niedziela, 28 maja 2017

[TOM 3] Rozdział 26 - "Prawdziwy tchórz"

Jestem trochę przerażona tym, że nie mam już totalnie żadnego rozdziału na plusie. Zbliża się sesja, masa zaliczeń, nie wiem czy dam sobie radę ze wszystkim, ale na razie nie zawieszam WCSa. 
Vail i Soriel, Mad i Pat, Dean i Laura. Bang!
***
Vail Auvrey czuł się zmęczony. Specjalnie na dzisiejszą okazję ubrał białe rękawiczki, żeby nie splamić swoich dłoni cudzą krwią. Teraz rzucił je niedbale na stół w pomieszczeniu, gdzie często odbywały się narady departamentu.
Departamentu? Szczerze wątpił w to, że jakiś w ogóle jeszcze istniał. Jego młodsza część odbywała aktualnie srogie kary w różnych zakątkach Reverentii. To, ze większość z nich nie przeżyje tortur jakie im zgotował było pewne. Jeżeli ktokolwiek z nich zdoła uciec – prędzej czy później i tak ich dopadnie. Bo dla Vaila Auvreya nie istniało coś takiego jak przebaczenie czy zaufanie. Był surowy i konsekwentny. Poza tym nie potrzebował bandy rozpieszczonych dzieciaków, która w najmniej oczekiwanym momencie da nogi za pas i postanowi spędzić resztę życia na Ziemi. 
Nie mógł ryzykować.
Teraz na polu bitwy pozostał on oraz znośna demonica, która wypełniała swoje zadania z należytą godnością i nigdy nie narzekała. Oprócz tego była jeszcze jego własna, groźna wataha ludzkich, a także bezkształtnych, cienistych demonów, gotowa wybić dla niego ostatniego człowieka na Ziemi. Sytuacja z młodymi demonami tylko odrobinę go rozjuszyła, teraz gdy się na nich wyżył był usatysfakcjonowany i uspokojony.
Szef rozwiązanego paktu demonów usiadł na kamiennym stole i uniósł kieliszek, który wypełnił czarnym jak ziemska noc winem. Nie był jednak w stanie się nim rozkoszować w spokoju. Kiedy uniósł go do ust powietrze przeszył nóż. Vail przechylił głowę w prawą stronę patrząc ze spokojem jak kielich pęka i rozlewa szkarłatną strawę po jego dłoni i stole. Kiedy napastnik zamachnął się po raz drugi, złapał zgrabnie za nóż i wbił go w szparę pomiędzy kamieniami, z których był zbudowany zamek demonów.
– Myślisz, że mam tylko jeden? – usłyszał chłodny głos.
Starszy Auvrey machnął obojętnie ręką, a wtedy jego cienie uchwyciły przeciwnika za nadgarstki i odciągnęły go od niego na bezpieczną odległość. Soriel zaśmiał się głośno z kpiną w głosie. Szybko udało mu się uwolnić z więzów czarnych smug i znów ruszyć na swojego ojca. Na jego skroniach pojawił się pot. Był ranny i ryzykował życiem. To nie miało sensu, a jednak coś wewnątrz niego kazało mu to zrobić. W głowie wciąż miał obraz nieżywej matki i siostry, słyszał płacz swojego małego brata, który potrząsał ich ciałami, oddalające się kroki ojca i jego pogarda... Tego nie można było nikomu wybaczyć. Teraz, kiedy nie chciał już wskrzesić matki, mógł ostatecznie się z nim rozprawić. 
Vail Auvrey westchnął ciężko i nie zmieniając pozycji nawet o kilka centymetrów zamachał dłońmi w górze. Teraz całe pomieszczenie zalało się ciemnością. Syn wielkiego szefa musiał się zatrzymać. Uderzanie na oślep nie było opłacalne.
– Jak zwykle tchórzysz, co? – prychnął ochryple chłopak.
– Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czym naprawdę jest tchórzostwo, synu? – spytał z kpiną w głosie Vail. – Tchórze uciekają bez próby walki. Tchórze nie chcą mieć nic wspólnego z tym, co ich dotyczy. Tchórz nie potrafi radzić sobie, kiedy zostaje sam na sam z przeciwnościami losu. Czy chociaż przez chwilę zwątpiłeś w to, że twój ojciec jest sobie w stanie poradzić na osobności z kimś takim, jak ty? Nie jesteś najlepszym przykładem walczącego demona. Unosisz się gniewem, a gniew gubi takich jak ty. – W pomieszczeniu rozległy się spokojne i opanowane kroki. To, czego brakowało od zawsze obydwóm braciom Auvrey to cierpliwość. To cecha, której nie odziedziczyli po ojcu, który był w tej dziedzinie mistrzem.
– Cieszę się, że przyszedłeś, Sorielu, chciałem ci przekazać coś ważnego – kontynuował Vail. Chłopak widział oczami wyobraźni jak jego ojciec właśnie teraz się uśmiecha. Kpiąco i z satysfakcją. Miał niesamowitą ochotę zedrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Poharatać go nożem i oglądać jak cierpi, jak błaga o przebaczenie. Tyle, że to był Vail Auvrey. On o nic nie błagał. Do ostatnich chwil swojego życia śmiałby się w taki sposób, jakby zapowiadał swój ryhły powrót. 
– Ach, doprawdy? – spytał z ironią Soriel.
– Doprawdy – zaśmiał się szef. – Nie jesteś mi już potrzebny.
– Och, więc po prostu mnie zabijesz, tak? Taki jest właśnie twój plan?! – wybuchnął Soriel. – Chcesz mnie wykończyć tak samo jak moją matkę i siostrę? Wykończyć tak, jak nie zdołałeś tego zrobić wcześniej ze mną? To przecież oczywiste, że przeżyłem przypadkiem – prychnął. Coś świsnęło obok jego ucha. Wykonał szybki unik, ale najwyraźniej jego wrażenie ataku było fałszywe. Musiał się uspokoić. Był przewrażliwiony.
–  Nie przeczę – śmiał się dalej ojciec – ale skoro już przeżyłeś, myślałem, że do czegoś się przydasz. Najwyraźniej się myliłem.
Soriel nie miał pojęcia kiedy i z której strony nadszedł atak. Kiedy jego własny nóż zatopił się w brzuchu, skulił się i upadł na kolana. Nie miał nawet chwili na podniesienie się z podłogi. Vail Auvrey chwycił go za włosy i uniósł jego głowę do góry.
– Żyłeś już wystarczająco długo – usłyszał tuż nad swoim uchem.
A potem zgasł.
***
Czy mogę wam pomóc?
Nie, Mad, jesteś w ciąży i znając ciebie zrobisz jakąś głupotę.
Chociaż jedną, maleńką rzecz? Proszę? Nie mogę bezczynnie siedzieć w domu!
Nie, Mad, nie mamy dla ciebie żadnych zadań.
Proszę!
No, dobrze, może jednak coś się znajdzie.
Madlene stęknęła bezradnie i podbiegła do pięciolatki, która uwiesiła się na gałęzi drzewa i zaczęła się na niej bujać, krzycząc: „jestem nietoperem!”. Natychmiastowo oderwała ją od drzewa i postawiła na ziemię. Oczywiście nie minęła nawet minuta, a mała Auvreyówna pobiegła kilka metrów dalej i wskoczyła w wielką kałużę – dołączył się do niej również Nate, który nie rozumiał, że to co robi może nie być do końca stosowne. Ślepo podążał za swoją siostrą. 
No, pięknie. Kiedy wrócą do domu będzie musiała ich ukąpać.
– Przestańcie, proszę – jęknęła zmęczona już i blada czarodziejka. Odkąd w brzuchu ciążył jej wielki kamień nazywany przez innych dzieckiem, miała problem z poruszaniem się, a już na pewno z bieganiem. W takim stanie nie nadążała za dwójką nadpobudliwych, demonicznych dzieciaków. Na szczęście oprócz nich były jeszcze maleńkie głosy rozsądku.
– Mama bęcie źła, bo się ubludzicie! – krzyknęła Calanthia.
– A lodzice nam obiecali, że bęciemy mogli zjeść duzie lody, jak bęciemy gsecni! – zawtórowała jej pulchniutka Anastasia.
Madlene uśmiechnęła się do nich z wdzięcznością. Lepiej sama by tego nie poprowadziła. I pomyśleć, że te dwulatki stosowały lepsze metody wychowawcze niż ona. Czy była jakaś szansa, że nauczy się jak być odporna na kaprysy własnego dziecka? Że w ogóle będzie je umiała wychować? Nie miała wątpliwości co do tego, że Aren sobie poradzi, ale co będzie z nią? Wszyscy byli przekonani o tym, że będzie rozpieszczać swoją latorośl na wszelakie możliwe sposoby, a gdy nie będzie potrafiła sobie z nią poradzić, wybuchnie płaczem tak samo jak i ona. Chyba było w tym trochę prawdy. Nie bardzo znała się na dzieciach. Nie miała z nimi kontaktu. O wiele lepiej radziła sobie z nimi Patricia, i pomyśleć, że była od niej młodsza! W przeciwieństwie do niej miała jakieś doświadczenie – w jej rodzinie było kilkoro młodszych dzieciaków, którymi często się zajmowała. To właśnie dlatego Mad postanowiła odwiedzić swoją przyjaciółkę i poprosić ją o pomoc. Sama nie poradzi sobie z dwójką rozbójników, dwójką aniołków i jednym kamieniem w brzuchu. Zdecydowanie.
