sobota, 20 września 2014

Rozdział 28 - "Dziecko, które pokochałam"

Dochodzę do wniosku, że to opowiadanie nie może być bardziej przewidywalne. Nie umiem zaskakiwać. Jestem łomem fabularnym. Nie liczcie na to, że coś was w tym opowiadaniu jeszcze zaskoczy XD. Chyba że śmierć.
25-tego wyjeżdżam na stałe do Wrocławia. Moim celem jest znaleźć Nathiela, bo Soratha już znalazłam. Teraz rozdziały wstawiam co tydzień, ale podczas studiów będę wstawiać je rzadziej!

POPRAWIONE [18.03.2018]
***
– Dlaczego?
Nie czułam żalu. Nie czułam bólu. Nie czułam nienawiści. Nie czułam tak naprawdę niczego. To tak, jakbym zaledwie chwilę temu usłyszała zwyczajne: „Dziś na obiad będą ziemniaki”, co przecież nie było ani trochę zaskakujące dla przeciętnego dziecka, które praktycznie codziennie je spożywa. Czułam pustkę jak w każdej sytuacji życiowej, która powinna mnie zaskoczyć, a tego nie zrobiła. A może tylko chciałam myśleć, że nie jestem zaskoczona? Może w głębi duszy ten fakt tak mnie przeraził, że moje mój umysł przepalił wszystkie kolorowe kable prowadzące do odrębnych uczuć? Może chwilę temu, gdzieś w mojej głowie, wyświetlił się wielki czerwony napis „Error”, który wprowadził mózg w tryb ewakuacyjnej obojętności?
– Lauro – usłyszałam podłamany głos mojej mamy.
Mamy? Kim ona tak naprawdę dla mnie była, jeżeli nie nią? Jak się teraz miałam do niej zwracać? Po imieniu?
– Przepraszam. Przepraszam, naprawdę! Nie miałam serca, żeby ci o tym powiedzieć – mówiła przejętym głosem. Była gdzieś na granicy płaczu, którego nie potrafiłam zrozumieć. To ja teraz powinnam płakać, nie ona. Joanne przynajmniej znała prawdę.
Nie wiedziałam, co o tym sądzić. Miałam ochotę odsunąć od siebie kobietę, która mnie do siebie tuliła i bez słowa wdrapać się po schodach, które zaprowadzą mnie do mojej ciemnicy. Potem po prostu położyć się do łóżka i zasnąć, zapominając o Margaret i o tym, czego się od niej dowiedziałam. Od niej, nie od mojej „mamy”.
Joanne nie była moją matką. Może to po prostu jakiś wyjątkowo głupi, ale realistyczny sen? Tak, na pewno, zaraz się obudzę, wejdę do kuchni, zrobię sobie na śniadanie osławione, lekko przypalone tosty, pocałuję w policzek moją zaspaną mamę i spytam: „Jak ci się spało?”. W myślach równocześnie z nią odpowiem: „Zdecydowanie za krótko”.
– Wytłumaczę ci wszystko, dobrze? – dodała spokojniej, odrywając się ode mnie i chwytając mnie za ramiona, zupełnie jakby przewidziała, że zechcę stąd uciec. Patrzyła na mnie smutno, szukając w moich pustych, nieporuszonych emocjami oczach zgody.
Spojrzałam prosto w jej tęczówki. Nie były zielone, podobnie jak u mojego ojca. Nikt w mojej całej domniemanej rodzinie nie miał tak intensywnie zielonych oczu i tak bladej cery, jak ja. Na spotkaniach rodzinnych wszyscy patrzyli na mnie jak na dziwadło, które nie pasuje do reszty, i szeptali za moimi plecami. Oni wiedzieli. Tylko ja żyłam w nieświadomości, aż do dziś.
Joanne nie jest i nigdy nie była moją matką, ale... czy to coś zmieniało? Czy wyglądała przez to inaczej? Zachowywała się inaczej? Nagle mnie znienawidziła i przestała traktować jak córkę? Nie. Zupełnie nic się nie zmieniło, poza moją świadomością. Joanne całe życie przy mnie stała. Karmiła, ubierała, tuliła i pocieszała, chroniąc przed ojcem i całym złym światem. Dlaczego świadomość tego, że kto inny mnie urodził, miała zniszczyć całą więź, jaką do tej pory stworzyłyśmy? To była moja matka. Jedyna osoba, która kochała mnie i nic w zamian za to nie oczekiwała.
– Usiądźmy – powiedziała w końcu, kiedy moje milczenie się przedłużało.
Czułam się jak robot wykonujący tylko proste polecenia, które zostały zakodowane w jego elektronicznej podświadomości.
Sztywnym krokiem podeszłam do stołu i usiadłam na krześle tuż obok niej. Czekałam. Czekałam na to, aż opowie mi o tej części mojego życia, której jeszcze nie znałam. Czekałam, aż dowiem się, co stało się z moją rodzicielką. Dlaczego znalazłam się w domu Joanne, a nie u osoby, która mnie urodziła. Dlaczego przez siedemnaście lat nie dowiedziałam się, że jestem bękartem, sierotą, przybłędą, której Edward Collins nie był w stanie zaakceptować.
– Jestem już prawie dorosła – słowa nagle same popłynęły z moich ust, nie miałam nad nimi kontroli. – Przyjęłabym tę wiadomość o wiele lepiej, gdybym nie dowiedziała się tego od Margaret, a od ciebie.
– Wiem – odpowiedziała załamana. Pochyliła się nade mną, chwyciła za moje dłonie i mocno je ścisnęła. Jej uścisk wydawał się być dla mnie równocześnie znajomy i obcy. – Tyle lat przymierzałam się do tego, aby ci o tym powiedzieć, ale... nie potrafiłam. Dlaczego miałam psuć to, co pomiędzy nami jest?
– Nie zepsułabyś – stwierdziłam sucho, delikatnie wyswobadzając się z jej uścisku. – Pomimo świadomości, że to nie ty mnie urodziłaś, dalej bym cię kochała, bo to nie moja matka się mną zajęła i obdarzyła miłością, tylko ty. Jak mogłabym zacząć nienawidzić kogoś, kto był i prawdopodobnie będzie jedyną ważną w moim życiu osobą?
Po policzkach Joanne spłynęły łzy. Jej cienkie usta ułożyły się w odwróconą podkowę. Zawsze myślałam, że to jedna z nielicznych części ciała, którą po niej odziedziczyłam. Niegdyś byłam dumna z tych drobnych malinowych ust. Teraz wiedziałam, że przedtem należały do kogoś innego. 
– Nienawidzisz mnie teraz? – spytała jękliwie niczym dziecko. Przez chwilę to ja czułam się jak matka, która próbuje wytłumaczyć swojej pociesze oczywiste prawdy o naszym świecie.
– Kocham. Kocham, ale nie rozumiem. Pozwól mi zrozumieć – powiedziałam spokojnie.
Smutna podkowa uniosła się w górę, ukazując mi delikatny uśmiech. Wiedziałam, że trochę ją tym uspokoiłam. Ponownie chwyciła za moje dłonie i mocno je ścisnęła, pochylając się ku mnie tak blisko, że niemal zabrakło mi przestrzeni osobistej. To była jedyna osoba, której na to pozwalałam. Gdyby zrobił to Nathiel, zapewne jego twarz wylądowałaby na ścianie.
