niedziela, 22 czerwca 2014

Chibi postacie z "W cieniu nocy" + mały, postaciowy spoiler!

Ostatnio bawiłam się z nudów w moim kochanym makerze. Zrobiłam wszystkich głównych bohaterów huehue. Oczywiście do niektórych trudno było znaleźć ciuchy czy włosy, ale co tam.

Od lewej: Deaniel, Amy, Laura, Nathiel (wtf, ma shurikena w dłoni, bo nie było noża!) i Sorathiel! Tyrydydyyyym!
Na pytanie: Gdzie jest Amy? - odpowiadam: Ta zagadka rozwiąże się za 2 rozdziały! Pojawi się wtedy także Sorathiel (o którego również było zapytanie), a Deaniel będzie już w następnym rozdziale!

Andariel, Gabrielle, Aiden, Calanthe (huehue, a kto to?)

A teraz mały... eee... spoiler, o! To przyszłe postacie, które pojawią się w "W cieniu nocy" huehue. Nie mogłam wytrzymać. Już tak długo ich trzymam w ukryciu i się nimi jaram :c. Niestety, pojawią się... ło, matko. Dlaczego wychodzi mi 15 rozdziałów? LOL. Chociaż Gabrielle i Anadriel pojawią się wcześniej! (już niedługo huehue).
Po prawej: Calanthe - tajemnicza kobieta z parasolką, wiecznie w swoim eleganckim płaszczyku i kapelutku (w makerze był tylko beret :c). Pali fajki jak stary parowóz i klnie jak szewc, ale ją kocham, bo jest tajemnicza i walczy sama z demonami, poza organizacją "Nox" - poza tym ma na pieńku z departamentem! Reszta too... nie kto inny, jak członkowie "departamentu kontroli demonów", w tym znana już Wam Gabrielle Adair (ta czarna w czarnym wdzianku), Andariel (czerwone włosy) i... mój najukochańszy na świecie, białowłosy Aiden (szef departamentu), który wiecznie ma na pieńku z Calanthe. Ach, uwielbiam ich kłótnie! (tak, mam już spisane przyszłe rozdziały!).
Oczywiście to nie wszyscy członkowie. Na razie tylko tych wymyśliłam!

" - Tyle lat spędziłaś w ukryciu. 17 pieprzonych lat. 
   - Cóż, wcale z niego nie wyszłam. Dalej będę się ukrywać, bo tak będzie lepiej. Dla mnie, dla nich, dla Ciebie, dla wszystkich.
     Podniosła się z podłogi.
   - Pieprzona obserwatorka. 
   - Nieczuły skurwysyn.
  Zaczęła iść w stronę wyjścia, przy okazji rzucając w Aidena petem.
  - Lepiej wracaj do królestwa nocy, bo nie ręczę za siebie. Od zawsze miałam chęć cię zabić. 
  (....) (inny fragment z tyłka)
  - Nałóg cię zabija.
  - Ratuje mi dupę w stresujących sytuacjach, a teraz spieprzaj stąd. Spróbuj się zbliżyć do młodych, a będziesz miał do czynienia ze mną"

Aiden i Calanthe <33

I teraz takie: WTF, o co chodzi?! Ma ktoś może pomysł kim oni są? Huehuehue. Jak ktoś zgadnie (a pewnie nie zgadnie) to dostanie nagrodę.

sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 17 - "Rozstania nadszedł czas"

Witam, witam, witam! (3 combo) Na wstępie chciałabym podziękować Cleo za wymyślenie określenia na paring Laury i Nathiela - Lauriel! Po drugie, żeby się nie rozpisywać, chcę się pochwalić epickim tekstem Abigail (chociaż jest ich od groma!). W ogóle, to się zastanawiam nad założeniem specjalnej zakładki o treści: "Cytaty o bohaterach" XD. Tak ich dużo powstało!

"A wiesz, że jak rzucisz gołą Laurę w śnieg, to jej już nie znajdziesz? Chyba, że się roztopi. Śnieg, oczywiście" - badum, tssss!
Tadaaaam! Laura i Nathiel autorstwa Otai! (pierwszy raz w życiu wygrałam jakiś konkurs, yea!).
Jaram się. Szczególnie Nathielem, jego epickim tasakiem wystającym ze spodni i koszulką, która ma napis: "WTF?!" ale tego nie widać XD (ciekawostka? Mam identyczną huehue). Pozwoliłam sobie lekko przerobić nathielowe oczy! Będę się patrzeć na to dniami i nocami *___*

A teraz zapraszam do krótkiego, choć... lekko nudnawego rozdziału, który napisałam w jedną godzinę. Co się z tobą dzieje, moja weno?! Chyba potrzebuję kolejnej inspiracji. Idę spać do 12 w południe. Błędów znowu nie chciało mi się poprawiać. Tak bardzo leniwa D:
PS. Tak, zmieniłam nagłówek. Nie wiem, jakoś tak mnie naszło. Jestem zła na textury, żadna nie pasuje i nie mogę ich wgrać, bo mają więcej niż 300KB. Fuck you, blogger.


***
     Delikatny, różany zapach, rozchodził się po pokoju, kojąc moje poturbowane nozdrza. W sumie, to byłam zdziwiona, że czuję jakikolwiek zapach. Może nie jest ze mną jeszcze tak źle.
     Rozglądnęłam się dookoła. Miejsce spotkań tajemniczej organizacji zwalczającej demony cienia - w skrócie: Nox, okazało się być małym, przytulnym domkiem z dwoma piętrami. Z tego, co zdążyłam zauważyć, u góry mieszkało kilka łowców i tajemniczy szef organizacji, zwany przesz resztę Hugh'em. Ciekawiło mnie, jakie jest jego prawdziwe imię i dlaczego ukrywa się pod pseudonimem. Wiem, że w dzisiejszej dobie internetu, każdy szanowany człowiek posiada jakiś nick (poczynając od Puszków, a kończąc na tych typu: gośćzfajnymwąsem), ale czy Hugh nie jest za stary na takie zabawy? Ileż on mógł mieć lat? 60?
     Spojrzałam uważnie na siedzącego przede mną starca, który właśnie dyskutował z jakimś mężczyzną. Ten oto gość, przed chwilą, przyniósł exitialis zalegające u mnie w szufladzie. Nie mam pojęcia jak dostał się do pokoju bez zgody mojej mamy. Może w jakiś sposób ją przekupił? Moja matka była naiwna. No, chyba, że wszyscy łowcy z organizacji "Nox" wchodzą  i wychodzą oknem. Bohaterowie, od siedmiu boleści.
     - Jesteś już wolna - odezwał się dziadek, posyłając mi delikatny uśmiech.
     - Dziękuję - odpowiedziałam, kiwając głową i odwzajemniając uśmiech.
     Wzięłam łyk niebiańskiej, różanej herbaty. Gdzie oni ją kupili? Zabiłabym za nią.
     - Oczywiście my, porozmawiamy sobie później - powiedział groźnie Hugh, kierując spojrzenie na Nathiela, który siedział tuż obok mnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.
     - Nie powinieneś wciągać w tak niebezpieczny świat Laury.
     Czarnowłosy burknął coś niezrozumiałego na boku i spojrzał w ścianę z niezbyt zadowoloną miną, mówiącą: "To nie moja wina, że ta idiotka przygarnęła mój nóż".
     A moją winą, to niby jest, że zderzyłam się z nim na środku ulicy i go zgubił? Swoją drogą... pomyśleć, że gdyby na mnie nie wpadł, miałabym spokój od demonicznych zagadek od samego początku, a tak dopiero teraz mogę uwolnić się od demonów. Obawiam się, że za bardzo wciągnęłam się w ten świat. Nie, nie chciałabym zostać łowcą, ani mieć styczność z demonami, ale ich historia jest na tyle intrygująca, że pragnę dowiedzieć się o nich więcej i więcej. Poza tym, jakby nie patrzeć, towarzystwo Nathiela nie było takie złe.
     - Możesz zapomnieć o tym, co widziałaś i usłyszałaś - głos Hugha wybudził mnie z rozmyśleń - Nathiel nie będzie ci się już narzucał - ponownie się uśmiechnął.
     Mina zielonookiego mówiła teraz: "wal się dechą, stary dziadu". Nathielu, twoje spojrzenie jest bardzo niekulturalne, sprowadza moje myśli na manowce.
     - Odprowadź Laurę do domu i bez żadnych numerów.
     Hugh posłał groźne spojrzenie Nathielowi. Miałam wrażenie, że tylko przy tym staruszku potrafił zamknąć buzię. A może po prostu przewidywał niezbyt miłe konsekwencje wynikające z ich przyszłej rozmowy i nie chciał pogarszać sprawy? 
     Chwilę później, Hugh ściskał moją dłoń, życząc mi, abym już nigdy w życiu nie spotkała demonicznych pokrak, a gdy to niefortunne spotkanie dojdzie do skutku, to przecież wiem, gdzie ich szukać i służą szczerą pomocą. Oczywiście jako grzeczna i poukładana dziewczyna, podziękowałam dziadkowi za dobre rady i życzenia, po czym pierwszy i ostatni raz, przekroczyłam próg organizacji "Nox". Z Nathielem, ma się rozumieć. 
     Mieszkałam dosyć daleko, tak więc mogłam liczyć na długi spacer w obecności nieznośnego łowcy, który chwilę po tym, jak wyszliśmy, zaczął narzekać na swojego przełożonego.
     - Głupi, stary dziad. Wina nie tkwi tylko po mojej stronie - burczał pod nosem, marszcząc nos, jak mała, obrażona dziewczynka.
     - Uważam, że Hugh jest całkiem miły i rozsądny - powiedziała, zerkając na niego z pobłażliwym uśmieszkiem.
     Nathiel prychnął.
     - To ci się tylko wydaje, blada dupo albinosa.
     Już myślałam, że przestał z głupimi wyzwiskami, a jednak. Chyba wracamy do tych chłodnych relacji i wyzywania się od dup albinosa oraz innych oszołomów. Uwielbiam cię, Nathielu Auvrey, bez ciebie moje życie nie byłoby tak cholernie interesujące. Tak, cieszę się, że więcej cię nie ujrzę - przynajmniej taką mam nadzieję. Oczywiście z demonicznego świata tak łatwo się nie uwolnię, przecież wciąż mam przyjaciela będącego jedną nogą w grobie, dzięki organizacji, która go ściga.
     Olśniło mnie.
     - Mogę cię o coś spytać? - zapytałam, spoglądając uważnie na Nathiela.
     - Hmm? - mruknął tamten, wkładając ręce do kieszeni i wpatrując się w księżyc.
     - Dlaczego ścigałeś Deaniela?
     Zielonooki przez chwilę milczał, a następnie uśmiechnął się w istnie zabójczy sposób.
     - Niech pomyślę - zastanowił się - Wkradł się do naszej organizacji, wszczął walkę z kilkoma osobami i zdemolował nam bazę. Prawdopodobnie jego celem była księga.
     - Księga? - zdziwiłam się.
     Czyżby kolejne "magiczne" pojęcie do mojego demonicznego słowniczka?
     - Nie wiem jak się dokładnie nazywa - zmarszczył czoło - ale w rękach demonów może być niebezpieczna. Z jej pomocą możesz otworzyć otchłań, gdzie trafiają wszystkie demony zabite przez nas - przerwał i zastanowił się - przepraszam, pozornie zabite. Demony nie umierają, tylko trafiają tam, skąd nie mogą już wrócić - westchnął - Masz tam jakieś nudne formułki, sposoby na zabicie cienistych demonów i inne rzeczy, które przydają się łowcom, a są niebezpieczną bronią w łapskach tych potworów.
     Raz jeszcze się zdziwiłam.
     - A po co była mu ta księga?
     - Prawdopodobnie chciał wskrzesić swojego opiekuna - Nathiel mówiąc to, wzruszył ramionami - Tyle, że nie rozumiał, że jeśli ktoś wróci z otchłani, nie będzie już taki sam.
     Uniosłam pytająco brew. Nathiel spojrzał mi prosto w oczy:
     - Jeżeli kiedykolwiek był dobry, powróci na ten świat bez możliwości zmiany na lepsze. Będzie przesiąknięty złem i zabije każdego na swojej drodze.
     Nie wiem dlaczego, ale przeszły mnie ciarki. Zdolność do nadawaniu grozy wypowiedzianym słowom, to on miał niesamowitą.
     Dlaczego Deaniel mimo świadomości, że jego własny, przybrany ojciec mógłby być zły, chciał, aby tu wrócił? Ten człowiek jest dla mnie jedną, wielką zagadką. Chyba nigdy go nie zrozumiem.
     Westchnęłam cicho, spoglądając w niebo.
     Ta noc przypomina mi pierwsze spotkanie z Nathielem i Deanielem. To było zaledwie kilka miesięcy temu, a ja czuję, jakbym znała ich wieczność. Nigdy nie sądziłam, że moje życie nabierze jakichkolwiek barw, poza szarością, która do tej pory za mną chodziła. Na chwilę niebo zajarzyło się szmaragdową zielenią oczu Nathiela. To już naprawdę koniec? Do tej pory walczyłam ze światem tak nierzeczywistym, na rzec zwykłej rutyny, która panowała nad moim życiem, ale teraz? Czuję, że szarość znowu mnie pochłania i wcale mi się to nie podoba. Może jestem szalona, może jestem kompletną idiotką, ale poznanie demonicznego świata było dla mnie interesującym wydarzeniem. Może wcześniej po prostu bałam się wyjść z cienia i dać porwać światu w nieznane? 
     - Uśmiechasz się jak psychopatka - spostrzegł Nathiel, śmiejąc się.
     - Na szczęście nią nie jestem - odpowiedziałam - Za to ty pasujesz do roli psychopaty idealnie - uśmiechnęłam się wrednie.
     - Zawsze uważałem, że każdy człowiek ma w sobie coś z psychopaty - wzruszył ramionami.
     - Nie jesteś...
     Urwałam w pół zdania. Powiedzenie "nie jesteś człowiekiem" byłoby z mojej strony okrutnym błędem.
     - Masz racje, nie jestem człowiekiem - mruknął Nathiel, chmurząc się - Nie ufasz mi z tego powodu, prawda? - spytał, wbijając wzrok w ziemię.
     Milczałam. Ufam Nathielowi? Będąc szczerym, wobec samego siebie - tak, ufam mu i nie mam pojęcia dlaczego. Być może z tego powodu, że jest demonem i służy dobru, być może dlatego, że jest wierny swojemu przyjacielowi i organizacji do której należy, być może dlatego, że bezinteresownie mnie obronił, a może po prostu zrobił mi pranie mózgu i przestawiłam się na pozytywne myślenie? Co się z tobą dzieje, pesymistyczna Lauro?! Wróć!
     - Ufam - odpowiedziałam ostatecznie.
     Nathiel wyglądał na zdziwionego tym faktem. Więcej pytań odnośnie zaufania nie zadał. Wiem, nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Po prostu staram się być szczera z samą sobą. Gdybym była bardziej społeczną istotą, z pewnością wszyscy słali by mnie do piekła za moją szczerość. Na szczęście moje życie społeczne ogranicza się do jednego członka rodziny i przyjaciółki z dzieciństwa.
     - Jesteśmy na miejscu - odezwał się Nathiel, głęboko wzdychając.
     Wyglądał, jakby koniec naszej podróży nie sprawiał mu satysfakcji. Czyżby czegoś żałował?
     - A więc... więcej się nie spotkamy? - spytałam, stając na przeciw niego i patrząc uważnie w jego twarz.
     - Kto wie.
     Nathiel wzruszył ramionami z szerokim uśmiechem na ustach.
     - Dziękuję za... - urwałam, nie wiedząc, co powiedzieć - ...dzisiejszy ratunek. 
     - Nie ma sprawy. Jakby coś się działo, daj znać.
     Kiwnęłam głową.
     Obydwoje umilkliśmy, zajmując się podczas tej niezmiernie ciężkiej ciszy, wpatrywaniem w zupełnie różne , odległe od siebie obiekty. Ja, patrzyłam na drzwi od domu, Nathiel na... 
     - Na co ty się gapisz? - spytałam, marszcząc czoło.
     - Masz tu plamę - stwierdził Auvrey, wystawiając przed siebie ręce w akcie obrony.
     Spojrzałam w dół, na swój dekolt.
     - Plamę, to ty masz chyba w mózgu, baranie - podsumowałam, patrząc na niego groźnie.
     - Ciesz się, że ty jej nie masz, ruda małpo.
     Chwyciłam kosmyk swoich włosów i wpatrując się w niego, prychnęłam.
     - To blond, przeklęty daltonisto.
     - Mów do ręki, chińska porcelano.
     - Udław się cieniem, demoniczny oszołomie!
     Spojrzeliśmy na siebie i... nie powstrzymaliśmy się od śmiechu. Przysięgam, pierwszy raz w życiu śmiałam się jak oszalała i nie mogłam się od tego uwolnić. Coś we mnie pękło. Jakaś szklana szyba rozsypała się w drobny mak, tuż przed moimi oczami i... o dziwo, wcale mi to nie przeszkadzało.
     - Jesteś głupia - przyznał Nathiel ze śmiechem na ustach - I śmiejesz się jak traktor moich sąsiadów.
     - Traktory się nie śmieją! - stwierdziłam oburzona, nie powstrzymując się od uśmiechu.
     - Dobra, nie wymądrzaj się już, albinosie. Mam dość oglądania twojej twarzy, wypad do domu - powiedział to tak zabawnym tonem głosu, że nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo.
     - Wal się dechą - odparłam, próbując powstrzymać śmiech.
     Czy my coś ćpaliśmy? Domestos na przykład? Skąd ta nagła zmiana? Sama dziwiłam się swoim zachowaniem. Dla Nathiela to normalne, ale dla mnie?
     Zielonooki poczochrał mi włosy, zostawiając po sobie małą pamiątkę w postaci miliona kołtunów, które zapewne będę rozczesywać przez następne dwie godziny. 
     Odskoczyłam od niego jak oparzona.
     - Idź już stąd, bo się jeszcze popłaczę, po naszym rozstaniu - powiedziałam, gładząc swoje włosy, by przynajmniej odrobinę przywrócić je do porządku.
     - Obiecuję, że się jeszcze spotkamy - odparł Nathiel, uśmiechając się tajemniczo.
     Odszedł. Machając mi ręką na pożegnanie i krzycząc na pożegnanie: "Uczesz szopę, bo nikt cię nie zechce, potworze". Odmachałam mu, uśmiechając się ironicznie pod nosem. 
     I tak nikt mnie nie zechce.

