niedziela, 27 września 2015

[TOM 2] Rozdział 9 - "Silniejsze niż my"

Rozdział 9 to jeden z najnudniejszych rozdziałów, jaki kiedykolwiek udało mi się stworzyć. Przyznaję, nie miałam na niego żadnych, konkretnych pomysłów. Pisało mi się go ociężale i niechętnie. Samo spotkanie z la bonne fée jest jakieś zdechłe. Końcowa scena zawiera jednak trochę więcej... emocji. Fabuła powolutku idzie do przodu. Cholernie powolutku.
***

     Kiedyś ktoś powiedział: "człowiek nie dowie się jak wielkie miał szczęście, dopóki go nie straci". Nathiel, choć nie był fanem egzystencjalnych rozważań i żył według własnych zasad, częściowo się z tym zgadzał. Do tej pory w głowie tkwił mu obraz trzech, martwych ciał, leżących na podłodze. Matka, brat i siostra zabici przez jego ojca. Zawsze na nich narzekał. Mama była przewrażliwiona i zbyt troskliwa, wiecznie pilnowała, żeby umył zęby przed snem i goniła go wczesnym wieczorem do łóżka, mimo jego narzekań, że przecież jest demonem i wszystko mu wolno. Starsza siostra zawsze traktowała go chłodno. Nie lubiła się z nim bawić i wiecznie siedziała w książkach. Raz pociął jedną z nich w urocze falbanki, przez co spadł ze schodów. Nathiel odnosił wrażenie, że po prostu go nie tolerowała, podobnie zresztą jak jego starszego brata. Z całego rodzinnego zgromadzenia to z nim miał najbardziej na pieńku. Kłócili się o wszystko, nawet o ostatni kawałek pizzy. Nikt jednak nie stwierdził, że nie byli zgrani. Łączyło ich praktycznie wszystko - wygląd, styl bycia, zachowanie, głupie zabawy, chęć dokuczania starszej siostrze. Może to właśnie z powodu tych podobieństw tak często się kłócili.
      Teraz, gdy był dorosły, żałował, że nie ma rodziny. Dużo by dał, aby znów móc spędzić z nimi choć jeden dzień. Człowiek nie dowie się jak wielkie miał szczęście, dopóki go nie straci. Może i miał problem z wyciąganiem wniosków, ale był pewien jednego: nigdy więcej nie będzie narzekał na Laurę i zniesie wszystkie jej humory. Nie chciał jej stracić. Nie chciał zostać sam tak jak wtedy, gdy był mały. Nie teraz, gdy był tak blisko od ponownego stworzenia rodzinnych więzi. Nie teraz, gdy czekał na narodziny własnych dzieci. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że jednego dnia może stracić aż trzy osoby.
     Czarnowłosy przyglądał się z nachmurzonym wyrazem twarzy brązowookiej dziewczynie imieniem Silvia. Już od godziny siedziała w skupieniu na rogu łóżka z wystawionymi nad Laurą dłońmi. Madlene wytłumaczyła mu szeptem, że oprócz zdolności do usypiania, jej główną mocą było uleczanie, co wymagało wielkiego skupienia i bycia w ciszy. Chciało mu się śmiać. Śmiać z bezradności i uczucia strachu, które go opanowało. Przecież wciąż nie wiedział kim są te całe la bonne fée i czy może im ufać. Zresztą nigdy nie słyszał o czymś takim jak magia leczenia czy usypiania. Do tej pory żył w przeświadczeniu, że żaden człowiek nie umie używać magii, bo posiada tylko energię potencjalną. Czary i iluzje to główna domena demonów.
     W chwili gdy Silvia uleczała Laurę, Madlene siedziała na podłodze i przelewała bliżej nieokreślone płyny, mieszając je ze sobą w jednym słoiku. Teraz wyglądała prędzej jak wiedźma, bawiąca się w alchemię niż dobra wróżka. To go przerażało. Zupełnie inny wgląd w sytuację miał Sorathiel, który siedział z mina bez wyrazu w fotelu. Amy, która cały czas płakała, posłał do sklepu na wielkie zakupy. W końcu te przedziwne, obce dziewczyny, które weszły tu w raz z Nathielem, potrzebowały spokoju. Wciąż nie rozumiał kim były i co robiły, po ich ruchach i zachowaniu dostrzegł jednak, że znają się na rzeczy. Skupione, poważne miny świadczyły o tym, że naprawdę chcą pomóc i nie sądził, aby miały zrobić Laurze krzywdę. Pytanie tylko: kim były i co miały wspólnego z tą sytuacją?
     Błękitnooka Madlene podniosła się wreszcie z podłogi, na co Silvia odetchnęła. Całość wyglądała tak, jakby próbowała podtrzymać życie panny Collins do czasu, kiedy jej koleżanka nie skończy roboty z przelewaniem przedziwnych mikstur. Nathiela to przerażało. Wiedział, że Laura jest w opłakanym stanie, ale nie podejrzewał, że bliska jest śmierci. Myśl o tym sprawiła, że przeszły go ciarki.
     Marszcząc czoło, spoglądał w pobladłą twarz Laury, która była nieruchoma, podobnie jak całe jej ciało. Jedyna oznaka życia w jej ciele to powoli unosząca się i opadająca klatka piersiowa. Nie, żeby w takich chwilach patrzył w jej biust. Chociaż w normalnej sytuacji, gdyby miała otwarte oczy, zapewne zaczęłaby się drzeć i gonić go z miotłą, mógł więc korzystać.
     Madlene zbliżyła się do niej. Lewą dłonią uniosła delikatnie jej głowę, przez co Laura jęknęła. Najwyraźniej nie była zadowolona, że ktoś ją rusza. Dziewczyna posłała szybkie, niepewne spojrzenie Nathielowi, zupełnie jakby oczekiwała na pozwolenie. Nathiel jednak milczał, wpatrzony w boleśnie skrzywioną twarz swojej ukochanej. Madlene uznała to za zgodę. Mały plastikowy kubeczek z wściekle czerwonym płynem, przyłożyła do jej ust, następnie wlewając w nią całą zawartość. Jak na zawołanie Laura zaczęła się krztusić.
      Auvrey zerwał się z krzesła, wyjmując z kieszeni nóż. Jego oczy zaświeciły się groźnie, gdy spanikowana i pobladła Silvia stanęła przed nim, wystawiając w jego stronę ręce. Nathiel doskonale wiedział jaką ma moc. Mogła go uśpić, a wtedy nie dowiedziałby się co te przeklęte wiedźmy czynią.
      - To normalne - powiedziała szybko, zaniepokojona Madlene - Próbuję wyplenić truciznę z jej ciała z pomocą lekarstw, które mogą się z nią kłócić. Zaufaj mi, choć wiem, że to trudne - dodała szeptem, patrząc w oczy Nathiela niczym mała, bezbronna owca, pragnąca bezwzględnego zaufania.
      Auvrey uspokoił się na moment i zasiadł z powrotem na krzesło. Z nachmurzoną miną obserwował Laurę, która przezywała teraz prawdziwe mordęgi. Kręciła się z jednej strony na drugą, marszcząc czoło i zaciskając usta. Na przemian bladła i znów nabierała rumieńców. Nathiel chciał ją chwycić w swoje objęcia i nie wypuszczać, ale to wciąż nie był koniec.
      Madlene chwyciła za kolejną miksturkę, tym razem o blado niebieskim kolorze. Ponownie wlała ją w Laurę. Dzięki niej lekko się uspokoiła.
      - Poprzednia była odtrutką, ta jest na uspokojenie - wytłumaczyła cicho Madlene, sięgając po kolejną miksturę w kolorze zieleni, przypominającą soczystą limonkę - Ta jest najważniejsza - mówiąc to, uniosła ją ku górze i spojrzała na nią w skupieniu. Zamieszała nią kilka razy, a jej usta drgnęły, jakby liczyła ilość zamieszań. Miksturka niepostrzeżenie zmieniła swoją barwę na szmaragdową.
      Nathiel uniósł brew do góry. Jeżeli nie była to jakaś pieprzona chemia, to już nie wiedział na co patrzył.
      Zielone lekarstwo poszło w ruch. Po niej Laura znowu powróciła do pierwotnego stanu. Już nie rzucała się po łóżku, wyglądała jak martwa.
      - Za jakieś pięć minut może poczuć się źle - stwierdziła Madlene - Lepiej, żebyś wziął ją do łazienki - mówiąc to, posłała Nathielowi znaczące spojrzenie - Nie ma lepszego sposobu na leczenie jak zwrócenie całej trucizny, którą się w sobie nosi.
      Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył się nieufnie w twarz dziewczyny, a następnie uczynił tak, jak powiedziała. Wstał z krzesła, wziął delikatnie w ramiona Laurę i zaniósł ją do łazienki. Chociaż nie chciał zawierzać życia swojej ukochanej obcym dziewczynom i wcale nie wierzył w ich dobre intencje, teraz musiał przyznać, że chcąc nie chcąc był uspokojony, a gdzieś w głębi pojawiła się nadzieja, że z Laurą będzie wszystko w porządku.
***
      - A więc nazywacie się la bonne fée.
      Dwójka dziewcząt, pokiwała zgodnie głowami. Jedyną różnicą w ich zachowaniu było to, że jedna zrobiła to ledwo widocznie i niechętnie, a druga z energią i uśmiechem. Obydwie dzierżyły w ręku kubki z gorącą herbatą różaną, ulubionym rodzajem napoju Laury. Madlene wiedziała, że gdy wróci i opowie o tym Marthcie, będzie wzdychać z zawodem, gdyż już od kilku miesięcy nie mogła znaleźć porządnego, różanego Earl Greya. Ale zaraz uśmiechnie się z myślą, że przecież może zrobić nalot na gołą klatę Nathiela. Tak naprawdę zastanawiało ją skąd ta fascynacja jego osobą? Jeżeli miała być szczera, ją Nathiel przerażał, w końcu chciał ją zabić.
      - I jesteście czymś w rodzaju dobrych czarodziejek, wróżek? - spytała ponownie Amy, siedząca przy stole na przeciwko nich. W jej oczach można było dostrzec błyski ciekawości. W przeciwieństwie do Sorathiela, Laury i Nathiela, magiczny świat, który przyszło jej poznać, wzbudzał w niej ogromne zainteresowanie. Od dziecka była bowiem fanką wszelakich, magicznych istot, które domniemanie nigdy nie istniały. Spotkanie dobrych czarodziejek tylko potwierdziło jej uparte zdanie, że magia jednak istnieje i to nie tylko taka zła, która robi ludziom krzywdę. Amy była pewna, że oprócz dobrych wróżek, istnieją jeszcze elfy, wampiry, wilkołaki i inne, przedziwne stwory.
      Dziewczęta znowu pokiwały głowami.
      - To niesamowite - zaszczebiotała Amy - Myślałam, że tylko demony potrafią czarować i to w taki zły sposób.
      - Nie - zaśmiała się Madlene - Tak naprawdę żadna magia nie jest zła. To od osoby, która ją używa zależy czy będzie zła czy dobra - stwierdziła, uśmiechając się delikatnie w stronę dziewczyny. Już od samego początku ją polubiła. Była pełna energii, ciekawości do świata, optymizmu, radości, a równocześnie dbała o swoich najbliższych z pełnym oddania sercem. Nie przeszkadzało jej to, że jako jedyna wśród tego zgromadzenia nie jest związana ze światem łowców, demonów, magii. Wystarczała jej sama fascynacja i możliwość dbania o najbliższych.
      - Zastanawia mnie jedna rzecz - odezwał się tajemniczy blondyn, siedzący na przeciw nich - Skoro jesteście dobre, dlaczego się ukrywacie?
      - Zakaz odgórny - odpowiedziała szybko Silvia, uprzedzając swoją koleżankę, która już otwierała usta. Przy okazji posłała jej karcące spojrzenie - Madlene go złamała i może z tego powodu przestać być la bonne fée - mówiąc to, westchnęła ciężko.
      Niebieskooka uśmiechnęła się niewinnie. Zawsze była pełna nadziei na to, że się uda. Do tej pory miała tyle szczęścia, że odpuszczali jej wszystkie przewinienia, Może i tym razem, mimo ciężkiej wagi winy, także jej odpuszczą?
      - A więc macie kogoś, kto wami zarządza?
      Sorathiel uniósł brew do góry, zaś dziewczyny kiwnęły zgodnie głowami.
      - Zawsze jest to najstarsza la bonne fée - odpowiedziała Silvia.
      - No - przyznała Madlene, zerkając w zamyśleniu w sufit - Nasza szefowa to taka starsza, miła babcia, która robi magiczne dżemiki, marmoladki i kiszone ogórki.
      - I co, jak zjesz takiego kiszonego to ci impotencja wzrośnie? - prychnął z oddali Nathiel.
      - Zaskakuje mnie, że znasz tak mądre słowa - przyznała Mad, kiwając znacząco głową. To prawda, zazwyczaj była miła, ale czasem nie mogła powstrzymać się od ironii - Tak naprawdę to są ogóry niespodzianki - zaśmiała się, wzruszając ramionami - Nigdy nie wiesz co cię czeka, gdy je zjesz - dodała chwilę potem, mrocznym tonem głosu.
      Auvrey prychnął głośno, okazując swoje oburzenie. Odwrócił się do rozmówców plecami i zajął Laurą, która leżała teraz spokojnie w łóżku. Jedyna rzecz, która go cieszyła to to, że wszystko było z nią w porządku. Powoli nabierała kolorów, choć ciało wciąż trawiła delikatna gorączka. Oddychała jednak spokojnie i nie było widać na jej twarzy oznak cierpienia. W łazience spędzili z dobrą godzinę, zdążyła nawet odzyskać przytomność. Spojrzała na niego świecącymi ze zmęczenia oczami i uśmiechnęła się krzywo, mówiąc: nie powinieneś tego widzieć. Nathiel chcąc nie chcąc, zaśmiał się wtedy i przytulił ją do siebie. Poczuł wtedy niewyobrażalnie wielkie szczęście, bo wiedział, że wszystko jest na dobrej drodze. Nie obchodziło go na co w tej chwili patrzy. Niestrawione resztki z obiadu nie robiły na nim wrażenia, widział w końcu gorsze rzeczy.
      - Każda z was posiada inną moc? - spytała nagle Amy, przekręcając ciekawsko głowę w bok.
     Dobre czarodziejki znów pokiwały zgodnie głową.
      - Jedna jest zawsze główna, druga poboczna - odpowiedziała Madlene.
      - Silvia ulecza, więc jest to pewna jej główna zdolność, ta poboczna to pewnie usypianie, prawda?
      - Prawda - przyznała z westchnięciem, niechętna Silvia.
      - A jakie ty masz moce? - spytała Amy, podpierając się na dłoniach i wbijając w swoją rozmówczynie błyszczące oczy.
      Dziewczyna lekko się zakłopotała. Prawą dłonią podrapała się w czoło, a wzrok wbiła w stół.
      - Ja mam tylko główną moc - mruknęła od niechcenia - No, chyba, że poboczną można nazwać wróżenie z kart, ale taką zdolność posiada wiele czarodziejek, wiedźm  - westchnęła - Tego po prostu idzie się nauczyć z biegiem czasu.
      - Powróżysz mi? - spytała radośnie Amy.
      Sorathiel siedzący obok niej, przewrócił oczami. Nie był głupi i wiedział, dlaczego dziewczyna wspomniała o wróżeniu z kart. Domyślała się, że zainteresuje to Amy w takim stopniu, że zapomni o dopytaniu się o moc główną.
      - A moc główna? - przerwał Sorathiel, unosząc brew.
      Tak jak podejrzewał, dziewczyna znowu odwróciła wzrok.
      - Nie radzę sobie z nią najlepiej, więc rzadko jej używam - zaśmiała się cicho - Jest praktycznie nieważna, więc nie będę nawet o niej wspominać - mówiąc to, machnęła obojętnie ręką.
      Sorathiel postanowił nie ciągnąć tematu, choć intrygowało go, cóż to za moc, której nie potrafi opanować.