Powód dla którego miała się dzisiaj zająć dzieciarnią tkwił w tym, że Amy, która zazwyczaj sprawowała nad nimi opiekę, musiała dzisiaj pomóc rodzicom w przeprowadzce. Jeżeli chodziło zaś o Laurę i Nathiela, obydwoje wyruszyli na misję. Przez chwilę żałowała, że w ogóle dopytywała się czy nie mają dla niej jakiegoś zajęcia, z drugiej strony: przynajmniej nie musiała siedzieć w domu i objadać się czekoladkami, które nienarodzone dziecko tak bardzo uwielbiało – przez nie przytyła co najmniej z pięć kilo. Zastanawiała się, jak to wszystko potem zrzuci po ciąży? Nie należała do osób, które łatwo przyzwyczajały się do czegoś takiego jak dieta. Lubiła jeść, a jej tryb życia trudno było nazwać zdrowym. 
Gdy wybrudzone bliźniaki i grzeczne przyjaciółki trzymające się za rączki stworzyły zwartą grupę, szło się z nimi o wiele lepiej. Już do samych drzwi mieszkania Patricii cała czwórka była grzeczna, co sprawiło, że Mad się wzruszyła. Kiedy była w ciąży nie było o to ciężko. Samotną łezkę szczęścia otarła ukradkiem z policzka.
Do domu przyjaciółki zawsze wchodziła bez pukania. Były dla siebie jak rodzina, nie miały przed sobą nic do ukrycia. Prawie nic.
La bonne fee zacisnęła usta i weszła do środka. Spróbowała zapomnieć o wszystkich kłamstwach i niedopowiedzeniach, których się ostatnio dopuściła.
– Hej, Pat! – wykrzyknęła, a potem zwróciła się do dzieciaków. – Ściągnijcie buty i kurtki, nie biegajcie po…
Aura i Nate wlecieli do kuchni z bojowymi okrzykami. Mad zdołała tylko westchnąć. Potem pomogła młodszym dziewczynkom ściągnąć odzienie wierzchnie i ruszyła z nimi do salonu. Stała w nim lekko zdezorientowana i niepewna Patricia, która pozbawiona była kolorów. Ten widok ją zdziwił.
– Jesteś chora? – spytała swojej przyjaciółki.
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedziała szybko lodowa czarodziejka. Trzymała ręce za plecami i z niepokojem przyglądała się dwójce rozszalałych dzieciaków, która penetrowała jej dom. – Zajmujesz się dzisiaj nimi?
– Niestety – jęknęła Mad. – Właśnie dlatego do ciebie przyszłam, bo wiem, że w przeciwieństwie do mnie świetnie radzisz sobie z dziećmi – dodała z niewinnym uśmiechem. – Może mogłabym się czegoś nauczyć?
Patricia nie wyglądała na przekonaną. Zachowywała się bardzo dziwnie. Rozglądała się na boki jakby szukała drogi ucieczki albo chciała coś ważnego odnaleźć. Zapewne chodziło o Soriela. Musiała bardzo przeżyć to, że nagle zniknął. To dlatego międzyinnymi przyszła tutaj z dzieciakami, żeby choć na chwilę o nim zapomniała.
Madlene już otwierała buzię, żeby zadać kolejne pytanie, ale Pat jej przerwała.
– Ja… przepraszam, Mad, naprawdę – jęknęła. – Muszę iść do… do sklepu. Możesz tu chwilę poczekać z dzieciakami, dobrze? – spytała ostrożnie. Od razu zaczęła się wycofywać w stronę drzwi. Zataczała wokół swojej przyjaciółki dziwne koło i starała się nie obracać w jej stronę. Co ona ukrywała za plecami?
– Dobrze – powiedziała niepewnie Madlene, przyglądając się jej z lekkim niepokojem. 
Ostatnio kiedy nie miała czym zająć rąk, a bardzo się stresowała, zaczynała gładzić swój lekko już odstający brzuch dłonią. Nie miała wątpliwości co do tego, że jej córka lub syn będzie wrażliwa, wrażliwy. Z reguły jej dziecko reagowało nawet na odrobinę stresu.
– To… widzimy się potem. – Zanim śpiewająca czarodziejka cokolwiek zdążyła odpowiedzieć, Patricia już wybiegła za drzwi.
Co ona takiego planowała? Czy chciała zrobić coś głupiego? Ostatnim razem zachowywała się tak, kiedy podobał jej się w liceum chłopak, z którym chodziła do klasy. Chciała koniecznie ukryć to, że ucieka z domu na noc, żeby się z nim spotkać. Czy znowu uciekała do jakiegoś chłopaka?
Madlene zbladła i to nie z powodu tłukącego się w tle wazonu, a z powodu tego, że podejrzewała najgorsze. Jak burza przebiegła przez salon. Nawet nie przejmowała się wygodą, karty schowane do kieszeni rozłożyła na stole w trybie natychmiastowym i naglącym. W myślach błagała o to, żeby jej przyjaciółka nie zrobiła przypadkiem czegoś naprawdę, naprawdę głupiego.
Już pierwsze karty nie zapowiadały niczego dobrego. W każdym zestawieniu karta diabła kojarzona była z Sorielem, dlatego od razu domyśliła się, że chodzi o niego. Późniejsze kondygnacje tylko utwierdziły ją w niepokojącym przekonaniu, że to właśnie z nim związana była nagląca sprawa Patricii, nazwana przez nią „pójściem do sklepu”.
Dziewczyna jęknęła donośnie i opadła bezradnie na krzesło. Wewnątrz zadawała sobie pytanie, dlaczego wcześniej tego nie przewidziała? I czy naprawdę zawsze to im muszą przytrafiać się jakieś niedogodności? Ani chwili wytchnienia!
Anastasia i Calanthia podbiegły do swojej cioci-czarodziejki i zaczęły ją wypytywać co takiego robi. Odpowiadała im zdawkowo, próbując jednocześnie zebrać myśli. Musiała najpierw skontaktować się z dziewczynami, a potem z Nox i to jak najszybciej.
Kiedy chwyciła za telefon nie przeszkadzało jej to, że dziewczynki bawią się jej kartami. Póki nie darły ich na pół i nie rzucały nimi po salonie, wszystko było w porządku. Zresztą czym były głupie kartoniki z nadrukami ezoterycznymi, kiedy twoja własna przyjaciółka próbowała zrobić coś strasznego?
Samotna podróż do Reverentii w celu uratowania ukochanego z pewnością nie zapowiadało szczęśliwego zakończenia.
***
Pomimo niepowodzenia związanego z demonami nie przestawaliśmy wykonywać misji. Sorathiel zarządził wstrzymanie sprawy departamentu. Zgodnie uznaliśmy, że nie warto teraz pchać się do Reverentii i to tylko po to, żeby uratować demony, które wciąż były nam wrogie. Patricia długo walczyła o to, żeby iść na ratunek Sorielowi. W opozycji z nią stanął Nathiel, który wcale nie chciał ratować brata i życzył mu najgorszej śmierci. Nie rozumiałam jego drażliwego zachowania. Miałam dziwne wrażenie, że mój mąż zwyczajnie jest zazdrosny o to, że jego brat poszedł zabić ojca. Przecież to, że się go pozbędzie graniczyło z cudem. Vail Auvrey nie da się tak łatwo zabić. Może był tchórzem, ale inteligentnym tchórzem, który otaczał się sojusznikami w taki sposób, by robili za jego tarczę. Kiedy chciał po prostu korzystał ze swojego najlepszego sposobu na obronę – ucieczki. Zastanawiało mnie, co by się stało, gdyby był zmuszony do bezpośredniego starcia z Nox. Czy wtedy zostałby pokonany?
Przeczesałam ręką włosy i westchnęłam ciężko. Postanowiłam skupić się na swojej misji, ponieważ docierałam już na miejsce. Miałam wrażenie, że Sorathiel celowo przypisał mi zadanie, które nie wymaga skomplikowanych działań. Chwilami nawet wątpiłam w to, że pełnienie roli dyplomatki w przypadku sprawy skończonej może być potrzebne. Nie na co dzień chodziłam do obcych domów i rozmawiałam z obcymi ludźmi o demonach. Jak zareaguje na to Dean Hanley? Czy zdawał sobie w ogóle sprawę z tego kim była Sapphire, którą przetrzymywał tyle czasu? Clay zamienił z nim wcześniej zaledwie kilka zdań, potem ostrzegł go, że ktoś z jego „funkcjonariuszy” może tu jeszcze przyjść. I oto jestem.
Stanęłam przed niewielkim domem otoczonym zewsząd kwitnącymi drzewami. Wkoło panowała cisza, przerywana od czasu do czasu chichotami dzieci. Kiedy zapukałam do drzwi otworzyła mi mała na około sześcioletnia dziewczynka. Uśmiechnęła się do mnie szeroko i przekręciła głowę w bok.