Jakaś niewidzialna tama zaczęła we mnie pękać. Czułam, że ten nieprawdopodobny fakt powoli do mnie dociera. Nie czułam bólu ani zawodu. Nie, to nie jeden z licznych dramatów filmowych, w którym będę obwiniać swoją przybraną matkę o to, że zataiła przede mną prawdę. Nie ucieknę do pokoju i nie zapłaczę nad swoim gorzkim losem w poduszkę. Nie będę obwiniać życia o to, że potraktowało mnie niesprawiedliwie. Nie zacznę również bezpodstawnie nienawidzić mojej mamy. Wręcz przeciwnie –  będę starała się ją zrozumieć.
Tak łatwo było nam osądzać czyjeś czyny, kiedy sami nie znajdowaliśmy się w danej sytuacji. Może powiedzenie swojej wychowance po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że nie jest się jej matką, wcale nie było takie proste? Może próbowała to zrobić, ale nigdy nie potrafiła? Może chciała mnie w ten sposób uchronić przed złem?
– Miałam syna – usłyszałam nagle.
Kolejny fakt, który wgniótł mnie w siedzenie.
– Syna, która zmarł zaraz po porodzie – dodała, rozwiewając moje wątpliwości. – Lekarze stwierdzili, że nigdy więcej nie będę mogła mieć dzieci.
Zmarszczyłam czoło, przysłuchując się tej historii z uwagą. Chłonęłam każde jej słowo, jakby była kapłanem, który wygłasza mające odmienić moje życie kazanie. I chociaż nie byłam religijna, czułam się tym poruszona.
– Byłam załamana, a Edward wcale mi nie pomagał. Uznał mnie za bezużyteczną – kontynuowała. Jej uśmiech lekko pobladł. Domyślałam się, że to właśnie wtedy uznała, że mężczyzna, którego wzięła sobie za męża, nie był tym właściwym. Jej wysoce wrażliwa, artystyczna dusza musiała zejść z puchatych chmur wyobraźni wprost na przepełnioną gorzkim bólem ziemię. Nie mieć zupełnie nikogo, kto mógłby cię wesprzeć w twojej niedoli, to naprawdę smutna rzecz. 
Aby dodać jej otuchy, ścisnęłam dłonie, które wciąż mnie obejmowały. Domyślałam się, że Joanne nie opowiedziała mi o moim pochodzeniu również ze względu na to, że przywoływały zarówno dobre, jak i smutne wspomnienia.
– Do tej pory nie wiem, jak się tam znalazłam, ale... – uśmiechnęła się – trafiłam na oddział noworodków. Spoglądałam na wszystkie nowonarodzone dzieci, nie potrafiąc ukryć bólu po stracie jedynego na świecie małego człowieczka, który w całości miał należeć do mnie. – Wzięła cichy wdech i przymknęła na moment oczy. Nie poganiałam jej. Dałam jej czas na rozliczenie się z własną przeszłością. – Wtedy właśnie usłyszałam rozmowę dwóch położnych. Mówiły o niesamowitej, nowonarodzonej dziewczynce, która nigdy nie płakała i spoglądała na wszystkich intensywnie zielonymi oczkami, wyrażającymi mądrość, jaką nie wykazywały się żadne noworodki. Pielęgniarki bały się jej, bo uważały, że kryje się w niej coś dziwnego, niepokojącego. Za każdym razem, gdy ktoś do niej podchodził, patrzyła na niego uważnie i nie spuszczała oczu, dopóki nie odszedł, zupełnie jakby chciała wyczytać z jego duszy wszystkie tajemnice.
Uniosłam brwi w zdziwieniu. Naprawdę siałam aż taki postrach na oddziale, będąc niemowlakiem? Moja wyobraźnia uśmiechała się do mnie krzywo. Może wyglądałam jak mały goblin albo troll? W takim razie moje pochodzenie było jasne.
– Na moment zapomniałam o swojej własnej rozpaczy. Przez szybę patrzyłam na zielonooką dziewczynkę, która wyłapała moje spojrzenie i przez długi czas nie spuszczała ze mnie czujnych oczu. Położne mówiły, że leżała tutaj już długi czas. Jej matka uciekła ze szpitala tuż po porodzie, zostawiając ją na pastwę losu. Ponoć była młodą dziewczyną, nie miała nawet ukończonych osiemnastu lat – mówiąc to, spojrzała na mnie niepewnie, jakby bała się, że moja reakcja na tę wiadomość będzie nie taka, jak powinna być, czyli obojętna. Na szczęście życie nauczyło mnie, jak trzymać emocje na wodzy.
A więc moja rodzicielka była jakąś nastolatką, która najwyraźniej zaszalała na imprezie i musiała nosić mnie przez dziewięć nieszczęsnych miesięcy w brzuchu. Pewnie gdy mnie zostawiła, nawet się nie obejrzała. Chciała po prostu urodzić tego małego pasożyta, tym samym uwalniając się od ciążącego w jej brzuchu ciężaru, i uciec, zapominając o moim istnieniu. Ciekawe, czy kiedykolwiek żałowała, że mnie zostawiła? A może wręcz przeciwnie, nie miała wyrzutów sumienia, bo byłam dla niej czymś obcym, zbliżonym do niechcianej rzeczy? Żałowałam, że nie mogę pokonać myślami czasoprzestrzeni i trafić do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło.
– Jedna z pielęgniarek powiedziała, że niedługo, jeżeli nikt się po nią nie stawi, będą musieli oddać ją do domu dziecka. Wszelkie informacje o jakiejkolwiek jej rodzinie zaginęły. Nie było znane nawet imię i nazwisko matki. Jedyną rzeczą, jaka była wiadoma, to to, że ma na imię Laura – powiedziała, posyłając mi delikatny uśmiech. – Gdy miałam stamtąd odejść, na twojej niemowlęcej twarzyczce dostrzegłam uśmiech. Ten uśmiech sprawił, że zyskałam chęć do życia. Zaczęłam walczyć wszystkimi siłami o to, abyś trafiła do naszego domu jako adoptowana przeze mnie córka. Edward nie popierał tego pomysłu, ale nie dbałam o jego zdanie. Miałam przed sobą jeden cel, do którego uparcie dążyłam. I oto proszę, dzięki mojemu uporowi, po kilku miesiącach ciężkiej walki, nareszcie z nami zamieszkałaś. – Promienność jej uśmiechu naruszyła moją ścianę obojętności. Chociaż nie chciałam tego po sobie pokazywać, wzruszyłam się.
Wzięłam cichy, ledwo słyszalny wdech, który pomógł mi zatrzymać łzy jeszcze zanim nagromadziły się w kącikach oczu.  
Jak mogłam jej nienawidzić? Gdyby nie ona, znalazłabym się w domu dziecka, a tam moja przyszłość mogłaby być zgoła inna, może nawet gorsza. Może trafiłabym do okrutnej rodziny zastępczej, gdzie pomiatano by mną i traktowano jak najgorszą z najgorszych. Może do dziś siedziałabym w sierocińcu i była najbardziej problemową wśród rówieśników osobą. Kto wie, co by mnie czekało w obcym świecie? Cieszyłam się tym, co los mi podarował, bo chociaż mój zastępczy ojciec nie był aniołem, matka z pewnością za niego uchodziła.
– Dziękuję – szepnęłam, na co mama natychmiastowo zalała się długo wstrzymywanymi łzami. Wstałam od stołu i podeszłam do komody, gdzie leżało pudełko chusteczek – podałam je mojej opiekunce, która kiwnęła dziękczynnie głową i wyciągnęła z niego kilka papierowych przyjaciół zrozpaczonych matek. Ten widok sprawiał, że i mi robiło się przykro. Wciąż walczyłam ze łzami, które na razie mieszkały tylko i wyłącznie w mojej podświadomości. Może Amy miała rację – zmieniłam się. Byłam odrobinę bardziej emocjonalna, a przy tym mniej chłodna niż zwykle.
