poniedziałek, 24 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 34 - "Cena jutra"

Wiem, znów to cholernie opóźnienie i to prawie o dwa dni. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że pisanie GPK, poprawianie WCN i pisanie rozdziałów WCS to dla mnie jednak trochę za dużo. No trudno. Przejdźmy do przetargu z wiedźmą! 
***
Nivareth była kobietą, która potrafiła przytłoczyć człowieka samym spojrzeniem. Nie było w niej nawet krztyny dobra. Patrzyła na mnie z góry, dumnie wyprostowana i znudzona moim widokiem – wykrzywiała usta w ostentacyjnym niezadowoleniu.
Była ubrana w drogą suknię przeznaczoną dla wysoko urodzonych ludzi w czasach średniowiecznych – zdobiona przy dekolcie drobnymi rubinami i bordową wstążką wszytą pod materiał. Drobne florystyczne wzory w kolorze piaskowym ciągnęły się po całości burżuazyjnej kreacji. Wstęga, która opasała jej biodra powiewała na wietrze z gracją, dopełniając wrażenia monumentalności postaci. Na ramionach spoczywał jej przeźroczysty szal, który owijał się wokół niej jak wyjątkowo chudy wąż przeplatany nitkami złota. Kruczoczarne włosy były upięte w mistycznie skomplikowaną fryzurę układającą się w loki. W prawej dłoni trzymała bogato zdobiony złoty wachlarz, którym miarowo posyłała do swojej udręczonej twarzy delikatny wietrzyk. W złotych oczach błyszczała nienawiść do rasy ludzkiej.
Nie trzymała się krawędzi wieży, stała na niej nie bojąc się tego, że spadnie w dół. Nic dziwnego, była władczynią wiatru. Jedną z Wielkiej Czwórki Czarodziejek, która zabiła swoje siostry dla zemsty i z nienawiści stała się wiedźmą.
– Nie traćmy cennego czasu – odezwała się głosem pełnym wyższości. Zgrabnym ruchem zwinęła wachlarz i opuściła go w dół. – Co jesteś mi w stanie zaoferować?
Wyprostowałam się i ostatni raz spojrzałam w dół. Nie miałam lęku wysokości, ale nie znałam osoby, która nie bałaby się tu teraz stać. Adrenalina krążyła w moich żyłach już od kilku minut. Musiałam wziąć głęboki wdech i zacząć swoją twardą debatę. Może nie byłam pewna siebie, ale to czego nienawidziłam to wywyższające się nad innymi babska uważające siebie za kogoś lepszego.
Nivareth ułożyła usta w dzióbek i ściągnęła brwi.
– Odważnie ze mną pogrywasz – mruknęła z niezadowoleniem.
Wiatr mocniej zawiał. Najwyraźniej chciała mnie ostrzec, że mogę skończyć jako gustowna plama krwi na kamiennym podłożu.
Wiedźma przekupstwa czytał w myślach: zapamiętać.
– Pragnę zasugerować, że zanim zaczniemy się targować, powinnaś wiedzieć jaka jest stawka – powiedziałam to tak spokojnie, żeby nie miała wątpliwości co do tego, że mam pokojowe zamiary.
Nivareth zarzuciła długą suknią i odwróciła się do mnie plecami. Znów rozłożyła wachlarz, którym ostentacyjnie zaczęła się wachlować. Może była trupem, ale za to trupem z gracją.
– Mów – zażądała chłodno.
Przewróciłam oczami mając nadzieję na to, że nie dostrzeże tego gestu, a potem wzięłam głęboki wdech i zaczęłam swoją historię:
– Chodzi o klątwę, która urzeczywistnia obawy. Zostałam nią dotknięta nie tylko ja, ale wszyscy moi przyjaciele. Nałożyły ją na nas wiedźmy.
– Wiedźmy – szepnęła jakby do siebie. Nie wiedziałam czy naprawdę nad czymś rozmyśla, czy po prostu udaje, że to robi.
Nivareth zarzuciła czarnymi włosami w tył i spojrzała na mnie przez ramię z zabójczym błyskiem w oczach. Chrząknęłam znacząco i jednocześnie przepraszająco. Co innego powstrzymać swój język, co innego myśli.
Wiedźma przekupstwa powróciła do poprzedniej pozycji i zamachała dłonią w górze, jakby czarowała. Zważając na okoliczności, zapewne właśnie to robiła, nie wiedziałam tylko w jakim celu. Przyglądałam się jej w milczeniu i czekałam na jakąkolwiek reakcję. Coś do siebie mruczała, kiwała głową i prychała. Bardzo się cieszyłam, że w czasach średniowiecza nie znano takiego słowa jak schizofrenia, dlatego swobodnie mogłam go używać w myślach. Może w obecności wiedźmy powinnam stosować wymyślne epitety i skomplikowane sekwencje zdaniowe?
Gdy Nivareth skończyła rozmowę z własną osobą, mruknęła:
– Kretynki.
Mój but osunął się po stalowej konstrukcji, na szczęście w porę chwyciłam się dłońmi długiego pręta – ocalił mi życie. Moja reakcja była oczywiście spowodowana używanym przez wiedźmę słownictwem. Rzeczywiście, od samego początku nie wyrażała się zamierzchłym językiem. Może zachowywała się jak średniowieczna dama, ale na pewno jak ona nie mówiła.
– Zaklęcie, które na was nałożyły nie jest zbyt silne, przy odrobinie mózgu wasze czarodziejki z pewnością by je odwołały, ale skoro zgłosiłyście się z tym do mnie – powiedziała z wrednym uśmiechem. – Nie pogardzę dobrą wymianą.
Wciąż mnie zastanawiało, dlaczego wiedźma wybrała akurat mnie. Przecież la bonne fee mogły zaoferować jej o wiele więcej niż ja, poza tym nie byłam magicznie uzdolniona. W dowolnej chwili mogła mnie zrzucić z wieży Eiffla, a wtedy nici z dalszych prób.
– Nie przepadam za czarodziejkami – burknęła i skrzywiła się z niesmakiem. – Wolę już rozmawiać z półdemonicznym pomiotem samego Szatana niż z duetem nieporadnych la bonne fee, czy z bezmózgim demonem, który zaoferowałby mi trzydniowe wakacje nad morzem, gdzie się nie wybieram, ponieważ jestem uziemiona tutaj – mówiąc to, wskazała dłonią na wieżę Eiffla. Wyglądała na zirytowaną tym faktem. Nie dziwiłam jej się. Stać tu tyle wieków – musiała się piekielnie nudzić.
– Nudzić? – prychnęła, przewracając oczami. Straciła swoją arystokratyczną maskę i ubrała tę zwyczajną, całkiem ludzką. – Codziennie przychodzą tu jacyś debile, którzy mają prośby nie z tej ziemi! Myślą, że jestem cholerną wróżką, która spełni każde z ich życzeń, ale się mylą! – krzyknęła ze złością. – Nie potrafię dać nikomu bogactwa czy kochanki! Gdybym umiała, już dawno by mnie tu nie było – swoją wypowiedź zakończyła umęczonym westchnięciem. Zareagowałam na to uśmieszkiem, który starałam się ukryć za rękawem bluzki, udając że właśnie dopadł mnie gruźliczy kaszel. Zanim wiedźma zaatakowała mnie jakąś obelgą, odezwałam się:
– To dlatego nauczyłaś się naszego języka?
– Waszego języka? – zdziwiła się. – Umiem wszystkie pieprzone języki tego świata!
Zesztywniałam pod wpływem jej zdenerwowania. Cóż, nie zmierzało to do dobrego rozwiązania sprawy. Rozmowa na temat jej życia nie była najwyraźniej właściwym pomysłem.
Wiedźma wzięła głęboki wdech i machnęła zamaszyście wachlarzem. Znów była tą przerażającą damą o nienagannych manierach. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że gdy umarła, była zdecydowanie młodsza ode mnie. Nawet jej monumentalność nie mogła sprawić, że przestała być nastolatką. Przerażającą nastolatką.
– Przejdźmy do interesów.
Kiwnęłam głową.
W końcu nastąpił moment, którego się obawiałam.
– Odwołam waszą klątwę, jeżeli dasz mi coś równowartego do niej. Oczywiście nie pogardzę twoją duszą – uśmiechnęła się wrednie, zupełnie jakby wypowiedziała złośliwy żart. Tak, mogłam go zaliczyć do złośliwych.
– Przykro mi, ale moja dusza należy do mnie – odpowiedziałam chłodno. – Mogę zaoferować ci coś innego.
– Ach tak? – Nivareth zaśmiała się cicho i założyła ręce na piersi. Najwyraźniej nie wierzyła w to, że mogę zaoferować jej coś zdecydowanie bardziej korzystnego. – W takim razie słucham.
Wzięłam głęboki wdech.
– Moją moc. – Nie wierzyłam, że to mówię.
Wiedźma uniosła brew do góry. Rozważała tę propozycję. Modliłam się o to, żeby ją zaakceptowała. Skoro nie mogłam używać swojej magii tak, aby nie zrobić komuś krzywdy, czy była mi potrzebna? To prawda, że wielokrotnie mi się przydawała, ale częściej przynosiła więcej szkód niż pożytku.
– Połowa mocy – odezwała się nagle wiedźma. – Połowa mocy i dorzucisz mi coś jeszcze – uśmiechnęła się do mnie z okrutną satysfakcją.
– Mogę dorzucić mentosy – burknęłam z niezadowoleniem, wyciągając z kieszeni papierowe zawiniątko.
Tak, przyznaję, miałam jej już trochę dosyć, ale wciąż musiałam wypełnić swoją niezapowiedzianą misję, dlatego starałam się trzymać nerwy na wodzy – oczywiście w miarę własnych możliwości.
