poniedziałek, 17 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 33 - "Spotkanie na wieży Eiffla"

Z małym opóźnieniem, ale jest. Moje życie to ostatnio dziki taniec, dlatego mam opóźnienia dosłownie ze wszystkim. Rozdział pisany trochę na zmęczeniu, dlatego nie brzmi tak, jak powinien, ale postaram się, żeby spotkanie z wiedźmą było już opisane zdecydowanie lepiej. Można powiedzieć, że to taki lekki odpoczynek od głównej fabuły!
***

To był pierwszy raz, kiedy leciałam samolotem. Może nie fascynowałam się tym lotem jak dziecko, ani nie panikowałam z powodu dosyć sporej odległości od ziemi, ale nie mogłam zaprzeczyć temu, że było to dla mnie całkiem ciekawe i niecodzienne doświadczenie. Przez chwilę czułam się jak nastolatka, która na nowo poznaje świat. Przepływała przeze mnie świeżość chwili. Myślami cofnęłam się kilka lat wstecz, kiedy uciekałam pijanemu Nathielowi – chcącego mnie pocałować – przez mokrą trawę i to na bosaka. Byliśmy wtedy młodzi i wolni. Potem pojawiły się obowiązki, a wraz z nimi trójka niesfornych dzieci. Kiedy ten czas upłynął?
Do tej pory przypatrywałam się uciekającym zza chmurami budynkom, potem Nathiel szturchnął mnie przypadkiem w ramię, pochylając się ku dołowi, jakby za chwilę miał zwymiotować.
Spojrzałam na niego i uniosłam brew do góry.
– Dobrze się czujesz? – spytałam. Zazwyczaj Auvrey nie miał problemu ze zdrowiem. Wydawało mi się, że demony na nic nie chorują.
– Znakomicie, naprawdę – burknął z głową usadowioną pod siedzeniem. – Brakuje jeszcze, żeby ktoś zdzielił mnie z pięści w żołądek.
Alex, która siedziała po lewej stronie, już otwierała usta, żeby mu odparować, ale umilkła i zmarszczyła czoło. Domyślałam się, że chodziło o jej szczerość, obecnie nie posiadała tej cechy charakteru, bo oddała ją w dobrej sprawie. Wiedziałam jednak co zamierzała odpowiedzieć. Wystarczająco dobrze ją poznałam.
– Demony cierpią na chorobę lokomocyjną w samolotach? – spytała Martha, unosząc brew do góry. Dziwnie wierciła się na krześle, także pomyślałam, że ona sama nie czuje się tu zbyt komfortowo. Czasami nie mogłam rozszyfrować czy była niespokojna z powodu rytuału, który przeszła, czy po prostu pokazywała nam swoje prawdziwe lęki.
Nathiel podniósł głowę do góry i spojrzał na la bonne fee ze zgrozą.
– A co, mam ci to udowodnić, rzygając na twoje buty? – spytał ochryple.
Martha jak na zawołanie zrzuciła buty, kopnęła je pod siedzenie i skuliła nogi na krześle tak, żeby Auvrey nie mógł tknąć jej swoją zawartością żołądka, na wypadek gdyby rzeczywiście podjął się próby jego zwrócenia.
Zapanował spokój. Z głośników dobiegała nas cicha i spokojna muzyka, która miała nas zrelaksować. Dostaliśmy nawet francuski posiłek składający się z bliżej nieokreślonej zapiekanki pod kołdrą z sera żółtego i innych, mniej ważnych składników. Nathiel oczywiście nie chciał patrzeć na jedzenie – zzieleniały i wymęczony pochylał się ku dołowi, próbując brać głębokie wdechy. Przez myśl mi przeszło, że mógł wystraszyć się samego lotu, ale zazwyczaj takiej bojaźliwości towarzyszyły katastrofy lotnicze, a z nami jeszcze nic się nie stało, co dowodziło temu, że Nathiel się nie bał, a swoje obawy krył głęboko w sobie – tak, Auvrey musiał je mieć, niezależnie od tego, co starał się nam wmówić. Po prostu świetnie ukrywał swój strach.
Oparłam się plecami o krzesło i idąc solidarnie za własnym mężem, nie tknęłam obiadu. Zamiast tego wgapiałam się bez celu za okno. 
