niedziela, 9 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 32 - "Historia czarodziejek"

     Trochę ten rozdział słaby, trochę o niczym. Jest to spowodowane moim dednięciem, bo cudem siedzę jeszcze przed lapkiem i piszę. Przed chwilą znalazłam w swoim tekście zdanie "tortem na wisience było", więc to już znak. Następnym razem będzie lepiej. Następnym razem będę mieć mniej rzeczy do zrobienia. Ooo tak. Wybacz mi Lauriel za zdechłe potraktowanie waszego małżeństwa. No, a za tydzień PARYŻ!
***
Zgodnie z przewidywaniami Calanthe, obawy powróciły we władanie mocy wiedźm. Nie pomagały już żadne rytuały czarodziejek – zaklęcie stało się zbyt silne, aby z nim walczyć. Spokój i ład minęły, a po słońcu znowu wyszła burza.
Nie wszyscy radzili sobie z trzymaniem swojego strachu na wodzy. To pokazało nam, kto choruje na nieuleczalny lęk. Nawet jeżeli ktoś chciał ukryć swoje uczucia, nie był w stanie tego zrobić. Stres samoczynnie wywoływał reakcję urzeczywistniania obaw.
Ethan nie wychodził ze swojego pokoju od kilku dni. Pił do upadłego. Próbowaliśmy go przed tym powstrzymać, ale zawsze znalazł sposób na przygarnięcie wódki do piersi. Nie golił się, nie kąpał i znów był zatraconym we własnym bólu mężczyzną, który nie może przestać myśleć o swojej dawnej miłości.
Dużym zaskoczeniem była dla nas sama Andi. Musieliśmy jej pilnować, bo jak się okazało – bała się, że ktoś może ją zabić. Wielokrotnie w ciągu ostatnich dni, demony próbowały włamać się do organizacji Nox i pozbawić ją życia, na szczęście w pobliżu zawsze był Alec, który starał się trzymywać swoje obawy na wodzy.
Alex miała wielką traumę, jeżeli chodziło o niedźwiedzie. Kiedy byśmy jej nie spotykali, towarzyszył jej wielki i włochaty miś. Nigdy nie robił jej krzywdy, po prostu ją śledził. Czarodziejka była już na skraju wytrzymałości. Mówiła, że nawet zamykając się na klucz, budziła się nad ranem z niedźwiedziem w łóżku.
To były tylko niektóre z reakcji, nie wspomniałam o milionach innych przypadków, które zaskakiwały nas swoją niecodziennością. Amy bała się na przykład, że obudzi się z pomarszczoną i starą twarzą (efektu można było się domyślić), Sorathiel niepokoił się tym, że będzie złym przywódcą, przez co ostatnio popełniał wiele błędów, Martha była przepłniona lękiem, który zamykał jej wszystkie sklepy z herbatą w okolicy, jeden z nowszych członków o imieniu Drake, panicznie bał się koloru różowego, inny tego, że wyłysieje, jeszcze inny swojej teściowej, tylko kilku nielicznym osobom udawało się utrzymać spokój – do tego grona należał Nathiel, który był zbyt głupi na to, aby się bać, Aren, który bez problemu władał sztuką chłodnego opanowania oraz ja, szczególny przypadek. Tak naprawdę bałam się wielu rzeczy, ale żadna z moich obaw nie urzeczywistniała się. Teorii na ten temat było wiele – czarodziejki twierdziły, że mogła to być wina mojego zbyt ogólnego strachu przez co nie szedł w jednym, określonym kierunku, Sorathiel wysnuł teorię, że moje lęki nie były na tyle silne, aby przerodziły się w rzeczywistość, Nathiel uznał, że mam ukryte moce i jestem „jakaś inna”. Nie musiałam znać dokładnego powodu, wystarczył mi fakt, że mój strach nie był dla nikogo zagrożeniem.