Nivareth zaciągnęła się mroźnym powietrzem, jakby za chwilę miała wybuchnąć gniewem. Na wszelki wypadek mocniej objęłam stalowe pręty. Rozszalała wiedźma w porę się jednak uspokoiła. Jej gniew uciekł w porywczy wiatr i burzowe chmury, które zawisły nad naszymi głowami. Powoli robiło się niebezpiecznie. Nie chciałabym dostać jakimś przypadkowym piorunem prosto w głowę.
– Marnujesz mój cenny czas – syknęła rozłoszczona wiedźma. Uniosła w górę dłoń i utworzyła na niej niewielkich rozmiarów powietrzny wir. – Konkretna propozycja albo zginiesz.
Zrobiło mi się gorąco. Próbowałam zmusić swój umysł do skupienia się na rzeczy, którą Nivareth chciałaby dostać w zamian za odwrócenie klątwy. Moja dusza nie wchodziła w grę. Co miałam jej do zaoferowania, oprócz mocy? Nie mogłam jej oddać swojej demonicznej połówki – prawdopodobnie nie mogłabym bez niej żyć, bo co to znaczy być półczłowiekiem?
– Mam zacząć liczyć do dziesięciu? – spytała groźnie wiedźma, wprawiając wiatr w szaleńczy taniec, który zaczął targać moimi ciuchami i włosami na wszystkie strony. Był coraz bardziej porywczy i niepokojąco silny. Nie miałam więcej czasu, musiałam coś wymyślić.
Z kieszeni moich spodenek wyfrunęła biała kartka – podryfowała na wietrze w dół wieży Eiffla. Nie chciałam skończyć jak ona. Musiałam chwycić się pierwszej lepszej myśli, jeżeli chciałam przeżyć.
– Mam dla ciebie propozycję! Mogłabyś przestać? – spytałam z krzywą miną, próbując przekrzyczeć hałaśliwy szum spowodowany zderzającymi się masami powietrza.
Nivareth uniosła brew do góry i zadarła wysoko głowę. To, że wstrzymała swoją moc uznała najwyraźniej za akt miłosierdzia, który wiedźmie z pewnością nie popłacał.
– To ma być dobra propozycja – syknęła rozłoszczona.
– Będzie – powiedziałam z powagą, a potem ciszej dodałam – mam taką nadzieję.
– Mów.
Wzięłam głęboki wdech – powietrze wypuściłam z płuc z cichym świstem. Jeżeli ten szalony plan się powiedzie, zrobię coś równie szalonego. Przysięgam.
– Słyszałam o twojej historii – odezwałam się z nową odwagą w głosie, w rzeczywistości byłam jednak zestresowana. Nie mogłam jej przecież obiecać czegoś niemożliwego, a czy przypadkiem nie próbowałam tego zrobić?
Na dźwięk moich słów Nivareth zesztywniała. Jeszcze nie wiedziała do czego zmierzam, a już przyjęła zaniepokojoną postawę i umilkła. Czekała na dalszy ciąg tego, co zamierzam jej powiedzieć.
– Miałaś ukochanego, prawda? – spytałam, unosząc brew do góry.
Wiedźma zmarszczyła czoło, zupełnie jakbym zirytowała ją samym wspomnieniem jej ukochanego. A może to była tylko przykrywka dla jej ciekawości?
– Tak – odpowiedziała miękkim głosem, składając ręce jak grzeczna i ułożona dama.
– Jeżeli przyjmiesz moją propozycję, będziesz mogła go znów ujrzeć.
Jedna z Czterech Wielkich Czarodziejek najpierw zrobiła zdziwioną minę, a potem aby zatuszować swoje zainteresowanie wybuchła gromkim śmiechem. Jej zachowanie z pewnością porwało już za sobą tysiące dusz. Nie dość, że była bezwzględna, szczera, przerażająca i sam jej wygląd wzbudzał w człowieku strach, to jeszcze potrafiła całkiem nieźle grać, a to wszystko po to, aby pozbawić jej „klientów” pewności siebie. Liczyła na to, że będą tak zdesperowani, że oddadzą jej co tylko będzie chciała. Manipulatorka, jak przystało na arystokratkę.
– Jak miałby tego dokonać ktoś taki jak ty? – spytała z kpiną w głosie.
– Nie zapominaj o tym, że nie jestem w tej drużynie sama – prychnęłam, prostując się dumnie. Jeżeli było coś, co mogło zadziałać na wywyższającą się wiedźmę, to z pewnością była to pewność siebie. – Znajdziemy sposób na to, abyś mogła się z nim zobaczyć.
Nivareth wykrzywiła swoje drobne usta w grymasie. Założyła ręce na piersi i przechyliła swoje ciało na prawą stronę, prezentując mi swoją niedowierzającą postawę w całej swojej okazałości.
– Zostałam przeklęta. Edgara celowo wysłano w takie miejsce, aby nawet po śmierci nie był w stanie się ze mną zobaczyć. Jak chcesz go tu przyciągnąć? Nie wiedząc jak wygląda, jak ma na nazwisko, jaki jest i…
– W takim razie opowiedz mi o nim.
Zaskoczona Nivareth straciła odrobinę swojej zwyczajowej nienawiści zdobiącej jej twarz. Przez moment wyglądała jak niewinna nastolatka, której serce szybciej zabiło na widok przystojnego amanta. Oczywiście to nie ja byłam jej przystojnym amantem – ona widziała go w swojej wyobraźni.
Długo myślała nad tym, czy może zaakceptować warunki mojej lichej umowy. Zerkała w bok, marszczyła nos, ściągała brwi, wachlowała się bogato zdobionym wachlarzem, jakby chciała zasłonić różowe plamy, które wstąpiły na jej policzki. W końcu westchnęła ciężko z powabną ostentacją i powiedziała:
– Dobrze.
Myślałam, że o swoim kochanku będzie układać długie poematy, które będą opiewać jego urodę, zachowanie i styl, ale zamiast tego dostałam całkiem zgrabną i krótką historię nieidealnego człowieka, którego poznała całkiem przypadkiem.
– Edgar miał złociste, rozwichrzone włosy, które przypominały swoim kolorem zboże. Oczy pochmurne, usta rozszerzone w wiecznie radosnym uśmiechu, cera odcieniu typowego dla osób pracujących w polu – opowiadała lekko onieśmielonym głosem, nawet przez moment nie spoglądając w moją twarz. Patrzyła się na nocne niebo Paryża, jakby wspominała swojego ukochanego całą sobą. – Był chudy, może nawet trochę za chudy, w końcu był człowiekiem z niższej warstwy społecznej – westchnęła z utęsknieniem. Jej mięśnie odrobinę się rozluźniły. – Ponad wszystko lubił zachody słońca i specjalnie dla mnie plótł wianki ze stokrotek i maków. Te kolory nijak do siebie pasowały, ale dla mnie wystarczał sam fakt, że to on je robił – uśmiechnęła się delikatnie, a cała złość i nienawiść z jej twarzy w jednym momencie odpłynęły. – Poznałam go, gdy po kłótni z siostrami uciekłam z domu. Młode damy mojego pokroju nie były przyzwyczajone do dzikiego pędu przez pola, kiedy miały na sobie falbaniaste suknie. Nieźle poharatałam sobie nogi i ręce – skrzywiła się. – Gdy wybiegłam z pola, dosłownie wpadłam w ramiona Edgara. Od razu spodobały mi się jego oczy. Niestety jego niski stan społeczny kazał mi się od niego trzymać z daleka – prychnęła z pogardą. – Przez długi czas odmawiałam mu pomocy, aż w końcu siłą zaciągnął mnie na łąkę, gdzie mnie opatrzył. Pierwszy raz mogłam się wtedy komuś wyżalić.
Umilkła i zmrużyła oczy. Miałam dziwne wrażenie, że zaraz się popłacze, ale zamiast tego zarzuciła gwałtownie włosami i posłała mi ukradkowe, złe spojrzenie.
– Nie wiem dlaczego ci to mówię – syknęła. – Masz go po prostu znaleźć. Jeśli nie, pożałujesz swojej propozycji. Ja zawsze dotrzymuję obietnic wynikających z przetargu – prychnęła. – Ze względu na całkiem atrakcyjną propozycję, swoją obietnicę wypełnię już teraz.
Nivareth zamachała dłonią w górze, rysując w powietrzu magiczną złotą wstęgę.
– Daję ci dwa dni. Spotkamy się w świątyni, w której mnie przywoływałyście – oznajmiła.
Zdziwiłam się.
– Możesz się stąd ruszyć?
– Do miejsca, w którym zostałam przywołana, owszem – oznajmiła oschle. – Klątwa urzeczywistnienia obaw zostanie usunięta w przeciągu kilku minut, teraz pozwól, że dopełnię pierwszej części naszej umowy. – Spojrzała na mnie z chytrym uśmieszkiem, który zmroził mi krew w żyłach. Nie spodziewałam się, że złota wstęga powędruje prosto na mnie. Nie spodziewałam się również, że uderzy mnie w pierś z takim impetem, że zabraknie mi powietrza w płucach i oderwie moje ręce od stalowej konstrukcji. Chciałam złapać równowagę, ale było już za późno – zaczęłam lecieć w dół. Ostatnim co widziałam były błyszczące triumfem złote oczy i krzywy uśmieszek, który mógł mówić tylko jedno: ze mną nie wygrasz.
Chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle. Stało się to, czego bałam się tak bardzo przez całe spotkanie.
Przymknęłam powieki i zacisnęłam pięść na piersi, w której oszalałe serce rwało się i uciekało na tyły żeber. Nie wiedziałam, czy to mój własny strach, czy może moc Nivareth, którą zostałam potraktowana, jedno było pewne: zaraz będę miała bliskie spotkanie z chodnikiem.
– Laura! – usłyszałam niewyraźny krzyk. Nie wiedziałam skąd dochodził. Z dołu? Może z boku? Nie, to nie było możliwe, przecież wciąż leciałam w dół.