– Przywiozłaś pizzę? – spytała ciekawsko.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie. – Przyszłam do twojego…
Drzwi zatrzasnęły mi się przed nosem. Przeklęłam w myślach. Nie zostało mi nic innego jak zapukać do drzwi jeszcze raz, musiał być przecież w domu ktoś dorosły.
– To nie pizza! – słyszałam dziecięce głosy. – To jakaś zła pani!
– To zastrzelmy ją przez okno!
– Tak nie można, to nieładnie!
Przymknęłam powieki i wzięłam głęboki oddech. Nie przyszłam tu po to, żeby bawić się z dzieciakami. Czy ktoś mógłby mi w końcu otworzyć drzwi?
Kiedy wyciągałam już trzeci raz rękę, żeby zapukać, rozległy się szybkie kroki i męski głos, który odganiał karcąco dzieciaki. Małe diabły rozbiegły się po domu ze śmiechem na ustach. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że nie byłabym w stanie wychowywać więcej niż trójki dzieci. Calanthia była moją ostatnią córką, którą zamierzałam urodzić.
Chłopak, który najwyraźniej był Deanem, otworzył mi drzwi. Wydawał się być zdziwiony. Zapewne nieczęsto widywał w progach swego domu zupełnie obce osoby.
– Cześć – przywitałam się. – Laura Auvrey, zdaje się, że poznałeś już mojego męża – westchnęłam. 
Cóż, niezbyt dobrze zaczęłam rozmowę, nie powinnam powoływać się na jakiekolwiek powiązania z Nathielem w towarzystwie innych ludzi.
– Ach. – Dean nie wydawał się zrażony. Teraz niepewność zastąpiło zrozumienie i delikatny uśmiech. Nie pytał o więcej, po prostu usunął się w bok, żeby wpuścić mnie do środka. – Przysłał cię detektyw, prawda?
Weszłam do środka bez zastanowienia.
Było w tym chłopaku coś dziwnego. Przy nim nie rozmyślałam, czy ktoś nie odetnie mi głowy, jeśli wejdę na obcy teren. W całym mieszkaniu unosiła się aura dobroci. Martha mi o tym wspominała. Dean miał w sobie ogromne pokłady ciepła. Był jednym z elementów tego domu, który utrzymywał jego fundamenty w ciągłej jasności. Na dodatek miał wysoki poziom energii potencjalnej. Gdyby jakiś demon go spotkał, na pewno nie pozwoliłby mu tak łatwo odejść, dziwne, że jeszcze nikt się do niego nie dobrał, a już szczególnie Sapphire, która była ranna i rozpaczliwie potrzebowała energii. Może rzeczywiście była w niej jakaś nutka człowieczeństwa? A może to ten chłopak zarażał innych dobrocią?
Dean poprowadził mnie do salonu. Bezustannie coś do mnie mówił. Był aż za miły. Czyżby starał się tym przykryć swoje zmartwienie? A może był niepewny? Moim zadaniem było dowiedzenie się czegoś na temat uczuć i powiązań Deana z Sapphire. To rozeznanie miało być zapobiegawcze, ponieważ w przyszłości Dean mógłby się nam przydać, jeżeli młoda demonica była z nim w bliskich stosunkach. Sojusznicy się przydawali, nieważne w jakich dziedzinach.
Kiedy usiadłam już przy stole Dean poszedł zrobić herbatę. Pierwsze co skłoniło nas do nawiązania przyjacielskich relacji był fakt, że przepadaliśmy za Earl Greyem. Ludzie, którzy lubią herbatę nie mogą być do końca źli. Ci przynajmniej wiedzieli, co jest dobre.
Nie musiałam czekać długo. Chłopak w końcu przyniósł kubki i usiadł naprzeciw mnie. Nie patrzył na mnie. Wgapiał się w trzymany przed sobą gorący napój. Widziałam na jego czole zmarszczkę. Najwyraźniej nad czymś intensywnie rozmyślał.
Przytłaczająca cisza została przerwana słowami Deana, który postanowił, że nie będzie czekał na moje uciążliwe pytania i sam zacznie mówić o swojej nowej, demonicznej przyjaciółce.
– Sapphire nie lubiła herbaty – odezwał się.
Uniosłam brew do góry. Czekałam aż powie coś więcej.
– Wolała kawę. Piła ją litrami, a potem nie mogła w nocy spać i starała się mnie przytrzymywać do późnych godzin. Nie obchodziło ją to, że rano szedłem do pracy – zaśmiał się niemrawo. – Potrzebowała dużo uwagi, jak dziecko. Nie patrzyła na innych i zależało jej na własnych dobru, a jednak… jednak ją polubiłem. – Dean uśmiechnął się delikatnie i przeniósł na mnie wzrok. – Wiem, że zrobiła dużo złych rzeczy. Detektyw Clay, pani mąż i koleżanka opowiedzieli mi o kilku jej występkach, ona sama pokazała mi co nieco, ale tutaj… tutaj naprawdę się zmieniła. – Teraz przybrał poważny wyraz twarzy.
Upijając łyka gorącej herbaty ukryłam uśmieszek za kubkiem. Bronił jej. Naprawdę coś między nimi było.
– Ile w takim razie byłbyś w stanie dla niej poświęcić, żeby ją odzyskać? – spytałam.
Dean wyglądał na niepewnego. Coś w moich słowach wyraźnie go zaniepokoiło.
– Zrobiliście jej coś? – spytał. – Coś jej się stało?
Westchnęłam. Czy miałam wybór? Nie istniały żadne przeciwwskazania, żeby powiedzieć mu co stało się z Sapphire. Przecież i tak nie mógł jej pomóc. Nie wiedział nawet jak dostać się do Reverentii. Jeżeli Vail Auvrey chciał się pozbyć demonów, które poczuły na Ziemi wolność, na pewno już to zrobił.
– Została zabrana do krainy demonów.
– Zrobią jej krzywdę, prawda? Ukarzą ją. Sapphire o tym wspominała. Powiedziała, że… – Widziałam, że Dean zaczyna tracić opanowanie. Wyglądał na przerażonego. Przerwałam mu prostym ruchem dłoni. Za bardzo zaangażował się w tę historię. Ten człowiek nie powinien mieć do czynienia z demonami.
– Nic nie jest pewne – odpowiedziałam.
Chłopak wziął głęboki wdech.
– Ja… jeżeli coś by jej groziło, to chyba oczywiste, że chciałbym jej pomóc – powiedział cicho, pocierając dłońmi zdobiony burgundowymi kwiatami kubek. Z jakiegoś powodu cały czas wyglądał na zestresowanego. – Jest moją przyjaciółką.
– Przyjaźń z demonami jest niebezpieczna – ostrzegłam go.
– A jednak wyszłaś za jednego z nich.
I tu mnie miał. Mogłabym powiedzieć, że to zupełnie inna sytuacja, w końcu Nathiel nigdy nie mieszkał w Reverentii i całe życie walczył z demonami, ale czy to miało sens? Nie przyszłam tu ucinać sobie pogawędek na temat mojego małżeństwa, ani nikogo pouczać. Dean miał już wystarczająco dużo lat, żeby umieć brać za siebie odpowiedzialność.
– Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że Sapphire nie uważa cię tylko za przyjaciela? – Uniosłam brew do góry.
Waleczność Deana stężała. Spojrzał gdzieś w bok z zakłopotaną miną i podrapał się w tył głowy. Uszy wyraźnie mu poczerwieniały. Łatwo było go rozszyfrować, nie był szczególnie dobrym kłamcą. Szczerość od niego emanowała, przeradzając się w gesty i mimikę.
– Ty również nie uważasz jej wyłącznie za przyjaciółkę – dodałam z uśmieszkiem.
Chłopak znowu przeczesał włosy, zdradzając swoją nerwowość. Otwierał usta, żeby coś z siebie wydusić, ale niczego nie powiedział. Najwyraźniej nie potrafił wyrazić w słowach tego, co czuje. Czy on nie miał przypadkiem około dwudziestu lat? Clay pozwolił mi zerknąć w jego akta. Jego wiek skłaniał już do bycia dorosłym. Czy miłość go onieśmielała? A może kobiety? To dziwne, bo mieszkał z samymi dziewczynami i na dodatek wszystkie utrzymywał z własnej pracy. Wyglądał na kogoś, kto całe życie był tylko i wyłącznie dla rodziny. Może to jest właśnie powód jego zawstydzenia? Zapracowany, nie miał zbyt wiele styczności z innymi osobami.
                Kiedy Dean zbierał się w sobie, żeby odpowiedzieć, dostałam SMS-a. W normalnym przypadku nawet bym go nie odczytała, ale Sorathiel kazał mi być pod telefonem, ponieważ sprawa demonów wciąż była w toku. Mieliśmy kontakt z pół demonami, które miały zrobić rozeznanie w Reverentii.
                Sięgnęłam do kieszeni po telefon, mruknęłam ciche: „przepraszam, to pilne” i odczytałam wiadomość.
                „Wyruszamy do Reverentii. Patricia poszła ratować Soriela”.
