niedziela, 22 czerwca 2014

Chibi postacie z "W cieniu nocy" + mały, postaciowy spoiler!

Ostatnio bawiłam się z nudów w moim ulubionym makerze. Zrobiłam wszystkich głównych bohaterów huehue. Oczywiście do niektórych trudno było znaleźć ciuchy czy włosy, ale co tam.

Od lewej: Deaniel, Amy, Laura, Nathiel (wtf, ma shurikena w dłoni, bo nie było noża!) i Sorathiel! 
Na pytanie: Gdzie jest Amy? - odpowiadam: Ta zagadka rozwiąże się za 2 rozdziały! Pojawi się wtedy także Sorathiel (o którego również było zapytanie), a Deaniel będzie już w następnym rozdziale!

Andariel, Gabrielle, Aiden, Calanthe (huehue, a kto to?)

A teraz mały... eee... spoiler, o! To przyszłe postacie, które pojawią się w "W cieniu nocy" huehue. Nie mogłam wytrzymać. Już tak długo ich trzymam w ukryciu i się nimi jaram :c. Niestety, pojawią się... ło, matko. Dlaczego wychodzi mi 15 rozdziałów? Chociaż Gabrielle i Anadriel pojawią się wcześniej! Już niedługo.

sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 17 - "Pożegnanie"

Witam, witam, witam! Na wstępie chciałabym podziękować Cleo za wymyślenie określenia na paring Laury i Nathiela - Lauriel! Po drugie, żeby się nie rozpisywać, chcę się pochwalić epickim tekstem Abigail (chociaż jest ich od groma). 

"A wiesz, że jak rzucisz gołą Laurę w śnieg, to jej już nie znajdziesz? Chyba, że się roztopi. Śnieg, oczywiście" - badum, tssss!
Tadaaaam! Laura i Nathiel autorstwa Otai! (pierwszy raz w życiu wygrałam jakiś konkurs, yea!).
Jaram się. Szczególnie Nathielem, jego epickim tasakiem wystającym ze spodni i koszulką, która ma napis: "WTF?!" ale tego nie widać XD. Pozwoliłam sobie lekko przerobić nathielowe oczy! Będę się patrzeć na to dniami i nocami *___*

POPRAWIONE [15.10.2017]
Rozdział odrobinę wydłużony. Mimo wszystko miałam wrażenie, że nie da się go ubarwić na tyle, aby był wspaniały. Ogólnie to jak czytam te moje jaranie się powyżej to mało tęczą nie rzygam. 
***