Zapatrzyłam się w dal, nasłuchując dźwięku, który wydaje wydmuchiwany nos. Wciąż zastanawiała mnie jedna rzecz. Kim była moja rodzicielka i dlaczego uciekła, zostawiając mnie samej sobie? Czy to młodzieńcza głupota zmusiła ją do tak karygodnego czynu, czy może istniał jakiś zupełnie odmienny powód, którego nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić? Może było to związane z moimi dziwnymi zdolnościami? Skoro na świecie istniały demony, to może istniały również takie dzieci jak ja? Pozostawione na pastwę losu małe zielonookie potwory będące skrzatami, gnomami lub innymi stworzeniami, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. 
Spojrzałam na Joanne, pragnąc dowiedzieć się czegoś jeszcze. Najwyraźniej domyśliła się, o co chcę spytać, bo zanim zadałam pytanie, ona miała już przygotowaną dla mnie odpowiedź:
– Nigdy nie spotkałam twojej prawdziwej matki. Dostałam jednak od niej list.
Zdziwiłam się. Była to rzecz, której nie przewidziałam. Jak moja rodzicielka zdołała odnaleźć osobę, która mnie adoptowała? Przecież nawet nie znała jej nazwiska, a o ile mi wiadomo, takie informacje nie mają prawa ujrzeć światła dziennego, jeżeli próbuje ich dociec nieupoważniona osoba. Moja prawdziwa matka nie podała swoich danych osobowych, gdy mnie rodziła. Zostawiła po sobie tylko moje imię i to bez nazwiska. Laur, które trafiły do adopcji, mogło być tysiące.
– List był krótki i zawierał jedynie podziękowania. Nie podpisała się nawet własnym imieniem, a słowem „matka” – westchnęła, ocierając łzy wierzchem dłoni.
Kiwnęłam głową. Choć bardzo kusiło mnie, aby dowiedzieć się na jej temat więcej, na tym właśnie zaprzestałam. Nie powinna mnie obchodzić osoba, która mnie zostawiła. Dlaczego miałam się nią interesować, skoro ona nie poświęciła mi ani odrobiny swojej uwagi i miłości? Jeden głupi list z podziękowaniami, to tak naprawdę nic wielkiego. Gdyby miała odwagę, stanęłaby w drzwiach naszego domu i podziękowała Joanne osobiście. Spotkałaby się ze mną, poznała to, co sama wydała na świat. Była tchórzem i... chyba już wiedziałam, skąd u mnie ta niewdzięczna cecha.
W tym wszystkim zastanawiało mnie jeszcze, kim był mój ojciec. Był wtedy nastolatkiem, tak jak moja matka? Obydwoje byli zwyczajnymi ludźmi? Łączyła ich miłość czy jednorazowa przygoda? A może istniał w ich okrytym tajemnicą związku jakiś ukryty fakt?
Potrząsnęłam głową we własnych myślach, próbując odgonić od siebie te natarczywe pytania. Nie powinnam się w tym zagłębiać. Musiałam żyć dniem dzisiejszym, a nie odległą przeszłością, która nie sięgała nawet moich narodzin. Skoro zostałam porzucona, musiał być ku temu jakiś powód. A ja nie chciałam go znać. Nie dziś. Nie jutro. Może nawet nigdy. Zachowam w sercu pytania, na które nie znajdę odpowiedzi i jeśli będę musiała, zabiorę je ze sobą do grobu.
Podeszłam do Joanne, której nos zaczerwienił się soczyście pod wpływem płaczu. Wyglądała, jakby nigdy miała już nie skończyć płakać. Przytuliłam jej głowę do piersi, głaszcząc jej brązowe włosy, które pachniały brzoskwiniami.
Oto kobieta, która oddała mi swoje serce oraz duszę. Jako jedyna zobaczyła we mnie kogoś więcej, niż zielonookiego potwora, przeszywającego ludzi spojrzeniem. Zobaczyła we mnie po prostu Laurę, którą przez całe swoje życie starała się bronić.
Więcej do szczęścia nie potrzebowałam. 

sobota, 13 września 2014

Rozdział 27 - "Zatajona prawda"

Myślę, ze to nie będzie zbytnio zaskakujący rozdział. Rozdział znowuż krótki jak cholera, tak jak i następny, za to 29-tym się odwdzięczę.
Droga Miko, drodzy czytelnicy! Laura nie jest zakochana w Nathielu, a więc nie ma powodu denerwowania się na nią. Nie ma czego przed sobą ukryć. Na razie to faza przywiązania i przyjaźni.
Mam niesamowicie wielkie zaległości w czytaniu opowiadań i blogów... tak to jest, jak człowiek wciąż gdzieś jeździ. Do 25-tego mam spokój. Będzie dobrze.

POPRAWIONE [11.03.2018]
Trochę dodanej treści, ale niezbyt wiele, za to tytuł z "Dzień, który zmienił moje życie" przemianowałam na "Zatajona prawda".
***
Sięgałam powolnie widelcem po kolejnego rozgotowanego ziemniaka, który rozpadał się przy każdej kolejnej próbie przeniesienia go do moich ust. Ciotka Margaret zdążyła już ponarzekać na całokształt obiadu, poczynając od nieposolonego kotleta i wcale nie kończąc na rozpadających się, małych i żółtych przyjaciołach. Niestety musiałam się zgodzić z tym, że moja mama nie była mistrzynią gotowania, ale o ile mi wiadomo, Margaret sama nie była świetną kucharką. Ciekawiło mnie, jakby wyglądał obiad zrobiony przez nią. Pewnie byłaby to sucha fasola i dodatek składający się z jej cudownych pouczeń na temat życia, wżynających się jak ostry nóż w psychikę człowieka. Słowo daję, nawet ja po tygodniu spędzonym z Margaret miałam ochotę pójść i zakopać się żywcem w lesie. Nie zamierzałam jednak zostawiać mamy, która wcale nie była w lepszym stanie psychicznym, niż ja. Siedziała załamana nad talerzem obiadu, a sińce pod jej oczami zdradzały nieprzespane noce. Jeżeli istniał jakiś gorszy demon od Margaret, to musiałam mu osobiście złożyć gratulacje. Nikt nie mógł być bardziej zły, niż ona.
Demon. Nie mogłam uwolnić myśli od faktu, że nie tak całkiem dawno temu, zobaczyłam w jej oczach szmaragdowy błysk. Wciąż szukałam na to jakiejś bezpiecznej odpowiedzi. Być może miałam przywidzenia, w końcu w pokoju było dosyć ciemno. Istniało jeszcze inne rozwiązanie – może od nadmiaru demonicznych historii wszędzie widziałam demony. Wyobraźnia potrafiła przecież płatać figle, a z kim mogłabym porównać Margaret jak nie z demoniczną pokraką? Miały ze sobą dużo wspólnego.
Bezszelestnie wstałam od stołu i zaniosłam swój talerz do kuchni. Sam widok Margaret sprawiał, że traciłam apetyt. Jej ohydna brodawka wyglądała, jakby za chwilę miała mi zrobić na złość i wskoczyć na talerz, a tego wolałabym uniknąć.
– A ty gdzie? – usłyszałam za sobą ochrypły, niemalże męski głos.