                Skrzywiłam się. No, tak, to było do przewidzenia. Ktoś kto płomiennie broni osoby, którą kocha, nawet gdy przegra będzie chciał ruszyć tej osobie na ratunek. Nie chcieliśmy iść po demony, więc Patricia zorganizowała własną misję ratunkową. Zachowała się jak desperatka. Miała mniej oleju w głowie niż przypuszczałam, ale musiałam jej to wybaczyć. Miłość potrafiła skłaniać do dziwnych, nieprzemyślanych czynów. Wielokrotnie sama przez to przechodziłam.
             Dopiłam herbatę i podniosłam się z krzesła. Dean spojrzał na mnie zaskoczony. Najwyraźniej spodziewał się, że pobędę tu dłużej. Nie zdążyłam go nawet dokładnie przepytać.
                – Myślę, że przyda nam się twoja pomoc – powiedziałam. – Wyczekuj nas. – Już chciałam ruszyć w stronę wyjścia, kiedy chłopak złapał mnie za dłoń. Zdziwiło mnie to spoufalanie się. Kiedy jednak spojrzałam w jego oczy, zrozumiałam w czym rzecz.
                – Proszę, pomóżcie jej – szepnął bezradnie.
                Kiwnęłam głową i ruszyłam w stronę wyjścia. 

niedziela, 21 maja 2017

[TOM 3] Rozdział 25 - "Wrócę"

Ten moment, kiedy nie masz już żadnych rozdziałów na plusie, a sesja is coming. Nie wiem jak to będzie ze wstawianiem WCSa, ale postaram się to ogarnąć. Rozdział krótki, lekko zdechły, tłumaczeniowy, przygotowaniowy. 
***
Misja nazwana przez Nathiela: „skopać dupska demonicznym gówniarzom” została zakończona, nie potrafiłam jednak jednoznacznie określić czy powodzeniem, czy porażką. Nic nie poszło po naszej myśli, stało się coś, czego nie przewidzieliśmy.
Kiedy wyszliśmy wraz z Raidenem i Rielem na zewnątrz, nie mogłam się nadziwić temu, że podążam śladami wrogów po to, żeby z nimi porozmawiać. Porozmawiać, nie usidlić, nie zniszczyć, nie zwalczyć, najzwyczajniej świecie uciąć sobie pogawędkę jak ze starymi przyjaciółmi. Wciąż patrzyłam się podejrzliwie w plecy dwójki demonów i próbowałam ich rozgryźć. Mogli mnie przecież przechytrzyć i to w każdej chwili. Oni umieli posługiwać się zaawansowaną magią, ja wciąż nie miałam kontroli nad własną mocą i nie potrafiłam użyć jej na zawołanie. Dla własnego bezpieczeństwa nie oddalałam się od domu pełnego ludzi, wiedziałam jednak, że jeśli Raiden i Riel będą chcieli mnie zaatakować – po prostu to zrobią, demony nie przejmowały się świadkami.
Ledwo doszliśmy do parku, a pijany towarzysz młodego chłopaka wpadł w krzaki i oddał się mało interesującej czynności, którą wywoływał nadmiar alkoholu. Zdezorientowany Riel nie wiedział co zrobić. Stał nad nim i drapał się nerwowo po głowie. Gdybym chciała, mogłabym mu wbić nóż w plecy, ale miałam swoją dumę.
– Jesteś na coś chory, Raiden? – zapytał niepewnie. – Może za dużo tych proszków wciągałeś?
Nastolatek zaczął bełkotać pod nosem, a potem się śmiać. Cóż, przynajmniej jeden z demonów został wyeliminowany. Nie musiałam się obawiać z jego strony zagrożenia.
– Do rzeczy – przypomniałam Rielowi po co tu jesteśmy. Przestraszony demon aż podskoczył. Zdołał już o mnie zapomnieć. Cóż, demony nie były najlepszymi dyplomatami.
– Ja… – zaczął niepewnie, zerkając gdzieś w bok. Wyglądał jakby sam nie wiedział czego chce. – Chodzi o to, że nie chcemy walczyć.
– Świetnie – prychnęłam i założyłam ręce na piersi. Przez chwilę poczułam się jak ta siedemnastolatka, która nie mogła powstrzymać się od ironicznych docinek. Przemawiała przeze mnie złość. Riel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele szkód nam wyrządzili i ilu z naszych ludzi zabili. To było niewybaczalne. Myślał, że kilka słów wystarczy, aby załagodzić sytuację?
– Bho ja piepszę Vaila Auvreya – mruknął Raiden, przytulając swoją pobladłą twarz do kującego listowia, które najwyraźniej nie robiło na nim wrażenie. Zamiast cierpienia widziałam na jego twarzy zadowolenie. Może miał jakieś problemy z własną orientacją seksualną? Skoro uśmiechał się na samą myśl o ojcu Nathiela, interesujące wizje musiały trzymać się jego głowy.
– Chodzi o to, że my nie chcemy już wracać do Reverentii – jęknął Riel. – Tu… tu jest niesamowicie! – Demon zamachał rękami w górze, pragnąc pokazać swój szczery zachwyt. Nie kłamał. Naprawdę mu się to podobało. Widziałam to w jego błyszczących szmaragdowych oczach i uśmiechu przepełnionym niezdrową fascynacją.
– Dzifki, prochy i ziemniaki – zawtórował mu słabym, ale wciąż wesołym głosem Raiden, wymachując pijackimi dłońmi w górze. Chwilę po tym przedstawieniu usnął w krzakach i zaczął chrapać potężnie jak niedźwiedź. Oddźwięki, które wydawał nie sprzyjały kulturalnej rozmowie, jaką chciałam odbyć.
 – I myślisz, że puszczę was wolno, żebyście mogli niszczyć nasz świat? – spytałam z kpiącym uśmieszkiem. – Nie, to tak nie działa. Uczyniliście zbyt wiele szkód, żeby puszczać was wolno. Pójdziecie z nami, potem porozmawiamy.
Riel spochmurniał. Jego twarz stopniowo zaczęła nabierać ostrych rys – wiedziałam, że lada moment zmieni się w tą bezwzględną postać, która będzie w stanie zabić mnie jednym palcem. Przybrałam pozę bojową i wystawiłam przed siebie nóż. Pod twardą miną, którą przybrałam starałam się ukryć cały strach. Sorathiel i Aren oraz reszta zespołu zostali wcześniej powiadomieni o „pokojowych” zamiarach demonów, byli w pogotowiu, tak więc teoretycznie nie miałam się czego bać.
– Nie wiesz jak to jest żyć w Reverentii – zaczął zadziwiająco niskim głosem Riel. Całe moje ciało przeszyły nieprzyjemne dreszcze. – Nie wiesz jak to jest wykonywać rozkazy i w zamian niczego nie dostawać. Nie wiesz jak jest tam nudno.
Postawiłam krok w tył i potknęłam się o korzeń, który zaczął wzrastać pod moimi nogami. Demon uwalniał powoli swoją magię, tak samo jak i gniew.
– Zamierzamy tutaj żyć i nikt nie będzie nas więził. Nie tym razem – syknął.
Gałąź pobliskiego drzewa oplotła mój nadgarstek i pociągnęła mnie gwałtownie do góry. Syknęłam z bólu. Szybko przecięłam nożem mojego roślinnego przeciwnika i opadłam na ziemię. Wylądowałam na kolanach brudząc je i raniąc. Nie przejęłam się tym. To najmniej bolesne rany jakie kiedykolwiek przyszło mi nabyć podczas spotkań z demonami.
Szybko przeniosłam się do pionu. 
Obok mnie mignęła blond czupryna. Zdziwiłam się. Czyżby posiłki już nadeszły?
– Dobrze – usłyszałam głos Sorathiela. Zdziwiłam się, tak samo jak reszta osób, która zgromadziła się za moimi plecami, gotowa do walki. Wszyscy patrzyli się w ślad za szefem organizacji, który właśnie podszedł do demona. Na jego miejscu nie spoufalałabym się tak z Rielem, nie dało się jednak ukryć, że nastolatek złagodniał. Wszystkie niebezpiecznie rozwijające się rośliny powróciły do ziemi, tak samo jak Riel do swojej dawnej postawy. Spoglądał teraz na Sorathiela z nieufnością. Oczekiwał, że wyjaśni mu o co chodzi.
– Możecie iść – powiedział spokojnie szef.
Zapanował chaos. Wszyscy zaczęli siebie przekrzykiwać. Nikt nie rozumiał dlaczego nasz młody przełożony podjął właśnie taką decyzję. Przecież mieliśmy szansę wygrać – Raiden spał smacznie w krzakach, więc nie pomógłby swojemu kompanowi. Dlaczego Sorathiel chciał zaprzepaścić taką okazję?
Riel nic nie powiedział. Pokiwał tylko głową, chwycił Raidena pod pachy i wyciągnął go z krzaków. Na pomoc wezwał ziemskie rośliny – pomogły mu nieść śpiące i bezwładne ciało demona. Patrzyłam w ślad za nim jak zesztywniała. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mam szeroko rozwarte usta. Byłam w szoku, tak jak każdy z nas.
