sobota, 20 września 2014

Rozdział 28 - "Dziecko, które pokochałam"

Dochodzę do wniosku, że to opowiadanie nie może być bardziej przewidywalne. Nie umiem zaskakiwać. Jestem łomem fabularnym. Nie liczcie na to, że coś was w tym opowiadaniu jeszcze zaskoczy XD. Chyba, że śmierć, bo śmierci będzie dużo. Naprawdę dużo.
Zapraszam na http://inni-niewinni.blogspot.com - opowiadanie, które piszę w raz z Orihime. Trochę romansu, niezwykłej szkoły, komedii i dramatu. Pusto tam trochę. Kij z tym, że tu też. Nie przeszkadza mi to! Piszę w większości dla siebie. Cieszę się, że w ogóle ktoś tu wpada! 
W ogóle... wtf? Minął już tydzień od ostatniego rozdziału? Not bad. 25-tego wyjeżdżam na stałe do Wrocławia. Moim celem jest znaleźć Nathiela, bo Soratha już znalazłam. Mam przeczucie, że znajdę go w tramwaju :o.
Teraz rozdziały wstawiam co tydzień, ale podczas studiów będę wstawiać je rzadziej!
***

     - Dlaczego?
     Nie czułam żalu, nie czułam bólu, nie czułam nienawiści, nie byłam załamana. Czułam się tak, jakbym zaledwie moment temu, usłyszała zwyczajnie: "Dziś na obiad będą ziemniaki", co przecież nie jest ani trochę zaskakujące dla przeciętnego dziecka, które praktycznie codziennie je je. Czułam pustkę jak w każdej sytuacji życiowej, która powinna mnie zaskoczyć, a tego nie zrobiła. A może tylko chciałam myśleć, że nie jestem zaskoczona? Może w głębi duszy ten fakt mnie zabolał?
     - Lauro - usłyszałam podłamany głos mojej matki.
     Matki? Kim ona tak naprawdę dla mnie była?
     - Przepraszam. Przepraszam, naprawdę! Nie miałam serca, żeby ci o tym powiedzieć! - mówiła przejętym głosem..
     Stałam, tulona przez nią, pełna dzikich, chaotycznych myśli. Nie wiedziałam co o tym sądzić, nie wiedziałam w tym momencie nic. Miałam ochotę po prostu położyć się do łóżka i zasnąć, zapominając o Margaret i o tym, czego się od niej dowiedziałam. Od niej, nie od mojej "matki".
     - Wytłumaczę ci wszystko - dodała spokojniejszym tonem głosu, odrywając się ode mnie i chwytając mnie za ramiona.
     Patrzyła na mnie smutnymi, załzawionymi oczami. Nie była moją matką? Jak to w ogóle możliwe? Może to po prostu jakiś wyjątkowo głupi, realistyczny sen? Tak, zaraz się obudzę, wejdę do kuchni, zrobię sobie na śniadanie tosty, pocałuję w policzek moją zaspaną matkę i spytam: "ja ci się spało?". W myślach równocześnie z nią odpowiem: "za krótko".
     Spojrzałam prosto w jej oczy. Nie były zielone. Oczy mojego ojca także nie były. Nikt w mojej całej, domniemanej rodzinie nie miał zielonych oczu i tak bladej cery jak ja. Przy spotkaniach rodzinnych wszyscy patrzyli na mnie z niekrytą nienawiścią i szeptali za moimi plecami. Oni wiedzieli. Tylko ja żyłam w nieświadomości, aż do dzisiejszego dnia.
     Joanne nie jest moją matką i nigdy nią nie była, ale... czy to coś zmieniało? Czy wygląda przez to inaczej, zachowuje się inaczej, nienawidzi mnie, przestaje traktować jak córkę? Nie. Nic się nie zmieniło. Całe życie była przy mnie. Karmiła mnie, ubierała, tuliła i pocieszała, chroniąc przed ojcem i całym złym światem. Dlaczego świadomość tego, że kto inny mnie urodził, miała zniszczyć całą więź, jaką do tej pory stworzyłyśmy? To była moja matka. Jedyna osoba, która przy mnie trwała i kochała mnie.
     - Usiądźmy - stwierdziła, już bardziej uspokojona.
     Czułam się jak robot, wykonujący tylko proste polecenia. Sztywnym krokiem podeszłam do stołu i usiadłam tuż obok matki. Czekałam. Czekałam na to, aż opowie mi o moim życiu. Czekałam, aż dowiem się, co stało się z moją rodzicielką i kim była lub wciąż jest. Dlaczego byłam u niej, a nie u osoby, która mnie urodziła? Dlaczego przez 17 lat nie dowiedziałam się jaka była prawda?
