknęła mi z oczu. W tłumie demonów zdołałam tylko dostrzec jej dłoń, która sięgała gwałtownie po parasolkę, przyczepioną do boku. Wszystko stało się jasne, w momencie, gdy wyszłam ze stada demonów. Moja matka z pomocą parasola, wytrąciła księgę z rąk ojca, który najwyraźniej nie był zaskoczony tym czynem. Parasolka wylądowała gdzieś z tyłu, podobnie jak zbiór starych kartek. Nawet nie wiem kiedy, dwójka starych kochanków, rzuciła się na siebie z nożami, które pojawiły się w ich rękach znienacka. Zaczęła się walka ostrzejsza niż kiedykolwiek. Walka o śmierć i życie. 
     Patrząc z niekrytym podziwem i równoczesnym niepokojem w stronę walczących rodziców, nie dostrzegłam nawet, kiedy demony wyciągnęły po mnie swoje obślizgłe łapy i chwyciły za ramiona, ciągnąc z powrotem w tłum. Ostre pazury zostawiały krwawe ślady na moim ciele, podobnie jak zębiska, które wbijały się gdzie popadnie. Krzycząc ze strachu i równoczesnego bólu, starałam się w możliwy i szybki sposób, ciąć nożem w taki sposób, aby pozbawić ich życia. Moje ruchy były chaotyczne, lekko ograniczone. Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć, chciałam się po prostu uwolnić. Rozpaczliwie rozglądałam się wkoło, szukając jakiejkolwiek pomocy. Cienisty dym zaczął mnie dusić w płucach. 
     Gdzie podział się Nathiel? Przecież był tuż za moimi plecami. Czy on także był w sytuacji bez wyjścia? Nie potrafił sobie poradzić? Przecież nie jest nadczłowiekiem ani żadnym super bohaterem, dlatego mógł upaść jak ja.
     Topiąc się w cienistym dymie, starałam się coraz łapczywiej łapać powietrze. Dłonie nie starały się już walczyć o życie, zabijając demony, raczej wyciągały się w górę, szukając oparcia, czegoś, co mogłoby mnie wyciągnąć z demonicznego oceanu. 
     - Trzymaj się, Laura! - usłyszałam znajomy głos, od którego cieplej zrobiło mi się na sercu. Nie, nie był to ani Nathiel, ani Calanthe, tylko Carissa, która od początku mojego pobytu w Nox, pełniła rolę mojej zastępczej matki. I tym razem, choć w zupełnie fizyczny sposób, ocaliła moją duszę od pogrążenia. Chwyciła mnie za dłoń i mocno pociągnęła w bok. Przez chwilę trwałam w jej ramionach ,lekko oszołomiona zaistniałą sytuacją. Ciężko dyszałam, łapiąc powietrze z otoczenia. Moje oczy starały się ogarnąć to, co właśnie miało miejsce. 
     Demonów zaczęło ubywać, a to wszystko dzięki Calanthe, która wytrąciła z rąk Aidena księgę Tenebris. Dzięki temu, stracił on połączenie z otchłanią, skąd wydobywały się cieniste demony.
     Szybko spostrzegłam, że oprócz Carissy, byli tu też inni członkowie Nox, którzy nas osłaniali. Amanda, Ian, Andrew, a także Sorathiel, który walczył teraz wspólnie z Nathielem, przeciwko tłumowi demonów. Tak naprawdę nigdy nie widziałam ich podczas wspólnej walki, dziś mogłam stwierdzić, że byli w niej zgodni niczym bracia bliźniacy.
     - Już wszystko dobrze? - spytała Carissa, ze smutnym, zmartwionym uśmiechem. Spojrzałam w jej twarz, kiwając głową bez zastanowienia. Miałam wrażenie, że nikt nie wyszedł z tej wojny bez szwanku. Nawet Carissa była cała we krwi.
     Zostałam przywrócona do całkowitego pionu. Może na chwilę zachwiałam się, stając na nogach, szybko jednak odzyskałam równowagę.
     Demony zainteresowały się resztą członków Nox. Mnie zwyczajnie omijały, zupełnie, jakbym była nic nie znaczącym dla nich tworem. Akurat w tej sytuacji w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. Przecież wciąż nikt nie pozbył się księgi Tenebris.
     - Laura, księga! - wykrzyknął Auvrey, spoglądając na mnie w tył.
     Kiwnęłam głową, dłużej nie czekając. Odprowadzona przez jego szmaragdowe, pełne wyczekiwania oczy, zaczęłam przedzierać się przez tłumy demonów, raniąc je na oślep exitialis. Reszta członków Nox, pomagała mi zacięcie oczyścić drogę. Poczułam ważność misji, którą mimowolnie mi przekazano. Chciałam wypełnić ją za wszelką cenę.
     Z nienawiścią wbijając kolejnej cienistej pokrace nóż w pierś, nie powstrzymywałam się już od okrzyków bojowych. Zyskałam nową, niewiarygodnie wielką siłę. Czułam, że mogę przenosić góry.
     Przez końcowe chmary demonów, przeciskałam się siłą, łaskocząc ich moim exitialis. Ostatnia fala utworzyła dziwny do przebicia mur, zupełnie, jakby świadomie próbowała ochronić księgę przed zniszczeniem. To jednak nic im nie pomogło. Członkowie Nox wycinali ich w pień, oczyszczając mi drogę, dzięki czemu już po chwili wypadłam gwałtownie za okręg potworów. Wylądowałam na kolanach, ciężko dysząc. Nie miałam chwili na odpoczynek, musiałam działać. Wzrokiem odszukałam księgę, której kartki wirowały na niewidzialnym wietrze. Na kolanach podeszłam do niej i chwyciłam ją oburącz. 
     Na chwilę dotknęło mnie zwątpienie. A co jeśli kolejna próba jej zniszczenia nic nie da? Przecież wcześniej próbowaliśmy ją spalić, co w żaden sposób nie pomogło. 
     - Księga zniknie, jeżeli wbijesz w nią exitialis, nie wahaj się! - dosłyszałam głos Calanthe z oddali.
     Właśnie siłowała się na noże z Aidenem, któremu diabelski uśmiech nie schodził z twarzy. Jeszcze przez długi czas spoglądała w moją stronę ze zmarszczonym czołem, wyczekując momentu zniszczenia księgi. Nie patrzyła na moje ręce, patrzyła prosto w moją twarz. Chciałam wykrzyknąć, że nie powinna się martwić, przecież sobie poradzę, ale gonił mnie czas. Nie spuszczając z niej oczu, uniosłam do góry exitialis. Teraz albo nigdy.
     I wtedy właśnie moje dłonie odmówiły posłuszeństwa. 
     - Nie! - wrzasnęłam spanikowana, spoglądając na nóż, który wbity został prosto w pierś mojej matki. Krew rozlała się po ziemi, a jej ręce momentalnie opuściły w dół, podobnie jak głowa. Nóż exitialis wylądował bezwolnie w trawie, nawet nie dając znać o swoim istnieniu.
     Byłam jak sparaliżowana. Mogłam tylko wykrzykiwać ciągłe słowa zaprzeczenia. To nie było przecież możliwe. Jak najlepsza łowczyni Nox, osoba, która jako jedyna mogła mierzyć się z samym szefem departamentu kontroli demonów, mogła polec w tej walce? 
     - Nie, nie, nie! - wrzeszczałam, próbując podnieść swoje sparaliżowane ciało z ziemi. Łzy mimowolnie zaczęły ściekać mi po polikach.
     - Nie wrzeszcz - usłyszałam z oddali ochrypły głos matki. Opuszczona w dół głowa, wzniosła się ciężko do góry, spoglądając prosto w twarz swojego zabójcy, który patrzył na nią chłodnym, nieprzeniknionym wzrokiem. Po jej ustach spływała krew, w oczach błyszczały krople łez, które nie ujrzały jednak światła dziennego. Jak bardzo byłam w szoku, gdy dostrzegłam na jej ustach lekki, kpiący, tak bardzo charakterystyczny dla niej uśmiech.
     - Do piekła pójdziemy razem - warknęła, chwilę potem unosząc gwałtownie rękę do góry. Z rękawa jej bluzki wysunął się nóż, który chwyciła zgrabnie dłonią. Nim ja lub ktokolwiek inny zdołał się zorientować co właśnie się dzieje, exitialis wbiło się w pierś przeciwnika - samego szefa departamentu kontroli demonów. 
     Po raz pierwszy widziałam w jego oczach cień zaskoczenia, a więc w pełni ludzkie uczucie, tkwiło jednak na jego twarzy tylko przez ułamek sekundy, później uległo zmianie. Usta Aidena wykrzywiły się w kpiącym, krzywym uśmiechu. Obydwoje, na skraju życia i śmierci, spoglądali sobie w oczy. Co mnie jednak dziwiło, nie jak wrogowie, a sprzymierzeńcy.
     - To nie mogło skończyć się inaczej - stwierdził białowłosy demon, prychając cicho pod nosem.
     - Nie mogło - zawtórowała Calanthe, której oczy zamknęły się chwilę potem. Widząc upadające na ziemię, krwawiące ciało matki, wydałam z siebie okrzyk przerażenia. Sam Aiden rozpłynął się w oparach dymu jak każdy demon, który kończył swój żywot.
     Ktoś wyrwał z moich dłoni exitialis i wbił je prosto w księgę, która przestała mnie w jakikolwiek sposób obchodzić. Wciąż oszołomiona i sparaliżowana, patrzyłam bowiem na martwe ciało Calanthe. Jej włosy rozłożyły się wstęgą na szarej trawie, a krew zalała otoczenie. Oczy miała zamknięte. Jedyną niepokojącą rzeczą był jej szczery uśmiech, który nawet po śmierci nie zniknął z jej twarzy.
     Nie przejmując się iskrami wylatującymi z księgi Tenebris, zerwałam się do góry z głośnym okrzykiem rozpaczy. Chciałam podbiec do matki, chciałam ją ratować, chciałam jej pomóc! A jeżeli wciąż żyła? Jeżeli mogłam coś jeszcze zrobić?!
     Ktoś złapał mnie wpół, wywracając na trawę i chwycił mocno, nie mając zamiaru wypuścić. Nie wiedziałam co się dzieje. Głośny płacz wyrywał się z mojej piersi, tak samo jak dłonie, które wyciągnięte były w stronę Calanthe.
     - Mamo! - wrzasnęłam na całe gardło dziecięcym, zbolałym głosem.
     - Uspokój się - usłyszałam tuż nad uchem, surowy głos. To był Nathiel. Właśnie przyciągnął mnie do piersi i mocno przytulił.
     - Chcę jej pomóc! Pomóc, Nathiel! - wrzeszczałam jak opętana, próbując się wyrwać.
     - Już jej nie pomożesz, Laura - warknął Auvrey, ściskając mnie mocniej - Umarła, odeszła, nie wróci. Wypełniła swoją misje.
     Tłumy ludzi z Nox stało tuż za naszymi plecami, spoglądając po bitwie na coś, czego żaden z nas nie chciał zobaczyć. Połowa zaczęła płakać, połowa odwracała wzrok. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
     - Nie zdążyłam jej powiedzieć jak bardzo ją kocham - załkałam, przestając się wyrywać. Głowę ukryłam w piersi Nathiela, który zaczął mnie gładzić uspokajającym ruchem po włosach.
     - Nie musiałaś - szepnął chłopak - Doskonale o tym wiedziała, głupia.
     Zacisnęłam dłonie na koszulce mojego szmaragdowookiego towarzysza. 
     Mimo wygranej, nikt nie odczuwał triumfu. Wszyscy spoglądali w to samo miejsce, nie dowierzając. W mojej głowie wciąż tkwił kpiący uśmiech Calanthe, która mimo niezbyt wielkiej, matczynej czułości, stała się dla mnie osobą bliską. Tylko dlaczego matkę zaczęłam w niej dostrzegać dopiero teraz?
     Księga spłonęła. Została po niej tylko garstka ziemskiego popiołu. Demony zniknęły. Szef departamentu kontroli demonów, jego członkowie, a także sam sprawca zamieszania, który był ojcem Nathiela - zginęli. Byliśmy wolni, wyszliśmy z tej bitwy zwycięsko. A mimo tego, nikt nie czuł radości.
     Bo nawet zwycięzca mógł się poczuć przegranym.