Otworzyłam gwałtownie oczy i zaczerpnęłam gwałtownie powietrza. Moje ciało zesztywniało, jakby ktoś poraził je prądem.
– Hej, spokojnie, nic ci nie grozi – usłyszałam Nathiela. Dopiero po chwili ujrzałam jego twarz nad sobą i tym samym zorientowałam się, że wróciłam do świątyni. No tak, jak mogłam być tak głupia? To była tylko wizja, nie realne zdarzenie. Nawet gdybym uderzyła w chłodne kamienie u podnóża wieży Eiffla, przeżyłabym ten upadek. Nivareth pewnie chciała mnie wystraszyć w taki sposób, abym wyzionęła ducha. Przeklęta wiedźma.
Już po chwili wspierana przez swojego męża, usiadłam na posadzce. Naprzeciw mnie siedziały przerażone la bonne fee, które zaraz zaczęły się tłumaczyć z nieudanego rytuału.
– Myślałyśmy, że to któraś z nas będzie rozmawiać z Nivareth, nie mamy pojęcia jak do tego doszło – odezwała się Martha. Miała rozszerzone źrenice, jakby ktoś ją właśnie wystraszył. I chyba tą osobą byłam ja.
– To nie wasza wina – zachrypiałam, wciąż masując obolałe miejsce w piersi. To dziwne, ale miałam wrażenie, że rzeczywiście się czegoś pozbyłam. W którejś części swojej duszy czułam pustkę, jakkolwiek śmiesznie to brzmiało, a niestety nie dało się tego opisać inaczej.
                – Jak nie ich? – warknął Nathiel. – Zrypały sprawę! – Wskazał oskarżycielską dłonią na czarodziejki, zaciskając usta tak, jakby powstrzymywał się od prawdziwego wybuchu.
                – Nie – powiedziałam twardo. – To Nivareth mnie wybrała, stwierdziła, że mogła wybrać kogokolwiek chciała.
                Cała trójka opuściła ramiona w dół, jakby niepokój i gniew nagle z nich uleciały. Cieszyło mnie to, że ich uspokoiłam. Teraz mogłam przejść do sedna sprawy.
                – Oddałam Nivareth połowę swojej mocy – oznajmiłam, co lekko zdziwiło moją drużynę. Zanim zaczęli zadawać pytania, kontynuowałam swoją wypowiedź, w końcu mieliśmy jeszcze jedną kwestię do załatwienia. – Uznała niestety, że to nie wystarczy, aby odwrócić klątwę. Obiecałam jej spotkanie z ukochanym.
                Martha i Alex skierowały ku sobie głowy w spowolnionym trybie, a każdemu ich małemu ruchowi towarzyszyło coraz większe przerażenie rysujące się na ich twarzach. Albo mi się wydawało, albo naprawdę pobladły – herbaciana czarodziejka wyglądała tak, jakby miała lada moment utracić przytomność.
                – Rozumiem, że nie miałaś żadnego pomysłu, Lauro – odezwała się powoli i niepewnie Alex, co dodatkowo mnie zaniepokoiło. W końcu zawsze wyrażała się w sposób dosadny i konkretny. – Wydaje mi się jednak, że to nie była najlepsza myśl, jaka mogła ci przyjść do głowy – zaśmiała się niemrawo.
                Martha wypuściła z płuc całe powietrze jakie wciągnęła.
                – Po pierwsze nie wiemy gdzie znajduje się jej ukochany, a światów pozagrobowych jest mnóstwo, po drugie nie do każdego mamy dostęp, po trzecie nie mamy pojęcia, jak go przywołać i czy w ogóle takie rozwiązanie jest możliwe – odpowiedziała.
                Wymieniłam krótkie spojrzenie z Nathielem, które niewiele mówiło.
Nie miałam niczego na swoją obronę. Same czarodziejki nie posiadały pomysłu na targowanie się z wiedźmą, miały wymyślić coś w trakcie rozmowy. Ja też to zrobiłam. Może było to odrobinę nierozsądne, ale gdyby ktoś wcześniej mi powiedział, że Nivareth nie jest w stanie mnie zabić, strącając ze szczytu wieży Eiffla, może myślałabym bardziej trzeźwo.
                – No nic – odezwała się Alex, przymykając powieki, jakby próbowała odzyskać panowanie nad sobą. – Zrobiłaś co musiałaś, to nie twoja wina. Nikt nie powiedział, że nam się nie uda, ale na pewno nie będzie to łatwe zadanie.
                Martha pokiwała głową na potwierdzenie jej słów.
                – Wybierzemy się jutro z rana do paryskiej Biblioteki Narodowej. Mają tam całkiem pokaźny zbiór ksiąg magicznych, największy na całym świecie. Może tam znajdziemy odpowiedź – dodała.
                Była jedna rzecz, której nie rozumiałam. Czy czarodziejki były aż tak wielkimi pesymistkami, że z góry założyły, iż to się nie uda? Czego się tak bały? Co je tak zszokowało?
                – Dobrze – zaczęłam powoli. – A co jeśli, nie znajdziecie żadnego rozwiązania?
          Martha i Alex wymieniły znaczące spojrzenia. Wyglądały tak, jakby przekonywały siebie samym wzrokiem, aby to jedna z nich odpowiedziała na to ciężkie w ich mniemaniu pytanie. W końcu pałeczkę przejęła Alexandra, która przeklęła cicho pod nosem.
             – Nie mam zbyt dobrej wiadomości – zaczęła oschle. – Za niewypełnienie warunku wymiany z Nivareth, szczególnie jeżeli ta dopełniła już swojej transakcji, grozi śmierć.
                Zesztywniałam.

poniedziałek, 17 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 33 - "Spotkanie na wieży Eiffla"

Z małym opóźnieniem, ale jest. Moje życie to ostatnio dziki taniec, dlatego mam opóźnienia dosłownie ze wszystkim. Rozdział pisany trochę na zmęczeniu, dlatego nie brzmi tak, jak powinien, ale postaram się, żeby spotkanie z wiedźmą było już opisane zdecydowanie lepiej. Można powiedzieć, że to taki lekki odpoczynek od głównej fabuły!
***

To był pierwszy raz, kiedy leciałam samolotem. Może nie fascynowałam się tym lotem jak dziecko, ani nie panikowałam z powodu dosyć sporej odległości od ziemi, ale nie mogłam zaprzeczyć temu, że było to dla mnie całkiem ciekawe i niecodzienne doświadczenie. Przez chwilę czułam się jak nastolatka, która na nowo poznaje świat. Przepływała przeze mnie świeżość chwili. Myślami cofnęłam się kilka lat wstecz, kiedy uciekałam pijanemu Nathielowi – chcącego mnie pocałować – przez mokrą trawę i to na bosaka. Byliśmy wtedy młodzi i wolni. Potem pojawiły się obowiązki, a wraz z nimi trójka niesfornych dzieci. Kiedy ten czas upłynął?
Do tej pory przypatrywałam się uciekającym zza chmurami budynkom, potem Nathiel szturchnął mnie przypadkiem w ramię, pochylając się ku dołowi, jakby za chwilę miał zwymiotować.
Spojrzałam na niego i uniosłam brew do góry.
– Dobrze się czujesz? – spytałam. Zazwyczaj Auvrey nie miał problemu ze zdrowiem. Wydawało mi się, że demony na nic nie chorują.
– Znakomicie, naprawdę – burknął z głową usadowioną pod siedzeniem. – Brakuje jeszcze, żeby ktoś zdzielił mnie z pięści w żołądek.
Alex, która siedziała po lewej stronie, już otwierała usta, żeby mu odparować, ale umilkła i zmarszczyła czoło. Domyślałam się, że chodziło o jej szczerość, obecnie nie posiadała tej cechy charakteru, bo oddała ją w dobrej sprawie. Wiedziałam jednak co zamierzała odpowiedzieć. Wystarczająco dobrze ją poznałam.
– Demony cierpią na chorobę lokomocyjną w samolotach? – spytała Martha, unosząc brew do góry. Dziwnie wierciła się na krześle, także pomyślałam, że ona sama nie czuje się tu zbyt komfortowo. Czasami nie mogłam rozszyfrować czy była niespokojna z powodu rytuału, który przeszła, czy po prostu pokazywała nam swoje prawdziwe lęki.
Nathiel podniósł głowę do góry i spojrzał na la bonne fee ze zgrozą.
– A co, mam ci to udowodnić, rzygając na twoje buty? – spytał ochryple.
Martha jak na zawołanie zrzuciła buty, kopnęła je pod siedzenie i skuliła nogi na krześle tak, żeby Auvrey nie mógł tknąć jej swoją zawartością żołądka, na wypadek gdyby rzeczywiście podjął się próby jego zwrócenia.
Zapanował spokój. Z głośników dobiegała nas cicha i spokojna muzyka, która miała nas zrelaksować. Dostaliśmy nawet francuski posiłek składający się z bliżej nieokreślonej zapiekanki pod kołdrą z sera żółtego i innych, mniej ważnych składników. Nathiel oczywiście nie chciał patrzeć na jedzenie – zzieleniały i wymęczony pochylał się ku dołowi, próbując brać głębokie wdechy. Przez myśl mi przeszło, że mógł wystraszyć się samego lotu, ale zazwyczaj takiej bojaźliwości towarzyszyły katastrofy lotnicze, a z nami jeszcze nic się nie stało, co dowodziło temu, że Nathiel się nie bał, a swoje obawy krył głęboko w sobie – tak, Auvrey musiał je mieć, niezależnie od tego, co starał się nam wmówić. Po prostu świetnie ukrywał swój strach.
Oparłam się plecami o krzesło i idąc solidarnie za własnym mężem, nie tknęłam obiadu. Zamiast tego wgapiałam się bez celu za okno. 
