niedziela, 2 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 31 - "Ład i spokój"

Cóż, niby mam wakacje i wolne, a jednak za pisanie zabieram się w niedzielę. Przez pierwszy miesiąc wolnego nigdy nie mogę się wkręcić i w czytanie książek i w pisanie opowiadań. Mam nadzieję, że tym razem minie mi to szybciej, bo pisać wszystko na ostatnią chwilę nie jest dobrze! Także ten... niedźwiedzie i te sprawy. 
***
– Ze wszystkich cech na świecie musiałaś przejąć po mnie akurat tę?
W powietrzu unosił się dym z papierosów. Doskonale go znałam, choć nigdy nie paliłam. Kojarzył mi się z poczuciem bezpieczeństwa i bliskości tylko dlatego, że paliła je moja matka. Szybko stało się dla mnie jasne, gdzie się w tym momencie znajduję.
Otworzyłam oczy. Natychmiastowo uderzył mnie jaskrawy błękit nieba. Pod moimi powiekami pojawiły się łzy. Musiałam przysłonić twarz dłońmi, żeby ochronić się przed kolejną dawką boleści. Nie znosiłam gwałtownego przebudzenia z ciemności wprost do słonecznej, cukierkowej krainy, która wrzynała się kolorami w moje tęczówki.
Usiadłam i otarłam łzy.
– O jakiej cesze mówisz? – spytałam spokojnie, spoglądając w bok.
Calanthe opierała się o drzewo i patrzyła przed siebie, jakby nad czymś głęboko rozmyślała. Była jedynym czarnym elementem w tym sennym, pastelowym świecie. Już dawno nie widziałam jej w czarnym płaszczu. Ostatni raz przed jej śmiercią. Ten strój przywoływał wspomnienia. Już zdążyłam zapomnieć o tym, jak jednego dnia poznałam ojca i matkę, którzy kompletnie mnie ignorowali, bo bardziej interesowała ich walka. 
– Jesteś ryzykantką – odpowiedziała, uśmiechając się do mnie ukradkiem. – Czyżbyś chciała do mnie dołączyć? – spytała, unosząc brew do góry. Dopiero teraz zwróciła ku mnie głowę. Nie wyglądała, jakby żartowała. Teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominała mi surową matkę, która chce skarcić swoje dziecko.
– Wiem co robię – mruknęłam w odpowiedzi. – Poza tym nie mam nic przeciwko częstszym widywaniu ciebie.
Calanthe poddała się, co nie było w jej stylu. Jeszcze bardziej nie w jej stylu była ta dziwna łagodność, która wstąpiła na jej twarz. Wystarczyło jedno zdanie. Zazwyczaj nie pomagała nawet batalia słowna trwająca godzinę. 
Zaczęło mnie zastanawiać, czy żyjąc w sennym świecie mogła odczuwać niepokój. Nathiel wspominał kiedyś, że nas obserwuje, więc nie miałam wątpliwości co do tego, że wie co się u nas dzieje. Może właśnie to było powodem jej niewypowiedzianych zmartwień?
– Ile czasu tu jestem? – spytałam, pocierając obolałą głowę.
– Dwa dni. – Calanthe znów przybrała swoją zwyczajową chłodną minę. Zapaliła kolejnego papierosa i wciągnęła potężny kłąb dymu w płuca. Cóż, palenie po śmierci miało swoje zalety. Nawet gdyby zachorowała na raka, nie umarłaby po raz drugi. 
– Wiesz co się działo w tym czasie w moim świecie? – Spojrzałam na nią uważnie.
– Chyba nie zwątpiłaś w to, że jestem dobrą obserwatorką? – zapytała, unosząc brew do góry. Wymieniłyśmy znaczące uśmiechy, co wystarczyło jako odpowiedź. Wraz z upływającymi latami zaczynałam sądzić, że mam z Calanthe o wiele więcej wspólnego niż na samym początku naszej znajomości. Często rozumiałyśmy się bez słów, nawet jeżeli naprawdę rzadko się widywałyśmy.
Dym z papierosa powędrował ku niebu. 
– Demony dostały zezwolenie na przebywanie w świecie ludzi. Musiały złożyć przysięgę krwi i obiecać, że nie zaszkodzą ludziom, oczywiście w razie potrzeby mogą się bronić, ale spożywanie energii jest dla nich kategorycznie zabronione – opowiedziała. – Jedna z czarodziejek ma z nimi utrzymywać przez jakiś czas kontakt psychiczny, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie łamią zasad. – Zrobiła przerwę i zaciągnęła się dwa razy papierosem. Chciałam jej powiedzieć, żeby to rzuciła, ale skoro to była jedna z niewielu jej radości po śmierci, nie chciałam w to ingerować. Ponoć niewiele ciekawych rzeczy działo się w sennym świecie.