– Dziękuję, już się najadłam – odpowiedziałam sztywno, nie patrząc w tył. Byłam przygotowana na kolejną dawkę niezwykłego narzekania na temat tego, jaka to jestem okropna i niewychowana. Wysłuchiwanie monologów ciotki to już codzienność, co prawda wciąż niechciana, ale jednak codzienność.
– Czy nie mówiłam? Nie ma Edwarda, nie ma twardej ręki. Nie umiałaś nawet wychować córki, Joanne, a to wcale nie jest skomplikowane zadanie. Dzieci tańczą, jak im się zagra! Wystarczy postraszyć je ręką! Teraz jest już na to za późno, bo twoja córeczka jest nastolatką i poczuła się niepokonana. – Prychnęła głośno i z obrzydzeniem.
Przystanęłam w progu kuchni, ściskając ze złości talerz. Miałam wrażenie, że jeszcze moment i pęknie, tak samo jak moja tama zbudowana z cieniutkich cząsteczek cierpliwości. Ostatnio moje nerwy nie wyrabiały na zakrętach i dlatego czułam, ze niedługo czekała je niemiła stłuczka z gniewnymi słowami. Do tej pory znosiłam przytyki ciotki z tego powodu, że prosiła mnie o to mama. Twierdziła, że jeśli będziemy się dobrze sprawować, to sobie odpuści i w końcu przestanie nas dręczy, wciąż zapominała jednak o tym, że to realny świat, w którym tyrani się nie zmieniają, a nie książka z tęczowym zakończeniem, gdzie antagoniści kończyli jako protagoniści. 
– Margaret – odezwała się Joanne. Zdziwił mnie jej poważny, ale i twardy ton głosu. Czyżby w końcu zamierzała się sprzeciwić tej tyranii? – Wychowałam córkę najlepiej jak umiałam. Laura jest silną, mądrą i odpowiedzialną osobą. Nie mogłam sobie wyśnić lepszej córki – kontynuowała. – Obydwie świetnie sobie radzimy i nie potrzebujemy silnej ręki, a już szczególnie nie twojej. Nie jesteś nam nic winna. Edward odszedł kilkanaście lat temu, zdążyłyśmy się pozbierać i nauczyłyśmy się, jak sobie radzić same.
Spojrzałam zdziwiona na moją rodzicielkę. Pierwszy raz postawiła się ciotce. Byłam z niej niesamowicie dumna. Nie mogłam ukryć uśmiechu zadowolenia, który zagościł na mojej twarzy, jak promyk słońca w pochmurny dzień. Podejrzewałam, że nie był to zbyt dobry ruch w stronę Margaret, ale za to odważny i jak najbardziej słuszny. Ludzi nie można było traktować jak niewolników, którzy musieli wykonywać powierzone im przez władczego i bezlitosnego zwierzchnika zadania, aż do śmierci, której przyczyną byłoby przepracowanie. Każdy był panem swojego losu.
Kiedy przytłaczająca cisza się przedłużała, moja mama postanowiła dokonać bezlitosnego aktu ostateczności.  
– Proszę cię, abyś się stąd wyniosła, Margaret – zakończyła swoją wypowiedź, wstając od stołu. – Jeszcze dzisiaj.
Margaret o dziwo milczała. Wciąż siedziała przy stole, mierząc moją matkę morderczym spojrzeniem. Jej twarz stawała się coraz bardziej purpurowa, a grube palce wystukiwały nerwowy rytm o drewniany kant stołu. Gdy już myślałam, że ciotka wybuchnie złością, ona zaśmiała się tylko kpiąco. Ten krótki, nieprzyjemnie brzmiący dźwięk sprawił, że przeszyły mnie dreszcze.
– Wiedziałam, po prostu wiedziałam – powtarzała pod nosem jak opętana. Potrząsała głową z częstotliwością wirującej pralki, jakby wstąpił w nią duch. – Mój biedny brat musiał użerać się tyle lat z takimi idiotkami. Nie dziwię się, że w końcu nie wytrzymał. Tak bardzo mi go szkoda. Nawet ja ledwo tutaj wytrzymuję. – Margaret przybrała sztucznie zbolałą minę i złożyła ręce w podołku. Przypominała kobietę, która minęła się z żałobą o kilkanaście lat. O ile pamiętałam, na pogrzebie swojego brata nie uroniła ani jednej łzy. Chusteczka, którą wtedy dzierżyła w dłoni i od czasu do czasu ocierała nią suche policzki, była tylko przykrywką. Ta kobieta nie miała żadnych ludzkich uczuć.
Tym razem to ja włączyłam się do walki.
– Ojciec? – prychnęłam. – Ojciec był najgorszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam. Znęcał się nad nam, bił nas– powiedziałam, zaciskając z nerwów dłoń na talerzu.
– I jak widać, to nic nie pomogło – powiedziała Margaret, zanosząc się swoim okrutnym śmiechem. W jej mniemaniu brzmiało to jak najzabawniejszy pod słońcem żart.
Nim zdążyłam odłożyć talerz na blat, dosłownie wybuchł w mojej ręce. Jego kawałki rozsypały się po podłodze, stwarzając pewne zagrożenie dla moich stóp. Nie przejmowałam się tym. Żałowałam, że tym, co wybuchło, nie była głowa Margaret.
Moja mama patrzyła na mnie zszokowana. Dlaczego? Czy to moja wina, że talerz pękł? Poniekąd może tak, w końcu na niego naparłam, ale czy na tyle mocno, aby sprawić, że wręcz wybuchnął w powietrzu? Na podłodze leżały nie tylko miniaturowe odłamki, ale również porcelanowy pył, zupełnie jakby ktoś trafił naczynie potajemnym pociskiem.
Spojrzałam na swoją dłoń, przybierając niepewny wyraz twarzy.
Czyżby moje dziecięce zdolności powróciły?
– Oczy płoną ci jak u jakiegoś potwora – powiedziała z obrzydzeniem Margaret. – Edward się nie pomylił, z tobą naprawdę jest coś nie tak. – Ciotka podniosła swoje grube cielsko z krzesła, przez co te niemiłosiernie głośno i żałośnie zaskrzypiało.
– Mam dosyć twojej dyktatury! – wykrzyknęłam podenerwowana.
Okno w kuchni otworzyło się gwałtownie i uderzyło w ścianę. Wzdrygnęłam się, prawie natychmiastowo łagodniejąc. Oburzony wiatr zdołał okryć ulotnym płaszczem władzy całe pomieszczenie – rozwiewał moje włosy na wszystkie strony, jakby chciał mi je wyrwać z głowy i uczynić niewolniczymi podróżnikami swojego nurtu. 
Nim się obejrzałam, moja mama podleciała do okna i szczelnie je zamknęła. Przez chwilę siłowała się z wiatrem, który nie chciał dać za wygraną, ostatecznie wypędziła go jednak z naszego domu. Szkoda, że tego samego nie zrobiła z Margaret – wciąż tutaj stała i uśmiechała się ze zwycięską kpiną.
– Przeklęty przeciąg – przeklęła pod nosem Joanne. Z reguły nie używała brzydkich słów, rzadko się nawet denerwowała, w tej sytuacji jednak się jej nie dziwiłam. Od przyjazdu ciotki żyłyśmy w ciągłym napięciu, zupełnie jakby ktoś w środku nocy miał nad nami stanąć z siekierą i wykonać wyrok. Prawdę powiedziawszy, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby psychopatą z ostrym przedmiotem w dłoni okazała się siostra mojego ojca.