     - Jestem już prawie dorosła - słowa same popłynęły z moich ust. - Przyjęłabym tą wiadomość o wiele lepiej, gdybym nie dowiedziała się tego od Margaret, a od ciebie.
     - Wiem - odpowiedziała załamana Joanne. - Tyle lat przymierzałam się do tego, aby ci o tym powiedzieć, ale... nie potrafiłam. Dlaczego miałam psuć to, co pomiędzy nami jest?
     - Nie zepsułabyś - stwierdziłam sucho. - Pomimo świadomości, że to nie ty mnie urodziłaś, dalej bym cię kochała, bo to nie moja matka zajęła się mną i dała mi miłość, tylko ty. Jak mogłabym zacząć nienawidzić kogoś, kto był jedyną ważną w moim życiu osobą? - spytałam, pochylając się do przodu.
     Z oczu Joanne pociekły łzy.
     - Nienawidzisz mnie teraz? - spytała.
     - Kocham. Kocham, ale nie rozumiem. Pozwól mi zrozumieć - powiedziałam spokojnie.
     Joanne uśmiechnęła się delikatnie. Wiedziałam, że trochę ją tym uspokoiłam. Chwyciła za moje dłonie i mocno je ścisnęła, pochylając się ku mnie. Jakaś niewidzialna tama zaczęła we mnie pękać. Nie wiedziałam czy to ze wzruszenia, nie wiedziałam czy to dlatego, że w końcu doszedł do mnie ten nieprawdopodobny fakt. Nie czułam bólu, ani zawodu. Nie, to nie dramat filmowy w którym będę obwiniać swoją przyszywaną matkę o to, że nie powiedziała mi prawdy i obrażę się na nią do końca życia. Nie ucieknę do pokoju, nie zapłaczę w poduszkę nad swoim gorzkim losem. Nie, wcale nie zacznę jej nienawidzić, przecież mogła mieć swój własny powód. Ja sama nie wiem, jakbym postąpiła w takiej sytuacji. Może powiedzenie tego swojej wychowance, wcale nie jest takie proste? Może ją także to boli? Może chciała mnie chronić?
     - Miałam syna - usłyszałam.
     Kolejny fakt, który wgniótł mnie w siedzenie. A więc nie byłam jedyna.
     - Syna, która zmarł zaraz po porodzie - powiedziała, rozwiewając moje wątpliwości. -  Lekarze stwierdzili, że nigdy więcej nie będę mogła mieć dzieci.
     Zmarszczyłam czoło, przysłuchując się tej historii z uwagą. Chłonęłam każde jej słowo.
     - Byłam załamana. Mało nie popełniłam samobójstwa, a Edward wcale mi nie pomagał. Uznał mnie za bezużyteczną - kontynuowała.
     Ścisnęłam ją mocniej za dłonie, co najwyraźniej dodało jej otuchy.
     - Do tej pory nie wiem, jak się tam znalazłam, ale... - tu się uśmiechnęła - Trafiłam na oddział noworodków. Spoglądałam na wszystkie nowo narodzone dzieci, nie potrafiąc ukryć bólu. Wtedy usłyszałam rozmowę dwóch położnych. Mówiły o niesamowitej, nowo narodzonej dziewczynce, która nigdy nie płakała i spoglądała na wszystkich mądrym spojrzeniem znad zielonych oczu. Pielęgniarki bały się jej, bo uważały, że jest w niej coś dziwnego. Za każdym razem, gdy ktoś do niej podchodził, patrzyła na niego i nie spuszczała oczu, dopóki nie odszedł.
     Uniosłam brwi w zdziwieniu. Naprawdę siałam aż taki postrach na oddziale, będąc tylko małym noworodkiem? Moja wyobraźnia uśmiechała się do mnie krzywo. Może wyglądałam jak mały goblin albo troll? W takim razie moje pochodzenie jest jasne.
     - Na moment zapomniałam o swojej własnej rozpaczy. Przez szybę patrzyłam na zielonooką dziewczynkę, która rzeczywiście nie spuszczała ze mnie oczu. Położne mówiły, że leży tutaj już długi czas. Jej matka uciekła ze szpitala, tuż po porodzie, zostawiając ją na pastwę losu. Ponoć była młodą dziewczyną, nie była jeszcze pełnoletnia - mówiąc to, spojrzała na mnie niepewnie, zupełnie, jakby wyczekiwała mojej reakcji na wiadomość o mojej rodzicielce.
     A więc była jakąś nastolatką, która najwyraźniej zaszalała na imprezie i musiała nosić mnie przez 9 miesięcy w brzuchu. Pewnie gdy mnie zostawiła, nawet nie obejrzała się do tyłu. Miała mnie daleko w poważaniu.