      - A co do wróżenia - zaczęła z nowym entuzjazmem dziewczyna, całkowicie zapominając o swojej mocy - Co chcesz wiedzieć? - spytała, przekręcając głowę w bok z uśmiechem.
      - Dzieci - zaszczebiotała Amy - Ile i jakie będę miała - powiedziała to tonem dosyć groźnym, spoglądając ukradkiem na Sorathiela, który wydał z siebie ciche westchnięcie. Natychmiastowo, próbując uciec od tej sytuacji, wstał i wyszedł z pokoju.
      Amy spojrzała za nim, chmurząc się. Za każdym razem gdy zaczynała temat dzieci, małżeństwa, wspólnego życia, po prostu wychodził z pomieszczenia bez słowa. Nawet nie wiedziała jaką miał wtedy minę. Nigdy nie zdążyła mu się przyglądnąć.
      - No, dobra - szepnęła do siebie Mad, spoglądając na oddalającą się postać Sorathiela, który wybrał się do kuchni. Wciąż nie rozumiała, jak tak odmienne osobowości mogą ze sobą egzystować. Amy - pełna radości, energii i optymizmu, Sorath - pełen spokoju i powagi. O czym oni w ogóle mogą rozmawiać? Jak oni ze sobą żyją?
      Madlene potrząsnęła głową, następnie wyciągając z kieszeni karty. Nie wyglądały jak te zwyczajne do gry. Były zdecydowanie większego formatu. Ich wygląd mógł trochę przerażać i kojarzyć się z czarną magią, gdyż zdobione były w czarnym i czerwonym kolorze. Gdy je tasowała, Amy uważnie przyglądała się jej dłoniom. Robiła to tak, jakby miała już wprawę. Jakby jej palce tworzyły melodię na niewidzialnym fortepianie wyobraźni. I pomyśleć, że to tylko kilka dziwacznych kart i zgrabnych ruchów czyniły takie wrażenie.
      - Wybierz cztery i podaj mi je - stwierdziła, posyłając jej łagodny uśmiech. Wszystkie karty, które potasowała, rozłożyła zgrabnym ruchem w wachlarz.
      Skupiona Amy wyciągnęła kilka z małej kupki i podała jej tajemniczej wróżbitce. Ta pokiwała dziękująco głową. Uśmiech wciąż nie schodził jej z twarzy. Nawet wtedy, gdy rozłożyła trzy karty w równym rzędzie i zaczęła rozczytywać ich znaczenie.
      - Słońce - powiedziała, unosząc do góry pierwszą z nich - Ta karta oznacza bezproblemową ciążę.
      Tym razem uniosła do góry drugą z kart, przedstawiającą parę tulących się ludzi.
      - Kochankowie - dodała - Dziecko jako niespodzianka - zachichotała, aż wreszcie chwyciła trzecią z nich - Gwiazda, oznacza dziewczynkę.
      Amy pisnęła cicho z radości, a jej oczy napełniły się iskrzącym blaskiem szczęścia.
      - To były karty wielkich arkan - przyuważyła Madlene - Czwarta karta, którą wybrałaś, należy do arkan małych - mówiąc to, uniosła do góry ostatnią z kart, którą wcześniej odłożyła na bok - As buław, oznacza jedno dziecko.
      Amy trochę posmutniała. Wiedziała, że nawet na jedno dziecko trudno będzie namówić Sorathiela, ale liczyła na to, że sam się przekona do bycia tatą i na jednym jedynym się nie skończy.
      Nathiel przyglądał się jej z lekkim skrzywieniem. Już dawno zauważył, że była cholernie ufna. Nowe znajomości nawiązywała w mgnieniu oka, tak samo jak zawierzała komuś swoje serce. Na jej miejscu nie wierzyłby jednak całkowicie obcej dziewczynie, która używa magii. Równie dobrze mogła być jakąś oszustką, która próbowała przeciągnąć ich wszystkich na mroczną stronę mocy. Może to taka strategia? Najpierw otruła Laurę, potem jej pomogła, a teraz próbuje wzbudzić wszystkich zaufanie. Nie, nie zaufa jej. Nie zaufa żadnej wariatce, która znajdowała się tego dnia w piwnicy.
      Madlene zaczęła składać wszystkie karty do kupy. Gdy już to uczyniła, obwiązała je czerwoną, drobną wstążeczką, rażącą w oczy. Całość schowała do czarnego plecaka w różowe różyczki, przepełnionego po brzegi bliżej nieokreślonymi rzeczami. Nathiel był pewien, że były tam wymyślne narzędzia tortur.
      Dziewczyna przyuważyła, że przygląda się jej od dłuższego czasu. Rzuciła mu tylko przelotne, zestresowane spojrzenie i nerwowo przeczesała brązową grzywkę dłonią.
      - Nutka? - spytała cicho Amy, spoglądając na rękę dziewczyny.
      Madlene wyraźnie się zarumieniła i zakryła prawy przegub dłoni lewą ręką.
      - Tatuaż - stwierdziła natychmiastowo Amy, posyłając jej uspokajający uśmiech.
      - Coś w ten deseń - dodała niepewnie Mad, odwracając wzrok. W jej zachowaniu było coś dziwnego. Nathiel sądził, ze zdradza nim samą siebie. Musiała coś przed nimi ukrywać.
      Jako pierwsza podniosła się Silvia. Pustą szklankę z herbatą odłożyła na brzeg stołu. Jej mina wskazywała na zniecierpliwienie.
      - Musimy się chyba zbierać - stwierdziła, posyłając znaczące spojrzenie swojej przyjaciółce.
      - Chyba tak - westchnęła jej towarzyszka, także podnosząc się z krzesła. W ich ślad poszła Amy, która z powodu ciężkiego stanu swojej przyjaciółki, przyjęła rolę gospodyni domowej. Spokojnie można było przyznać, że w tej roli radzi sobie zdecydowanie lepiej niż Laura. Amy była stworzona do prac domowych.
      - Odprowadzę was do drzwi - zaczęła wesołym głosem.
      - Nie trudź się - stwierdziła obojętnie Silvia, spoglądając gdzieś w bok. Spojrzeniom obydwu dziewczyn zaczęło towarzyszyć coś dziwnego. Zupełnie, jakby chciały uciec, bo lada moment złapie je burza. Amy tego nie pojmowała, ale postanowiła, że nie będzie się tym przejmować. Liczyło się to, że pomogły Laurze. Gdyby nie one, już dawno mogłaby zniknąć z tego świata.
      - Dziękujemy za pomoc - powiedziała tymczasowa gospodyni, chyląc ku nieznajomym dziękująco głowę.
      - Nie ma sprawy - zaśmiała się niewinnie Mad, machając obojętnie ręką - Jeżeli będziecie potrzebować pomocy, zapraszamy. Tylko tym razem bez noża - mówiąc to, niebieskooka posłała niepewnie spojrzenie Nathielowi. Widać było, że w jakimś stopniu ją przeraża. Ten fakt tylko pocieszył Auvreya. Na jego twarzy pojawił się drobny, diabelski wręcz uśmiech, mówiący: lepiej stąd uciekaj, bo odgryzę ci głowę. Najwyraźniej zadziałało, gdyż dziewczyna natychmiastowo chwyciła pod rękę swoją przyjaciółkę i oddaliła się z nią do przedpokoju. Zarówno Amy jak i Nathiel odprowadzili je spojrzeniami. I choć patrzyli na nie tak samo obojętnie, myśleli w tym momencie zupełnie o czym innym.
      Silvia chwyciła za klamkę jako pierwsza. Nim jednak zdołała otworzyć drzwi, odezwał się blondyn, który niespostrzeżenie pojawił się tuż obok Amy. W dłoni dzierżył kubek kawy, co stało się jasnym powodem jego ucieczki do kuchni.
      - Wiecie coś na temat departamentu kontroli demonów, prawda?
      Dziewczyny zastygły w bezruchu. Nie odwracały głów. Wciąż tkwiły w tych samych pozycjach.
      - Niewiele - stwierdziła Madlene - Słyszałyśmy, że w Reverentii panuje lekki chaos, a cieniste demony wyraźnie wysunęły się na prowadzenie - mówiąc to, spojrzała przez ramię na Sorathiela - Została też odbudowana ich główna siedziba.
      - Gdyby departament się odrodził, szukałby sprzymierzeńców wśród takich jak wy, prawda? - dodał Blythe, unosząc do góry brew.
      Zarówno Amy, jak i Nathiel spojrzeli na niego pytająco. Nie mieli zbyt wielkiego pojęcia o tym, co mógł mieć na myśli.
      - Nie - stwierdziła stanowczo Silvia, posyłając łowcy zniecierpliwione spojrzenie.
      - Tak - dodała zaraz potem Madlene, odwracając głowę - Ale nie do końca wśród la bonne fée. Tak samo jak my od niepamiętnych czasów jesteśmy związane z ludźmi i łowcami, tak samo demony związane są ze złymi wiedźmami.
      - To one chciały otruć Laurę? - spytała zaniepokojona Amy.
      - Trucizna niewątpliwie należała do nich - westchnęła bezradnie Silvia - Wiedźmy nic jednak nigdy nie miały do łowców. To demony mogły je do tego namówić.
      - Obawiam się, że zostali sprzymierzeńcami, a co za tym idzie, departament mógł znów zaistnieć - szepnęła ledwo słyszalnie Mad, wbijając spojrzenie w podłogę.
      Nastąpiła długa cisza. Każdy pograżony był w osobnych, odmiennych od siebie myślach, wszystko sprowadzało się jednak do jednego.
      - Laura twierdziła, ze widziała Gabrielle - odezwał się Nathiel - Co jeśli to była prawda? - chłopak skierował swoje spojrzenie na blondwłosego przyjaciela, którego traktował jak wyrocznię. Bardzo niepokoił go jego poruszony wyraz twarzy. Zawsze przybierał go, gdy intensywnie nad czymś myślał.
      - Musimy iść - odezwała się zniecierpliwiona Silvia, chwytając za dłoń swoją przyjaciółkę. Miała dosyć przebywania tutaj. Nic o czym z nimi rozmawiały, nie powinno wyjść na światło dzienne. Od niepamiętnych czasów la bonne fée żyły w ukryciu, czyniąc dobro i pomagając na odległość. Dlaczego teraz miałoby się coś zmienić? Madlene nieźle zaryzykowała wyjawieniem takich informacji, choć doskonale wiedziała, jakie mogą spotkać ją konsekwencje. Silvia nie rozumiała jej lekkomyślnego zachowania. Tak, to prawda, domeną jej zachowania od zawsze było wykonywanie, a potem myślenie o tym, co zrobiła, ale nie była już dzieckiem. Była dorosła i jak dorosła będzie potraktowana.
      Silvia chwyciła klamkę i otworzyła drzwi z rozmachem, bojąc się, że padną jeszcze jakieś pytania. Nie pomyliła się. Zdążyły postawić tylko jeden krok ku wyjściu, gdy ponownie odezwała się Amy.
      - Wiedźmy są silne?
      - Silne - syknęła w odpowiedzi Silvia, będąc już mocno poirytowana - Silniejsze niż my - zakończyła cicho, ciągnąc swoją towarzyszkę za sobą. Madlene zdołała tylko posłać reszcie przepraszające spojrzenia. Obydwie zniknęły za rogiem mieszkania, pozostawiając swoich rozmówców całkowicie zdezorientowanych.
***
      - Ona żyje.
      Głośne, kobiece warknięcie poniosło się echem po pomieszczeniu, odbijając się od ścian i spoczywając na uszach zgromadzonych tu kobiet. Żadna ze znajdujących się tu osobistości, nie była zadowolona obecnością czarnowłosej demonicy. Wiedziały, że przyniesie same kłopoty.
      - Nie lekceważ nas, diabli pomiocie - odpowiedziała niezbyt cierpliwie kociooka, posyłając nowo przybyłej spojrzenie pełne grozy.
      To prawda, że demony i wiedźmy potrafiły ze sobą współpracować, gdy tego potrzebowały, ale nigdy nie była to współpraca łącząca w przyjaźni obydwie strony. Wiedźma i demon przypominały znajome, kłótliwe zestawienie ras, którymi mogły być kot i pies. Mimo lojalności, a także wzajemnego, utajonego szacunku, przykrytego warstwą nienawiści, nie mogli zaakceptować siebie nawzajem. Łączyli się w sojuszu tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowali. Kiedy ich misja dobiegała końca, rozstawali się z takim samym obrzydzeniem z jakim wcześniej się swatali. Na szczęście ich współprace zawsze były owocne, przez co nie musieli zarzucać sobie zbyt wielu błędów. Nigdy nie wszczęli też walki, bo mieli świadomość, że skończyłoby się to źle. Zarówno demony jak i wiedźmy były potężnymi istnieniami. Nie chcieli rozstrzygać, kto był silniejszy, bo skończyłoby się to co najmniej źle.
      Demonica smagająca podłogę czarnymi wstęgami, zeszła z kamiennych schodów, zaznaczając tą czynność głośnym stukotem grubych obcasów. Większość ze zgromadzonych wiedźm po prostu się skrzywiła.
      - To la bonne fée znowu namieszały - westchnęła rudowłosa dziewczyna, siedząca na sofie.
      Właśnie zamknęła z wyrzutem własną, zakurzoną księgę, a spojrzenie złotych, zmęczonych oczu, skierowała ku demonicy. Nie bała się jej. Po prostu i zwyczajnie nie miała ochoty na konwersowanie z nią.
      - Nie obchodzi mnie kto to był! - wykrzyknęła kpiąco Gabrielle, zakładając ręce na piersi. Gdy znalazła się już na dole, zaczęła nerwowo stukać butem o posadzkę. Wszystkim wiedźmom po kolei posyłała jedno ze swoich nienawistnych spojrzeń, zwiastujących zgrozę.
      - Mamy warunek - stwierdziła Isabelle, opierając się z gracją o pusty kocioł. Jej uśmiechowi towarzyszył dziwny, tajemniczy wyraz.
      - Śmiesz mi dyktować warunki, gdy nie wypełniłyście obiecanego zadania? - zaśmiała się Gabrielle. Jej postawa mogła świadczyć o tym, że lada moment wybuchnie. Fakt ten, nie wzruszał jednak czarnowłosej wiedźmy, która wciąż wpatrywała się w nią z tym samym, chytrym uśmiechem.
      - Zechciej wysłuchać mnie do końca - stwierdziła spokojnie kobieta.
      Demonica wyraźnie się uspokoiła. Ze skrzywionym wyrazem twarzy, wpatrywała się w tajemniczą wiedźmę. Nie miała wyboru jak po prostu jej wysłuchać.
      - Niemowlak za nasze usługi.
      Gabrielle uniosła brew do góry. Nie do końca bowiem rozumiała, co takiego chciały zrobić z noworodkiem.
      - Bliźniaki - kontynuowała za towarzyszkę kociooka wiedźma o płomiennych włosach - Chłopiec, dziewczynka. Chcemy dziewczynę.
      Szmaragdowooka demonica poczuła, jak wzbiera się w niej potężny gniew. Smagnęła posadzkę swoimi czarnymi wstęgami, tuż pod stopami zgromadzonych blisko siebie wiedźm. Osobiście nigdy nie popierała pomysłu sojuszu z tymi popaprańcami. Z wiedźmami zawsze trudno było się dogadać. Często stawiały dziwne warunki i maksymalnie chciały wykorzystać demony. Tym razem jednak przesadziły. Miały uśmiercić tą przeklętą, małą pół demonicę, która miała wydać na świat potomków Auvreya. Może i nie była groźną przeszkodzą w jej celu, ale doskonale wiedziała, że tak samo jak ona, mogą namieszać w przyszłości jej dzieci. Była więc pierwszym, najsłabszym ogniwem, które chciała zlikwidować. Jakim prawem wiedźmy zmieniały zasady umowy?
      - Ona miała zginąć w raz z tymi bachorami - syknęła Gabrielle. Jej szmaragdowe oczy iskrzyły się ostrzegawczym blaskiem.
      Isabelle oderwała się od kotła z głośnym, teatralnym wręcz westchnięciem.