Do dziś nie wiedziałam czy to dobra decyzja. Podobnie sądziła większość członków Nox, a nawet sam Sorathiel. Kiedy spytaliśmy go dlaczego pozwolił im odejść, uznał, że skoro demony zdecydowały się zostać w naszym świecie, Nox przestało być ich wrogami. Gdyby ich zabrali i zamknęli, istniałoby ryzyko, że departament w końcu po nich przybędzie, a wtedy wszyscy będą chcieli się wspólnie na nich zemścić. Pozwalając im odejść  Sorathiel uzyskał ich przychylność. Departament będzie szukał swoich byłych członków w świecie ludzi. Vail będzie chciał ich ukarać. Kiedy nadejdzie ostateczna walka Riel i Raiden nie staną po jego stronie, będzie im zależeć na własnych korzyściach, więc dołączą do Nox. To było bardzo prawdopodobne rozwiązanie, na jego miejscu nie chciałabym tak jednak ryzykować.
Znając Sorathiela tyle lat, nareszcie spostrzegłam jedną z wad, która przyczepiła się do jego perfekcji. Czasem podejmował zbyt ryzykowne decyzje, zupełnie jakby z czasem stał się bardziej pewny siebie. Działał mniej ostrożnie niż Hugh i dlatego mógł nas zaprowadzić w kozi róg, jednak to on był szefem i to on wydawał rozkazy. My mogliśmy tylko walczyć z nim na argumenty, to on ostatecznie podejmował decyzje.
Grupa, która miała usidlić Sapphire również nie podołała tej misji. Zdarzyła im się podobna sytuacja, tym razem powstrzymała ich jednak Martha. W nastoletniej demonicy nastąpiła zmiana, sądziła, że wyczuwała w powietrzu zmianę. Nie od dawna wiadomo, że emocje mają wpływ na moce demonów. Tak jak ja wybuchałam złością czy strachem i niszczyłam wszystko wkoło, tak Sapphire, która złagodniała, rozsiewała wokół zapach wiosennych kwiatów, nie silny odór siarki, który kojarzył się z czymś złym. Martha twierdziła, że Sapphire się zakochała. Chłopak u którego mieszkała opowiedział Clayowi, la bonne fee i Nathielowi przy herbacie całą historię. W jego głosie i ruchach również dało się dostrzec coś, co poświadczyłoby o tym, że jest do niej przywiązany. Starał się jej bronić. To dlatego drużyna poszukiwawcza odpuściła.
Nikt z nas nie podejrzewał, że nasza misja potoczy się właśnie w taki sposób. Nikt z nas nie wiedział czy możemy czuć się przegranymi, czy wygranymi. Ani nie świętowaliśmy, ani się nie smuciliśmy, zwyczajnie układaliśmy dalsze plany.
Martha wciąż miała mentalną kontrolę nad demonami. Wiedziała gdzie są i jakimi unoszą się emocjami. Od dłuższego czasu widziałam, że kręci się niespokojnie na sofie i marszczy czoło. Kiedy jedna z przyjaciółek zapytała ją czy dobrze się czuje, uznała, że jest w porządku, po prostu demony z jakiegoś powodu unoszą się silnym gniewem, strachem i rozpaczą. Nie czuła się dobrze z taką mieszanką obcych uczuć. Odtąd uważnie ją obserwowaliśmy. Dopiero gdy spotkanie dobiegało końca, Martha zerwała się do góry. Wszyscy patrzyli na nią zaskoczeni oczekując na odpowiedź, co oznacza przerażenie w jej błękitnych oczach. Kiedy słowa wreszcie padły, nie wiedzieliśmy, co powinniśmy zrobić.
– Departament zabrał Sapphire, Raidena i Riela do Reverentii wbrew ich własnej woli.
***
Patricia wykorzystała moment, kiedy w Nox panował chaos. Przez głowę przeszła jej głupia myśl. Mogłaby uwolnić Soriela. Skoro reszta demonów odeszła w spokoju, dlaczego to Auvrey nie mógł być przy niej? Wierzyła mu. Tym razem wiedziała, że niczego złego nie zrobi. Po raz pierwszy jego oczy, jego ciało i cały on były prawdziwe. Naprawdę chciał z nią mieszkać, stworzyć z nią rodzinę. To co chciała zrobić było głupie i nieprzemyślane, zaufała swoim uczuciom i dała się ponieść emocjom wywołanym chwilą. Nie przejmowała się nikim wkoło. Usprawiedliwiała siebie gdzieś w wewnątrz własnej duszy. Soriel przecież mógł pomóc w sprawie demonów, prawda? Nie był już członkiem departamentu, był poniekąd sojusznikiem Nox.
Pierwszy raz po schodach zbiegała tak szybko. Gnało ją przed siebie jakieś niespokojne uczucie, którego nie potrafiła nazwać. Zanim jeszcze pojawiła się przy więzieniu demona, wykrzyczała jego imię. Dopiero po chwili zorientowała się, że krzyczy w pustkę.
Kiedy zobaczyła, że kraty stoją otworem, zastygła w bezruchu ze wstrzymanym oddechem. Jej głowy trzymało się tylko jedno pytanie: jak?
Poczuła się zagubiona, zdradzona, załamana, zdenerwowana i zrozpaczona. Nawet nie powstrzymywała łez, które lały się po jej policzkach. A jeśli to departament go uwolnił? Czy to było możliwe, żeby weszli tu niezauważeni i nie dali o sobie znać? Nie, to nie było w ich stylu. Byliby głośni. Soriel byłby głośny. To on sam musiał się stąd wydostać.
Kilka słonych kropel spłynęło na jej koszulkę, którą ubrała tylko dlatego, że podobała się Sorielowi. Miała na sobie urocze, małe króliczki jedzące marchewki, Auvrey uparcie nazywał je zajączkami.
Patricia postawiła krok wprzód. Nie mogła się załamywać. Musiała odkryć przyczynę zniknięcia swojego ukochanego. Może wcale jej nie zdradził? Może miał własny powód. Długo nie musiała się nad tym zastanawiać. Przekraczając próg więzienia dostrzegła na ścianie wielki napis zrobiony bliżej niezidentyfikowanym płynem, spływającym krwawo po ścianie. Bała się, że to ludzka krew.
„Reverentia. Ojciec. Wrócę”.
Ociekający grozą napis był krótki i chaotyczny, ale Patricia natychmiastowo zrozumiała o co chodzi. Przecież o tym rozmawiali. Próbowała wyrzucić Sorielowi z głowy ten głupi pomysł. Śmiał się i mówił, że żartuje, ale ona widziała w jego oczach iskierkę zła, która skierowana była ku Vailowi Auvreyowi. Chciał go zniszczyć, tak samo jak Nathiel. Postanowił to zrobić teraz. Nie odrzucił jej, chciał zwyczajnie skończyć z osobą, która dała mu powód do cierpienia.
Patricia jęknęła i przyłożyła ręce do głowy.
Co miała teraz zrobić? Przecież Soriel mógł sobie nie poradzić, mógł stamtąd nie wrócić, mógł… Dlaczego był takim idiotą?!
Ostatni raz rozglądnęła się po opustoszałym pomieszczeniu. Miseczka na draże i orzeszki była pusta, a pod ścianą leżały farby – to sprawiło, że choć na chwilę odetchnęła. Soriel nikogo nie zabił, użył farb. Pytanie tylko – skąd je miał? Czy ktoś był z nim w zmowie? Nie, to niemożliwe. A może użył na kimś swoich mocy? Nie, to też nie wchodziło w grę, w końcu więzienie było skonstruowane tak, żeby zatrzymywać wszelakie działanie magii.
Nie miała czasu na zastanowienie. Musiała powiadomić Nox o kolejnej miażdżącej porażce.
Pobiegła do góry i już w progu krzyknęła:
– Soriel zniknął!
Wszyscy zesztywniali. Na ich twarzach malowały się pytania, na które dziewczyna zamierzała natychmiastowo odpowiedzieć. Dysząc niespokojnie dodała:
– Zostawił wiadomość. Poszedł do Reverentii zabić swojego ojca. Napisał, że wróci – załkała. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Rodziła się w niej coraz większa panika. Przecież nie mogła go stracić, nie wtedy, kiedy ledwo go odzyskała. – Ktoś… ktoś musiał dać mu farby. Ktoś musiał go uwolnić.
Członkowie Nox i la bonne fee rozglądali się po całej organizacji w ciszy, jakby chcieli się upewnić, ze to nikt z nich. Ciszę przerywał tylko dziecięcy szloch. Wszyscy spojrzeli w stronę uchylonych drzwi od pokoju. Stała tam mała Anastasia.
– Nie zlobiłam nic źłegooo – zapłakała.
Jako pierwszy zesztywniał Sorathiel. Był w szoku. Nie dowierzał temu, że to jego własna córka uwolniła demona. Przecież tyle razy jej powtarzał, że nie powinna się tam zbliżać, że nie powinna z nim rozmawiać. To prawda, że nie miała nawet trzech lat, ale sądził, że miała na tyle oleju w tej maleńkiej głowie, żeby nie robić takiej głupoty. Czym przekupił ją Soriel? Urokiem osobistym?