     Westchnęłam cicho. Na szczęście ani trochę mnie ten fakt nie ruszył.
     - Jedna z pielęgniarek powiedziała, że niedługo, jeżeli nikt się po nią nie wstawi, będą musieli oddać ją do domu dziecka. Wszelkie informacje o jakiejkolwiek jej rodzinie zaginęły. Nie było znane nawet imię i nazwisko jej matki. Jedyną rzeczą, jaka była wiadoma, to to, że ma na imię Laura - powiedziała, uśmiechając się lekko w moją stronę. - Gdy miałam stamtąd odejść, na twojej niemowlęcej twarzyczce dostrzegłam uśmiech. Ten uśmiech sprawił, że zyskałam chęć do życia. Zaczęłam walczyć wszystkimi siłami o to, abyś trafiła do naszego domu, jako adoptowana przeze mnie córka.
     Poczułam, że w moich oczach zbierają się łzy. Jak mogłam jej nienawidzić? Gdyby nie ona, znalazłabym się w domu dziecka, a tam, kto wie, może moja przyszłość byłaby gorsza. Może trafiłabym do okrutnej rodziny zastępczej, gdzie pomiatano by mną i traktowano jak najgorszą istotę na ziemi, może do dziś siedziałabym w domu dziecka i była najbardziej problemową osobą na świecie? Kto wie, jakby było? Cieszyłam się tym, co miałam.
     - Dziękuję - szepnęłam, na co moja matka natychmiastowo zalała się łzami.
     Podałam jej chusteczki, stojące na komodzie. Sama byłam wzruszona, ale nie aż tak bardzo, aby płakać. Ostatnimi czasy za często to robiłam. Muszę przystopować.
     Zapatrzyłam się w sufit. Wciąż zastanawiała mnie jedna rzecz. Kim była moja rodzicielka i dlaczego uciekła, zostawiając mnie na pastwę losu? Czy to naprawdę młodzieńcza głupota, czy jakiś zupełnie inny powód? Może było to związane z moimi dziwnymi zdolnościami?
     Spojrzałam na Joanne, otwierając buzię. Najwyraźniej wiedziała o co chcę spytać.
     - Nigdy nie spotkałam twojej matki. Dostałam jednak od niej list.
     Zdziwiłam się.
     - Był krótki i zawierał jedynie podziękowania. Nie podpisała się nawet własnym imieniem, a słowem: matka - westchnęła, ocierając łzy wierzchem dłoni.
     Kiwnęłam głową. Choć bardzo kusiło mnie, aby dowiedzieć się więcej, na tym właśnie zaprzestałam. Nie obchodziła mnie osoba, która mnie zostawiła. Dlaczego mam się nią interesować, skoro ona nie poświęciła mi ani odrobiny swojej uwagi i miłości? Jeden, głupi list z podziękowaniami to tak naprawdę nic. Nic. Gdyby miała odwagę, stanęłaby w drzwiach naszego domu i podziękowała osobiście. Była tchórzem i... chyba już wiem, skąd u mnie ta niewdzięczna cecha. A ojciec? Co z nim? Był wtedy nastolatkiem, tak jak moja matka? Obydwoje byli zwyczajnymi ludźmi? Łączyła ich miłość czy jednorazowa przygoda?
     Potrząsnęłam gwałtownie głową. Nie powinnam o tym myśleć. Muszę żyć dniem dzisiejszym, a nie odległą przeszłością, która nie sięgała nawet moich narodzin. Skoro zostałam porzucona, musiał być ku temu jakiś powód. Nie chcę go znać. Nie dziś, nie teraz.

sobota, 13 września 2014

Rozdział 27 - "Dzień, który zmienił moje życie"

Myślę, ze to nie będzie zbytnio zaskakujący rozdział. Motyw powtarzający się do bólu w książkach. Rozdział znowuż krótki jak cholera, tak jak i następny, za to 29-tym się odwdzięczę.
Droga Miko, drodzy czytelnicy! Laura nie jest zakochana w Nathielu, a więc nie ma powodu denerwowania się na nią. Nie ma czego przed sobą ukryć. Na razie to faza przywiązania i przyjaźni.
Mam niesamowicie wielkie zaległości w czytaniu opowiadań i blogów... tak to jest, jak człowiek wciąż gdzieś jeździ. Do 25-tego mam spokój. Będzie dobrze.