Organizacja Nox zamieniła się w centrum psychologiczne. Rozmawialiśmy o swoich lękach na głos i staraliśmy się im zaradzić, wiedzieliśmy jednak, że nie może być tak w nieskończoność. Strach był rzeczą ludzką i codzienną, chcieliśmy żyć swobodnie, bez sztucznych prób kontrolowania swojego umysłu, bez zamartwiania się o dzień jutrzejszy. La bonne fee nie potrafiły samodzielnie przerwać zaklęcia wiedźm, nie potrafiła im również pomóc czarodziejska Rada – w końcu nie mogli parać się czarną magią, a biała służyła tylko dobru i miała mniejszą siłę przebicia – jedynym rozwiązaniem była podróż do miejsca, gdzie narodziły się czarodziejki. Do Paryża.
Misja nie wymagała wielu osób. Miała trwać kilka dni. Bilety zostały już wykupione, a podróż miała odbyć się jutro wczesnym rankiem. Osobami, które zostały do niej powołane były dwie la bonne fee – Martha oraz Alex, które miały nas wesprzeć swoimi mocami oraz kontrolować sytuację, oraz ja i Nathiel jako obstawa czarodziejek. Nie była to groźna misja, może jedynie trudna, ponieważ nie wiedzieliśmy jak się potoczy. Wszystko było jedną wielką niewiadomą.
Ułożyłam wygodnie starą księgę na kolanach i przerzuciłam kilka stron do przodu. Czarodziejki pożyczyły mi Historię La bonne fee przez wieki, abym lepiej mogła wczuć się w nadchodzącą misję. Nie musiałam tego robić, moje zapoznanie się z historią la bonne fee było tak naprawdę zbędne, robiłam to raczej z czystej ciekawości. Nie lubiłam iść w nieznane, poza tym ciekawiły mnie pierwsze la bonne fee, które współczesna część czarodziejek tak bardzo podziwiała. Poza tym istniała szansa, że podczas czytania wpadłoby mi do głowy rozwiązanie dotyczące rytuału – aby go wypełnić, czarodziejki musiały przywołać złą wiedźmę, będącą niegdyś jedną z Czterech Wielkich Czarodziejek. W zamian za odwrócenie złego uroku musiały jej coś podarować.
Kiedy natrafiłam na rozdział zatytułowany Początek – historia Czterech Wielkich Czarodziejek, zaczęłam czytanie. Opowieść, która była tam zawarta początkowo mocno nużyła – opisywano czasy średniowiecza, kiedy ludzi uzdolnionych magicznie palono na stosie, mówiono również o tym, że czarodziejki nie były pierwszymi osobami, które zaczęły stosować magię, były po prostu pierwszymi osobami, które urządziły wielką, magiczną rewolucję i zmieniły światopogląd Paryżan na kwestię czarów. Zaczęły także prowadzić pierwsze szkolenia z zakresu magii. Były doradczyniami ówczesnej władzy i z pomocą zaklęć starały się rozwiązywać najgorsze problemy dotykające społeczeństwo. Nazwa „la bonne fee” wywodziła się od pierwszej grupy dziewcząt, które zostały wyłonione wśród francuskiej społeczności po to, aby odpowiednio je przeszkolić i uczynić z nich następczynie Wielkiej Rady Magicznej (bo tak najpierw nazywano pierwsze czarodziejki). „La bonne fee” było początkowo określeniem na uczennicę, potem przyjęło się w społeczności jako nazwa ogółu dziewcząt parających się magią. We Francji nie istnieli mężczyźni, którzy używali czarów, w XXI w. zbadano to zjawisko, a potem uznano, że uzdolnione magicznie dziewczęta posiadają w sobie specjalny gen, zwany przez tamtejszych naukowców „le sortilège du gène”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało „gen czaru”.
Początkowo la bonne fee nie mogły rozmnażać się z mężczyznami z innych państw – był to jeden z silnych zakazów ustalonych przez pierwsze czarodziejki. Nie mogli być to również mężczyźni z niższych sfer – bycie czarodziejką było królewskim przywilejem.