    Delikatny różany zapach świeżo parzonego Earl Greya rozchodził się po pokoju, kojąc ból rozchodzący się po moich poturbowanych nozdrzach. Byłam zdziwiona, że czułam jakiekolwiek zapachy. Może nie było ze mną jeszcze tak źle.
Miejsce spotkań tajemniczej organizacji zwalczającej demony cienia, w skrócie Nox, okazało się być małym, przytulnym, dwupiętrowym domkiem. Pierwszy lepszy odwiedzający nie zgadłby zapewne, że tak miło urządzone mieszkanie należało do ludzi, którzy na co dzień latają z nożami za dręczącymi społeczność demonami. Do te pory myślałam, że wszyscy łowcy choć trochę wyróżniają się od reszty przeciętnej ludności naszego miasta, ale najwyraźniej się myliłam. Wszyscy byli do bólu zwyczajni. Widząc ich, można by pomyśleć, że są przeciętną, amerykańską rodziną, którą nie cechuje nic niecodziennego – nawet traktowali siebie jak rodzinę.  
Z tego, co zdążyłam zauważyć, górę zamieszkiwało kilku starszych łowców, na dole znajdował się zaś tylko jeden dodatkowy pokój dzienny, który należał do Hugha – szefa Nox.  Swoją drogą,  ciekawiło mnie, jakie jest jego prawdziwe imię i dlaczego ukrywa się pod pseudonimem. Wiem, że w dzisiejszej dobie Internetu każdy szanowany człowiek posiada jakiś nick – poczynając od Puszków i nie kończąc na tych typu: gośćzfajnymwąsem –  ale czy Hugh nie jest za stary na takie zabawy? Ile on mógł mieć lat? Sześćdziesiąt? Dziwiło mnie, że tak dobrze się trzymał. Słyszałam nawet, że uczestniczy w każdej większej misji, którą zorganizuje. Po tylu latach nie miał dosyć walki z demonami? Niektórzy ludzie w jego wieku odchodzą na emeryturę.
Spojrzałam uważnie na siedzącego przede mną starca, który właśnie dyskutował ze swoim młodszym poplecznikiem – ten sam gość przyniósł przed chwilą exitialis, zalegające u mnie w szufladzie.  Oczywiście miał na to moją pełną zgodę. Z krwawiącym nosem i poturbowanymi żebrami nie mogłam pojawić się w domu niezauważona. Moja matka zaczęłaby mnie dopytywać o szczegóły tego zaskakującego stanu i nie wypuściłaby mnie nigdzie przez kolejne dni.
Nie miałam pojęcia jak ten bezimienny pan dostał się do mojego pokoju bez zgody mamy. Może w jakiś sposób ją przekupił? Joanne była naiwna. Myślę, że zadziałałoby na nią tłumaczenie w stylu: „dostaliśmy powiadomienie, że w pani domu ulatnia się gaz” lub „dostaliśmy powiadomienie, że w pani domu panuje epidemia karaluchów” – tych małych żyjątek szczególnie mocno się bała.  No, chyba że wszyscy łowcy z organizacji Nox wchodzą  i wychodzą oknami. Bohaterowie od siedmiu boleści.
– Jesteś już wolna – odezwał się nagle staruszek, posyłając mi delikatny uśmiech.
– Dziękuję – odpowiedziałam grzecznie. Wzięłam łyk niebiańskiej, różanej herbaty i wydałam z siebie ciche westchnięcie przepełnione ulgą. Gdzie oni ją kupili? Zabiłabym za nią każdego demona.
– Oczywiście my porozmawiamy sobie później – powiedział groźnie Hugh, kierując spojrzenie na Nathiela, który siedział tuż obok mnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Miał ułożone w obrażony dzióbek usta, wysoko zadarty podbródek i kocio zmrużone oczy. Słowo daję, wyglądał jak mała dziewczynka, której zabrano lalkę w ramach kary za wyżarty słoik nutelli, którym dodatkowo umorusała ściany. Ciekawa jestem, czy wiedział, czym jest pokora.
– Nie powinieneś wciągać Laury w takie niebezpieczeństwo – kontynuował Hugh.
Czarnowłosy burknął coś niezrozumiałego pod nosem i spojrzał w ścianę z niezbyt zadowoloną miną, mówiącą: „to nie moja wina, że ta idiotka przygarnęła moje exitialis”. Dziwiło mnie, że nie powiedział tego na głos. Obraził się tak mocno, że postanowił milczeć, czy po prostu polubił mnie na tyle, że stwierdził, iż nie będzie się w tym temacie udzielał i przecierpi swoją dumę? Istniała jeszcze możliwość, że chciał się mnie stąd jak najszybciej pozbyć, a potem ponarzekać Hugh’owi na osobności.
To nie moja wina, że zderzył się ze mną na środku ulicy, gubiąc w ten sposób swój nóż. I pomyśleć, że gdyby na mnie nie wpadł, miałabym spokój od demonicznych zagadek, a tak dopiero teraz mogę uwolnić się od tego niefortunnego zdarzenia, które pociągnęło za sobą lawinę nieprzyjemności obfitych w demony.  
– Możesz zapomnieć o tym, co widziałaś i usłyszałaś. – Głos Hugha wybudził mnie z rozmyśleń. Mało nie podskoczyłam na fotelu. – Nathiel nie będzie ci się już narzucał.
Mina zielonookiego mówiła teraz: „wal się dechą, stary dziadu”. Nathielu, twoje spojrzenie jest bardzo niekulturalne, sprowadza moje myśli na manowce. Wydawało mi się, że za bardzo przyzwyczaiłam się do jego gęby, za którą ukrywały się te demoniczne, intensywnie zabarwione na szmaragd oczyska. Powinnam o nim zapomnieć i to na dobre.
– Odprowadź Laurę do domu i bez żadnych numerów. – Hugh posłał swojemu podopiecznemu znaczące spojrzenie.  Miałam wrażenie, że tylko przy tym staruszku Auvrey potrafił zamknąć buzię. A może po prostu przewidywał niezbyt miłe konsekwencje wynikające z ich przyszłej rozmowy i nie chciał pogarszać sprawy? Nie znałam Nathiela tak dobrze, żeby z pełną trafnością analizować każde jego zachowanie, choć musiałam przyznać, że na ogół był bardzo przewidywalny.
Hugh uścisnął moją dłoń, życząc mi, abym już nigdy w życiu nie spotkała żadnej demonicznej pokraki. Z drugiej strony, gdy to niefortunne spotkanie dojdzie przypadkiem do skutku, to przecież wiem, gdzie ich szukać i służy szczerą pomocą (oraz ostrym nożem). Oczywiście jako grzeczna i poukładana dziewczyna, podziękowałam dziadkowi za dobre rady, po czym pierwszy i ostatni raz, przekroczyłam próg organizacji Nox. Z Nathielem przy boku, ma się rozumieć.
Mieszkałam daleko stąd, tak więc mogłam liczyć na długi spacer w obecności nieznośnego łowcy. Nieszczególnie mnie to smuciło, ponieważ miałam z tego jasno wynikające korzyści – moja nienasycona ciekawość chciała zostać zaspokojona.
– Głupi, stary dziad – mruknął Nathiel, kiedy zaczęliśmy się kierować w stronę mojego domu. – Wina nie tkwi tylko po mojej stronie – burczał pod nosem, marszcząc nos jak mała, obrażona dziewczynka.
– Uważam, że Hugh jest całkiem miły i rozsądny – powiedziałam, zerkając na niego z pobłażliwym uśmieszkiem.
Nathiel prychnął tak głośno, że przepłoszył kilka małych, nocnych ptaszków z pobliskiego drzewa. Ja sama mało co od niego nie odskoczyłam.
– To ci się tylko wydaje, blada dupo albinosa.
Już myślałam, że przestał z głupimi wyzwiskami, a jednak nie. Chyba wracamy do tych chłodnych relacji i wyzywania się od dup albinosa oraz innych oszołomów. Uwielbiam cię, Nathielu Auvrey, bez ciebie moje ostatnie miesiące życia nie byłoby tak cholernie interesujące.
Z jednej strony bardzo cieszyłam się, że nie będę musiała użerać się więcej z tym durnym łowcą, to jednak nie oznaczało, że tak łatwo uwolnię się z demonicznego świata – przecież wciąż miałam przyjaciela będącego jedną nogą w grobie, dzięki departamentowi, który go ścigał.
A propos Deaniela.
– Mogę cię o coś spytać?
– Hm? – mruknął tamten, wkładając ręce do kieszeni. Stracił całe swoje boskie zainteresowanie moją osobą i skierował spojrzenie na nocne niebo usiane gwiazdami.
– Dlaczego ścigałeś Deaniela?
– Niech pomyślę. – Udał, że się zastanawia. Łobuzerskie iskierki czaiły się gdzieś w jego zielonych tęczówkach. – Wkradł się do naszej organizacji, wszczął walkę z kilkoma osobami i zdemolował nam bazę. Prawdopodobnie jego celem była księga, która należała do nas.
– Księga? – Zdziwiłam się.
Czyżby kolejne „magiczne” pojęcie do mojego demonicznego słowniczka?
– Nie wiem, jak się dokładnie nazywa. – Zmarszczył czoło. – Wiem tyle, że w rękach demonów może być niebezpieczna. Z jej pomocą da się otworzyć otchłań, gdzie trafiają wszystkie demony, które zabijamy. – Przerwał i zastanowił się przez chwilę, przytykając palec do ust. Na swój sposób było to całkiem urocze. Ten gest pozwolił mi skojarzyć go z pięciolatkiem, o którym wcześniej mi opowiadał. – Przepraszam, pozornie zabite. Demony nie umierają, tylko trafiają tam, skąd nie mogą już wrócić. – Westchnął umęczony. – W tej książce masz jakieś nudne formułki, sposoby na zabicie cienistych demonów i inne rzeczy, które przydają się łowcom.
Spojrzałam na Nathiela ze zmarszczonym czołem.
– A po co była mu ta księga?
– Prawdopodobnie chciał wskrzesić swojego opiekuna. – Nathiel wzruszył obojętnie ramionami. – Najwyraźniej nie dotarło do niego, że jeśli ktoś wróci z otchłani, nie będzie już taki sam.
Uniosłam pytająco brew.
– Gość powróciłby na ten świat bez możliwości zmiany na lepsze. Byłby przesiąknięty złem. Zabiłby każdego, kto by stanął na jego drodze i pewnie nawet nie pamiętałby tego kretyna. – Prychnął.
Dlaczego Deaniel pomimo świadomości, że jego przybrany ojciec mógłby wrócić jako zły demon, chciał go wskrzesić? Miał nadzieję na to, że jednak będzie sobą? Nie wierzył przesądom i chciał się przekonać o prawdziwości tych słów na własnej skórze, nawet jeżeli miałby z tego powodu zginąć? Ten półdemon wciąż był dla mnie jedną, wielką zagadką. Chyba nigdy go nie zrozumiem.