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 72 - "Jeden, jedyny cel"

Ostatnie, anonimowe komentarze z lekka mnie zdziwiły. Dziękuję za nie, aczkolwiek byłoby mi miło, gdybyście podpisywali się imieniem, nickiem, czymkolwiek :) to jakoś was będzie rozróżniać. Lubię mieć kontakt z ludźmi. Co do zanoszenia WCN do jakiejś redakcji - nigdy tego nie planowałam i raczej tego nie zrobię. Uważam, że do oryginalności daleko mu brakuje, a poza tym piszę je tak, ze siadam, coś wymyślam, potem lekko poprawiam: ok, gotowe. Czyli aż tak się nie staram. Raczej piszę WCN dla przyjemności, dlatego, że lubię moich bohaterów, że lubię pisać. Poza tym to taki trening. W przyszłości planuję opowiadanie z mocniejszym jebnięciem, że się tak przykro wyrażę i wtedy może spróbuję posłać je do redakcji. Ale cieszę się, że ktoś to czyta i lubi czytać <3.
Dla rozdziału 72 zarwałam niedzielną nockę. Uznałam, że raz mogę się nie wyspać, najwyżej nie będę ogarniać w pracy. Myślę, że nie jest szczególnie ciekawy. Jeden z gorszych, mogłabym rzec. Opisom czasami czegoś brakuje, słowa wydają się chwilami nieskładniowe. 
***