Zaczynało się ściemniać. Promienie ogromnego, zachodzącego słońca, które zdawało się być bliżej nas niż zwykle, wkradały się przez szyby do środka. Nie mogłam oderwać oczu od tego świetlistego zjawiska otoczonego puszystymi chmurami. Przez chwilę myślałam o tym, aby polecieć na wakacje całą rodziną w jakiś słoneczny zakątek, ale szybko przypomniałam sobie o niezwykłej chorobie lokomocyjnej mojego męża – czułam, że następnego razu jego żołądek mógłby być o wiele mniej łaskawy. Na szczęście były inne środki komunikacji, którymi swobodnie mogliśmy się przemieszczać.
– Co masz w kieszeni? – usłyszałam.
Spojrzałam na Nathiela lekko zaskoczona jego pytaniem. Spojrzałam w stronę moich spodenek. Zła ze mnie matka, skoro zdołałam już zapomnieć o specjalnym planie strategicznym stworzonym specjalnie dla mnie przez mojego syna. 
Chociaż Nate był półprzytomny, kiedy czytałam mu historię la bonne fee, zapamiętał wszystko o czym mu czytałam. W pamięć najbardziej zapadło mu to, że Nivareth – wiedźma przekupstwa – była nieszczęśliwie zakochana w pewnym młodzieńcu, którego potem zabito. Stwierdził, że ta pani musiała być naprawdę smutna i pewnie jest taka do tej pory, dlatego jeśli chcemy się z nią spotkać, musimy działać według jego strategii – gdy to mówił, miał tak zabawnie poważną minę, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Nate był uroczym dzieckiem. Większość rzeczy robił bezinteresownie. Specjalnie dla nas wcześniej wstał i poprowadził nas do kuchni, żeby tam rozłożyć swój wielki plan rozrysowany kredkami na kartce A4. Wędrował palcem po swoich bazgrołach, próbując w sposób profesjonalny wyjaśnić nam wymyślone przez siebie rozwiązanie.
– Chodzi o to, że trzeba poprosić ciocie czarodziejki o to, żeby zawołały tego pana w tym takim świecie, co babcia Calanthe żyje. – Zdziwiło mnie to, że po pierwsze kojarzył Calanthe, po drugie wiedział w jakim świecie żyje. Aura wielokrotnie wspominała mi o tym, że babcia do niej przemawia w snach. Nate nigdy o tym nie opowiadał, ale myślę, że to z tego powodu, iż uznawał ten fakt za oczywisty. – Jak się da tej pani tego pana to wtedy będą szczęśliwi i ta pani zrobi tak, że nikt nie będzie musiał się bać.
 Po tej rozmowie zrozumiałam, że mój syn potrafił obserwować, słuchać i wyciągać wnioski. Przecież nikt mu nie mówil o naszej misji. W przyszłości będziemy musieli uważać na to o czym przy nim rozmawiamy.
Kiedy zaspany Nate zdołał nam już wytłumaczyć zawiłą strategię, złożył papier w rulon i małymi rączkami wpakował mi go do kieszeni. Po tym wszystkim uśmiechnął się do mnie tak szeroko, jak wschodzące słońce. Pogłaskałam go po głowie i podziękowałam za jego trud.
Jego pomysł nie był zły, po prostu niemożliwy do zrealizowania. Nie wiedzieliśmy jak nazywał się ukochany Nivareth, kim był, co go spotkało po śmierci i gdzie trafił, poza tym nie mieliśmy pewności, że Nivareth chciałaby go widzieć – kiedy się w nim zakochała była czarodziejką, potem stała się wiedźmą, a więc zapomniała o ludzkich uczuciach. Mimo wszystko Nathiel stwierdził, że Nate w przyszłości będzie dobrym strategiem, strasznie się z tego powodu cieszył, w końcu chciał, żeby jego dzieci również były łowcami – ja raczej wolałam tego uniknąć, to nie było bezpieczne.
– Plan Nate’a – odpowiedziałam po dłuższej chwili milczenia. Auvrey już miał coś powiedzieć, gdy nagle nadmuchał policzki i uciekł pod krzesło. Poklepałam go po plecach i westchnęłam.
– Dziwnie jest widzieć wielkiego Nathiela Auvreya pokonanego przez zwykłą chorobę lokomocyjną – powiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
– Jak nie przestaniesz się ze mnie nabijać, to dziwnie będzie ci patrzeć na swoje włosy z zawartością mojego żołądka, który mieści w sobie resztki bekonu ze śniadania – burknął niezadowolony. – Jak myślisz, zieleń i jasny blond to dobre połączenie kolorystyczne? – zironizował, a potem chwycił za torbę papierową i wydał z siebie dziwny oddźwięk charakterystyczny dla osób, które właśnie próbowały uporać się z tym, co planowały zwrócić.