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział 16 - "On i jego demoniczna historia"

Witam, witam! Chyba pierwszy raz w życiu byłam tak skupiona i wciągnięta w pisanie rozdziału. Jestem na siebie trochę zła, bo obiecałam mojemu Arusiowi, że pójdziemy spać o północy, a w rzeczywistości zabrałam się za pisanie rozdziału i... tak mi minął czas do 3 w nocy.
Jestem dumna z tego co napisałam - pierwszy raz w życiu, jak Boga kocham (a nie kocham, bo jestem małym Szatanem). Ten rozdział tym razem chciałabym zadedykować tylko i wyłącznie Cleo, która pokochała mojego szaleńczego Nathiela! Dziękuję ci za cudowne SPAMy i za wyrażenie chęci pisania ze mną listów! <3 Uwielbiam cię, po prostu uwielbiam. Przy okazji chcę też podziękować Króliczkowi za małą dawkę humoru, odnośnie pisania Króliczkowo-Naffowej parodii z kotletami w roli głównej i rozmowę na skypie, Abbigail też dziękuję za rozmowy i epickie teksty, którymi rzucała w rozmowie na gg (na pewno pochwalę się nimi w następnym rozdziale!). Wielbię was wszystkich - tak poza tematem!
A teraz zapraszam na czytanie rozdziału o historii małego Nathiela. 
PS. Dalej zapraszam do zakładki "zapytaj bohatera" - i w tym miejscu dziękuję Rudej XD.
PS2. Błędy - na pewno są, ale nie chciało mi się ich poprawiać.
***

     Patrzyłam w jego zielone oczy, nie wierząc w to, co słyszę. Nathiel demonem cienia. Gdzie tu jest sens? Ktoś, kto jest zrodzony ze zła, nie może przecież bronić innych ludzi, walcząc z rasą do której sam przynależy. Ta sytuacja przypomina mi trochę sławny w dzisiejszych czasach gender. Jesteś mężczyzną, ale podoba ci się noszenie torebek pokroju Teletubisia i generalnie zachowujesz się jak kobieta.
     Nathiel najwyraźniej zauważył, że niezbyt spodobała mi się przekazana przez niego wiadomość, bo przestał się na mnie patrzeć. Zamiast tego, wyjął z tylnej kieszeni spodni chusteczki i podał mi je. Przez chwilę nie wiedziałam co z nimi zrobić. Przecież nie zamierzałam płakać. Raczej.
     - Krew - powiedział, dostrzegając moje pytające spojrzenie.
     Gdy usłyszałam to słowo, momentalnie zrobiło mi się słabo. Adrenalina powoli zaczynała opuszczać moje ciało i dopiero teraz poczułam ból. Wybrałam większe zło - krwawiący nos. Szyja mogła poczekać, tętnicy ta przeklęta wampirzyca mi przecież nie przegryzła.
     - Złamała ci nos? - spytał Nathiel, marszcząc czoło.
     - Skąd mam wiedzieć - odpowiedziałam oburzona.
     Lekarzem nie jestem. Boli, ale skąd mam wiedzieć, czy to złamanie?
     Zielonooki, znienacka zabrał moją rękę z nozdrzy i ścisnął mój poturbowany nos. Krzyknęłam głośne "ała", a w oczach pojawiły mi się łzy.
     Nathiel wzruszył ramionami.
     - Jak krzyczysz, to znaczy, ze złamany - odpowiedział, jakby mój ból i cierpienie wcale go nie wzruszyło.
     Niech cię szlag trafi, ty głupi, demoniczny łowco! Od samego początku wiedziałam, że jest z nim coś nie tak. Latał za mną z nożem, śmiał się jak ostatni diabeł na ziemi, miał nieludzkie, zielone oczy, okropny charakter i... obronił mnie. 
     Spojrzałam w jego rozbawioną twarz. 
     Nie, w rzeczywistości nie wyglądał jak demon. Deaniel przecież sam mówił, że demony przebywające w świecie ludzi, stają się ludzcy i wyzbywają się całego zła, które w nich tkwi. Nathiel musi żyć w tym świecie naprawdę długo.
     Czym różni się od normalnego człowieka? Czy jest mu trudno ze świadomością, że jest tym, kogo sam nienawidzi? Czy kiedykolwiek wniknął w cień jakieś człowieka? Czy kiedykolwiek uczynił coś złego, co zagroziło ludzkości?
     Teraz pamiętałam. Wspominał kiedyś, że znalazł się w tajemniczej organizacji na innych zasadach. Pamiętam także ból, malujący na jego twarzy, gdy mówił o rodzinie Sorathiela, która została zabita przez demony. Pamiętam z jaką nienawiścią opowiadał o nich. Nathiel może i jest "cienistym potworem", ale bliżej mu do człowieka pragnącego dobra.
     Zrobiło mi się go szkoda. Sama się tym dziwię, ale najzwyczajniej w świecie miałam ochotę go przytulić. Skąd tyle nagłej empatii we mnie?
     - Dalej jesteś w szoku? - spytał Nathiel.
     - Jestem - przyznałam - Ale nie sądzę, że świadomość tego, iż jesteś demonem będzie mi przeszkadzać w naszych relacjach.
     - Czyli przyznajesz, że mnie lubisz? - Nathiel uśmiechnął się w swój najbardziej uwodzicielski sposób.
     - Wręcz przeciwnie, nienawidzę cię - tym razem to ja uśmiechnęłam się jak prawdziwy diabeł.
     Chłopak, niezrażony moją wypowiedzią, wstał z ziemi i podał mi dłoń. Tym razem ją przyjęłam, bo sama przecież bym nie wstała. Dalej było mi słabo. 
     - Dlaczego to ukrywałeś? - spytałam.
     - Nie ukrywałem. Po prostu nie czułem potrzeby mówienia o tym - odpowiedział spokojnie.
     A może próbował to ukryć przed samym sobą? Może chciał zapomnieć o tym, kim jest lub wmówić sobie, że jest tylko i wyłącznie człowiekiem w zawodzie łowcy.
     - Jeżeli chcesz, opowiem ci całą swoją historię - dodał, patrząc na mnie tak, jakby opowiedzenie komuś swoich demonicznych przeżyć, było czymś zwyczajnym.
     Kiwnęłam głową. Jestem człowiekiem, a cechą ludzką jest ciekawość.