      - Zginie - stwierdziła znudzonym głosem - Umrze po porodzie, bo takie jest jej przeznaczenie.
      Gabrielle umilkła, mrużąc groźnie oczy. Doskonale wiedziała, że wiedźmy mają zdolności do przewidywania tego, co będzie miało miejsce w przyszłości. Zazwyczaj ich wizje były trafne, choć nie zawsze przewidywały wszystko tak, jak należy. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, aby bachory Auvreya znalazły inne powołanie. Oddalone od swoich rodziców, nie będą nawet wiedzieć kim są.
      Myśl ta, zrodziła w niej kolejny, nowy plan. I zamierzała go wypełnić, chociażby świat miał się zawalić.

niedziela, 20 września 2015

[TOM 2] Rozdział 8 - "La bonne fée"

Rozdział z serii: cześć, jestem chora, siedzę pod kocem do 3 w nocy i wypisuję głupoty. Do tej pory nie mogą ogarnąć tego, co tu się działo. Może to z powodu mojego ogólnego otępienia. Nathiel maczał w tym swoje palce.
Rozdział trochę nietypowy. Powoli odchodzimy od Lauriel i ustępujemy miejsca innym wątkom. La bonne fée atak! Z lekkim opóźnieniem, z powodów prywatnych.
No i dziękuję Królikowi, który zaskoczył mnie włamem do rozdziału 8-mego. Przeczytać na końcu coś w stylu: "przeczytałam, polecam, 11/10" - bezcenne. You made my night <3. 
***

     Krople wody skapywały w kruczoczarny gąszcz włosów, próbując miarowo pobudzić ich właściciela. On jednak wciąż pogrążony był w głębokim śnie i nic nie zapowiadało, aby miał się zbudzić. Siedział przywiązany grubymi linami do drewnianego krzesła z opuszczoną w dole głową. Miał na sobie tylko ciemne spodnie i buty. Reszta za sprawą magicznych, utajonych rąk gdzieś zniknęła.
     Miejsce, w którym się znajdował było godne miana sali tortur. Przyciemniona sala z jedną żarówką, bujającą się pod sufitem, kamienne, połamane płyty podłogowe, ceglane, chłodne ściany, wilgoć osiadająca w każdym zakątku pomieszczenia. Do tego siekiera wbita w gruby, drzewny pień i cały arsenał wymyślnych urządzeń, przydających się w życiu codziennym: ostre nożyce ogrodnicze, piła mechaniczna, jak i stara, zardzewiała piła ręczna, metalowe, pozginane rury, łom, haki, liny i inne, specyficzne przedmioty. Wśród ścian tej przedziwnej piwnicy, niejeden człowiek poczułby się zagrożony, jednak nie piątka dziewczyn, która uznała to miejsce za jedno z bezpieczniejszych w czasie burzy.
     Madlene doskonale pamiętała dziecięce zabawy całej piątki. Piwnica była dla nich schronem przed wojną, tajną kryjówką przed złymi wiedźmami, pragnącymi opanować świat, arką Noego, gdy na niebie hulała burza i deszcz. Tu czuły się bezpiecznie wobec każdego zagrożenia.
     Na bocznej, prawej ścianie, wisiała stara, kamienna tabliczka z podpisami wszystkich dziewcząt: Mad, Martha, Alex, Silvia, Pat. W jej rogu widniały krzywe serduszka i coś, co najwyraźniej miało przypominać kwiatki. Swój byt miały tu także małe, metalowe kociołki w których nie raz tworzyły swoje wiedźmińskie mikstury. Raz wrzuciły tu kota, ale najwyraźniej nie chciał stać się częścią gotowanej zupy, pełnej kremów do twarzy i trawy. Strasznie je wtedy podrapał. Madlene wcale nie dziwiła się temu, że koty ich nie lubiły, a na ich widok uciekały z parskaniem. Ten mały, czarny skurczybyk musiał puścić plotkę o ich wyczynach, dlatego tak na nie reagowały.
     W rogu piwnicy wisiało pięć, czarnych szat, które lubiły kiedyś zakładać, udając wszechmocne wiedźmy. W kartonie na szafie z pewnością znalazłyby się różdżki z gwiazdkami na końcach. W wakacje zarobiły na nie grube pieniądze, tworząc "magiczne lemoniady". Nieważne, że połowa sąsiadów potem się struła. W końcu kto by podejrzewał, że trutka na szczury będzie tak łudząco podobna do granulowanej, smakowej herbaty? Ważne, że zarobiły na upragnione różdżki mocy z którymi ganiały się od rana do nocy, rzucając na siebie zaklęcia. Zabawa skończyła się wtedy, kiedy jedna z nich połamała swój magiczny kij. Płaczu nie było końca, na szczęście znalazły inną, bardziej twórczą zabawę.
     Ale tak było, gdy były małe. Dziś rzadko odwiedzały to miejsce. Najczęściej wtedy, gdy chciały kogoś przesłuchać lub wzbudzić w tej osobie strach.
     - Dobra, co z nim robimy? - spytała płomiennowłosa, opierając się z gracją o zakurzoną szafkę. Jej ciemny ubiór zlewał się z tłem, jednak idealnie wpasowywał się w jej postać.
     - Torturujemy! - wykrzyknęła z entuzjazmem mała blondynka, dzierżąca w dłoni soczek pomarańczowy z rurką. W chwili okrzyku, wzniosła go do góry, jakby chciała coś świętować.
     - Nie możemy! - pisnęła błękitnooka, machając rękami. Chciała zwrócić na siebie uwagę wszystkich dziewcząt.
     - To może po prostu dowiedzmy się o co chodzi? - spytała osobnica o usypiających mocach, wzruszając obojętnie ramionami.
     - Zostawcie to mi - odpowiedziała z powagą herbatomaniaczka, standardowo dzierżąca w ręku niebieski kubek. Swoje mądre, niebieskie oczy, utkwiła w klatce piersiowej uwięzionego demona.
W piwnicy rozległy się głośne, zgodne westchnięcia.
     - Wciąż nie rozumiem, po co ściągałaś mu koszulkę - burknęła płomiennowłosa, zakładając ręce na piersi. Jej czoło wyraźnie się zmarszczyło.
     - Mnie też się coś od życia należy - odparła spokojnie winowajczyni, popijając powolnie herbatę.
     Piątka dziewcząt umilkła. Każda z nich wpatrywała się w wciąż nieruchomego demona, który spał już z dobrą godzinę. Miały dosyć czekania. Chciały wyjaśnić całe to zajście, podkreślając, że nigdy w życiu nie uczyniły niczego złego. To znaczy niczego złego świadomie.
     - Mogę go trzepnąć w ryj, żeby się obudził? - spytała po dłuższej przerwie milczenia, płomiennowłosa.
     - Nie - odpowiedziała zgodnie reszta, kręcąc głowami z pobłażaniem.
     Zawiedziona i zirytowana sadystka, nachmurzyła się w jeszcze większym stopniu. W przeciwieństwie do swoich koleżanek, nie lubiła łagodnych rozwiązań. Bo po co gadać z jakimś oszołomem, jak lepiej przywalić mu w mordę, żeby zmiękł? Siłowe rozwiązanie to było właśnie to.
     - A może go rozwiążemy i zaprosimy na herbatę? - spytała tym razem herbatomaniaczka.
     - Nie - odpowiedziała jeszcze raz reszta dziewcząt, tym razem wzdychając.
      Przecież spokojna pogadanka przy kojąco gorącym napoju Bogów byłaby idealna. Mogłyby mu na przykład zrobić herbatę z melisą, na pewno byłby spokojny i nie zachowywałby się jak oszołom, pragnący wszystkich zarzynać wkoło nożem.
     - To może zabierzemy go do kawiarni na lody, a jak będzie się buntował to pogrozimy mu siekierą taty Mad? - spytała radośnie blondynka, klaszcząc w rączki odkrywczo.
     - Nie - odezwała się stanowczo reszta zgromadzenia.
     Zielonooka przybrała smutny wyraz twarzy. Dlaczego nikt nie doceniał jej łączonej wspaniałomyślności? Przecież jej plan zawierał w sobie i nutkę słodkości i sadyzmu, dzięki czemu sumowały się i dawały neutralne wrażenie. Poza tym od grożenia siekierą jeszcze nikt nie zginął, tak samo jak od jedzenia babeczek z kremem waniliowym.
     - To napchajmy go żarciem, żeby nie mógł się ruszyć, a potem jak będzie niemiły to przetoczymy go na wysypisko śmieci - powiedziała obojętnym tonem głosu, brązowowooka, niska dziewczyna.
     Nastąpiła długa cisza, po którym ponownie nastąpiło wyraźne i brzmiące stanowczo:
     - Nie!
     Dziewczyna prychnęła cicho, zakładając ręce na piersi. Jej pomysł był przecież lepszy niż poprzednie. Nie rozumiała dlaczego wszystkie się tak oburzyły.
     - Po prostu z nim porozmawiajmy, gdy już się obudzi - jęknęła bezradnie Madlene, czochrając swoje włosy. Widać było, że jest przejęta sytuacją. Za wszelką cenę chciała zmyć z siebie karb winy, który niesłusznie narzucił jej ten zielonooki, niebezpieczny demon. Przecież nigdy nie zrobiłaby krzywdy drugiemu człowiekowi, szczególnie kobiecie, która jest w ciąży. Tak naprawdę żyła po to, żeby pomagać. Lek, który podarowała Laurze miał czynić dobro, nie zło, dlatego coś musiało stać się poza jej dobrą wolą. Pytanie tylko co?
     Dziewczyna nachmurzyła się wyraźnie. Gdy Nathiel wpadł do sklepu i rzucił się na nią z nożem, przeraziła się nie na żarty. Wyobraźnia podsuwała jej najgorsze sceny śmierci, które lada moment zacznie przeżywać, na szczęście nic takiego się nie stało. Wciąż żyła.
     Pomijając chwile zgrozy, Madlene musiała przyznać, że Nathiel zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Nie, nie chodzi tu o latanie z nożem gdzie popadnie. Raczej o to, że bez chwili namysłu ruszył ocalić swoją ukochaną.
     Na twarzy niebieskookiej pojawił się lekki, zamyślony uśmiech. To prawda, że za szybko przebaczała ludziom.
     - Budzi się - szepnęła konspiracyjnie blondynka, mrużąc groźnie oczy. Madlene nawet nie miała pojęcia kiedy w jej ręku pojawiła się siekiera. Na ten widok cicho westchnęła. Doskonale wiedziała, że nie wyrządzi nią nikomu krzywdy. W końcu z kim jak nie z Patricią ratowała małe ptaszki w dzieciństwie, a potem wspólnie rozpaczała, urządzając im pogrzeby? Nie, żeby je wykańczały. Starały się je po prostu karmić plastrami szynki i obwiązywać bandażami rany. No, dobrze, może raz obwiązała szyjkę malutkiego wróbla trochę za mocno, ale na pewno go nie zabiła, inaczej by sobie tego nie wybaczyła.
     Błękitne oczy powędrowały niepewnie w stronę jęczącego boleśnie pod nosem chłopaka, który spróbował poruszyć rękami. Musiała przyznać, że dosyć szybko zorientował się, że coś nie gra. Już po kilku sekundach cichych narzekań i przekleństw, podniósł gwałtownie kruczoczarną, roztrzepaną głowę do góry. Jego oczy momentalnie zapłonęły nienawiścią. Na pewno nie mógł uchodzić za zadowolonego. Nikt mu się nie mógł w tym momencie dziwić, w końcu był przywiązany do krzesła w piwnicy, przypominającej salę tortur.
     - Zginiecie - syknął przez zaciśnięte zęby.
     Jego groźba, wywołała w płomiennowłosej dziewczynie falę agresji. Jak na zawołanie, w tle zagrzmiała burza.
      - Spróbuj powiedzieć to jeszcze raz - warknęła, posyłając mu spojrzenie pełne zła. W rękę chwyciła stojącą najbliżej, ręczną, zardzewiałą piłę do cięcia drzewa - A odetnę ci co trzeba - zakończyła niskim, niebezpiecznie brzmiącym głosem.
     Nathiel uniósł brew do góry, chwilę potem wyraźnie się krzywiąc. Nie był osobą, którą łatwo zastraszyć. Zresztą co mu mogła zrobić jakaś tam dziewczyna?
     - Zapraszam - zaśmiał się kpiąco, posyłając w jej stronę zabójczy uśmiech, godny złośliwego demona.
     Płomiennowłosa jak na zawołanie, zerwała się ze starej skrzyni i pognała w jego stronę. Ten gest wywołał wśród reszty dziewcząt niemałą panikę. Doskonale wiedziały, do czego była zdolna Alexandra. Nie na darmo dzieciaki z ulicy nazywały ją zawsze panią chaosu. Rzeczywiście potrafiła go zrobić.
     - Niech ja cię tylko... - zaczęła zbulwersowanym głosem, czyniąc w górze zamach.
     Gdy jej przyjaciółki rzuciły się na nią z głośnymi okrzykami, próbując ją jakoś uspokoić, Nathiel nie mógł wyrobić ze śmiechu. Nie miał pojęcia kim były te wariatki, ale mogłyby robić niezłe przedstawienia w cyrku. Z chęcią zapłaciłby te pięć dolców za zobaczenie ich spektaklu.
     - Puśćcie mnie do cholery! - wykrzyknęła Alex, rwąc się na wszystkie strony. Miała w sobie tyle siły, że pozostała czwórka z trudem utrzymywała ją w tym samym miejscu.
     - Spokojnie, wdech i wydech, pomyśl sobie, że to nie demon! - pisnęła spanikowana Madlene, machając przed jej twarzą rękami - No, nawet sobie wyobraź, że jego głowa to arbuz!
     - W takim razie dajcie mi kij baseballowy, a rozwalę mu łeb! - wykrzyknęła wściekle płomiennowłosa.
     - To pomyśl sobie, że to kłoda! - dodała blondynka - No, wiesz, taka ciężka, pusta kłoda, która się nie rusza.
     - Sama jesteś pusta! - odwarknął Nathiel, próbując swoich sil fizycznych w rozerwaniu więzów.
     - Kłody tnie się właśnie taką piłą, jaką trzymam w ręku - warknęła już odrobinę bardziej uspokojona Alexandra - Szczególnie gdy są puste. I wrzuca się je do kominka. Żeby płonęły i płonęły i płonęły - mówiła coraz niższym, mroczniejszym głosem. Jej oczy błyszczały się jak u rodowitego psychopaty, a usta rozszerzały w piekielnym uśmiechu wiedźmy, który nie zapowiadał niczego dobrego.
     Zaległa długa cisza, która przerywana była tylko cichymi prychnięciami oburzenia Nathiela.
     - No - zaczęła Madlene - W takim razie dziś możemy rozpalić w kominku.
     - Palcie czym chcecie, ale klatę zostawcie mi - odpowiedziała znudzonym głosem Martha, dzierżąca w ręku kubek z niekończącą się ilością herbaty.
     - Oprawisz ją w ramkę i będziesz macać na dobranoc? - zachichotała brązowooka Silvia.
     - Nie skomentuję.
     Nathiel nachmurzył się wyraźnie. Nie dość, że nie rozumiał o co chodzi tym idiotkom, to jeszcze gonił go czas. Nie miał pojęcia ile już tak tkwił na tym krześle, po zdrętwiałych kończynach domyślał się jednak, że na pewno całkiem sporo, może nawet kilka godzin. Nie po to tu przyszedł. Przyszedł tu, żeby znaleźć przyczynę cierpienia Laury i ostatecznie ją uratować.
     Spojrzenie pełne nienawiści, posłał w stronę błękitnookiej dziewczyny, która przyglądała mu się z miną przestraszonej i niepewnej sarny. Z chęcią by ją upiekł na ruszcie. Żywcem.
     - Co zrobiłaś Laurze? - warknął, z trudem trzymając swoje nerwy na wodzy.
     - To nie ja! - wykrzyknęła bezradnie dziewczyna, będąca bliska płaczu - Przysięgam!