Jeszcze raz poklepałam go po plecach, tym razem niczego nie mówiąc. Było mi go nawet odrobinę szkoda. Kojarzył mi się teraz z dzieckiem o słabym żołądku, które przeżywało grypę, dlatego kiedy zmęczony położył głowę na moich kolanach, zaczęłam głaskać go jak wymęczonego chorobą malca.
Nasza podróż dobiegła końca. Nareszcie mogliśmy wytoczyć się z samolotu i ruszyć w swoją stronę. Nie było czasu na zwiedzanie. Jeszcze dziś mieliśmy urządzić we francuskiej świątyni czczącej Cztery Wielkie Czarodziejki rytuał. Bilety powrotne mieliśmy za trzy dni. Poniekąd żałowałam, że nie mogłam skupić się na zwiedzaniu państwa, dla którego przeleciałam tyle kilometrów, ale musiałam zapomnieć o swoich wewnętrznych pragnieniach i skupić się na misji.
La bonne fee rozłożyły mapę. Zaczęły coś do siebie mruczeć i pokazywać palcami na punkty strategiczne oznaczone czerwonymi krzyżykami. Nathiel szedł obok mnie zataczając wokół kręgi jak pijany wielbłąd. W pewnym momencie musiałam chwycić go za ramię i przytrzymać w miejscu, ponieważ obijał się o innych ludzi, wzbudzając ich oburzenie. Wtedy spojrzał na mnie przyćpanym wzrokiem i uśmiechnął się do mnie uwodzicielsko. Naprawdę zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przemycił pod siedzeniem jakiegoś alkoholu i nie podłączył sobie do niego rurki.
– Jesteś silna jak stado niewolniczych murzynów, maleńka – odezwał się.
Przewróciłam oczami i pociągnęłam go do przodu.
Kiedy przeprawiliśmy się już przez lotnisko, odnaleźliśmy drogę do naszej tymczasowej kwatery zwanej przez normalnych ludzi hotelem. Nie miałam zbyt wygórowanych wymagań co do miejsca naszego nocowania, za to Nathiel oczekiwał willi z basenem. Cóż, niemiło się zaskoczył. Przez pół godziny musieliśmy wysłuchiwać jego narzekania, że pani sprzątaczka nie reagowała na jego podrywy, kelner nie chciał mu dać szampana z lodem, a recepcjonistka nie rozumiała, co do niej mówi. Nie był również uradowany posiłkiem, który przyszło nam spożywać. Alex, której szczerość była wstrzymana przez zaklęcie, stosowała inne sposoby walczenia z Nathielem – rzucała go poduszką prosto w twarz albo posyłała w jego stronę niewinnie iskierki, których źródła Auvrey nie mógł rozpoznać. Śmialiśmy się, kiedy próbował usiąść na łóżku, a potem wyskakiwał do góry jak rakieta, masując swój tyłek ręką i głośno narzekając, że w „jego piękne poślady ugryzł go komar”. Naśmiewanie się z Nathiela pomogło nam się trochę odprężyć po długiej i mozolnej podróży, dlatego gdy już się odświeżyliśmy, ruszyliśmy do francuskiej kawiarni, aby przy mocnej herbacie degustować croissanty i układać plan działania.
– Byłyście już kiedyś we Francji? – spytałam jedną z czarodziejek, która szła po ulicy z lewitującą nad jej głową filiżanką. Zaczynało mnie dziwić to, że Francuzi się tym nie ekscytowali, zupełnie jakby była to dla nich codzienność.
– Byłyśmy – odpowiedziała Martha. – Każda la bonne fee uczęszczająca do szkoły dla młodych czarodziejek, w pewnym momencie swojej edukacji wyjeżdża do Francji. Chodzi tu oczywiście o zorganizowaną wycieczkę. Nie różni się niczym od tych zwyczajnych, szkolnych z wyjątkiem tego, że ma związek z magią.
– Francuzi nie są zaskoczeni tym, że używacie magii – zaczęłam, spoglądając podejrzliwie na przechodzących obok nas ludzi.
Alex wzruszyła ramionami.
– Nic dziwnego, są do niej przyzwyczajeni. W końcu to tutaj narodziły się la bonne fee – opowiedziała, a potem zaczęła rozglądać się wkoło z przyłożoną do czoła dłonią. – Widzicie? – spytała, wskazując palcem na posąg, który stał gdzieś w oddali. Przybliżyliśmy się do niego, aby lepiej go obejrzeć.