– Ana – jęknął bezradnie, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Był bliski załamania. Teraz nie wyglądał jak dorosły mężczyzna, a zgarbiony staruszek, którego przygniatał niewyobrażalnie wielki ciężar win.
– Nie ciałam! – wrzasnęła Anastasia.
Amy, która stała za nią nie wiedziała co zrobić. Przyglądała się z przerażeniem własnemu mężowi, jakby czekała na jakąś komendę. Sorathiel nie wiedział jednak co zrobić.
Ciszę przerywał tylko głośny, dziecięcy szloch, któremu z czasem zawtórował kolejny głos – była to Calanthia, która przyłączyła się do symfonii własnej przyjaciółki. Aura i Nate wychylali głowy z pokoju próbując zrozumieć co się właśnie dzieje. To Patricia przerwała milczenie. Czuła, że musi coś zrobić i to szybko.
– Ja… – zająknęła się. – Ja muszę tam iść. Muszę. To Soriel, może stać mu się krzywda… nie, stanie mu się krzywda. – Spanikowała. – Idę do Reverentii.
– Nigdzie nie idziesz – odezwał się chłodno Nathiel.
Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni.
– Niech zgnije – syknął.
Patricia nie dowierzała jego słowom.
– To… twój brat. – Jej głos się załamał.
– Po prostu urodziła nas ta sama osoba.
Młody Auvrey niesiony przez gniew zerwał się do góry i wyszedł z organizacji. W pomieszczeniu jeszcze długo panowała cisza. Dopiero po kilku minutach Nox zaczęło kolejne obrady. 

niedziela, 14 maja 2017

[TOM 3] Rozdział 24 - "Wszyscy zginiecie"

Najwięcej w tym rozdziale Sapphire. Polubiłam ją w trzecim tomie. W ogóle teraz są trochę bardziej przybliżone sylwetki młodych demonów i jakoś tak... inaczej! (moja zdolność do pisania po północy, brawo). Nie wiem co napisać. Jakoś nie przepadam za tym rozdziałem, mogłam go lepiej opisać, no ale trudno. 
***
– Czy ty przypadkiem nie próbujesz mi uciec? Wydaje mi się, że jeszcze nie załatwiliśmy pewnych spraw! 
Dean zaśmiał się wesoło nie odpowiadając na pytanie swojej podopiecznej. Razem kierowali się w stronę przedsionka malutkiego domu, który zamieszkiwał od narodzin. Nic nie mógł poradzić na to, że jego kroki były przyspieszone – mięśnie nóg odmawiały mu posłuszeństwa, posuwały go do przodu bez pytania o zgodę. W głowie kołatała się mu niepokojąca myśl zalewająca go falą gorąca od góry do dołu, na razie starał się ją jednak od siebie odpychać. 
Co on u licha chciał zrobić? Dał się porwać ukrytemu dotąd instynktowi. Zawładnął nim i przygasił trzeźwość umysłu, która kierowała nim odkąd świadomie tego pragnął. Przez krótką chwilę nie był sobą. To barwne tło, ciepło promieni słonecznych, uśmiechnięta, dziewczęca buzia i jej zwodzące na manowce szmaragdowe oczy… te wszystkie składniki należące do pięknego chaosu zawirowały mu w głowie jak narkotyk. Był przerażony swoją nagłą utratą kontroli nad ciałem i duszą. Matko, przecież to wciąż nastolatka! Dziewczyna boleśnie doświadczona przez życie, była w połowie nastoletnim demonem, który kusił do przejścia na złą stronę. Lubił ją, naprawdę ją lubił, ale to niepokojące uczucie, które się między nimi rodziło wprawiało go w stan osłupienia i niezrozumienia.
Jakiś czas temu jego siostra powiedziała, że poświęca Sapphire bardzo dużo uwagi. Nie chciała mówić tego wprost, ale jej znaczący uśmiech i błyszczące oczy zdradzały, co o tym wszystkim myśli. Boże, przecież on nie mógł zakochać się w osobie, która była tak młoda, tak niebezpieczna, tak inna. Kim on był na tle tej dziewczyny? Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Nie chciał być jej ładnym dodatkiem do całości, czymś, co można kolekcjonować jak rzeczy. Sapphire sama nie wiedziała czego chce.  A czego on chciał?
Dean wykrzywił usta w niemrawym uśmiechu. 
Dziewczyna chwyciła go pod ramię, gdy już się z nim zrównała. Próbowała zwrócić na siebie uwagę, przyciągała go hipnotyzującym spojrzeniem. Nie mógł na nią spojrzeć, nie teraz. Musiał uporządkować pewne sprawy. To wszystko przebiegało zdecydowanie zbyt szybko.
Przez krótki moment zapomniał, że w domu czeka na niego policjant, który pojawił się tutaj z nieznanych mu przyczyn, dlatego gdy wszedł do środka, stanął w miejscu jak wryt. Nie, ten mężczyzna nie wyglądał jak policjant, nie miał na sobie nawet munduru. Ubrany był w zwyczajną, białą koszulę uwieńczoną granatowym krawatem. Kim on był?
– Dean, dlaczego nie zwracasz na mnie… – Sapphire urwała wpół zdania i zesztywniała. Chłopak poczuł jak wszystkie jej mięśnie w jednym momencie się napinają. Trzymała go teraz tak mocno, że krew wolniej dopływała do jego kończyny.
Obcy mężczyzna natychmiastowo wyjął broń i wycelował nią w demonicę.
– Przykro mi, że spotykamy się w takich warunkach – odezwał się niebieskooki brunet z przepraszającym uśmiechem, który nie pasował do osoby pragnącej kogoś zabić. Słowa kierował do Deana. – Detektyw Clay Herendsen. Zguba najwyraźniej odnaleziona.
Zdziwiony Dean usłyszał jak jego przyjaciółka soczyście klnie pod nosem. Chwilę zajęło, zanim się od niego oderwała.
Zza pleców detektywa wynurzył się cały zespół obcych ludzi, którzy również nie wyglądali na policjantów. Obok detektywa stanęła dziewczyna z wyciągniętą przed siebie ręką. Dean miał wrażenie, że to osoba podobna do Sapphire, czyli taka, która potrafiła czarować. Obok znajdowało się też kilka innych nieznajomych i dziwnie wyglądających ludzi, szczególnie osobliwy okazał się młody mężczyzna mniej więcej w jego wieku, który wyskoczył przed szary tłum z wyciągniętym nożem i bez słowa rzucił się w stronę Sapphire. 
– Nathiel! – krzyknął ktoś z oburzeniem. 
Łowca nie przejmował się nawoływaniem. Był przyzwyczajony do tego, że działa na własną rękę. Przeskoczył przez stół z prędkością światła i to zanim Dean zdołał się obudzić. Na szczęście Sapphire była szybsza. Odepchnęła w bok swojego przyjaciela i zrobiła koślawy unik przed Nathielem, który machnął nożem zaledwie po jej włosach. Dziewczyna zgrabnie go wyminęła i wskoczyła na stół. Zdezorientowany Dean, który wylądował na kolanach pchnięty przez swoją towarzyszkę, wpatrywał się w nią oniemiały. Była szybka i zwinna jak kot, ale nie mogła ukryć bólu, który wykrzywiał jej twarz, kiedy gwałtownie się ruszała.
Sapphire zeskoczyła na podłogę. Wtedy rozległy się głośne trzaski oznajmiające, że bronie napastników zostały naładowane. Kiedy ich przywódca wydał rozkaz wszyscy skierowali pistolety w stronę bezradnej demonicy. Deanowi krzyk uwiązł w gardle. Wyciągnął rękę w stronę kogoś, kogo nie chciał teraz stracić, nie w takich okolicznościach, nie z rąk obcych ludzi. Nie mogli mu zabrać cząsteczki światła, która co dzień wkradała się do jego życia, nie mogli ukraść szczerego, dziewczęcego śmiechu ani tych nocnych rozmów odbytych w bladym świetle świecy. Co mógł zrobić, kiedy padły strzały, a obok niego przeleciał nóż, który miał zostać wbity prosto w serce bezradnej, wciąż rannej dziewczyny?
Wtedy właśnie to zobaczył. Ten blady, chytry uśmieszek zapowiadający zwycięstwo. Nim cokolwiek dotknęło jego przyjaciółki, ta rozstawiła ręce na bok i zrobiła coś, czego nie mógł logicznie wyjaśnić. 
Nagle wszystko stanęło w miejscu. Tło przybrało blady odcień snu. Czy przeniosła ich właśnie do jakiegoś nierzeczywistego świata? Dean widział w górze zastygłe naboje i nóż, który mało nie wbił się w jej plecy. Dookoła znajdowali się zesztywniali ludzie przyłapani ze swoimi bojowymi minami w przestrzeni zatrzymanego czasu. Dlaczego on wciąż mógł się poruszać?