Westchnęłam na tyle cicho, by Auvrey mnie nie usłyszał. Zbędne rozmyślanie o czymś, czego sama właściwie nie zanalizuję, nie było w tym momencie dobrym pomysłem. Postanowiłam, że na tym zakończę swoje uciążliwe dopytywanie się o kwestie związane z moim demonicznym przyjacielem.
Zmęczona spojrzałam w kierunku nieba.
Ta noc przypomniała mi o pierwszym spotkaniu z Nathielem i Deanielem. To wydarzyło się zaledwie kilka miesięcy temu, a ja czułam, jakbym znała ich wieczność. Nigdy nie sądziłam, że moje życie nabierze innych barw, poza szarością, i to w tak krótkim czasie. Na chwilę niebo zajarzyło się szmaragdową zielenią oczu Nathiela.
Czy to już naprawdę koniec? Tak bardzo chciałam uciec od tego nierzeczywistego świata, w którym przyszło mi żyć, chciałam wrócić do swojej codziennej rutyny, która od wielu lat panowała nad moim życiem, ale teraz? Czułam, że szarość znowu mnie pochłania. Powinnam się z tego powodu cieszyć, w końcu niedługo wszystko powinno wrócić do normy, a zamiast tego czułam w sercu zawód. Może byłam szalona, może byłam kompletną idiotką, ale poznanie demonicznego świata było dla mnie całkowicie nowym i przy okazji ciekawym doświadczeniem. Może wcześniej po prostu bałam się wyjść z cienia i dać porwać światu w nieznane?
– Uśmiechasz się jak psychopatka – spostrzegł Nathiel, sumując swoją wypowiedź krótkim, irytująco dźwięcznym śmiechem.
– Na szczęście nią nie jestem – odpowiedziałam gładko. – Za to ty pasujesz do roli psychopaty idealnie. – Uśmiechnęłam się wrednie.
– Zawsze uważałem, że każdy człowiek ma w sobie coś z psychopaty. – Spojrzał na mnie ukradkiem i puścił mi oczko.
– Nie jesteś... – Urwałam w pół zdania. Powiedzenie „nie jesteś człowiekiem” byłoby z mojej strony okrutnym błędem, przecież wcale tak nie uważałam. Auvrey dzięki temu, co robił dla innych, mógł uchodzić za bardziej ludzkiego niż większość chodzących po tym świecie osobistości.  
– Masz racje, nie jestem człowiekiem – mruknął. Nie do końca spodobało mu się to, co chciałam powiedzieć. Ściągnął brwi z irytacją i spojrzał przed siebie. Ręce, które wcześniej trzymał luźno po bokach ciała, teraz włożył z rozmachem do kieszeni. – Nie ufasz mi z tego powodu?
To pytanie naprawdę mocno mnie zdziwiło. Nigdy nikt nie zapytał mnie wprost o coś takiego. Nie wiedziałam jak mam się w tej sytuacji zachować, a tym bardziej co mam na to odpowiedzieć.
Ufałam Nathielowi? Może to głupie, ale gdzieś wewnątrz siebie czułam, że mogłabym mu zaufać. Być może powód tkwił w tym, że żył w sprzeczności ze swoją złą naturą i starał się ponad wszystko czynić dobro; być może dlatego, że pozostawał wierny swojemu przyjacielowi i organizacji, do której należał; być może dlatego, że bezinteresownie mnie obronił. Istniało jeszcze jedno rozwiązanie: Nathiel zrobił mi pranie mózgu.
Uznałam, że jestem mu coś winna za wszystko, co dla mnie do tej pory zrobił. Nawet jeżeli miało to być tylko jedno słowo, to jednak wciąż szczere.
– Ufam – odpowiedziałam ostatecznie, nawet na niego nie spoglądając. To obce słowo, które z siebie wydusiłam, sprawiło, że poczułam palący mnie w piersi wstyd. Prawdopodobnie to pierwszy raz, kiedy wyznałam komuś coś takiego. Nathiel wyglądał na zdziwionego tym faktem. Na szczęście więcej pytań odnośnie zaufania nie zadał. Doskonale wiedziałam, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał, co nie znaczy, że czuł się zawiedziony. Tak naprawdę nie mogłam wyczytać z jego twarzy, co o tym sądził. Po wyraźnym zdziwieniu nastąpiła niespodziewana kasacja danych w mimice. Czasami irytowało mnie to, że nie mogłam odgadnąć o czym myśli lub co czuje Nathiel.
– Jesteśmy na miejscu.
Albo mi się zdawało, albo Auvrey wyglądał, jakby koniec naszej podróży nie sprawiał mu satysfakcji. Czy to oznaczało, że nie chciał się ze mną żegnać? A może to po prostu dobrze ukryte w jego twarzy znudzenie? Miał mnie już dosyć i chciał się stąd jak najszybciej zmyć? To było bardzo prawdopodobne.
– Cóż – zaczęłam ostrożnie, stając przed schodkami prowadzącymi do mojego mieszkania. Starałam się nie patrzeć w twarz łowcy, udawałam, że wkoło znajduje się tysiąc o wiele ciekawszych od niego przedmiotów, na przykład przewrócone krasnale ogrodowe czy zwiędłe rośliny, których moja matka jak zwykle zapomniała podlać. – Prawdopodobnie nigdy więcej się nie zobaczymy – wydusiłam z siebie. Zdecydowanie nie przepadałam za pożegnaniami.
– Kto wie.
Spojrzałam w błyszczące oczy Nathiela i dostrzegłam w nich łobuzerski błysk. Uśmiechały się nie tylko jego usta, ale cała twarz. Czyżby planował coś względem mnie?
– Dziękuję za... – urwałam, nie wiedząc, co powiedzieć. Dwa zielone punkciki wierciły we mnie dziurę. Auvrey czekał aż to z siebie wyduszę – za ratunek.
– Nie ma sprawy, to moja praca. Jakby się coś działo, dawaj znać. – Puścił do mnie uwodzicielskie oczko.
Kiwnęłam głową, starając się wyglądać na obojętną. Żadne z nas się nie ruszyło, ani nie odezwało. Uparcie milczeliśmy, wpatrując się w przeróżne, tak odległe od siebie obiekty. Ja spoglądałam na drzwi wejściowe, chcąc przekazać mojemu towarzyszowi, że na mnie czas,  zaś Nathiel patrzył się na...
– Na co ty się gapisz? – spytałam ostrym tonem głosu, marszcząc czoło. Założyłam ręce na piersi, jakbym chciała się przed czymś zasłonić – najprawdopodobniej przed wzrokiem nastoletniego łowcy demonów.
– Masz tu plamę – stwierdził Auvrey, wystawiając przed siebie ręce w akcie obrony. Próbował wyglądać niewinnie, ale wciąż nie mógł pozbyć się z twarzy tego łobuzerskiego wyrazu.
Spojrzałam na swój dekolt i prychnęłam.
– Plamę, to ty masz chyba w mózgu – podsumowałam, patrząc na niego groźnie.
– Ciesz się, że ty jej nie masz, ruda małpo. – Nathiel zawtórował mojemu prychnięciu i również założył ręce na piersi. Słowo daję, musieliśmy teraz wyglądać jak kłócące się o pierwszą lepszą głupotę rodzeństwo.
Chwyciłam za kosmyk swoich włosów i wystawiłam go w jego stronę.
– To blond, przeklęty daltonisto.
– Mów do ręki, chińska porcelano. – Auvrey odwrócił ostentacyjnie głowę w drugą stronę, zarzucając swoją czarną grzywką jak w reklamie szamponu Head and Shoulders. Po tym aktorskim występie wystawił przede mnie swoją rękę, do której domniemanie miałam przemawiać.
Zmrużyłam groźnie oczy.
– Udław się cieniem, demoniczny oszołomie.
Spojrzeliśmy na siebie, zmierzyliśmy się znaczącymi spojrzeniami, które zmierzały prędzej do kłótni, niż do zgody, a potem nagle, jakby nigdy nic, wybuchliśmy śmiechem. Przysięgam, pierwszy raz w życiu śmiałam się jak oszalała i nie mogłam przestać. Coś we mnie pękło. Poczułam się jak ogromny balon, który wypełniony po brzegi powietrzem, dostał w swój potężny brzuch malutką, niepozorną szpilką. Jakaś szklana szyba rozsypała się w drobny mak tuż przed moimi oczami i... o dziwo, wcale mi to nie przeszkadzało.
– Jesteś głupia – przyznał Nathiel ze śmiechem w ustach. Na szczęście potrafił wyrażać swoją radość nie tylko poprzez szalone oddźwięki wypuszczane z głębi płuc. – Śmiejesz się jak traktor moich sąsiadów.
– Traktory się nie śmieją! – stwierdziłam oburzona, nie powstrzymując się jednak od uśmiechu. Chciałam udawać urażoną, ale jak widać radość wciąż mnie nie opuszczała.
– Dobra, nie wymądrzaj się już, albinosie. Mam dosyć oglądania twojej gęby, wypad do domu. – Młody łowca powiedział to tak zabawnym tonem głosu, że nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo, próbujące wpasować się w kanon obelg.
– Wal się – odparłam, próbując powstrzymać śmiech. Zasłoniłam usta bladą dłonią, ale to niewiele pomogło w hamowaniu szaleńczej radości, która rozprzestrzeniała się po moim ciele jak narkotyk.
Czy w tej różanej herbatce Hugha nie było przypadkiem czegoś, co mogłam przedawkować? Skąd ta nagła zmiana we mnie? Nie mogłam uwierzyć w to, że zachowuję się tak swobodnie, zupełnie jakby wstąpił we mnie czyjś optymistyczny duch. Dla Nathiela to normalne, ale dla mnie?
Zielonooki poczochrał mi włosy, zostawiając po sobie małą pamiątkę w postaci blond gniazda uwitego z miliona kołtunów – zapewne będę rozczesywać je przez następne dwie godziny, które spędzę w swoim pokoju. Odskoczyłam od niego jak oparzona, aby przypadkiem ten czas się nie wydłużył.
– Idź już stąd, bo się jeszcze popłaczę po naszym tragicznym rozstaniu – powiedziałam, gładząc swoje włosy, by choć spróbować przywrócić je do minionego porządku.
– Obiecuję, że się jeszcze spotkamy – odparł Nathiel, uśmiechając się tajemniczo. Gdy to powiedział, obrócił się na pięcie, machnął mi ręką na pożegnanie i krzycząc coś w stylu: „uczesz szopę, bo nikt cię nie zechce, potworze”, po prostu odszedł. Odmachałam mu i uśmiechnęłam się ironicznie pod nosem.
Nie musiałam tego przecież robić. I tak nikt nie zechce bladej dupy albinosa. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział 16 - "On i jego demoniczna historia"