Cztery Wielkie Czarodziejki były arystokratkami, a przy okazji siostrami. Niewiadome jest jak odkryły swoje magiczne zdolności, ale niewątpliwie stały się potężne – wymyśliły wiele zaklęć, które służą czarodziejkom do dnia dzisiejszego, pomagają również swoim popleczniczkom z zaświatów.
Podniosłam wzrok znad książki i spojrzałam w stronę kołdry, która zaczęła powoli zsuwać się z moich nóg. Wiedziałam kto do mnie zawitał. Nate był cichym dzieckiem, zawsze pojawiał się znienacka. Dzisiaj również nie usłyszałam, że wchodzi do pokoju.
– Mamo – odezwał się uroczym, cieniutkim głosem. Zacisnął piąstkę na kołdrze, jakby bał się mnie o coś spytać. – Nie mogę spać. Poczytasz mi bajkę?
Westchnęłam cicho, ale nie dałam po sobie poznać, że jestem zawiedziona przerwaną lekturą. Poklepałam wolne miejsce obok siebie z zachęcającym uśmiechem. Bycie rodzicem było w końcu obowiązkiem, nie tylko zabawą.
Nate wdrapał się na łóżko i poczłapał po kołdrze prosto do mojego ramienia. Przytulił się do matczynego łokcia i spojrzał w księgę, którą przed sobą trzymałam. Zamierzałam ją odłożyć i wziąć ulubioną bajkę bliźniaków opowiadającą historię Jasia i Małgosi, która leżała na szafce nocnej, ale Nate chwycił mnie za rękę. Chyba coś go zaciekawiło.
– Co to za rysunek, mamo? – spytał, wskazując palcem na mistyczne postacie przedstawiające Cztery Wielkie Czarodziejki, które otoczone były dziwnymi zawijasami, najprawdopodobniej przedstawiającym ich moce.
– Czarodziejki – odpowiedziałam spokojnie.
– Takie jak ciocie czarodziejki? – Przekręcił głowę w bok z zainteresowaniem. Mówił tak na Alex, Marthę, Patricię i Madlene tylko dlatego, że Aura tak się do nich zwracała. W przeciwieństwie do swojej siostry pamiętał imię każdej z nich i w ich obecności starał się zwracać do dziewcząt mniej ogólnikowo.
Pokiwałam głową.
– A dlaczego? – Jeżeli miałabym wybrać jedno z moich dzieci, które wykazywało się największym zainteresowaniem świata, to na pewno byłby to Nate. Może to kwestia tego, że w Reverentii nikt nie odpowiadał na jego pytania.
– Jutro czeka nas misja, dlatego przyda mi się znajomość historii cioci czarodziejek – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Niedawno odkryłam, że warto mówić dzieciom prawdę, oczywiście nie wtedy, kiedy w dogłębny sposób chcą się dowiedzieć jak powstają dzieci, bo samo tłumaczenie, że rodzice się kochają, a potem dziecko rośnie w brzuchu i w pewnym momencie się z niego wydostaje, nie było dla nich satysfakcjonujące. Na szczęście zdołałam naprostować ich wiedzę, póki Nathiel rozwinął swoją historię na temat latających, demonicznych bocianów.
– Poczytasz mi o nich? – spytał uradowany tym faktem Nate. Patrzył na mnie świetlistymi, zielonymi oczami pełnymi zapału i energii. Miał odrobinę roztrzepane włosy, co czyniło go jeszcze podobniejszym do Nathiela – na szczęście nie zapowiadało się na to, żeby odziedziczył po nim charakter.
– To nudna historia, Nate.
– Ale ja chcę! Lubię takie! – powiedział ożywiony, podskakując na łóżku. Jego niebieska piżama w misie przechyliła się na prawe ramię.
– Dobrze – westchnęłam z udręką. Nie sądziłam, że ta historia przypadnie mu do gustu, była pełna zawiłości, dat i mało interesujących faktów, ale skoro tego chciał, nie będę mu tego zabraniać. Miałam tylko nadzieję, że po drodze nie znajdą się opisy niecenzuralnych czynów czarodziejek.