***
     Mały, szmaragdowooki chłopiec, stał przy ścianie w przyciemnionym pokoju, patrząc się w wielkim przerażeniu na swego ojca. Jego młody umysł starał się przetworzyć wszystko, co zdążył do tej pory zobaczyć w ciemnościach - chaos i dym ulatniający się z nieruchomych ciał, spoczywających w różnych miejscach pokoju. Czuł, że pod wpływem płonącego spojrzenia ojca, zaczynają trząść mu się nogi. Wyglądał jak najprawdziwszy, przerażający demon, którym przecież w rzeczywistości był. 
     Chłopiec zasłonił oczy dłońmi, powtarzając w myślach, że to tylko zwykły koszmar. Słowa wypowiedziane w myślach, z czasem nieświadomie, zaczęły wydobywać się z jego ust.
     - Koszmar?! - wrzasnął ojciec, który do tej pory milczał.
     Pod wpływem jego silnego głosu, chłopiec drgnął niespokojnie.
     - Czas, abyś wreszcie zrozumiał, czym jest prawdziwy świat demonów! Nie ma w nim miłości, nie ma litości, nie ma nawet rodziny! To tylko cholerne przyzwyczajenia ze świata ludzi! - wrzeszczał.
     Chłopiec odkrył twarz i spojrzał na ojca, nie rozumiejąc o co mu chodzi. 
     Od maleńkości żył w świecie ludzi i nie pojmował, czym tak naprawdę kierują się demony. Żył na przedmieściach razem z matką i dwójką rodzeństwa, całkowicie oddalony od Królestwa Nocy o którym tak wiele opowiadał mu starszy brat. Ojciec nie mieszkał z nimi. Pojawiał się u nich sporadycznie, zazwyczaj wywołując ogromne kłótnie. On, krył się wtedy w kącie, zatykając uszy. Nigdy nie rozumiał nic z ich sprzeczek. Jako 5-latek zdołał zrozumieć tylko tyle, że matka wolała mieszkać w świecie ludzi, a ojcowi bardzo się to nie podobało. Ostatnim razem zagroził nawet, że pozabija całą rodzinę. Malec płakał wtedy, tuląc się do matki i powtarzając, że nie chce, żeby tak to się skończyło, a ona głaskała go powtarzając z uśmiechem, że ich obroni. Czy naprawdę zdołała? W tym maleńkim świecie pozostał tylko on i ojciec. 
     Mężczyzna podszedł do syna i chwycił go gwałtownie za koszulkę. Chłopiec nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Patrzył tylko przerażony w szmaragdowe oczy ojca. Dostrzegał w nich swoje własne odbicie. 
     Ojciec z nagła uśmiechnął się, rzucając nóż, który do tej pory dzierżył w dłoni na podłogę.
     - Zostawię cię przy życiu - szepnął, niczym prawdziwa żmija, nachylając się nad uchem syna - Masz szansę na obranie właściwej drogi. Pokaż, że jesteś prawdziwym demonem, a nie zwykłym ścierwem, jak reszta twojej "rodziny"! - ostatnie słowa wykrzyczał, a syna odrzucił na tyle mocno, że odbił się od ściany i wylądował obolały na podłodze.
     Szybko podniósł się z podłogi, ponownie wbijając w ojca niepewne i przerażone spojrzenie. On już jednak na niego nie spojrzał. Bez słowa wyszedł z domu, zostawiając go samego w otoczeniu chaosu i trzech, nieruchomych ciał.
     Malec nie wiedział tak naprawdę, ile czasu minęło, zanim zdołał się ponownie poruszyć. Był przepełniony strachem. Bał się, że ojciec wróci, że się rozmyśli i postanowi go zabić. Wiedział, że jest nieobliczalny i agresywny. Był zdolny do każdego czynu.
     - Mamo? - spytał cicho chłopiec, spoglądając niepewnie z oddali, na ciało swej rodzicielki.
     Wciąż miał głupią nadzieję, że może to jeden, wielki żart.
     Z trudem oderwał się od ściany i krętym krokiem zaczął podchodzić do matki. Uklęknął przy niej i szturchnął ją dłonią. Ciemny dym już dawno przestał się unosić nad jej ciałem.
     - Mamusiu? - chłopiec raz jeszcze szturchnął matkę dłonią.
     Żadnej reakcji.
     W jego zielonych oczach pojawiły się drobne łezki.
     - Mamo, ojciec żartował, prawda? - zapytał przez łzy - Mówiłaś, że wy się nie kłócicie, tylko sobie żartujecie - mówiąc to, przetarł rączką oczka - Anne i Soriel też żartują, prawda? - zapytał cichutko, zbolałym głosem. 
     Dużo czasu minęło, zanim jego drobny uśmiech przepełniony nadzieją, zamienił się w prawdziwą rozpacz zrozumienia. 
     - Wy nie żartujecie - podsumował spanikowanym głosem, podnosząc się z podłogi.
     W przerażeniu zaczął się cofać pod samą ścianę. 
     - Ja tego nie chcę! - wykrzyknął, po czym rozpłakał się jak małe dziecko, którym w rzeczywistości wciąż był.
     Nie wiedział co się dzieje z jego nogami. Po prostu nie chciał tu stać i patrzeć na ciała zabitej rodziny. Wybiegł z domu, zanosząc się najboleśniejszym płaczem, jaki kiedykolwiek wydobył się z jego klatki piersiowej.
***

     Milczałam. Twarz Nathiela nie wyrażała żadnych uczuć. Patrzył się przed siebie, jakby wspominał losowe, nic nieznaczące zdarzenia. Co działo się wewnątrz niego? Czy bolało go to, że na nowo przeżywał najgorsze koszmary dzieciństwa? Czy może zbyt często przywoływane obrazy, przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie?
     Patrzyłam na niego od dłuższej chwili, nie mogąc wymówić ani słowa. Pierwszy raz w życiu byłam zszokowana, a moje usta tkwiły w bez ruchu, jakby zostały zamknięte przez niewidzialną kłódkę.
     Nathiel kontynuował swoją opowieść:
     - Tułałem się przez całą noc po nieznanych mi okolicach, szukając powodu do życia. Nie miałem nawet siły i odwagi na sen. Ludzie patrzyli na małe, 5-letnie dziecko, sunące ulicą ze łzami w oczach. Wiele z nich pytało, czy zgubiłem mamę - tu uśmiechnął się ironicznie.
     W pewnym sensie mieli racje. Tyle, że jego matka miała się już nigdy więcej nie odnaleźć.
     - Nie odpowiadałem. Szedłem dalej - kontynuował - Do tej pory nie wiem, co sprawiło, że taki mały 5-latek, wpadł na najbardziej niedorzeczną rzecz w świecie demonów.
     Zaśmiał się.
     - Może to dlatego, że byłem młody, głupi i nic nie wiedziałem o życiu, może podświadomość podpowiadała mi, że powinienem stanąć na przeciw reszcie demonów i iść zgodnie z rytmem życia zwykłego człowieka... naprawdę nie wiem. Każdy dziwił się moją decyzją, nawet sam ja.
     Umilkł na chwilę, pochylając się do przodu i wbijając wzrok w ziemię. 
     - Poszedłeś do organizacji zwalczającej demony? - spytałam, unosząc brwi w zdziwieniu.
     Nathiel pokiwał głową.
     - Tak - odpowiedział - Widzisz, nie raz przechodziłem tamtędy z moim rodzeństwem. Straszyli mnie, że przebywanie tam, może się dla mnie źle skończyć, bo mieszkają tam bezwzględni łowcy, którzy niszczą każdego, napotkanego demona. A ja doskonale wiedziałem kim byłem. Byłem dzieckiem, które lubiło ryzyko. Nie raz kryłem się gdzieś w krzakach i obserwowałem to miejsce. Zdarzyło mi się widzieć biegnących łowców, którzy wykrzykiwali przejętym głosem, że nieopodal znajduje się gromada niebezpiecznych demonów. Częściej jednak, spotykałem małego Sorathiela, którego wtedy jeszcze nie znałem. Siedział przed organizacją i zaczytywał się w jakiś książkach. 
     5-latek zaczytujący się w książkach. Niesamowite. Jestem ciekawa, kto nauczył go wtedy czytać. 
     - Miałem raz okazję zobaczyć łowców w akcji. Może moje zachowanie było w tym momencie dziwne, w końcu zabijali kogoś, kim ja w rzeczywistości byłem, ale... - tu przerwał i uśmiechnął się pod nosem - Spodobało mi się to. Tamtej nocy, gdy uciekłem z domu, nogi poniosły mnie do samych łowców. Bez wahania zapukałem do drzwi.
***

     - Ktoś pukał, czy mi się zdawało? - spytała młoda, blondwłosa kobieta, spoglądając na resztę zebranego przy stole towarzystwa. Właśnie byli w trakcie ważnej obrady.
     - Mamo, ktoś naprawdę pukał - odpowiedział mały, 5-letni blondyn, ubrany w dziecięcą piżamę w misie.
     Spojrzał na rodzicielkę mądrymi oczami.
     Kobieta uśmiechnęła się w jego stronę i jako pierwsza wstała z sofy, by sprawdzić, któż o tej porze dręczy ich zgromadzenie. Otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się mały, czarnowłosy chłopczyk o szmaragdowych i zapłakanych oczach. Spoglądał na nią najbardziej bezradnym spojrzeniem świata. Nigdy nie widziała żadnego dziecka w takim stanie. Tylko jedno jej nie pasowało.
     - Hugh? - spytała zaniepokojona, nie spuszczając oczu z wciąż milczącego chłopca.
     Członkowie organizacji "Nox" wychylali się, aby zobaczyć kto do nich zawitał. 
     W pomieszczeniu rozległy się okrzyki zaskoczenia. Spora grupa łowców chwyciła za noże, przygotowując się do ataku lub obrony.
     - Elisabeth, odejdź stamtąd! - krzyknęła starsza, spanikowana kobieta.
     Ta sama osoba, skierowała się chwilę później w stronę głowy całego zgromadzenia.
     - Hugh! To przecież najprawdziwszy demon! Mały, zielonooki pomiot!
     Mężczyzna ze stoickim spokojem podszedł do drzwi i stanął obok blondwłosej kobiety.
     W pomieszczeniu zaległa cisza, która od czasu do czasu była przerywana pociąganiem nosa małego chłopca.
      Chwila ta, trwałaby pewnie wiecznie, gdyby nie mały, 5-letni blondyn, który stanął obok matki i przyglądnął się uważnie nowo przybyłemu.
     - Kim jesteś? - spytał odważnie.
     - Sorathiel! - oburzyła się jedna z kobiet będąca z tyłu.
     Gdy dziecko nie zareagowało, zwróciła się do jego matki:
     - Elisabeth! Co ty wyrabiasz?! Twojemu synowi może stać się krzywda! To demon, mój Boże, to prawdziwy demon! Czy wy tego nie widzicie?!
     Elisabeth zignorowała oburzony głos. Wciąż spoglądała na zielonooką istotę, stojącą w drzwiach.
     - Jestem Nathiel - szepnął mały intruz, ocierając łzy z polików. 
     Nie mógł płakać przy kimś, kto mógł się przecież z niego śmiać. Musi pokazać, że jest dzielny.
     Wszyscy w organizacji milczeli, będąc w stanie gotowości.
     - Dlaczego tu jesteś? - spytał mały blondyn.
     - Bo... 
     Chłopiec nie dokończył swojej wypowiedzi. Zaczął przyglądać się nienawistnym twarzom, otaczającym go. Dlaczego tutaj jest? Co go tu przyniosło? Nikt go tu przecież nie lubi. Zaraz może zginąć!
     Zaciskając usta, zaczerwienił się jak mały burak, próbując powstrzymać się od kolejnej fali płaczu. Oczy ponownie zaszły mu łzami.
     - Ja... - zaczął, wpatrując się w Sorathiela, nieporuszonego żadnymi emocjami.
     - Jesteś demonem? - spytał blondyn.
     Nathiel kiwnął niepewnie głową, zaś Hugh wymienił znaczące spojrzenie z Elisabeth.
     - Więc czego tu chcesz?! - wykrzyknął ktoś w tle.
     - Właśnie! Uciekaj, jeżeli życie ci miłe! - dodał ktoś inny.
     - To pewnie pułapka! Tam muszą gdzieś czekać inne demony! Specjalnie go tu wysłali!
     Hugh uniósł rękę do góry i uciszył zgromadzenie. Po raz pierwszy odezwał się:
     - Czego chcesz, chłopcze? 
     Jego głos brzmiał niezwykle kojąco. Nie był wrogo nastawiony jak reszta. 
     Mały Nathiel, spojrzał w stronę blondwłosej, pięknej kobiety, która posłała mu współczujący uśmiech, a potem przeniósł spojrzenie na starca, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
     - Ja... ja... bym chciał... i... - zaczął, nie mogąc dokończyć zdania. 
     Nastała długa cisza. 
     - CHCĘ ZABIĆ WSZYSTKIE DEMONY! - wykrzyknął na całe gardło, na co reszta podskoczyła do góry.
     Wszystkie emocje z nagła wybuchły w jego małym ciele. Płakał, nie mogąc powstrzymać łez. Inni milczeli, wpatrując się w siebie nawzajem. Nie wierzyli mu. Demony były podstępne, nie miały żadnych uczuć. Musieli podrzucić tu tego małego. Odkryli gdzie przebywają, chcą wyciąć ich w pień. Tylko trójka z nich, stała w drzwiach, myśląc w całkowicie inny sposób.
     Elisabeth nie czekając, uklękła przed chłopczykiem i wyjęła z kieszeni chusteczkę. Otarła nią jego łzy. Nathiel spoglądał na nią z przerażeniem w oczach. Nie chce go skrzywdzić? Nie zabije go?
     - C-co pani robi? - spytał uprzejmie, robiąc krok w tył.
     - Ocieram ci łzy, Nathielu - odpowiedziała łagodnie, obdarzając go ciepłym uśmiechem.
     W tle znowu rozległy się oburzone okrzyki. Mały był jednak zbyt zajęty wpatrywaniem się w życzliwą twarz, młodej pani. Tak bardzo przypominała mu jego mamę, że w oczach znów zebrały mu się łzy.
     - Uciszcie się w końcu! - zagrzmiał Hugh.
     Silnym gestem pociągnął Elisabeth ku górze i delikatnym ruchem odepchnął ją na bok. Teraz w drzwiach stał tylko on.
     - Kto cię przysłał? - spytał.
     - Nikt! - wykrzyknął Nathiel - Ja sam przyszedłem! 
     - Po co?
     - Bo... chcę być taki jak wy! - krzyczał coraz bardziej odważnie, zaciskając przez łzy swoje małe piąstki.
     - Jak my? Wiesz kim jesteśmy? - spytał starzec, unosząc brew.
     - Łowcami! Widziałem, jak zabijacie demony! Ja też chcę! Nienawidzę ich! 
     Wszyscy milczeli, zdumieni szczerymi słowami młodzieńca.
     - Dlaczego? - spytała, tym razem Elisabeth.
     - Bo... bo... mój ojciec zabił mamę, Anne i Soriela - powiedział spokojniej malec, patrząc niepewnie w twarz kobiety.
     - Mieszkasz w świecie ludzi? - spytał poważnie Hugh.
     Nathiel kiwnął głową, ponownie ocierając rękawem łzy.
     - On kłamie! - rozległy się z dala okrzyki.
     - Czy wy naprawdę jesteście ślepi?!
     - To demon z krwi i kości!
     - Uciszcie się w końcu! - zagrzmiał Hugh - Czy nie jest dla was rzeczą niezwykłą, że demon płacze?! Żaden demon mieszkający przez całe życie w Królestwie Nocy, nie jest w stanie uronić jednej łzy! To cecha ludzka!
     Zgromadzeni umilkli.
     - Pomyślcie na spokojnie - dodała chwilę potem Elisabeth, spoglądając do tyłu - Czy normalny demon, przyszedł by tutaj z własnej woli, mówiąc o tym, że chce zabić wszystkie istoty swojego pokroju? Każdy inny bałby się tu zjawić. To dziecko! Szczere dziecko. Spójrzcie w jego oczy. Nie są skażone złem!
     Nathiel spoglądał na resztę oszołomionych ludzi, próbując ponownie nie wybuchnąć płaczem. Nie chciał pogarszać sprawy. Ktoś go bronił.
     - Dajmy mu szansę - powiedziała cicho Elisabeth.
     Wśród łowców wybuchł prawdziwy chaos słów.
***