***

  Z nachmurzoną i niepocieszoną miną, sięgałam widelcem po kolejnego, rozgotowanego ziemniaka. Ciotka Margaret zdążyła już ponarzekać na całokształt obiadu, zaczynając od nieposolonego kotleta i wcale nie kończąc na rozpadających się ziemniakach. Owszem, zgodzę się, moja matka nigdy nie była mistrzynią gotowania, ale o ile mi wiadomo, Margaret sama świetnie nie gotowała. Ciekawiło mnie, jakby wyglądał obiad zrobiony przez nią. Pewnie byłaby to sucha fasola i codzienny pokarm składający się z jej cudownych pouczeń na temat życia, psujących psychikę najtwardszego człowieka. Słowo daję, nawet ja, po tygodniu spędzonym z Margaret, miałam ochotę pójść i zakopać się żywcem w lesie. Nie zostawiłabym jednak mamy, która wcale nie była w lepszym stanie psychicznym, niż ja. Siedziała załamana nad talerzem obiadu, a sińce pod jej oczami zdradzały nieprzespane noce. Jeżeli istniał jakiś gorszy, niż Margaret demon to muszę mu złożyć gratulacje. Nikt nie mógł być bardziej zły, niż ona.
     Demon. Nie mogłam uwolnić myśli od faktu, że nie tak całkiem dawno temu, zobaczyłam w jej oczach szmaragdowy błysk. Wciąż szukałam na to jakiejś bezpiecznej odpowiedzi. Być może mi się przywidziało, w końcu w pokoju było dosyć ciemno. Jest jeszcze inne rozwiązanie. Może od nadmiaru demonicznych historii, widzę wszędzie demony.
     Bezszelestnie wstałam od stołu i zaniosłam swój talerz do kuchni. Dzisiaj tak bardzo nie miałam ochoty na jedzenie. Obecność Margaret zabierała mi nawet apetyt.
     - A ty gdzie? - usłyszałam za sobą ochrypły głos.
     - Dziękuję, już się najadłam - odpowiedziałam sztywno, nie patrząc w tył.
     - Czy nie mówiłam? Nie ma Edwarda, nie ma twardej ręki. Nie umiałaś nawet wychować córki.
     Przystanęłam w progu kuchni, ściskając ze złości talerz. Miałam wrażenie, że jeszcze moment i pęknie, tak samo jak ja w środku.
     - Margaret - odezwała się moja matka.
     Zdziwił mnie jej poważny, ale i twardy ton głosu.
     - Wychowałam córkę najlepiej, jak umiałam. Laura jest silną, mądrą i odpowiedzialną osobą. Nie mogłam sobie wyśnić lepszej córki - kontynuowała mama. - Obydwie świetnie sobie radzimy i nie potrzebujemy żadnej, silnej ręki, szczególnie twojej.
     Odwróciłam się w stronę stołu i spojrzałam zdziwiona na moją rodzicielkę. Pierwszy raz postawiła się ciotce. Byłam z niej niesamowicie dumna, choć... podejrzewałam, że nie był to zbyt dobry ruch w stronę Margaret.
     - Proszę cię, abyś się stąd wyniosła - zakończyła swoją wypowiedź, wstając od stołu.
     Uśmiechnęłam się w jej stronę. Tak trzymać, mamo! Tak trzymać!
     Margaret o dziwo milczała. Wciąż siedziała przy stole, mierząc moją matkę morderczym spojrzeniem. Jej twarz stawała się coraz bardziej purpurowa, a grube palce wystukiwały nerwowy rytm o drewniany kant stołu. Gdy już myślałam, że ciotka wybuchnie złością, ona zaśmiała się tylko kpiąco.
     - Wiedziałam. Wiedziałam - powtarzała pod nosem. - Mój biedny brat musiał użerać się tyle lat z takimi idiotkami. Nie dziwię się, że w końcu nie wytrzymał. Tak bardzo mi go szkoda.
     Tym razem to ja włączyłam się do walki.
     - Ojciec? - prychnęłam. - Ojciec był najgorszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam. Znęcał się nad nami i psychicznie i fizycznie. Bił moją mamę - powiedziałam, zaciskając z nerwów wolną pięść.
     - I jak widać to nic nie pomogło - powiedziała Margaret, zanosząc się swoim okrutnym śmiechem.
     Nim zdążyłam odłożyć talerz, pękł w mojej ręce. Jego kawałki rozsypały się po podłodze, stwarzając pewne zagrożenie dla moich stóp. Nie przejmowałam się tym jednak. Moja matka patrzyła na mnie zszokowana. Dlaczego? Czy to moja wina, że talerz pękł?
     Spojrzałam na swoją dłoń. Rzeczywiście. Ja nawet go nie ścisnęłam. Po prostu trzymałam go w ręce. Otworzyłam buzię, nie wiedząc, co powiedzieć, opanował mnie nagły strach. Czy moje dziwne zdolności powróciły?
     - Oczy płoną ci jak u jakiegoś potwora - powiedziała z obrzydzeniem Margaret. - Edward się nie pomylił.