Zaczynało się ściemniać. Promienie ogromnego, zachodzącego słońca, które zdawało się być bliżej nas niż zwykle, wkradały się przez szyby do środka. Nie mogłam oderwać oczu od tego świetlistego zjawiska otoczonego puszystymi chmurami. Przez chwilę myślałam o tym, aby polecieć na wakacje całą rodziną w jakiś słoneczny zakątek, ale szybko przypomniałam sobie o niezwykłej chorobie lokomocyjnej mojego męża – czułam, że następnego razu jego żołądek mógłby być o wiele mniej łaskawy. Na szczęście były inne środki komunikacji, którymi swobodnie mogliśmy się przemieszczać.
– Co masz w kieszeni? – usłyszałam.
Spojrzałam na Nathiela lekko zaskoczona jego pytaniem. Spojrzałam w stronę moich spodenek. Zła ze mnie matka, skoro zdołałam już zapomnieć o specjalnym planie strategicznym stworzonym specjalnie dla mnie przez mojego syna. 
Chociaż Nate był półprzytomny, kiedy czytałam mu historię la bonne fee, zapamiętał wszystko o czym mu czytałam. W pamięć najbardziej zapadło mu to, że Nivareth – wiedźma przekupstwa – była nieszczęśliwie zakochana w pewnym młodzieńcu, którego potem zabito. Stwierdził, że ta pani musiała być naprawdę smutna i pewnie jest taka do tej pory, dlatego jeśli chcemy się z nią spotkać, musimy działać według jego strategii – gdy to mówił, miał tak zabawnie poważną minę, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Nate był uroczym dzieckiem. Większość rzeczy robił bezinteresownie. Specjalnie dla nas wcześniej wstał i poprowadził nas do kuchni, żeby tam rozłożyć swój wielki plan rozrysowany kredkami na kartce A4. Wędrował palcem po swoich bazgrołach, próbując w sposób profesjonalny wyjaśnić nam wymyślone przez siebie rozwiązanie.
– Chodzi o to, że trzeba poprosić ciocie czarodziejki o to, żeby zawołały tego pana w tym takim świecie, co babcia Calanthe żyje. – Zdziwiło mnie to, że po pierwsze kojarzył Calanthe, po drugie wiedział w jakim świecie żyje. Aura wielokrotnie wspominała mi o tym, że babcia do niej przemawia w snach. Nate nigdy o tym nie opowiadał, ale myślę, że to z tego powodu, iż uznawał ten fakt za oczywisty. – Jak się da tej pani tego pana to wtedy będą szczęśliwi i ta pani zrobi tak, że nikt nie będzie musiał się bać.
 Po tej rozmowie zrozumiałam, że mój syn potrafił obserwować, słuchać i wyciągać wnioski. Przecież nikt mu nie mówil o naszej misji. W przyszłości będziemy musieli uważać na to o czym przy nim rozmawiamy.
Kiedy zaspany Nate zdołał nam już wytłumaczyć zawiłą strategię, złożył papier w rulon i małymi rączkami wpakował mi go do kieszeni. Po tym wszystkim uśmiechnął się do mnie tak szeroko, jak wschodzące słońce. Pogłaskałam go po głowie i podziękowałam za jego trud.
Jego pomysł nie był zły, po prostu niemożliwy do zrealizowania. Nie wiedzieliśmy jak nazywał się ukochany Nivareth, kim był, co go spotkało po śmierci i gdzie trafił, poza tym nie mieliśmy pewności, że Nivareth chciałaby go widzieć – kiedy się w nim zakochała była czarodziejką, potem stała się wiedźmą, a więc zapomniała o ludzkich uczuciach. Mimo wszystko Nathiel stwierdził, że Nate w przyszłości będzie dobrym strategiem, strasznie się z tego powodu cieszył, w końcu chciał, żeby jego dzieci również były łowcami – ja raczej wolałam tego uniknąć, to nie było bezpieczne.
– Plan Nate’a – odpowiedziałam po dłuższej chwili milczenia. Auvrey już miał coś powiedzieć, gdy nagle nadmuchał policzki i uciekł pod krzesło. Poklepałam go po plecach i westchnęłam.
– Dziwnie jest widzieć wielkiego Nathiela Auvreya pokonanego przez zwykłą chorobę lokomocyjną – powiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
– Jak nie przestaniesz się ze mnie nabijać, to dziwnie będzie ci patrzeć na swoje włosy z zawartością mojego żołądka, który mieści w sobie resztki bekonu ze śniadania – burknął niezadowolony. – Jak myślisz, zieleń i jasny blond to dobre połączenie kolorystyczne? – zironizował, a potem chwycił za torbę papierową i wydał z siebie dziwny oddźwięk charakterystyczny dla osób, które właśnie próbowały uporać się z tym, co planowały zwrócić.
Jeszcze raz poklepałam go po plecach, tym razem niczego nie mówiąc. Było mi go nawet odrobinę szkoda. Kojarzył mi się teraz z dzieckiem o słabym żołądku, które przeżywało grypę, dlatego kiedy zmęczony położył głowę na moich kolanach, zaczęłam głaskać go jak wymęczonego chorobą malca.
Nasza podróż dobiegła końca. Nareszcie mogliśmy wytoczyć się z samolotu i ruszyć w swoją stronę. Nie było czasu na zwiedzanie. Jeszcze dziś mieliśmy urządzić we francuskiej świątyni czczącej Cztery Wielkie Czarodziejki rytuał. Bilety powrotne mieliśmy za trzy dni. Poniekąd żałowałam, że nie mogłam skupić się na zwiedzaniu państwa, dla którego przeleciałam tyle kilometrów, ale musiałam zapomnieć o swoich wewnętrznych pragnieniach i skupić się na misji.
La bonne fee rozłożyły mapę. Zaczęły coś do siebie mruczeć i pokazywać palcami na punkty strategiczne oznaczone czerwonymi krzyżykami. Nathiel szedł obok mnie zataczając wokół kręgi jak pijany wielbłąd. W pewnym momencie musiałam chwycić go za ramię i przytrzymać w miejscu, ponieważ obijał się o innych ludzi, wzbudzając ich oburzenie. Wtedy spojrzał na mnie przyćpanym wzrokiem i uśmiechnął się do mnie uwodzicielsko. Naprawdę zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przemycił pod siedzeniem jakiegoś alkoholu i nie podłączył sobie do niego rurki.
– Jesteś silna jak stado niewolniczych murzynów, maleńka – odezwał się.
Przewróciłam oczami i pociągnęłam go do przodu.
Kiedy przeprawiliśmy się już przez lotnisko, odnaleźliśmy drogę do naszej tymczasowej kwatery zwanej przez normalnych ludzi hotelem. Nie miałam zbyt wygórowanych wymagań co do miejsca naszego nocowania, za to Nathiel oczekiwał willi z basenem. Cóż, niemiło się zaskoczył. Przez pół godziny musieliśmy wysłuchiwać jego narzekania, że pani sprzątaczka nie reagowała na jego podrywy, kelner nie chciał mu dać szampana z lodem, a recepcjonistka nie rozumiała, co do niej mówi. Nie był również uradowany posiłkiem, który przyszło nam spożywać. Alex, której szczerość była wstrzymana przez zaklęcie, stosowała inne sposoby walczenia z Nathielem – rzucała go poduszką prosto w twarz albo posyłała w jego stronę niewinnie iskierki, których źródła Auvrey nie mógł rozpoznać. Śmialiśmy się, kiedy próbował usiąść na łóżku, a potem wyskakiwał do góry jak rakieta, masując swój tyłek ręką i głośno narzekając, że w „jego piękne poślady ugryzł go komar”. Naśmiewanie się z Nathiela pomogło nam się trochę odprężyć po długiej i mozolnej podróży, dlatego gdy już się odświeżyliśmy, ruszyliśmy do francuskiej kawiarni, aby przy mocnej herbacie degustować croissanty i układać plan działania.
– Byłyście już kiedyś we Francji? – spytałam jedną z czarodziejek, która szła po ulicy z lewitującą nad jej głową filiżanką. Zaczynało mnie dziwić to, że Francuzi się tym nie ekscytowali, zupełnie jakby była to dla nich codzienność.
– Byłyśmy – odpowiedziała Martha. – Każda la bonne fee uczęszczająca do szkoły dla młodych czarodziejek, w pewnym momencie swojej edukacji wyjeżdża do Francji. Chodzi tu oczywiście o zorganizowaną wycieczkę. Nie różni się niczym od tych zwyczajnych, szkolnych z wyjątkiem tego, że ma związek z magią.
– Francuzi nie są zaskoczeni tym, że używacie magii – zaczęłam, spoglądając podejrzliwie na przechodzących obok nas ludzi.
Alex wzruszyła ramionami.
– Nic dziwnego, są do niej przyzwyczajeni. W końcu to tutaj narodziły się la bonne fee – opowiedziała, a potem zaczęła rozglądać się wkoło z przyłożoną do czoła dłonią. – Widzicie? – spytała, wskazując palcem na posąg, który stał gdzieś w oddali. Przybliżyliśmy się do niego, aby lepiej go obejrzeć.
Rzeźba przedstawiała marmurową czarodziejkę imieniem Marisel, która była najstarszą z Wielkiej Czwórki Czarodziejek. Znajdowała się w iście heroicznej pozie i machała dłońmi w górze, szykując się do ataku ze swoją ognistą wstęgą mocy. Jej kamienista twarz była już trochę zniekształcona, ale nie miałam wątpliwości co do tego, że była niebrzydkiej urody. 
– Marisel była najbardziej czczoną z czarodziejek – odezwała się Martha, przyglądając się tabliczce z francuskim tekstem, który opiewał la bonne fee. – Mówi się, że zarządzała pozostałymi siostrami. 
– Jak widać, we Francji wciąż bardzo mocno wierzą w magię, nie bez powodu ten posąg wciąż tu stoi – dopowiedziała znudzona Alex. – Istnieje tu jednak zakaz, który mówi o tym, aby nie nadużywać magii publicznie. Ktoś mógłby się doczepić do lewitującej filiżanki Marthy – powiedziała, spoglądając znacząco na przyjaciółkę.