     - Kłamiesz! - wrzasnął zbulwersowany chłopak - Tyle mówiła o jakiejś Mad, która była dla niej miła. Ale była miła nie bez powodu - syknął złośliwie - Chciałaś ją zabić, wykończyć, tak samo jak moje dzieci!
     Błękitnooka przygryzła wargę, starając się nie rozpłakać, a trzeba przyznać, że było jej do tego blisko.
     - Słuchaj, gnojku - zaczęła podwyższonym tonem głosu Alexandra - Znam ją całe życie i wiem, że świadomie nikogo nie skrzywdziła. Jeżeli chciała pomóc tej twojej Laurze, to znaczy, że naprawdę chciała jej pomóc i nie miała na celu skrzywdzenia jej. Rozumiesz, pusta pało? - spytała z prychnięciem.
     - To co jej się nagle stało, do cholery?! - wrzasnął wściekle Nathiel, próbując zerwać się z krzesła, do którego niestety był zbyt mocno przywiązany - Nikt mi nie wmówi, że nawpieprzała się ciastek i dostała niestrawności!
     Silvia wydała z siebie okrzyk zaskoczenia i przyłożyła rękę do ust.
     - O mój Boże, to tak się da? - spytała cicho - Muszę ograniczyć jedzenie ciastek - mruknęła do siebie, wyjmując z kieszeni ostatnie, zostawione na podwieczorek ciastko z orzechami i czekoladą. Z nachmurzoną miną, zaczęła je pałaszować. W duchu przysięgła sobie, że to ciastko i dwie paczki schowane w jej szufladzie będą ostatnimi, które dziś zje.
     - Nathiel, ja mogę ci udowodnić, że ten lek jest bezpieczny - powiedziała bezradnie Madlene. Nie czekając na jego odpowiedź, podeszła do szafki i chwyciła desperacko za słoik - To ten sam, który przyniosłeś - dodała z powagą.
     W raz z nim podeszła do Nathiela. Spojrzała mu prosto w oczy i wyjęła z kieszeni łyżeczkę. Odkręcając słoik, nabrała na nią trochę płynu. Zanim jednak wsadziła ją do ust, żwawym krokiem podeszła do niej Martha i wytrąciła jej go z rąk. Słoik wylądował na podłodze, tłukąc się, a łyżeczka potoczyła się pod krzesło, gdzie siedział Nathiel.
     Madlene spojrzała zdziwiona w surową oblicze przyjaciółki.
     - Dlaczego to zrobiłaś? - jęknęła bezradnie.
     - To nie było lekarstwo - powiedziała z powagą dziewczyna.
     Do miejsca wypadku podeszła Alex. Klękając na jednej nodze, wyjęła z kieszeni jednorazową, białą rękawiczkę, którą zawsze miała przy sobie i ubrała ją na prawą dłoń. Wszystkie przyglądały się jej w skupieniu, gdy maczała palec wskazujący w czarnej, podejrzanie wyglądającej mazi.
     - Trucizna - mruknęła, przyglądając się oszukanemu lekowi - I to taka, którą przyrządziły nasze drogie przyjaciółki od serca.
     - Jak to? - spytała zszokowana Madlene - Przecież nie mają nic wspólnego z łowcami, prawda?
     Auvrey spojrzał podejrzliwie na błękitnooką wiedźmę. Dopiero teraz zorientował się, że przecież nazwała go wcześniej po imieniu. Skąd wiedziała jak ma na imię, a tym bardziej skąd wiedziała o łowcach?
     - One nie, ale demony tak i coś mi podpowiada, że to była ich współpraca - mruknęła nachmurzona Martha, zakładając ręce na piersi.
     - Demony chciały zabić Laurę? - szepnęła Patricia, klękając przy podejrzanie wyglądającej, ciemnej mazi i wbijając w nią spojrzenie.
     - Zaraz - warknął Nathiel, marszcząc czoło - Skąd wy wiecie o demonach, łowcach, Laurze i mnie? - spytał podejrzliwie, spoglądając na każdą tak, jakby chciał rozczytać ich myśli.
     Nastąpiła długa cisza. Dziewczyny wymieniły niepewnie spojrzenia. Żadna z nich nie chciała zdradzać tego sekretu i było to już widać na pierwszy rzut oka. Nathiel kompletnie ich nie rozumiał. Niewiedza coraz bardziej go irytowała.
     - Kim, do cholery?! - wykrzyknął zniecierpliwiony.
     - Zaraz mu zdzielę, serio - warknęła Alex, zaciskając pięść.
     - Mogę? - spytała nagle Madlene, spoglądając na resztę koleżanek, które wydawały się być zdezorientowane jej pytaniem.
     - Zdzielić mu? - spytała płomiennowłosa - Zostaw to mi.
     - Nie - jęknęła bezradnie błękitnooka - Nie możemy dłużej ukrywać kim jesteśmy - dodała z powagą.
     - Nie, nawet nie próbuj - westchnęła bezradnie Martha.
     Madlene popatrzyła na Nathiela z desperackim błyskiem w oczach i natychmiastowo otworzyła buzię. Dziewczyny zbyt dobrze ją znały, żeby nie wiedzieć, co zamierza zrobić. Mad nigdy nie potrafiła trzymać języka za zębami.
     Pierwsza rzuciła się w jej stronę Patricia i zatkała jej usta dłonią. Madlene się jednak nie poddawała. Natychmiastowo wyrwała swoją buzię z uwięzi i powiedziała:
     - Znam was. Od lat. Ciebie, Laurę. Obserwuję was!
     Jej mina wskazywała na głębokie przejęcie.
     - Mad, nie - jęknęła Silvia, dołączając do blondynki, która jeszcze raz spróbowała zatkać buzię koleżance. Ona jednak w dalszym ciągu skutecznie się wyrywała.
     - Stalkujesz nas? - spytał otępiałym głosem Auvrey - Cholera - syknął, wbijając wzrok w ziemię - Całe życie wiedziałem, że ktoś patrzy na mój tyłek.
     - To nie tak! - pisnęła Mad. Na jej polikach pojawiły się różowe plamy, świadczące o zawstydzeniu - My wam pomagamy od zawsze.
     - Wam? - spytał Auvrey, unosząc do góry brew. Tak naprawdę nie rozumiał niczego co bredziła ta przebrzydła pokraka o krzywych rękach.
     - Mad - warknęła ostrzegawczo Alex. Doskonale wiedziała, że gdy się rozpędzi, buzia jej się nie zamknie, a skoro Silvia i Patricia nie dawały sobie z nią rady, musiała wkroczyć do akcji w raz z Marthą.
     - Łowcom! - wykrzyknęła desperacko błękitnooka, wyrywając się z uścisku młodszych od niej dziewcząt - Bo my jesteśmy...
     Nim tajemnica wyszła na światło dzienne, pozostała dwójka zdołała podbiec do koleżanki i zatkać jej skutecznie buzie. Gdy sam uścisk nie wystarczył, Alex zdecydowała się na zastosowanie bardziej drastycznych środków przemocy. Podcięła jej nogi, przez co wylądowała płasko na zimnej posadzce, następnie usiadła na niej i chwyciła ją za głowę w taki sposób, że prawym polikiem stykała się z podłogą.
     - La bonne fée! - zdołała wykrzyknąć przez zaciśnięte i zmaltretowane usta niebieskooka.
     Pozostała czwórka wydała z siebie ciche westchnięcia zawiedzenia. Alex będąc lekko zirytowana, przycisnęła jej głowę jeszcze mocniej do podłogi.
     - A kto to? - burknął niepocieszony odpowiedzią Nathiel, ściągając brwi.
     - Nieważne - syknęła Alex.
     - Najlepiej będzie, jak weźmiesz ze sobą Mad i Silvię, pomogą Laurze - dodała z westchnięciem Martha.
     Nathiel nie miał pojęcia o co im chodzi. Do tej pory uznawał te dziewczyny za wariatki, teraz był nawet bliski zdania, że mają w sobie coś z psychopatek. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby były zbiegami z wariatkowa. Miał niesamowitego pecha, że trafił do tej sekty z piwnicy.
     La bon coś tam. Brzmi obco. Nigdy nie uczył się języków z wyjątkiem swojego ojczystego z którym też czasem miał problem, a więc jak miał to przetłumaczyć na ludzkie rozumowanie? Była jeszcze jedna kwestia. Jak miał ufać dziewczynom, których kompletnie nie znał, a które były potencjalnymi zbrodniarzami, szkodzącymi Laurze? Dlaczego miał wierzyć w to, że lek zamienił się w trutkę z powodu jakiś tam ich znajomych? Jak miał wierzyć w dziwny sojusz demonów z kimś nieokreślonym, pragnącym zabić Laurę? To wszystko brzmiało jak jeden, wielki, niezrozumiały kłębek sfałszowanych informacji. Jego mózg nie był w stanie tego przetworzyć i nawet nie próbował.      Do tej pory uważał, że demonów nie dotyka coś takiego jak ból głowy, chyba się mylił.
     - Dlaczego mam wam ufać? - spytał prędzej zrezygnowany niż zdenerwowany chłopak.
     - Bo nie masz wyboru - przyznała jako pierwsza, wcześniej wspomniana Silvia. Jej mina była poważna, choć miała w sobie dozę strachu - Laura wkrótce może zginąć.
***
     Noc była dzisiaj bezgwiezdna. Prawa bytu nie miał dziś nawet księżyc. Tylko słabe światła lamp ulicznych, oświetlały drogę trójce tajemniczych wędrowników.
     Nathiel do tej pory nie miał pojęcia, dlaczego zgodził się na podróż z dwoma, całkowicie mu obcymi i jak najbardziej podejrzanymi dziewczynami. Przecież mógł znaleźć inny sposób na uratowanie Laury. A może nie było innego sposobu? Dziwiło go jego własne zachowanie. Zawsze był pełen optymizmu, energii i powtarzał, że życie bez ryzyka to nie życie. Wydoroślał? Nie, to absurd. Obiecał sobie, że nigdy nie będzie dorosły i dotrzyma tej obietnicy. Życie dorosłych jest nudne. Wystarczy spojrzeć na przeciętnego mężczyznę w wieku średnim, idącym miastem. Co może takiego robić w życiu? Wstaje, je śniadanie, idzie do pracy, wraca z niej, siada przed telewizorem z piwem i idzie spać. Gdzie tu radość z życia, gdzie sens, chęć wyrwanie się z rutyny? Nigdzie. Nathiel nie chciał zostać właśnie taką osobą. Chciał wiecznie przeżywać rozmaite różnorodności, mieszczące się w niecodziennych przygodach. Tak jak zawsze, Nie chciał martwić się o to czy starczy mu na chleb, żeby wykarmić dzieci. Chciał być wolny i latać wciąż z nożem za demonami, jak po łące pełnej chwastów do wyrwania.
     Jak to będzie, gdy urodzą się bliźniaki? Gdy będzie zmuszony wziąć ślub i współdzielić z Laurą swoje nazwisko? Gdy Auvrey nie będzie jeden, a kilku? Co będzie, gdy się zestarzeje? Głupi czas. Mógłby w ogóle nie płynąć, tylko stać w miejscu. Miałby możliwość bycia dzieckiem przez wieczność.
      Z niezbyt wesołym wyrazem twarzy, Nathiel kopnął pierwszy lepszy kamień, który trafił celnie w kubeł na śmieci. Czuł na sobie spojrzenie dwóch, milczących dziewcząt, co niezwykle go irytowało. Nienawidził iść w ciszy, a równocześnie nie miał ochoty na rozpoczynanie tematu. Ta cała sytuacja wprowadzała go w stan nerwicy. Co miał zrobić? Mówić, milczeć, denerwować się, skakać z radości? Zważając na obecną sytuacje - raczej nie miał powodów do szczęścia.
     - Co to są te wasze la... bon coś tam - zaczął wreszcie, znudzonym głosem, uznając, że nie może poddać się do końca swoim myślom. Być może dowie się czegoś istotnego, co pomoże mu w rozwikłaniu tej przedziwnej zagadki piątki dziewcząt.
     - Tłumacząc z języka francuskiego: dobre czarodziejki - odpowiedziała natychmiastowo niebieskooka, patrząc na swojego rozmówcę z niemałym ożywieniem.
     - Mad - upomniała ją mniejsza i młodsza koleżanka, posyłając jej karcące spojrzenie.
     - I co, miksturki sobie gotujecie, ludzi trujecie, cokolwiek? - spytał obojętnie czarnowłosy, nie wierząc w takie bajki jak czarodziejki. Jedyne w które wierzył to te w anime. Szczerze wątpił w to, że potrafiły się zmieniać i napieprzać cukrem jak te małe dziewczynki o wielkich oczach.
     Madlene już chciała otworzyć buzię, gdy jej koleżanka szturchnęła ją łokciem. Jej spojrzenie mówiło, czy raczej ostrzegało o nieznanych konsekwencjach, przez co na chwilę umilkła.
     - Dlaczego nie chcecie o tym mówić, skoro ponoć jesteście dobre? - spytał chłopak, posyłając im pytające spojrzenie.
     - Bo to tajemnica, żyjemy w ukryciu - podsumowała cicho Silvia, wbijając wzrok w drogę przed sobą.
     - Pomagamy łowcom! - wykrzyknęła jej towarzyszka, ledwo dając dokończyć jej zdanie.
     - Mad - jęknęła załamana brązowooka.
     Zdesperowana właścicielka długich, brązowych włosów, wyskoczyła przed Nathiela, tym samym uniemożliwiając mu dalszą podróż. Jej oczy pełne były powagi. Wyglądała tak, jakby właśnie miała komuś przekazać wiadomość o tym, że umarł mu ojciec, matka, dziadek, pies, rosiczka, ktokolwiek.        Nathiel uniósł na ten widok brew. Ręce wciąż trzymał obojętnie w kieszeni, wzrok miał chłodny, niezmienny.
     - Pomagamy wam - powiedziała spokojniej dziewczyna - Wiemy o was naprawdę dużo. Na przykład to, że twój ojciec wybił całą twoją rodzinę. Albo to, że jesteś cienistym demonem i dołączyłeś do organizacji, która swoją drogą je likwiduje. Mamy też świadomość tego, że Laura jest pół demonem, a jej ojcem był sam szef departamentu kontroli demonów. To, że jest córką Aidena i Calanthe, którzy umarli podczas bitwy w Reverentii i generalnie to...
     - Skąd ty to wszystko wiesz? - spytał zniecierpliwiony Auvrey, marszcząc czoło.
     - Obserwuję was od najmłodszych lat - odpowiedziała dziewczyna - Pomagam wam i w sumie nie tylko ja.
    - Niby dlaczego mam ci w to wierzyć? - prychnął chłopak - Pojawiłaś się znikąd i twierdzisz, że nam pomagasz. Uznajesz siebie za dobrą, choć na razie nie zrobiłaś niczego dobrego.
    Szmaragdowookiego dziwił upór tej przedziwnej dziewczyny. Marzył o tym, żeby po prostu przestała gadać bzdury i zamknęła się na wieki.
     - Klucz - zaczęła Madlene - Wciąż nie wiecie kto podarował go wam, gdy byliście zamknięciu w lochach Reverentii, prawda? - spytała, unosząc do góry brew - Laura twierdziła, że widziała wtedy kobietę, prawda? - dodała, uśmiechając się pod nosem - To byłam ja.
     Nathiel przybrał lekko zdziwiony wyraz twarzy. W takiej sytuacji trudno było mu powiedzieć, że kłamie. Przecież nikt z wyjątkiem nich nie wiedział, że klucz do lochów dostali od jakiejś dziewczyny, czego Laura nawet nie mogła być pewna, ponieważ była w dziwnie otępiałym stanie. Mówiła coś o bladych dłoniach, długich, ciemnych włosach i malinowych ustach. Owszem, ten wstępny opis zgadzał się ze stojącą przed nim dziewczyną, ale mogła tak wyglądać co druga osoba na świecie i równie dobrze mogła to być nawet Gabrielle. Oczywiście czysto hipotetycznie, bo wątpił w to, że byłaby w stanie okazać choć trochę dobroci.