Mój syn przecisnął się pod moim ramieniem i położył głowę na moim brzuchu. Z wyczekiwaniem wpatrywał się w księgę, którą wciąż trzymałam otwartą na tej samej stronie. Nie miałam wyboru jak po prostu zacząć czytać jej treść na głos. Przeleciałam wzrokiem nudniejsze fragmenty tyczące się wprowadzenia i doszłam do samej opowieści o pierwszych czarodziejkach.
– Pierwsze czarodziejki należały do rodziny Lawallete’ów – ominęłam kilka niepotrzebnych informacji tyczących się rodziny la bonne fee i przeszłam do sedna. – Pierwsza, najstarsza z sióstr nazywała się Marisel, władała magią ognia. Druga w kolejności była Livianne stosująca magię ziemi, trzecia, Vivien, używała magii wody, ostatnia, najmłodsza z sióstr – Nivareth, miała władzę nad wiatrem. Mówi się, że doczesne moce czarodziejek wywodzą się od podstawowej magii żywiołów, którą parały się Cztery Wielkie Czarodziejki. Różne połączenia genów sprawiły, że z czasem moce la bonne fee zaczęły nabierać nowych właściwości, wówczas utworzyły się dwie podstawowe kategorie czarów: mentalne oraz fizyczne. – Umilkłam na chwilę, aby znów dokonać selekcji informacji. Kątem oka spoglądałam na szczerze zainteresowanego syna. – Każda z doczesnych czarodziejek ma swoją własną przodkinię, do której w razie problemów może się zwrócić o pomoc, Wielkie Czarodziejki ustaliły jednak limit kontaktu. Trzy z nich można spotkać tylko trzy razy w ciągu swojego życia, inną zasadę przyjęła zaś najmłodsza z sióstr – Nivareth. Bez względu na linię genetyczną, z której wywodzi się dana la bonne fee, Nivareth przyjmuje do siebie każdego, bez ograniczeń ilościowych. Wadą tych spotkań jest jednak to, że Nivareth oczekuje w zamian więcej, niż można się tego spodziewać. Przeprowadza pomiędzy swoimi losowymi kontrahentami handel, który w świetle prawa la bonne fee nie jest zakazany. – Zaczynało robić się ciekawie. Pominęłam sposób, w jaki można kontaktować się z resztą czarodziejek, od razu przeskoczyłam do niebezpiecznego obiektu naszej misji. – Nivareth jest zwana wiedźmą przekupstwa. To pierwsza z czarodziejek, która zapoczątkowała ród złych la bonne fee, stosujących zakazaną, potężną magię. Powód nagłej przemiany Nivareth nie jest do końca znany – uśmiechnęłam się pod nosem. Czarodziejki mi o tym wspominały. Jedyną osobą, która miała styczność z samą wiedźmą przekupstwa była Madlene, co związane było z jej egzaminem końcowym szkoły dla czarodziejek.
 Nie pisano o tym w księgach, ale Nivareth została wiedźmą z powodu buntu. Na szczęście śpiewająca czarodziejka dołączyła notę dotyczącą swojej przodkini – przykleiła ją w miejsce, gdzie była o niej mowa, pragnąc uzupełnić informacje. Jej pismo było odrobinę koślawe, ale na szczęście udało mi się je odczytać. 
– Początkowo zasady Wielkiej Czwórki mówiły o tym, że nie można zawierać żadnego związku z mężczyzną, a szczególnie zakładać z nimi rodziny. Nivareth złamała ten zakaz. Jej ukochanego wywodzącego się z prostej warstwy ludności zabito, podobnie jak nienarodzone jeszcze dziecko, któremu miał przekazać geny. Nivareth długo więziono w lochach, częściowo pieczętując jej moce. Wiedźma przekupstwa uwolniła się spod mocy swoich sióstr tylko dlatego, że zastosowała czarną magię – od nocy, kiedy uciekła, stosowała już tylko i wyłącznie ją, mówi się, że oddała wówczas swoje serce samemu diabłu.