Herbaciana czarodziejka uśmiechnęła się niewinnie i machnęła ręką w górze, chwytając tym samym swoją zaczarowaną, porcelanową koleżankę. Jednym ruchem sprawiła, że rozpłynęła się w powietrzu, zupełnie jakby była iluzją.
Usta Alex ułożyły się w słowo, które rozczytałam jako „pozerka”, niestety nie mogła powiedzieć tego na głos. Zamiast tego wzniosła ręce do nieba i westchnęła ciężko, pragnąc pokazać, że ponad wszystkie cechy najbardziej brakuje jej ukochanej szczerości.
Ruszyliśmy w stronę kawiarni. Z daleka mogliśmy podziwiać mieniącą się w słońcu wieżę Eiffla, która robiła wrażenie swoją monumentalnością. Na ulicy było mnóstwo ludzi przepychających się pomiędzy sobą, wszyscy lgnęli do knajp na popołudniowy posiłek lub wracali właśnie z pracy. W głowie brzęczał mi nieznany język francuski – przed wyjazdem zapoznałam się z krótkimi rozmówkami, ale wiedziałam, że moja niedługa nauka nie przyniesie określonych skutków. Choć raz postanowiłam zdać się na inteligencję innych osób – oczywiście nie Nathiela, który znał tylko jeden język, z którego praktycznym użyciem miał nieraz problem. La bonne fee znakomicije władały francuskim – wspominały nam, że musiały się go uczyć w szkole i zdawały z niego naprawdę trudny egzamin.
Kawiarnia, do której weszliśmy nosiła nazwę Santé – Martha oznajmiła nam, że znaczy to po prostu „na zdrowie”. Wnętrze było kolorowe, ale urządzone z gustem, jego wygląd pasował do francuskich standardów estetyki. Na każdym wąskim stoliku podtrzymywanym przez blaszane, czarne pręty zakręcone w mistyczne kształty przypominające bluszczowe winorośle, stał wazon z czerwonymi różami. Zasiedliśmy przy jednym z nich. Nathiel zaczął oczywiście narzekać na szerokość tych dziwnych stołków, ale nie bardzo go słuchaliśmy.
Je n’en crois pas mes yeux! – zawołała ostentacyjnie odkrywczym głosem Alex, kładąc dłonie na policzki. Chciała przerwać narzekanie młodego łowcy i nawet jej się to udało.  – Croissanty z nadzieniem pomarańczowym. To ci heca – powiedziała z wrednym, triumfalnym uśmieszkiem.
Auvrey zmarszczył czoło i założył ręce na piersi. Zaczął mruczeć pod nosem jakieś mniej lub bardziej składne obelgi. Alexandra spojrzała na niego z przeuroczym i miłym uśmiechem. Przekręciła głowę w bok jak mała dziewczynka. To do niej nie pasowało, może dlatego wyglądała tak przerażająco.
Qu'est-ce que vous avez dit? – spytała.
Va te faire – mruknął złośliwie Nathiel.
Ja i Martha wyprostowałyśmy się zdumione, zaś Alex rzuciła się w stronę Nathiela z pięściami. Nie wiedziałam, co jej powiedział, ale na pewno nie było to miłe stwierdzenie. Auvrey wyglądał na dumnego z siebie. Podejrzewałam, że przypadkiem natknął się na jakieś internetowe, obraźliwe słownictwo, które planował wykorzystać dla potencjalnych, francuskich wrogów.
Gdy nasz wojujący duet się uspokoił, zamówiliśmy podwieczorek i zaczęliśmy dyskutować na temat misji. Słowem wstępu la bonne fee opowiedziały nam to, co wiedzą o Nivareth.
Martha uniosła filiżankę z herbatą do ust i zaczęła opowieść:
– Nigdy osobiście nie spotkałyśmy się z wiedźmą przekupstwa, za to taką okazję miała Madlene – opowiedziała, na co uniosłam brew. – To była część jej egzaminu. Miała przekonać wiedźmę, że zasługuje na bycie la bonne fee.
– Oczywiście nasza ciapowata Mad początkowo sobie z nią nie radziła, ale szybko odkryła, że z Nivareth trzeba postępować twardo i stanowczo – dokończyła za nią Alex. – Nie można dać się jej zwieść. Jest mistrzynią krętactwa i zawsze stara się osiągnąć swój cel. Często kusi ludzi władzą, miłością i innymi pierdołami, na których im zależy – mruknęła niechętnie. – Na pewno będzie próbowała zabrać nam dusze, bo to dla niej najwyższa cena, której oczywiście nie możemy poświęcić, inaczej byśmy nie żyły – powiedziała, wzruszając obojętnie ramionami.
– Nie musicie się martwić o rytuał – odezwała się Martha. – Wiedźma wezwie do siebie którąś z nas. Zazwyczaj nie nawiązuje kontaktu ze zwykłymi śmiertelnikami, a już na pewno nie z demonami.
Ciekawiła mnie jedna rzecz, o której la bonne fee nie napomknęły do tej pory.
– Czym chcecie ją przekupić? – spytałam, unosząc brew do góry.
Obydwie milczały. Wyglądały, jakby próbowały wyszukać we własnych głowach rozwiązania.
– Nie wiecie czym – westchnęłam, a one kiwnęły głowami.
– Pierwsze spotkanie z nią będzie typowo orientacyjne. Dowiemy się czego może od nas chcieć i co możemy dać jej w zamian. Nieraz sama na to nakierowuje – powiedziała Martha. – Oczywiście nie sprzedamy jej swoich dusz.
– A szkoda – mruknął pod nosem Nathiel, który właśnie zapychał usta croissantem z nadzieniem czekoladowym. Alex spojrzała na niego morderczym wzrokiem, ale tym razem jej nerwy nie zamieniły się we wściekle lawirującą pomiędzy krzesłami tarczę piłową.
Ufałam im. Nie byłam specem od magicznych rytuałów, dlatego zostawiałam to im.
Pozwoliłam czarodziejkom zagłębić się w rozmowę dotyczącą tego, co muszą przygotować do rytuału. Na sam koniec dowiedziałam się, że miejscem, w którym go wykonamy będzie kościół Notre Dame de l'Assomption. Cóż, wychodziło na to, że jednak Paryż zostanie przez nas zwiedzony. Przynajmniej po części. Na pewno będzie to magiczna wycieczka.
***
Na miejscu znaleźliśmy się równo o północy. La bonne fee dwie godziny starały się uzyskać zezwolenie na przeprowadzenie w tym miejscu czarodziejskiego rytuału – na szczęście były wysoce szanowane w tym kraju, dlatego ostatecznie im się udało. Notre Dame de l'Assomption było zastawione strażą, na wszelki wypadek, gdyby coś się miało wydarzyć, nie przewidywaliśmy jednak wybuchów i fajerwerków. Nikt z zewnątrz nie powinien odczuć tego, co tu wyprawialiśmy.
Zgodnie ze wskazówkami czarodziejek, rozsunęliśmy ławki na boki, tworząc potrzebną im do rozrysowania kręgu przestrzeń. Potem zapaliliśmy tyle świec, ile się dało, aby rozjaśnić tę ogromną katedrę. Następną godzinę zajęło im rysowanie ogromnego kręgu ze skomplikowanych wzorów. Byłam zdziwiona, że pamiętają jak ma wyglądać każda z tych linii. To świadczyło o tym, ze szkoła dla czarodziejek nie była miejscem, gdzie uczennice mogłyby się oddać lenistwu. Ich dzieciństwo musiało być przepełnione czarodziejską nauką – zresztą nie tylko, ponieważ do normalnej szkoły również musiały uczęszczać. Z tego co opowiadały – młode la bonne fee nie miały życia osobistego, zaczynały je dopiero wraz z ukończeniem szesnastego roku życia, kiedy przechodziły z powodzeniem przez egzamin końcowy.
Gdy biały krąg został ukończony, musieliśmy wraz z Nathielem oddalić się od niego na taką odległość, aby przypadkiem go nie naruszyć. Nie mogliśmy w końcu uczestniczyć w rytuale. To było zadanie czarodziejek, my je tylko wspierałyśmy swoją siłą mentalną i fizyczną.
Zostaliśmy już ostrzeżeni przed tym, że przynajmniej jedna z czarodziejek padnie na ziemię omdlała – będzie to oznaczało, że znalazła się w świecie Nivareth, która przeprowadzi z nimi przetarg. Nic nie powinno im grozić, dlatego naszym jednym zadaniem było pilnowanie ciała jednej z nich i chronienie kręgu, który nie mógł zostać przerwany.
Martha i Alex stanęły w środku swojego błyszczącego bielą dzieła i posłały nam znaczące spojrzenia. Skinęłam głową, chcąc dodać im otuchy. Ramionami objęłam zmarznięte ciało.
La bonne fee chwyciły się za ręce i przymknęły powieki. Obróciły się w stronę ołtarza, aby wypełnić jeden z warunków rytuału – musiały być skierowane w stronę świętego miejsca (które swoją drogą Nivareth mogła zbezcześcić – czarodziejki mocno musiały nakłamać tutejszych mnichów. Gdyby się dowiedzieli o naszym zamiarze, na pewno nie daliby nam przepustki).
Herbaciana i płomienna czarodziejka zaczęły szeptać monotonnym głosem francuskie zaklęcie. Wypowiadały je szybko i z dziwnym wyćwiczeniem. Wyglądały jakby robiły to na co dzień, a przecież nie robiły, prawda? Może ich recytowanie było jakimś chwilowym natchnieniem przez siły boskie. Nie było możliwe, aby każda z nich mówiła tak czysto, bez zawahania.