Rzeźba przedstawiała marmurową czarodziejkę imieniem Marisel, która była najstarszą z Wielkiej Czwórki Czarodziejek. Znajdowała się w iście heroicznej pozie i machała dłońmi w górze, szykując się do ataku ze swoją ognistą wstęgą mocy. Jej kamienista twarz była już trochę zniekształcona, ale nie miałam wątpliwości co do tego, że była niebrzydkiej urody. 
– Marisel była najbardziej czczoną z czarodziejek – odezwała się Martha, przyglądając się tabliczce z francuskim tekstem, który opiewał la bonne fee. – Mówi się, że zarządzała pozostałymi siostrami. 
– Jak widać, we Francji wciąż bardzo mocno wierzą w magię, nie bez powodu ten posąg wciąż tu stoi – dopowiedziała znudzona Alex. – Istnieje tu jednak zakaz, który mówi o tym, aby nie nadużywać magii publicznie. Ktoś mógłby się doczepić do lewitującej filiżanki Marthy – powiedziała, spoglądając znacząco na przyjaciółkę.
Herbaciana czarodziejka uśmiechnęła się niewinnie i machnęła ręką w górze, chwytając tym samym swoją zaczarowaną, porcelanową koleżankę. Jednym ruchem sprawiła, że rozpłynęła się w powietrzu, zupełnie jakby była iluzją.
Usta Alex ułożyły się w słowo, które rozczytałam jako „pozerka”, niestety nie mogła powiedzieć tego na głos. Zamiast tego wzniosła ręce do nieba i westchnęła ciężko, pragnąc pokazać, że ponad wszystkie cechy najbardziej brakuje jej ukochanej szczerości.
Ruszyliśmy w stronę kawiarni. Z daleka mogliśmy podziwiać mieniącą się w słońcu wieżę Eiffla, która robiła wrażenie swoją monumentalnością. Na ulicy było mnóstwo ludzi przepychających się pomiędzy sobą, wszyscy lgnęli do knajp na popołudniowy posiłek lub wracali właśnie z pracy. W głowie brzęczał mi nieznany język francuski – przed wyjazdem zapoznałam się z krótkimi rozmówkami, ale wiedziałam, że moja niedługa nauka nie przyniesie określonych skutków. Choć raz postanowiłam zdać się na inteligencję innych osób – oczywiście nie Nathiela, który znał tylko jeden język, z którego praktycznym użyciem miał nieraz problem. La bonne fee znakomicije władały francuskim – wspominały nam, że musiały się go uczyć w szkole i zdawały z niego naprawdę trudny egzamin.
Kawiarnia, do której weszliśmy nosiła nazwę Santé – Martha oznajmiła nam, że znaczy to po prostu „na zdrowie”. Wnętrze było kolorowe, ale urządzone z gustem, jego wygląd pasował do francuskich standardów estetyki. Na każdym wąskim stoliku podtrzymywanym przez blaszane, czarne pręty zakręcone w mistyczne kształty przypominające bluszczowe winorośle, stał wazon z czerwonymi różami. Zasiedliśmy przy jednym z nich. Nathiel zaczął oczywiście narzekać na szerokość tych dziwnych stołków, ale nie bardzo go słuchaliśmy.
Je n’en crois pas mes yeux! – zawołała ostentacyjnie odkrywczym głosem Alex, kładąc dłonie na policzki. Chciała przerwać narzekanie młodego łowcy i nawet jej się to udało.  – Croissanty z nadzieniem pomarańczowym. To ci heca – powiedziała z wrednym, triumfalnym uśmieszkiem.
Auvrey zmarszczył czoło i założył ręce na piersi. Zaczął mruczeć pod nosem jakieś mniej lub bardziej składne obelgi. Alexandra spojrzała na niego z przeuroczym i miłym uśmiechem. Przekręciła głowę w bok jak mała dziewczynka. To do niej nie pasowało, może dlatego wyglądała tak przerażająco.
Qu'est-ce que vous avez dit? – spytała.
Va te faire – mruknął złośliwie Nathiel.
Ja i Martha wyprostowałyśmy się zdumione, zaś Alex rzuciła się w stronę Nathiela z pięściami. Nie wiedziałam, co jej powiedział, ale na pewno nie było to miłe stwierdzenie. Auvrey wyglądał na dumnego z siebie. Podejrzewałam, że przypadkiem natknął się na jakieś internetowe, obraźliwe słownictwo, które planował wykorzystać dla potencjalnych, francuskich wrogów.