     - Boli?
    Kobiecy, przerażająco nieludzki śmiech, poniósł się echem po zamku. Z trudem zaciskałam usta, próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Łzy bezwolnie spływały po moich polikach. Byłam pewna, że nie istniał gorszy ból od łamanych kości palcowych.
     - Tak mi przykro, Lauro - usłyszałam pozornie zmartwiony głos.
     Gabrielle nareszcie odpuściła. Poczułam wolność związaną z oddaleniem się od jej morderczych butów, wiedziałam jednak, że to nie koniec męczarni. Demonica chwyciła mnie brutalnie za włosy i podniosła do góry, zmuszając mój kręgosłup do wygięcia się pod niewygodnym kątem, bliskiemu złamania. Ponownie powstrzymałam się od syknięcia bólu. Twardo zaciskałam zęby, próbując nie dać jej satysfakcji z wygranej. Czarne włosy połaskotały moją twarz, gdy Gabrielle zbliżyła się do mojego ucha.
     - Zastanawia cię, co tam pisze? - spytała tajemniczym szeptem, wskazując palcem na księgę Tenebris.
     Spojrzałam w jej kierunku, ponownie napotykając wzrokiem na niepokojące malowidło.
     - To dowód na to, że nie jest to własność ludzi - syknęła wprost do mojego ucha, mocniej szarpiąc mnie za włosy. Tym razem nie powstrzymałam się od jęku bólu. Moje ciało nie było w stanie więcej znieść - Tkwi tu wiedza, która ma pomagać demonom, nie ludziom. Już sam obraz o tym świadczy - prychnęła - "Zwycięzca pozostanie zwycięzcą". Taki napis widnieje poniżej. Los ludzi od zawsze był przesądzony.
     - Nawet zwycięzca może czuć się przegranym - syknęłam, spoglądając uparcie w jej oczy.
     To najwyraźniej ją zdziwiło.
     - Masz jeszcze siłę, żeby mówić? I to z takim wyrazem twarzy? - spytała kpiąco, wyraźnie się krzywiąc - Niewiarygodne. Jeszcze niedawno byłaś tylko przerażoną nastolatką, zdającą się na swojego zielonookiego, przystojnego łowcę - zaironizowała - A teraz? Czyżbyś próbowała walczyć? - zaśmiała się - Przykro mi, ale z marnym skutkiem - zakończyła mrocznym tonem głosu, wyginając mnie pod jeszcze większym kątem. Stłumiłam w sobie okrzyk bólu. Postanowiłam twardo znosić tortury Gabrielle, tym bardziej, że przechodziłam przez nie nie po raz pierwszy. Można powiedzieć, że byłam już weteranem cierpienia.
     - Spójrz - szepnęła do mnie, odwracając moją głowę w stronę walczącego Nathiela - Nawet on nie ma już sił do walki. Przegrywa.
     Zaniepokojona, zmierzyłam wzrokiem swojego szmaragdowookiego przyjaciela, który dyszał ciężko, ocierając rękawem czoło. Nie wyglądał zbyt dobrze. Poza szaleńczymi błyskami w oczach, upartym wyrazem twarzy i kpiącym uśmiechem na twarzy, był naprawdę w opłakanym stanie. Potargany, zraniony, zmęczony. Za to jego ojciec, był w doskonałej kondycji. Czyżby Nathiel wciąż nie dorósł do zmierzenia się z własnym stworzycielem?
     Zacisnęłam mocniej usta, próbując powstrzymać się od aktu rozpaczy. Czego oczekiwaliśmy, przychodząc tutaj? To co chcieliśmy osiągnąć było niemożliwe. Byliśmy słabi, byliśmy tylko ludźmi. Co mogła poradzić zwyczajność i odrobina energii potencjalnej, pomagająca zabijać demony poprzez nóż, w stosunku do magii i siły, jaką posiadały ludzkie demony? Nic. Ta misja z góry skazana była na niepowodzenie. Czy nikt tego nie widział? A może człowiek to po prostu głupia istota, która zawsze ma nadzieję, mimo z góry ustalonej przegranej? Może człowiek zawsze liczył na cud?
     Załkałam cicho, wewnętrznie się poddając. Przecież Nathiel miał pokonać ojca. Miał go zabić, wypełnić swój cel, a potem zniknąć razem ze mną, księgą i resztą Nox do świata ludzi, gdzie będziemy cieszyć się zwycięstwem. Co się stało z tą wizją? W moich oczach pękała niczym rozbite o podłogę lustro.
     Zamglonymi od płaczu oczami, spoglądałam na Nathiela, który mimo zmęczenia, parł na przód z nożami. Walka przeciwników osłabła pod względem szybkości. Teraz byłam w stanie dostrzec każdy ich ruch. Teraz byłam w stanie dostrzec to, że młody Auvrey przegrywa.
     Szaleńczy śmiech Vaila niósł się po zamku, gdy zadawał swojemu synowi kolejne, mordercze ciosy. Na moment zamknęłam oczy. Nie chciałam patrzeć jak osoba bliska memu sercu słabnie z każdą sekundą. Chciałam wymazać ten obraz z mojej głowy. Chciałam zupełnie innej wizji. Oczami wyobraźni widziałam wchodzącą rano do mojego pokoju Joanne. Szturchała mnie, a potem całowała na powitanie w polik. Z jej ust płynęły wesoło brzmiące słowa: "zaraz zaśpisz do szkoły. To do ciebie niepodobne, Lauro". Chcę się obudzić, uśmiechnąć z powodu nadchodzącego dnia. Do szkoły odprowadzi mnie najzwyczajniejszy na świecie Nathiel. Człowiek. Ani demon, ani łowca. A ja, najnormalniejsza na świecie blada dupa albinosa, będę szczęśliwa z powodu daru, który przyszło przyjąć mi w objęcia: życia. Spokojnego, niezmąconego niczym życia.
     Otworzyłam oczy, wydając z siebie cichy jęk. Realia mojego świata uderzyły mnie w twarz.
     - Zginiesz, suko, zginiesz najgorszą śmiercią - warknęła Gabrielle.
     Mocnym szarpnięciem przewróciła mnie na plecy i przybliżyła swoją twarz do mojej. Uścisk zabójczych dłoni z włosów, przeniósł się na szyję. Nawet nie zdążyłam złapać odpowiedniej ilości powietrza. Natychmiastowo zaczęłam się dusić.
     - Nie rozumiem tego, jak taka mała, nic nieznacząca, ludzka istota, mogła zamieszać w świecie demonów w tak krótkim czasie - rzekła mrocznym tonem głosu, nie odrywając szmaragdu swoich oczy od mojej limonkowej zieleni - To śmieszne. Ludzie zawsze mieli więcej szczęścia niż rozumu. To dlatego wciąż żyjesz - zakończyła z prychnięciem.
     Moje usta wykrzywiły się w lekkim, kpiącym uśmieszku. Nie chciałam dać poznać po sobie, że boję się śmierci. Wręcz przeciwnie - chciałam przywitać ją z otwartymi ramionami. Już tyle razy jej uniknęłam. Nikt nie miał tyle szczęścia ile ja. Nawet gość, który dostał siedem razy piorunem i przeżył.
     Z trudem skierowałam oczy na pochodnie, leżącą nieopodal mojej dłoni. Nawet gdybym starała się po nią sięgnąć, nie udałoby mi się to. Nie miałam już sił. Świat niebezpiecznie zaczął wirować mi przed oczami. Chciałam ostatni raz ujrzeć Nathiela.
     - Umrzyj, głupi pasztecie w obcasach!
     Dziecięcy, dobrze mi znany głos, rozbrzmiał w mojej głowie. Zachciało mi się śmiać. Dlaczego akurat w takim momencie słyszałam Andi? Raczej spodziewałam się, że w chwili swojej śmierci usłyszę Nathiela.
     Stało się coś zupełnie nieprzewidzianego. Gabrielle nagle puściła moją szyję, wydając z siebie bolesny jęk, a ja upadłam na posadzkę, próbując łapczywie złapać powietrze. Mimo przyciemnionego obrazu i braku tlenu, starałam się w miarę trzeźwo myśleć i funkcjonować. Lewą, sprawną ręką, chwyciłam za pochodnię, leżącą nieopodal mnie.
     - Nikt nie będzie bił mojej Laury! Szczególnie ty, brzydki paszczurze z krzywymi rzęsami! - darł się ten sam, dziecięcy głosik.
     Gdy odzyskałam częściową władzę nad ciałem, spojrzałam zszokowana w stronę małej, walecznej Andi, która stała nad Gabrielle, ubrana w swoją czarno-białą, koronkową sukienkę z młotkiem w dłoni. Po pierwsze: skąd się tu wzięła, po drugie: skąd miała młotek? Byłam w totalnym szoku. Gabrielle trochę mniej. Masując tył głowy, podniosła się ku górze. Tylko na chwilę zachwiała się jak brzoza na wietrze. Andi patrzyła na nią tymczasem z groźną miną, gotowa do ataku.
     Dłużej nie czekając, postanowiłam zmienić misję z: odzyskać księgę, na: zniszczyć księgę. Z trudem poczołgałam się po ziemi w stronę mojego celu.
     - Zabiję cię, mała, ruda gnido - usłyszałam syknięcie z ust Gabrielle. Może i nie widziałam całej, rozgrywającej się za mną sceny, ale cichy pisk i małe ciało czerwonowłosej dziewczynki, lądujące z głośnym trzaskiem na podłodze, wystarczyło, abym zorientowała się, jak potoczyła się walka. Współczułam małej Andi i z całego serca chciałam jej pomóc, miałam teraz jednak ważniejszą misję. Jeżeli nie zniszczę księgi, wszyscy bez wyjątku umrzemy.
      Płonącą pochodnią sięgnęłam w stronę księgi Tenebris. Byłam już naprawdę blisko swojego celu, gdy nagle dobrze mi znana, czarna wstęga, oplotła się wokół mojego nadgarstka, gwałtownie wyrzucając go w górę. Pochodnia wylądowała kilka metrów dalej. Jęknęłam cicho, próbując przenieść się do pozycji stojącej. Gabrielle szybko i brutalnie powaliła mnie jednak na ziemię. Obcas jej butów, wbił się w mój polik, po raz drugi tego dnia. Stąd miałam tylko widok na nieprzytomną Andi, która zachowała się jak prawdziwa bohaterka.
     - Czy wy sobie ze mnie jaja robicie? - warknęła Gabrielle, jeszcze mocniej ugniatając mój polik. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila jej tortur i wypluję wszystkie zęby na podłogę - Bezradna, blada kupa kości, próbująca podpalić księgę i mała idiotka z młotkiem, należąca do rodu Tourlavillów - prychnęła - To jakaś parodia życia.
     Miała racje. Właśnie w tym momencie ją przeżywaliśmy. Parodię życia. Walkę z wiatrakami. Nie potrafiłam z siebie wydać nawet jednego słowa obrony. Przyjmowałam wszystkie ciosy z ciszą w ustach.
     Gabrielle podniosła mnie za koszulkę do góry, chwilę potem rzucając mną o parkiet jak zwykłą, szmacianą lalką. Mimo bezradności, wciąż chciałam próbować dostać się do pochodni. Z trudem czołgałam się po podłodze, wyciągając dłonie w stronę płonącego źródła energii. W uszach brzęczał mi śmiech Gabrielle, którą najwyraźniej bawił mój bezcelowy trud.
     Gdy byłam już kilka centymetrów od pochodni, dziewczyna kopnęła ją i przygniotła obcasem moją drugą, zdrową dłoń. Nie zdołałam powstrzymać się od okrzyku bólu.
     - Tak! - wykrzyknęła triumfalnie Gabrielle - Płacz, krzycz, pokaż jak cierpisz! Właśnie to chcę usłyszeć z twoich ust! Przegraną!
     Łzy ściekały po moich polikach wodospadem, gardło zaciskało się, sprawiając mi ból, a umysł przestał pracować na takich obrotach na jakich powinien. Tak czuł się człowiek, który postanawia się poddać. Miałam już dosyć walki, to dla mnie za dużo.
     Gabrielle ponownie tego dnia, chwyciła mnie chłodnymi, demonicznymi dłońmi za szyję.
     - Giń, suko - warknęła, spoglądając z nienawiścią w moje oczy.
     Wzrokiem próbowałam odnaleźć Nathiela. Chciałam przesłać mu błagalny sygnał, chciałam, żeby mnie ratował, ale... przecież nie mogłam krzyczeć. Mój szmaragdowooki przyjaciel był skupiony na innej, ważnej walce, którą podobnie jak ja przegrywał.
     Swoje spojrzenie przeniosłam na twarz dręczącej mnie demonicy. Ironiczny uśmiech cisnął mi się na usta. Który to już raz, kiedy mam z nią do czynienia? Nikt mi nie powie, że kobiety są mniej brutalne od mężczyzn. Nikt mi nie powie, że nie potrafią zabijać.
     Próbując zaciągnąć się powietrzem, któremu niedane było przedostać się do moich płuc, szukałam rozpaczliwego rozwiązania sytuacji. Kto miał mnie uratować jak nie ja sama?
     "Myślenie zostawiam tobie".
     Źrenice oczu Gabrielle były rozszerzone. Ani razu nie spuściła ze mnie wzroku, ani nawet nie mrugnęła okiem. Wciąż wpatrywała się prosto w moją twarz, tym samym nie zwracając uwagi na otoczenie, które w żaden sposób nie mogło jej zagrozić. Mogłam wykorzystać jej skupienie, tylko w jaki sposób? W pobliżu mnie nie było żadnej cennej broni. Chyba, że...
     Dłonią zaczęłam powoli sięgać w stronę kieszeni swoich spodni. Jeżeli szczęście mi dopisze, w prawej znajdę gaz pieprzowy. Jeżeli nie - niestety będę musiała się poddać śmierci.