Sapphire opuściła ręce w dół, upadła na kolana i kaszlnęła tak potężnie, że krew wylała się z jej ust i ozdobiła dywan jak szkarłatne wino rozlane podczas wieczerzy na obrus. Zesztywniałe ciało Deana podniosło się gwałtownie z podłogi i podbiegło do zgarbionej i ciężko dyszącej dziewczyny. Nie zastanawiał się, co robi, po prostu robił to, co podpowiadało mu serce. Opadł obok niej, objął ją ramieniem i uniósł palcem podbródek, żeby spojrzeć jej w twarz. Miała nieobecne spojrzenie, zmęczone, wygasłe oczy. Zużyła za dużo mocy, a przecież wciąż się nie zregenerowała. Opowiedziała mu kiedyś, że jeśli chce używać swojej magii potrzebuje kraść energię ludziom. Nie spożywała jej odkąd się tu znalazła. Rany tylko dopełniały efektu ubocznego. 
Dean ze zdziwieniem spostrzegł, że obraz wkoło zaczyna nabierać kolorów, a postacie  uwalniać się z objęć zatrzymanego czasu. Musiał coś zrobić, musiał z nią uciec, zabrać ją stąd, żeby nikt jej nie tknął, nie zrobił jej już krzywdy. To nic, że będzie miał problemy z policją, to nic, teraz zależało mu tylko na jej bezpieczeństwie.
Chciał podnieść siebie i ją z podłogi, ale Sapphire chwyciła go za rękę i przytrzymała w dole. Chciał spytać dlaczego, chciał spytać o tak wiele rzeczy, o które nigdy jej nie spytał, ale nie mógł. W momencie, kiedy jej usta gwałtownie do niego przyległy, wyprostował się zszokowany, nie wiedząc jak ma na to zareagować. Przyjemne ciepło rozlało się po jego chłodnym ciele. Kiedy demonica się od niego oddaliła, żałował, że trwało to tak krótko. Żałował, że nie dał się porwać temu nieopanowanemu uczuciu w sadzie. To nie tak miało wyglądać.
– Chciałam zrobić to już dawno – powiedziała ochrypłym, zmęczonym głosem Sapphire. Pogładziła jego policzek mroźną, drżącą dłonią. W jej oczach nie było teraz wyzwania, nie było niczego złego. Widział w niej tylko człowieczą bezradność. – Nie mogę tu dłużej zostać, Dean. Wstrzymałam mentalnie czas tylko na kilka chwil. Muszę stąd uciekać. – Dziewczyna podniosła się z podłogi i chwyciła za nóż, który wisiał w powietrzu. Skierowała go w stronę chłopaka, który wcześniej ją zaatakował.
Boże, czy ona próbowała wycelować w jego serce? Przecież gdy czas wróci we władanie stanie mu się krzywda. Zanim jednak zdołał otworzyć usta, aby zaprotestować, usłyszał ciche:
– Dziękuję.
Ostatnim co zobaczył był szczery, ciepły uśmiech. Potem wszystko stało się chaosem. Sapphire zniknęła, kiedy zamrugał łzawymi oczami, nóż trafił w ramię chłopaka, który w ostatniej chwili zdołał uskoczyć w bok i uchronić się od śmierci, naboje przebiły ścianę, a ludzie zaczęli się rozglądać po całym pokoju szukając winowajczyni. 
– Niech to szlag jasny trafi! Głupia demoniczna suka! – krzyknął wściekle łowca. Na oczach wszystkich wyjął nóż z ramienia, które nie krwawiło w normalny sposób –  unosił się z niego czarny, gęsty dym, który wprawił Deana w osłupienie. Dopiero teraz chłopak zauważył, że ma tak samo szmaragdowe oczy jak Sapphire. Czy też był demonem? Czy to był jeden z jej kompanów, których nie lubiła? Przyszli po nią, żeby ją zabić, a nie zabrać ją do swojego świata?
Kilkanaście obcych stóp rzuciło się do biegu, domyślając się tego, że uciekinierka wykorzystała tylne wyjście, Dean chciał ich zatrzymać, ale uprzedziła go dziewczyna, która teraz opuściła bezradnie dłoń wzdłuż ciała.
Zaraz. Dlaczego się uśmiechała?
– Zostawcie ją – powiedziała głośno i twardo. Wszyscy stanęli jak wryci, zdziwieni jej ogłoszeniem.
– Co ty odpierniczasz?! Przecież nam ucieknie! Wróci do Reverentii i… – Nabuzowany i nerwowy Nathiel przerwał w połowie zdania, kiedy Martha wystawiła przed siebie dłoń. Najwyraźniej uciszyła go jakąś dziwną mocą.
– Nie było w niej nawet krzty zła – powiedziała. – Nie czuliście tego? – spytała, unosząc brew do góry. – Dotąd kiedy używała mocy roztaczała się wokół niej ostra woń siarki, teraz nie było jej czuć. Niepokój zamienił się w błogie ciepło, a siarka w zapach wiosennych kwiatów.
Zgromadzeni opuścili zdziwieni bronie. Tak, wszyscy to wyczuli, ale najbardziej odczuł to zrozpaczony Dean. To był zapach kwiatów z sadu, które dziś jego przyjaciółka od serca zerwała. Ich porozrzucane gałązki leżały zgniecione na podłodze. Straciły cały swój urok, podobnie jak dzisiejszy dzień, który z pięknego przerodził się w prawdziwy dramat. 
Czy była jeszcze szansa, że kiedykolwiek się zobaczą? Miał jej jeszcze dużo do powiedzenia. Więcej niż mogła to sobie wyobrazić.
***
Znów miała halucynacje. Otaczały jej umysł gęstą siecią, próbując siłą wyprowadzić ją ze ścieżki rzeczywistości. Starała się nie poddać temu uczuciu. Musiała zachować choć odrobinę trzeźwości, by dojść do miejsca, w którym wyczuwała znajome dusze. Jedyne osoby, które mogły stanąć po jej stronie, nawet jeśli szczerze jej nienawidziły. 
Relacje między demonami nie były nigdy jasne. W Reverentii nikt nie darzył siebie sympatią, zazwyczaj była to obojętność lub nienawiść, która była uzasadnieniem ich natury. Ale teraz nie byli w Reverentii. Znajdowali się w świecie ludzi wystarczająco długo, żeby zacząć czuć coś więcej, żeby nie chcieć tam wrócić.
Sapphire nie zamierzała już wracać. Ta ryzykowna decyzja, która została podjęta samoczynnie w jej umyśle wcale jej nie przeraziła. Może gdyby nie spotkała kogoś takiego jak Dean, chciałaby wrócić, ale to tylko dlatego, że nie miałaby się gdzie podziać. Teraz znała kogoś, kto przyjąłby ją z otwartymi ramionami. Chciała zostać w tym ciepłym miejscu już na zawsze, chciała zacząć żyć jak człowiek od samego początku, wyrzucając z głowy wspomnienia niechcianego dzieciństwa. Była w stanie sobie poradzić, zawsze była samodzielna. Musiała być.
Dziewczyna wytoczyła się z cienia wielkiego, marmurowego budynku i wsparta o drewnianą barierkę wspięła się na schody. Nie pukała do drzwi. Wyczuwała, że dom jest martwy, nie wiedziała tylko z jakiego powodu, postanowiła, że przekona się o tym osobiście.
Weszła do mieszkania i potarła czoło, próbując pozbyć się wirujących jej przed oczami przedmiotów. Widziała ludzi, ale wszyscy spali w dziwnych pozycjach i miejscach. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach stęchlizny zmieszany z alkoholem. Musiała przejść pomiędzy dwoma chrapiącymi studentami, dopiero wtedy znalazła się w salonie. Widok, który rozpostarł się przed jej oczami niezwykle ją zdumiał. Nie sądziła bowiem, że jej koledzy również będą należeć do nieprzytomnego, upojonego alkoholem zespołu.
– Raiden, Riel – odezwała się niskim, ochrypłym głosem. Nie podeszła do nich. Patrzyła na nich z oddali.
Raiden, który leżał na sofie bez koszulki z zarzuconą na siebie dłonią obcej dziewczyny, zamruczał coś z niezadowoleniem. Powoli się przebudzał. Oczywiście, przecież był jednym z najczujniejszych demonów, przynajmniej do czasu, kiedy nie odkrył czegoś takiego jak alkohol. Zirytowana Sapphire miała ochotę posłać w jego myśli jakiś makabryczny obraz, ale nie miała na to sił. Zużyła wszystko na mentalne zatrzymanie czasu. Zamiast psychicznych sposobów przebudzenia, postanowiła użyć ten prosty i ludzki – podniosła z ziemi śmierdzącą procentami butelkę i rzuciła nią celnie w Raidena, który dostał nią po głowie. Natychmiastowo zerwał się do góry.
– Departament! – krzyknął spanikowany, na co i Riel leżący u podnóża sofy z przytuloną do siebie butelką zerwał się i zaczął piszczeć.
Sapphire przewróciła oczami.
– Banda kretynów – mruknęła pod nosem. – To tylko ja.
Raiden i Riel umilkli. Spojrzeli na nią podejrzliwie, jakby zastanawiali się czy przyszła tutaj po nich, czy z jakiegoś innego powodu. Zgodnie z ich wspólnymi odczuciami przejście do Reverentii powinno zostać otwarte lada moment.