     Nathiel uśmiechnął się szczerze na wspomnienie tej sceny.
     - Ostatecznie zostałem wpuszczony do środka. Wszyscy patrzyli na mnie z nienawiścią. Oczywiście z wyjątkiem Sorathiela, który usiadł obok mnie w kącie, jego matki, Elisabeth, która wykłócała się dzielnie o moje pozostanie w organizacji i Hugha, który rozważał za i przeciw. Kuliłem się wtedy ze strachu, przed ludzkimi krzykami i nienawiścią. Zastanawiałem się, co zrobiłem tym ludziom, że tak mnie nienawidzili. Dziś to wiem. Cieniste demony to najgorsze potwory świata - powiedział, krzywiąc się na boku.
     Potrząsnęłam głową, będąc oszołomiona. W dalszym ciągu nie potrafiłam wymówić żadnych słów. Niewidzialna kłódka ciążyła na mych ustach.
     - Ostatecznie, członkowie organizacji "Nox" postanowili, że dadzą mi czas. Zostałem z nimi, ale oprócz Hugha, Elisabeth, Arthura i Sorathiela z nikim nie rozmawiałem. Każdy się mnie bał. Przez cały rok byłem pilnowany przez członków organizacji i z czasem zdobywałem ich zaufanie. Elisabeth, jej mąż Arthur i syn Sorathiel, zastąpili mi rodzinę. Od początku aż do końca byli razem ze mną.
     W twarzy Nathiela dostrzegłam bolesny grymas. Tak, wiedziałam do czego zmierzała historia. Do śmierci rodziców Sorathiela.
     - Prawdziwe zaufanie wszystkich członków organizacji "Nox", zyskałem dopiero wtedy, gdy zaskoczeni rodzice Soratha, zostali zaatakowani przez demony. Niedługo, przed moimi 7 urodzinami, zabiłem pierwszego demona, ratując Sorathiela, który jako jedyny z rodziny Blythe'ów ocalał. Zabiłem go z całą nienawiścią, jaką w sobie miałem. Nie posiadałem jeszcze wtedy własnego noża, zrobiłem to z pomocą exitialis Arthura, który zdążył pożegnać się z tym światem. Nigdy nie zapomnę łez Sorathiela. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Nigdy więcej nie uronił żadnej łzy i w zasadzie przestał się uśmiechać. Zamknął się w świecie książek.
     Dlatego Sorathiel zachowuje się tak poważnie. Kryje wewnątrz ból po stracie rodziców. Doskonale go rozumiem.
     - Cóż, mimo problemów, jakie stwarzałem większości łowców, w pełni mnie zaakceptowali. Dziś mogę się tylko cieszyć z tego, kim jestem. Nie żałuję żadnej decyzji - mówiąc to, Nathiel wstał z ławki i spojrzał z uśmiechem w księżyc - Oczywiście nie zmienię faktu, że nie jestem człowiekiem - tym razem skierował spojrzenie na mnie. 
     Wtedy po raz pierwszy od jego opowieści, zdołałam otworzyć buzię:
     - Człowieczeństwo tkwi w tym, kto zachowuje się jak człowiek, a nie po prostu nim jest.
     Auvrey patrzył w moją twarz, nie wyrażając początkowo żadnych emocji. Wyglądał tak, jakby poważnie zastanawiał się nad tym, co powiedziałam. Być może nie zrozumiał sensu moich słów. W końcu obdarował mnie jednak łagodnym uśmiechem, jaki rzadko gościł na jego twarzy.
     Podał mi dłoń, a ja ją chwyciłam, wstając z ławki. Staliśmy tak przez moment, trzymając się za dłonie w przyjaznym uścisku. Miałam wrażenie, że gdy patrzyliśmy w swoje oczy, świat się zatrzymał. Nie, nie była to miłość, po prostu zwyczajna, przyjazna więź. Można powiedzieć, że po raz pierwszy poczułam, że choć trochę go lubię.
     Ile się zmienia, gdy człowiek dowiaduje się o historii innej osoby. 
     - Dziękuję - powiedział Nathiel, po dłuższej chwili i puścił moją dłoń.
     - Mogę cię o coś jeszcze spytać? - zapytałam znienacka, spoglądając na niego podejrzliwie.
     - Wal - odparł czarnowłosy, wzruszając ramionami.
     - Czy spotkałeś jeszcze kiedyś swojego ojca?
     Nathiel umilkł na chwilę, wkładając ręce do kieszeni i wbijając spojrzenie w ziemię. Doskonale widziałam ironiczny uśmiech, który pojawił się na jego twarzy.
     - Nie. Ale chciałbym dożyć spotkania z nim - odparł krótko.
     Z wyrazu jego twarzy, mogłam odczytać, ze spotkanie to nie będzie zbyt miłe. Zapewne skończy się śmiercią któregoś z nich.
     - To wszystko? - spytał, spoglądając na mnie z ukosa.
     Kiwnęłam głową.
     - W takim razie pozwól, że zabiorę cię do miejsca, gdzie zaczęła się moja historia.
     Uniosłam zdziwiona brwi.
     - Hugh dowiedział się o tobie i exitialis, które trzymasz w szufladzie. Przeklęty Sorathiel - warknął pod nosem - Myślę, że już nie masz się czego bać. Pozbędziesz się go i na zawsze będziesz mogła zapomnieć o demonicznym świecie.
     Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że nigdy więcej nie będę miała okazji, natknąć się na demoniczne pokraki. Poza tym pozbędę się uciążliwych wizyt Nathiela. Uśmiechnęłam się w duchu, czując, że ogromny ciężar spada właśnie z moich ramion. A może po prostu próbowałam oszukać samą siebie?
***

Na zakończenie, macie dwóch, kjutnych boyów. 
Sorath i Nath - choć ten drugi, trochę taki chiński tu wyszedł XD.

czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 15 - "Będę twoim koszmarem"

     Następny rozdział chciałabym zadedykować Cleo i Elfikowi - za te piękne spamy pod ostatnim rozdziałem XD. To dzięki Wam powstał ten rozdział! Świetny humor sprawia, że pojawia się wena. Nad rozdziałem siedziałam do 3 w nocy i... opłacało się! Przy okazji muszę pochwalić się epickim tekstem Cleo:
     "Walka z komarami jest jak walka Nathiela z demonami - te ścierwa i tak wracają" 
     To takie piękne i głębokie, uwielbiam cię za to! I oczywiście popieram to stwierdzenie!
Przy okazji chciałabym oznajmić, iż założyłam zakładkę "spytaj bohatera" - możecie pytać, kogo chcecie. Nathiel trochę z wami poflirtuje, Laura będzie ironizować - żyć, nie umierać! (mam nadzieję, że nie zdradzą wam fabuły)
Z momentem pojawienia się Gabrielle, zaktualizowałam zakładkę "bohaterzy". Zrobiłam też mały słowniczek demonicznych pojęć (prawa strona!) - jeżeli ktoś przyuważy brak któregoś pojęcia, niech mnie o tym zawiadomi - nie o wszystkich pamiętam D:

***
     Próbowałam rozbudzić wszystkie uśpione zmysły, poczynając od oczu, które zakrywały ciężkie, jak dwie cegły powieki. 
     Czułam się okropnie. Moje ciało spowijał chłód, który sprawił, że na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka, w uszach dziwnie dźwięczało, a głowa bolała, jak po ostrej, alkoholowej imprezie, choć przyznam szczerze, że nigdy na takiej nie byłam. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, choć podejrzewałam, że nic dobrego.
     Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy, by odzyskać ostrość obrazu, niewiele jednak zobaczyłam. Wokół mnie była ciemność. Tylko księżyc oświetlał bladą ścianę na przeciw mnie. 
     Spojrzałam w dół. Byłam przywiązana do krzesła grubymi linami. Czułam, że krew nie dopływa do moich kończyn od dłuższego czasu. Ktoś musiał mieć świetny ubaw wiążąc mnie.
     Uśmiechnęłam się ironicznie do swojego losu. 
     Świetnie. Pewnie w swe sidła złapali mnie jacyś biedacy ze slamsów. Teraz będą mi truć o pieniądzach, których przecież nie mam. Mam przynajmniej nadzieję, że ten dzień nie będzie moim ostatnim. 
     Los się ze mnie śmieje - słyszę to w swojej głowie. Znowu stawia na mojej drodze grube kłody nie do przeskoczenia. Za jakie grzechy? Poszłam przecież zobaczyć się ze swoim przyjacielem. Nie dość, że zostałam zaatakowana przez niego nożem, to jeszcze ktoś zafundował sobie dobrą rozrywkę w postaci półmartwej, bladej Laury przywiązanej do krzesła. Dziękuję, chętnie uściskam Boga i swojego oprawcę!
      Spróbowałam szarpnąć rękoma, jednak na nic zdało się moje siłowanie. Byłam za słaba. 
     - Możesz próbować i tak się nie uwolnisz - dosłyszałam mrożący krew w żyłach, kobiecy głos.
     Głośny stukot obcasów, odbijał się echem od ścian ciemnego pomieszczenia.
     W księżycową poświatę, weszła długonoga kobieta o przeszywających, zielonych oczach i długich, sięgających za łopatkę, czarnych włosach. Na jej krwisto-czerwonych ustach tkwił kpiący uśmiech, a w jej chodzie było coś niepokojącego. Poruszała się jak kot - stąpała głośno, przez wysokie szpilki, ale myślę, że gdyby ściągnęła te straszliwe buty, nawet nie słyszałabym jej kroków. Miała w sobie jakąś dziwną, arystokratyczną grację.Wyglądała, jakby przez całe życie patrzyła na wszystkich z góry. 
     Gdy stanęła przede mną i wsparła się dłonią na biodrze, dokładnie przyglądnęłam się jej ubiorowi. Miała na sobie czarny, obcisły gorset, wiązany u przodu długimi, czarnymi, krzyżującymi się wstążkami, pod nim na jej bladych ramionach, znajdowała się prześwitująca, szara koszulka z długimi rękawami. Jej uda opinały krótkie, czarne spodenki, podkreślające idealny kształt jej nóg. Była piękna - temu niestety nie zaprzeczę. Ja, blada, wiecznie nachmurzona, wychudzona i niska blondynka, mogłam jej pozazdrościć.
     - Kim jesteś? - spytałam ochrypłym głosem, który wcale mnie nie zaskoczył. Musiałam być nieprzytomna cały dzień. Nie używałam swojego głosu, dlatego powstał efekt rockowej chrypki, która zawsze dopadała mnie z samego rana, zaraz po przebudzeniu.
     Kobieta pochyliła się nade mną i spojrzała prosto w moje oczy. Dostrzegłam w nich coś, co mnie przeraziło. Miała oczy takiego samego koloru jak Nathiel.
     - Demonicznym koszmarem, który będzie cię dręczył, dopóki nie wyśpiewasz, gdzie znajduje się niejaki - tu przerwała, uśmiechając się w istnie diabelski sposób - Deaniel.
     Serce podskoczyło mi do góry. 
     A więc miał racje. Przebywanie z nim było naprawdę niebezpieczne, jednak widzę, że udało mu się uciec. Jak miło. Tak bardzo się cieszę, że uszedłeś z życiem!
     Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem. Ciekawe czy miał świadomość tego, że zamiast niego, dopadli mnie?
     - Czyżby departament do spraw wyszukiwania i niszczenia demonów pół krwi? - spytałam najbardziej ironicznie, jak tylko umiałam - Słyszałam o was. Musicie być niewiarygodnie zabawną grupą.
     Kobieta chwyciła mnie za podbródek i ścisnęła go mocno. W jej oczach kryło się poirytowanie. 
     - Widzę, że masz niewyparzoną buźkę - szepnęła groźnie, po czym puściła mnie.
     W milczeniu okrążyła krzesło do którego byłam przywiązana. Stukot jej obcasów drażnił moje uszy. Gdybym nie była przywiązana do krzesła, osobiście ściągnęłabym je i spaliła w ogniu piekielnym.
     - Gdzie jest Deaniel? - spytała spokojnie.
     - Nie mam pojęcia - powiedziałam zgodnie z prawdą.
     Bo niby skąd miałam wiedzieć, gdzie uciekł ten tchórz? Dziwi mnie, że w ogóle mógł się ruszyć. Chociaż ludzie powiadają, że strach dodaje skrzydeł. To dzięki niemu kobieta może stać się kulturystą, dźwigającym tonowe worki, żeby tylko obronić się przed męskim napastnikiem, to dzięki niemu mężczyzna w zetknięciu z żoną dzierżącą wałek, wstaje z kanapy i zostawia na stole piwo, by iść po dziecko do przedszkola.
     - Doskonale o tym wiesz - dodała kobieta.
     Czułam się jak na przesłuchaniu, tylko w wersji bardziej filmowej. Brakowało jeszcze wielkiej lampy, którą tajemnicza kobieta oświetliłaby mi twarz. Nic nie wiem, pani policjantko!
     - Nie będę się powtarzać. Nie mam pojęcia gdzie jest - dodałam przez zaciśnięte zęby.
     Moja zmora, znienacka chwyciła mnie za włosy i pociągnęła je tak, że moja głowa gwałtownie odgięła się do tyłu.
     Wydałam z siebie cichy jęk bólu. Nie spodziewałam się tego. Moja kręgi szyjne wydały niemiły oddźwięk, przypominający łamanie się kości.
     - Myślisz, że ci uwierzę? - zaśmiała się kobieta, ciągnąc mnie jeszcze mocniej w dół - Byłaś u niego, rozmawiałaś z nim, musisz wiedzieć, gdzie się teraz znajduje. Czyż nie byliście przyjaciółmi? - ostatnie słowo wypowiedziała z pogardą.
     - Byliśmy, to dobre określenie czasowe - mruknęłam pod nosem, patrząc jej prosto w oczy.
     Nie ugnę się przed tym wstrętnym babskiem. 
     Byłam zdziwiona swoim walecznym nastawieniem, ale i zadowolona. Wiedziałam, że może się to dla mnie źle skończyć, lecz nie mogłam od tak zamknąć swojej niewyparzonej buzi. Ironia sama wylewała mi się z ust. 
     - Zabawna jesteś - kobieta uśmiechnęła się do mnie w złowieszczy sposób, po czym oddaliła się ode mnie.
     Wyprostowałam obolałą głowę. Niech ją szlag trafi. Prawie mi kark złamała!
     - Nie zamierzam się z tobą pieprzyć. Jeżeli nie odpowiesz mi na pytanie, gdzie znajduje się Deaniel, w trybie natychmiastowym zetnę tą twoją śliczną główkę - powiedziała słodkim głosem, wyjmując z kieszeni spodni nóż.
     Przystawiła mi go do gardła.
     Dzisiejszy dzień powinien chyba zostać ochrzczony dniem nożownika. Dlaczego nagle pomyślałam, że ta kobieta świetnie dogadałaby się z Nathielem? Chwycili by się za ręce, jak małe dzieci i z uśmiechami na twarzy, skakaliby po mieście jak psychopatyczne, śmiercionośne króliczki, rzucając nożami na prawo i lewo.
     - Tnij - powiedziałam, uśmiechając się ironicznie.
     Moje zmysły oszalały. Jak mogłam jej powiedzieć coś takiego? Na Boga! Chciałam jeszcze pożyć! Lauro, czy zbyt często przebywałaś w jednym pomieszczeniu z Nathielem? Na pewno! Coś poprzestawiało ci się w mózgu!
     Kobieta wcale nie wyglądała na zadowoloną. Przejechała nożem po mojej szyi, zostawiając krwawy ślad. Poczułam, jak spływa po niej krew. Zastanawiałam się, czy wciąż żyję, czy to tylko złudzenie, mające na celu odtworzenie tego, jak zginęłam.
     - Zazwyczaj nie daję nikomu drugiej szansy, ale zależy mi na tej wiadomości - powiedziała spokojnie, opierając się o krzesło i nachylając nade mną.
     - Pieprz się - rzuciłam prosto w jej twarz.
     Przepraszam cię mamo, że byłam taką okropną córką, która nie była akceptowana przez społeczeństwo. Mam nadzieję, że będziesz mnie dobrze wspominać i że poradzisz sobie w życiu beze mnie. Pamiętaj, że cię kochałam!
     Szykując się na cios ostateczny, zamknęłam oczy. 
     Nie zostałam zabita, ale poczułam mocne uderzenie w twarz. Upadłam do tyłu razem z krzesłem, mało nie zalewając się łzami. Coś wilgotnego zaczęło wydobywać się z mojego nosa. Nie, to nie efekt kataru, to moja własna krew. Naprawdę mi go połamała? Chyba wolałabym już umrzeć, niż kulić się z bólu na podłodze, wciąż przywiązana do krzesła.
     Nim zdążyłam otrząsnąć się z szoku, silną ręką zostałam postawiona razem z krzesłem do pionu. Kobieta o szmaragdowych oczach, chwyciła mnie gołą dłonią za szyję i ścisnęła ją niewyobrażalnie mocno. Nawet nie zdążyłam nabrać powietrza. Zaczęłam się dusić.
     - Tak ci teraz do śmiechu? - spytała groźnym szeptem, nachylając się tuż nad moją twarzą. 
     Głęboka zieleń jej oczu sprawiała, że miałam ochotę odpłynąć. Twardo się jednak trzymałam. Milcząco wpatrywałam się w jej twarz, co najwyraźniej coraz bardziej ją irytowało. Zdawało mi się, że jej dłoń zaciska się na mojej szyi coraz bardziej. Czy jest jeszcze jakaś szansa na ratunek? Nawet gdybym wiedziała, gdzie przebywa Deaniel, nie powiedziałabym jej o tym. Jestem tchórzem, ale honorowym tchórzem i zawsze bronię bliskich.
     - Bledniesz, moja droga, czyżby brakowało ci powietrza? - spytała czarnowłosa, uśmiechając się ironicznie.
     Nie, brakuje mi wybawiciela, który wyjdzie teraz z cienia, zaśmieje ci się prosto w twarz i unieszkodliwi cię. Odejdź, maro nieczysta, bądź też: przybądź, supermenie.
     Gdy zaczynałam słabnąć, moje pragnienie jak nigdy zostało wysłuchane.
     - Gabrielle, nieładnie jest się znęcać nad biedną, zwyczajną, niczego nieświadomą dziewczyną - usłyszałam znajomy głos i ucieszyłam się, jak nigdy w życiu, na widok jego właściciela, wychodzącego powolnym krokiem z cienia.
     Kobieta puściła moją szyję i prychnęła cicho. W dalszym ciągu stała tyłem do mojego wybawcy.
     - Tak bardzo się stęskniłeś? - spytała, przybierając złowieszczy uśmiech.
     - Oczywiście. Kto, jak nie ty potrafi tak kusić - powiedział chłopak, stając tuż za jej plecami - Gabrielle, bezwzględna uwodzicielka, sprowadzająca swoje ofiary na drogę namiętności, a ostatecznie śmierci. 
     To zabrzmiało tak poetycko, że prawie się wzruszyłam.
     Czarnowłosa kobieta odwróciła się w jego stronę.
     - Szarmancki jak zawsze, pogromca demonów, Nathiel Auvrey - odpowiedziała, zakładając ręce na piersi i przyglądając mu się z niekrytą wyższością.
     Miałam ochotę krzyknąć, rozpłakać się, paść na kolana i wszystko na raz, co może świadczyć o zniżeniu się do poziomu żebraka, który błaga lub dziękuje za swój datek. Przysięgam, pierwszy raz cieszyłam się tak na jego widok, choć przyznaję, było to spowodowane moimi egoistycznymi pobudkami. 
     Stał tu, w czarnej, znanej mi już koszulce z wielkim napisem: "WTF?!", z wiecznie roztrzepanymi włosami i szatańskim uśmiechem malującym się na twarzy. Wyglądał prawie jak młody Bóg, choć może w tej chwili przepełnionej euforią - przesadzam.
     - Jak miło, że mnie pamiętasz! - wykrzyknął rozbawiony do kobiety, nazwanej przez siebie Gabrielle - A teraz może oddasz mi tą dziewczynę? Tak po znajomości - i spojrzał na mnie, puszczając mi oczko.
     Gabrielle prychnęła.
     - Tą sukę? Właśnie miałam zamiar ją zabić. Bardziej niewyparzonej gęby w życiu nie widziałam - mówiła głosem, przepełnionym jadem.
     Dziękuję, polecam się na przyszłość.
     - Z tą niewyparzoną gębą, to wiem o czym mówisz - Nathiel zamyślił się, patrząc w sufit.
     Zmarszczyłam czoło.
     Nie ma to jak dobry tekst na obronę mojej osoby. Dzięki ci, o wielki Nathielu, teraz na pewno zostanę ci zwrócona!
     - Bynajmniej byłbym szczęśliwy, gdybyś mi ją zwróciła - chłopak uśmiechnął się do niej słodko.
     Gabrielle splunęła pod jego nogi.
     - Po moim trupie - syknęła.
     - Jesteś taka niemiła - westchnął Nathiel - Widać, że jesteś jedną z nich - dodał, a uśmiech zszedł mu z twarzy, ustępując miejsca wściekłości - Tak samo nienawistna, obrzydliwa, zdolna do zabicia niewinnej osoby, doskonale pasująca do Królestwa Nocy, gdzie znajduje się masa niewyżytych psychicznie demonów. 
     Gabrielle zaśmiała się w przerażający sposób - aż na dźwięk jej śmiechu, przeszły mnie ciarki, następnie okrążyła zniecierpliwionego i przepełnionego złością Nathiela, mierząc go od góry do dołu swoimi przerażającymi oczami. Zupełnie jakby chciała ocenić jego posturę. Cóż, powiem ci szczerze, że klatę ma niczego sobie.
     - Widzę, że już dawno zapomniałeś, kim jesteś - odezwała się, tuż nad jego uchem.
     Auvrey zacisnął pięści. Czułam, że jeszcze chwila i wybuchnie. 
     Z ciemnych kątów zaczęli wychodzić poplecznicy Gabrielle. Sytuacja nie wyglądała na zbyt wesołą. Gdybym miała wolne ręce, pewnie bym się przeżegnała. 
     - Taki biedny, zagubiony dzieciak w świecie ludzi - powiedziała słodkim, ironicznym głosem, obejmując jego ramiona od tyłu.
     Nathiel zamknął oczy. Widziałam to - próbował walczyć z samym sobą.
     - Opowiada o dobru, a sam z natury jest zły - kontynuowała Gabrielle, oddalając się od jego ramion.
Kontynuowała swoją podróż dookoła Nathiela.
    - Nie jestem taki jak wy - warknął Nathiel, kierując w jej twarz spojrzenie przepełnione ogromną nienawiścią. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.
     - Nie jesteś taki jak MY?! - wykrzyknęła Gabrielle, ponownie zanosząc się tym swoim przerażającym śmiechem - Jak my?! Słyszeliście? - tu zwróciła się do reszty swoich towarzyszy, którzy szczerzyli w ciemnościach białe kły. 
     Gabrielle złapała Nathiela za koszulkę i przybliżyła się do jego twarzy.
     - Kochany Nathielu, nie zapominaj, kim tak naprawdę jesteś - szepnęła, po czym nachyliła się nad jego uchem - Jesteś cienistym demonem.
     Nie miałam czasu na zdziwienie. Mój towarzysz wybuchnął. W trybie błyskawicznym wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Gabrielle, która najwyraźniej się tego nie spodziewała. Osłaniając ranę na brzuchu, z której ulatniał się ciemny dymek, odsunęła się w cień. 
     - Jeszcze cię dorwę, pyskata suko - usłyszałam tuż nad swoim uchem, choć... w sumie mogło mi się wydawać.
     Tymczasem na Nathiela rzuciła się cała zgraja demonów. Nie był jednak sam. W przeciągu sekundy, w pomieszczeniu zjawili się jego sprzymierzeńcy - zapewne należeli do tej dziwnej, tajemniczej organizacji, zwalczającej demony o której mi opowiadał.
     Zaczęła się wielka bitwa. Mój umysł nie był w stanie ogarnąć tego, co się działo wokół mnie. Byłam słaba, zmęczona i straciłam już naprawdę wiele krwi. Wydawało mi się, że walka trwa wieczność. W końcu jednak poczułam, że moje ręce zostały uwolnione z uścisku, tak samo jak i nogi. Ktoś chwycił mnie za dłoń i pociągnął za sobą. Dużo czasu minęło, zanim pozbyłam się mroczków przed oczami i poczułam na twarzy zimny powiew wieczornej pory. Czułam, że działam wbrew swojemu ciału, które podpowiadało mi, że jeszcze chwila tego szaleńczego biegu i padnę jak długa na ulicy. Tak się jednak nie stało. 
     Zatrzymaliśmy się nieopodal starego, wyniszczonego budynku. Zostałam wręcz wepchnięta do krzaków. Było mi słabo, kręciło mi się w głowie i prawie niczego nie widziałam.
     - Obudź się - dosłyszałam głos i poczułam, że jego właściciel klepie mnie po twarzy.
     Myślałam, że nie wyjdę z tego dziwnego stanu otępienia, a jednak. Kilka minut później, patrzyłam w twarz mojego wybawiciela o szmaragdowych oczach. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy i została wypowiedziana na głos była:
     - Naprawdę jesteś demonem?
     Nie liczyło się nic więcej naokoło mnie. Był tylko on, ja i przejmująca, niezmącona niczym cisza, wywołana ciężkim pytaniem.
     - Tak - odpowiedział Nathiel, patrząc mi prosto w oczy.