Po zniknięciu Nivareth, trzy czarodziejki dla bezpieczeństwa zmieniły zasady odnoszące się do zawierania związków z mężczyznami. To dzięki temu dzisiaj istniejemy. – Popatrzyłam na końcowy skrawek starej notki i uśmiechnęłam się. Na dole widniał wielki, czerwony napis, który został niedbale zakreślony niebieskim długopisem. Mówił: „MAD JEST ZAKOCHANA W TYM BLONDASIE, Z KTÓRYM SIEDZI NA ANGIELSKIM (AREN CZY KTOŚ)”. Zapewne napisała to któraś z przyjaciółek Madlene.
Spojrzałam na Nate’a, który wciąż miał szeroko rozwarte oczy i wsłuchiwał się w moją historię. Zdziwiłam się. Myślałam, że już zasnął. Sama zapomniałam o tym, że czytam mu opowieść, która nie jest do końca przeznaczona dla dzieci.
– Nie wolno zabijać, prawda? – spytał z powagą Nate, podnosząc głowę do góry. Zgarnęłam mu włosy z czoła i uśmiechnęłam się z ulgą.
– Oczywiście, że nie wolno.
– Te panie czarodziejki nie powinny tak robić siostrze, prawda? – zapytał z jeszcze większą powagą.
– Masz rację – odpowiedziałam.
– Ja tak nie zrobię Aurze i Calii – powiedział szybko i wyprostował się jak dumny, ale wciąż niedorosły mężczyzna. – Braciszkowie powinni bronić siostrzyczki, prawda?
– Prawda. – Z trudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem. Był taki uroczy, kiedy mówił o tym z pełną powagą. Naprawdę musiał kochać swoje siostry. Cieszyłam się, że nie miał problemu z nauczeniem się tego, co to miłość. Może jego oswajanie zajęło kilka dobrych miesięcy, ale na szczęście dzieci szybko się przywiązują, nieważne czy są małymi demonami, czy ludźmi.
Nate ziewnął i ułożył się wygodniej na moich kolanach. Małym palcem zaczął wodzić po rysunku jednej z czarodziejek, która dzierżyła miecz. Z treści wywnioskowałam, że chodziło o inscenizację wojny Wielkich Czarodziejek. Nivareth zorganizowała wojsko składające się ze złych mocy i ruszyła przeciwko swoim siostrom. Została zabita przez najstarszą z nich, ale zdążyła rzucić na wszystkie trzy klątwy, których nie mogły cofnąć. Najdłużej żyła Marisel, która umarła na gruźlicę rok później. Jak widać, magia niewiele wtedy pomagała, jeżeli chodziło o choroby. Zielarstwo i lecznictwo rozwinęło się w następnej epoce.
Mój syn zastygł z palcem na obrazku i usnął z głową opartą o książkę. Myślałam, że będzie żądał dalszej części historii, ale jak widać – zmęczenie wygrało. Chwyciłam go delikatnie pod pachy i przeniosłam na miejsce obok siebie. Przykryłam go miękką kołdrą po samą szyję. Historyczną księgę zamknęłam po cichu i odłożyłam na szafkę nocną.
Od dłuższego czasu po domu kręcił się Nathiel, który zapewne wrócił z nocnej misji. Wiedziałam, że to koniec lektury. Jutro musieliśmy wcześniej wstać, wylatywaliśmy o szóstej rano.
Mój mąż wkroczył dziarsko do pokoju i przeciągnął się leniwie. Najpierw zrzucił z siebie koszulkę, potem spodnie, a na koniec uśmiechnął się w uroczy sposób, jakby czegoś ode mnie oczekiwał. Wskazałam palcem na Nate’a, który zapewnił mi ochronę na dzisiejszą noc. Z trudem powstrzymałam się od wrednego uśmieszku.
– Serio? – spytał zawiedziony Nathiel. – Przecież to już któryś raz w tym tygodniu. – Podszedł do łóżka, usiadł na jego krańcu i przewrócił oczami.
Wzruszyłam ramionami.