Przez kilka minut nie było widać żadnego efektu. W końcu jednak krąg zaczął rozświetlać mroki świątyni. Nie spodziewałam się, że blask będzie tak potężny i nagły. Musiałam zakryć dłońmi oczy. Machinalnie wykonałam krok w tył przez co wpadłam na jedną z ławek, a potem upadłam na chłodną posadzkę. Przez dziwną chwilę miałam wrażenie, że nie mogę się poruszyć, co było dziwnym doznaniem. Myślałam, że to po prostu efekt zbyt mocnego zaklęcia. Chyba się nie myliłam. Rażące światło zdawało się wręcz pożerać moje ciało. A co, jeśli rytuał został źle przeprowadzony? Martha i Alex wspominały, że coś może nie pójść, a skutki takich nieudanych prób bywają ciężkie.
Gdzieś w tle usłyszałam Nathiela wykrzykującego moje imię, zupełnie jakby coś się stało. Potem wszystko nagle umilkło, a światło zniknęło w mroku. Oszołomiona tymi doznaniami otworzyłam gwałtownie oczy.
Nie spodziewałam się tego, co ujrzałam przed sobą.
Nie byłam już w Notre Dame de l'Assomption. Stałam na szczycie najwyższej wieży we Francji i wgapiałam się w pogrążone w nocnym uśpieniu miasto. Zewsząd oświetlały mnie reflektory.
Przerażona uchwyciłam się stalowej konstrukcji i przylgnęłam do niej tak mocno, że nawet wiatr nie był w stanie mnie z niej zepchnąć – a muszę przyznać, że wiał dziś niesamowicie mocno.
Początkowo nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam zaskoczona takim obrotem spraw. Wmawiałam sobie, że to tylko głupi, dziwnie realistyczny sen, który za chwilę odejdzie w niepamięć mojego umysłu, z drugiej strony czułam, że ta sytuacjia nie jest wyłącznie wymysłem mojej wyobraźni. Tylko jak mogłam znaleźć się na wieży Eiffla w tak krótkim czasie i to bez żadnego wysiłku? Odpowiedzią na moje pytanie była stojąca na krawędzi wieży kobieta, której złociste szaty falowały na wietrze.
Nieznajoma spojrzała na mnie kątem oka i miękkim, głębokim głosem zapytała:
– Przyszłaś się targować?
Przełknęłam ślinę z wiedzą, że nie mam innego wyboru.
– Tak.

niedziela, 9 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 32 - "Historia czarodziejek"

     Trochę ten rozdział słaby, trochę o niczym. Jest to spowodowane moim dednięciem, bo cudem siedzę jeszcze przed lapkiem i piszę. Przed chwilą znalazłam w swoim tekście zdanie "tortem na wisience było", więc to już znak. Następnym razem będzie lepiej. Następnym razem będę mieć mniej rzeczy do zrobienia. Ooo tak. Wybacz mi Lauriel za zdechłe potraktowanie waszego małżeństwa. No, a za tydzień PARYŻ!
***
Zgodnie z przewidywaniami Calanthe, obawy powróciły we władanie mocy wiedźm. Nie pomagały już żadne rytuały czarodziejek – zaklęcie stało się zbyt silne, aby z nim walczyć. Spokój i ład minęły, a po słońcu znowu wyszła burza.
Nie wszyscy radzili sobie z trzymaniem swojego strachu na wodzy. To pokazało nam, kto choruje na nieuleczalny lęk. Nawet jeżeli ktoś chciał ukryć swoje uczucia, nie był w stanie tego zrobić. Stres samoczynnie wywoływał reakcję urzeczywistniania obaw.
Ethan nie wychodził ze swojego pokoju od kilku dni. Pił do upadłego. Próbowaliśmy go przed tym powstrzymać, ale zawsze znalazł sposób na przygarnięcie wódki do piersi. Nie golił się, nie kąpał i znów był zatraconym we własnym bólu mężczyzną, który nie może przestać myśleć o swojej dawnej miłości.
Dużym zaskoczeniem była dla nas sama Andi. Musieliśmy jej pilnować, bo jak się okazało – bała się, że ktoś może ją zabić. Wielokrotnie w ciągu ostatnich dni, demony próbowały włamać się do organizacji Nox i pozbawić ją życia, na szczęście w pobliżu zawsze był Alec, który starał się trzymywać swoje obawy na wodzy.
Alex miała wielką traumę, jeżeli chodziło o niedźwiedzie. Kiedy byśmy jej nie spotykali, towarzyszył jej wielki i włochaty miś. Nigdy nie robił jej krzywdy, po prostu ją śledził. Czarodziejka była już na skraju wytrzymałości. Mówiła, że nawet zamykając się na klucz, budziła się nad ranem z niedźwiedziem w łóżku.
To były tylko niektóre z reakcji, nie wspomniałam o milionach innych przypadków, które zaskakiwały nas swoją niecodziennością. Amy bała się na przykład, że obudzi się z pomarszczoną i starą twarzą (efektu można było się domyślić), Sorathiel niepokoił się tym, że będzie złym przywódcą, przez co ostatnio popełniał wiele błędów, Martha była przepłniona lękiem, który zamykał jej wszystkie sklepy z herbatą w okolicy, jeden z nowszych członków o imieniu Drake, panicznie bał się koloru różowego, inny tego, że wyłysieje, jeszcze inny swojej teściowej, tylko kilku nielicznym osobom udawało się utrzymać spokój – do tego grona należał Nathiel, który był zbyt głupi na to, aby się bać, Aren, który bez problemu władał sztuką chłodnego opanowania oraz ja, szczególny przypadek. Tak naprawdę bałam się wielu rzeczy, ale żadna z moich obaw nie urzeczywistniała się. Teorii na ten temat było wiele – czarodziejki twierdziły, że mogła to być wina mojego zbyt ogólnego strachu przez co nie szedł w jednym, określonym kierunku, Sorathiel wysnuł teorię, że moje lęki nie były na tyle silne, aby przerodziły się w rzeczywistość, Nathiel uznał, że mam ukryte moce i jestem „jakaś inna”. Nie musiałam znać dokładnego powodu, wystarczył mi fakt, że mój strach nie był dla nikogo zagrożeniem.
Organizacja Nox zamieniła się w centrum psychologiczne. Rozmawialiśmy o swoich lękach na głos i staraliśmy się im zaradzić, wiedzieliśmy jednak, że nie może być tak w nieskończoność. Strach był rzeczą ludzką i codzienną, chcieliśmy żyć swobodnie, bez sztucznych prób kontrolowania swojego umysłu, bez zamartwiania się o dzień jutrzejszy. La bonne fee nie potrafiły samodzielnie przerwać zaklęcia wiedźm, nie potrafiła im również pomóc czarodziejska Rada – w końcu nie mogli parać się czarną magią, a biała służyła tylko dobru i miała mniejszą siłę przebicia – jedynym rozwiązaniem była podróż do miejsca, gdzie narodziły się czarodziejki. Do Paryża.
Misja nie wymagała wielu osób. Miała trwać kilka dni. Bilety zostały już wykupione, a podróż miała odbyć się jutro wczesnym rankiem. Osobami, które zostały do niej powołane były dwie la bonne fee – Martha oraz Alex, które miały nas wesprzeć swoimi mocami oraz kontrolować sytuację, oraz ja i Nathiel jako obstawa czarodziejek. Nie była to groźna misja, może jedynie trudna, ponieważ nie wiedzieliśmy jak się potoczy. Wszystko było jedną wielką niewiadomą.
Ułożyłam wygodnie starą księgę na kolanach i przerzuciłam kilka stron do przodu. Czarodziejki pożyczyły mi Historię La bonne fee przez wieki, abym lepiej mogła wczuć się w nadchodzącą misję. Nie musiałam tego robić, moje zapoznanie się z historią la bonne fee było tak naprawdę zbędne, robiłam to raczej z czystej ciekawości. Nie lubiłam iść w nieznane, poza tym ciekawiły mnie pierwsze la bonne fee, które współczesna część czarodziejek tak bardzo podziwiała. Poza tym istniała szansa, że podczas czytania wpadłoby mi do głowy rozwiązanie dotyczące rytuału – aby go wypełnić, czarodziejki musiały przywołać złą wiedźmę, będącą niegdyś jedną z Czterech Wielkich Czarodziejek. W zamian za odwrócenie złego uroku musiały jej coś podarować.
Kiedy natrafiłam na rozdział zatytułowany Początek – historia Czterech Wielkich Czarodziejek, zaczęłam czytanie. Opowieść, która była tam zawarta początkowo mocno nużyła – opisywano czasy średniowiecza, kiedy ludzi uzdolnionych magicznie palono na stosie, mówiono również o tym, że czarodziejki nie były pierwszymi osobami, które zaczęły stosować magię, były po prostu pierwszymi osobami, które urządziły wielką, magiczną rewolucję i zmieniły światopogląd Paryżan na kwestię czarów. Zaczęły także prowadzić pierwsze szkolenia z zakresu magii. Były doradczyniami ówczesnej władzy i z pomocą zaklęć starały się rozwiązywać najgorsze problemy dotykające społeczeństwo. Nazwa „la bonne fee” wywodziła się od pierwszej grupy dziewcząt, które zostały wyłonione wśród francuskiej społeczności po to, aby odpowiednio je przeszkolić i uczynić z nich następczynie Wielkiej Rady Magicznej (bo tak najpierw nazywano pierwsze czarodziejki). „La bonne fee” było początkowo określeniem na uczennicę, potem przyjęło się w społeczności jako nazwa ogółu dziewcząt parających się magią. We Francji nie istnieli mężczyźni, którzy używali czarów, w XXI w. zbadano to zjawisko, a potem uznano, że uzdolnione magicznie dziewczęta posiadają w sobie specjalny gen, zwany przez tamtejszych naukowców „le sortilège du gène”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało „gen czaru”.