– Soriel Auvrey znajduje się obecnie w domu Patricii Finch – kontynuowała. – Obydwoje odzyskali już siły. Na zmianę przychodzą do nich la bonne fee. Wychodzi na to, że szykuje się uroczy związek demona z czarodziejką, obydwoje są obrzydliwie słodcy z tymi swoimi planami na przyszłość dotyczącymi rodziny – mruknęła i skrzywiła się znacząco.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kto by pomyślał, że po tylu porażkach w końcu ze sobą będą? Patricia musiała być naprawdę wytrwała i uparta. Wychowała sobie jednego z najniesforniejszych demonów. 
– Co może cię zaskoczyć, nawet twój mąż ich odwiedził. – Spojrzała na mnie ukradkiem, jakby chciała wyczytać z mojej twarzy, co na ten temat sądzę. Rzeczywiście, byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Nathiel złoży osobistą wizytę swojemu bratu. Myślałam, że wciąż będzie grał nienawidzącego brata. – Nie ciesz się jeszcze – powiedziała Calanthe. – Soriel podziękował Nathielowi za ratunek i powiedział, cytując: „uratuję ci dupę, kiedy będziesz tego potrzebował”. Potem pochwalił się, że kiedy będzie brał ślub to nie uczyni go swoim świadkiem, bo wciąż ma go za gnojka. Dostał z pięści w nos. Tak skończyło się spotkanie braci Auvrey, potem czarodziejki musiały ich odciągać siłą. 
Czyli jedyna zmiana, która w nich nastąpiła to taka, że nie chcą siebie nawzajem pozabijać – teraz chcą się tylko porządnie obtłuc.
Tym razem dym z papierosa powędrował w moją stronę. Odgoniłam go ręką z poirytowaniem.
– Sapphire Farris przebywa obecnie u Deana Hanleya, co nie jest chyba niczym nowym i zaskakującym – kontynuowała. – Sorathiel zaproponował Deanowi dołączenie do Nox, ale ten się na to nie zgodził. Stwierdził, że to nie jest robota dla niego, poza tym nie dałby sobie radę z misjami, równocześnie pracując i studiując. Oczywiście u tej dwójki również kwitnie miłość. Przez cały pobyt Sorathiela u Hanleya w domu trzymali się za ręce, jakby się bali, że ktoś ich odłączy. Doszły mnie słuchy, że demonica chce nadrobić stracony czas na edukację w świecie ludzi. Póki co dochodzi jednak do siebie.
Kiwnęłam głową. Wszystko układało się tak, jak powinno. Czy musiałam zniknąć na kilka dni, żeby świat powrócił do ładu?
– Wszyscy żyją i mają się dobrze, ale powinnaś już chyba wracać, nie sądzisz? – spytała Calanthe, unosząc brew do góry.
– Tak, myślę, że czas na mnie – westchnęłam. Podniosłam się z trawy i strzepałam płatki kwiatów z kolan. – Co do twojej obserwacji – przerwałam i spojrzałam na swoją matkę podejrzliwie. – Może powinnaś z nią trochę przystopować?
– Boisz się, że będę podglądać twojego męża pod prysznicem? – prychnęła. – Spokojnie, nie ma czego oglądać. Zniechęciły mnie jego piosenki o panu gąbce, który dociera w najdalsze zakamarki ciała – skrzywiła się.
Zaśmiałam się cicho. A to wszystko dlatego, że Auvrey ogląda z dziećmi głupie bajki.
– Spokojnie, nie jestem boginią płodności i nie sprawuję pieczy nad nienarodzonymi jeszcze bachorami, interesują mnie tylko sprawy Nox, demony, moja córka i wnuczęta – odpowiedziała, gasząc papierosa o korę drzewa. – W razie problemów będę się do ciebie zwracać w snach.
Kiwnęłam głową.
– I jeszcze jedno. – Zwróciła się ku mnie z poważną miną. – Na waszym miejscu zajęłabym się sprawą  urzeczywistnianych obaw.
Rzeczywiście. Wszyscy zdawali się już o tym zapomnieć, a przecież Alex i Martha wciąż trzymywały nad nimi pieczę. Sapphire nie miała z tym już nic wspólnego i to od dłuższego czasu, ale wiedźmy same potrafiły kontrolować obawy – la bonne fee wspominały, że zniknięcie Sapphire nie sprawi, że czar zniknie.
– Dzięki – powiedziałam. – Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy.