     - Mam dosyć twojej dyktatury! - wykrzyknęłam.
     Okno będące w kuchni, otworzyło się z głuchym trzaskiem. Wiatr opanował całe pomieszczenie. Rozwiewał moje włosy na wszystkie strony. Nie miałam jednak czasu na myślenie o tym, co się stało.
     Nim się obejrzałam, moja matka podleciała do okna i zamknęła je szczelnie.
     - Przeklęty przeciąg - przeklęła pod nosem.
     Margaret wstała od stołu i powolnym krokiem zaczęła iść w moją stronę. Obrzydliwie kpiący uśmiech wciąż nie zniknął z jej twarzy. Miałam jej dosyć, serdecznie dosyć.
     - Zawsze uważałam, że osoby z zielonymi oczami pochodzą od samego diabła. Dzieci w szkole się nie myliły, podobnie jak twój ojciec - mówiła powoli, iście denerwującym głosem. - Jesteś córką samego diabła.
     Przymknęłam na moment oczy, biorąc głęboki wdech. Powinnam się opanować. Nie chcę, aby było tak, jak za czasów mojej podstawówki. Nie chcę przerazić mojej matki. Jestem człowiekiem, tylko i wyłącznie człowiekiem.
     - Co ty możesz wiedzieć, stara wiedźmo? - syknęłam przez zęby, próbując się opanować.
     Matka położyła delikatnie dłoń na moim ramieniu. Poczułam, jak wszystkie negatywne uczucia ze mnie odpływają. Zupełnie jakby za pomocą jakiejś uspokajającej magii, zabierała wszystkie moje nerwy i zmartwienia. Uspokoiłam się.
     - Proszę cię, Margaret, przestań. Nie musisz poczuwać się do obowiązku pilnowania nas. Edward odszedł, a my świetnie sobie radzimy bez niego - powiedziała kojącym głosem matka.
     - Świetnie?! - wybuchła ciotka. - Świetnie?! Ty od zawsze miałaś namieszane w głowie, Joanne! Twoja chora wyobraźnia i chęć przeżycia głupich przygód, doprowadziła do tego, że adoptowałaś jakiegoś bękarta! - wykrzyknęła tak głośno, że dom aż zatrząsł się pod wpływem jej głosu.
     Spojrzałam zdziwiona w stronę ciotki, następnie przenosząc wzrok na moją przerażoną matkę. Adoptowany bękart? Ja? To jakaś chora pomyłka. Chciała mnie tym urazić?
     - Margaret! - wykrzyknęła bezradnie matka.
     - Och, czyżby twoja córeczka nie wiedziała, że nie jesteś jej prawdziwą matką? - spytała triumfalnie ciotka. - Dlatego właśnie Edward tak bardzo jej nienawidził.
     Dłoń matki, zacisnęła się na moim ramieniu.
     Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Spojrzałam w twarz mojej matki. Mamo, dlaczego nie zaprzeczysz? To nie jest prawda. Przecież mam twoje rysy, twój uśmiech, tak świetnie się dogadujemy! Jak mogłabym nie być twoją córką? Przecież byś mi o tym powiedziała, prawda?
     Im dłużej nie dostawałam odpowiedzi, tym bardziej zaczynałam się pogrążać w jakiejś niewidzialnej otchłani niezrozumienia.
     - Mamo? - spytałam cichym, wręcz dziecięcym głosem, który zdarzało mi się używać, gdy czułam się niepewnie jako małe dziecko.
     Nie spojrzała na mnie. Puściła moje ramię i spojrzała w stronę Margaret najchłodniejszym spojrzeniem, jakie w życiu widziałam. Nie wyglądała teraz jak moja matka.
     - Wynoś się stąd - warknęła. - Nie chcę cię tu więcej widzieć! - poprawiła, wrzeszcząc na cały dom.
     Sama Margaret musiała przerazić się jej głosu, sądząc po jej zdziwionej minie. Trochę czasu minęło, zanim odzyskała władzę w nogach i umyśle, ale gdy już to nastąpiło, prychnęła głośno i mówiąc ciche: jeszcze tego pożałujesz - wyszła z trzaskiem z naszego domu. Nie poczułam się ani odrobinę lepiej.
     Długi czas milczałyśmy. Bałam się zadać jej jakiekolwiek pytanie. Dziś, pokazała przede mną twarz, jakiej nigdy nie widziałam. Całkiem obcą twarz. A jeżeli to naprawdę nie moja matka?
     Spojrzałam na nią niepewnie. Złagodniała. Widząc moje spojrzenie, od razu przytuliła mnie do siebie. Płakała.
     - Mamo? - spytałam jeszcze raz, tym samym, dziecięcym głosem, co wcześniej. - To prawda?