Witam, witam! Chyba pierwszy raz w życiu byłam tak skupiona i wciągnięta w pisanie rozdziału. 
Jestem dumna z tego co napisałam - pierwszy raz w życiu, jak Boga kocham (a nie kocham, bo jestem małym Szatanem). A teraz zapraszam na czytanie rozdziału o historii małego Nathiela. 

[POPRAWIONE, 08.10.2017] 
Wyżej pisałam, że jestem taka strasznie zadowolona z tego rozdziału, a gdy go poprawiałam... Boże. NIE. Nie podoba mi się i nawet nie wiem czy zrobiłam tyle, ile powinnam, żeby wyglądał lepiej. Trudno.
***

       Patrzyłam prosto w jego szmaragdowe oczy, nie dowierzając temu, co słyszę.
Nathiel cienistym demonem? Co za absurd! Może zachowywał się chwilami jak niezrównoważony psychicznie nastolatek, ale nigdy nie zrobił mi krzywdy. Wątpiłam, aby komukolwiek bezpodstawnie wyrządził jakąś szkodę. Nie mógł być zły, po prostu nie mógł. Auvrey nienawidził demonów. Jak sam mógł być jednym z nich? Przecież to zaprzeczenie własnego istnienia!
Młody łowca najwyraźniej zauważył, że niezbyt spodobała mi się przekazana przez niego wiadomość, bo przestał się we mnie tak uporczywie wgapiać. Zamiast tego wyjął z tylnej kieszeni spodni chusteczki i podał mi je. Przez chwilę nie wiedziałam co z nimi zrobić. Przecież nie zamierzałam płakać. Raczej.
– Krew – powiedział, dostrzegając moje pytające spojrzenie.
Gdy usłyszałam to słowo momentalnie zrobiło mi się słabo. Adrenalina powoli opuszczała moje ciało, wobec czego naturalne znieczulenie przestało działać, a ból wrócił we władanie. Wybrałam większe zło – krwawiący nos. Szyja mogła poczekać, tętnicy ta przeklęta wampirzyca mi przecież nie przegryzła.
– Złamała ci nos? – spytał Nathiel, marszcząc czoło.
– Skąd mam wiedzieć? – syknęłam przez zęby. – Nie zdążyłam jeszcze tego sprawdzić.
Nie byłam lekarzem, ale po krótkim rozpoznaniu na pewno…
Łowca znienacka ścisnął mój poturbowany nos. Krzyknęłam głośne „ała”. Po policzkach spłynęły mi niekontrolowane łzy. Ból był na tyle silny, że nie miałam wątpliwości co do tego, co się stało z moim nosem podczas niemiłego zetknięcia z nieznaną mi demonicą.
Nathiel wzruszył obojętnie ramionami.
– Jak krzyczysz to znaczy, że złamany – odpowiedział beztrosko.
Niech cię szlag trafi, ty głupi, demoniczny łowco! Od samego początku wiedziałam, że jest z nim coś nie tak. Latał za mną z nożem, śmiał się jak ostatni diabeł na ziemi, miał nieludzkie zielone oczy, okropny charakter i... obronił mnie.
Spojrzałam w rozbawioną twarz demonicznego łowcy. Jego roziskrzone tęczówki mierzyły mnie od góry do dołu, jakby w kontekście żartobliwego tonu próbowały mnie przesondować.
Nie, Nathiel nie wyglądał jak demon, z którym miałam do czynienia chwilę temu. Deaniel wspominał, że demony przebywające od długiego czasu na Ziemi stają się bardziej ludzkie. Całe zło, które towarzyszy im od momentu ich poczęcia ulega powolnemu rozproszeniu się. Mój przyjaciel opowiadał, że młody łowca gonił za nim z nożem już wtedy, gdy był mały. Najprawdopodobniej należał do Nox od szczenięcego wieku, a co za tym idzie – może nawet nigdy nie był w świecie demonów? Nie znałam jego historii. Nie wiedziałam o nim nic poza tym, że był irytującym, pewnym siebie podrywaczem, który jest przeświadczony o swojej niesamowitości. Miał również poważnego, zrównoważonego przyjaciela i z całego serca nienawidził demonów. To tyle z mojej znajomości. Nigdy nie potrzebowałam dowiadywać się więcej, ale teraz, gdy sprawa wymknęła się spod kontroli, moje myśli zaczęło nachodzić tysiące pytań.
Czym Nathiel różnił się od normalnego człowieka? Czy było mu trudno ze świadomością, że należał do rasy, którą gardził? Czy kiedykolwiek wniknął w cień jakiegoś człowieka i zrobił mu krzywdę? Czy kiedykolwiek uczynił coś na tyle złego, że zagroził ludzkości? Jaka była jego historia? Skąd ta nienawiść do demonów? I dlaczego o niczym mi nie powiedział?
Nathiel wspominał kiedyś, że znalazł się w tajemniczej organizacji zwalczającej cieniste pokraki na innych zasadach, co oznaczało, że Nox świadomie przyjęło w swoje progi wrogą istotę. Bardzo intrygował mnie motyw, który kierował wtedy szefem organizacji. Przeczuwałam, że nie jest to opowieść na krótką pogawędkę przy herbatce.
– Dalej jesteś w szoku? – Auvrey wybudził mnie z moich maniakalnych rozmyśleń na temat jego osoby. Gdybym powiedziała mu, że o nim myślę, zapewne obróciłby to w swoją zwyczajową, uwodzicielską grę.
– Jestem – przyznałam szczerze – ale nie sądzę, że świadomość tego, iż jesteś demonem będzie mi przeszkadzać w naszych relacjach. – W końcu co ten fakt zmieniał w moim postrzeganiu świata? Zupełnie nic. On wciąż był tą samą osobą co wcześniej. Nie mógł zmienić się tylko z powodu tej zaskakującej informacji, którą mnie nakarmił.
– Czyli przyznajesz, że mnie lubisz? – Nathiel uśmiechnął się w najbardziej uwodzicielski sposób jaki potrafił i puścił mi oczko.
– Wręcz przeciwnie, nie przepadam za tobą – powiedziałam szczerze, patrząc mu prosto w oczy bez skrępowania. Mimo krwawiącego, złamanego nosa, zniekształconego głosu, poharatanej szyi i potarganych włosów, wciąż zachowywałam się jak zamrażarka w ludzkiej skórze. Nie mogłam nic na to poradzić. Nie przepadałam za lichymi podrywami Auvreya. Nawet jeśli mnie ocalił, nie zamierzałam rzucać mu się w ramiona i okazywać bezgraniczne uwielbienie. Przecież był narcyzem, sam powinien się dowartościować.
Chłopak nie zraził się moją wypowiedzią. Uznał ją za żart, w końcu jego zdaniem nie było możliwe, aby ktokolwiek go nie lubił. Wszystkie kobiety padały mu do stóp. Obawiałam się, że byłam z tego gatunku, który nigdy się nie zakochuje, a swoje uwielbienie kieruje na serialowych aktorów, którzy byli uosobieniem idealności.
Nathiel wstał z ziemi, otrzepał swoje czarne spodnie i podał mi dłoń. Przyjęłam ją, inaczej wciąż bym tutaj siedziała i gniła. Za bardzo pulsowało mi w głowie, żeby samej się podnieść i na dodatek utrzymać równowagę. Łowca był dla mnie dobrą, tymczasową podpórką.
– Dlaczego ukrywałeś to, że jesteś demonem? – spytałam, kiedy przeniosłam się już do chwiejnego pionu. Chłopak oglądał się za siebie, jakby sprawdzał, czy aby na pewno jesteśmy bezpieczni. Najwyraźniej byliśmy, bo już po chwili spojrzał na mnie z nikłym, uspokojonym uśmieszkiem.
– Nie ukrywałem. Po prostu nie czułem potrzeby mówienia o tym – odpowiedział spokojnie, wzruszając beztrosko ramionami.
A może próbował to ukryć przed samym sobą? Może chciał zapomnieć o tym, kim jest lub wmówić sobie, że jest tylko i wyłącznie człowiekiem, nie żadnym demonem? Często tworzyliśmy sobie zupełnie inny niż ten widziany gołymi oczami wizerunek. Staraliśmy się ukryć swoje wady, fałszując rzeczywistość. Nie zawsze nam to wychodziło.
– Jeżeli chcesz, opowiem ci całą swoją historię – dodał po chwili, patrząc na mnie tak, jakby opowiedzenie komuś swoich demonicznych przeżyć, było czymś całkowicie zwyczajnym, może nawet trochę zabawnym.
Byłam człowiekiem, a ciekawość to rzecz ludzka.