Spojrzałam na Margaret, która nagle skierowała na mnie swoje przymrużone złowieszczo oczy. Obrzydliwie kpiący uśmiech wciąż nie zniknął z jej twarzy. Ona wiedziała, że pęknięty talerz i szaleńczo pędzący po domu wiatr nie był zrządzeniem losu. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to moja sprawka.
– Zawsze uważałam, że osoby z zielonymi oczami pochodzą od samego diabła – zaczęła powolnym, ospałym głosem przepełnionym jadem. – Dzieci w szkole się nie myliły, podobnie jak twój ojciec. Jesteś córką samego Szatana.
Przymknęłam na moment oczy, biorąc głęboki wdech. Powinnam się opanować. Nie chciałam, aby było tak, jak za czasów mojej podstawówki. Byłam człowiekiem, tylko i wyłącznie człowiekiem, właśnie tej myśli chciałam się trzymać, nim mój gniew na dobre wybuchnie i przywoła we władanie chaos.
– Co ty możesz o tym wiedzieć, stara wiedźmo? – syknęłam przez zęby, próbując się opanować. Zacisnęłam pięści tak mocno, że zbielały mi knykcie. Mój oddech był szybki i płytki jak u byka, który szykuje się do ataku. Niemalże czułam, jak posadzka drży pod siłą mojego gniewu. Tak wiele złego kryło się w moim drobnym ciele.
Mama podeszła do mnie ostrożnie i położyła delikatnie dłoń na moim ramieniu. Poczułam jak wszystkie negatywne uczucia ze mnie odpływają, zupełnie jakby za pomocą jakiejś uspokajającej magii zabierała wszystkie moje nerwy i zmartwienia. Uspokoiłam się w przeciągu kilku sekund, choć musiałam przyznać, że mój gniew wciąż był w stanie gotowości.
– Proszę cię, Margaret, przestań. Nie musisz poczuwać się do obowiązku pilnowania nas. Edward odszedł, a my świetnie sobie radzimy bez niego – powiedziała kojącym głosem, jakim zawsze, kiedy próbowała mi opowiedzieć bajkę na dobranoc. Gdyby moja mama miała być jakąś istotą pozaziemską, nazwałabym ją wróżką.
– Świetnie?! – wybuchła ciotka. – Świetnie?! Ty zawsze miałaś nie po kolei w głowie, Joanne! Twoja chora wyobraźnia i chęć przeżycia głupich przygód doprowadziła do tego, że adoptowałaś jakiegoś bękarta! – wykrzyknęła tak głośno, że dom aż zatrząsł się pod wpływem jej głosu.
Spojrzałam zdziwiona w stronę ciotki, następnie przenosząc wzrok na moją przerażoną mamę.
Adoptowany bękart? Ja? To jakaś chora pomyłka. Chciała mnie tym urazić? Może nie przypominałam z wyglądu żadnego ze swoich rodziców, ale przecież dzieci nie zawsze dziedziczyły ich cechy zewnętrzne, osobiście byłam bardzo podobna do babci od strony mojej mamy. Miałyśmy nawet podobny kolor oczu i takie same włosy.
– Margaret! – wykrzyknęła bezradnie Joanne.
– Och, czyżby twoja córeczka nie wiedziała, że nie jesteś jej prawdziwą matką? – spytała triumfalnie ciotka, zakładając ręce na obwisłe piersi. – Dlatego właśnie Edward tak bardzo jej nienawidził, prawda? Nigdy jej nie chciał, bo nawet nie była jego.
Dłoń mojej rodzicielki zacisnęła się mocniej na moim ramieniu.
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Spojrzałam w twarz mojej mamy, próbując odnaleźć w tym obcym dla mnie wyrazie odpowiedź. Dlaczego nie zaprzeczała? To przecież nie była prawda. Jak mogłabym nie być jej córką? Przecież by mi o tym powiedziała, prawda? Nie miała powodu, by to ukrywać, nie wtedy, kiedy byłam już niemalże dorosła. W moich żyłach musiała płynąć jej krew, tak dobrze się przecież dogadywałyśmy!
– Mamo? – spytałam cichym, wręcz dziecięcym głosem, który zdarzało mi się używać jako dziecko, gdy czułam się niepewnie.
Im dłużej nie dostawałam odpowiedzi, tym bardziej zaczynałam się pogrążać w niewidzialnej otchłani niezrozumienia. Moja mama nawet na mnie nie spoglądała. Puściła za to moje ramię i spojrzała w stronę Margaret najchłodniejszym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek u niej widziałam. Przez chwilę nie wyglądała jak ktoś, kto mnie urodził. Nie wyglądała nawet jak osoba, którą znałam.
– Wynoś się stąd – warknęła. – Nie chcę cię tu więcej widzieć! – poprawiła krzykiem, wskazując palcem na drzwi wyjściowe. Jej oczy zdawały się płonąć gniewem. Kusiło mnie, aby spojrzeć w stronę okna i przekonać się, czy przypadkiem nie miała podobnych zdolności do moich, wiatr jednak nie oszalał z powodu jej zszarganych nerwów. 
Sama Margaret musiała zdziwić się jej tonem głosu, sądząc po jej zdziwionej minie. Trochę czasu minęło, zanim odzyskała władzę w nogach i umyśle, a gdy to nastąpiło, prychnęła głośno i mówiąc ciche, ostrzegawcze: „jeszcze tego pożałujesz”, wyszła z naszego domu, trzaskając silnie drzwiami.
Myślałam, że poczuję się zdecydowanie lepiej, kiedy Margaret opuści nasze mieszkanie, wcale nie było mi jednak lżej na duszy – teraz ciążyło na niej pytanie, na które bałam się dostać odpowiedź.
Dziś moja matka pokazała mi twarz, jakiej nigdy nie widziałam. Całkiem obcą twarz, naznaczoną chłodnymi emocjami. To dało mi do myślenia. Kurczowo trzymałam się nadziei, że Margaret kłamała, ale jeżeli to zrobiła, to dlaczego osoba, która powinna zaprzeczyć, nie uczyniła tego?
Przedłużające się milczenie było odpowiedzią samą w sobie. Świat powoli tracił kolory, pogrążając się powolnie w ciemnościach. Nie chciałam mieć świadomości, że jestem jedyną osobą na tym przeklętym świecie, nie w tym momencie.
Odważyłam się spojrzeć w zasmucony profil mojej mamy. Złagodniała. Kiedy to ona na mnie spojrzała, natychmiastowo zalała się rzewnymi łzami. Patrząc w moją twarz potrząsała przepraszająco głową, aż w końcu objęła moje ramiona i przytuliła mocno do swojej piersi. Stałam sztywna z opuszczonymi dłońmi, nie wiedząc jak mam na to zareagować. Gdzieś w środku czułam się pusta i nieprawdziwa, obdarta z własnej części rzeczywistości, która była mi należna od momentu narodzin.
Czy wszystkie historie, którymi karmiła mnie do snu moja matka, były zmyślone?
– To prawda? – tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. Mój głos ledwo przebił się przez ścianę matczynego zawodzenia. 
Tkwiłyśmy w przytłaczającej ciszy przez całą wieczność. W końcu jednak usłyszałam coś, czego w nie chciałoby usłyszeć żadne dziecko po siedemnastu latach życia w kłamstwie:
– Tak, to prawda.