     Dłonie Gabrielle jeszcze mocniej zacisnęły się na mojej szyi. Jej usta wykrzywiały się w grymasie, jakby chciały przekazać słowa w stylu: "dlaczego wciąż żyjesz? Nie mam czasu cię zabijać". Wciąż była skupiona tylko na mojej twarzy.
     Blada ręka nareszcie znalazła cel - kieszeń. Gaz pieprzowy nie był rzeczą, którą nosiłam ze sobą na co dzień. Tak naprawdę częściej miałam przy sobie nóż. Odkąd dowiedziałam się, że demony istnieją i lubią dobierać się do niewinnych, całkiem przypadkowych ludzi, uznałam, że nie muszę bać się już ziemskich istot. Raczej wszyscy powinniśmy kulić się ze strachu przed tym, co nadprzyrodzone i nieprzewidywalne.
     Moja dłoń natrafiła na dobrze znany, mały przedmiot. Wiedziałam, że to jeszcze nie czas na triumf, ale nie mogłam powstrzymać się od lekkiego uczucia ulgi, które z nagła mnie opanowało. W tym momencie ważyły się przecież losy mojego życia.
     Bardzo powolnym ruchem, wyjęłam z kieszeni gaz pieprzowy. Dłonią, na oślep zbadałam swoją broń. Słabłam coraz bardziej, nie miałam czasu na zastanowienie. Nie przejmując się tym czy chwytam gaz odpowiednią stroną, przyłożyłam go do oczu Gabrielle. Odruchowo zacisnęłam własne powieki, po czym na oślep prysnęłam w górę. Już po chwili usłyszałam kobiecy, bolesny okrzyk.           Uścisk na mojej szyi zniknął, byłam wolna. Mimo słabości jaka z nagła opanowała moje ciało i umysł, starałam się działać trzeźwo. Potykając się o własne nogi, tłukąc sobie kolana i upadając na twarz, potoczyłam się w stronę pochodni. Byłam pewna, że nic mnie już nie zatrzyma, a księga nareszcie zniknie w piekielnym ogniu. Jak bardzo się jednak myliłam. Ciężki, męski but, nadepnął na mój nadgarstek w momencie, gdy pochodnie trzymałam już w dłoni. Mimo niezbyt wyraźnej widoczności i trzeźwości umysłu, zdołałam podnieść wzrok do góry i rozpoznać wroga. Vail Auvrey we własnej osobie. Spoglądał na mnie z góry z nienawiścią. Gniótł mnie butem jak nic niewartego robala, chodzącego po kuchni.
     Jęknęłam cicho, próbując pobudzić swój umysł do walki. Moje próby nie dały jednak zbyt wielkich efektów. Zamiast trzeźwości, pojawiło się zmartwienie, mieszające mi w głowie w jeszcze większym stopniu. Skoro stoi tu Vail, to gdzie w takim razie jest Nathiel?
     Rozglądnęłam się dookoła. Nigdzie go jednak nie dostrzegłam. W moich oczach natychmiastowo zebrały się łzy. Wsłuchując się w groźne przekleństwa rzucane przez Gabrielle, spojrzałam w twarz starszego Auvreya, który uniósł zgrabnie dłoń, ruchem zawodowego pianisty, tworząc w górze ciemny dym. Ani razu nie mrugnął okiem, sprawiając wrażenie chłodnego i wyniosłego władcy. Wyglądał jak bezlitosny zabójca.
     Odruchowo zamknęłam oczy, spodziewając się najgorszego. Nim jednak czymkolwiek dostałam, w sali rozległ się głośny, szaleńczy okrzyk radości. Ciężki uścisk zniknął z mojego serca, wiedziałam bowiem, że Nathiel żyje. Nie wiedziałam tylko czego się po nim spodziewać. Na pewno czegoś szalonego.
     Moje oczy rozwarły się szeroko w momencie, gdy mój zielonooki towarzysz, który wcześniej bujał się wesoło na lampie, wleciał wprost na swojego ojca, wywracając go na podłogę. Wielka, dymiąca się kula mocy, uderzyła prosto w przeciwległą ścianę, robiąc w niej ogromną dziurę. Przełknęłam głośno ślinę. Gdyby uderzyła we mnie, nawet nie poczułabym, że tracę głowę. Dosłownie.
     Szybko otrząsając się z wielkiego szoku, rozglądnęłam się po sali. Dwójka Auvreyów siłowała się ze sobą na podłodze, Gabrielle z krzywym grymasem na twarzy i dłonią na oczach, właśnie podnosiła się z ziemi, a mała, waleczna Andi, wciąż tkwiła zemdlała gdzieś w kącie. Musiałam działać.
     Ponownie podniosłam się z podłogi, tym razem podnosząc jednak pochodnie. Nie czułam własnych dłoni. Byłam pewna, że przynajmniej jedna z nich miała połamane kości. Ważne jednak, że cokolwiek mogłam trzymać. Przenoszenie niebezpiecznych rzeczy stopą z pewnością nie byłoby zbyt owocne w tej sytuacji.
     Ociężałym, ciężkim krokiem, niczym po spożyciu zbyt wielkiej ilości alkoholu, ruszyłam w stronę księgi. Nic co się wkoło mnie działo mnie nie obchodziło. Nie zwracałam uwagi nawet na słowa, które padały. Przed oczami miałam tylko jeden cel: księgę, którą chciałam zniszczyć.
     Nim jeszcze doszłam do celu, upadłam na ziemię. Całą swoją marną siłą walczyłam o wypełnienie misji. Czołgając się po podłodze z pochodnią, nie martwiłam się o to, że ogień może mnie zranić. Z ironicznym, tragicznym wręcz śmiechem w ustach, mogłam przyznać, że i tak bym tego nie poczuła. Próg mojego bólu i zmęczenia osiągnął już szczyty.
     Dłoń nareszcie sięgnęła księgi. Przyciągnęłam ją do siebie w tym samym momencie, w którym jakaś ręka wbiła swoje paznokcie prosto w moją łydkę. Krzyknęłam z bólu czując, jak ludzka dłoń rani mnie do krwi. I choć wiedziałam kto to, nie chciałam oglądać się do tyłu. Byłam już przy swoim celu, nie poddam się tak łatwo. Zgniatając z bólu jedną z kartek, drugą ręką przyciągnęłam do siebie pochodnię. Chwilę potem, kartki księgi zapłonęły czarnym ogniem. Patrząc wprost w mroczne płomienie, słysząc za sobą głośny okrzyk wściekłości, nie mogłam powstrzymać się od triumfalnego uśmiechu. Teraz mogłam już nawet umrzeć, wykonałam swoją misję.
     Gabrielle nie czekając, rzuciła się w stronę księgi próbując ją w jakiś sposób ugasić. Jej starania były jednak marnymi próbami. Płonęła już na dobre. Obserwując tą sytuację, zaczęłam się śmiać. Śmiać niczym osoba, która właśnie uciekła z psychiatryka. Nigdy nie czułam tak wielkiej radości. Nigdy nie czułam się tak spełniona, a przynajmniej do czasu. Gdy księga zaczęła się dziwnie trząść, podobnie jak ziemia wokół mnie, a ogień zaczął wyrzucać z siebie szare iskry, przypominające fajerwerki, przeraziłam się na żarty. Patrząc na to zjawisko, nawet nie poczułam, kiedy Nathiel przenosi mnie do pionu i podtrzymując mnie za ramię, idzie powolnie w przeciwną stronę. Mój wzrok wciąż był utkwiony w coraz to bardziej rozszalałej księdze, której płonące kartki zaczęły wirować na wszystkie strony.
     - Musimy uciekać - mruknął Nathiel, na chwilę wybudzając mnie z mojego transu.
     - Andi, twój ojciec, Gabrielle - wymieniłam nieskładniowo, spoglądając na niego lekko skonsternowana.
     - Andi wisi na moich plecach, ojca odpowiednio unieruchomiłem, Gabrielle nawet nie zwraca na nas uwagi - wymienił szybko.
     Dopiero teraz zauważyłam, że jego twarz jest mocno poraniona, a on sam ledwo idzie. Walka z ojcem nie przyniosła mu niczego dobrego. To jeszcze nie odpowiedni moment na walkę z nim. Wciąż był za słaby, nawet jako jeden z lepszych łowców Nox.
    Ociężali, poranieni i zmęczeni, dotarliśmy do okna głównej sali. Zielonooki skorzystał z ostatek sił i pomógł mi wejść na parapet. Gdy na nim usiadłam, spojrzałam w dół. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy na dole dostrzegłam niezmierzony zbiornik wodny, mogący podchodzić pod nasze ziemskie jezioro. Wydałam z siebie głośny, bezradny jęk i spojrzałam w tył na Nathiela, który z trudem wdrapał się na wysoki parapet. Za naszymi plecami wszystko okryło się czarnym, piekielnie wyglądającym ogniem. Księga zniknęła w okowach cienistego dymu, podobnie jak ojciec Nathiela i Gabrielle. Mocne trzęsienie ziemi i walące się ponad naszymi głowami kamienie, świadczyły o tym, że jedyną drogą naszej ucieczki jest woda. Młody Auvrey spojrzał na mnie znacząco. Chwytając mnie mocno za dłoń, która była w miarę sprawna, pociągnął mnie w dół. Nawet nie zorientowałam się, kiedy chłodna toń przywitała moje ciało. Nie miałam siły, by chociaż poruszać dłońmi, żeby wydostać się z wody na powierzchnię. Rozpaczliwie czekałam na jakikolwiek ratunek. Łapczywie chwytałam powietrze, raz po raz wynurzając się i znowu topiąc w toni wodnej. Ironią losu byłoby umrzeć w jeziorze Reverentii.
     - Nie pozwolę ci umrzeć - usłyszałam niewyraźnie brzmiący głos. Chwilę później zostałam pociągnięta w górę. Moja pozycja stała się stabilniejsza, ale nie do końca wyzwolona. Nathiel, który starał się dopłynąć w raz ze mną i małą Andi na plecach do brzegu, sam miał problem z utrzymaniem się na powierzchni. Jego poświęcenie spowodowało, że w moich oczach pojawiły się łzy. W porę zacisnęłam jednak usta i pobudziłam się do działania. Przyjdzie czas na wzruszenia, najpierw musimy przeżyć. Starając się machać pół zdrową dłonią, w marny sposób pomagałam Nathielowi. Lepsze jednak to niż nic.
     Brzeg nie był daleko. Wsłuchując się w głośne oddechy Nathiela, nareszcie dotarłam do brzegu. Było mi głupio z tego powodu, że nie mogłam sama wyjść z wody. I tu Auvrey musiał mi pomagać. Najpierw zrzucił z siebie Andi. W normalnej sytuacji zaczęłabym na niego krzyczeć, że rzuca omdlałym dzieckiem, ale rozumiałam, że nie mógł inaczej. Ja sama z trudem zostałam wciągnięta na brzeg.
     Lądując na plecach, spojrzałam w niezmienne niebo Reverentii. Długo dyszałam, próbując złapać trochę tlenu w płuca. Podobnie czynił Nathiel, leżący tuż obok mnie. Nie byliśmy w stanie nic z siebie wyrzucić przez dłuższy moment, aż w końcu zielonooki zaśmiał się cicho, zmęczonym głosem. Swoje bezradne, umęczone spojrzenie skierowałam w jego stronę. Chłopak wciąż patrzył w niebo, śmiejąc się jak ostatni wariat na ziemi.
     - To wszystko? - spytał rozbawiony.
     Jego nastrój udzielił się i mi. Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu.
     - Na to wychodzi - szepnęłam ochrypłym głosem.
     Wsłuchując się w wesoły śmiech swojego towarzysza, skierowałam spojrzenie na zrujnowany zamek, który płonął czarnym ogniem w zjawiskowy sposób. Musiałam przyznać, ze nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak mrocznego, a równocześnie pięknego i niecodziennego. Ruiny zamku spowite przez diabelskie płomienie. Skały wpadały chórem do jeziora, znikając w jego głębi, dym ulatniał się nad pogorzeliskiem, tworząc szare wzory na niebie.
     - Nie wierzę - powiedziałam cicho, potrząsając głową z niedowierzaniem. Mój oddech nareszcie się ustabilizował, podobnie jak zawroty głowy. Świat Reverentii zaczęłam widzieć w wyraźniejszych odcieniach.
     - Uwierz - zaśmiał się chłopak, chwytając mnie za rękę. Spojrzałam w jego twarz, która choć daleko ode mnie, wprawiła moje serce w zakłopotanie. To właśnie w tym wesołym, dziecięcym, nieskażonym złem uśmiechu,zakochałam się.
     Moje oczy zalały się łzami, których nawet nie próbowałam powstrzymywać. Patrząc prosto w oczy mojemu przyjacielowi, nie mogłam ukryć zaraźliwego śmiechu radości. Czyżby to naprawdę był koniec?
     Już po chwili, postanowiliśmy podjąć się próby podniesienia z ziemi. Czas na odpoczynek przyjdzie, gdy będziemy już w świecie ludzi. Tu wciąż nie byliśmy bezpieczni.
     Najpierw powstał roześmiany Auvrey. Podając mi dłoń, pomógł podnieść się i mi. Po chwili staliśmy obok siebie, trzymając się za dłonie i patrząc sobie prosto w oczy. Nic nie mogło zepsuć tego wzniosłego momentu. Byłam nawet skłonna rzucić się w jego ramiona i wyznać mu miłość, ale nie chciałam czynić czegoś pod wpływem chwili, w przypływie emocji. I na wyznania przyjdzie czas.
     - Tak mi przykro - usłyszeliśmy męski głos, na wydźwięk którego serce stanęło mi w miejscu.            Obydwoje spojrzeliśmy w przeciwnym kierunku od jeziora. Wiedziałam kto tam stał, ale nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam, a mianowicie... Samego szefa departamentu kontroli demonów, trzymającego księgę Tenebris w dłoni.