***
Mały chłopiec stał pod ścianą, patrząc się z przerażeniem na ojca. Swoje drobne piąstki zaciskał tak mocno, że po pewnym czasie stracił w nich czucie. Z trudem powstrzymywał już łzy – nie mógł jednak zapominać o tym, że surowy rodzic bardzo nie lubił, kiedy jego własne dzieci się mazgaiły. To nie byli mali ludzie. To były demony, a demony nie posiadały uczuć. Łzy to domena człowieka. 
 Młody umysł starał się przetworzyć wszystko, co zdążył do tej pory zobaczyć w pogrążonym w ciemnościach pokoju. Na podłodze leżały trzy nieruchome ciała, z których ulatniał się gęsty i ciemny dym. Blisko przy samych jego stopach spoczywał starszy brat, którego czarne, przydługie włosy przytuliły się do dywanu. Nie mógł zobaczyć jego martwego wyrazu twarzy, ponieważ leżał na brzuchu. Jedyne co rzucało się w oczy to blada, wyciągnięta na podłodze ręka.
Pod ścianą spoczywała starsza siostra, która miała szeroko rozwarte w zdziwieniu oczy. To pierwszy i ostatni raz kiedy wyraziła zdziwienie – na co dzień należała do osób, które nie wykazywały się zbyt dużą emocjonalnością. Była najspokojniejsza z całego rodzeństwa.
Na samym środku pokoju, niczym martwa królowa, leżała jego własna matka. Kosmyki kruczych, poskręcanych włosów okalały jej oczy, nos i rozwarte w niemym krzyku usta. To na nią patrzył najdłużej. Nie mógł uwierzyć w to, że została pozbawiona życia. To po prostu nie było możliwe. Jego ojciec mógł żartować, prawda? Nóż, który trzymał w ręku był tylko po to, aby go przestraszyć. Często to przecież robił, prawda? Sprawiał, że cała jego rodzina kuliła się w strachu, a potem odchodził, zarzucając swoją szeroką peleryną na wietrze.
Czuł, że pod wpływem płonącego spojrzenia ojca zaczynają trząść mu się nogi. Ten wysoki, postawny mężczyzna wyglądał teraz jak najprawdziwszy, przerażający demon. Kocio zmrużone oczy błyszczały mu złowrogo w ciemnościach, zupełnie jakby rozważały, czy pozbyć się ostatniego członka swojego rodu, czy może go oszczędzić.
Chłopiec nie wytrzymał presji, którą wywierał na nim ojciec. Zasłonił oczy bladymi rączkami, powtarzając w myślach, że to tylko zwykły koszmar. Słowa wypowiedziane w myślach, z czasem nieświadomie, zaczęły wydobywać się z jego ust.
– Koszmar?! – wrzasnął ojciec. Pod wpływem jego silnego głosu, chłopiec niespokojnie drgnął. – Czas, abyś wreszcie zrozumiał, czym jest prawdziwy świat demonów! Nie ma w nim miłości, nie ma litości, nie ma nawet rodziny! To tylko cholerne przyzwyczajenia ze świata ludzi!
Malec zabrał ostrożnie dłonie z twarzy. Jego mina odznaczała się dziecięcym niezrozumieniem. Nie wiedział o co chodzi ojcu. Od maleńkości żył w świecie ludzi i nie pojmował, czym tak naprawdę kierują się demony. Żył na przedmieściach razem z matką i dwójką rodzeństwa, całkowicie oddalony od Królestwa Nocy, o którym tak wiele opowiadał mu starszy brat. Ojciec nie mieszkał z nimi. Pojawiał się u nich sporadycznie, zazwyczaj wywołując ogromne zamieszanie. On krył się wtedy w kącie, zatykając uszy, żeby tylko nie słyszeć jego donośnego głosu. Nigdy nie rozumiał sprzeczek rodziców. Mama wolała mieszkać w świecie ludzi, ojcowi zaś bardzo się to nie podobało – każda ich rozmowa toczyła się wokół tego męczącego tematu. Ostatnim razem zagroził, że pozabija całą rodzinę. Malec płakał wtedy, tuląc się do matki i powtarzając, że nie chce, żeby tak to się skończyło, a ona głaskała go powtarzając z uśmiechem, że ich obroni. Czy naprawdę zdołała? W tym maleńkim świecie pozostał tylko on i ojciec.
Mężczyzna podszedł do syna i chwycił go gwałtownie za koszulkę. Chłopiec nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zastygł w bezruchu i spojrzał w błyszczące gniewem oczy ojca – dostrzegał w nich swoje własne odbicie.
Czy czekał go taki sam los? Kiedy już to się stanie, dołączy do swojej rodziny i będzie tak samo jak dawniej? Przecież demony też mogą iść do nieba, prawda? On nigdy nie był zły, tak samo jak jego mama, siostra i brat.
Ojciec uśmiechnął się nagle z wyższością. Ku zdziwieniu malca, odrzucił nóż, którym popełnił potrójną zbrodnię, a ten potoczył się ze stukotem po drewnianej podłodze. Srebrne ostrze błysnęło w ciemnościach, jakby ostrzegało chłopca przed myślą o ucieczce.
– Zostawię cię przy życiu – syknął demon, nachylając się tuż nad uchem syna. – Masz szansę na obranie właściwej drogi. Pokaż, że jesteś prawdziwym demonem, a nie zwykłym ścierwem, jak reszta twojej rodziny. – Ostatnie słowa wypowiedział ze zjadliwą ironią, która sprawiała, że chłopca przeszyły dreszcze.
Mężczyzna odrzucił syna jak zepsutą zabawkę, której los przestał go nagle obchodzić. Pięciolatek nie zdołał złapać równowagi przez co odbił się od ściany i wylądował obolały na podłodze. Nie czekał aż ktoś pomoże mu wstać, sam podniósł się chwiejnie do góry, bojąc się o to, że ojciec za chwilę zmieni zdanie i zechce się go jednak pozbyć. Ponownie wbił w ojca niepewne  spojrzenie przestraszonego zwierzęcia. On jednak nie uraczył go swoją uwagą. Bez słowa wyszedł z domu, zostawiając go samego w otoczeniu chaosu i trzech, nieruchomych ciał.
Malec nie wiedział tak naprawdę, ile czasu minęło, zanim zdołał się ponownie poruszyć. Był sparaliżowany strachem, który owijał się wokół jego maleńkiego ciała jak jadowity wąż, szykujący się do śmiertelnego ataku. Bał się, że ojciec lada moment wróci, że się rozmyśli i postanowi go zabić. Wiedział, że jest nieobliczalny i agresywny. Był zdolny do każdego czynu.
Dopiero po kilkunastu minutach trwania w bezruchu, mały demon odważył się na jakikolwiek ruch, który zagłuszyłby śmiertelną ciszę. Chciał się upewnić, czy to wszystko nie jest tylko i wyłącznie złym snem, z którego w środku nocy zbudzi go mama. Tak bardzo pragnął wypłakać się teraz w jej ramionach, opowiedzieć jej o tym okropnym koszmarze, który nigdy miał się nie wydarzyć…
– Mamo? – spytał cicho, spoglądając niepewnie na ciało swojej rodzicielki. Teraz poświata księżyca wdzierała się do środka, oświetlając swoim blaskiem całe pole makabrycznego zdarzenia.
Z trudem oderwał się od ściany i na drżących nogach podszedł do najważniejszej osoby w swoim życiu. Chwilę stał nad jej bladym ciałem, uważnie ją obserwując, zupełnie jakby oczekiwał, że lada moment podniesie się z podłogi i wykrzyknie wesoło, że to był tylko żart. Ona jednak  nie drgnęła. W końcu uklęknął przy niej i niepewnie szturchnął ją dłonią. Ciemny dym imitujący demoniczną krew już dawno przestał się unosić nad jej ciałem.
– Mamusiu? – Chłopiec raz jeszcze szturchnął kobietę dłonią. Jego starania nie przyniosły oczekiwanego skutku.
W jego zielonych oczach pojawiły się drobne łezki. Próbował je wstrzymać ze wszystkich swoich maleńkich sił – zaciskał pięści, usta, oczy,  ale to nic nie pomagało. Jego drżące powieki wydały na świat cały szereg płaczliwych emocji, które spłynęły wodospadem po jego policzkach. Niewielkie ciało drżało od nadmiaru gromadzących się w nim uczuć – zwiastowały one niechybny wybuch.
– Mamo, tata żartował, prawda? – zapytał drżącym głosem. – Mówiłaś, że wy się nie kłócicie, tylko sobie żartujecie – mówiąc to, przetarł rączką oczka. – Anne i Soriel też żartują, prawda? – Przerwał i spojrzał na każdego członka rodziny z osobna. – Będę już grzeczny, obiecuję, dlatego… dlatego otwórzcie oczy! – Cieniutki głosik pełen rozpaczy poniósł się echem po pustym i zimnym mieszkaniu.
Drobny uśmiech przepełniony nadzieją wkrótce zniknął z twarzy pięciolatka.  
– Wy nie żartujecie – podsumował spanikowanym głosem, podnosząc się chwiejnie z podłogi. W przerażeniu zaczął się cofać pod samą ścianę. – Ja tego nie chcę! – wykrzyknął, po czym rozpłakał się jak małe dziecko, którym w rzeczywistości wciąż był.