Początkowo la bonne fee nie mogły rozmnażać się z mężczyznami z innych państw – był to jeden z silnych zakazów ustalonych przez pierwsze czarodziejki. Nie mogli być to również mężczyźni z niższych sfer – bycie czarodziejką było królewskim przywilejem.
Cztery Wielkie Czarodziejki były arystokratkami, a przy okazji siostrami. Niewiadome jest jak odkryły swoje magiczne zdolności, ale niewątpliwie stały się potężne – wymyśliły wiele zaklęć, które służą czarodziejkom do dnia dzisiejszego, pomagają również swoim popleczniczkom z zaświatów.
Podniosłam wzrok znad książki i spojrzałam w stronę kołdry, która zaczęła powoli zsuwać się z moich nóg. Wiedziałam kto do mnie zawitał. Nate był cichym dzieckiem, zawsze pojawiał się znienacka. Dzisiaj również nie usłyszałam, że wchodzi do pokoju.
– Mamo – odezwał się uroczym, cieniutkim głosem. Zacisnął piąstkę na kołdrze, jakby bał się mnie o coś spytać. – Nie mogę spać. Poczytasz mi bajkę?
Westchnęłam cicho, ale nie dałam po sobie poznać, że jestem zawiedziona przerwaną lekturą. Poklepałam wolne miejsce obok siebie z zachęcającym uśmiechem. Bycie rodzicem było w końcu obowiązkiem, nie tylko zabawą.
Nate wdrapał się na łóżko i poczłapał po kołdrze prosto do mojego ramienia. Przytulił się do matczynego łokcia i spojrzał w księgę, którą przed sobą trzymałam. Zamierzałam ją odłożyć i wziąć ulubioną bajkę bliźniaków opowiadającą historię Jasia i Małgosi, która leżała na szafce nocnej, ale Nate chwycił mnie za rękę. Chyba coś go zaciekawiło.
– Co to za rysunek, mamo? – spytał, wskazując palcem na mistyczne postacie przedstawiające Cztery Wielkie Czarodziejki, które otoczone były dziwnymi zawijasami, najprawdopodobniej przedstawiającym ich moce.
– Czarodziejki – odpowiedziałam spokojnie.
– Takie jak ciocie czarodziejki? – Przekręcił głowę w bok z zainteresowaniem. Mówił tak na Alex, Marthę, Patricię i Madlene tylko dlatego, że Aura tak się do nich zwracała. W przeciwieństwie do swojej siostry pamiętał imię każdej z nich i w ich obecności starał się zwracać do dziewcząt mniej ogólnikowo.
Pokiwałam głową.
– A dlaczego? – Jeżeli miałabym wybrać jedno z moich dzieci, które wykazywało się największym zainteresowaniem świata, to na pewno byłby to Nate. Może to kwestia tego, że w Reverentii nikt nie odpowiadał na jego pytania.
– Jutro czeka nas misja, dlatego przyda mi się znajomość historii cioci czarodziejek – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Niedawno odkryłam, że warto mówić dzieciom prawdę, oczywiście nie wtedy, kiedy w dogłębny sposób chcą się dowiedzieć jak powstają dzieci, bo samo tłumaczenie, że rodzice się kochają, a potem dziecko rośnie w brzuchu i w pewnym momencie się z niego wydostaje, nie było dla nich satysfakcjonujące. Na szczęście zdołałam naprostować ich wiedzę, póki Nathiel rozwinął swoją historię na temat latających, demonicznych bocianów.
– Poczytasz mi o nich? – spytał uradowany tym faktem Nate. Patrzył na mnie świetlistymi, zielonymi oczami pełnymi zapału i energii. Miał odrobinę roztrzepane włosy, co czyniło go jeszcze podobniejszym do Nathiela – na szczęście nie zapowiadało się na to, żeby odziedziczył po nim charakter.
– To nudna historia, Nate.
– Ale ja chcę! Lubię takie! – powiedział ożywiony, podskakując na łóżku. Jego niebieska piżama w misie przechyliła się na prawe ramię.
– Dobrze – westchnęłam z udręką. Nie sądziłam, że ta historia przypadnie mu do gustu, była pełna zawiłości, dat i mało interesujących faktów, ale skoro tego chciał, nie będę mu tego zabraniać. Miałam tylko nadzieję, że po drodze nie znajdą się opisy niecenzuralnych czynów czarodziejek.
Mój syn przecisnął się pod moim ramieniem i położył głowę na moim brzuchu. Z wyczekiwaniem wpatrywał się w księgę, którą wciąż trzymałam otwartą na tej samej stronie. Nie miałam wyboru jak po prostu zacząć czytać jej treść na głos. Przeleciałam wzrokiem nudniejsze fragmenty tyczące się wprowadzenia i doszłam do samej opowieści o pierwszych czarodziejkach.
– Pierwsze czarodziejki należały do rodziny Lawallete’ów – ominęłam kilka niepotrzebnych informacji tyczących się rodziny la bonne fee i przeszłam do sedna. – Pierwsza, najstarsza z sióstr nazywała się Marisel, władała magią ognia. Druga w kolejności była Livianne stosująca magię ziemi, trzecia, Vivien, używała magii wody, ostatnia, najmłodsza z sióstr – Nivareth, miała władzę nad wiatrem. Mówi się, że doczesne moce czarodziejek wywodzą się od podstawowej magii żywiołów, którą parały się Cztery Wielkie Czarodziejki. Różne połączenia genów sprawiły, że z czasem moce la bonne fee zaczęły nabierać nowych właściwości, wówczas utworzyły się dwie podstawowe kategorie czarów: mentalne oraz fizyczne. – Umilkłam na chwilę, aby znów dokonać selekcji informacji. Kątem oka spoglądałam na szczerze zainteresowanego syna. – Każda z doczesnych czarodziejek ma swoją własną przodkinię, do której w razie problemów może się zwrócić o pomoc, Wielkie Czarodziejki ustaliły jednak limit kontaktu. Trzy z nich można spotkać tylko trzy razy w ciągu swojego życia, inną zasadę przyjęła zaś najmłodsza z sióstr – Nivareth. Bez względu na linię genetyczną, z której wywodzi się dana la bonne fee, Nivareth przyjmuje do siebie każdego, bez ograniczeń ilościowych. Wadą tych spotkań jest jednak to, że Nivareth oczekuje w zamian więcej, niż można się tego spodziewać. Przeprowadza pomiędzy swoimi losowymi kontrahentami handel, który w świetle prawa la bonne fee nie jest zakazany. – Zaczynało robić się ciekawie. Pominęłam sposób, w jaki można kontaktować się z resztą czarodziejek, od razu przeskoczyłam do niebezpiecznego obiektu naszej misji. – Nivareth jest zwana wiedźmą przekupstwa. To pierwsza z czarodziejek, która zapoczątkowała ród złych la bonne fee, stosujących zakazaną, potężną magię. Powód nagłej przemiany Nivareth nie jest do końca znany – uśmiechnęłam się pod nosem. Czarodziejki mi o tym wspominały. Jedyną osobą, która miała styczność z samą wiedźmą przekupstwa była Madlene, co związane było z jej egzaminem końcowym szkoły dla czarodziejek.
 Nie pisano o tym w księgach, ale Nivareth została wiedźmą z powodu buntu. Na szczęście śpiewająca czarodziejka dołączyła notę dotyczącą swojej przodkini – przykleiła ją w miejsce, gdzie była o niej mowa, pragnąc uzupełnić informacje. Jej pismo było odrobinę koślawe, ale na szczęście udało mi się je odczytać. 
– Początkowo zasady Wielkiej Czwórki mówiły o tym, że nie można zawierać żadnego związku z mężczyzną, a szczególnie zakładać z nimi rodziny. Nivareth złamała ten zakaz. Jej ukochanego wywodzącego się z prostej warstwy ludności zabito, podobnie jak nienarodzone jeszcze dziecko, któremu miał przekazać geny. Nivareth długo więziono w lochach, częściowo pieczętując jej moce. Wiedźma przekupstwa uwolniła się spod mocy swoich sióstr tylko dlatego, że zastosowała czarną magię – od nocy, kiedy uciekła, stosowała już tylko i wyłącznie ją, mówi się, że oddała wówczas swoje serce samemu diabłu.
Po zniknięciu Nivareth, trzy czarodziejki dla bezpieczeństwa zmieniły zasady odnoszące się do zawierania związków z mężczyznami. To dzięki temu dzisiaj istniejemy. – Popatrzyłam na końcowy skrawek starej notki i uśmiechnęłam się. Na dole widniał wielki, czerwony napis, który został niedbale zakreślony niebieskim długopisem. Mówił: „MAD JEST ZAKOCHANA W TYM BLONDASIE, Z KTÓRYM SIEDZI NA ANGIELSKIM (AREN CZY KTOŚ)”. Zapewne napisała to któraś z przyjaciółek Madlene.
Spojrzałam na Nate’a, który wciąż miał szeroko rozwarte oczy i wsłuchiwał się w moją historię. Zdziwiłam się. Myślałam, że już zasnął. Sama zapomniałam o tym, że czytam mu opowieść, która nie jest do końca przeznaczona dla dzieci.
– Nie wolno zabijać, prawda? – spytał z powagą Nate, podnosząc głowę do góry. Zgarnęłam mu włosy z czoła i uśmiechnęłam się z ulgą.
– Oczywiście, że nie wolno.
– Te panie czarodziejki nie powinny tak robić siostrze, prawda? – zapytał z jeszcze większą powagą.
– Masz rację – odpowiedziałam.
– Ja tak nie zrobię Aurze i Calii – powiedział szybko i wyprostował się jak dumny, ale wciąż niedorosły mężczyzna. – Braciszkowie powinni bronić siostrzyczki, prawda?