Gdy nasz wojujący duet się uspokoił, zamówiliśmy podwieczorek i zaczęliśmy dyskutować na temat misji. Słowem wstępu la bonne fee opowiedziały nam to, co wiedzą o Nivareth.
Martha uniosła filiżankę z herbatą do ust i zaczęła opowieść:
– Nigdy osobiście nie spotkałyśmy się z wiedźmą przekupstwa, za to taką okazję miała Madlene – opowiedziała, na co uniosłam brew. – To była część jej egzaminu. Miała przekonać wiedźmę, że zasługuje na bycie la bonne fee.
– Oczywiście nasza ciapowata Mad początkowo sobie z nią nie radziła, ale szybko odkryła, że z Nivareth trzeba postępować twardo i stanowczo – dokończyła za nią Alex. – Nie można dać się jej zwieść. Jest mistrzynią krętactwa i zawsze stara się osiągnąć swój cel. Często kusi ludzi władzą, miłością i innymi pierdołami, na których im zależy – mruknęła niechętnie. – Na pewno będzie próbowała zabrać nam dusze, bo to dla niej najwyższa cena, której oczywiście nie możemy poświęcić, inaczej byśmy nie żyły – powiedziała, wzruszając obojętnie ramionami.
– Nie musicie się martwić o rytuał – odezwała się Martha. – Wiedźma wezwie do siebie którąś z nas. Zazwyczaj nie nawiązuje kontaktu ze zwykłymi śmiertelnikami, a już na pewno nie z demonami.
Ciekawiła mnie jedna rzecz, o której la bonne fee nie napomknęły do tej pory.
– Czym chcecie ją przekupić? – spytałam, unosząc brew do góry.
Obydwie milczały. Wyglądały, jakby próbowały wyszukać we własnych głowach rozwiązania.
– Nie wiecie czym – westchnęłam, a one kiwnęły głowami.
– Pierwsze spotkanie z nią będzie typowo orientacyjne. Dowiemy się czego może od nas chcieć i co możemy dać jej w zamian. Nieraz sama na to nakierowuje – powiedziała Martha. – Oczywiście nie sprzedamy jej swoich dusz.
– A szkoda – mruknął pod nosem Nathiel, który właśnie zapychał usta croissantem z nadzieniem czekoladowym. Alex spojrzała na niego morderczym wzrokiem, ale tym razem jej nerwy nie zamieniły się we wściekle lawirującą pomiędzy krzesłami tarczę piłową.
Ufałam im. Nie byłam specem od magicznych rytuałów, dlatego zostawiałam to im.
Pozwoliłam czarodziejkom zagłębić się w rozmowę dotyczącą tego, co muszą przygotować do rytuału. Na sam koniec dowiedziałam się, że miejscem, w którym go wykonamy będzie kościół Notre Dame de l'Assomption. Cóż, wychodziło na to, że jednak Paryż zostanie przez nas zwiedzony. Przynajmniej po części. Na pewno będzie to magiczna wycieczka.
***
Na miejscu znaleźliśmy się równo o północy. La bonne fee dwie godziny starały się uzyskać zezwolenie na przeprowadzenie w tym miejscu czarodziejskiego rytuału – na szczęście były wysoce szanowane w tym kraju, dlatego ostatecznie im się udało. Notre Dame de l'Assomption było zastawione strażą, na wszelki wypadek, gdyby coś się miało wydarzyć, nie przewidywaliśmy jednak wybuchów i fajerwerków. Nikt z zewnątrz nie powinien odczuć tego, co tu wyprawialiśmy.
Zgodnie ze wskazówkami czarodziejek, rozsunęliśmy ławki na boki, tworząc potrzebną im do rozrysowania kręgu przestrzeń. Potem zapaliliśmy tyle świec, ile się dało, aby rozjaśnić tę ogromną katedrę. Następną godzinę zajęło im rysowanie ogromnego kręgu ze skomplikowanych wzorów. Byłam zdziwiona, że pamiętają jak ma wyglądać każda z tych linii. To świadczyło o tym, ze szkoła dla czarodziejek nie była miejscem, gdzie uczennice mogłyby się oddać lenistwu. Ich dzieciństwo musiało być przepełnione czarodziejską nauką – zresztą nie tylko, ponieważ do normalnej szkoły również musiały uczęszczać. Z tego co opowiadały – młode la bonne fee nie miały życia osobistego, zaczynały je dopiero wraz z ukończeniem szesnastego roku życia, kiedy przechodziły z powodzeniem przez egzamin końcowy.