     Długo nie dostawałam odpowiedzi. Tkwiłyśmy w przytłaczającej ciszy, która była dla mnie całą wiecznością. W końcu jednak usłyszałam coś, czego w życiu nie chciałoby usłyszeć żadne dziecko po 17 latach życia w kłamstwie:
     - Tak, to prawda.

piątek, 5 września 2014

Rozdział 26 - "Margaret"

Zastanawiałam się czy tego rozdziału nie wstawić trochę później, ale jutro wyjeżdżam do dziewczyn, więc trochu by mnie nie było. Rozdział krótki, tak jak i następny, który będzie. Nie są też zbytnio ciekawe, mało śmieszne, prędzej wzbudzające nienawiść. 
To już tydzień, jak nie mogę zabrać się za kontynuowanie rozdziału 30-stego. A to dlatego, że to wszystko takie przygnębiające, a kiedy sama nie  jestem przygnębiona to trudno mi pisać dramaty.
Ostatnio zajmuję się rozpisywaniem prequela "W cieniu nocy". Pokochałam to opowiadanie. Trochę więcej o samej organizacji, trochę więcej miłości, demonów. Jupi. Już przestaję D: za dużo piszę.
***

     Stałam na baczność na środku kuchni, wsłuchując się w niesamowicie denerwujące stukanie obcasów o kafelki. Moja matka stała tuż obok mnie. Z każdą sekundą zdawało mi się, że robi się coraz bledsza. Jej mina była przerażona, co nie ułatwiało mi bycia spokojną. Sama zaczęłam się denerwować. Zacisnęłam pięści, przyglądając się niezmienionej od lat twarzy starej wiedźmy. Tak bardzo przypominała jej brata. Chłodne spojrzenie ciemnych oczu, usta układające się w drwiący uśmiech i wielka brodawka na środku nosa. Całość dopełniał jej surowy, szary strój, składający się z eleganckiego żakietu i długiej do kostek spódnicy. Ohydne, czarne buty w żaden sposób nie pasowały do całości, tak samo jak wielkość jej kombinezonu do tuszy.
     Skrzywiłam się, gdy skierowała pogardliwe spojrzenie w stronę mojej matki. Nie podobało jej się tu. Nic jej się nie podobało. Dom, kuchnia, mama, ja, całokształt, wszystko. Każdy jej krok zdawał się mieć w sobie tyle nienawiści, ile miał w sobie mój świętej pamięci ojciec, gdy bił moją matkę. Margaret była taka sama, identyczna. Pełna dumy, nienawiści, brutalności i zła. Jej widok przyprawiał mnie o ciarki. Błagałam Szatana o to, aby zabrał ją do siebie i wrzucił do grubego kotła, gdzie nigdy więcej nie będzie zatruwała nikomu życia. Podejrzewałam jednak, że gdyby się tam znalazła, to ona siała by zamęt, a nie diabły ją otaczające.
     Dlaczego tutaj była? Co ją tu przyniosło? Czy naprawdę nie miała nic do roboty? Nie mogła zostawić nas w spokoju? Ojca już nie było, jej też nie powinno tutaj być. Co jeszcze miała do powiedzenia? Co miała do zrobienia?
     - Joanne - usłyszałam jej gruby, niemalże męski głos, kierowany w stronę mojej mamy. - Nic się nie zmieniłaś - stwierdziła oschle. - Dalej masz oczy pełne iskierek wyobraźni. Wciąż tworzysz te durne powieści? - prychnęła. - I tak nic ci nie dadzą.
     Zacisnęłam pięść, próbując powstrzymać się od niemiłych słów. Matka milczała, wpatrując się w twarz Margaret przerażona.
     Nim się obejrzałam, ciotka przeniosła swoje chłodne spojrzenie na mnie. Zrobiła krok w moją stronę. Stała teraz na przeciwko mnie. Na szczęście byłam od niej wyższa. Nie czułam, że nad nią dominuje, ale nie czułam też tego, że to ona nade mną zdominowała. Byłam gdzieś po środku.
     - Jest i nasz aniołek - zakpiła.
     Uniosła gwałtownie mój podbródek do góry.
     - Wyrosłaś, dziewczyno - powiedziała, wymuszając uśmiech, który wyglądał nadzwyczaj ohydnie. - Matka niezbyt dobrze cię karmi. Jesteś bladą, kupą kości. A te twoje oczy... takie wulgarne.
     Mama spojrzała w moją stronę błagalnie. Wiedziała, że mam niesamowitą chęć odezwać się i odpyskować ciotce. Właśnie przed tym mnie przestrzegała. Na jej życzenie milczałam, nie mogłam jednak powstrzymać się od tego, by spojrzeć na nią jednym z moich chłodnych spojrzeń.