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 14 - "Nastała ciemność"

Wiem, nudzi mi się. Z rozdziałami to ja pędzę teraz jak burza. Mam wenę i pomysły na następne rozdziały, prawie do samego końca opowiadania (75%?).
Tak, już w następnym rozdziale pojawi się nowa bohaterka. Już ją wielbię, jest po prostu wredną suką.
Ostatnio dołączyło do obserwatorów dwójka ludzi. Nie mam pojęcia kto - nikt się nawet nie odezwał. Trochę to dziwne, że mam tych 20-stu obserwatorów, a tylko kilka z nich komentuje ;c smutam.
***

     Stałam tak, niezdolna do najdelikatniejszego ruchu, z pesymistyczną myślą tworzącą się w głowie: Umrę, to mój koniec. Porzucą mnie w slamsach na jakimś wysypisku śmieci i będę gnić. Nikt mnie tu nie odnajdzie.
     Mogłam zachować się jak prawdziwa dyplomatka, zacząć rozmowę, przekonać tajemniczego zabójce, że powinien zostawić mnie przy życiu, ale w momencie, gdy chciałam coś powiedzieć, z gardła wydobył się tylko cichy pisk.
     Jestem tchórzem i od dawna miałam tego świadomość. Wolałam się kryć, niż wychodzić na przeciw niebezpieczeństwu. Tak naprawdę byłam tylko zwykłą, strachliwą nastolatką, kryjącą się za osłoną lodu i ironii.
     Nie miałam pojęcia kim jest osoba za mną stojąca. Domyślałam się tylko, że jest mężczyzną i że lada moment odetnie mi głowę, bo nóż, który trzymał przy mojej szyi, zdawał się przyciskać do niej coraz mocniej.
     - Kim jesteś? - spytał tajemniczy, gruby głos.
     Jak zabierzesz ten nóż z mojej krtani, to nawet mogę ci wykrzyczeć moje imię prosto w twarz.
     - Szukam przyjaciela - odparłam niewinnym głosem, nie spodziewając się, że wymigam się od odpowiedzi.
     Tak, szukam przyjaciela, może nim zostaniesz?
     Oprawca zdjął nóż z mojej szyi, w dalszym ciągu bałam się jednak odwrócić do tyłu.
     - Jak masz na imię? - spytał groźnie.
     - Laura Collins - mruknęłam.
     - Laura?! - wykrzyknął niespodziewanie mężczyzna, tuż nad moim uchem.
     Podskoczyłam przerażona w miejscu. Już nie bałam się odwrócić - zrobiłam to od razu, po usłyszeniu znajomego tonu głosu.
     - Chciałeś mnie zabić?! - wykrzyknęłam, chwytając Deaniela za koszulkę.
     Nie czułam żadnej radości na jego widok. Wręcz przeciwnie, byłam nieziemsko wściekła. Po pierwsze rzucił się na mnie z nożem, po drugie ukrywał się przez cały ten czas w tej cholernej dziurze, gdzie jednego dnia przeżyłam więcej, niż przez ostatni miesiąc.
     - Przepraszam, goście to nie codzienny widok w tym miejscu - powiedział oburzony chłopak, wracając do zwyczajnego barwy głosu.
     Wcześniejszy, gruby ton, oszukał moje zmysły - widocznie przybrał go specjalnie, by mnie przestraszyć. Modulację to on miał całkiem niezłą, ale rozumu za grosz!
     Deaniel spoglądając na mnie, westchnął cicho. Zdjął ze swojej koszulki moją dłoń i pociągnął mnie w stronę oświetlonego słońcem pokoju.
     - Mówiłem, że nie chcę, abyś tu przychodziła - mruknął.
     Zagotowało się we mnie jeszcze bardziej.
     Wyrwałam dłoń z jego uścisku i spojrzałam na niego groźnie.
     Dopiero teraz zauważyłam, że Deaniel wygląda zupełnie inaczej. Z porządnego, wesołego chłopaka, zamienił się w kupę nieszczęścia z licznymi, choć nietypowymi ranami na ciele, roztrzepanymi, lekko przydługimi włosami i podkrążonymi oczami. Wyglądał na 10 lat starszego od dawniejszej wersji siebie. Na jego twarzy malowało się zmartwienie i niepokój. W każdym momencie był czujny i nasłuchiwał - musiał nie spać wiele nocy. Jego ciuchy były wymiętolone, brudne i podarte - wyglądał, jak po jakieś groźnej bitwie, którą z pewnością przegrał. Zniknął obraz radosnego chłopaka o wesołym usposobieniu do życia. Zupełnie, jakby dorosłość brutalnie i z nagła w niego trafiła.
     - Co tu robisz? - spytał, przyglądając mi się uważnie.
     - Tylko tyle potrafisz powiedzieć po tak długim czasie? - zapytałam, unosząc brew do góry - Już mam wyjść? Proszę bardzo, nic mnie tu nie trzyma. Chciałam się tylko dowiedzieć, co się z tobą dzieje, bo nie odpowiadasz na żaden telefon i zniknąłeś na dobry miesiąc, mając mnie kompletnie gdzieś. Widzę, że masz się dobrze, tak więc wychodzę - burknęłam, odwracając się do niego tyłem.
     Gdy chciałam ruszyć w stronę wyjścia, chłopak złapał mnie za rękę i westchnął głęboko.
     - Przepraszam - szepnął - Wiem, same przeprosiny nie wystarczą, ale musisz mnie zrozumieć.
     Obróciłam się w jego stronę, kierując chłodne spojrzenie w jego twarz. Czekałam, aż powie mi więcej na temat swojego zniknięcia. On jednak milczał, jakby nie wiedział od czego zacząć.
     - Usiądźmy - powiedział po dłuższej chwili, kierując się w stronę całkiem przyzwoitej kanapy, tworzącej niesamowite wrażenie wśród wybrudzonych, starych i sypiących się ścian, powyrywanej podłogi i kupy śmieci oraz brudu.
     Poszłam za jego śladem. Usiadłam obok niego i wyczekiwałam dalszej opowieści.
     - Widzisz - zaczął niepewnie - Musiałem uciekać.
     - Przed kim?
     Uniosłam brew.
     - To naprawdę długa historia.
     - Mam czas.
     - Nie masz czasu. Tu nie jest bezpiecznie.
     Deaniel spojrzał na mnie z powagą.
     - W takim razie chodźmy stąd - zaproponowałam.
     - Nie.
     - Dlaczego?
     Spojrzałam na niego poirytowana. Widać było, że czegoś się boi. Nie od dawna wiadomo, że Deaniel to zwykły tchórz. Już przy pierwszym naszym spotkaniu, uciekał przed śmiercią, nie potrafiąc stanąć na przeciw szaleńczemu Nathielowi. Później, to ja musiałam go bronić przed klaunem basebollistą. Krzycząc: "uciekaj!", nie miałam pojęcia, że wyskoczy przez okno i zostawi mnie na pastwę losu. Jak widać - bycie bohaterem nie jest opłacalne.
     Miesiąc temu obiecał, że opowie mi o całej swojej historii istnienia, dzień później zniknął bez śladu. Czy gdyby teraz ktoś nas zaatakował, ocaliłby mnie, zapewniając mnie tym samym o swojej miłości, którą nie tak dawno mi wyznał? A może żartował? Może szukał obrońcy, powodu do życia - kiepskiego zresztą. Słowa "kocham cię" nie są rzucane na wiatr od tak.
     - Naprawdę wyjdę, jeśli nie zaczniesz gadać co się działo - warknęłam zniecierpliwiona.
     - Zabiłem.
     Zdziwiłam się, nie przeraziłam.
     - Jak to? - spytałam spokojnym głosem.
     - Zabiłem kogoś ważnego w Królestwie nocy. Teraz mnie ścigają - wyrzucił z siebie, nerwowo zaciskając pięści - Tuż po naszym spotkaniu miałem bliskie zetknięcie z cienistymi demonami, pragnącymi zemsty. Cudem uszedłem z życiem, udało mi się doczołgać do domu. Przez kolejny tydzień walczyłem o życie. Byłem bliski śmierci - opowiadał.
     Wsłuchiwałam się w jego głos, czując, że im dalej brnie w historię, tym zimniej mi się robi.
     - Dalej nie jestem w formie. Rany zadane były nożem łowców, exitialis. Normalnemu człowiekowi rany szybko by się zagoiły, ale nie mi - mruknął, krzywiąc się na boku.
     - Skąd demony miały nóż łowców? - spytałam szeptem.
     Deaniel westchnął.
     - Nie wiem. Wiem tyle, że wciąż nie jestem bezpieczny. W końcu mnie znajdą - dodał.
     Do tej pory patrzył się na mnie nieobecnym wzrokiem. Dopiero teraz zmarszczył czoło i spojrzał na mnie trzeźwiej, mówiąc:
     - Laura, nie powinnaś być tutaj. Jeżeli ktoś zobaczy z kim przebywasz, to...
     - Daj spokój. Skoro od miesiąca tutaj siedzisz i nikt cię nie znalazł, to czemu nagle mają tutaj wpaść? - prychnęłam.
     Deaniel był naprawdę przewrażliwiony.
     - Boję się - powiedział cicho, zerkając w podłogę.
     O mnie, czy o siebie? Strzelałabym bardziej na drugą opcję.
     - Po co zabiłeś tego demona i kim on był? - zapytałam, omijając kwestię "strachu" Deaniela.
     Spojrzał na mnie spode łba z miną zbitego psa.
     - Ty naprawdę się nie poddasz, prawda? - spytał zrezygnowany.
     Kiwnęłam głową, obdarowując go nic nie znaczącym, bladym uśmiechem. Trudno, czasem sytuacja wymaga bycia ludzką wersją biura śledczego.
     Myślisz, że po co tutaj przychodziłam? Żeby zobaczyć twoją cudowną twarz i wyznać ci wielką miłość? Co to, to nie, dobrym kandydatem na męża to ty nie jesteś, szczególnie, żeś demonem i masz na ogonie całą zgraję cienistych pokrak. Ciekawiło mnie, jaki był powód jego nagłej chęci zabijania. Do tej pory wydawało mi się, że jest demonem dosyć spokojnym. Może się myliłam?
     - Miałem ojca - zaczął swoją historię - Przybranego ojca, który był demonem wiatru. Przygarnął mnie, gdy byłem mały, dał mi dach nad głową i uczynił ze mnie kogoś więcej, niż zwykłego potwora. Nauczył mnie jak być człowiekiem i uwolnił od Królestwa Nocy, gdzie mieszkałem od urodzenia, aż do 7-mego roku życia. Pewnie żyłbym tam dalej, gdyby nie fakt, że została tam powołana specjalna grupa, zabijające demony, będące mieszanką ras. Zazwyczaj takie istoty, nie miały rozwiniętej żadnej zdolności z określonej grupy ras. Byliśmy bezużyteczni. Nie umiałem wkradać się w ludzki cień jak cieniste demony, ani nie umiałem rządzić ziemią. Moje zdolności to tylko kilka marnych sztuczek - westchnął - Moja matka była demonem ziemi, a mój ojciec demonem cienia. Tam, gdzie mieszkałem, nie istniała miłość - uśmiechnął się ironicznie, pragnąc najwyraźniej podkreślić to, że został spłodzony przypadkiem - Żyłem z innymi pół demonami, w końcu dopadli jednak i nas. Jako jedyny zdołałem wtedy uciec.