– Przyzwyczaj się w końcu do tego, że jesteś ojcem. – Spojrzałam na niego ukradkiem i tym razem nie powstrzymałam chytrego uśmieszku. Nathiel to dostrzegł, bo zmarszczył obrażony czoło i założył ręce na piersi. Już chciał mi odparować, kiedy Nate przewrócił się przez sen na jego stronę i przytulił się do jego nogi z błogim uśmieszkiem. To sprawiło, że jego irytacja uciekła. Uśmiechnął się jak najdumniejszy ojciec na świecie i pogłaskał swojego syna po głowie.
Może Nathiel nie był najidealniejszym ojcem, może wciąż nie dojrzał do bycia nim i popełniał wiele błędów wychowawczych, ale jednak kochał bliźniaki i Calanthię z całego serca. To właśnie czyniło z niego prawdziwego ojca. Gdyby musiał, bez chwili namysłu poświęciłby za nich życie.
– Dzisiaj mu wybaczę – zaszczebiotał Auvrey. – W końcu to mój syn. Na dodatek wygląda tak jak ja, a ktoś kto wygląda tak jak ja, nie może być zły. Wyrośnie z niego niezły przystojniak – wyszczerzył się w moją stronę.
Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, ale i rozbawieniem.
– Kładź się spać, Nathiel. Jutro wcześniej musimy wstać.
Auvrey przewrócił oczami i rzucił się plecami na łóżko. Przez chwilę wyglądał, jakby głęboko nad czymś rozmyślał. Odwróciłam się od niego tylko na moment, żeby wypić wodę, którą wcześniej nalałam do szklanki. Nie sądziłam, że wypluję ją całą, kiedy usłyszę to, co ma mi do powiedzenia.
– Co myślisz o jeszcze jednym dziecku?
Otarłam usta i spojrzałam na niego ze zgrozą.
– Myślę, że trójka to i tak duża liczba – mruknęłam.
– No ale Soriel powiedział, że będzie miał całą drużynę – odpowiedział, robiąc z ust obrażony dzióbek. – Nie mogę być gorszy od niego.
– Czy wy macie jakąś auvreyowską manię na bycie lepszym od siebie w każdej sytuacji? – spytałam, unosząc brew do góry.
– Nie w każdej – prychnął. – Nie kłócimy się na przykład o to kto jest przystojniejszy, bo obydwoje wiemy, że ja. – Nathiel wypiął dumnie pierś i puścił mi zalotne oczko.
Przewróciłam oczami i jeszcze raz nalałam wody do szklanki. Niestety na większość podrywów Auvreya musiałam być odporna. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak potrafi zawrócić komuś w głowie. W końcu od dawna podrywał dziewczyny na swój wygląd (z inteligencją wychodziło mu raczej słabo). Gdybym była bardziej podatna na jego wpływy, już dawno mielibyśmy w domu co najmniej sześcioro dzieci i pięć kotów. Ktoś musiał być w tym związku rozsądniejszy, padło na mnie.
Napiłam się wody, odłożyłam szklankę i bez słowa zgasiłam lampkę nocną. Już miałam kłaść się do łóżka i przykrywać kołdrą, gdy usłyszałam tupot dwóch par małych stóp. Dostawa dzieci przyniosła ze sobą głośne piski przerażenia.
– Potwoly spod łóżka! – krzyknęła Aura, wskakując na posłanie. Z prędkością światła ukryła się pod poduszką. Zaraz za nią z cichym pochlipywaniem trafiła do nas Calanthia. Była bliżej Nathiela, dlatego to do niego się najpierw przytuliła.
– Tam stlasy! Nie cem spać z potwolami! – pisnęła.
– Ale spanie z potworami nie jest takie złe – odpowiedział spokojnie Nathiel. – Ja z jednym z nich śpię na co dzień – powiedział ciszej, chichocząc się jak chochlik.
Przybrałam pokerową minę, a potem rzuciłam Auvreya poduszką w twarz. 
Będzie coś chciał. Z pewnością mu tego nie dam i to przez najbliższe dwa miesiące.