– Nawet o tym nie myśl – westchnęła matka. Bez słów pożegnania pstryknęła palcami i sprawiła, że na nowo utonęłam w ciemności. Mój stan nieświadomości fizycznej nie trwał długo. Zaraz zaczęłam słyszeć cichy płacz i czuć targające moim ciałem drobne ręce. Domyślałam się, kto był przy moim przebudzeniu.
Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się na widok Aury, która siedziała na moim brzuchu i szarpała za moją koszulę nocną. W oczach miała ogromne łzy, a jej usta ułożyły się w nieszczęśliwą podkowę. W takim stanie już dawno jej nie widziałam. Zazwyczaj starała się nie pokazywać swoich prawdziwych uczuć i sprawiała wrażenie nieprzejmującej się otoczeniem. Prawie zdążyłam zapomnieć, że Aura wciąż ma pięć lat i jest tylko dzieckiem.
– Mama – jęknęła i rzuciła się na moją szyję. Zaraz zalała ją milionami łez. Płakała bezgłośnie, zdradzało ją tylko ciągłe pociąganie nosem.
Przytuliłam ją do siebie i pogłaskałam po głowie.
– Jestem tutaj, Aura – szepnęłam. W odpowiedzi małe rączki zacisnęły się wokół mojej szyi mocniej. Jeszcze chwila i mogłaby mnie udusić, a taki artykuł w gazecie nie wyglądałby zbyt optymistycznie. 
Rozglądnęłam się. Byłam w salonie w naszym własnym domu. Naprzeciw mnie na sofie siedział Nathiel – miał odchyloną do tyłu głowę i szeroko rozwarte usta, z których wydobywało się ciche chrapanie. Jego wygnieciona, czarna koszulka przechylała się na prawe ramię, w tajemniczy sposób zniknęła również jedna z jego skarpetek. Wyglądał jak zabity, co wcale mnie nie dziwiło, jeśli przez te kilka dni sam zajmował się dziećmi. 
Do jego nóg przylgnął Nate i Calanthia, którzy zostali otuleni puchatym kocem i otoczeni kilkunastoma misiami. Sądząc po chaosie, który panował w domu, musieli się świetnie bawić podczas mojej nieobecności. Wszędzie były porozrzucane zabawki, butelki, na dywanie znajdowały się misterne plamy jedzenia, a z okna zwisała na wpół zerwana firanka. Ja to nazywam huraganem Auvreyów.
– Miałam koszmal! – odezwała się nagle Aura. Odchyliła głowę i spojrzała mi prosto w oczy. Wciąż nie nauczyła się jak porządnie wymawiać literę „r”. – Takie brzydkie baby mi mówiły, że mam klątwę i się ze mnie śmiały!
Zaczynałam sądzić, że to nie był zwykły sen, dlatego uniosłam się lekko na poduszkach.
– Co było dalej?
– Powiedziały, że niedługo będzie koniec i pójdę do demonów! I będę zła! – mówiła rozemocjonowana. – Ale nie jestem, prawda?
– Oczywiście, że nie – westchnęłam.
– Nie ufaj głupim, starym jędzom, Aura – odezwał się ochrypły głos z naprzeciwka. Obydwie spojrzałyśmy w stronę zaspanego Nathiela. – Jesteś moją najukochańszą na świecie małą mendą i nikt mi ciebie nie zabierze – uśmiechnął się ospale.
Aura zamiast się ucieszyć, zrobiła niezadowoloną minę. Zapewne rozumiała, że bycie małą mendą nie jest takie do końca fajne. Tata wiecznie jej tak mówił, szczególnie wtedy, kiedy była niegrzeczna.
– Gupi tata – mruknęła, ale zeskoczyła ze mnie i pobiegła się do niego przytulić.
Cóż, po raz kolejny zostałam zdradzona przez własną córkę. Może i się o mnie martwiła, ale jej największą miłością wciąż był ojciec. Tak już zostanie. 
– Żyjesz? – spytał mnie Nathiel.
– Możemy się licytować kto wygląda na bardziej martwego – powiedziałam rozbawiona. – Po otoczeniu i stanie twojego wyglądu wnioskuję, że przeszedłeś prawdziwą wojnę.
– Ta, zabijaliśmy demony amunicją z misiów i zmieloną marchewką, której dzieci nie chciały jeść – mruknął. – Dobrze, że jeszcze nie widziałaś pentagramu obronnego zbudowanego z patykowatych ludzi narysowanych na ścianie czerwoną kredką.
Westchnęłam ciężko.
– Czasami trudno ich upilnować.