     Tak więc ma niezwykle przydatne umiejętności tchórza od dziecka.
     - W świecie ludzi znalazłem się całkowicie przypadkiem. Przesiąknięty na wskroś złem, kradłem, zabijałem i uciekałem, by przeżyć. Swojego czasu miałem na pieńku z organizacją zwalczającą demony cienia. Stąd znam Nathiela. Może to śmiesznie zabrzmi, ale już jako mały dzieciak, gonił mnie z nożem.
     Uśmiechnęłam się mimowolnie, gdy wyobraziłam sobie dwóch, małych knypków, goniących się po całym mieście. Ponoć kto się czubi, ten się lubi.
     - Pewnego dnia znalazł mnie wcześniej wspomniany demon wiatru. Nie chciałem z nim iść, a gdy mnie przekonał, sprawiałem mu wiele problemów. Był cierpliwy. Czekał, aż złe nawyki z Królestwa Nocy po prostu znikną. Każdy demon o wyglądzie człowieka, który znajdzie się w świecie ludzi, zaczyna się do nich upodabniać.
     To już słyszałam od Nathiela. Bardzo ciekawiła mnie ta kwestia. Skąd biorą się demony o ludzkich wyglądzie, posiadające własny rozum, może nawet serce i duszę, a skąd krzywe, straszne pokraki demoniczne, kierujące się instynktem samozachowawczym? Nie chciałam jednak przerywać opowieści Deaniela głupimi pytaniami. Słuchałam dalej.
     - Zmieniłem się. Poszedłem do szkoły, żyłem jak normalny człowiek - Dan uśmiechnął się na wspomnienie tego - Było mi lepiej, niż kiedykolwiek. Nigdy więcej nie chciałem mieć styczności z nocnym światem. Ojciec wytłumaczył mi, że wiele z ludzkich demonów ucieka do tego świata i normalnieje - nie chcą wtedy wracać do przeszłości. Takie osoby nie są jednak całkowicie bezpieczne. Ta sama grupa, która odpowiadała za niszczenie demonów mieszanej rasy, odpowiadała też za zabijanie tych, którzy dobrowolnie odłączyli się od Królestwa Nocy. Liczyła się dla nich tylko nieskażona dobrem krew, reszty nie potrzebowali - westchnął - Rok temu mój ojciec został przez nich zabity. Grupa została powołana do zniszczenia za równo jego, jak i mnie. Poświęcił swoje życie, bym ja mógł żyć. Uniesiony gniewem, zabiłem przywódcę ugrupowania. Od tamtej pory nieustannie muszę się kryć i przenosić. Jestem ścigany - zakańczając, spojrzał zamyślony w zabite dechami okno, przez które przedostawały się blade promienie słońca.
     Cała złość odpłynęła ze mnie. Ufałam mu i wierzyłam w jego słowa. Bolało mnie tylko to, dlaczego nie odezwał się do mnie ani słowem, dlaczego nie chciał najdrobniejszej pomocy ode mnie. Gdyby tylko powiedział, pomogłabym mu.
     Nie wiedziałam tak naprawdę co powiedzieć, bo co? Przykro mi z powodu twojego ojca? Przykro mi, że cię ścigają?
     Może i zaryzykuję tym czynem, ale....
     Wstałam z kanapy i przytuliłam Deaniela. Nie znam się na uczuciach, nie wiem czy to naprawdę podnosi na duchu innych, nie wiem, czy moje ramiona zmienią coś w jego życiu. Po prostu chciałam to zrobić.
Trwaliśmy tak przez długi czas w milczeniu, aż w końcu Deaniel odpowiedział:
     - Dziękuję.
     Oderwałam się od niego i rozejrzałam dookoła.
     - Wyglądasz jak kupa kości, pewnie rzadko jadałeś coś porządnego - stwierdziłam - Jest tu coś, co przynajmniej przypomina lodówkę i jedzenie?
     Deaniel westchnął cicho, a jego mina wydawała się mówić: "Daj spokój, jeszcze mnie otrujesz".
     - Nie wiem. Dawno tam nie zaglądałem - mruknął.
     - Błąd. Jak masz umrzeć, to z honorowego powodu, lub ze starości, a nie z głodu - powiedziałam oburzona, kierując się w stronę pomieszczenia, będącego obok zniszczonego pokoju.
     Jednak mój kobiecy instynkt mnie nie zawiódł.
     Przekroczyłam próg przyciasnej kuchni z jedną, małą, zniszczoną szafką, ogromną, starą lodówką przedpotopową i kuchenką, która wyglądała chyba najładniej ze wszystkich przyrządów w tej kuchni, jeżeli kuchnią można było nazwać to zniszczone i brudne miejsce
     Otworzyłam lodówkę. Ironiczny uśmiech sam wszedł na moją twarz. Kilka zgniłych warzyw, jeden dosyć porządny pomidor, dwa jajka, zeschły ser i skisłe mleko. Mój drogi przyjaciel widocznie nie lubi się dobrze odżywiać.
     Wzruszając ramionami, chwyciłam za to co miałam, odnalazłam tępy nóż, zardzewiałą, metalową patelnię i usmażyłam to, co pierwsze przyszło mi na myśl - jajecznica z pomidorem. Niewiele tego było, ale pierwszy głód mógł zaspokoić. Postaram się zatroszczyć o Deaniela przez kolejne kilka dni, dostarczając mu normalne pożywienie, może wtedy nie będzie wyglądał tak marnie.
     Talerzy niestety nie znalazłam, wobec czego zostało mi iść do niego z całą patelnią i wielką, drewnianą łychą.
     Tak bardzo zastanawia mnie, dlaczego wybrał akurat ten dom. Był straszny. Gorszy, niż jakakolwiek inna ruina, choć muszę przyznać, że przynajmniej pachniało w nim w miarę dobrze. Kto wie, może to Deaniel rozsiewał wokół siebie tak przyjemny zapach.
     - Proszę - powiedziałam, podając całą patelnię rozbawionemu Deanielowi, który patrzył się na mnie i starał się nie wybuchnąć śmiechem.
     Na mojej twarzy pojawił się zaledwie krzywy uśmieszek.
     - Jedz - mruknęłam, zasiadając obok.
     Chłopak opróżnił patelnię w ciągu jednej minuty, czemu w ogóle się nie dziwię. Żałowałam tylko, że nie miałam niczego więcej do zaoferowania. Naprawdę wyglądał strasznie. Wymagał opieki jak małe, zagubione dziecko.
     - Tęskniłem - Deaniel przerwał moje rozmyślenia i uśmiechnął się do mnie tak, jak zawsze to robił.
     - To miłe, ale dalej jestem na ciebie zła - mruknęłam, zakładając ręce na piersi i chmurząc się - Jutro też tu przyjdę.
     - Nie, nie rób tego. Gdy nabiorę sił, wrócę do świata żywych i wtedy będziesz mogła się mną zająć - Dan puścił do mnie oczko.
     Westchnęłam, od razu się poddając. Po co mam się narzucać? Jeżeli nie potrzebuje mojej pomocy, to nie - odsunę się w cień.
     - W takim razie już pójdę - mruknęłam, niezbyt zadowolonym głosem, podnosząc się z kanapy.
     Deaniel kiwnął głową, z trudem podnosząc swoje wychudzone ciało z siedzenia.
     - Mogę się o coś jeszcze spytać? - zapytał z nagła, gdy już miałam wychodzić z pomieszczenia.
     Kiwnęłam głową.
     - Skąd wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć?
     Uśmiechnęłam się krzywo na boku.
     - Nathiel - odpowiedziałam.
     Deaniel z nagła pobladł, robiąc minę a'la: "jakim cholernym cudem?". Dlaczego wcale nie dziwiło mnie jego przerażenie? On naprawdę bał się Nathiela, a czy było czego? To całkiem nieszkodliwa istota. Co prawda gonił mnie z nożem po całym domu, krzycząc, że mnie zabije, ale myślę, że nie miałby serca, aby to zrobić. W końcu jego zadanie to wybicie wszystkich demonów w mieście dla dobra ludzi.
     - Skąd on o tym wiedział? - spytał cicho, jakby mówił do samego siebie.
     Wzruszyłam ramionami, bo niby skąd miałam wiedzieć? Zresztą, w żadnym stopniu mnie to nie obchodziło.
     Stanęłam w wyjściu, gdzie drzwi wypadały już z zawiasów i ostatni raz spojrzałam w zmarnowaną twarz Deaniela.
     - Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, daj znać - powiedziałam oschle - Mam nadzieję, że szybko wrócisz do szkoły.
     Stojąc tak, zastanawiałam się, gdzie się podziały uczucia, którymi wcześniej go darzyłam. Czyżby miesiąc starczył, abym odzwyczaiła się od Deaniela i zaczęła go traktować jak zwykłego, szarego człowieka, któremu chciałam pomóc z litości? Co się stało z dniami, kiedy moje myśli zajmował tylko i wyłącznie Deaniel? Co się stało z tęsknotą, zmartwieniami, radością na jego widok? Być może było to tylko i wyłącznie, krótkotrwale zauroczenie, nie wiem. Patrząc na niego czułam, że to nie to samo co kiedyś. Wcześniej jego "kocham cię" wywoływało u mnie rzadkie rumieńce na polikach, dziś, nawet gdyby mnie pocałował, nie zrobiłoby to na mnie wrażenia.
     Machnęłam ręką na pożegnanie i przekroczyłam próg "mieszkania". Myślałam, że mnie zatrzyma, nie zrobił tego jednak. Z daleka, słyszałam wyimaginowane i ciche "wciąż coś do ciebie czuję". Kto wie, może słowa te były prawdziwe?
     Moje myśli szybko zostały zajęte slamsami, przez które szłam równie niechętnie, jak wcześniej. Wcale nie czułam się pewniej, widząc wybiedzone twarze ludzi. Teraz nie widziałam w nich jednak zła i wścibskiej ciekawości. Krył się w nich strach. Wielki strach przed rzeczywistością, której częścią byłam. Patrząc na mnie, widzieli życie od którego uciekli.
     Kto wie, być może kiedyś większość z nich miała własne rodziny i żyła pod dostatkiem. Może to inni ludzie ich zniszczyli - ludzka zazdrość i nienawiść nie zna w końcu granic.
     Założyłam na głowę kaptur. Dzięki niemu czułam się bezpieczniej. Nie chciałam więcej na nich patrzeć. Nie miałam nic, co mogłam im ofiarować.
     Pokonując ostatnie odcinki slamsów, czułam, że wielki ciężar spada z moich ramion. Przez chwilę naprawdę czułam się tak, jakbym przejęła od ludzi wszystkie ich troski i zmartwienia. Przecież nigdy taka nie byłam. Za grosz we mnie empatii. Jestem zwykłą, zajmującą się własnym życiem i sprawami egoistką i jestem tego w pełni świadoma.
     Przystanęłam na samym krańcu przyciemnionej ulicy, gdyż tuż przed moją twarzą wzniosło się do góry milion kruków. Ponoć te czarne, wstrętne ptaszyska nie zwiastują dobrych dziejów.
     Stałam tak jeszcze przez chwilkę, a gdy ruszyłam, dostałam czymś ciężkim w głowę. Nie miałam się czego chwycić. Z otwartymi ramionami przywitała mnie ziemia i ciemność.

czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział 13 - "W mroku mego serca"

Wstawiam rozdział, który właśnie przed chwilą skończyłam pisać. Miałam dzisiaj jakiś... wyjątkowo mroczny nastrój. Deszcz, slamsy i rozwalające się chaty, ło, matko, dziecko Szatana ten Naff.
W ogóle to jest mi przykro, bo mój chłopak powiedział: "Znowu ten Nathiel?" - a ja go przecież tak kocham :c nie chłopaka, Nathiela.
Rozdział dedykuję Orihime vel Lunatyczce, która zna całą przyszłą fabułę "W cieniu nocy" i która ma za 2 dni urodziny. Przedwczesne: wszystkiego najlepszego! <3
PS. Jestem z siebie dumna, nie było żadnych gwiazdek w trakcie!
PS2. Początek zrypany, nie umiałam go zmienić, nie mam już sił D:
PS3. Nie chciało mi się niczego poprawiać, ani zmieniać błędów - nadrobię.
***

     Deszcz władał nad miastem przez ostatnie kilka dni, nie dając mu chwili wytchnienia, podczas którego mógłby uchwycić kilka wesołych promyków słońca i rozweselić ludzi.
     Deszcz był jak ja. Gdy nadchodził, wszyscy uciekali. Lubił samotność, nie sprawiał zbyt dobrego wrażenia, tylko nieliczni przy nim trwali. Czasem uciekał w kąt, dając zdominować się wesołemu słońcu na kilka dłuższych chwil. Słoneczne promyki miały nad nim przewagę - bez problemu odganiały ciemne chmury - jego wiernych przyjaciół. Był zamknięty w zimnej, szarej przestrzeni, z dala od tętniącego życiem miasta. Kojarzył się z czymś nieprzyjemnym.
     Zjechałam dłonią po chłodnej szybie, wpatrując się uważnie w drobne krople deszczu, zalegające na oknie.
     Gdy byłam mała, całymi dniami lubiłam wpatrywać się w deszczową szybę, kibicując wybranej kropli, by dotarła na sam dół przed jej przeciwnikiem - zazwyczaj przegrywała, ale nigdy nie poddawałam się w swych mało ważnych zakładach. Dziś nie widziałam w tej zabawie sensu, ale czego nie robi się z powodu braku zajęć i ogromnego znudzenia, oczekiwaniem na człowieka, który obiecał, że zabije moją skromną osobę, jeżeli nie wstanę na spotkanie z nim. Mogłam się domyślić, że sytuacja będzie zupełnie odwrotna.
     Cicho wzdychając, chuchnęłam w szybę i zarysowałam na niej palcem wskazującym wielkie serce. To tak naprawdę jedyna rzecz, którą umiem narysować. Na ogół jestem beztalenciem.
     - To dla mnie? - spytał wesoły, znajomy głos za moimi plecami.
     Podskoczyłam przestraszona na krześle i w trybie natychmiastowym obróciłam się w tył.
     - Oczywiście - odpowiedziałam głosem przepełnionym ironią.
     Wcale nie byłam zaskoczona obecnością Nathiela w kuchni.
     - Masz coś dobrego? - spytał, przeczesując swoje doszczętnie zmoczone włosy.
     - Bułkę z chlebem. Smacznego - mruknęłam, podnosząc się z krzesła.
     Nathiel wyszczerzył do mnie swoje białe zęby i niezrażony wypowiedzią, chwycił za lśniące jabłko, będące w misie z resztą owoców.
     Minęłam go i już po chwili znalazłam się w łazience. Który dać mu ręcznik? Może ten, którym wycierałam kiedyś psa sąsiada (chcąc nie chcąc, musiałam się nim zaopiekować podczas jego nieobecności). Hmm, dobry pomysł.
     Wyjęłam z szafki ręcznik w kolorowe paski, wyszłam z łazienki i wręczyłam go Nathielowi.
     Spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
     - To tak z dobrego serca czy złośliwości? - spytał podejrzliwie.
     - Zdążyłeś mnie już poznać - odpowiedziałam, próbując uśmiechnąć się najbardziej uroczo, jak tylko potrafiłam - Oczywiście, że z dobrego serca. Wytrzyj się, osusz, opróżnij lodówkę jak zawsze, gdy tu przychodzisz i wyruszajmy w drogę.
     Nathiel wgryzł się w jabłko, a w następnej kolejności jak gdyby był u siebie, ściągnął przemoczoną koszulkę.
     Tym razem to ja uniosłam brew.
     - Spodnie też zamierzasz ściągnąć? - spytałam, próbując patrzeć w jego twarz, a nie w klatkę piersiową, która wydawała się nadzwyczaj...
     - Jeśli chcesz - powiedział, mrugając do mnie uwodzicielsko.
     - Ani mi się śni - mruknęłam pod nosem, odwracając się do niego tyłem i ponownie wbijając wzrok w szybę.
     Przyznaję, jestem cholernie nieczuła, chłodna, wyprana z uczuć, ale mimo to, wciąż jestem człowiekiem, a tym bardziej nastolatką, która z miłą chęcią wpatrywałaby się (NIE dotykała) dniami i nocami w nagi, męski tors. Ubierz tą koszulkę, przemoczony baranie.
     - Mama w pracy? - spytał Nathiel.
     Słyszałam w jego głosie rozbawioną nutę. Co go tak bawi? Moje zażenowanie?
     - W pracy - odmruknęłam, mrużąc oczy, by dostrzec z bliska okienne krople deszczu.
     - Co ty tam widzisz? - spytał Nathiel, nachylając się nad oknem z zainteresowaniem - Czy może... wstydzisz się mnie? - zakończył słodziutkim głosikiem, opierając się na krześle obok mnie i uśmiechając w istnie diabelski sposób.
     - Wstydzę się ciebie - powiedziałam równie słodkim głosikiem, uśmiechając się jak pusta blondynka.
     Udało mi się skierować spojrzenie na jego twarz. Powtarzam: ubierz się, baranie
     - Masz taką piękną klatę, że z chęcią bym się na ciebie rzuciła, gdybym nie była tak chłodną istotą.
     - Chcesz dotknąć? - spytał Nathiel udawanym, poważnym głosem, chwytając wyzywająco za moją rękę.
     Mało nie dostałam zawału. Przerażona jego otwartością, zwaliłam się z krzesła. Auvrey zaśmiał się jak ostatni szaleniec na ziemi - mało sam nie spadł z siedzenia.
     - Bardzo śmieszne - burknęłam, podnosząc się z podłogi i kierując w stronę przedpokoju.
      Ile jeszcze przyjdzie mi znosić jego obecność? Błagam, człowieku, zaprowadź mnie do Deaniela i zostaw mnie w spokoju przez najbliższą wieczność.
     Z płonącą ze wstydu twarzą, usiadłam na pufie i zaczęłam ubierać trampki. Pewnie całe przemokną.
     Nathiel zdążył się pojawić obok mnie - tym razem ubrany. Modliłam się o to, by milczał przez całą, cholerną drogę.
     Nerwowym ruchem chwyciłam za przydługą, czarną kurtkę przeciwdeszczową i wielki, czerwony parasol.
     - Idziemy - burknęłam, otwierając drzwi.
     Deszcz lał w najlepsze, a mi to w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. Bynajmniej do czasu, gdy nie zamknęłam drzwi i nie zorientowałam się, że mam tylko jedną parasolkę, a Nathiel patrzy na mnie wyczekująco. Staliśmy tak przez dobrą minutę, wpatrując się w swoje twarze i nic nie mówiąc. W końcu westchnęłam bezradnie i powiedziałam:
     - Wchodź pod parasol i przy okazji powiedz, kiedy masz urodziny.
     Zielonooki spojrzał na mnie jak na idiotkę.
     - Bo?
     - Bo wnioskuję, że nie stać cię na parasolkę. Pasuje ci żółta z uszami pikachu? Wiesz, taką, jaką noszą dzieci z sąsiedniego osiedla. Gustownie wygląda i odpowiada twojemu rozwojowi intelektualnemu. Nawet Sorathiel uważa, że wciąż stoisz z butami w przedszkolu.
     - Mścisz się na mnie? To boli - zaśmiał się, zaprzeczając tym samym wypowiedzianym przez siebie słowom.
     Już po chwili szliśmy razem, ramię w ramię, pod wielką, czerwoną parasolką. Czasami obijaliśmy się o siebie mimowolnie, co bardzo mnie irytowało. Miałam wrażenie, że Nathiel chwilami próbuje mnie wkurzyć ciągłym poszturchiwaniem. Co jakiś czas spoglądałam na jego zamyśloną twarz, na której niczym zastygnięty woskiem, tkwił wciąż ten sam uśmiech. O czym teraz myśli? O tym jak bardzo jestem okropną dziewczyną, o tym jak mnie wkurzyć, czy jak zabić kolejne demony? Nie wiem, w sumie nie obchodziło mnie to.
     - Daleko mieszka? - zapytałam, by przerwać tą piękną, choć przejmującą ciszę.
     - Trochę - odpowiedział Nathiel, wkładając w tym samym momencie ręce do kieszeni.
     Mógłbyś ode mnie wziąć tą głupią parasolkę, panie dżentelmenie. Ręka mi słabnie od trzymania jej aż tak wysoko. Nie ma co kryć - sięgałam mojemu nieznośnemu towarzyszowi zaledwie do połowy szyi i ciężko było mi wystawiać rękę tak wysoko w górę. Nie należałam do najwyższej kategorii ludzi.
     Nathiel, jakby przywołany moimi myślami, spojrzał na mnie z tym swoim piekielnym uśmieszkiem i odebrał mi parasolkę.
     - Chwyć mnie pod ramię, krasnoludzie - powiedział rozbawiony.
     A żeby ci to ramię odpadło, przemoczony yeti.
     - No, na co czekasz? Znowu się zawstydziłaś? - dodał ironicznie - Chyba nie chcesz być w połowie mokra.
     Już bym wolała stać nago na deszczu.
     Mimo sprzecznych myśli, chwyciłam go z cichym prychnięciem pod ramię. Miałam okazje być przy nim blisko po raz pierwszy. Pomijając oczywiście nasze pierwsze spotkanie i eleganckie zetknięcie z chodnikiem. Był ciepły, jak każdy, przeciętny człowiek, pomijając mnie - królową mrozu i bladości. Pamiętam, że gdy byłam w podstawówce, większość dzieciaków twierdziła, że podczas śnieżnych bitew, zlewam im się ze śniegiem, wobec czego pozostawałam nietykalna. Cóż, ponoć każda cecha ma swe wady i zalety.
     - Dlaczego jesteś taka chłodna? - spytał z nagła Nathiel, przerywając moje rozmyślenia.
     Wpatrywał się we mnie uparcie od dłuższej chwili.
     - Dlaczego jesteś taki wkurzający?
     Również spojrzałam na niego.
     - Odezwała się - prychnął czarnowłosy - Przynajmniej mam jakieś uczucia, wiesz? Ciągle się do ciebie uśmiecham, staram się być nawet miły, a uwierz, przychodzi mi to z trudem! Jesteś jak taka wielka królowa śniegu, stoisz z tą swoją kamienną twarzą z której można wyczytać tylko: "Jesteś idiotą, wyskocz przez okno".
     Udałam zdziwienie.
     - Naprawdę czytasz w moich myślach - uśmiechnęłam się wrednie w jego stronę.
     - Współczuję twojemu przyszłemu mężowi, jeżeli w ogóle ktoś cię będzie chciał - zmienił temat, wcale niezrażony moimi słowami - Będzie musiał siedzieć w domu z taką zgrają małych, blondwłosych mend, które będą siedzieć na sofie i wpatrywać się w niego chłodnym spojrzeniem z myślą: "Wyjdź ojciec, tam są drzwi".
     Na mojej twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech.
     - A u ciebie niby lepiej będzie? Nie mogę sobie wyobrazić twoich dzieci, które będą latały w raz z ojcem za matką, wokół stołu z nożami w dłoni i krzyczały: "Daj nam jeść, głupia babo, bo ci demona na chatę wprosimy!".
     - Ha ha, takie śmieszne, prawie posikałem się z radości - uśmiechnął się w moją stronę ironicznie - Jedyną osobą, którą goniłem wokół stołu, byłaś ty. Czyżbyś chciała zostać moją żoną? - Nathiel puścił do mnie oczko.
     - Oczywiście! Nie marzę o niczym innym, jak spłodzić z tobą gromadę rozwydrzonych Nathiel'ów i chłodnookich Laur, goniących się wspólnie wokół stołu z patelniami i nożami! - zaśmiałam się.
     Czarnowłosy spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy.
     - Co się tak cieszysz? - spytałam, unosząc brew.
     - Zaśmiałaś się - odpowiedział - Pierwszy raz widziałem jak się śmiejesz.
     Nachmurzyłam się. Naprawdę się zaśmiałam? Coś jest chyba ze mną nie tak.
     - Do twarzy ci z radością, choć nad śmiechem musisz popracować, bo brzmisz gorzej niż kosiarka, którą zagłusza jadący na sygnale radiowóz, za którym pędzi stado ryczących krów, poganianych przez krzyczących, nagich murzynów  - zaśmiał się.
     Prychnęłam, już nic nie odpowiadając.
     To prawda. Nie jestem osobą, którą łatwo jest rozbawić czy zmusić do jakichkolwiek, silnych uczuć. Rzadko płaczę, rzadko się śmieję, rzadko histeryzuję, rzadko krzyczę, rzadko przeżywam. Wszystko odbywa się w moim umyśle, do którego dostęp mam tylko ja. To nie uczucia we mnie zastygły, to moja twarz, która z upływającym czasem nauczyła się, że nie warto pokazywać ludziom emocje. Lepiej jest być chłodną mendą, niż roztrzepanym lekkoduchem. Mimo wszystko, uczucia mają czasem silniejszą siłę przebicia, niż wymuszony chłód. Wcale nie miałam zamiaru się zaśmiać.
     - To tutaj - powiedział Nathiel, zatrzymując się przed zaciemnioną, mroczną uliczką - Slamsy przedmieścia, jeden z niebezpieczniejszych terenów. Pełno alkoholików, dziwek, narkomanów, psychopatów, demonów i innych stworzeń, których ludźmi nie można nazwać. Przy okazji: numer domu, to 5 - mówiąc to, uśmiechnął się ironicznie na boku.
     Spojrzałam niepewnie w stronę mrocznej uliczki. Naprawdę właśnie tam mieszka Deaniel? Skąd takie miejsce? Chciał się tu ukryć, by żaden łowca go nie znalazł, był zbyt biedny na porządne mieszkanie, czy... to nie jest teraz ważne.
     Nathiel spojrzał w górę zadowolony. Zza horyzontu wychylało się słabe światło, co oznaczało, że słońce przejmuje władze nad pogodą. Złożyłam parasol, choć deszcz nie przestał jeszcze padać. Delikatna mżawka jednak nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
     - Boisz się?
     Spojrzałam na Nathiela obojętnie.
     - To tylko ciemna uliczka - odpowiedziałam, udając odważną.
     Chciałam po prostu, aby już sobie stąd poszedł. Jestem dosyć zaradna, tak więc trafię bezpiecznie pod same drzwi.
     Nathiel wzruszył ramionami.
     - W takim razie, nic tu po mnie. Wypełniłem swoją misję - mówiąc to, zaczął oddalać się ode mnie, stawiając powolne kroki w tył - Nie daj się zabić - zaśmiał się złowieszczo i odwracając się tyłem do mnie, machnął mi ręką na pożegnanie.
     Jeszcze chwilę stałam w miejscu, powoli zaczynając żałować, że pozwoliłam mu odejść. A jeśli nie żartował? Jeśli naprawdę czeka mnie niemiła niespodzianka w postaci marginesu społecznego, który wciągnie mnie w ciemny kąt, naćpa jakimiś tabletkami i wykorzysta w najmniej dla mnie przyjemny sposób?
     Wzięłam głęboki wdech. Zdecydowanie moja wyobraźnia pracowała dziś na zbyt wielkich obrotach.
     Poklepałam się po polikach i hardym krokiem skierowałam się w nieznaną mi uliczkę. Przez chwilę miałam nadzieję, że nie czeka mnie tam nic zaskakującego, a jednak. Gdy weszłam tam w mojej całkiem nowej, przyzwoitej, czarnej kurtce przeciwdeszczowej, z niezniszczalnymi, przemoczonymi trampkami, zdziwiłam się jak nigdy dotąd. Z ciemnych kątów wyłaniały się ubrudzone, ciekawskie, niezbyt miło wyglądające twarze. Nathiel miał racje - to naprawdę slamsy pełne alkoholików, stojących na chwiejnych nogach z butelką taniego wina, śmiejących się do samych siebie i kiwających pod ścianą, narkomanów, leżących nieprzytomnie na ziemi z brudnymi strzykawkami nieopodal nich, żebraków, wystawiających do mnie ręce i mruczących do mnie ciche i gburowate: "Daj coś".
     Gdy mimowolnie spowolniłam krok, małe, brudne ręce zaczęły chwytać mnie za kurtkę, wydając z siebie ciche okrzyki zdziwienia. Wyrywałam się z ich objęć, próbując pozostać przy zdrowych zmysłach. W tej uliczce szło oszaleć. Myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko na filmach - a jednak. Brutalna rzeczywistość trafiła w moje serce.
     Jak bardzo słabym człowiekiem trzeba być, by tak upaść na samo dno?
     "Pewnie bogata!", "Co ona tu robi, to nie miejsce dla niej", "Wyższe sfery przyszły obcować z niższymi" - to właśnie dało się słyszeć wśród małych skupisk ludzi, które im dalej się posuwałam, tym bardziej gęste się stawały. Gdyby była to sytuacja normalna, pewnie stwierdziłabym, że robię wśród ludzi furorę, ale z pewnością to, co tu się działo, nie było normalne.
     Minęłam narkomanów, którzy kierowali ręce ku niebu i krzyczeli coś o złocie, które zsyła im Bóg.
     Przyspieszyłam, mijając kolejne, ledwo widoczne numery domów. 1 - płacząca żebraczka z niezadbanym niemowlakiem, owiniętym w szmaty na kolanach, 2 - dzieciaki patrzące się na mnie wygłodzonym wzrokiem, smarujące patykiem po mokrej ziemi, 3 - przejmująca cisza i brak żywej duszy, 4 - zniszczona kobieta lekkich obyczajów, paląca znalezionego gdzieś na ziemi, starego papierosa, 5 - skrzypiące drzwi, obijające się o zewnętrzną ścianę domu, które mówiły do mnie: "Uciekaj, czym prędzej możesz". Zaszłam jednak zbyt daleko.
     Niepewnym i jak najcichszym krokiem, weszłam do środka. Dom, jeżeli w ogóle tak go mogłam nazwać, wyglądał jak istne pobojowisko. Nie dało się przejść przez niego bez nadepnięcia na rozbite szkło, które robiło mnóstwo hałasu. Gdyby mieszkał tu jakiś morderca, już dawno straciłabym głowę, na razie jednak nic się nie działo.
     Drżącymi dłońmi, odszukałam w ciemnym korytarzu ścianę - w jakiś sposób, dotykanie jej mi pomagało. Łączyła mnie ze światem realnym, a nie pustym, ciemnym, oddalonym od rzeczywistości.
     Brnęłam przez deski, szkła i kartony, z myślą, że droga dłuży mi się jak sen zimowy niedźwiedzia. Gdy myślałam, że nie dotrę do żadnego pomieszczenia, nagle moje ręka natrafiła na drewnianą framugę, którą oświetlało blade światło słońca, wdzierające się przez krzywo zabite dechami okna. Nim jednak weszłam do bezpieczniejszego zakątka, ktoś chwycił mnie za głowę i przyłożył nóż pod samo gardło.