     Miał jej wierzyć? Choć nie chciał, logika podpowiadała mu, że to sensowne wytłumaczenie na czynione przez la bonne fée dobro.
     - Dlaczego w takim razie nam pomagacie? - spytał z westchnięciem, unosząc do góry brew.
     Madlene uśmiechnęła się uspokojona, zupełnie tak, jakby w końcu mogła spocząć, bo ktoś uwierzył w jej słowa. Nathiel jednak w dalszym ciągu nie był pewien czy może jej ufać. Była mu zupełnie obca.
     - Od tego są la bonne fée - odpowiedziała wesoło - Czynimy dobro, jak wróżki z dziecięcych opowieści. Wspieramy łowców, walczymy ze złymi wiedźmami, ratujemy naturę i pomagamy ludziom.
     Auvrey długi czas stał w miejscu i wpatrywał się obojętnym wzrokiem w tą przedziwną dziewczynę. Kątem oka zdołał też zauważyć, że jej towarzyszka wcale nie jest zadowolona z powodu wydanej przez nią tajemnicy. Nie obchodziło go to. Nie obchodziły go jakieś la bonne fée, dobre czarodziejki. Obchodziła go teraz tylko i wyłącznie Laura, którą chciał ocalić za wszelką cenę.
     - Chodźmy, nie mamy czasu - burknął od niechcenia, wymijając lekko podłamaną jego zachowaniem dziewczynę.
     Może czasem zachowywał się jak zimny drań, ale to tylko ze względu na to, że miał kogoś, na kim mu zależy, a dla tej osoby był w stanie zrobić wszystko. Nawet poświęcić własne życie.
Nie miał pojęcia co będą czynić te dziwne wiedźmy i jak uratuję Laurę. Było mu wszystko jedno, oby to jednak zrobiły, inaczej nie wybaczyłby sobie tak szalonego wyboru, jak podróż w nieznane, gdzie został przywiązany do krzesła. Dla Laury był w stanie przeżyć fakt, że pokonała go piątka dziewczyn. Ale tylko dla niej, bo w końcu ją kochał.

poniedziałek, 14 września 2015

[TOM 2] Rozdział 7 - "Wszystko po to, by przeżyła"

Dzisiejszy rozdział siedział deadline'owi na ogonie. Skończyłam go równo 16 minut po północy, co równa się niezmieszczeniu w czasie, ale to nic, ważne, że rozdział w ogóle się pojawił i że miałam choć trochę motywacji, żeby go skończyć.
Posiadam teraz ogromną ilość wolnego czasu, dzięki czemu wreszcie mogłam się wziąć za pisanie, ale oczywiście tylko gapiłam się w te durne, czarne literki 7-mego rozdziału. Miałam z nim wielki problem. Nie chciało mi się go pisać, bo nie wiedziałam jak go pisać. Mam wrażenie, że go zepsułam. Że kilka rzeczy weszło w życie za szybko, że było mało dokładnych opisów, że było nudno. No, ale nic już z tym nie zrobię.
Mamy kilka podrywów na Nathiela, jego gołą klatę, dramat też jest, no i nowe bohaterki, które już wcześniej się pojawiły. Nie wspominałam o tym, ale dziewczyny, które się tam znajdują, mają swoje odpowiedniki w życiu rzeczywistym. Znaczy się nie sądzę, że oddałam ich prawdziwe piękno w tych postaciach, ale coś z nich mają. Herbatomaniaczka - to Cleo, słodka blondyneczka - Królik, agresywna płomiennowłosa z patelnią - Abigail (Ivy, Ola, jak kto woli), dziewczyna z mocą usypiającą - Żydzio, błękitnooki tchórz - Naff. Oczywiście już w najbliższym czasie zamierzam przybliżyć wam te postacie. Na razie wciąż są zagadką.
No, dobra. Czas się ogarnąć i wreszcie wziąć za 3/4 demona. 
***
     Historia tajemniczego lekarstwa wciąż nie została odgadnięta. Nathiel bezustannie pytał mnie skąd mam ten słoik, a ja zwyczajnie nie miałam pojęcia. Po prostu tu był. Pojawił się znienacka na stole w kuchni. Bałam się go dotykać, zupełnie, jakby miał na sobie jakieś niebezpieczne bakterie, przenoszące śmiertelne choroby, w końcu jednak nadszedł taki moment, kiedy desperacko się za niego chwyciłam. Nie obchodziło mnie wtedy czy umrę, gdy go spróbuję. Chciałam się po prostu pozbyć nadchodzącej fali słabości, spowodowanej bliźniaczym pragnieniem siły, a że byłam wtedy w domu sama, nie mogłam liczyć na pomocne dłonie Nathiela. Sięgnęłam po tajemnicze lekarstwo. Przez myśl przeszło mi wtedy kilka prostych rozważań. Czy dziewczyna, która domniemanie przyniosła mnie z ulicy i położyła we własnym pokoju, otaczając troską i pokazując swoją otwartość, byłaby w stanie dać mi coś, co mnie zabije? Jeszcze nie wiedziałam z kim mam do czynienia, ale dziewczyna nawet w rozmowie ze swoją koleżanką starała się mnie bronić. Nasuwało mi się tu proste pytanie: dlaczego akurat mnie? Do tej pory nie widziałam kogoś tak bezinteresownego, a więc wydawało się to co najmniej podejrzane. 
     Mdlące uczucie, które powaliło mnie na krzesło. stojące przy stole, nie pozwoliło mi na dalsze myśli. Zaryzykowałam. Jedna łyżeczka przeźroczystego płynu, który przypominał po prostu wodę. Raz się żyje, raz się umiera. Wepchnęłam ją do ust. Zrobiłam to jednak za późno. Moja głowa opadła bezwładnie na stół. Zdążyłam tylko spojrzeć na zegar, który pokazywał godzinę 14:10. A potem otworzyłam oczy, powracając do rzeczywistości. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie, gdyż nie było u mnie śladów po gorączce czy ciężkich przeżyciach, związanych z pożeraniem energii przez moje dzieci. Co najdziwniejsze, zegar pokazywał 14:15, a więc mój stan trwał tylko 5 minut. Byłam w szoku. Od razu chwyciłam tajemniczy słoiczek w dłonie i stwierdziłam, że warto będzie się kiedyś przejść w miejsce jego wyprodukowania. Być może to tam znajduje się moja wybawczyni, a jeśli nie, to może właściciel naprowadził by mnie na dobry trop?
     Słoiczek schowałam do szafki, do której Nathiel zazwyczaj nie zagląda, a fakt, że został użyty, postanowiłam na razie przemilczeć. Od tamtego dnia codziennie zażywałam lek po jednej, małej łyżeczce. Miałam dziwne wrażenie, że nie tylko chroni mnie przed typowo demonicznymi, ciążowymi dolegliwościami, ale także dodaje mi sił. Po nim mogłam robić tysiące rzeczy i wcale nie czułam, jakbym nosiła dwójkę dzieci w brzuchu. Moją nagłą zmianę zarówno fizyczną jak i psychiczną, zauważył Nathiel.  Codziennie przyglądał się mi z podejrzliwością, próbując rozszyfrować co takiego mi się stało, że przestałam źle się czuć. 
     - Laura - zaczął pewnego razu, gdy akurat siedział przy stole w kuchni z kubkiem w koty, przepełnionym po brzegi czarną kawą.
     Wtedy właśnie próbowałam robić obiad i równocześnie myłam naczynia. Spojrzałam w jego stronę, unosząc pytająco brew do góry.
     - Nic ci nie dolega? - spytał, marszcząc czoło - No, wiesz, minęły z dwa tygodnie, a nawet nie zrobiło ci się słabo. I nawet trochę lepiej wyglądasz. Latasz tu, latasz tam, zupełnie, jakbyś miała adhd.
     Uśmiechnęłam się pod nosem.
     - Najwyraźniej odrobinę mi się poprawiło - stwierdziłam.
     - To podejrzane - mruknął chłopak.
     Westchnęłam cicho. Doskonale znałam Nathiela i miałam świadomość tego, że nie da mi spokoju, jeżeli nie dostanie konkretnej odpowiedzi. Nie wierzył w moje cudowne uleczenie. Może i był idiotą o zaskakująco niskiej inteligencji, ale czasami potrafił zaskoczyć przebłyskami nagłej domyślności.
Uznałam, że to moment, kiedy nie muszę już kryć tajemniczych właściwości leku. Po prostu wyjęłam z szafki słoik i pokazałam mu go. Od razu zorientował się o co chodzi, a zaświadczyła o tym jego ciekawsko uniesiona do góry brew i lekko zmarszczone, zaniepokojone czoło. Wiedziałam, że nie będzie tym faktem zadowolony, w końcu zachowałam się bardzo nieodpowiedzialnie. Lek zawsze mógł być trucizną, nie zbawiennym antidotum.
     - Mogłaś zginąć - mruknął.
     - Ale żyję - podsumowałam, powracając do swoich domowych czynności.
     Na tym własnie skończyła się nasza rozmowa. Nathiel nie chciał pytać o więcej, bo doskonale wiedział, że niczego mu nie powiem. W końcu sama nie miałam zielonego pojęcia co znajduje się w tej fiolce lub dlaczego jakaś obca dziewczyna miałaby mi ją dać, aby żyło mi się lepiej. Nie chciałam myśleć o tych kwestiach, choć przyznaję, były intrygujące. Madlene, bo przecież tak było na imię mojej cichej wybawicielce, musiała przewidzieć, że jeszcze kiedyś się spotkamy. W końcu płynu w słoiczku ubywa i nie starczy mi go do końca ciąży. Potrzebowałam go zdecydowanie więcej. Przy okazji chciałam się dowiedzieć co posiada w swoim składzie. Przecież nie chciałam urodzić zmutowanych dzieci z powodu jakiegoś tajemniczego leku. Pójdę w miejsce wyprodukowania, ale jeszcze nie dziś. W słoiczku wciąż znajdowała się ponad połowa, brak mi więc nie groził.
     Każdego dnia, zażywałam po jednej łyżeczce, ciesząc się zdrowiem i siłą. Nawet mój nastrój uległ poprawie. Nathiel uznał, że to czarna magia, skoro widzi latającą po domu i śpiewającą wesoło Laurę. Musiałam się z tym zgodzić. To na pewno była jakaś magia. Bałam się, że miała na celu oszukanie mojej własnej osoby. Bałam się, że uzależnia. Moje myśli nie raz zajmowało rozważanie na temat tego, jak będę się czuła, gdy już odstawię tą tajemniczą miksturkę. Mimo wszystko, gdyby niosła ze sobą jakieś niebezpieczeństwo, informacje na plakietce powinny o tym powiadamiać. 
     Żyłam w przeświadczeniu, że nic mi nie grozi. Swoje obawy postanowiłam stłumić wewnątrz siebie. Nawet Nathiel zaczął ufać temu dziwnemu lekarstwu. Pewnego dnia spytał mnie, dlaczego jeszcze go nie wzięłam i lepiej, żebym zrobiła to szybko, bo znowu zacznę jęczeć i zawodzić. 
     Przez ten miesiąc wszystko układało się tak, jak powinno. Bylam zdrowa, nie mdlałam, chodziłam szczęśliwa. Nathiel jako dumny tatuś załatwiał przeróżne rzeczy do pokoju dla bliźniaków. Nawet Amy popadła w szał dziecięcych zakupów, próbując przy okazji namówić Sorathiela na własnego, małego Blythe'a - oczywiście bez skutku, bo chłopak wiedział jaki wyrok by na siebie podpisał. 
O departamencie też nie było słychać. W głębi siebie ukryłam malutką nadzieję na to, że spotkanie Gabrielle było tylko iluzją, spowodowaną strachem przed ewentualnym jej powrotem. Daleko od siebie odganiałam myśli związane z odbudowaniem departamentu. Zarówno ojciec Nathiela, jak i Gabrielle powinni teraz gnić wśród gruzów starego zamku (pomijając fakt, że zamek został odbudowany).
     - O czym znowu rozmyślasz? 
     Spojrzałam na czarnowłosego, półnagiego demona, który wyszedł właśnie spod prysznica. Już z daleka czułam od niego przyjemny zapach mięty i gorąco parujące z jego ciała. Nie, wcale nie pomyślałam o tym, żeby się do niego przytulić. Nie jarali mnie mokrzy chłopcy.
     Nathiel zdążył zauważyć, że zawiesiłam wzrok na jego klatce piersiowej. Chwytając okazje, włączył swój stały, uwodzicielski tryb. Oparł się seksownie o framugę drzwi do kuchni, wypiął klatkę piersiową i uśmiechnął się uroczo. Jego zmrużone, świecące oczy, starały się mi przekazać: bierz mnie, maleńka.
     - Brałabyś - stwierdził uwodzicielsko Auvrey, na co ja cicho prychnęłam.
     - Raczej: prałabym - poprawiłam go, wracając do o wiele bardziej twórczego zadania, którym było podsmażanie cebulki na patelni. Przecież kiedyś muszę nauczyć się gotować.
     - A więc taki masz fetysz - zachichotał chłopak - Mój tyłeczek cię jara i chętnie byś go poklepała.
     Spojrzałam na niego przez ramię z miną, która mogła mówić tylko jedno: jesteś idiotą.
     - Chodziło mi o twoje spodnie - mruknęłam pod nosem, spoglądając w dół.
     - No, wiesz, Laura? Ty to jednak jesteś bezwstydna - roześmiał się szmaragdowooki - Żeby się od razu do moich spodni dobierać?
     - Nie denerwuj mnie i wrzuć je wreszcie do pralki.
     Gdy Auvrey otwierał buzię, żeby znów rzucić jakimś zboczonym tekstem, w stylu: "ściągnij je ze mnie" lub "ściągnij swoje, a zrobię to samo", rzuciłam go ścierką do naczyń, która wciąż miała na sobie pozostałości piany.
     Chłopak złapał ją w górze i prychnął głośno.
     - Wiesz, przed chwilą się myłem, nie musiałaś.
     - Może twoje ciało jest czyste, ale myśli pozostawiają wiele do życzenia.
     Westchnęłam ciężko, orientując się, że moja cebulka właśnie zaczyna się za bardzo podpiekać. Przeklęłam cicho, pod nosem i wyłączyłam gaz. To wszystko wina Nathiela. Wystarczyło jedno jego słowo, gdy stał za moimi plecami i zapominałam o tym, co robię. Był mistrzem dekoncentracji. 
     - Wyczuwam zwęglony obiad - zachichotał czarnowłosy, przez co lekko mnie zirytował. Może i tajemniczy lek łagodził moje nerwy, ale nie czynił mnie łagodnym barankiem, po którym wszystko spływało. 
     Wydając z siebie ciche warknięcie, rzuciłam łyżką w Nathiela. Był to nadzwyczaj celny rzut, gdyż dostał nią prosto w pierś. Resztki spalonej cebulki spływały w raz z olejem w dół spodni, które i tak już dawno powinny się znaleźć w praniu.
     - Sam sobie gotuj - powiedziałam oburzona, odwracając się do niego tyłem i zakładając ręce na piersi.
     - Mmm - zaczął uwodzicielskim głosem Nathiel - Moje ciało jest tak gorące, że olej który się na nim znalazł, zaczyna skwierczeć. Chcesz na nim usmażyć cebulkę, maleńka? - zaśmiał się.
     Jęknęłam głośno, kładąc dłonie na głowie. Miałam dosyć jego głupoty. Dzisiaj z nią przesadzał.
     Irytacja, która mnie opanowała, a także dobrze znane, osłabiające moje ciało uczucie, dało mi znać, że czas najwyższy spożyć zbawienny lek. Obiad może zaczekać. Zresztą, skoro Nathiel jest chodzącą kuchenką gazową, niech sam sobie go ugotuje.
     Szybkimi i głośnymi krokami, skierowałam się w stronę salonu, gdzie obecnie znajdował się zbawienny słoik. Teraz nie kryłam go już w szafce. Leżał na stole, żebym nie musiała stawać na specjalnym stołku i wysłuchiwać śmiechów Nathiela, który wyzywał mnie od krasnoludków.