Nie wiedział dlaczego, ale jego nogi nagle same zaczęły się cofać ciało do tyłu. Nie chciał tu tkwić, nie chciał już dłużej patrzeć na osoby, które nigdy więcej do niego nie przemówią, nie uśmiechną się do niego, nie przytulą go… Nic tu po nim. To już nie jest jego dom. To cmentarzysko demonów pogrążone w bezwzględnej ciszy.
Postawił trzy kroki w stronę drzwi, a potem wybiegł z domu, zanosząc się najboleśniejszym płaczem, jaki kiedykolwiek wydobył się z jego klatki piersiowej.
***
Milczałam.
Twarz Nathiela nie wyrażała żadnych emocji. Patrzył się przed siebie, jakby wspominał losowe, nic nieznaczące zdarzenie, niemające żadnego wpływu na jego życie. Udawał czy był w tym momencie zupełnie ze sobą szczery? Co tak naprawdę działo się wewnątrz tego szalonego łowcy? Czy bolało go to, że na nowo przeżywał najgorsze koszmary dzieciństwa? Czy może zbyt często przywoływane obrazy przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie?
Patrzyłam na Auvreya od dłuższej chwili, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa. Pierwszy raz w życiu byłam tak zszokowana cudzą opowieścią. Moje usta tkwiły w bezruchu, jakby zostały zamknięte przez niewidzialną kłódkę, do której zgubiono klucz.
Nathiel nie zważał na moje milczenie, postanowił, że będzie kontynuował historię:
– Tułałem się przez całą noc po mieście, szukając miejsca, w którym mógłbym się na dłużej zatrzymać. Nie miałem nawet odwagi na to, aby zaszyć się w jakimś parku i po prostu usnąć. Ludzie patrzyli na mnie zdziwieni i dopytywali, czy przypadkiem nie zgubiłem mamy, w końcu kto widział małego dzieciaka pałętającego się późną godziną po okolicy. – Tu uśmiechnął się ironicznie na boku.
W pewnym sensie przypuszczenia tych ludzi były prawdziwe. Tyle, że jego matka miała się już nigdy więcej nie odnaleźć.
– Nie odpowiadałem na pytania, po prostu szedłem dalej – kontynuował, wzruszając obojętnie ramionami. – Do tej pory nie wiem, co sprawiło, że taki mały knypek wpadł na najbardziej niedorzeczną rzecz, jaka mogła mu przyjść do jego demonicznego łba. – Zaśmiał się, co zwiastowało zapewne jakiś niechybny, ale miły zwrot akcji. – Wewnętrznie czułem, że nie chcę mieć nic wspólnego z demonami. Może już wtedy podświadomość podpowiadała mi, że powinienem stanąć na przeciw tych ścierw i iść przez życie jak zwyczajny człowiek.
Umilkł na chwilę, pochylając się do przodu i wbijając wzrok w ziemię. Najwyraźniej się zamyślił.
– Poszedłeś do organizacji zwalczającej demony? – spytałam, unosząc brwi w zdziwieniu.    
– Tak – odpowiedział. – Widzisz, nieraz przechodziłem z rodzeństwem obok siedziby Nox. Straszyli mnie, że przebywanie w okolicy, w której urzędują może się dla mnie źle skończyć. Ponoć łowcy niszczyli każdego napotkanego demona, nie zastanawiając się nad tym, czy któryś z nich naprawdę robi coś złego. – Parsknął krótkim śmiechem, jakby chciał zdementować tę plotkę. – Byłem dzieckiem, które lubiło ryzyko. Nieraz kryłem się gdzieś w krzakach i obserwowałem to miejsce. Zdarzyło mi się widzieć biegnących łowców, którzy wykrzykiwali przejętym głosem, że nieopodal znajduje się gromada niebezpiecznych demonów. Częściej jednak spotykałem małego Sorathiela. Siedział przed organizacją i zaczytywał się w jakichś książkach. Totalnie go nie rozumiałem. – Cóż, Sorathiel wyglądał mi właśnie na takiego, który od dziecka nie widział świata poza literaturą. – Miałem raz okazję  zobaczyć łowców w akcji. Może moje zachowanie było w tym momencie dziwne, w końcu zabijali kogoś, kim ja w rzeczywistości byłem, ale... – tu przerwał i uśmiechnął się pod nosem – spodobało mi się to. Tamtej nocy, gdy uciekłem z domu, nogi poniosły mnie do samych łowców. Bez wahania zapukałem do drzwi ich siedziby.
***
– Ktoś pukał, czy mi się zdawało?
Młoda kobieta spojrzała z zainteresowaniem na swoich towarzyszy. Właśnie odbywali jedną z  cotygodniowych obrad, które urządzali w celu podsumowania swoich osiągnięć i zaplanowania przyszłych akcji. Zazwyczaj nikt im nie przerywał, a już szczególnie nie w środku nocy, kiedy zaczynali swoje łowcze życie, to dlatego wszyscy uznali to zgodnie za omamy słuchowe wywołane przepracowaniem.
– Mamo, ktoś naprawdę pukał – powiedział mały blondyn ubrany w dziecięcą piżamę. Spojrzał na swoją rodzicielkę mądrymi, brązowymi oczami. Kobieta posłała mu uśmiech. Jako pierwsza wstała z sofy i skierowała się do drzwi. To prawda, że demony czaiły się na nich w mroku nocy, ale żaden z nich nie odważyłby się dobrowolnie ich odwiedzić, a już tym bardziej zapukać do drzwi Nox. Demony były gwałtowne – prędzej wbiłyby się szturmem do ich siedziby, niż grzecznie czekały aż ktoś ich wpuści do środka. To musiała być jakaś zbłądzona duszyczka, która oczekiwała pomocy. Elisabeth wcale się nie pomyliła, bo gdy otworzyła drzwi jej oczom ukazał się mały, czarnowłosy chłopczyk o szmaragdowych, zapłakanych oczach. Spoglądał na nią bezradnie i kulił się w sobie, jakby sam nie wiedział co tutaj robi. Elisabeth była bardzo czuła na krzywdę dziejącą się dzieciom. Istniał tylko jeden, mały problem…
– Hugh? – spytała zaniepokojona, nie spuszczając oczu z wciąż milczącego chłopca, który wpatrywał się w nią wyczekująco, pociągając cicho noskiem.
Członkowie organizacji Nox wychylali się, aby zobaczyć kto do nich zawitał. Wszyscy popadli w zgodne reakcje, które pociągnęły za sobą szereg skrajnych emocji. W pomieszczeniu zapanował chaos. Spora grupa łowców chwyciła za noże, przygotowując się do ataku lub obrony, inni unosili się krzykami gniewu i niedowierzania, jeszcze inni obrzydzeniem.
– Elisabeth, odejdź stamtąd! – krzyknęła starsza, spanikowana kobieta. Ta sama osoba skierowała się chwilę później w stronę głowy całego zgromadzenia. – Hugh! To przecież najprawdziwszy demon! Mały, zielonooki pomiot! Zrób z nim coś!
Mężczyzna ze stoickim spokojem podszedł do drzwi i stanął obok młodej łowczyni. W pomieszczeniu zaległa cisza, która od czasu do czasu była przerywana pociąganiem nosa małego chłopca. Ta chwila trwałaby pewnie wiecznie, gdyby nie mały pięcioletni blondyn, który stanął obok matki i przyglądnął się uważniej nowoprzybyłemu rówieśnikowi. Dla poczucia bezpieczeństwa, chwycił za róg sukienki Elisabeth. Doskonale wiedział, że w kryzysowych chwilach go obroni. Jego mama była w końcu bohaterką.
– Kim jesteś? – spytał chłopiec, nie okazując nawet grama strachu.
– Sorathiel! – oburzyła się jedna z kobiet, która zasilała tylne szeregi łowców. Gdy dziecko nie zareagowało na jej upomnienie, zwróciła się do jego matki. – Elisabeth! Co ty wyrabiasz?! Twojemu synowi może stać się krzywda! To demon, mój Boże, to prawdziwy demon! Czy wy tego nie widzicie?!
Elisabeth zignorowała oburzony ton głosu swojej koleżanki. Wciąż spoglądała na zielonooką istotę stojącą w drzwiach. Cierpliwie czekała na jego odpowiedź. Chciała mieć pewność, że wygląd tego malca nie jest zwodniczy i tak naprawdę nie ma złych zamiarów.
– Jestem Nathiel – szepnął intruz, ocierając łzy z polików. Nie mógł płakać przy kimś, kto mógł się przecież z niego śmiać. Musiał pokazać, że jest dzielny i niczego się nie boi, a już szczególnie nie łowców!
Wszyscy w organizacji zgodnie milczeli. Nikt nie opuścił swojego ostrza. Czujne oczy obserwowały uważnie każdy najmniejszy ruch, którego mógł się dopuścić mały demon.
– Dlaczego tu jesteś? – spytał Sorathiel, przerywając tym samym dłużącą się ciszę.
– Bo...
Chłopiec nie dokończył wypowiedzi. Zaczął się przyglądać nienawistnym twarzom, które były ku niemu zwrócone. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przywędrował aż tutaj. Po co tu w ogóle przyszedł? Nikt go tu przecież nie lubił. Był demonem. Ludzie nie lubili demonów, a już szczególnie nie ci, którzy pełnili w społeczeństwie rolę łowców. Przecież mógł zginąć i to lada moment!