     Margaret puściła mnie i odeszła kilka kroków dalej. Zaczęła krążyć po kuchni, przyglądając się najdrobniejszym drobinką kurzu, po których przejeżdżała palcem. Co rusz kiwała głową z niezadowoleniem.
     - Gdyby Edward dalej żył... - zaczęła iście dramatycznym tonem głosu. - Wszystko byłoby w porządku. Tymczasem żyjecie jak w niebie, beztrosko, bez żadnej twardej ręki - mówiąc to, okrążyła stół.
     Oparłszy się o jedno z krzeseł, spojrzała na nas z wrednym uśmiechem i powiedziała to, czego żadna z nas nie chciała usłyszeć, a czego niestety się spodziewałyśmy:
     - Dlatego tu jestem. Zajmę się wami.
     Westchnęłam cicho tak, aby nie było mnie słychać. Moja mama wyraźnie spanikowała.
     - Margaret, przysięgam, naprawdę świetnie sobie radzimy same - powiedziała niepewnym głosem. - Nie potrzebujemy niańki.
     Bała się reakcji ciotki. Doskonale o tym wiedziałam. Była w końcu postrachem całej rodziny. Mnie może i nie przerażała, ale za to wzbudzała we mnie nienawiść. Była okropną jędzą. Wiedziałam, że jeśli zostanie tu na dłużej, nasze życie zamieni się w piekło.
     - Milcz! - wrzasnęła ciotka, od czego nawet ja podskoczyłam do góry.
     Miarka się przebrała.
     - Nie podnoś głosu na moją matkę - warknęłam, wbijając w nią swoje zirytowane spojrzenie.
     Margaret podeszła do mnie szybciej, niż sądziłam i chwyciła mnie ponownie za podbródek, wbijając w niego swoje ohydnie długie, sztuczne paznokcie.
     - Twój ojciec się nie mylił - powiedziała groźnie. - Niewychowana, mała diablica. Masz coś jeszcze do powiedzenia?
     Wyrwałam się z jej morderczego uścisku i wskazałam dłonią na drzwi.
     - Tak. Wynoś się stąd - odparłam krótko, ale stanowczo.
     - Laura! - wykrzyknęła moja mama, spoglądając na mnie przerażonym wzrokiem.
     Tak, wiem, miałam zachować względny spokój, miałam zachowywać się obojętnie, ale... po prostu nie mogłam. Gdy byłam mała, bez słowa patrzyłam jak moja matka cierpi i nie mogłam w żaden sposób jej pomóc. Dziś znałam swoją siłę i wartość. Nigdy więcej na to nie pozwolę.
     Margaret wyprostowała się, początkowo zdziwiona moją stanowczością. Jej mina zmieniła się jednak na bardziej szatańską. Była cierpliwa. Cholernie cierpliwa i gorsza, niż nie jeden demon w Królestwie Nocy. Mogłam się o to założyć. Nawet Nathiel ze swoją niewyparzoną gębą, nie wygrałby z nią. Była za twarda.
     - Nie obchodzi mnie twoje zdanie, bękarcie - odpowiedziała, przeciągając każde słowo tak, aby miało w sobie jak najwięcej straszliwego jadu.
     Od tego właśnie dnia, pamiętnej, letniej soboty, moje życie zaczęło ulegać złym zmianom. Moja cierpliwość była wystawiana na ciężką i trudną próbę. Musiałam bronić siebie, bronić matki i naszego życia. Nie była to rzecz łatwa, szczególnie gdy miało się w rodzinie kogoś takiego jak Margaret, ale musiałam próbować. Próbować przetrwać.
***
     - Sytuacja jest naprawdę krytyczna.
     Leżąc na łóżku, spoglądałam w sufit z niepocieszoną miną. Telefon, który miałam przy uchu, ciążył mi jak nigdy wcześniej. Byłam zmęczona, zniechęcona i nie miałam zupełnie na nic siły. Tylko Amy mogła mnie w tej sytuacji zrozumieć.
     - To cholerne babsko niszczy nam życie! - niemalże krzyknęłam do telefonu. - Wchodzi rano do kuchni i zaczyna się drzeć: "dlaczego wciąż nie ma śniadania?!" No to jej tłumaczymy, że zawsze jemy je osobno, ze względu na brak czasu i inne gusta kulinarne, a o ona co? "Nie obchodzi mnie to, będziemy jeść razem i to właśnie TY masz przyrządzać śniadanie!". Myślałam, że wstanę od stołu i wydrapię jej oczy! Gorszego babska w życiu nie widziałam!
     Usłyszałam cichy, dźwięczny śmiech, płynący ze słuchawki telefonu. Zmarszczyłam czoło, nie wiedząc co takiego rozbawiło moją przyjaciółkę.