– Szczególnie, kiedy twoja żona zniknie na kilka dni – uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam ten uśmiech. – Witaj w krainie żywych – powiedział udawanym głosem swojego ojca, rozkładając ostentacyjnie ręce na bok. – Mam nadzieję, że jutro pomożesz mi w sprzątaniu – zachichotał.
– Co oznacza, że sama posprzątam cały dom, bo ty będziesz odsypiał wojnę z demonami – zironizowałam z uśmieszkiem.
– A więc przewidziałaś mój mroczny plan. W sumie to brud nie zając, nie ucieknie, możemy jutro nacieszyć się śladami marchewki patrząc na nie z łóżka razem, a dzieci wojny poślemy do Nox na szkolenie. Ciocia roztrzepana Amy nauczy je piec ciasteczka zagłady – zaśmiał się wesoło. W bladym świetle lampy jego zmęczone oczy błyszczały zadowoleniem.
– Przemyślimy to rano, Nathiel – odpowiedziałam, potrząsając głową z niedowierzaniem i równoczesnym rozbawieniem. – Jesteś zmęczony i gadasz głupoty, powinieneś iść spać.
– Nie będę protestować – zachichotał Auvrey i przymknął leniwie oczy. Wyglądał jak ospały kot, który przebudził się tylko na chwilę, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku i może znów pogrążyć się w spokojnym śnie, po całym dniu zabawy.
Kiedy już myślałam, że usnął, nagle się odezwał:
– Laura.
Spojrzałam w jego stronę. Nie otworzył oczu.
– Słucham?
– Na przyszłość to wolę kosztować twoich ust, niż twojej mocy – mruknął ospale.
– Wiem, Nathiel. Dopilnuję, żeby więcej do tego nie doszło.
– Do czego nie doszło? Do ust?
Powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem.   
– Śpij już.
– Dobry pomysł. Wiedziałem kogo biorę sobie za żonę.
A ja wiedziałam kogo biorę za męża. Niepoprawnego, nieporządnego, ryzykującego własnym życiem i szalonego demona, którego z jakiegoś niewiadomego i niewytłumaczalnego dla mnie powodu kocham.
Cóż, chyba na tym właśnie polegała miłość. Nie na wiedzy, tylko na uczuciu.
***
– Jesteście wykończone, co?
Alex i Martha zgodnie westchnęły i pokiwały głowami. Madlene podała im melisę z dodatkiem aromatycznych ziół pobudzających, które pozwolą im na powrót do formy.  
– Wiecie, mogę wam pom…
– Nie – padła zgodna odpowiedź.
Śpiewająca czarodziejka zmarszczyła czoło i usiadła w fotelu naprzeciwko przyjaciółek. Założyła ręce na piersi jak obrażone dziecko, które nie dostało tego, czego chce. Przecież nic by się nie stało, gdyby pomogła im w utrzymywaniu kontroli nad obawami. To nie sprawi od razu, że poroni.
– Wyglądacie okropnie – jęknęła z nadzieją, że jednak zmienią zdanie.
– To ty się dzisiaj nie umalowałaś – prychnęła Alex, upijając łyk herbaty.
– Nie o to mi chodziło! – Madlene uderzyła zwiniętymi dłońmi o kolana. – Poza tym… zaraz, czy nie oddałaś przypadkiem swojej szczerości w rytuale? – Nachmurzyła się.
– Widzisz, oszukałam system. To nie było szczere.
– A więc nie uważasz, że wyglądam okropnie bez makijażu?
– Nie mogę na to odpowiedzieć, bo wtedy będzie to szczere – odpowiedziała z wrednym uśmieszkiem. Kiedy zobaczyła minę swojej przyjaciółki, zmieniła nastawienie. Cała jej radość umknęła i była zmuszona się skrzywić. – To był żart, Mad. Żart.
Śpiewająca czarodziejka nawet jej nie słuchała.
– Chcę wam pomóc.
– Przestaniesz wreszcie? – spytała zniecierpliwiona Martha. – Słyszymy to kilka razy dziennie. Dobrze wiesz, że nie zmienimy zdania, nie będziemy ci tego tłumaczyć milion razy, chyba zrozumiałaś to za pierwszym razem, prawda? – Madlene już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Martha ją uprzedziła. – NIE.
Nastała cisza. Każda z czarodziejek zajęła się własną herbatą.