Nathiel zaczerwienił się niczym czerwony pomidor, kiedy próbował wstrzymać kolejną, dziecięcą falę płaczu, następnie nadmuchał policzki jak balon, który mógł lada moment wybuchnąć. Oczy ponownie zaszły mu łzami. Nie wiedział co może odpowiedzieć, kiedy sam nie był pewien, co chciał osiągnąć. Miał tylko pięć lat. Czego mógł chcieć od życia mały chłopiec, którego właśnie pozbawiono matki i rodzeństwa? Schronienia? Miłości? A może… zemsty? Czym była tak naprawdę zemsta?
– Ja... – zaczął, wydmuchując powietrze ze świstem. Swoje niepewne spojrzenie utkwił w Sorathielu, nieporuszonym żadnymi emocjami.
– Jesteś demonem? – spytał blondyn.
Nathiel kiwnął niepewnie głową.
– Więc czego tutaj chcesz?! – wykrzyknął ktoś w tle.
– Właśnie! Uciekaj, jeśli życie ci miłe! – dodał ktoś inny.
– To pewnie pułapka! Tam muszą gdzieś czekać inne demony! Specjalnie go tu wysłali! Chcą nas zwieść płaczącym pomiotem!
Hugh uniósł rękę do góry i uciszył zgromadzenie. Nie od dzisiaj był szefem organizacji Nox. Wiedział jak postępować w takich sytuacjach. To, co wiedział na pewno to to, że nie można nikogo bezpodstawnie osądzać. Demony żyły na tej planecie od niepamiętnych czasów, wielu z tutejszych bywalców nawet nie miało okazji poznać, czym tak naprawdę jest zło. Uciekinierów z Królestwa Nocy było w ich mieście coraz więcej. Bez dogłębnej analizy nie zamierzał wydawać osądu.
– Czego chcesz, chłopcze? – spytał chłodno. Można było dostrzec, że pod wpływem jego tonu wiele z członków Nox się rozluźnia. Ufali swojemu szefowi i wierzyli w to, że wie co robi.
Mały Nathiel zmierzył niepewnym spojrzeniem starszego pana, który patrzył na niego z góry nie wyrażając żadnych emocji. Nie smucił się, nie denerwował i nie cieszył, nie wyglądał również na osobę, która mogła zrobić mu krzywdę. To nie sprawiło jednak, że przestał się bać. Za jego plecami wciąż znajdował się szereg wykrzywionych w złości twarzy. Tylko ta pani, która otworzyła drzwi posyłała mu delikatny, zachęcający do mówienia uśmiech. Przez moment widział w niej swoją własną zmarłą mamę. To sprawiło, że z jego oczu znów popłynęły niekontrolowanie łzy.
– Ja... ja... bym chciał... – zaczął jąkliwe. Jego małe, demoniczne serce biło tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z jego piersi i pobiec w ciemny las, skrywając się w bezpiecznej norze. Był przerażony. Nie wiedział co zrobić. Może powinien się wycofać? Może powinien uciec?
Nastała długa i ciężka cisza. W pomieszczeniu nad głowami łowców unosiła się gradowa chmura zbudowana z niepokoju, wyczekiwania i wstrzymanych oddechów. To przytłaczające uczucie sprawiało, że chłopiec tracił dech. I kiedy już myślał, że w jego małej głowie nie zrodzi się żaden pomysł, nagle zalała go fala potężnego uczucia, którego nie potrafił jeszcze nazwać. Cały smutek powoli zaczął przeistaczać się w złość, rozpacz w nienawiść, niepewność w odwagę. Ściągnął czarne brwi w zaciętości, zacisnął pięści i wziął głęboki, świszczący oddech.  Teraz był już pewien tego, czego chce.
– Chcę zabić wszystkie demony! – wykrzyknął na całe gardło, na co reszta zgromadzonych, która się tego nie spodziewała, podskoczyła do góry.
Wszystkie złe emocje wybuchły w jego małym ciele. Odważnemu wyznaniu towarzyszył głośny i przejmujący płacz. Inni milczeli, wpatrując się w siebie nawzajem, jakby nie wiedzieli, co mogą z tym zrobić. To było oczywiste, że nie zamierzali wierzyć tej małej pokrace. Demony musiały podrzucić tu tego chłopca, aby odpowiednio zagrał na ich ludzkich uczuciach. W końcu który człowiek nie pomógłby małej, zapłakanej przybłędzie? Zapewne demony z Królestwa Nocy odkryły, gdzie przebywają i postanowiły właśnie dziś wyciąć ich w pień. Tylko trójka osób z całego zgromadzenia myślała w zupełnie inny sposób.
Elisabeth dłużej nie czekając uklękła przed pięciolatkiem. Z kieszeni sukienki wyjęła chusteczkę i otarła nią delikatnie zapłakane policzki. Nathiel spoglądał na nią z przerażeniem w oczach. Czy ta pani zamierzała zrobić mu krzywdę? 
– C-co robisz? – spytał lekko przestraszony, robiąc jeden strategiczny krok w tył.
– Ocieram ci łzy, Nathielu – odpowiedziała łagodnie, obdarzając go ciepłym uśmiechem.
W tle znowu rozległy się oburzone okrzyki. Mały był jednak zbyt zajęty wpatrywaniem się w życzliwą twarz młodej pani, żeby na to zareagować. Tak bardzo przypominała mu jego mamę, że w oczach znów zebrały mu się łzy.
– Uciszcie się w końcu! – zagrzmiał Hugh. Silnym ruchem dłoni pociągnął Elisabeth ku górze i delikatnie odepchnął ją na bok. Teraz w drzwiach stał tylko on.
– Kto cię przysłał? – spytał. Teraz nie był już taki cierpliwy jak wcześniej. To, co usłyszał z ust tego malca to jakaś niedorzeczność. Demon chcący zniszczyć swój gatunek? To nie jest możliwe.
– Nikt! – wykrzyknął przerażony Nathiel. – Ja sam przyszedłem!
– Po co?
– Bo... chcę być taki jak wy! – krzyczał coraz bardziej odważnie, zaciskając przez łzy swoje małe piąstki. Teraz, kiedy tak daleko zabrnął, nie zamierzał się już poddawać. Postawił silny krok wprzód, stając naprzeciw wysokiego mężczyzny o siwiejących włosach, który spoglądał na niego nieufnie z góry.
– Jak my? Wiesz kim jesteśmy? – spytał szef organizacji, unosząc brew.
– Łowcami! Widziałem, jak zabijacie demony! Ja też chcę! Nienawidzę ich! Nienawidzę ich z całego serca!
Wszyscy milczeli zdumieni szczerymi słowami młodzieńca. Po raz pierwszy odkąd tu przybył łowcy zaczęli patrzeć na niego w sposób, który powolnymi krokami mógł przybliżyć ich do wiary w dobre intencje demona.
– Dlaczego? – pytanie tym razem zadała Elisabeth. Nie przejmowała się zakazami Hugha. Znowu przybliżyła się do tego odważnego chłopca, który zadeklarował, że zniszczy wszystkie demony chodzące po tym świecie. Ona jako jedyna widziała w nim tylko i wyłącznie dziecko, nie potwora, który mógłby komuś zaszkodzić.
– Bo... bo to dlatego, że mój ojciec zabił mamę, Soriela i Anne – powiedział spokojniej malec, patrząc prosto w twarz nieznajomej kobiety. Tylko ona sprawiała wrażenie osoby, która była miła. Wszyscy inni patrzyli na niego w taki sposób, jakby chcieli wyrzucić go za drzwi.
– Mieszkasz w świecie ludzi? – spytał Hugh. Chciał mieć pewność, że ten mały demon nie zrobi nikomu krzywdy.
Nathiel kiwnął głową, ocierając rękawem potarganej bluzy zapłakane oczy. Wystarczająco dużo się dzisiaj napłakał. Gdyby jego brat to zobaczył, zapewne by go wyśmiał.
Członkowie Nox nie dawali za wygraną. Wciąż nie ufali małemu demonowi. Naraz wybuchli gradem zaprzeczeń i uprzedzeń, wyrażając swoje niezadowolenie krzykami.
– On kłamie!
– Czy wy naprawdę jesteście ślepi?!
– To demon z krwi i kości!
Na czole Hugha pojawiła się zmarszczka wyrażająca zniecierpliwienie.
– Uciszcie się w końcu! – zagrzmiał, natychmiastowo uciszając swoich kompanów. Wszyscy zesztywniali pod wpływem jego silnego głosu, dopiero wtedy się uspokoił. – Czy nie zdziwiło was to, że on płacze?  Żaden demon mieszkający przez całe życie w Królestwie Nocy, nie jest w stanie uronić choć jednej łzy! To cecha ludzka!
Nikt się nie odezwał. Wszyscy mierzyli groźnym wzrokiem chłopca, który ocierał spiesznie ostatnie uronione łzy, jakby bał się, że ktoś z obcych ludzi je dostrzeże.
– Pomyślcie na spokojnie – dodała chwilę potem Elisabeth, spoglądając w tył. Łagodność rysująca się na jej twarzy ustąpiła miejsca powadze. – Czy normalny demon przyszedłby tutaj z własnej woli? Czy ryzykowałby życiem, żeby tylko przekazać nam, że chce zniszczyć swoją rasę? To dziecko! Szczere dziecko. Wystarczy spojrzeć w jego oczy, aby się o tym przekonać, nie są skażone złem!