     Czasami żałuję, że nie odziedziczyłam wzrostu po swoim ojcu. Żałowałam też, że nie miałam tych kilka centymetrów więcej jak moja matka. Geny źle zadziałały i to nie tylko w obliczu wzrostu. Charakteru też mi poskąpiły, za to chłodu miałam w nadmiarze.
     Zasiadłam w wielkim fotelu w którym zawsze lubiła usypiać Joanne i składając nogi w pozycję turecką, niczym mała dziewczynka, zabrałam się do przelewania zawartości słoika na małą łyżeczkę. Wyglądał tak jak zawsze, tylko trochę inaczej pachniał. A może to moje urojenia? Ciąża ma wiele wymysłów.
     Cicho wzdychając, włożyłam ją do buzi. Lek nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był bezbarwny, bezwonny i praktycznie niczym nie smakował, no chyba, że przyrównać jego smak do wody mineralnej. Tym razem było jednak inaczej. Tajemnicza mikstura zapiekła mnie na końcu języka, jakby ostrzegała przed niepowołanymi skutkami jej spożycia. Zdziwiłam się.
     Natychmiastowo zaczęłam się krztusić i wyplułam lekarstwo, nim do końca je łyknęłam. 
     Auvrey wszedł do salonu i spojrzał na mnie, już zresztą przebrany, z uniesioną do góry brwią.
     - Poklepać? - spytał rozbawiony. Potraktował mnie jak malutkie dziecko, kiedy ja naprawdę czułam, że coś jest nie tak. To nie było zwyczajnie krztuszenie się. Gardło niemiłosiernie mnie piekło, a płuca nie były w stanie chwycić w normalny sposób powietrza. Dławiłam się tak naprawdę niczym.
     Nathiel nachmurzył się na ten widok. Najwyraźniej zaczął podejrzewać, że moje gwałtowne łapanie powietrza i kaszel nie są normalne. Od razu do mnie podszedł i uklęknął przy fotelu. Starał się mnie poklepać po plecach, ale mało to dało. W moich oczach pojawiły się łzy, spowodowane nadmiernym kaszlem. Nie chciałam właśnie tak zakończyć swojego żywotu. Po prostu nie chciałam. Śmierć przez uduszenie to głupia śmierć.
     Przypadkowo, w chwili przedziwnego ataku, strąciłam na podłogę cały słoik dziwnego lekarstwa. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy płyn znajdujący się teraz na dywanie, przybrał czarną barwę. Miałam ochotę zaśmiać się jak szaleniec. Czy tylko mi ten płyn skojarzył się teraz z trucizną, a nie lekiem? Nie, to nie było możliwe, abym go przedawkowała, dziwne byłoby też stwierdzenie, że lek uległ przeterminowaniu, ale w takim razie co się z nim stało?
     Nie mogąc już złapać oddechu, po prostu oparłam głowę na Nathielu i zgasłam.
***
     Ciężki natłok myśli, przygnębiająca atmosfera i przejmująca cisza, niosły się po domu, dając wrażenie odbywającej się tam stypy, lub jeszcze lepiej: pogrzebu. Nathiel uśmiechał się krzywo do własnych myśli, które przecież nigdy nie były pesymistyczne. Czasami miał wrażenie, że złe rozważania trafiły do niego poprzez Laurę, a przecież powinno być zupełnie odwrotnie. To on powinien zarażać wszystkich wkoło swoim optymizmem. Gdzie w takim razie uciekł, w ciągu ostatnich miesięcy? Może nie tylko Laura przeżywała ciążę? Może on także był w ciąży, tylko takiej umysłowej? A może zamiast ciąży, przejął po niej okres? Tak, mentalny okres to jest własnie to. 
     Chłopak potrząsnął głową z niedowierzaniem. Obecna sytuacja nie poprawiała jego stanu myśli. Nic nie szło tak jak być iść. Przecież ten tajemniczy lek, sprezentowany Laurze przez jakąś tam Mad, działał wcześniej znakomicie. Co się z nim nagle stało? Wystarczyło jego kilka kropel i Laura padła w jego ramiona, niczym słomiana kukła. Do tej pory kręciła się po łóżku z wysoką gorączką, próbując złapać oddech. Wyglądała sto razy gorzej niż podczas wysysania z niej energii przez Andi. Równocześnie blada i zarumieniona, problemy z oddychaniem, zachowanie, jakby była w zupełnie innym świecie. Wciąż miała zamknięte powieki. Nathiel był pewien, że jeżeli niczego w tym momencie nie wymyśli, nie dożyje dzisiejszej nocy, podobnie jak dwójka jego wciąż nienarodzonych dzieci.
     Przyglądając się cierpiącej twarzy ukochanej, Nathiel przygryzł wargę i zmarszczył czoło. Nie miał pojęcia co zrobić. Liczył na to, że jego przyjaciel wpadnie na jakiś ambitny pomysł. Zawsze ratował go z opresji.
     Chłopak z nadzieją spojrzał na swojego blondwłosego towarzysza, który siedział przy stole i wpatrywał się ze skupionym wyrazem twarzy w słoik. Gdy do niego zadzwonił, pojawił się tu wraz z Amy w ciągu kilku minut. Wiedział, że może na nich liczyć. Przynajmniej sam nie tkwił w tym bagnie.
     Nathiel ostatni raz spojrzał w blado-zarumienioną twarz swojego albinosa, którym zajmowała się wytrwale zrozpaczona Amy, a potem usiadł obok swojego przyjaciela, pogrążając się w rozważaniach na temat tego, jak może ją uratować.
     Zgodnie ze stwierdzeniem Sorathiela, to musiała być jakaś trucizna. Przyczyna jej powstania wciąż była jednak niewiadoma. 
     - Masz coś? - spytał zniecierpliwiony czarnowłosy.
     Sorathiel westchnął cicho.
     - Widzę tylko jedno rozwiązanie - mruknął, odkładając słoik na stół i ściągając z nosa okulary.
     Swoje brązowe, mądre tęczówki, skierował na Nathiela, który patrzył się w niego jak na ostatnią deskę ratunku świata - Odwiedzenie miejsca, gdzie powstał ten specyfik.
     Demon zmarszczył czoło. 
     - Perth St. 5.
     Sorathiel szybkim ruchem dłoni spisał adres na żółtej karteczce.
     - Doskonale - mruknął szamragdowooki, chwytając za nią gwałtownie - Wrócę najszybciej jak się da.
     - Uważaj na siebie, Nathiel - dodała Amy, zmartwionym głosem. Chłopak wyjątkowo posłał w jej stronę lekki uśmiech. Bo choć na co dzień za nią nie przepadał, była przyjaciółką Laury i troszczyła się o nią. Poza tym to dziewczyna jego przyjaciela. Wszystko jest do zaakceptowania. 
     Żółtą karteczkę włożył do kieszeni. Słoiczek również postanowił ze sobą zabrać. Szczerze dziękował przyjacielowi za to, że spisał dla niego adres na kartce. Niewyraźne, małe, zalane literki, znajdujące się na etykietce słoika, niewiele mu podpowiadały. Sorathiel był lepszym czytelnikiem, więc mógł mu zaufać. 
     Nathiel wypadł z domu niczym goniony przez diabelskiego psa. Można powiedzieć, że tak też się czuł. Jakby jakiś kudłacz miał go zaraz ugryźć w tyłek, mając na celu pospieszenie go. Albo jakby grał w Pacmana, gdzie rzucają się na niego żarłoczne, pikselowe potworki, wpędzające go w ślepy zaułek. Czuł presję, niepewność, strach. Zabawne uczucia. Prawie nigdy nie miał z nimi styczności. To wszystko za sprawą Laury. Może miłość wcale go nie wzmocniła, a osłabiła? Może to bycie wolnym, pięknym i młodym demonicznym łowcą czyniło go najsilniejszym? Nie zaprzeczał, bo nawet jeśli tak było, nie żałował swojego wyboru. Kochał Laurę i wiedział, że nie potrafiłby bez niej żyć. Zrobi wszystko, żeby ją uratować.
     Zaciskając pięści, przyspieszył swój krok. Perth St. znajdowało się mniej więcej trzy przecznice dalej. Droga tam na pewno nie zejdzie mu w dłuższym czasie jak 15 minut. Generalnie to dziwiła go lokalizacja owego sklepu, jeżeli tak go może nazwać. Nigdy nie słyszał, żeby była tam jakaś apteka, fabryka lekarstw czy cokolwiek innego. Miał wrażenie, że znajdują się tam tylko i wyłącznie domy mieszkalne, ale mógł się przecież mylić, bo rzadko zapuszczał się w te tereny. Tak naprawdę to miasto znał tylko dzięki swoim nocnym, łowieckim wyprawom. Nie znał go jednak aż tak dokładnie. W nocy niewiele szło zobaczyć, a jeżeli już gdzieś dostrzegł demona, świata poza nim nie widział. Liczyło się wtedy tylko to, aby go zabić.
     Przeskakując przez ogrodzenie czyjegoś domu, Nathiel pokonywał nieprzetarte ścieżki w poszukiwaniu swojego celu. Był pewien, że jest gdzieś niedaleko, choć wciąż nie wiedział gdzie. Z irytacją rozglądał się po okolicy, przy okazji groźnie mierząc wzrokiem ludzi. Nieważne, że jakiś starszy dziadek wymachiwał na niego laską z powodu podeptanych kwiatków, nieważne, że potrącił jakieś dziecko na rowerze, które popłakało się, lądując na chodniku, to nic, że goniła za nim jego zbulwersowana matka. Gdy chodziło o Laurę (ewentualnie o zabijanie demonów), Nathiel nie zwracał uwagi na otoczenie. Brnął do przodu, na przekór wszystkiemu, przypominając przy tym piaskową burzę. Nie przyjmował do swojego wnętrza wiadomości, że coś mogłoby pójść nie tak. Był pełen nadziei i wiary w to, że uda mu się znaleźć rozwiązanie. Ewentualnie w razie czego, zrobi z właścicielki sklepu zakładnika i będzie grozić śmiercią, jeżeli czegoś nie zrobi.
     Chłopak prychnął sam do siebie, przeskakując kolejny płot. Perth St. 5. Chyba znalazł swój cel. Kto by pomyślał, że będzie to zwyczajny, mały sklepik, przyłączony do domu jednorodzinnego. Nathiel nie chciał się rozczulać nad wyglądem tego miejsca. Czerwone, herbaciane róże, otaczające sklep, wcale go nie wzruszały, a wręcz przeciwnie - z chęcią by je zdeptał. Swoim obojętnym wzrokiem owiał tylko całość sklepu. Na pewno rzucił mu się w oczy błękitny kolor, a także niewielka tablica zawieszona nad drzwiami, głosząca: "Domowa kuchnia". Na chwilę zatrzymał się przed budynkiem i przybrał ogłupiałą minę. Domowa kuchnia? A co z tym wspólnego miały lekarstwa? Niczego z tego nie rozumiał. A jeżeli to nie tutaj miał się znaleźć?
     Dla pewności, chłopak wyjął zgniecioną karteczkę z kieszeni. Perth St. 5, to dokładnie tutaj. Niemożliwe, żeby producent pomylił się przy podawaniu własnego adresu, a tym bardziej Sorathiel nie mógł się pomylić przy przepisywaniu go. To byłby jakiś absurd. To musi być tutaj. 
     Wyrzucając w tył papierek, Nathiel przybrał groźną minę. Jeżeli ma robić wrażenie i wzbudzać strach, musi zacząć to robić już teraz. 
     Szybkimi i gwałtownymi krokami, ruszył w stronę sklepu. Drzwi pokonał z rozmachem. Dzwoneczek, który odezwał się gdy je pchnął, nijak wpasowywał się w sytuacje. Raczej powinien w tym momencie rozbrzmieć dźwięk grozy. Tak samo powinna wyglądać uśmiechnięta buzia dziewczyny, siedzącej za ladą, a nie wyglądała.
     - O mój Boże! - rozległ się pisk, w zdobionym błękitem pomieszczeniu. Właścicielka irytującego głosu, podniosła się zza lady, spoglądając podekscytowana w stronę Nathiela. Chłopak od zawsze wiedział, że wzbudzał swoim wyglądem skrajnie pozytywne uczucia, ale teraz go to nie interesowało, bo chodziło o Laurę.
     Mrużąc groźnie oczy, wyjął zgrabnym ruchem z kieszeni nóż. Błękitnooka dziewczyna, stojąca za ladą, momentalnie zbladła i odsunęła się pod samą ścianę. Wiedziała już, że chłopak nie ma dobrych zamiarów i najwyraźniej nie miała pojęcia jak na to zareagować. Przerażonymi oczami wpatrywała się w broń, którą dzierżył.
     Nathiel bez chwili zastanowienia, przeskoczył przez blat i wbił nóż tuż obok głowy obcej dziewczyny. Ta tylko wydała z siebie głośny pisk przerażenia i zerwała się do biegu. Tego Auvrey nie przewidział. Raczej dałby sobie rękę uciąć, że zaskoczy ją w taki sposób, iż długo nie oderwie się od ściany. Trudno. Nawet w zaskakujących sytuacjach trzeba sobie radzić. 
     Nim zielone pantofelki powędrowały gdzieś dalej, poza horyzonty, chwycił ich właścicielkę za dłoń i przyciągnął z powrotem do ściany, brutalnie ją do niej przybijając. Dziewczyna wstrzymała dech i zbladła w jeszcze większym stopniu. Nie mogła oderwać przerażonych, błękitnych oczu od szmaragdowych ślepi, zirytowanego demona.
     Nathiel przyłożył nóż do jej gardła.
     - Imię - warknął.
     - M-Madlene! - pisnęła natychmiastowo zakładniczka - J-ja nic nie zrobiłam! Przysięgam! Jestem niewinna!
     Auvrey zatkał jej brutalnie usta dłonią.
     - Odpowiadaj na moje pytania - dodał ze zgrozą - Nie musisz niczego dodawać.
     Dziewczyna, bliska płaczu, kiwnęła lekko głową, dzięki czemu Nathiel mógł odsunąć swoją dłoń z jej ust.
     - Miksturka na ciążowe dolegliwości - kontynuował przepytywanie - To ty ją dałaś Laurze - mówiąc to, wyjął z kieszeni drobny słoiczek i podstawił go pod sam nos dziewczyny.
     - T-tak, to ja - odpowiedziała cicho - A-ale nie była niebezpieczna i... nawet nie da się jej przedawkować, serio! Ludzie tyle razy ją testowali!
     Nathiel poczuł jeszcze silniejszy gniew, który wręcz rozsadzał go od środka. Zanim dokładnie przepytał zakładniczkę, z góry stwierdził, ze jest winna. Exitialis przycisnął do jej szyi jeszcze mocniej. Madlene przerażona obecnym stanem rzeczy, przestała oddychać.
     - To twoja wina - warknął Nathiel - Laura wzięła dzisiaj łyżeczkę tego świństwa i nagle poczuła się źle! - tym razem już krzyknął - Po prostu padła w moje ramiona bez ruchu! A teraz leży w łóżku i umiera! Umiera, rozumiesz?! Przez ciebie!
     - To nie ja - szepnęła skruszonym głosem Madlene, brzmiąc prawie jak mała dziewczynka, której zabrano zabawkę - Przysięgam. Moja mama nikogo by nie zabiła swoimi lekarstwami - kontynuowała. Z jej oczu pociekło kilka bezbronnych łez, to jednak nie wzruszyło Nathiela, a wręcz przeciwnie, podburzyło jeszcze bardziej.
     - W takim razie zawołaj swoją matkę! Niech ona za to odpowiada! - wrzasnąl zbulwersowany.
     Dziewczyna skuliła się, zamykając oczy.
     - Mad? 
     Cichy, dźwięczny, dziewczęcy głos, poniósł się za drzwiami, które znajdowały się tuż za ladą. Nie minęła chwila, a pojawiła się w nich niska blondynka o okrągłej twarzy uroczego dziecka. Zamrugała kilka razy zielonymi oczami, wpatrując się to w Nathiela, to w swoją koleżankę. Najwyraźniej nie wiedziała co się dzieje.