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 71 - "Myślenie zostawiam tobie"

Jest i rozdział. Następnym razem nie zniosę jak ktoś mnie spyta: kiedy następny? Będzie, kiedy będzie. Nie zapominam o nich i piszę je, kiedy mogę, a nie mogę robić tego codziennie. Weekend miałam bardzo intensywny, jak już Cleo wspominała, a więc dokańczam we wtorek, w dniu, kiedy mam dzień wolny od pracy. Zrozumcie wreszcie, że dziennie robię czasem po 12 godzin i wyobraźcie sobie jak może czuć się osoba, która jest tyle godzin na nogach. Jeżeli komuś nie odpowiada rzadkie wstawianie rozdziałów, mogę tylko powiedzieć, że mi przykro i nic na to nie poradzę. 
71 rozdział był pisany skrawkami (czasem po pracy udało mi się skleić kilka słów), przez co nie wczułam się praktycznie w żaden jego fragment. Wydaje mi się jakiś... suchy. Oprócz tego ma pokaźną długość - to powinno co po niektórych zadowolić. Chyba, że ktoś nie lubi opisów.
A teraz LBA od Cleo. Oczywiście nikogo nie nominuję bo nawet nie mam kogo. Dzięki, Cleo!

1. Co aktualnie czytasz?
Aktualnie staram się dokończyć "Mistrza i Małgorzatę", ale nie mam czasu na czytanie. Ze swoich zainteresowań musiałam wybrać albo czytanie albo pisanie, wybrałam pisanie.

2. Lubisz, gdy na dworze panuje 30 stopni C.?
Nienawidzę. Czuję się wtedy ospała, nieswoja i... ogólnie lato jest dla mnie straszne (może dlatego jestem zawsze najbledszą osobą wśród znajomych D:)

3. Masz plany na wakacje?
Praca, a oprócz pracy w lipcu przyjeżdża Cleo <3. W lipcu jadę też z Arusiem do Gdańska (jeżeli w końcu się ogarniemy i zaczniemy czegoś szukać), tym samym spotkam się ze Slaczem, którego znam w internetach od 8 lat <3. W sierpniu lecę do Norwegii do braci. Chciałam jeszcze zwiedzić Warszawę albo pojechać do lubianego przeze mnie Krakowa ale coś czuję, że nie starczy mi kasy.

4. Co bardzo chciałabyś zrobić przed ukończeniem 25 roku życia?
Nie wiem. Wziąć ślub? Urodzić dziecko? Wytrwać na studiach? Spróbować napisać książkę, którą wyślę do redakcji?

5. Gdybyś mogła wybrać, w jakim świecie chciałabyś żyć?
W takim, który sama bym wymyśliła i w którym mogłabym się cieszyć przystojniakami <3.

6. Ostatnio obejrzany film?
Ostatnio oglądałam w domu pół jakiegoś filmu z tatą o robocie policyjnym. Chappie, czy coś takiego. Schizujący.

7. Miewasz poważne kryzysy, jeśli chodzi o wenę?
Poważne to może nie, zawsze gdzieś ta wena jest, ale kryzysy miewałam.

8. Ilość opowiadań/rozdziałów, jaką jesteś w stanie napisać w przeciągu jednego miesiąca?
Opowiadania to nigdy nie napisałam w ciągu miesiąca, chyba, że shota, ale ich mam niewiele na koncie to nawet na nie nie patrzę. Rozdziałów? W chwili obecnej piszę ok. 4, 5 rozdziałów na miesiąc. Kiedyś było to nawet po 10.

9. Masz ulubiony rodzaj herbaty?
Lubię wszystkie czarne. Lovam różanego Earl Greya.

10. Miasto w którym chciałabyś wylądować i poświęcić się pisaniu?
Nie wiem czy chciałabym pisać, gdybym była w jakimś upragnionym miejscu. Prędzej bym latała i zwiedzała z aparatem >D.

11. Myślałaś kiedyś nad napisaniem cyklu opowiadań? Jeżeli tak to o czym by on był?
Cykl opowiadań? Czyli tak jakby takich shotów? Nie, nad cyklem nie.
***