– Prawda. – Z trudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem. Był taki uroczy, kiedy mówił o tym z pełną powagą. Naprawdę musiał kochać swoje siostry. Cieszyłam się, że nie miał problemu z nauczeniem się tego, co to miłość. Może jego oswajanie zajęło kilka dobrych miesięcy, ale na szczęście dzieci szybko się przywiązują, nieważne czy są małymi demonami, czy ludźmi.
Nate ziewnął i ułożył się wygodniej na moich kolanach. Małym palcem zaczął wodzić po rysunku jednej z czarodziejek, która dzierżyła miecz. Z treści wywnioskowałam, że chodziło o inscenizację wojny Wielkich Czarodziejek. Nivareth zorganizowała wojsko składające się ze złych mocy i ruszyła przeciwko swoim siostrom. Została zabita przez najstarszą z nich, ale zdążyła rzucić na wszystkie trzy klątwy, których nie mogły cofnąć. Najdłużej żyła Marisel, która umarła na gruźlicę rok później. Jak widać, magia niewiele wtedy pomagała, jeżeli chodziło o choroby. Zielarstwo i lecznictwo rozwinęło się w następnej epoce.
Mój syn zastygł z palcem na obrazku i usnął z głową opartą o książkę. Myślałam, że będzie żądał dalszej części historii, ale jak widać – zmęczenie wygrało. Chwyciłam go delikatnie pod pachy i przeniosłam na miejsce obok siebie. Przykryłam go miękką kołdrą po samą szyję. Historyczną księgę zamknęłam po cichu i odłożyłam na szafkę nocną.
Od dłuższego czasu po domu kręcił się Nathiel, który zapewne wrócił z nocnej misji. Wiedziałam, że to koniec lektury. Jutro musieliśmy wcześniej wstać, wylatywaliśmy o szóstej rano.
Mój mąż wkroczył dziarsko do pokoju i przeciągnął się leniwie. Najpierw zrzucił z siebie koszulkę, potem spodnie, a na koniec uśmiechnął się w uroczy sposób, jakby czegoś ode mnie oczekiwał. Wskazałam palcem na Nate’a, który zapewnił mi ochronę na dzisiejszą noc. Z trudem powstrzymałam się od wrednego uśmieszku.
– Serio? – spytał zawiedziony Nathiel. – Przecież to już któryś raz w tym tygodniu. – Podszedł do łóżka, usiadł na jego krańcu i przewrócił oczami.
Wzruszyłam ramionami.
– Przyzwyczaj się w końcu do tego, że jesteś ojcem. – Spojrzałam na niego ukradkiem i tym razem nie powstrzymałam chytrego uśmieszku. Nathiel to dostrzegł, bo zmarszczył obrażony czoło i założył ręce na piersi. Już chciał mi odparować, kiedy Nate przewrócił się przez sen na jego stronę i przytulił się do jego nogi z błogim uśmieszkiem. To sprawiło, że jego irytacja uciekła. Uśmiechnął się jak najdumniejszy ojciec na świecie i pogłaskał swojego syna po głowie.
Może Nathiel nie był najidealniejszym ojcem, może wciąż nie dojrzał do bycia nim i popełniał wiele błędów wychowawczych, ale jednak kochał bliźniaki i Calanthię z całego serca. To właśnie czyniło z niego prawdziwego ojca. Gdyby musiał, bez chwili namysłu poświęciłby za nich życie.
– Dzisiaj mu wybaczę – zaszczebiotał Auvrey. – W końcu to mój syn. Na dodatek wygląda tak jak ja, a ktoś kto wygląda tak jak ja, nie może być zły. Wyrośnie z niego niezły przystojniak – wyszczerzył się w moją stronę.
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, ale i rozbawieniem.
– Kładź się spać, Nathiel. Jutro wcześniej musimy wstać.
Auvrey przewrócił oczami i rzucił się plecami na łóżko. Przez chwilę wyglądał, jakby głęboko nad czymś rozmyślał. Odwróciłam się od niego tylko na moment, żeby wypić wodę, którą wcześniej nalałam do szklanki. Nie sądziłam, że wypluję ją całą, kiedy usłyszę to, co ma mi do powiedzenia.
– Co myślisz o jeszcze jednym dziecku?
Otarłam usta i spojrzałam na niego ze zgrozą.
– Myślę, że trójka to i tak duża liczba – mruknęłam.
– No ale Soriel powiedział, że będzie miał całą drużynę – odpowiedział, robiąc z ust obrażony dzióbek. – Nie mogę być gorszy od niego.
– Czy wy macie jakąś auvreyowską manię na bycie lepszym od siebie w każdej sytuacji? – spytałam, unosząc brew do góry.
– Nie w każdej – prychnął. – Nie kłócimy się na przykład o to kto jest przystojniejszy, bo obydwoje wiemy, że ja. – Nathiel wypiął dumnie pierś i puścił mi zalotne oczko.
Przewróciłam oczami i jeszcze raz nalałam wody do szklanki. Niestety na większość podrywów Auvreya musiałam być odporna. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak potrafi zawrócić komuś w głowie. W końcu od dawna podrywał dziewczyny na swój wygląd (z inteligencją wychodziło mu raczej słabo). Gdybym była bardziej podatna na jego wpływy, już dawno mielibyśmy w domu co najmniej sześcioro dzieci i pięć kotów. Ktoś musiał być w tym związku rozsądniejszy, padło na mnie.
Napiłam się wody, odłożyłam szklankę i bez słowa zgasiłam lampkę nocną. Już miałam kłaść się do łóżka i przykrywać kołdrą, gdy usłyszałam tupot dwóch par małych stóp. Dostawa dzieci przyniosła ze sobą głośne piski przerażenia.
– Potwoly spod łóżka! – krzyknęła Aura, wskakując na posłanie. Z prędkością światła ukryła się pod poduszką. Zaraz za nią z cichym pochlipywaniem trafiła do nas Calanthia. Była bliżej Nathiela, dlatego to do niego się najpierw przytuliła.
– Tam stlasy! Nie cem spać z potwolami! – pisnęła.
– Ale spanie z potworami nie jest takie złe – odpowiedział spokojnie Nathiel. – Ja z jednym z nich śpię na co dzień – powiedział ciszej, chichocząc się jak chochlik.
Przybrałam pokerową minę, a potem rzuciłam Auvreya poduszką w twarz. 
Będzie coś chciał. Z pewnością mu tego nie dam i to przez najbliższe dwa miesiące.
Ułożyłam się na poduszce i zamknęłam oczy. Poczułam, że do moich pleców tuli się Aura. Nie protestowałam, w końcu to dziecko, na dodatek moje. Do małych bladych rączek z czasem dołączyły kolejne i tak oto po minucie byłam oblegana przez las rodzinnych rąk. Wisienką na torcie były dłonie Nathiela, które wyskoczyły ponad wzgórza zbudowane z poduszek i głów dzieci – zaczął bawić się moimi włosami.
– Wiesz, że żartowałem, nie? – spytał szeptem.
– Uhum – mruknęłam od niechcenia.
– Odwrócisz się w moją stronę?
– Nie.
Zamknęłam powieki i starałam się zasnąć, nie zwracając uwagi na mojego męża, który usilnie starał się zwrócić na siebie uwagę. Czasem mocniej pociągnął mnie za włosy, szczypnął w polik lub mruknął jakieś czułe słówko na ucho. Ignorowałam go. Starałam się skupić na oddźwiękach dochodzących zza okna. Już pohukiwanie sowy i cykające świerszcze były ciekawsze niż to, co wyprawiał Nathiel. Może zmieniłam się przez te wszystkie lata, ale wciąż miałam problem z przebaczaniem. Skoro w jego oczach byłam potworem to nim pozostanę.
Wszystkie dźwięki dochodzące z dworu i ciche pochrapywanie dzieci nagle umilkło. Zaniepokojona otworzyłam jedno oko. W powietrzu unosiły się świecące drobinki przypominające śnieg. Obróciłam się gwałtownie w stronę Nathiela – wtedy zostałam zaskoczona nagłym pocałunkiem prosto w usta. Zamrugałam oczami nie wiedząc jak na to zareagować. Nie wiedziałam po co Auvrey wstrzymał czas, ale w żaden sposób mi to nie przeszkadzało.
– Jesteś najładniejszym potworem jakiego w życiu widziałem – szepnął Nathiel. Odsunął się ode mnie na niewielką odległość i szczerze uśmiechnął. Tym razem nie stroił sobie żartów. To oczywiście nie zmieni faktu, że wciąż był mało romantyczny. Dalej nazywał mnie potworem.
– Postaraj się bardziej – mruknęłam, nie spuszczając z niego oczu.
– Masz najbledsze, ale najseksowniejsze nogi pod słońcem – powiedział iście uwodzicielskim głosem, unosząc palcem wskazującym mój podbródek do góry. W jego oczach lśniły łobuzerskie iskierki.
– Nie przekonujesz mnie – odpowiedziałam, marszcząc czoło.
– Masz najcudowniejszego męża na świecie. Inny nie prawiłby ci takich komplementów. – Nathiel zatrzepotał rzęsami.
Przewróciłam oczami, zabrałam jego rękę ze swojej twarzy i powróciłam na swoje dawne miejsce, ponownie obracając się do niego plecami. Nie miałam nastroju na nocne przekomarzanie. Chciałam iść już spać.
Zacisnęłam mocno powieki.
– Laura – usłyszałam za plecami.
– Co znowu? – mruknęłam od niechcenia.
– Kocham cię.
Uśmiechnęłam się mimiowolnie pod nosem.
Tak, musiałam przyznać, że byłam słaba. Wystarczyły zaledwie dwa dobrze mi znane z ust Nathiela słowa, żebym przestała się gniewać. Podobało mi się, kiedy to mówił. To wyznanie zawsze brzmiało w jego ustach szczerze. Wymawiał je w taki sposób, w jaki nie wymawiał żadnych innych słów. A najlepsze w tym było to, że były przeznaczone tylko dla mnie.
– Ja ciebie też, Nathiel.