     - Czego? - syknął Nathiel.
     Następne dzieje były już tylko kwestią czasu. Pozornie słodka dziewczynka, bez chwili dłuższego zastanowienia, chwyciła za wazon z kwiatami stojący na ladzie. Nie przejmowała się wypływającą z niego wodą, ani podeptanymi kwiatami na podłodze. Po prostu rzuciła się z nim na zaskoczonego obrotem sytuacji demona z dzikim okrzykiem.
     Auvrey uskoczył w ostatnim momencie, zaś wazon, który został rzucony z rozmachem w jego stronę, rozbił się na ścianie za nim. 
     Uwolniona z uścisku Madlene, wydała z siebie okrzyk przerażenia i padła na ziemię, człapiąc na kolanach w stronę swojej wybawicielki. Łkała przy tym cicho, dziękując pod nosem przyjaciółce za wybawienie.
     Urocza blondynka nie zmierzała się poddać. Ze zbulwersowanymi okrzykami buntowniczki, rzucała wszystkim co miała pod ręką w niecnego demona. Słoikami, wazonami, kubkami, talerzami, owocami, ramkami, widelcami, nożami, a nawet telefonem razem z całym łączem. Nathiel z trudem omijał wszystkie przedmioty, jednak nie uniknął ostatniego: wiklinowego kosza. Dostał nim prosto w czoło, przez co na chwilę stracił równowagę i dobił się od ściany. 
     Zielonooka przybrała groźną minę i ciężko dysząc, stanęła w bojowej pozie. Nathiel nie miał pojęcia kiedy, ale ta mała, niewinnie wyglądająca istota, będąca zapewne dziełem samego Szatana, trzymała teraz w ręku coś szklanego. Szklanego? To wyglądało trochę jak karty. Lodowe karty.
     - Nie będziesz tykał Mad! - wykrzyknęła.
     Nathiel skierował w jej stronę nóż.
     - Chciała zabić Laurę! - odpowiedział zbulwersowanym tonem głosu.
     - Mad nikogo by nie zabiła, ty... ty.. demoniczna cioto! - pisnęła tamta.
     Auvrey przybrał lekko zaskoczony wyraz twarzy. Skąd wiedziała, że jest demonem? A może to zwykły przypadek, że tak go nazwała?
     - Chyba sam widziałem, mały potworze!
     - On nazwał mnie potworem! - obruszyła się dziewczynka, tupiąc złowieszczo nogą.
     Błękitnooka istota, która wcześniej kuliła się za swoją koleżanką na podłodze, teraz stała za nią i obejmowała ją rękami, bojąc się nawet spojrzeć w twarz szmaragdowookiego demona. 
     - Ukarz go! - pisnęła tylko.
     - Po moim trupie - warknął Nathiel. Tym razem uznał, że zadziała na serio. Żadna mała dziewczynka nie będzie stawała mu na drodze. 
     Odrywając się od ściany zaczął iść w jej stronę. 
     Madlene wydała z siebie cichy pisk przerażenia i ukryła głowę w ramieniu towarzyszki, zaś blondynka ścisnęła w dłoni szklaną kartę. Jej zielone oczy iskrzyły się groźnie, wyrażając gotowość do walki. Nie, nie zamierzała się tak łatwo poddać. Nikt nie będzie atakował jej przyjaciół.
     Gdy Auvrey miał zamachnąć się nożem w jej stronę, nagle stało się coś nieoczekiwanego. 
     - Giń, demonie - usłyszał tuż za plecami chłopak, a gdy odwrócił się w tył, dostał prosto w czoło teflonową patelnią. 
     Wydając z siebie cichy syk bólu, zachwiał się z trudem utrzymując równowagę. Niestety, nie zdążył zareagować w odpowiedni sposób. W oczy rzuciły mu się tylko wściekle czerwone włosy winowajczyni i dłoń innej, która mignęła mu przed twarzą, zupełnie, jakby sprawdzała czy coś widzi. Co dziwne, zaraz po tym poczuł się senny.
     - Zabiję.
     Tylko tyle zdążył powiedzieć, chwilę potem upadając na ziemię. 
     Piątka dziewczyn znajdująca się w pomieszczeniu, zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem, chwilę potem wymieniając między sobą znaczące miny. Doskonale wiedziały, że długo zajmie mu budzenie się, ale nie tym się przejmowały.
     - Wszystko w porządku? - spytała zielonooka, spoglądając troskliwie na swoją koleżankę, która od razu rzuciła się na nią i przytuliła mocarnie. Po pomieszczeniu rozległ się jej głośny, dziecięcy płacz.
     - Myślałam, że mi rozwali krtań! - zawyła.
     Blondynka uśmiechnęła się niemrawo i pogłaskała ją po głowie uspokajająco.
     - Już po wszystkim - stwierdziła.
     - Ta - mruknęła na boku płomiennowłosa dziewczyna, dzierżąca w dłoni patelnię. Kosmyk swoich niesfornych włosów zdmuchnęła do tyłu - Pytanie, co teraz z nim zrobimy.
     - Zabierzemy na przesłuchanie, bo co innego - stwierdziła spokojnie jej towarzyszka, trzymająca w dłoni herbatę. Chyba jako jedyna wyglądała w tej sytuacji jak oaza spokoju. Wszystkie inne były albo roztrzęsione albo zdenerwowane.
     - Mamy jakieś pół godziny czasu - stwierdziła niepewnie brązowooka dziewczyna o magicznych, usypiających dłoniach.
     Reszta pokiwała znacząco głowami. 

poniedziałek, 7 września 2015

[TOM 2] Rozdział 6 - "Sen czy rzeczywistość?"

Z okazji przeprowadzki, kiepskiego samopoczucia i braku czasu, nie byłam w stanie wstawić rozdziału 6-stego w niedzielę, ale to się w sumie dobrze składa, bo dziś... są urodziny Cleo <3. Tak więc kochana Cleosio, po raz trzeci (tak, Naff życzenia złoży na każdym portalu społecznościowym) życzę ci wszystkiego najlepszego! 
Rozdział dedykuję Cleo, bo... bliźniaki! >D A Cleo też ma bliźniaka! Huehue.
Skończyły mi się rozdziały na plusie. Przez miesiąc nie byłam w stanie tknąć rozdziału 7-mego, wow. Za dużo się dzieje. O ile uda mi się zdobyć l4, tak zajmę się WRESZCIE nadrabianiem opowiadań i pisaniem. Wtedy będzie już po przeprowadzce i wszystkich problemach.
Szóstka była dla mnie tragicznym rozdziałem. Uważałam, że jest totalnie beznadziejny, dopóki części z niego nie przeczytałam na głos przy Króliczku. W sumie nie wypadł tak źle. Pojawiają się i wiedźmy!
***

     Słodka nieświadomość sprawowała pieczę nad moim umysłem, czyniąc go lekko ospałym. Nie reagował na otoczenie, raczej sprawiał wrażenie wyłączonego.
     Przysięgam, nigdy nie czułam się tak dobrze przy budzeniu. Byłam wypoczęta, zadowolona i odprężona, zupełnie, jakby ktoś użył na mnie jakiejś niesamowitej magii. Żadne problemy nie dręczyły mojej głowy, jakby nigdy nie istniały. Byłam szczęśliwa, miałam ochotę na mimowolne uśmiechanie się, leniwe przeciąganie, leżenie z zamkniętymi oczami. Pragnęłam takiej wieczności.
     Sytuacyjna świetność, szybko jednak minęła. Słodki narkotyk przestał działać, a problemy wróciły. Ciąża, pożerające energię dziecko, będące demonem, słabości, Gabrielle. Gabrielle?
     Zerwałam się z łóżka do góry, wydając z siebie głośny okrzyk. Gdyby nie dobrze znajome, ciepłe ręce, dotykające moje ramiona, zapewne zaczęłabym panikować. Obłędnym, przerażonym wzrokiem spojrzałam na Nathiela, który zaczął mnie uspokajać:
     - Jestem tutaj, nie bój się.
     Moje serce biło jak oszalałe, oczy były rozszerzone z przerażenia, a oddech stał się przyspieszony i nierówny. Długo mi zajęło, zanim się uspokoiłam i zorientowałam gdzie jestem. Znów byłam w szpitalu. To już drugi raz w ciągu kilku miesięcy, zazwyczaj mi się to nie zdarza. Nie to jednak było teraz ważne. Departament ma zostać odbudowany i to na czele z Gabrielle i ojcem Nathiela. Oni żyją, wcale nie umarli pod gruzami zamku. Czeka nas kolejna walka, kolejne zmagania. Demony szykują zemstę.
     - Gabrielle - powiedziałam cicho, lekko spanikowanym głosem, patrząc w oczy Nathielowi.
     Najwyraźniej nie zrozumiał co mam na myśli. Nachmurzył się.
     - Gabrielle żyje, twój ojciec też - dodałam szybko, przybliżając się do niego.
     - Laura, to tylko koszmar - westchnął chłopak, próbując przenieść mnie do pozycji leżącej.
     Twardo jednak trzymałam się siadu.
     - To nie koszmar! - wykrzyknęłam z oburzeniem - Nathiel, ja ją spotkałam! Powiedziała mi, że departament zostanie odbudowany, że twój ojciec żyje! A potem zemdlałam i... - przerwałam, uświadamiając sobie, że ledwo pamiętam co działo się później. Zmarszczyłam czoło.
    - I co potem? - spytał obojętnie Auvrey, uznając moje wytłumaczenia za konieczne do odsłuchania. Zupełnie, jakby podejrzewał, że zrobię mu krzywdę albo nieźle się zdenerwuje, jeżeli mnie nie posłucha. Chyba miał trochę racji.
     - Potem - zaczęłam już bardziej uspokojona - Obudziłam się w pokoju z różowymi ścianami. Wisiały tam jakieś zdjęcia. Zdjęcia dziewczyn, które potem spotkałam, gdy wyszłam z pokoju.
     - I co te dziewczyny zrobiły? - mruknął od niechcenia, opierając podbródek na dłoni.
     - Kłóciły się o coś. Ponoć jedna z nich mnie tam przyniosła, gdy zemdlałam - westchnęłam - A gdy spytałam kim jest ta dziewczyna, dostałam odpowiedź "wiedźmą". I wtedy wszystkie spanikowały, a ja... usnęłam.
     Nastąpiła długa cisza. Nathiel wpatrywał się we mnie z wyraźnie znudzonym wyrazem twarzy. Wiedziałam, że mi nie wierzy, wiedziałam, że z jakiegoś powodu był zły.
     - Fascynujący sen - odpowiedział w końcu, prostując się na krześle - Muszę cię zasmucić, nie jest prawdziwy - dodał ironicznie, wzruszając ramionami.
     Lekko się zirytowałam. Doskonale wiedziałam dlaczego był zły i traktował mnie z pobłażaniem. Przecież odradzał mi samotną podróż na uniwersytet. Cały czas powtarzał, że spotka mnie coś złego, że znowu stracę przytomność. Proponował, że pójdzie wraz ze mną, ale ja oczywiście odrzuciłam jego propozycje. Za wszelką cenę chciałam załatwić to sama. Nie wyszło mi to na dobre, jak widać. Nie dość, że spotkałam Gabrielle, to jeszcze zemdlałam na środku ulicy i trafiłam do domu jakiś wariatek, reagujących na słowo "wiedźma", jak ojciec na słowa syna o treści: "jestem gejem, tato".
     - Nathiel, to nie był sen - warknęłam przez zaciśnięte zęby, z trudem powstrzymując się od wybuchu nagłej złości, mieszanej z przejmującym płaczem.
     - Nie bezpodstawnie sądzę, że to był sen - stwierdził chłopak obojętnie - Rzeczywiście, według lekarzy zemdlałaś na ulicy, ale to jakaś kobieta w podeszłym wieku się tobą zajęła i zadzwoniła po karetkę - mówiąc to, spojrzał na mnie znacząco.
     Na chwilę straciłam pewność siebie. A jeżeli to naprawdę był sen? Spójrzmy prawdzie w oczy, cała ta scena przypominała trochę jeden wielki sen. Najpierw tajemnicza babcia z tłumu ze swoją przepowiednią, potem Gabrielle i jej traumatyczna wiadomość, nagła zmiana scenerii na różowy pokój, piątka obcych dziewczyn i urwana taśma. Miałam zaufać sobie czy może podejść do tej kwestii trochę bardziej pobłażliwie? Nie wiedziałam. Wszystkie myśli nagle zaczęły mnie przytłaczać, sprawiając, że w moich oczach pojawiły się łzy. Z trudem powstrzymywałam się od prawdziwego wybuchu.
     Postawa Nathiela lekko uległa zmianie. Już nie był chłodny i ironiczny. Najwyraźniej dostrzegł, że tym zachowaniem wcale mi nie pomaga.
     - Przepraszam - mruknął niechętnie, siadając obok mnie na łóżku. Bez chwili zastanowienia, chwycił za moją głowę i przytulił do swojej piersi. Nie, wcale mi tym nie pomagasz, kretynie.
     Słone łzy pociekły z moich oczu, prawie natychmiastowo zalewając koszulkę Nathiela, który z cichym westchnięciem zaczął gładzić mnie po włosach.
     - Laura, nie zachowuj się jak kobieta w ciąży - powiedział cicho.
     - Ja jestem w ciąży, skretyniały baranie - warknęłam, pociągając nosem.
     Nasza rozmowa ucichła. Od tej pory słyszałam tylko ciche, uspokajanie kołyszącego mnie Nathiela, który potraktował mnie jak płaczące dziecko. Może zrobił właściwie? Dzięki temu się wyciszyłam, uspokoiłam. Mimo tego, że był idiotą, wiedział, co zrobić, żebym przestała płakać. Byłam mu za to wdzięczna.
     Powinnam przestać myśleć o tym, co miało miejsce. Całkowicie zapomnieć o dziewczynach, które widziałam, zapomnieć o Gabrielle. Oczywiście nie tracić przy tym czujności, bo przecież i one i demony mogą być dla nas zagrożeniem. Wielkim zagrożeniem.
     Po kilkunastu minutach ciążącej nad nami ciszy, rozległo się pukanie. Byłam pewna, że to Amy lub Sorathiel. Trochę się pomyliłam. Widok ubranego na biało  mężczyzny sprawił, że choć tego nie chciałam, wyraźnie się skrzywiłam. Jakie tym razem wiadomości i diagnozy miał biały sęp?
     - Jak się pani czuje? - spytał lekarz, uśmiechając się przymilnie. W ręku dzierżył błękitny skoroszyt, najprawdopodobniej z wynikami kolejnych, bezsensownych badań.
     - Dobrze - przyznałam szczerze, bo jak już wspominałam, nigdy po przebudzeniu nie czułam się tak świetnie.
     Następne jego słowa były już tylko "formalnościami". Opowiadał o wynikach, które nie były zresztą złe, o kolejnej dawce przemęczeń i o tym, że powinnam na siebie uważać. Było coś jeszcze. Coś, co zarówno mnie jak i Nathiela wbiło w siedzenie. Coś, o czym już słyszałam, a czego nie dopuszczałam do swoich myśli.
     - To będą bliźniaki.
     Spojrzeliśmy na siebie z tymi samymi wyrazami twarzy. Był zszokowany, a ja przerażona, bo przecież już słyszałam podobne słowa, brzmiały tylko trochę bardziej wzniośle. Podwójne szczęście. Podwójne szczęście w rozpaczy.
***
     - Gotuj, gotuj, w kotle się, przepełniony do cna złem, dziś dopełnię wolę piekła, tafla dobra właśnie pękła.
     Monotonny, niski głos, niósł się po kamiennym, chłodnym pomieszczeniu, przypominającym średniowieczną budowlę. Samo miejsce, mogło kojarzyć się zwykłemu człowiekowi z czymś, co stało na pograniczu sali tortur, a siedzibą okrutnych wiedźm, zajmujących się niestosownymi czarami. Kobiety znajdujące się w pobliżu niewątpliwie je przypominały, choć nie nosiły wysokich tiar, ani długich, czarnych szat po samą ziemię. Nie wyglądały też ohydnie - wręcz przeciwnie, każda miała w sobie coś niecodziennego, nietypowego. Ich wiek mógł się wahać od lat 20 do 30, w zależności na kogo się patrzyło.