     Reverentia. Skok w przepaść przypomniał mi o ostatniej podróży w jej progi. Moje pierwsze zetknięcie z demonicznym światem na pewno nie było zbyt miłe, teraz czułam się jednak pewniej. Nie. Pewność, to zbyt mocne określenie. Po prostu wiedziałam czego spodziewać się po świecie w którym już byłam. Żaden krzew z mackami czy też kolczaste zwierzątko u stóp mnie nie zaskoczy. Nietypowy kolor nieba nie wstrząśnie moim sercem. Widok cienistych, bezkształtnych pokrak chodzących tępo po trawie nie wzruszy. Wiedziałam czego spodziewać się po tym świecie, a jednocześnie nie wiedziałam czego spodziewać się po demonach. Byłam pewna, że departament kontroli demonów czycha na nas przy samym zamku. Przecież nie mogli być tak głupi czy zuchwali, żeby pozostawić główną siedzibę bez opieki. Może byliśmy tylko i wyłącznie ludźmi, ale nawet człowiek potrafił wiele zdziałać w obliczu zagrożenia.
     Jako typowy obserwator, rozglądnęłam się po ludziach, idących czujnie obok mnie. Podzieliliśmy się na kilka grup. Każda miała zajść zamek od innej strony. Sorathiel idealnie obliczył odległość między przepaściami, w których cienie mieliśmy skoczyć. Okazało się, że ich rozmieszczenie w świecie ludzi ma wpływ na to, gdzie znajdziemy się, gdy będziemy już w Reverentii. Zgodnie z jego obliczeniami, nasza grupa składająca się ze mnie, Nathiela, Amandy, Sorathiela i Iana, miała wylądować przy frontalnej stronie zamku. Jak na razie, wszystko szło zgodnie z planem. No, dobrze, może nie do końca. Cała nasza grupa miała ze sobą współpracować, a tymczasem Nathiel szedł na uboczu z nachmurzoną miną i ciął na oślep wszystkie drzewa swoim nożem. Niektóre pod wpływem jego ciosów, kurczyły się i zwijały, jakby czuły ból. Miałam szczerą ochotę trzasnąć mu w ten durny łeb i powiedzieć, aby się uspokoił. Doskonale wiedziałam, że jest na mnie wściekły, a równocześnie zmartwiony o moją osobę. Miałam też świadomość, że nie opuści mnie nawet na krok i jak wierny pies będzie czyhał na zbliżające się niebezpieczeństwo. Nie martwiłam się o niego. Wiedziałam, że świetnie sobie poradzi. Raczej zastanawiał mnie stan reszty. Amanda i Ian nie byli już zbyt młodzi, jak poradzą sobie podczas tej ciężkiej bitwy? A Sorathiel? Może i umiał władać nożem, ale nie w takim stopniu jak Nathiel. Jego siłą był raczej umysł ścisły i pomysłowość. Oczywiście nie mogę zapominać o sobie, najsłabszym ogniwie dzisiejszej misji. Jeżeli przeżyję, to będzie cud.
     - Jesteś perfekcyjny, Sorathielu - usłyszeliśmy wesoły głos Amandy. Rzeczywiście. Pomijając to, że był perfekcyjną panią domu, był też perfekcyjnym mózgiem operacji. Idealnie wymierzył miejsce w którym mieliśmy się znaleźć. Już z daleka widać było zamek od strony w której kierunku mieliśmy zmierzać.
     - Po prostu staram się nie być Nathielem - mruknął chłopak. Na jego twarzy pojawił się blady uśmieszek. Wiedziałam, że chce w jakiś sposób pobudzić swojego przyjaciela. On jednak tylko burknął coś pod nosem, obdarzając go złowieszczym spojrzeniem. Auvrey reprezentował sobą postawę w stylu: bez kija, nie podchodź. Osobiście nie zamierzałam do niego podchodzić nawet z nożem.
     - Okolica wydaje się być podejrzanie pusta - zaczął konspiracyjnym szeptem Ian. Od dłuższego czasu po jego skroni spływały krople potu. Rękę nerwowo zaciskał na nożu. Z pewnością był jedną z tych osób, które nie potrafiły ukryć stresu.
     - Zapewne szykują jakąś pułapkę - przyuważyła Amanda z westchnięciem - Jakieś pomysły?
     - Demony-kameleony udające cegły na ścianach zamku? - spytał ironicznie Nathiel - Albo jeszcze lepiej. Wykopały sobie doły, zakryły się trawą i jak tylko tam podejdziemy to wyskoczą do góry i wykrzykną: "Juhu! Czekaliśmy na was! Powiedzcie, że jesteście zaskoczeni!"
     - Nathiel, opanuj się - mruknęłam, spoglądając na niego z nachmurzonym wyrazem twarzy.
     Zielonooki tylko zmierzył mnie groźnym spojrzeniem. Nic nie powiedział. Odwrócił głowę w drugą stronę, niczym mała, obrażona dziewczynka. Ironiczny, krzywy uśmiech rozszerzył moją twarz. Tak właśnie zachowują się kochankowie na pograniczu życia.
     - Jedno jest pewne - zaczęłam z cichym westchnięciem - Na pewno znajdują się w obrębie zamku i szykują na nas atak. Nie wierzę w to, że zostawiliby swoją siedzibę na pastwę losu. 
     - Jedynymi słowy: możemy spodziewać się wszystkiego - powiedział bezradnym głosem Ian, spoglądając w groźnie wyglądające niebo Reverentii.
     - Dosłownie wszystkiego - zawtórowała Amanda z westchnięciem.
     Zatrzymaliśmy się na skraju przedziwnego lasu. Zza przyciemnionych drzew mogliśmy oglądać zamek, nie martwiąc się o to, że ktoś nas zauważy. Teraz musieliśmy czekać na znak od pozostałych sześciu grup. 
     Na wschodniej części powinien znajdować się zespół, którym przewodziła Calanthe. Gdy wszyscy będą na miejscu, nadawany sygnał ma się rozpocząć własnie od niej, a potem iść w przeciwnym kierunku do ruchu wskazówek zegara. Ostatecznie ma się zakończyć na nas. Gdy wykażemy gotowość, każda z grup zajdzie zamek od innej strony. Celem każdego z nas jest znalezienie możliwych przejść do siedziby demonów. Jeżeli istnieje tylko frontowe, reszta grup szybko powinna do nas dołączyć. Jeżeli istnieje i frontowe i tylne, podzielimy się na dwie grupy. W przypadku bocznych wejść także przewidzieliśmy podobną taktykę. 
     Atmosfera wokół nas zrobiła się wyjątkowo ciężka. Nikt z nas nie odważył się odezwać. Wszyscy wypatrywaliśmy pierwszego sygnału, który póki co nie nadchodził. W takich chwilach pojawiają się w człowieku wątpliwości. A jeżeli coś poszło nie tak? A jeśli demony zaatakowały wcześniej niż myśleliśmy?
     Ian nerwowo pukał w zegarek, który znajdował się na jego nadgarstku. Warunek był taki, że jeżeli minie 10 minut i nie dostaniemy żadnego sygnału zwrotnego od wschodniej strony, znak dajemy jako pierwsi, co ma być powiadomieniem tego, że coś się stało. Zegarek jednak jak na złość stanął w miejscu.
     - Coś tam się jara - mruknął Nathiel, wskazując palcem w stronę gęstwiny krzaków na wschodniej części.
     Rzeczywiście. Chwilę potem dostrzegliśmy dym ulatniający się ku górze. Moje usta rozszerzyły się w ironicznym uśmiechu. Calanthe połączyła pożyteczne z przyjemnym. Wiedziałam, że długo nie wytrzyma bez swojego nałogu.
     Świetliste sygnały w ciągu następnych kilku minut, zaczęły rozchodzić się wokół zamku. Na chwilę zniknęły za jego murami, okrążając go i trafiając do nas. Wszystko poszło zgodnie z planem.
     Sorathiel zapalił zapalniczkę i wzniósł ją do góry, dając tym samym znak do wyjścia z ukrycia. Ciemne sylwetki ludzi zaczęły wynurzać się z zarośli. Niestety, Reverentia poza gęstymi lasami znajdującymi się w dosyć dużej odległości od zamku, nie posiadała żadnych kryjówek. Musieliśmy działać jak szaleńcy, idąc prosto w paszcze niebezpieczeństwa. Demony na pewno zorientowały się już, że ich teren został naruszony przez obcych najeźdźców. To tylko kwestia czasu, zanim nas zaatakują. Oczywiście naszym celem było ograniczenie walki do minimum. Nie chcieliśmy wojny, chcieliśmy odzyskać księgę z mocnym wskazaniem na to, że jeśli coś nie pójdzie, będziemy musieli zmienić cel misji na jej zniszczenie. Byliśmy szaleńcami, ale nie wariatami, którzy próbują walczyć z ogniem bez wody. I na zniszczenie departamentu kontroli demonów przyjdzie czas.
     - Są - szepnął Ian, zaciskając w dłoni swoje exitialis.
     Z oddali dostrzegliśmy pokrętne, obrzydliwe cienie, sunące w naszą stronę. Można rzec, że pojawiły się znikąd. Przez chwilę byłam skłonna uwierzyć w przedziwną teorię Nathiela, dotyczącą demonów-kameleonów. 
     Spojrzałam ukradkiem w twarz Auvreya. Jego usta wykrzywiły się w diabelskim uśmiechu, a oczy zabłyszczały, nie pozostawiając wątpliwości co do jego zamiarów. Ten idiota urodził się po to, aby zabijać takich jak oni.
     - Nie dajcie się zabić - powiedziała z powagą Amanda. Wszyscy kiwnęliśmy zgodnie głowami.
     Cieniste, stosunkowo niegroźne pokraki, nieposiadające własnego rozumu, może nie były dla nas tak wielkim zagrożeniem jak ludzkie demony, ale na nie też powinniśmy uważać. 
     Wielka gula podeszła mi pod same gardło. Serce biło jak młotem, wypełniając swoim drżeniem całe ciało. Ręce trzęsły się jak alkoholikowi na skraju własnego nałogu, w głowie szumiało od natłoku chaotycznych myśli. Co taki tchórz jak ja, robił na polu bitwy?
     Jakaś tajemnicza, ciepła dłoń, chwyciła mnie za łokieć i pociągnęła za sobą. Nie rozumiałam celu przyspieszenia kroków przez Nathiela. Chciał mnie tym gestem ochronić czy szybciej zabić? Nie spieszyło mi się do śmierci, a on doskonale wiedział, że wysunięcie mnie na same przody nie będzie zbyt owocne i pomysłowe. No, chyba, że stracił już resztki swojego marnego mózgu i pomyliły mu się strategie.
     - Co ty robisz? - warknęłam.
     Chłopak nie odpowiedział. Nim się obejrzałam, zostaliśmy otoczeni przez zgraję cienistych, powykrzywianych pokrak, niezadowolonych z powodu naruszenia ich strefy. Jatka zaczęła się szybciej niż sądziłam. Amanda, Ian i Sorathiel zostali w tyle, zaś ja i Nathiel parliśmy do przodu, wymijając wszystkie demony. Na chwilę oniemiałam. Nie miałam pojęcia dlaczego te przeklęte, cieniste potwory wymijały nas i ignorowały, napierając na pozostałą część naszej drużyny. Auvrey jednak zdawał się doskonale wiedzieć o co tutaj chodzi.
     - Pamiętasz, że ten rodzaj demonów nie posiada własnego rozumu? - spytał z ironicznym uśmieszkiem Nathiel.
     Sarkastyczna obelga w stylu: ty również - cisnęła mi się do ust, szybko jednak ugryzłam się w język. Drobny trop, który podrzucił mi mój przyjaciel, zdołał rozświetlić demoniczny światopogląd. Ta część demonów była jak zwierzęta. Kierowali się instynktem, nie rozumem, a co za tym idzie, dostrzegały w nas swoich sprzymierzeńców. To ludzie byli dla nich wrogami, nie ja i Nathiel - pełnokrwisty, cienisty demon i pół demon, pół człowiek. Być może niektóre pokraki zatrzymywały się na chwilę i spoglądały na mnie swoimi szmaragdowymi ślepiami, jakby nie były pewne z kim mają do czynienia, szybko jednak zapominały o swoich rozterkach i ruszały na tych, którzy byli ich głównym celem - na ludzi. Jeżeli nasza droga będzie wyglądać tak samo aż do czasu, gdy znajdziemy się pod drzwiami zamku, mamy szanse jako pierwsi dotrzeć do księgi.
     Spojrzałam w plecy Nathiela, potrząsając głową z uśmiechem. Auvrey choć raz zdołał zadziwić mnie swoim opanowaniem. Może nie był tak głupi jak mi się wydawało.
     - Gdzie leziesz, krzywa mordo?! 
     Chłopak kopnął jednego z cienistych demonów, który stanął mu na drodze. Przez ten gest reszta zatrzymała się na środku i zaczęła nam uważniej przyglądać.
     Jęknęłam bezradnie i przeklęłam swoje myśli. Przecież Nathiel to idiota i pozostanie nim już do końca.
     Pociągnęłam go za rękę, dając znak, że powinien się zatrzymać, ponieważ stado demonów próbuje nas zweryfikować. Przez chwilę istniała nadzieja, że znów zaczną traktować nas jak sprzymierzeńców, rozpłynęła się jednak w mgnieniu oka. Cios Auvreya przesądził o przydziale nas do określonej kategorii. Ludzie, a więc wrogowie.
     Cieniste demony rzuciły się na nas z pazurami i zalały nasze otoczenie mroczną poświatą. Wtedy właśnie poczułam nagły przypływ adrenaliny. 
     - Nie mamy wyboru - zaczął z westchnięciem Nathiel. Chwilę potem zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Zarzucił mnie na swoje plecy, wywołując u mnie okrzyk strachu. Zdołałam objąć jego szyję dłońmi  i opleść nogami talię, tworząc dobrze znaną pozycję, noszącą nazwę barana.
     - Są demony, jest impreza! - wrzasnął radośnie Nathiel, na zakończenie zanosząc się morderczym, wręcz psychopatycznie brzmiącym śmiechem. 
     Zaczęliśmy biec w stronę drzwi frontowych. Gdy chłopak wymachiwał zgrabnie nożem na prawo i lewo, ja starałam się utrzymać na jego plecach i nie zemdleć ze strachu o własne życie. Po raz kolejny okazałam się tylko i wyłącznie obciążeniem, które nie było w stanie walczyć w trudnych warunkach. Gdybym oderwała jedną rękę, z pewnością zsunęłabym się z jego pleców.
     - Co ty wyrabiasz?! - wykrzyknęłam.
     - Próbuję dostać się do zamku i podwędzić im księgę? - prędzej spytał niż stwierdził mój towarzysz.
     - Czy ty zawsze musisz być w centrum zainteresowania?!
     - W końcu jestem najprzystojniejszym demonem na ziemi!
     Chłopak zaśmiał się wesoło, chwilę potem powalając jednego z demonów na ziemię. Myślałam, że będzie biegł dalej, ale oczywiście musiał zaskoczyć mnie swoją głupotą.
     - Widzisz to, maleńka? Nawet demony uginają się pod ciężarem mojego piękna - powiedział dumnie, przygniatając butem do ziemi cienistą pokrakę.
     Jęknęłam bezradnie, przewracając oczami.
     - Szkoda, że nie pod ciężarem rozumu, którego posiadasz znikomą ilość - warknęłam.
     - Twój mózg chyba waży aż za dużo, bo ciąży mi na plecach - zaironizował tamten, podrzucając mnie znienacka do góry. Pisnęłam głośno w obawie, że zostanę strącona na ziemię, nic takiego się jednak nie stało. Słysząc głośny, szaleńczy śmiech, niosący się po Reverentii, mogłam tylko modlić się o zbawienie.
     Ruszyliśmy w dalszą drogę. Od drzwi frontowych, które o dziwo były otwarte, dzieliło nas już naprawdę niewiele kroków. Zdążyłam rozeznać się w sytuacji na froncie. Radość i ulgę sprawił mi widok Calanthe, która dumnie niszczyła demony w drodze do głównego wejścia. Jej obecność tutaj dowodziła temu, że boczne wejścia nie egzystowały. Nie widziałam jednak nikogo z tylnych grup. Istniało więc prawdopodobieństwo, że zamek Reverentii posiadał dwa wejścia. Lepsze to niż nic.
     Żegnając się ze światem zewnętrznym, gdzie niebo mieniło się w odcieniach niepokojącego karmazynu, wkroczyliśmy do zamku. Gdy potężne wrota zatrzasnęły się powolnie za nami, wcale się tym nie zdziwiłam. Byłam pewna, że czeka nas tutaj o wiele trudniejsza misja niż na zewnątrz. Tylko taki idiota jak Nathiel potrafił wbiec w sam środek nieprzewidzianych zdarzeń, nie myśląc o zagrożeniu. Tak postępował tylko i wyłącznie szaleniec i wcale nie zaprzeczę, że nim był.
     Zeskakując bezpiecznie z pleców Auvreya, rozglądnęłam się po dobrze mi znanej sali, która wyglądała tak samo, jak podczas demonicznego balu, z tymże wyjątkiem, że nie było tu tak wielu jasno płonących świec. Pomieszczenie wydawało się być celowo przyciemnione.