piątek, 5 września 2014

Rozdział 26 - "Potwór w ludzkiej skórze"

Zastanawiałam się, czy tego rozdziału nie wstawić trochę później, ale jutro wyjeżdżam do dziewczyn, więc trochu by mnie nie było. Rozdział krótki, tak jak i następny, który będzie. Nie są też zbytnio ciekawe, mało śmieszne, prędzej wzbudzające nienawiść. 
To już tydzień, jak nie mogę zabrać się za kontynuowanie rozdziału 30-stego. A to dlatego, że to wszystko jest takie przygnębiające, a kiedy sama nie jestem przygnębiona, to trudno mi pisać dramaty.

[04.03.2018] POPRAWIONE
Nazwa rozdziału z "Margaret" ewoluowała na "Potwór w ludzkiej skórze. Dodałam też kilka świeżych dialogów, także jest moc. 
***

Stałam na baczność na środku kuchni, wsłuchując się w niesamowicie denerwujące stukanie grubych koturnów o kafelki. Moja mama prawie stykała się ze mną ramieniem. Wydawało mi się, że blednie z każdą minioną sekundą. Jeszcze trochę i przekroczy skalę barwy mojej skóry, a stąd droga do bycia duchem już łatwa. Joanne wyglądała na skrajnie przerażoną, co nie ułatwiało mi bycia spokojną. Przez jej zastraszoną postawę, sama zaczęłam się denerwować.
Zacisnęłam pięści, przyglądając się niezmienionej od lat twarzy starej wiedźmy. Gdyby przymknąć oczy i ograniczyć tym samym pole widzenia, miałabym przed sobą żywego Edwarda Collinsa. To dokładna, choć damska i potężniejsza kopia mojego ojca. Chłodne spojrzenie ciemnych oczu, usta układające się w drwiący uśmiech i wielka brodawka na środku nosa. Przerażającą, kobiecą całość dopełniał surowy, szary strój składający się z eleganckiego żakietu i długiej do kostek spódnicy – żadnego zdobienia, tylko dokładnie wykrochmalony i sztywny materiał. Ohydne, czarne buty w żaden sposób nie pasowały do całości, tak samo jak rozmiar jej kombinezonu do tuszy.
Skrzywiłam się, gdy skierowała pogardliwe spojrzenie w stronę mojej matki. Nie podobało jej się tu. Dom, kuchnia, mama, ja, ta wizyta, wszystko. Każdy jej krok zdawał się mieć w sobie tyle nienawiści, ile miał w sobie mój świętej pamięci ojciec. Margaret była taka sama, identyczna. Pełna dumy, nienawiści, brutalności i zła. Jej widok przyprawiał mnie o ciarki. Błagałam Szatana o to, aby zabrał ją do siebie i wrzucił do ogromnego kotła z wrzątkiem, gdzie wytopi wraz z tłuszczem wszystkie złe składniki jej istnienia. Wtrącenie tej kobiety do piekła byłoby jednak ryzykowne – mogłaby przejąć kontrolę nad szatańskim wojskiem i poprowadzić je ku zwycięstwu, aby zawładnąć nad światem. Siałaby większy zamęt niż najgorsze diabły, nawet po śmierci.
Kiedy na nią spoglądałam, zastanawiałam się, dlaczego tutaj przybyła. Co ją tu przyniosło? Czy naprawdę nie miała nic innego do roboty, jak dręczenie mojej rodziny? Nie mogła zostawić nas w spokoju? Ojca już nie było, jej też nie powinno tutaj być. Co jeszcze miała do powiedzenia? Co miała do zrobienia? Świetnie dawałyśmy sobie radę same. Ojciec zmarł kilkanaście lat temu i nie potrzebowaliśmy jej obecności. Ja nawet nie czułam, że była częścią mojej rodziny, miałam ją tylko w matce.
– Joanne – usłyszałam gruby, niemalże męski głos, od którego przeszyły mnie dreszcze. – Nic się nie zmieniłaś – stwierdziła oschle ciotka. – Dalej masz oczy pełne iskierek wyobraźni. Wciąż tworzysz te durne powieści? – prychnęła. – Nie sądzę, aby pozwoliły ci zarobić, te które czytałam były beznadziejne. – Margaret przechadzała się pomiędzy krzesłami i rysowała palcem po każdej powierzchni gładkiej, jakby chciała sprawdzić, czy nie ma tu choć drobinki kurzu. Mój ojciec był takim samym pedantem. Wyżywał się na mamie nawet wtedy, kiedy w zlewie stał jeden brudny talerz, a krzesło nie było dosunięte do stołu.
Zacisnęłam pięść i przygryzłam język, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co podziałałoby na naszą niekorzyść. Moja matka wciąż milczała. Spoglądałam na nią ukradkiem i zastanawiałam się, czy w ogóle jeszcze oddycha. Czy dla niej Margaret również była niemiłym powrotem do przeszłości? 
Ciotka przeniosła swoje chłodne spojrzenie na mnie i postawiła ciężki krok. Stała teraz metr od mojej osoby i spoglądała na mnie z dołu. Na szczęście byłam od niej wyższa. Nie czułam, że dominuję w tym starciu, ale przynajmniej nie czułam tego, że to ona dominowała nade mną.
– Jest i nasz aniołek – zakpiła. Uniosła gwałtownie mój podbródek do góry. Poczułam, że jakaś niewdzięczna kość w karku mi strzyka. Czy to nie było celowe? Chciała mi złamać kark? Musiała mieć w sobie z sadysty tyle, ile mój ojciec, w końcu razem się wychowywali. – Wyrosłaś, dziewczyno – powiedziała, wymuszając uśmiech, który wyglądał nadzwyczaj ohydnie. – Matka niezbyt dobrze cię karmi. Jesteś bladą kupą kości. A te twoje oczy... takie wulgarne.
Mama spojrzała błagalnie w moją stronę. Wiedziała, że mam niesamowitą chęć odpyskować ciotce. Z reguły byłam potulna jak baranek, ale tylko dla tych, którzy nie byli przyczyną mojej przemiany w królową chłodu i ironicznej pogardy.
Na jej życzenie milczałam, nie mogłam jednak powstrzymać się od tego, by obdarzyć ciotkę jednym z moich chłodnych spojrzeń, które mroziły po koniuszki palców. Jak się mogłam spodziewać, zignorowała to. W starciu na zimne podejście do życia byłam na przegranej pozycji, a to dlatego, że nie plułam trucizną. 
Margaret puściła mnie i odeszła kilka kroków dalej. Kontynuowała swoją powolną podróż przez krainę czystości, w której próbowała doszukać się brudu.
– Gdyby Edward dalej żył – zaczęła iście dramatycznym głosem, przerywając wypowiedź aby wydać z siebie umęczone, choć teatralne westchnięcie – wszystko byłoby w porządku. Tymczasem żyjecie jak w niebie. Beztrosko, w chaosie, bez twardej ręki – mówiąc to, okrążyła stół. Oparłszy się o jedno z krzeseł, spojrzała na nas z wrednym uśmiechem i powiedziała to, czego żadna z nas nie chciała usłyszeć, a czego niestety się spodziewałyśmy:
– Zamieszkam z wami.
Westchnęłam na tyle cicho, aby nie było mnie słychać. Moja mama zaczęła panikować.