     - Co cię tak śmieszy? - spytałam oburzona.
     - Widzisz, kochana Lauro, bardzo się zmieniłaś - powiedziała rozbawionym tonem głosu.
     Uniosłam do góry brew, nie wiedząc o co jej chodzi.
     - Co? - spytałam cicho.
     - Odkąd zadajesz się z Nathielem, zrobiłaś się taka energiczna! - wykrzyknęła uradowana. - I bardziej weselsza!
     Prychnęłam głośno, wprost do telefonu.
     - Weselsza? Amy, błagam, z tym babskiem nie da się być wesołym - odpowiedziałam.
     Coś mi jednak podpowiadało, że ma racje. Jakaś cząstka mnie uśmiechnęła się na dźwięk imienia "Nathiel". Inna cząstka nawet za nim tęskniła, w końcu dawno się nie widzieliśmy, jednak rdzeń mojej duszy krzyczał na cały dom: "nie rób sobie jaj! To tylko Nathiel!".
     Nachmurzyłam się. Dlaczego moje myśli tak często zajmował teraz mój zielonooki towarzysz? Nic do niego przecież nie czułam. Ani serce mi szybciej nie biło, ani myśli nie wytwarzały romantycznych scen, nawet ręka nie wyrywała się do telefonowania do jego osoby. Więc co to w takim razie było?
     - To miłość, Laura, to miłość! - wykrzyknęła uszczęśliwiona Amy do telefonu.
     Zaczęłam się śmiać.
     - Nie żartuj sobie, proszę cię. Ja i Nathiel to wizja, która się nie spełni. Jest cholernie irytującym gościem z którym nie przeżyłabym pełnych 24 godzin, nie żrąc się i nie wyzywając - powiedziałam oburzona.
     Zapragnęłam szybko zmienić ten niebezpieczny temat.
     - Lepiej mów, jak z Sorathielem.
     Amy przez dłuższą chwilę milczała, co było dla mnie w najwyższym stopniu podejrzane. Bingo. Przynajmniej zmieniłam temat.
     - Noo, bo my... - zaczęła niepewnym głosem moja przyjaciółka.
     Wiedziałam, że trafiłam w sedno.
     - My... no, między nami jest dobrze, wiesz? I... Ja... ja i Sorathiel jesteśmy... - ostatnie słowo wypowiedziała tak cicho, że mogłam tylko domyślać się sensu jej słów.
     - Parą?! - wykrzyknęłam do telefonu.
     W jakiś sposób ten fakt mnie zaskoczył.
     - Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? - spytałam, już bardziej uspokojona.
     - Bo... bo nie chciałam ci przeszkadzać i... wstydziłam się - powiedziała cicho i nieśmiało Amy.
     Już coś miałam powiedzieć, gdy do mojego pokoju z głośnym trzaskiem wpadł nieproszony gość.
     - Poczekaj chwilę - szepnęłam do telefonu, przenosząc się do pozycji siedzącej.
     Spojrzałam na moją ciotkę bez wyrazu. Nie spodziewałam się, że zacznie mi wyrywać telefon z ręki. Siłowałam się z nią, nie chcąc dać za wygraną. O co jej znowu chodziło? Za późno rozmawiałam? Było dopiero po 22. Zawsze chodziłam spać po północy.
     - Co ty jeszcze robisz, wstrętna dziewucho?! - wykrzyknęła władczo Margaret. - Już cisza nocna, kładź się spać!
     Gdy wyrwała mi telefon z ręki i rozłączyła rozmowę z Amy, spojrzałam na nią spode łba.
     - Nie będziesz mi rozkazywać. Od tego mam matkę - warknęłam.
     - Matkę! - wykrzyknęła groźnie ciotka. - Beznadziejną matkę, która nawet palcem nie ruszy, aby wychować cię jak porządnego człowieka!
     - Jestem, kim jestem i nic ci do tego! - wykrzyknęłam walecznie.
     Zdecydowanie nikt nie ma prawa do obrażania mojej rodzicielki. Rodzicielki, która oddała mi całe swoje serce i życie. Matki, która opiekowała się mną i zawsze pocieszała, gdy inni byli przeciwko mnie, chroniła kosztem własnego zdrowia i życia! Jak ktokolwiek śmiał ją obrażać?
     Margaret pochyliła się nade mną i chwyciła mnie za bluzkę, ciągnąc do góry. Już miałam się odezwać, gdy nagle spostrzegłam w jej oczach coś, co mnie przeraziło. Jej oczy nie były ciemne jak zawsze. One płonęły szmaragdowym, dobrze znanym mi blaskiem. A może to tylko przywidzenia?