Nathiel spojrzał niepewnie na tę dziwną panią o blond włosach. Broniła go.
– Dajmy mu szansę – zakończyła łagodnie Elisabeth.
***
Nathiel uśmiechnął się szczerze na wspomnienie tej sceny. Kobieta, o której opowiadał wywoływała u niego pozytywne uczucia. Z całej historii wynikało, że była ona matką Sorathiela. Mogłam się założyć, że to właśnie ona zajęła się wychowywaniem demonicznego chłopca, w końcu nie  bez powodu dwójka młodych łowców była przyjaciółmi, mimo tak skrajnych zachowań i charakterów. Musieli się do siebie przyzwyczaić, nawet jeżeli początkowo nie mieli zamiaru.
– Ostatecznie zostałem wpuszczony do środka – kontynuował Auvrey. – Wszyscy patrzyli na mnie wtedy z nienawiścią. Oczywiście z wyjątkiem Sorathiela, jego matki Elisabeth, która wykłócała się dzielnie o moje pozostanie w organizacji i Hugha, który chłodno rozważał za i przeciw. Nie bardzo pamiętam jak potoczyła się ta rozmowa, ale ostatecznie członkowie organizacji Nox postanowili, że poddadzą mnie czasowej próbie. Zostałem z nimi, ale oprócz Hugha, Sorathiela i jego rodziców z nikim tak naprawdę nie rozmawiałem. Każdy się mnie bał i omijał szerokim łukiem – zachichotał, jakby właśnie opowiedział mi jakiś wyborny żart. Nie wiedziałam co tak bardzo go w tej chwili ucieszyło. Może to wspomnienie było tak odległe i dziwne, że sam nie był w stanie uwierzyć w to, że coś takiego miało miejsce? – Przez cały rok byłem pod czujnym okiem członków organizacji i z czasem zdobywałem ich zaufanie. Elisabeth, jej mąż Arthur i Sorathiel zastąpili mi rodzinę. Od początku aż do końca byli razem ze mną.
Coś uległo zmianie w twarzy Nathiela. Jego rozbawiony, iskrzący się radością uśmiech został zmieniony w lekki grymas niezadowolenia. Wiedziałam do czego zmierzała historia. Przecież dwójka łowców mieszkała sama. W ich mieszkaniu nie było żadnego dorosłego. Rodzicom Sorathiela musiało się coś stać.
– Prawdziwe zaufanie wszystkich członków organizacji zyskałem dopiero wtedy, gdy zaskoczeni rodzice Soratha zostali zaatakowani przez demony. Niedługo przed moimi siódmymi urodzinami zabiłem pierwszego demona, ratując tym samym Sorathiela, który jako jedyny z rodziny Blythe'ów ocalał. – Auvrey zacisnął gniewnie pięści. To była ta część historii, która najmocniej go zabolała. – Tę cholerną pokrakę zabiłem z całą nienawiścią, jaką w sobie miałem. Nie posiadałem jeszcze wtedy własnego noża, zrobiłem to z pomocą exitialis Arthura, który broniąc żony, zdążył pożegnać się z tym światem. – Westchnął ciężko i wypuścił gniew razem z oddechem. Teraz jego twarz na nowo pogrążyła się w chłodnej obojętności. Wciąż nie mogłam zrozumieć tej reakcji. Próbował stworzyć z niej kamuflaż, który ukryłby jego prawdziwe odczucia, czy pozostawał wierny własnym, naturalnym reakcjom? – Nigdy nie zapomnę łez Sorathiela. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Co całkiem zrozumiałe, nigdy więcej nie zapłakał i w zasadzie przestał się uśmiechać. Zamknął się w sobie, spoważniał i uciekł w świat książek. – Skrzywił się na samo wspomnienie przemiany swojego przyjaciela. Najwyraźniej zdecydowanie gorzej niż Nathiel poradził sobie z bólem po stracie rodziców.
– Mimo problemów, jakie stwarzałem większości łowców, nie mieli wyboru jak po prostu mnie zaakceptować. – Zaśmiał się wesoło. – Dziś mogę się tylko cieszyć z tego, kim jestem. Nie żałuję żadnej decyzji, jaką podjąłem – mówiąc to, Nathiel skierował spojrzenie ku niebu. – Oczywiście wciąż nie zmienię faktu, że nie jestem człowiekiem, ale właśnie jak on się czuję. – Tym razem skierował spojrzenie na mnie.
Moje usta same wymówiły słowa, których nie zaplanowałam:
– Człowieczeństwo tkwi w tym, kto zachowuje się jak człowiek, a nie po prostu nim jest.
Auvrey patrzył w moją twarz, początkowo nie wyrażając żadnych emocji. Wyglądał tak, jakby poważnie zastanawiał się nad tym, co mu właśnie przekazałam. Ostatecznie obdarzył mnie jednak łagodnym uśmiechem, jaki rzadko gościł na jego twarzy.
Podał mi dłoń, a ja bez namysłu ją chwyciłam. Oboje podnieśliśmy się z ławki. Miałam wrażenie, że gdy patrzyliśmy sobie w oczy świat nagle się zatrzymał. Oto nawiązała się między nami całkowicie nowa więź. Nie, nie była to miłość, ani nawet przyjaźń, raczej jakiś dziwny, niewyjaśniony pakt oznaczający pełne zrozumienie oraz akceptację. Czułam, że moje nastawienie do Nathiela ulega zmianie. To coś na zasadzie respektu. W końcu poznałam jego historię i poniekąd przestałam postrzegać go jako świra, który uparcie goni za demonami. Teraz nie dziwiłam się jego obsesji. Może to zbyt odważne stwierdzenie, nawet jak na moje chłodne rozważania, ale muszę przyznać, że w niewielkim stopniu polubiłam tego skretyniałego, demonicznego łowcę. Jak bardzo potrafiło się zmienić nastawienie człowieka, kiedy dogłębniej kogoś poznawał.
– Mogę cię jeszcze o coś spytać? – Spojrzałam na niego uważnie, niczym badająca sprawę dziennikarka. Mój wrodzony instynkt nakazał mi wyzbyć się nurtujących mnie pytań, w celu oczyszczenia umysłu płonącego żywą ciekawością.
– Wal. – Nathiel wzruszył obojętnie ramionami, znów grając wyluzowanego nastolatka.
– Czy spotkałeś jeszcze kiedyś swojego ojca?
Nie odpowiedział na to pytanie od razu. Najpierw włożył ręce do kieszeni i wbił spojrzenie w ziemię. Wyglądał jakby starał się ukryć wykwitający na jego ustach ironiczny uśmieszek. Chyba jeszcze nie wiedział, że jestem dobrą obserwatorką i nic nie ukryje się przed moim głodnym wniosków spojrzeniem.
– Nie, nie spotkałem go, ale to tylko kwestia czasu – odparł krótko. Z jego twarzy mogłam wyczytać, że to spotkanie nie będzie zaliczało się do miłych. Zapewne skończy się śmiercią któregoś z nich. Wolałabym osobiście, aby tą poszkodowaną osobą był jego ojciec. Zasługiwał na karę za to, że zniszczył życie swojemu synowi.
– To wszystko o co chciałaś mnie spytać? – Nathiel spojrzał na mnie z ukosa. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że przez cały ten czas nie zgrywał głupiego, zapatrzonego w siebie nastolatka, którego interesowało tylko i wyłącznie jego własne dobro. Zachowywał się jak całkiem normalny człowiek, który wiele w życiu przeszedł. Na dodatek był moim wybawicielem. Nie poznawałam go.
Kiwnęłam niepewnie głową, próbując zrozumieć tę nagłą odmianę.
– Dobra, w takim razie pozwól, że zabiorę cię do miejsca, gdzie zaczęła się moja historia. – Nathiel puścił mi oczko i uśmiechnął się tak szeroko jak rozentuzjowane dziecko, które zamierzało pochwalić się w przedszkolu nową zabawką.
Spojrzałam na niego pytająco, oczekując jakichkolwiek wyjaśnień.
– Hugh dowiedział się o tobie i całej tej sprawie z nożem, który trzymasz w szufladzie. Przeklęty Sorathiel jak zwykle nie potrafił trzymać języka za zębami – warknął pod nosem. Po swojej krótkiej tyradzie nienawiści, ponownie zwrócił się do mnie: – Myślę, że już nie masz się czego bać. Pozbędziesz się exitialis i raz na zawsze będziesz mogła zapomnieć o tym demonicznym świecie, w który zostałaś wciągnięta.
Kamień leżący od kilku miesięcy na dnie mojego serca, nagle opadł na dno żołądka. Pomimo krwawiącego nosa i poturbowanych żeber poczułam się lżejsza o kilka kilogramów, zupełnie jakby wszystkie zmartwienia i niepokojące moją duszę sprawy nareszcie postanowiły ode mnie odejść. Była jeszcze jedna zaleta – nareszcie uwolnię się od uciążliwych wizyt Nathiela Auvreya.
Gdzieś wewnątrz siebie naprawdę cieszyłam się z takiego obrotu spraw, z drugiej jednak strony byłam dziwnie zawiedziona. Czym to było spowodowane? Na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Jeszcze.

***

Na zakończenie, macie dwóch kjutnych boyów. 
Sorath i Nath - choć ten drugi, trochę taki chiński tu wyszedł.