     - Księga - powiedział odkrywczo Nathiel, bez chwili zastanowienia odrywając swoje stopy od podłoża. Pobiegł w jej stronę, jakby buty mu płonęły. Nie zdążyłam go nawet chwycić za dłoń.
     - Uważaj, to może być pułapka, idioto! - wykrzyknęłam ostrzegawczo. Chłopak jednak zdawał się mnie nie słyszeć. Przed oczami miał tylko jeden cel: księgę Tenebris, która stała na samym środku zamku, otwarta na którejś z środkowych stron, zaciągnięta czerwoną taśmą. To nie mogło skończyć się dobrze. Tak jak się spodziewałam, chłopak odbił się od niewidzialnej ściany okrywającej nasz rzeczowy cel i wylądował jak długi na posadzce, przejeżdżając po niej plecami, jakieś kilka metrów w tył. Siła odepchnięcia była tak duża, że prawie wypchnęła go z powrotem do miejsca, gdzie wcześniej stał. Zielonooki skrzywił się wyraźnie i przeklął soczyście pod nosem. Słowa w stylu: "a nie mówiłam" cisnęły mi się do ust, szybko jednak powstrzymałam się od ich wypowiedzenia.
    - Jak mogłem spłodzić takiego kretyna - usłyszeliśmy niski, dobrze znany nam głos. Tuż po nim rozległy się głośne, powolne kroki, schodzącego po schodach demona.
     Momentalnie zrobiło mi się słabo. Nie potrzebowałam jego widoku, wystarczył mi sam, przerażający głos, powiadamiajaący o tym z kim mamy do czynienia. Vail Auvrey, we własnej osobie.
     - Spodziewałem się, że to waszą dwójkę spotkam tu najszybciej - zaczął rozbawionym głosem mężczyzna, kontynuując swoją mozolną podróż w dół schodów.
     Młody Auvrey zdołał podnieść się z ziemi. Jego wyraz twarzy momentalnie uległ zmianie. Znowu wyglądał jak przepełniony nienawiścią do świata demon, pragnący tylko niszczyć. Czy to wina Reverentii? A może Nathiel nienawidził swojego ojca tak bardzo, że zmieniał się w demona żądnego krwi?
     Gdy chłopak postawił w jego stronę pierwszy krok, chwyciłam go za rękę, próbując powstrzymać przed nieprzewidzianymi w skutki czynnościami. Najpierw powinniśmy czekać na ruch wroga.
     Vail Auvrey dobrnął wreszcie do dołu schodów i skierował się ku księdze. Jego bliskość coraz bardziej zaczynała mnie przerażać. Z trudem powstrzymywałam się od tego, aby nie zacząć się cofa. Młodszy Auvrey, za to palił się, aby wyjść na spotkanie swojemu ojcowi.
     - Księga Tenebris - zaczął podniesionym tonem głosu mężczyzna, przejeżdżając dłonią po starych kartkach, zupełnie, jakby były najdelikatniejszym jedwabiem - Wiedza, która powinna należeć tylko i wyłącznie do cienistych demonów - zaśmiał się gładko - Oczywiście łowcy uznali, że bardziej korzystne jest chowanie jej, bo tym samym unikną zagrożenia - westchnął - To dowodzi jak bardzo słabą egzystencją jest egzystencja człowieka - zakończył mrocznie, posyłając nam diabelski uśmiech.      Z bliska bardziej niż kiedykolwiek przypominał mi Nathiela. Zaczęło mnie to przerażać. Nawet włosy mieli w podobnym nieładzie. 
     - Gdy księga była w Reverentii, nie stanowiła zagrożenia dla ludzkości. Używaliśmy ją w naprawdę rzadkich przypadkach - kontynuował - Ale jak to rzeczą w świecie ludzi: bunt rodzi bunt, dlatego po latach zniewagi, której dopuszczały się tak marne istoty jak wy, nadszedł czas na ostateczne wyniszczenie. Po co komu łowcy? - spytał, śmiejąc się głośno - Po co komu wasza marna siła, która nikogo nie obroni? I tak zawsze dostajemy to, czego chcemy, a wy z dnia na dzień słabniecie, starzejecie się. Czas przestać walczyć i poddać się przeznaczeniu. Niech będzie jak dawniej.
     - Dawniej? - prychnął Nathiel - Chodzi ci o te czasy, kiedy demony chodziły wśród ludzi, nie kryjąc własnej tożsamości i pożerały ich energię? - spytał, unosząc brew do góry - Kiedy większość miast zaczęła być zamykana z powodu demonicznej, nieludzkiej siły, której nikt nie mógł rozpoznać? - zaśmiał się - Przynajmniej gdy my istniejemy, ludzie o was nie pamiętają i żyją spokojnie. Może nie ratujemy wszystkich, bo nigdy nie wiemy kiedy zaatakujecie, ale na pewno was ograniczamy. 
     Vail spojrzał na syna z wyższością, już po chwili wykrzywiając swoje usta w diabelskim uśmiechu.
     - I pomyśleć, że ktoś, kto mógłby osiągnąć wiele w świecie demonów, wybrał drogę bez celu - odpowiedział spokojnie.
     - Droga bez celu ma swoje zalety - zaczął młody Auvrey, wyciągając dwa exitialis z kieszeni.
     Jego twarz rozpromienił szatański uśmiech - Jest bardziej intrygująca, ciekawa i zawsze może odnaleźć ten cel - zakończył. Rękę wyrwał delikatnie z mojego uścisku. Nie zatrzymywałam go. Przytłumił swoją agresję, która mogłaby doprowadzić go do niechcianych czynów. Poza tym jego marzeniem i celem życia było zmierzenie się z własnym ojcem. 
     - Tobie zostawiam myślenie, ja zajmę się walką - powiedział Nathiel, nie spoglądając w tył. Właśnie wpadł w trans z którego lepiej go nie budzić. 
     - Czekam na ciebie, synu - powiedział mrocznie Vail Auvrey, rozkładając na bok ręce w fałszywym geście powitalnym.
     - Czekałem na tą chwilę od lat - odpowiedział tym samym tonem głosu Nathiel, zakańczając swoją wypowiedź niskim, niepasującym do niego śmiechem psychopaty. Chwilę potem rzucił się do biegu ze swoimi nożami, próbując drasnąć nimi ojca, który ku mojemu niezdziwieniu, rozpłynął się w oparach ciemnego dymu, przypominającego cień. Od zawsze zastanawiało mnie, jaką moc mogła posiadać rodzina Auvreyów. Nathiel nigdy jej przy mnie nie użył. Czy miała ona związek z tajemniczym, mrocznym dymem? A może to cząstka mocy, którą posiadał każdy z demonów?
     Vail Auvrey pojawił się za plecami syna, który na szczęście zorientował się w porę, że coś nie gra. W ostatniej chwili i z wielkim trudem odbił jego atak, który również zadany był nożem. Zmrużyłam oczy, przyglądając się jego broni. Skąd posiadał exitialis?
     - Myślę, że poczciwemu, umarłemu staruszkowi już się nie przyda - odparł Vail, spoglądając prosto w oczy syna, który na chwilę stracił czujność. Był bowiem tak samo zdziwiony jak ja. Exitialis należało do Hugha. 
     Nathiel został zraniony w ramię. To go trochę pobudziło. Sycząc z bólu, przybrał groźną minę i przystąpił do kontrataku. Zaczęła się prawdziwa bitwa szybkości. Z trudnością przychodziło mi dostrzeganie ich ruchów. Wydawało mi się jednak, że walczyli jak równy z równym.
     Wzięłam głęboki wdech, przenosząc wzrok na księgę. "Tobie zostawiam myślenie" - powiedział Nathiel. A więc to mi przypada rola osoby, która koniecznie musi znaleźć sposób na wyzwolenie księgi z objęć dziwnej bariery. 
     Nachmurzyłam się. To nie jest proste. Nie wiedziałam czym tak naprawdę jest i czy ktokolwiek poza osobą, która ją stworzyła, będzie w stanie ją zniszczyć.
     Zostawiając w spokoju skupionego na walce ojca z synem, postanowiłam przystąpić do działania. Serce kołotało mi niespokojnie w piersi, umysł był lekko przyćmiony. Starałam się jednak odzyskać władzę w mózgu, w końcu najbardziej w świecie potrzebowałam teraz właśnie jego.
     Podeszłam ostrożnie do niewidzialnej bariery. Dotykając ją mogę nieźle zaryzykować. Być może upadek Nathiela nie był spowodowany jego prędkością, a samym działaniem bariery. Może właśnie taki miała cel - odpychać od siebie niepowołane osoby. Powinnam zaryzykować? Auvrey niezwykle mocno przywalił w podłoże. Był zdecydowanie cięższy i silniejszy niż ja, więc szybko się pozbierał. 
     Wzięłam głęboki wdech i wydech. Wierzchem prawej dłoni przetarłam nachmurzone czoło. Coś mi podpowiadało, że choć raz powinnam zachować się jak osoba, która nie kieruje się rozumem. Czasem w życiu trzeba zaryzykować, aby poznać prawdę.
     Wystawiłam rękę w stronę bariery. Zanim ją jednak dotknęłam, błądziłam dłonią ponad jej warstwą. Dopiero teraz zauważyłam, że bariera nie jest do końca niewidzialna. Gdzieś w powietrzu unosił się przeźroczysty kształt, przypominający tworzoną przez dzieci bańkę mydlaną. Nie czułam nic, trzymając tam dłoń, choć wiedziałam, że mogą to być tylko pozory. Nie miałam wyboru. Musiałam zaryzykować. 
     Nieświadomie zaciskając powieki, położyłam na barierze drżącą rękę. Odetchnęłam. Nie stało się nic. Poczułam tylko niewielki opór. Bariera działała jak guma balonowa, która nie pęka, ale tworzy w sobie odkształcenia, znajdującego się w niej przedmiotu, rzeczy, kończyny, czegokolwiek. Nie dziwię się, że Nathiel odleciał stąd, jakby odbił się od poduszki powietrznej auta.
     Pokonałam pierwszy problem. Czas przejść do badania. Nie odrywając dłoni od powierzchni, zaczęłam krążyć wokół pół widzialnej kuli, badając ją z każdej strony. Moje zielone oczy błądziły po każdym jej skrawku. Marszczyłam boleśnie czoło, starając się dostrzec choć jedną, malutką dziurkę, nic jednak takiego nie istniało. Bariera była idealna pod każdym względem. Przy podłożu znajdowała się niewielka ilość ciemnego dymu, co upewniło mnie o tym, że była stworzona za pomocą magii cienistych demonów.
     Oderwałam się na chwilę od punktu moich badań i spojrzałam nań krytycznym okiem. Cieniste demony niszczyło exitialis, więc może właśnie w nim tkwiło rozwiązanie? 
     Dłużej nie czekając, wyjęłam z kieszeni nóż i przyłożyłam ostrożnie do obiektu badań. Niestety, im większy opór, tym "guma balonowa" coraz bardziej go odpychała. Zawiodłam się. Czyżby rzeczywiście tylko demon mógł zlikwidować barierę?
     Oparłam głowę o pół widzialną ścianę i zaczęłam wpatrywać się w księgę. W umyśle szukałam jakiś wspomnień dotyczących demonów, a także magii, którą tworzą. Sorathiel często mi o nich opowiadał. Czy jednak wspominał coś o magii tworzenia? Wydaje mi się, że nic. Pomyślmy chwilę nad tym, co może w takim razie zniszczyć cień - może jakaś inna rzecz oprócz exitialis jest bardziej skuteczna? Światło? Nie. Demony nie bały się światła, choć często działały nocą. 
     Rozglądnęłam się dookoła. Przed oczami mignęła mi peleryna walczącego Vaila. Ufałam Nathielowi i wiedziałam, że tak łatwo się nie podda. Musiałam skupić się na moim zadaniu.
     Cieniste demony. Czego się boją? Czy mam zacząć żałować, że w tej sytuacji nie porwałam ze sobą domestosa? Podczas mojej pierwszej przygody z demonami to właśnie on uratował mi poniekąd życie. Nie, nie mogłam się poddawać. Musiało być coś jeszcze.
     Jęknęłam cicho, pochylając głowę ku dołowi. Gdzieś w szarych zakątkach mojego umysłu, tkwiło jedno wspomnienie. Rozmawiałam kiedyś z Hughem na temat tego, kto jest największym wrogiem cienistych demonów. Może i nie stoją na równi z nimi, ale gdyby zorganizowali rebelię, z pewnością w Reverentii zaczęło by się dziać. Drugimi, najgroźniejszymi demonami w rankingu królestwa nocy, były demony ognia, które zazwyczaj niszczyły wszystko na swojej drodze. Nigdy nie spotkałam żadnego z nich, ale dużo o nich słyszałam. Demony ognia i demony cienia posiadały moce, które nawzajem się zwalczały. 
     Nachmurzyłam się. Jeśli ogniste demony potrafiły walczyć z cieniem to... czy przy odrobinie charakterystycznej dla nich mocy, nie udałoby mi się zniszczyć tej bariery?
     Rozglądnęłam się po sali. Była przepełniona płonącymi świecami woskowymi, które mimo wszystko wisiały dla mnie zbyt wysoko. W pobliżu i najniżej, znajdowały się pochodnie, które na moje nieszczęście nie płonęły. Jaką mam szansę na zdobycie ognia w takich warunkach?
     - Giń, sukinsynu! - dosłyszałam krzyk Nathiela. Dopiero teraz się na nim skupiłam. Oderwał mnie od moich głębszych rozmyśleń. Walka ojca z synem przeniosła się ze schodów na górę. Młodszy Auvrey właśnie chwycił za pelerynę Vaila, który najwyraźniej się tego nie spodziewał i jednym szarpnięciem, wytrącił go z równowagi, dzięki czemu mógł przejść do ataku. Pięścią uderzył go w brzuch, gwałtownie rzucając go na ścianę w stronę płonących świec. W tym samym momencie peleryna starszego Auvreya zapłonęła. W ogóle nieprzejęty sytuacją Vail, tylko zaśmiał się i jednym ruchem ściągnął swoją szatę, zrzucając ją na dół. Nigdy nie wierzyłam w cuda, ale od dziś chyba zacznę w nie wierzyć. 
     Dłużej nie czekając, wyrwałam pochodnie ze ściany i podbiegłam do leżącej na ziemi, wciąż płonącej peleryny. Zdobyłam odrobinę ognia i osiągnęłam swój cel - podpaliłam pochodnię. Nie miałam czasu na gaszenie mini pożarów, które i tak nie rozprzestrzenią się po ceramicznych płytkach sali. 
     Natychmiastowo podbiegłam do bariery i przyłożyłam do niej pochodnie. Początkowo myślałam, że nic się nie stanie, pół widzialna ściana zaczęła jednak topnieć jak kostka lodu już po chwili. Mydlana masa, zaczęła zamieniać się w ciemny dym, który uciekał w górę zamku. Teraz miałam pewność, że była to magia cienistych demonów. 
     Uśmiechnęłam się triumfalnie i przekroczyłam próg stopionej ściany. Księga Tenebris zafalowała wesoło, jakby cieszyła się, że będzie w odpowiednich rękach. Bez chwili zastanowienia chwyciłam ją w dłonie. Zapewne gdyby nie ręczne malowidło na otwartej stronie, które przykuło moją uwagę, zamknęłabym księgę i wyniosła ją stąd. Tak się jednak nie stało. Stojąc w miejscu, przyglądałam się obrazowi, zajmującemu pół strony potężnej księgi, demonicznej wiedzy. To, co zobaczyłam, lekko mnie zdziwiło. Malowidło w dosłowny sposób pokazywało krwiożercze demony, walczące z ludźmi. Okolica zdawała się przypominać wyglądem Reverentię. W tle znajdowały się różnokolorowe drzewa, wyciągające w stronę ludzi swoje macki, trawa nie bez powodu przybrała kolor czerwieni - w tym miejscu polała się ludzka krew. Nie byłam zbyt dobra w opisywaniu "dzieł sztuki", nikt mi jednak nie wmówi, że księga nie miała na celu pokazanie przegranej ludzkości i dominację demonów. Trochę mną to wstrząsnęło. Mój wzrok padł zaraz na napisy znajdujące się poniżej. Były wykonane najzwyklejszym atramentem w nieznanym mi języku. Nigdy nie czułam tak silniej chęci dowiedzenia się, co się tam znajduje.
    - Ciekawi cię to? - odezwał się tuż za moimi plecami, kobiecy głos.
     Momentalnie przeszły mnie ciarki. Księgę natychmiastowo zamknęłam, a głowę w trybie natychmiastowym obróciłam. Nie byłam jednak wystarczająco szybka dla demona. Gabrielle, we własnej osobie, chwyciła mnie brutalnie za włosy i szarpnęła mną mocno w swoją stronę, tym samym powalając na ziemię. Księga Tenebris wypadła mi z rąk, lądując z głośnym puknięciem gdzieś metr ode mnie, a mój polik zaliczył zimną posadzkę. To nie był koniec. Gdy tylko spróbowałam się podnieść, poczułam opór w postaci buta, przygniatającego mój kark do podłoża. Dłoń, którą chciałam sięgnąć po exitialis, spotkał ten sam, okrutny los. Z głośnym, stłumionym okrzykiem, przyjęłam łamiące się pod ciężkim obcasem palce dłoni.

niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 70 - "Demoniczną misję pora zacząć"

No i jest, rozdział 70. Wątpię, abym dobiła już do 80-tego, tak więc... WCN naprawdę zaczyna dobiegać końca! Dla niewtajemniczonych - tak, planuję drugą część. Będzie się zwała "3/4 demona" i będzie takim... dosyć rozbudowanym sequelem. To opowiadanie będzie miało trochę zaskakujący przebieg, który początkowo może nie pasować do Lauriel :o. Miało być też "W cieniu ognia" - opowieść o młodości Calanthe, ale nie wiem czy będę w stanie pisać dwa opowiadania na raz. Możliwe, że jeżeli zakończę pracę i zacznę znowu studia, będę miała na to zdecydowanie więcej czasu. Wszystko wyjdzie w praniu.
A teraz zaczynamy troszeczkę poważniejszą sferę rozdziałów. Myślę, że będą już takie do końca. Powiedźcie radości: papa! - bo czas zacząć jatkę >D 
70 rozdział jednym z nudniejszych. Taki miał być. Głównie opisowy. W następnym zacznie się dziać więcej.
Przepraszam za zaległości w czytaniu rozdziałów. Będę je powoli nadrabiać.
***


     Deszcz bębnił ostro o szyby piwnicy, gdy otwierałam zmęczone oczy. Jedną z wad mieszkania tutaj, było to, że nigdy nie wiedziałam czy budzę się rano czy może w nocy. Piwnica nie pozwalała mi na dokładne rozeznanie się w sytuacji. Tu zawsze panował mrok, oblegany przez światło świec. 
     Na oślep wyszukałam zapalniczkę i pół białej świecy, która zawsze stała w tym samym miejscu na szafce. Zapaliłam ją. Przez chwilę siedziałam w miejscu, tępo wpatrując się w przeciwległą ścianę. Mój umysł był ociężały, zupełnie, jakby poprzedniej nocy przeżywał prawdziwe, myślowe katorgii. Nie pojmowałam tego.
     Przetarłam ręką zmęczone oczy, próbując przypomnieć sobie coś ważnego, co ciążyło na krańcach mojego mózgu. Jakieś niepokojące uczucie zakuło mnie w serce. Zupełnie, jakbym coś pominęła. Najlepszym sposobem na odzyskanie skupienia zaraz po śnie, było podniesienie się z łóżka i rozruszanie swojego umysłu poprzez chodzenie. Przy okazji mogłam zorientować się jaką mamy porę dnia.
     Gdy wstałam, zdziwiło mnie niezwykłe uczucie lekkości, które opanowało moje ciało. Do tej pory każdy ruch, w raz z podnoszeniem się do góry sprawiał mi lekki ból. To była wina ran, które wciąż się nie zagoiły. Czyżby coś się zmieniło w związku z nimi?
     Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, przypominając sobie maść, którą dostałam wczoraj od Calanthe. Nie potrzebowałam spoglądać na własne ciało czy badać je dotykiem. Doskonale wiedziałam, że rany zniknęły. Byłam pod niesamowitym wrażeniem. Po raz kolejny uzdrawiające zioła Reverentii pomogły. I pomyśleć, że gdyby zwyczajni ludzie wiedzieli o ich istnieniu, większość chorób przestałaby egzystować.
     Bardziej ożywiona, podeszłam do zakrytego okienka piwnicy. Dziecięce, stare śpioszki zakrywające je, uniosłam do góry. Odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że dopiero świta. Nox na misję do Reverentii miał wyruszyć wczesnym rankiem. Na pewno teraz szykują się do podróży. 
     Zostawiając w spokoju okno, podeszłam do sofy na której oparciu wisiała szara bluza - jedyne ocalałe odzienie wierzchnie, należące do mnie. Nie posiadałam żadnej piżamy i zazwyczaj spałam w ciuchach dziennych, nie musiałam więc trudzić się z przebieraniem. Nie potrzebowałam też zbyt wielkich pakunków na drogę. Moim jedynym sprzymierzeńcem i towarzyszem było exitialis, które schowałam do tylnej, szerokiej kieszeni spodni. Włosy wyjątkowo splotłam w kucyka. Z doświadczenia wiem, że trudno walczy się i wypełnia misję, gdy blond kosmyki wpadają ci do oczu. 
     Gdy byłam już pozornie gotowa, stanęłam przed drzwiami wyjściowymi z pokoju, chwytając niepewnie za klamkę. Zawahałam się. Nie wiedziałam co przyniesie mi ta podróż - śmierć wielu istnień, czy chwałę. Byłam jednak pewna, że ta misja nie obejdzie się bez ofiar. Już dziś mogłam pożegnać najbliższe memu sercu osoby. Już dziś ja sama mogłam zakończyć swój żywot.
     Zmarszczyłam czoło, zaciskając mocniej dłoń na klamce.
     To nie jest zwyczajna misja. To misja mająca na celu przywrócić do ładu nasze miasto oraz życie. Zaryzykowałabym również stwierdzeniem, że będziemy ocalać świat od zagłady.
     Uśmiechnęłam się ironicznie pod nosem. Poczułam się trochę jak super bohater, z tym, że ja od początku byłam na straconej pozycji. Demony posiadały magię, mogły zabić nas jednym palcem. My, mieliśmy tylko własną energię potencjalną, która pomagała nam poprzez exitialis niszczyć je. Jesteśmy i zawsze byliśmy słabsi niż demony, nie załamywaliśmy się jednak nad tym. Po to istniało Nox.
     Biorąc głęboki wdech, nareszcie otworzyłam drzwi od piwnicy. Schodami ruszyłam do góry. Czułam w sercu uzasadniony strach, nogi miałam jak z waty. Chciałam, aby misja jak najszybciej dobiegła końca i najlepiej, żeby miała dobre zakończenie. Czy było to jednak możliwe? Straty są nieuniknione. Ktoś na pewno zginie, pytanie tylko kto i ile to osób będzie. A co, jeśli wszyscy umrzemy, a świat pogrąży się w otchłani demonicznej zagłady? Nie, nie mogłam tak myśleć.
     Już bez zastanowienia otworzyłam kolejne drzwi, które pozwoliły mi wyjść na światło. Słońce powoli wschodziło. Jego promienie wdzierały się przez okna do środka domu. Z daleka słyszałam dosyć głośne rozmowy. Byłam pewna, że dochodziły z kuchni. Krętym krokiem ruszyłam właśnie w tamtym kierunku.
     - Macie maksymalnie godzinę na uszykowanie się - dosłyszałam ostry głos Amandy.
     Jeszcze niedawno byłabym w stanie zaryzykować stwierdzeniem, że zastąpiła dzielnie Hugha jako szef, dziś jednak wiedziałam, że nikt nie potrafił go zastąpić. Nox po dzień dzisiejszy nie wybrał nowego przywódcy. Nikt nie wyróżniał się na tyle, aby nim zostać. Byliśmy wspólnotą, która odtąd zgodnie decydowała o losach organizacji. Wśród wszystkich członków, na prowadzenie zdecydowanie wychodziła Amanda, Andrew i... Sorathiel, który mimo swojego wieku, okazał się być wspaniałym strategiem, godnym samego Hugha. Ich trójka to jednak wciąż nie był Hugh. Wszystkim nam go brakowało.
     Weszłam do kuchni. Nie spodziewałam się w nim tak ogromnego zgromadzenia, a już tym bardziej nie sądziłam, że wzbudzę u wszystkich zaskoczenie. Większość członków Nox patrzyło na mnie zdziwionymi oczami, nie wiedząc jak zareagować. Jeszcze niedawno było tu gwarno, teraz wszyscy z nagła umilkli. Tylko na twarzy Calanthe, widniał znaczący uśmieszek, owiany nutką triumfu.
     - Laura - zaczęła jako pierwsza Carissa, która momentalnie przybrała typowo matczyny, zmartwiony wyraz twarzy. Wiedziałam, co chce powiedzieć: "jesteś ranna, nie powinnaś ryzykować".
     - Jest już zdrowa - odpowiedziała głośno i wyraźnie Calanthe - Zadbałam o to.
     Kilka osób z Nox spojrzało na nią niepewnie. Pewnie pomyśleli w tym momencie, że jest szaloną matką. W końcu chciała puścić swoją córkę na rzeź. Nie zaprzeczę. 
     - Skoro tak - zaczęła niepewnym głosem Amanda, dokładnie przyglądając się mojej sylwetce.
     W kuchni zapanowała nieprzyjemna cisza. Czułam się głupio. Wszyscy wyglądali tak, jakby byli zawiedzeni moją obecnością. Jakby uważali, że będę tylko zbędną osobistością. W jakiś sposób mnie to zabolało.
     - Mamo, zrób mi kanapki z dżemem - usłyszeliśmy chwilę później.
     Uniosłam do góry brew, przyglądając się Nathielowi, który właśnie wyminął mnie w drzwiach. Wciąż miał zamknięte oczy, na głowie busz szalejących włosów, koszulkę założoną na lewą stronę i bose stopy.
     Ku zdziwieniu nas wszystkich, chłopak najzwyczajniej usiadł przy stole. Nikt chyba nie wiedział jak na to zareagować. Sorathiel w przypływie weny, podał swojemu przyjacielowi do rąk słoik truskawkowego dżemu. 
     - W cholerę zimne te kanapki - burknął pod nosem zaspany Nathiel. Chwilę potem, uniósł do góry słoik z dżemem i próbował się w niego wgryźć.
     Z trudem powstrzymałam się od wybuchu śmiechu, za to Nox niemalże tarzało się po ziemi. Mina Auvreya była bezcenna. Nie mogąc ugryźć słoika, wreszcie zorientował się, że coś nie gra. Otworzył swoje zaspane oczy i rozglądnął się po wszystkich wrogo.
     - Zamknijcie japy - mruknął, przecierając zmęczone powieki. Chwilę potem, udając, że nic się nie stało, otworzył słoik dżemu, chwycił za łyżkę leżącą na stole i zaczął go pałaszować, niczym Kubuś Puchatek swój miód.
     Cieszyłam się, że nawet w krytycznych momentach istniały przypadki, które mogły zmusić nas do śmiechu. A to wszystko dzięki Nathielowi.
     - Dobra, dobra - zaczęła rozbawiona Amanda - Rozejść się. Tak jak mówiłam, za godzinę wyruszamy - mówiąc to, przeszła obok mnie i poklepała mnie krzepiąco po ramieniu.
     Nie byłam w stanie nawet się uśmiechnąć. Po prostu podeszłam do stołu i usiadłam na przeciw Nathiela. Chłopak momentalnie zmierzył mnie spojrzeniem w stylu: co tu robisz?
     - Idę z wami - powiedziałam twardo. Przeczuwałam, że Auvreyowi się to nie spodoba. Że będzie wrzeszczał, przeczył, walczył o moje zostanie w domu. Nic jednak tym nie zdziała. Już dawno zadecydowałam i nie zamierzam zmienić zdania.
     - Pogrzało cię, nie? - spytał, unosząc brew do góry.
     - Już dawno - przyznałam z westchnięciem i spojrzałam prosto w jego szmaragdowe tęczówki - Nie chcę i nie potrafię zostawić was samych. Miałabym wyrzuty sumienia, gdyby komuś coś się stało. Poza tym ja też jestem członkiem Nox i mam prawo do uczestnictwa w tej misji - powiedziałam twardo. Dostrzegając otwierające się usta Nathiela, przerwałam mu - Wyleczyłam wszystkie rany. Calanthe mi pomogła.
     Czarnowłosy przeklął pod nosem, wyraźnie się chmurząc. 
     Dopiero teraz zdołałam przyuważyć, że pełna kuchnia nagle opustoszała. Zupełnie, jakby członkowie Nox chcieli dać nam chwilę swobody. Czy naprawdę aż tak mocno widać fakt, że jesteśmy w sobie zakochani? Nie potrafiłam tego pojąć. Może nie umiałam już kryć swoich prawdziwych uczuć jak kiedyś? Może moje serce stopniało do tego stopnia, że miłość aż się ze mnie wylewała?
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. Nie. Rzecz musiała tkwić w czymś innym.
     - Rób jak chcesz - warknął zielonooki, podnosząc się gwałtownie z krzesła. Słoik dżemu potoczył się gdzieś po stole, co w żadnym stopniu go nie ruszyło. Gnał go gniew. Jak burza wypadł z kuchni, mrucząc coś wściekle pod nosem.
     Potrząsnęłam głową z bezradnością. Nie byłam osobą, którą łatwo przekonać do własnego zdania czy zmusić do postępowania tak, jak ktoś chce. Zawsze szłam zgodnie z rytmem i zdaniem własnego serca. Byłam uparta.
     Z obrzydzeniem spojrzałam na wylewającą się ze słoika, czerwoną maź. Tylko w takim dniu wszystko musiało przypominać mi o śmierci. Strach i obrzydzenie były tak mocno spotęgowane, że nawet nie miałam ochoty na jedzenie czegokolwiek. Już sam widok odrobiny chleba rozłożonego na stole czy dżemu, wprawiał mój żołądek w burzliwy stan. Mimo tego wiedziałam, że muszę coś spożyć. Moja przybrana matka, Joanne, zawsze powtarzała, że dzień bez śniadania to dzień twojej śmierci. Przypadek? Nie sądzę, dlatego wolę je zjeść.
     Krzywiąc się w stronę chleba, sięgnęłam po jedną kromkę. Może spożywanie suchego pieczywa nie było czymś odpowiednim na długą podróż, ale nie zniosłabym nawet kawałka szynki, sera czy nawet dżemu.
     - Laura - usłyszałam tuż za plecami, gdy powolnie przeżuwałam kawałek chleba.
     Spojrzałam w tył na przejętą Amy. Dziś wyglądała wyjątkowo blado. Oczy miała szklane, ręce splatała ze sobą nerwowo. Muszę przyznać, że nie widziałam jej w takim stanie od czasu jej występu w podstawówce. Tyle, że wtedy ze stresu zwymiotowała na pianistę. Mam nadzieję, że mnie nie uraczy wielobarwną tęczą.
     - Naprawdę idziesz razem z nimi? - spytała przejętym głosem.
     - Idę - potwierdziłam, krzywiąc się z powodu kolejnego kęsa suchego chleba.
     Moja przyjaciółka rzuciła się na mnie od tyłu, tuląc tak, że mało nie wyplułam całej, spożytej zawartości węglowodanów na stół. Po kuchni rozległ się jej głośny, przejmujący płacz.
     - Ty też chcesz mnie zostawić! - zawyła - Nie wierzę! Najpierw Sorath, teraz ty!
     Przewróciłam oczami.
     - Uspokój się - mruknęłam - Sorathiel nie da się tak łatwo zabić. Jest jednym z mądrzejszych członków Nox, na dodatek nieźle włada nożem - westchnęłam - Nie zapominaj, że ma też przy swoim boku Nathiela, który zabije wszystkie demony, które tylko go drasną.
     - A-ale ty! - wykrzyknęła rozpaczliwie - Przecież ty nie umiesz walczyć! Nawet w szkole musiałam cię bronić! - spojrzała na mnie zapłakanymi oczami, pełnymi smutku. Coś w moim chłodnym sercu mnie zakuło. Nie lubiłam, gdy ktoś z moich bliskich cierpiał.
     - Wrócę - powiedziała, przybierając poważną minę - Przysięgam ci, że wrócę.
     - Jeżeli złamiesz przysięgę, będziesz się smażyć w piekle, wiesz o tym, prawda? - spytała bezradnie.
     I tak będę się w nim smażyć. Jestem w końcu pół demonem. Oczywiście nie wypowiedziałam tego na głos. Kiwnęłam tylko głową z krzywym uśmieszkiem. Żeby ukryć swoje zażenowanie, przytuliłam Amy do siebie i poklepałam ją po plecach. Oczywiście tym gestem wywołałam u niej reakcję typową dla beksy. Amy była największym płaczkiem jakiego kiedykolwiek spotkałam. Czasami zachowywała się nawet gorzej niż dziecko.
     - A przysięgasz mi, że weźmiesz ślub z Nathielem i zrobisz ze mnie chrzestną dziewczynki? - spytała niewinnie.
     Zapewne gdybym teraz żuła kawałek chleba, zakrztusiłabym się nim.
     - Demony nie mogą wchodzić do kościoła - burknęłam od niechcenia.
     Amy zaśmiała się niemrawo.
     - Przepraszam, poniosło mnie - stwierdziła.
     - Trochę.
     Mimo wszystko uśmiechnęłam się w jej stronę. Rozumiałam jej zmartwienie. Bycie osobą, która tylko siedzi w domu i oczekuje niecierpliwie na rozwój sytuacji, musiało być niezwykle ciężkie. Ja sama rękami i nogami broniłam się od pozostania tutaj. Mimo bezradności, małej siły i zwinności, będę miała stały wgląd na moich przyjaciół i w razie afery, będę mogła im pomóc.
     Gdyby w Reverentii działały sieci komórkowe, sprawa byłaby inna - pomyślałam ironicznie.
     - Laura - zaczęła ponownie Amy, spoglądając na mnie krytycznie - Proszę cię, odłóż ten kawałek chleba i pozwól, że zrobię ci porządne śniadanie.
     Przewróciłam oczami. Nie chciałam jednak zaprzeczać. Jeżeli istniała jakaś rzecz, która mogła poprawić jej nastrój lub rzecz, która mogła ją zająć to dlaczego miałabym jej tego zabraniać? Najwyżej zwrócę całość obfitego śniadania na demoniczne kreatury. Kto wie, może ludzkie, niestrawione resztki jedzenia mają taką samą siłę jak domestos i będą dobrą bronią przeciwko nim? A może to właśnie w domestosa powinnam się uzbroić przed walką?
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie i spojrzałam w stronę okna. Słońce już wzeszło. To znak, że powoli zbliżamy się do krytycznego punktu misji, czyli... jej rozpoczęcia. Ten dzień powinien być piękny, co zwiastowało samo słońce, nie było to jednak odrobinę sarkastyczne? Gdy słońce będzie wisieć na niebie, a ludzie w innych miastach cieszyć się z pogody, my będziemy walczyć o odzyskanie księgi, a tym samym zamknięcie otchłani. Gdyby inni wiedzieli, że teraz gdzieś w odległej krainie, toczy się bitwa o ich egzystencje, pewnie nie bawili by się tak beztrosko. Na tym jednak polegało życie. Gdy jedni żyli w błogiej nieświadomości, przepełnieni optymizmem i radością do świata, inni walczyli o losy milionów.
     Demoniczną misję - pora zacząć.