Odkąd Mad została odsunięta od misji i wszystkiego, co działo się u czarodziejek oraz Nox, straszliwie się jej nudziło. Nie potrafiła siedzieć w miejscu i udawać, że jest zwyczajną dziewczyną, która nie używa magii i jej jedynym sensem życia jest urodzenie dziecka i założenie rodziny. Była la bonne fee, po to uczęszczała do szkoły dla czarodziejek, żeby teraz stosować to, czego się nauczyła. Przecież jeszcze chwila i dziewczyny się wykończą, w końcu Patricia nie mogła teraz uczestniczyć w rytuałach dotyczących wstrzymywania obaw, wciąż odzyskiwała siły po ostatniej samowolnej misji.
Madlene nikomu o tym nie mówiła, ale karty podpowiadały jej, że niedługo rytuały nie wystarczą i trzeba będzie podjąć inne kroki. To chyba dobry moment, żeby je wesprzeć własną magią.
–  Wiecie co? – zaczęła na nowo Alex, przerywając ciszę. – Ostatnio śniło mi się, że na chatę wbija mi niedźwiedź. – Martha i Mad powstrzymały się od wybuchnięcia śmiechem, zamiast tego pochyliły głowy ku herbacie i uśmiechnęły się rozbawione. – To nie jest śmieszne – syknęła płomienna czarodziejka, dostrzegając miny przyjaciółek. – Po tym śnie zdałam sobie sprawę z tego, że cholernie boję się niedźwiedzi.
– Nawet takich małych, słodkich niedźwiadków? – spytała uroczym głosem Madlene.
– W końcu nawet małe i słodkie niedźwiadki zamieniają się w potężne bydlęcia, które z chęcią odgryzą ci głowę – prychnęła Alexandra.
– Niedźwiedzie to nie gryzli, Alex.
– Ale na chatę wbić mogą.
– Nie żartuj sobie, to tylko głupi sen.
Cała trójka upiła zgodnie herbatę i pogrążyła się w ciszy. Nic nie zapowiadało tego, że ich spokój zostanie naruszony. W końcu siedziały w mieszkaniu, które chronione było zaklęciami przeciwko wiedźmom, demonom i innym potworom.
Madlene uśmiechnęła się ironicznie na boku – cóż, jej dom nie był zabezpieczony przed niedźwiedziami, ale znajdował się wystarczająco daleko od lasu, aby nie doszło do niedźwiedziego włamania. Poza tym to absurdalne. Komu niedźwiedź wchodzi do domu zaraz po wiosennym przebudzeniu z drzemki?
– Cóż, nie chcę was straszyć – zaczęła Martha, wiercąc się na siedzeniu – ale… chyba mamy gościa.
Mad i Alex spojrzały za siebie i oniemiały.
– Ja pierniczę, mówiłam, że te cholerne zaklęcie w końcu przestanie działać! – wykrzyczała płomienna czarodziejka. Jej głos był teraz nienaturalnie wysoki, a to nie było do niej podobne.
– Ty się misiem teraz przejmujesz?! – zapiszczała Mad. Ze strachu upuściła na dywan herbatę. – Skoro przywołałaś nam tu niedźwiedzia, to wyobraź sobie co się teraz dzieje w Nox!
– Wiecie co, ja stąd uciekam – dodała szybko Martha i przeskoczyła przez sofę.
– Ej! – krzyknęła za nią Mad.
– Gdybyś nie była w ciąży to bym cię zostawiła, ale chyba ci pomogę. – Alex wzięła głęboki wdech i skierowała dłoń w stronę ogromnego zwierza sięgającego wielkimi łapami do komody, gdzie stał talerz z ciastkami. Właśnie je pałaszował, nie zwracając na nie uwagi.
– Raz, dwa, trzy, niedźwiedź patrzy! – krzyknęła Alex i posłała w jego stronę piorun.
Obie czarodziejki uciekły z głośnymi okrzykami.
Zgodnie z oczekiwaniami Madlene – obawy wróciły we władanie wiedźm, a co za tym idzie… czekała ich podróż do samego serca Francji, gdzie narodziły się la bonne fee.

2 komentarze:

  1. Miałam trzy, nie cztery rozdziały do nadrobienia, co mnie trochę zdziwiło. Ale nie narzekam.
    Było trochę dramatycznie, ale wszystko w sumie skończyło się dobrze. I bardzo się z tego cieszę. Cóż, byłam przekonana, że Soriela zabijesz, ale najwyraźniej jeszcze nie czas na niego.
    Ciasteczka zagłady przebiły niedźwiedzia. Też chciałabym się nauczyć je robić. Znasz jakiś przyśpieszony kurs? ;P
    Proponuję, żebyś następny rozdział nam przeczytała na dobranoc w czasie zlotu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Naff, trzymaj kciuki, żebym to wszystko nadrobiła ;)))

    OdpowiedzUsuń