     Jedna z nich była posiadaczką długich, skręcających się na końcówkach rudych włosów. Przydługa grzywka opadała na jej czoło, praktycznie przysłaniając zmęczone oczy o złotawym odcieniu. Lekki uśmiech nie schodził z twarzy, nawet przez sekundę. Cienie pod oczami świadczyły o braku snu. Włosy i chaotyczny ubiór, złożony z niepasujących do siebie, czarnych, pogniecionych ciuchów, świadczyły o tym, że niezbyt o siebie dbała. Zupełnie, jakby jej jedynym celem życia było czytanie. W ręku dzierżyła jeden, bardzo stary egzemplarz, którego przeglądanie najwyraźniej sprawiało jej radość. Kiwając się w przód i w tył, podczas siedzenia na starym, podniszczonym, czarnym fotelu, wpatrywała się w nią jak w ósmy cud świata. Nieopodal niej, przy hebanowej, niezwykle czystej półce, stała nachmurzona kobieta o białych, długich włosach, upiętych u góry w kucyk. Gdyby miała je rozpuszczone, zapewne mogłyby sięgać nawet do kolan. Oczy miała w niezwykle chłodnym, szarym kolorze, cerę niezbyt opaloną. Wyglądała tak, jakby nigdy nie wyszła na światło dzienne, a pigment z jej skóry, włosów i oczu, został wyssany przez brak słońca. Na rękach miała rękawiczki w odcieniu swoich włosów. Trzymała w nich probówki z różnymi, kolorowymi substancjami, które najwyraźniej ze sobą porównywała. Wargę przygryzała nerwowo, jakby coś nie do końca jej pasowało. Reszta jej ubioru to czysty ideał, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Biała, idealnie prosta koszula w kolorze wiosennych chmur i czarny jak noc kitel. Do tego opinające jej zgrabne nogi, czarne rurki. Wyglądała, jak mroczniejsza wersja lekarki pracującej w laboratorium. Na końcu kamiennej sali, stała czerwonowłosa kobieta, o kocich, zielonych oczach. Przyglądała się w skupieniu swojemu odbiciu, znajdującemu się w szerokim lustrze o zardzewiałej, pozornie złotej ramie. Dwoma, zgrabnymi dłońmi, wiązała swój ciasny gorset, którego brązowe wstążki, wyjątkowo znajdywały się z przodu. Czarna spódnica opinała jej pośladki, które najwyraźniej chciały kogoś skusić. Była podejrzliwie idealna z figury, zupełnie, jakby jej ciało przeszło kilka operacji plastycznych. Ostatnią kobietą do układanki, była na około 30-letnia, wysoka osoba o kruczoczarnych, falujących, długich włosach. Oczy miała w kolorze ciemnego, nachmurzonego nieba. Trzeba było przyznać, że ze wszystkich, podejrzanie wyglądających członkiń zgromadzenia, ona wyglądała na najbardziej normalną. Co prawda ubiór jej był już trochę staroświecki - składał się z czarnej spódnicy z wysokim stanem, wiązanej u przodu wstążką  oraz białej, luźnej, przewiewnej bluzki - ale oprócz tego, nie było w niej nic niepokojącego. No, chyba, że wliczyć w to fakt, iż stała przy ogromnym kotle, przepełnionym zielonym, bulgoczącym płynem, przypominającym jakiś mocny kwas. Przy okazji z zupełnie bezwyrazową miną, szeptała magiczne rymowanki, pozbawione sensu. Szerokie mieszadło, które dzierżyła w dłoni, przypominało swoim wyglądem wiosło do łodzi. Machała nim w tą i z powrotem, próbując rozmieszać substancje do której co chwila dodawała coś nowego. Do tej pory pogrążona była w skupieniu, teraz jednak uśmiechnęła się triumfalnie.
     - Gotowe - powiedziała donośnie, na co reszta natychmiastowo zareagowała, pozostawiając wszystkie swoje dotychczasowe zajęcia. Cała czwórka zebrała się zgodnie wokół kotła i z minami znawców, przyglądnęła zawartości.
     - Nie wiem jak wy, ja widzę tu siebie i nowe zmarszczki na czole - mruknęła zawiedziona, czerwonowłosa kobieta, wyraźnie się chmurząc. Dłoń położyła na czole o którym przed chwilą wspominała - Chyba powinnam zwiększyć dawkę kremu upiększającego.
     - Ja widzę brud, który zalega za szafką, pająka w skrzyni z pergaminami  i Cecile, która zalewa stół winem - prychnęła białowłosa, spoglądając ze skrzywieniem na swoją rudą, zaniedbaną towarzyszkę, która zaś nie była wzruszona.
     - Głupoty - powiedziała głębokim, powolnym głosem Cecile - Widzę jakiegoś kretyna, który wpada na moje regały z książkami i niszczy moją ulubioną - mówiąc to, natychmiastowo podeszła do półki i ściągnęła z niej jedyny i niepowtarzalny egzemplarz "gotuj z wiedźmiami". Chciała go w jakiś sposób uratować.
     Czarnowłosa spojrzała po każdej i westchnęła ciężko, kierując swój wzrok ku sufitowi. Wyglądała na zniecierpliwioną i załamaną.
     - Idiotki - mruknęła pod nosem - Spójrzcie w ogół, nie w to, co dotyczy was.
     Cztery głowy ponownie skierowały się na gotujący kocioł.
     - A czy ogółem będzie demonica, która właśnie staje przed drzwiami naszej ciemnicy i zaczyna w nie pukać jak oszalała? - spytała białowłosa, unosząc brew do góry.
     Zanim którakolwiek zdołała otworzyć usta, stało się to, co przewidziała ich towarzyszka. Po pomieszczeniu rozległo się głośne pukanie.
     Czarnowłosa, całkowicie niezrażona obecną sytuacją, ponownie wbiła wzrok w kocioł.
     - Chodzi o łowców - burknęła - Łowców i la bonne fee.
     Reszta spojrzała na nią pytająco. Nie zdążyły jednak zadać jakiegokolwiek pytania. Drzwi otworzyły się z głośnym trzaskiem uderzając o ścianę. Do sali, niezrażona czynem, weszła wysoka i smukła, czarnowłosa demonica o szmaragdowych oczach. Wszystkie wiedziały kim była. Może i nie miały nigdy bezpośredniego kontaktu z dziewczyną, ale z ciekawości spoglądały nie raz w historię dziejów demonów, które splatały swoje losy z łowcami.
     - Czego chcesz, diabli pomiocie? - spytała agresywnie czerwonowłosa, krzywiąc się na jej widok.
     Nim nowo przybyła cokolwiek odpowiedziała, zeszła ze schodów i skierowała swoje powolne, irytujące kroki w stronę całego zgromadzenia. Kobiety instynktownie wycofały się do tyłu. W miejscu stała tylko czarnowłosa, nieprzejęta obecną sytuacją. Najwyraźniej podejrzewała jak potoczy się rozmowa i czego będzie dotyczyć. Swoje ręce złożyła na piersi. Spoglądając w znaną jej demonicę, nawet nie mrugnęła okiem.
     - Powinnyście wiedzieć o co mi chodzi - prychnęła nowo przybyła, opierając się z gracją o kocioł.      Na jej twarzy pojawił diabelski, choć krzywy uśmiech.
     - Nie sprzedajemy już viagry - powiedziała obojętnym tonem głosu białowłosa.
     - Ani nie robimy LSD na zamówienie - dodała Cecile, gładząc swoją uratowaną od zagłady księgę.
     Demonica przewróciła oczami.
     - Chcecie zrobić ze mnie idiotkę - odpowiedziała, wyraźnie się krzywiąc. Aby wzbudzić postrach, smagnęła swoimi czarnymi wstęgami, które wydały głośny trzask, gdy zderzyły się z podłogą. Widać było, że jest już zniecierpliwiona.
     Isabelle dobrze wiedziała czego od nich oczekuje i nie musiała wcale spoglądać w przyszłość, aby na to wpaść. Nawet gdyby nie chciały, ich los zawsze związany będzie z demonami.
     - Już tłumaczę - zaczęła fałszywie uroczym głosem demonica - Wy macie konflikt z la bonne fee, my mamy konflikt z łowcami - na chwilę przerwała, patrząc każdej prosto w oczy - O ile mi wiadomo z łowcami też nie miałyście zbyt dobrych kontaktów.
     - Taa - zaczęła czerwonowłosa, wyraźnie się chmurząc - Była kiedyś taka mała, pyskata blondynka z niebieskimi oczami, co nam niemowlaka do rytuału ukradła. Zrobiła tu taki burdel, że przez tydzień nie mogłyśmy się pozbierać - westchnęła.
     - Godne zemsty - szepnęła demonica, uśmiechając się szeroko - Wystarczy, że połączymy siły.
     Kobiety spojrzały po sobie znacząco, przez dłuższą chwilę milcząc. Pakt z demonami? To bardzo niebezpieczna opcja, której tylko szalone wiedźmy by się dopuściły. Te cieniste potwory były przebiegłe. Były w stanie je przechytrzyć, choć one też miały swoje tajne bronie. W końcu nie tylko demony używały magii.
     - Nie tak szybko - zaczęła powolnie czarnowłosa Isabelle, unosząc do góry dłoń - Najpierw porozmawiajmy, Gabrielle.
     Na ustach demonicy pojawił się diabelski uśmiech. Na wiedźmach nigdy się nie zawiodła.
***
     Bliźniaki. Dwójka dzieci, nie jedno. Podwójne szczęście, podwójny kłopot. Kiedy obydwoje, w raz z Nathielem nastawiliśmy się na jedno, nagle pojawiło się drugie. Poczułam się tak, jakbym wpadła po raz drugi w to samo bagno. Auvrey może mnie w przyszłości błagać, ale ja nie zamierzam urodzić mu więcej dzieci. Dwójka mi wystarczy. Stanowczo, nieodwołalnie.
     Siedzieliśmy obok siebie w milczeniu. Każde z nas miało inne myśli. Ja trzymałam w ręku herbatę, Nathiel kawę. Nie spojrzeliśmy na siebie odkąd tu przyszliśmy.
     Udało mi się przekonać lekarzy, że wszystko ze mną w porządku, a więc na własną odpowiedzialność wypuścili mnie ze szpitala jeszcze tego samego dnia. Nie miałam zamiaru męczyć się wśród białych, pustych ścian, leżąc bezczynnie i czekając, aż ktoś mnie odwiedzi. Po pierwsze nic mi nie dolegało - z wyjątkiem dwójki dzieci, pożerających moją energię potencjalną, co przecież nie jest żadnym objawem ciążowym u normalnych ludzi, po drugie moje siedzenie tam było bez sensu. Ciąża w ludzkiej sferze przebiegła pomyślnie, niczym nie powinnam się martwić. Z ironicznym uśmiechem mogłam przyznać, że choć jedna sprawa życiowa układała się dobrze.
     Nathiel nie chciał mi uwierzyć, gdy opowiedziałam mu o Gabrielle, starszej pani i dziwnych dziewczynach. Stwierdził, że to tylko głupi sen i nie powinnam mieszać rzeczywistości z fikcją. Nie chciałam o tym na razie myśleć. Jeżeli to prawda, z czasem wyjdzie na światło dzienne, oby jednak nie było za późno.
     - Jesteś głodny? - spytałam z cichym westchnięciem. Nie mogłam już wytrzymać ciszy, która opanowała kuchnię. Rzuciłam pierwszą lepszą myślą
     - Laura, nie przeszkadza mi, że to będą bliźniaki - powiedział natychmiastowo Nathiel, przyglądając mi się z powagą.
     Podniosłam się do góry i spojrzałam na niego z lekko uniesioną brwią.
     - Nie o to pytałam - odpowiedziałam chłodno.
     Chłopak przewrócił oczami.
     - Wiem, ale domyślam się, że cały czas o tym myślisz - dodał - Mi się nawet podoba myśl, że małych Auvreyów będzie więcej - mówiąc to, uśmiechnął się w uroczy, wręcz dziecinny sposób i wzruszył ramionami. Nie mogłam nie odwzajemnić jego radości, jednak była ona widoczna tylko na mojej twarzy. Nie raczyłam odpowiedzieć.
     Nie, nie przeszkadzała mi podwójna ilość dzieci w moim brzuchu. Byłam po prostu lekko zaskoczona, gdyż spodziewałam się po prostu chłopca lub dziewczynki. Teraz opcji mam więcej. Do tego oczywiście dochodzi niepokojąca przepowiednia starszej pani, która - podkreślam, mogła być częścią snu. Moja wyobraźnia nakazuje mi jednak nie lekceważyć jej przestrogi.
     Bez słowa, odprowadzona przez podejrzliwy wzrok Nathiela, ruszyłam w stronę kuchni. To, że on nie ma ochoty na spożywanie napojów czy też jedzenie, nie znaczy, że ja akurat nie mam. Z oddali wzywało mnie uzależnienie od herbaty. Przez cały dzień wypiłam tylko jedną, muszę to nadrobić.
     Kuchnia przywitała mnie standardowo stosem nieumytych naczyń po Nathielu. Przysięgam, jeszcze raz je tak zostawi, a zacznę straszyć go gąbkami do mycia po nocach.
     Podeszłam do szafki przy której musiałam stanąć na palcach i wyciągnęłam z niej pomarańczową herbatę, która jest ostatnio na pierwszym miejscu mojej herbacianej listy. Torebkę przepełnioną chemią, wrzuciłam do ulubionego, czerwonego kubka, a czajnik z wodą postawiłam na gaz. Wystarczyło tylko poczekać.
     Usiadłam przy stole, cicho ziewając. Dopiero teraz poczułam zmęczenie spowodowane dzisiejszym, zaskakująco dziwnym dniem. Nigdy tego nie robiłam, ale myślę, że czas wypróbować coś takiego jak popołudniowa drzemka.
     Podparłam się na stole i spojrzałam w stronę wejścia do kuchni, gdzie pojawił się Nathiel.
     - Co tam masz? - spytał, wskazując palcem na coś nieokreślonego, leżącego na stole.
     Odrobinę się zdziwiłam. Przecież jeszcze przed chwilą niczego tutaj nie było. A może to tylko moje zwidy? Być może za bardzo się zamyśliłam?
     Na środku stołu, obok mojej szklanki, leżał mały, okrągły słoik, przypominający ten od konfitur. Jego złota pokrywka, obwiązana była różową wstążką. W środku znajdowała się jakaś przeźroczysta ciecz. Zdziwiła mnie obecność tego dziwnego słoika. Przecież niczego takiego tutaj nie przytargałam ze sobą. Natychmiastowo chwyciłam go w dłonie i obejrzałam z każdej strony. Na tyle był certyfikat zgodności, podane miejsce wyprodukowania, ilość zażywania i krótki opis czemu służy, a mianowicie: ów środek miał zapobiec ciężkim, ciążowym dolegliwością. Przez chwilę przez myśl mi przeszło, że to Nathiel udaje przede mną idiotę i to on kupił to lekarstwo, ale sądząc po jego nachmurzonej minie, gdy siadał na przeciwko mnie, nie była to jego zdobycz. Jeszcze bardziej w tym przekonaniu, utwierdziła mnie mała karteczka, przyczepiona z przodu słoika. "Niech ci dobrze służy. Mad". Przez chwilę nie miałam pojęcia o co może chodzić, ale w końcu uświadomiłam sobie, że już gdzieś słyszałam ten imienny skrót. Ta osoba nawet mi się przedstawiła. Madlene Barrel. Dziewczyna, która przyniosła mnie do swego domu.
     Moje serce stanęło w miejscu. I nie, nie byłam zszokowana tym, że jakaś kompletnie obca dziewczyna podarowała mi lek. Byłam raczej zaskoczona tym, że to jednak nie był sen.