– Margaret, przysięgam, naprawdę świetnie sobie radzimy – powiedziała niepewnie. – Ja jestem dorosła, a moja córka nie jest już mała. Przyzwyczaiłyśmy się do życia w dwójkę. Jeżeli chcesz z nami zostać na jakiś czas, odpowiednio cię ugościmy, nie potrzebujemy jednak niańki. – Ostatnia wypowiedziana przez nią kwestia zaskoczyła również ją samą. Wyprostowała się przestraszona, oczekując na burdę. Bała się reakcji ciotki, doskonale o tym wiedziałam. To jedyny żyjący postrach naszej dalekiej rodziny. Była okropną jędzą. Wiedziałam, że jeśli zostanie tu na dłużej, nasze życie zamieni się w piekło.
– Milcz! – wrzasnęła ciotka, przez co nawet ja podskoczyłam do góry.
Miarka się przebrała. Zjeżyłam się jak dziki kot, który szykuje się do obrony.
– Nie podnoś głosu na moją matkę – warknęłam, zaciskając pięści. Nie spuszczałam z niej oczu.
Margaret podeszła do mnie szybciej, niż sądziłam. Wcześniej myślałam, że tusza ogranicza jej możliwości ruchowe, zapominałam jednak, jak wielką siłę dawał rodzinie Collinsów gniew.
Ciotka chwyciła mnie ponownie za podbródek, wbijając w niego swoje ohydnie długie, sztuczne paznokcie.
– Twój ojciec się nie mylił – powiedziała groźnie. – Niewychowana, mała diablica. Masz coś jeszcze do powiedzenia?
Wyrwałam się z jej morderczego uścisku i wskazałam dłonią na drzwi.
– Tak. Wynoś się stąd – odparłam krótko, ale stanowczo.
– Laura! – wykrzyknęła przestraszona mama.
Tak, wiem, miałam zachować względny spokój, miałam zachowywać się obojętnie, ale po prostu nie mogłam. Gdy byłam mała, bez słowa patrzyłam jak moja mama cierpi i nie mogłam w żaden sposób jej pomóc. Dziś znałam swoją wartość. Nigdy więcej na to nie pozwolę. 
Margaret wyprostowała się, początkowo zdziwiona moją stanowczością. Jej mina już po chwili zmieniła się jednak na bardziej szatańską. Była cierpliwa. Cholernie cierpliwa i gorsza, niż nie jeden demon w Królestwie Nocy. Mogłam się o to założyć. Nawet Nathiel ze swoją niewyparzoną gębą nie wygrałby w starciu z nią. Była za twarda. Nawet mój ojciec przegrywał, gdy się z nią kłócił.
– Nie obchodzi mnie twoje zdanie, bękarcie – odpowiedziała, przeciągając każde słowo tak, aby miało w sobie jak najwięcej straszliwego jadu. – Zostanę tu, już zadecydowałam, a wy nie macie nic do gadania. To mój obowiązek.
Od tego właśnie dnia, tej pamiętnej, letniej soboty, moje życie zaczęło ulegać złym wpływom.  Nasza cierpliwość była wystawiana na ciężką i trudną próbę. Musiałam bronić siebie, mamy i naszego spokojnego życia. Nie było to łatwe, szczególnie, gdy miało się w rodzinie kogoś takiego jak Margaret. Musiałam jednak próbować. Próbować przetrwać.
***
– Sytuacja jest naprawdę krytyczna.
Leżąc na łóżku, spoglądałam w sufit z niepocieszoną miną. Telefon, który miałam przy uchu ciążył mi jak nigdy wcześniej. Byłam zmęczona, zniechęcona i nie miałam zupełnie na nic siły. Tylko Amy mogła mnie w tej sytuacji zrozumieć.
– To cholerne babsko niszczy nam życie! – niemalże krzyknęłam do telefonu. – Wchodzi rano do kuchni i zaczyna się drzeć: „Dlaczego wciąż nie ma śniadania?!” Wtedy jej tłumaczymy, że zawsze jemy je osobno, ze względu na brak czasu i inne gusta kulinarne, a o ona co? „Nie obchodzi mnie to, będziemy jeść razem i to właśnie TY masz przyrządzać śniadanie, bękarcie!”. Myślałam, że wstanę od stołu i wydrapię jej oczy. Gorszego babska w życiu nie widziałam!
Usłyszałam cichy, dźwięczny śmiech płynący ze słuchawki telefonu. Zmarszczyłam czoło, nie wiedząc, co takiego rozbawiło moją przyjaciółkę. Wydawało mi się, że włożyłam w tę wypowiedź wystarczająco dużo złych emocji, aby przekonała się, że moja sytuacja wcale nie jest taka kolorowa.
– Co cię tak śmieszy? – spytałam oburzona.
– Widzisz, kochana Lauro, bardzo się zmieniłaś – powiedziała rozbawiona.
Uniosłam brew, próbując zrozumieć, co miała na myśli. Wydawało mi się, że byłam taka, jak zawsze, z tą różnicą, że teraz bardziej się irytowałam z powodu niespodziewanych odwiedzin ciotki.
– Ja? Nie żartuj – prychnęłam, przewracając się na brzuch. 
– Odkąd zadajesz się z Nathielem, zrobiłaś się taka energiczna! – wykrzyknęła uradowana przyjaciółka. – I bardziej weselsza!
– Weselsza? Amy, błagam, z tym babskiem nie da się być wesołym – odpowiedziałam w miarę spokojnie, choć musiałam przyznać, że zaciskałam zęby, aby nie odwarknąć jej niemiło.
Coś mi podpowiadało, że moja przyjaciółka miała rację. Jakaś cząstka mnie uśmiechnęła się na dźwięk tego imienia. Inna cząstka nawet za nim tęskniła, w końcu dawno się nie widzieliśmy, jednak rdzeń mojej duszy krzyczał na cały dom: „Nie rób sobie jaj! To tylko Nathiel!”. Czułam się rozdarta. Nie był to z pewnością ktoś, kto był mi niezbędny do życia, ale musiałam przyznać, że poniekąd się do niego przekonałam. Byliśmy na dobrej, choć wciąż dalekiej drodze do zostania przyjaciółmi.
Nachmurzyłam się.
Dlaczego moje myśli tak często zajmował teraz ten znajomy demoniczny łowca? Nic do niego przecież nie czułam. Ani serce mi szybciej nie biło, ani myśli nie wytwarzały romantycznych scen, gdy pojawiał się w mojej wyobraźni, nawet ręka nie wyrywała się, aby do jego telefonować. Więc co to w takim razie było? Może to uczucie miało zupełnie inną nazwę? Może to było coś pomiędzy przyjaźnią a…
– To miłość, Laura, to miłość! – wykrzyknęła uszczęśliwiona Amy.
Wybuchłam śmiechem. Chyba tym razem przesadziła. Moja przyjaciółka wszędzie widziała miłość, nawet tam, gdzie w rzeczywistości jej nie było. Jak można było zakochać się w kimś, kogo znało się tak krótko? Może łączyła nas szczególna więź, którą zbudowaliśmy w oparciu o sarkastyczne uwagi i wieczną walkę głupoty z wtórną mądrością, ale w tej wizji nie było miejsca na fruwające wokół nas, piekielnie różowe serduszka. Nawet za sto lat nie pokochałabym takiego kretyna. Prędzej ludzka rasa by wyginęła, niż oddałabym mu swoje serce na pożarcie.
– Nie żartuj sobie, proszę cię. Ja i Nathiel to wizja, która się nie spełni. Jest cholernie irytującym gościem, z którym nie przeżyłabym pełnych dwudziestu czterech godzin, nie żrąc się i nie wyzywając – powiedziałam, przewracając do siebie oczami.
Zapragnęłam zmienić temat rozmowy. Znałam Amy już wystarczająco dużo czasu, aby wiedzieć, że cierpi na nieuleczalny romantyzm.