– Co tu robisz? – spytał niepewnie mały demon, tuląc do siebie butelkę jeszcze mocniej. Kiedy usiadł na podłodze jego twarz stała się biała jak kreda. Zacisnął usta i skrzywił się z bólu. Najwyraźniej alkohol nie był jego ulubionym trunkiem.
Sapphire wyjęła z kieszeni telefon. Ukradła go siostrze Deana, kiedy uciekała z domu. Nie miała wyboru. Drugi, który miała siedział w jej kieszeni – dał go jej Dean, żeby mogła się z nim skontaktować, kiedy będzie czegoś potrzebowała. 
Rzuciła małą elektroniczną cegłą w stronę chłopaków. Raiden chwycił ją w dłoń bez problemu. Przez chwilę przyglądał się przedmiotowi ze zdziwieniem. Tak, wczoraj  poznał to ustrojstwo. Dziewczyny wrzucały z nim zdjęcia do tej małej skrzynki i ciągle wypytywały go czy ma konto na jakiejś Instabramie – miał wrażenie, że to jakiś ludzki portal, gdzie można było przenosić swoją duszę pomiędzy światami, ale jego dusza wciąż tutaj była, więc chyba nie do końca zrozumiał ideę tego przedmiotu.
– To jest telefon, tym się dzwoni – zakomunikowała Sapphire, która miała już przecież do czynienia z rzeczami znajdującymi się w świecie ludzi. – Jeżeli będziecie chcieli się ze mną skontaktować naciskacie…
– Wiem – powiedział z dumą Raiden i odblokował telefon. 
Sapphire tylko uniosła brew do góry.
– Świetnie. Nie jesteście takimi tępakami za jakich was uważałam – prychnęła i założyła na piersi ręce. Nie chciała się przyznawać ani pokazywać, że świat wiruje jej przed oczami, a wszystkie przedmioty wkoło zlewają się w jedną wielką kolorową halucynację. Może zwyczajny człowiek w takiej sytuacji by spanikował, ale ona była już do tego przyzwyczajona.
– Więc… więc nie wracasz do Reverentii? – spytał cieniutkim głosem Riel.
– Nie. Znalazłam kogoś, kto mi pomoże – odpowiedziała. – Widzę, że wy też się świetnie bawicie.
Raiden wzruszył ramionami z dziwnym, usatysfakcjonowanym uśmieszkiem. Akurat wtedy śpiąca dziewczyna wtuliła się w jego bok. Sapphire miała ochotę zwymiotować, sama nie wiedziała czy to z powodu zawrotów głowy, czy z powodu półnagiego Raidena, który otoczony był głupimi, nieprzytomnymi babskami.
– Uważajcie, przejście niedługo zostanie otwarte, departament na pewno będzie chciał nas odzyskać, jeżeli sami nie wrócimy – rzuciła szybko Sapphire. Potem machnęła obojętnie ręką do dwójki chłopaków i wyszła z tego śmierdzącego domu. Gdy była na zewnątrz odetchnęła z ulgą.
Minęło już kilka dobrych godzin. Może nie powinna jeszcze ryzykować z powrotem do domu Deana, w końcu łowcy i policja wciąż mogli się tam znajdować, ale szczerze wątpiła w to, że ktoś uwierzy w jej powrót. Musiałaby być głupia. Była głupia, ale czy łowcy to przewidzą? Przecież to ona zawsze ich zwodziła. Była drugą osobą po Vailu Auvreyu, która najbardziej uprzykrzała życie Nox i la bonne fee. Powinna zaryzykować. Jeżeli dom Deana będzie pusty, chłopak na pewno pomoże jej odzyskać siły, a może nawet na kilka dni ją ukryje. To jedyne rozwiązanie, które przyszło jej do buchającej kolorami głowy. Teraz chwytała się każdego pomysły, który naszedł jej pogrążony w chaosie umysł.
Wiosenne promienie słońca kuły ją w oczy jak nigdy dotąd, a zapach kwiatów, który był dla niej nowością ostatnich dni wdzierał się do jej nozdrzy tak, jakby chciał pozbawić ją zmysłu węchu – to nie było przyjemne doznanie. W tym stanie każde mniej lub bardziej głębsze odczucie było przez jej umysł mielone na coś, co próbowało ją zniszczyć swoją potęgą. Zapachy, kolory, obrazy, świat… to wszystko starało się ją teraz zabić.
Minęła park, w którym chłopak ją odnalazł. Oczami wyobraźni widziała zakrwawioną siebie i zatroskane spojrzenie Deana. Te wspomnienie było jak żywe. Uśmiechnęła się do niego leniwie. Mało nie dała się ponieść własnej wyobraźni. Musiała dotrzeć na miejsce bez większych szkód i zamysłów. Jej moc była potężna, dlatego jej używanie miewało potężne skutki. Łatwo można było utracić zmysły, a nawet życie. Demony w Reverentii mówiły, że jej ojciec oszalał od nadmiaru swojej mocy. Może był dziwny i czasem się go bała, ale to jednak wciąż był jej ojciec  i nie miała zamiaru słuchać żadnych głupich plotek. Zresztą… co to miało do rzeczy? Delrith nie żył, zabił go feniks Nox siejący swojego czasu potężne spustoszenie wśród demonów. Może to dlatego tak bardzo nienawidziła Laury Auvrey? To jej matka, Calanthe, była katem Delritha.
Sapphire potknęła się o leżącą na środku parku puszkę. Wylądowała na kolanach i przeklęła soczyście, to na szczęście pozwoliło jej uciec od dojmujących myśli. Szybko się podniosła i ruszyła w dalszą drogę.
Na miejsce dotarła w ciągu godziny. Widok małego domu stojącego na uboczu miasta sprawił, że uśmiechnęła się szeroko. Już z daleka wyczuwała to dobrze jej znane ciepło. Nie było jej zaledwie kilka godzin, a tak bardzo zatęskniła do tego małego światka zamkniętego w czterech ścianach z Deanem w środku.
Kiedy szła przez trawnik nie przejmowała się deptanymi przez nią kwiatami, ani tym, że może zostać zaskoczona przez łowców, kiedy wejdzie od przodu, nie od tyłu. Do środka pchała ją tylko jedna myśl. 
Czuła się, jakby postradała zmysły. Szeptała imię, które było bliskie jej topniejącemu sercu i napawała się jego brzmieniem. Miała wrażenie, że lada moment wszystkie emocje w niej wybuchną.
Cudem powstrzymała się od nagłego wtargnięcia do środka. Zanim jeszcze chwyciła za klamkę, dosłyszała cichy, dziewczęcy płacz i uspokajający, męski głos. Zerknęła przez okno do środka. 
Świat stanął w miejscu. Lód znów otoczył jej serce, a złość przysłoniła widok na tę przeklętą scenę urwaną z ludzkiego filmu zwanego życiem.
Dean przytulał do siebie płaczącą sąsiadkę i głaskał ją po włosach uspokajająco. Robił to delikatnie. Robił to ze spokojem. Nigdy nie zachowywał się tak w stosunku co do niej. Przy niej był mniej pewny siebie. Nie zachowywał się tak... zuchwale. 
Sapphire zaśmiała się chrapliwie i wzruszyła obolałymi ramionami. Miała ochotę wybić pięścią okno, wykrzyczeć cały swój ból, a nawet zabić chłopaka, ale na nic nie miała siły. Czuła się już zmęczona. Zmęczona tym całym pędem za niczym. Widocznie demon taki jak ona nie będzie mógł nigdy zaznać spokoju ani nawet  szczęścia.
Dziewczyna okrążyła dom w przeciwnym kierunku do niechcianego widoku, aż znalazła się na tyłach. Wtedy oparła się plecami o ścianę i zjechała po nich w dół. Poddała się halucynacjom i nie starała się już z nimi walczyć. Teraz świat przybrał barwy cierni i bólu – wbijali się jak doskonali partnerzy w każdy centymetr jej ciała. Czerpała satysfakcję z cierpienia, bo skoro nie było jej dane być szczęśliwą, to może było jej dane umierać z bólu.
Do cholery. Jakiś pospolity idiota skradł jej serce. Zabrał je ze sobą, ułożył w kominku i spalił jak kawałek nędznego papieru. I nawet jeśli to zrobił, wciąż czuła do niego coś, czego bała się nazwać. Chciała już o tym zapomnieć. Chciała umrzeć. Nikt przecież nie będzie jej żałował, prawda? Departamentowi była zbędna, dla Nox była zwadą, dla Deana nikim. Wszystko się zgadzało.
Zza cierni wynurzył się jakiś ciemny kontur. Wyczuwała, że nie zwiastuje niczego dobrego, nie mogła tylko odgadnąć czy był wytworem jej własnej wyobraźni, czy częścią rzeczywistości. 
Nie obchodziło ją to.
Cień chwycił ją za głowę i uderzył z całej siły w ścianę. Przytomność straciła natychmiastowo. Nie usłyszała słów, które wypowiedziała realna osoba, wysłanniczka Vaila Auvreya.
– Cholerne nastolatki. Niech was piekło Reverentii pochłonie. Wszyscy zginiecie.