Ułożyłam się na poduszce i zamknęłam oczy. Poczułam, że do moich pleców tuli się Aura. Nie protestowałam, w końcu to dziecko, na dodatek moje. Do małych bladych rączek z czasem dołączyły kolejne i tak oto po minucie byłam oblegana przez las rodzinnych rąk. Wisienką na torcie były dłonie Nathiela, które wyskoczyły ponad wzgórza zbudowane z poduszek i głów dzieci – zaczął bawić się moimi włosami.
– Wiesz, że żartowałem, nie? – spytał szeptem.
– Uhum – mruknęłam od niechcenia.
– Odwrócisz się w moją stronę?
– Nie.
Zamknęłam powieki i starałam się zasnąć, nie zwracając uwagi na mojego męża, który usilnie starał się zwrócić na siebie uwagę. Czasem mocniej pociągnął mnie za włosy, szczypnął w polik lub mruknął jakieś czułe słówko na ucho. Ignorowałam go. Starałam się skupić na oddźwiękach dochodzących zza okna. Już pohukiwanie sowy i cykające świerszcze były ciekawsze niż to, co wyprawiał Nathiel. Może zmieniłam się przez te wszystkie lata, ale wciąż miałam problem z przebaczaniem. Skoro w jego oczach byłam potworem to nim pozostanę.
Wszystkie dźwięki dochodzące z dworu i ciche pochrapywanie dzieci nagle umilkło. Zaniepokojona otworzyłam jedno oko. W powietrzu unosiły się świecące drobinki przypominające śnieg. Obróciłam się gwałtownie w stronę Nathiela – wtedy zostałam zaskoczona nagłym pocałunkiem prosto w usta. Zamrugałam oczami nie wiedząc jak na to zareagować. Nie wiedziałam po co Auvrey wstrzymał czas, ale w żaden sposób mi to nie przeszkadzało.
– Jesteś najładniejszym potworem jakiego w życiu widziałem – szepnął Nathiel. Odsunął się ode mnie na niewielką odległość i szczerze uśmiechnął. Tym razem nie stroił sobie żartów. To oczywiście nie zmieni faktu, że wciąż był mało romantyczny. Dalej nazywał mnie potworem.
– Postaraj się bardziej – mruknęłam, nie spuszczając z niego oczu.
– Masz najbledsze, ale najseksowniejsze nogi pod słońcem – powiedział iście uwodzicielskim głosem, unosząc palcem wskazującym mój podbródek do góry. W jego oczach lśniły łobuzerskie iskierki.
– Nie przekonujesz mnie – odpowiedziałam, marszcząc czoło.
– Masz najcudowniejszego męża na świecie. Inny nie prawiłby ci takich komplementów. – Nathiel zatrzepotał rzęsami.
Przewróciłam oczami, zabrałam jego rękę ze swojej twarzy i powróciłam na swoje dawne miejsce, ponownie obracając się do niego plecami. Nie miałam nastroju na nocne przekomarzanie. Chciałam iść już spać.
Zacisnęłam mocno powieki.
– Laura – usłyszałam za plecami.
– Co znowu? – mruknęłam od niechcenia.
– Kocham cię.
Uśmiechnęłam się mimiowolnie pod nosem.
Tak, musiałam przyznać, że byłam słaba. Wystarczyły zaledwie dwa dobrze mi znane z ust Nathiela słowa, żebym przestała się gniewać. Podobało mi się, kiedy to mówił. To wyznanie zawsze brzmiało w jego ustach szczerze. Wymawiał je w taki sposób, w jaki nie wymawiał żadnych innych słów. A najlepsze w tym było to, że były przeznaczone tylko dla mnie.
– Ja ciebie też, Nathiel.

1 komentarz:

  1. Kilka dni czytałam twojego bloga, aż doczytałam!
    Merde. Teraz muszę czekać tydzień na kolejny rozdział. Przy pierwszych rozdziałach było ciężko, ale teraz z górki, zupełnie jakbym wzięła książkę z biblioteki i czytała.
    Spieszmy się czytać. Tak szybko wydają i każą usuwać online... ;)

    OdpowiedzUsuń