Gdy biały krąg został ukończony, musieliśmy wraz z Nathielem oddalić się od niego na taką odległość, aby przypadkiem go nie naruszyć. Nie mogliśmy w końcu uczestniczyć w rytuale. To było zadanie czarodziejek, my je tylko wspierałyśmy swoją siłą mentalną i fizyczną.
Zostaliśmy już ostrzeżeni przed tym, że przynajmniej jedna z czarodziejek padnie na ziemię omdlała – będzie to oznaczało, że znalazła się w świecie Nivareth, która przeprowadzi z nimi przetarg. Nic nie powinno im grozić, dlatego naszym jednym zadaniem było pilnowanie ciała jednej z nich i chronienie kręgu, który nie mógł zostać przerwany.
Martha i Alex stanęły w środku swojego błyszczącego bielą dzieła i posłały nam znaczące spojrzenia. Skinęłam głową, chcąc dodać im otuchy. Ramionami objęłam zmarznięte ciało.
La bonne fee chwyciły się za ręce i przymknęły powieki. Obróciły się w stronę ołtarza, aby wypełnić jeden z warunków rytuału – musiały być skierowane w stronę świętego miejsca (które swoją drogą Nivareth mogła zbezcześcić – czarodziejki mocno musiały nakłamać tutejszych mnichów. Gdyby się dowiedzieli o naszym zamiarze, na pewno nie daliby nam przepustki).
Herbaciana i płomienna czarodziejka zaczęły szeptać monotonnym głosem francuskie zaklęcie. Wypowiadały je szybko i z dziwnym wyćwiczeniem. Wyglądały jakby robiły to na co dzień, a przecież nie robiły, prawda? Może ich recytowanie było jakimś chwilowym natchnieniem przez siły boskie. Nie było możliwe, aby każda z nich mówiła tak czysto, bez zawahania.
Przez kilka minut nie było widać żadnego efektu. W końcu jednak krąg zaczął rozświetlać mroki świątyni. Nie spodziewałam się, że blask będzie tak potężny i nagły. Musiałam zakryć dłońmi oczy. Machinalnie wykonałam krok w tył przez co wpadłam na jedną z ławek, a potem upadłam na chłodną posadzkę. Przez dziwną chwilę miałam wrażenie, że nie mogę się poruszyć, co było dziwnym doznaniem. Myślałam, że to po prostu efekt zbyt mocnego zaklęcia. Chyba się nie myliłam. Rażące światło zdawało się wręcz pożerać moje ciało. A co, jeśli rytuał został źle przeprowadzony? Martha i Alex wspominały, że coś może nie pójść, a skutki takich nieudanych prób bywają ciężkie.
Gdzieś w tle usłyszałam Nathiela wykrzykującego moje imię, zupełnie jakby coś się stało. Potem wszystko nagle umilkło, a światło zniknęło w mroku. Oszołomiona tymi doznaniami otworzyłam gwałtownie oczy.
Nie spodziewałam się tego, co ujrzałam przed sobą.
Nie byłam już w Notre Dame de l'Assomption. Stałam na szczycie najwyższej wieży we Francji i wgapiałam się w pogrążone w nocnym uśpieniu miasto. Zewsząd oświetlały mnie reflektory.
Przerażona uchwyciłam się stalowej konstrukcji i przylgnęłam do niej tak mocno, że nawet wiatr nie był w stanie mnie z niej zepchnąć – a muszę przyznać, że wiał dziś niesamowicie mocno.
Początkowo nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam zaskoczona takim obrotem spraw. Wmawiałam sobie, że to tylko głupi, dziwnie realistyczny sen, który za chwilę odejdzie w niepamięć mojego umysłu, z drugiej strony czułam, że ta sytuacjia nie jest wyłącznie wymysłem mojej wyobraźni. Tylko jak mogłam znaleźć się na wieży Eiffla w tak krótkim czasie i to bez żadnego wysiłku? Odpowiedzią na moje pytanie była stojąca na krawędzi wieży kobieta, której złociste szaty falowały na wietrze.
Nieznajoma spojrzała na mnie kątem oka i miękkim, głębokim głosem zapytała:
– Przyszłaś się targować?
Przełknęłam ślinę z wiedzą, że nie mam innego wyboru.
– Tak.

1 komentarz:

  1. Tak myślałam ;). Może odda połowę swojej mocy? Albo ludzką połówkę. Ale raczej połowę mocy, której i tak musi się pozbyć.

    OdpowiedzUsuń