– Lepiej opowiedz mi, jak twoje zaznajamianie się z Sorathielem – zironizowałam.
Amy przez dłuższą chwilę milczała, co było dla mnie w najwyższym stopniu podejrzane. Wiedziałam, że jestem na dobrym torze do zmiany tematu. Nathiel odejdzie w niepamięć.
– No, bo wiesz – zaczęła niepewnym głosem. Oczami wyobraźni widziałam jej zakłopotane spojrzenie i soczyste rumieńce, które oblewają opalone policzki. Wiedziałam, że trafiłam w sedno sprawy.
– My... no, między nami jest dobrze, wiesz? Ja… ja i Sorathiel jesteśmy... – ostatnie słowo wypowiedziała tak cicho, że mogłam tylko próbować domyślić się sensu jej wypowiedzi. Na szczęście nie uchodziłam za mało domyślną i szybko łączyłam fakty. 
– Parą? – spytałam szeptem, jakbyśmy przekazywały sobie właśnie najskrytsze tajemnice. W odpowiedzi usłyszałam cichy jęk żałości, który zapewne oznaczał zgodę. – Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – Zmarszczyłam czoło. W pewnym sensie mnie to zabolało. Zawsze byłam pierwszą osobą, do której Amy dzwoniła, kiedy chciała się pochwalić, że ma nowego chłopaka. O każdym związku mówiła z taką euforią, że teraz nie mogłam uwierzyć w jej zawstydzenie. Czy to kwestia głupiej akcji, którą zorganizowaliśmy wraz z Nathielem, aby nie dopuścić do związania się spokojnego łowcy i zwykłej dziewczyny?
– Ja… nie chciałam ci przeszkadzać, Laura. Ostatnio rzadko się widywałyśmy, bo wydawałaś się zajęta. Poza tym odrobinę się wstydziłam. Nie wiem dlaczego. Sorathiel to ktoś więcej niż wszyscy ci chłopacy, których do tej pory miałam – powiedziała cicho Amy. – Sama chyba zauważyłaś, że jest trochę bardziej… inny, niż ci przystojni i popularni koszykarze z naszej szkoły. – Racja. Z dwojga złego wolałam Sorathiela niż tych tępaków, którzy znęcali się nad słabszymi. – Ten związek jest bardziej intymny, ja sama nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do myśli, że jesteśmy razem. Czasami mam wrażenie, że kompletnie do siebie nie pasujemy, wiesz? – westchnęła. – Zupełnie jakbyśmy byli z dwóch różnych światów. Sorathiel nawet nie chodzi do szkoły, zdajesz sobie z tego sprawę? A mimo tego jest taki mądry! Wiesz, że uczy się prywatnie u siebie w domu?
Przewróciłam oczami. Jeżeli na początku Amy brzmiała nieśmiało, tak teraz jej głos nabrał większej pewności i dobrze mi znanej radości. Niewielki ciężar, który zalegał mi w piersi, opadł na dno żołądka i rozpłynął się w sokach trawiennych, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Musiałam przyznać, że przez chwilę czułam się zazdrosna, nie miałam jednak powodu do niepokoju. Lody zostały przełamane, teraz już swobodnie będzie ze mną rozmawiać o swoim nowym związku, może przy okazji dowiem się jakichś ciekawych faktów z życia dwójki zaprzyjaźnionych łowców. Sorathiel zdawał się być bardzo tajemniczy, ciekawiła mnie jego przeszłość. Nathiel był bardziej przewidywalny niż on.
Nagle zapragnęłam umówić się na spotkanie z Amy. W mojej wyobraźni pojawił się odosobniony stolik na końcu naszej ulubionej kawiarni, gdzie popijałyśmy swoje koktajle – ja migdałowy, ona czekoladowy – i opowiadałyśmy sobie o tym, co działo się w ostatnich dniach. Musiałam przyznać, że nawet się stęskniłam za tą niepoprawną katarynką, której myśli ulatniały się w słowach z prędkością światła. Przy okazji takiego spotkania mogłabym jej opowiedzieć o lodach, na które zaprosił – czy raczej do których mnie zmusił – Nathiel. Ta myśl napawała mnie cichą radością, szczególnie, że ostatnio nie było jej w moim życiu zbyt wiele. Miałam szansę na odetchnięcie od potwora pałętającego się po moim domu.
– …No i wiesz co? W weekend wybieramy się do restauracji! Żaden mój chłopak nie zabrał mnie nigdy do restauracji! Wiem, że zachowuję się trochę jak materialistka, ale to coś zupełnie nowego, dlatego tak bardzo się cieszę! – wykrzywiła do telefonu Amy.
Zaśmiałam się cicho.
– Trochę za tym tęskniłam, wiesz? – spytałam.
– Och. – Moja przyjaciółka sprawiała wrażenie zdziwionej, ale już za chwilę jej głos nabrał ciepłego brzmienia. – To słodkie, Laura. Nigdy mi czegoś takiego nie powiedziałaś. Chyba naprawdę Nathiel działa na ciebie w taki sposób, że stajesz się bardziej otwarta!
– Przestań mi nathielować – mruknęłam z niezadowoleniem. Już miałam zmienić temat i nakierować ją na nasze przyszłe spotkanie w kawiarni, kiedy dosłyszałam ciężkie kroki i głośne dyszenie dochodzące z korytarza. – Poczekaj chwilę – szepnęłam do telefonu, przenosząc się do pozycji siedzącej.
Moja ciotka wparowała do pokoju bez pukania. Myślałam, że lada moment zrobi mi wykład o tym, że nie powinnam zajmować linii telefonicznej, bo chce porozmawiać jeszcze ze swoją przyjaciółką, która jest podrabianą wróżką, ale zamiast tego rzuciła się w moją stronę i zaczęła wyrywać mi telefon z ręki. Siłowałam się z nią, nie chcąc dać za wygraną.
O co jej znowu chodziło? Czy musiała być wobec mnie tak agresywna? Zazwyczaj bywała o wiele bardziej subtelna w swoich działaniach. Raczej wbijała szpilki w żebra niż próbowała je połamać swoim ogromnym cielskiem.
– Co ty jeszcze robisz, wstrętna dziewucho?! – wykrzyknęła władczo Margaret. – Jest cisza nocna, kładź się spać, w tej chwili!
Gdy wyrwała mi telefon z ręki i rozłączyła rozmowę z Amy, spojrzałam na nią spode łba. Miałam o wiele więcej godności, dlatego wyprostowałam plecy i posłałam jej pogardliwe spojrzenie.
– Nie będziesz mi rozkazywać, od tego mam matkę – warknęłam.
– Matkę! – wykrzyknęła groźnie ciotka. – Beznadziejną matkę, która nawet palcem nie ruszy, aby wychować cię jak porządnego człowieka!
– Jestem, kim jestem i nie twoja w tym rola, aby mnie zmieniać! – wykrzyknęłam walecznie.
Nikt nie miał prawa do obrażania mojej rodzicielki. Rodzicielki, która oddała mi całe swoje serce i życie. Matki, która opiekowała się mną i zawsze pocieszała, gdy inni byli przeciwko mnie, chroniła kosztem własnego zdrowia i życia! Jak ktokolwiek śmiał ją oczerniać i to w mojej obecności?
Margaret pochyliła się nade mną i chwyciła mnie za bluzkę, niespodziewanie ciągnąć do góry. Już miałam się odezwać, gdy nagle spostrzegłam w jej oczach coś, co mnie przeraziło. Jej tęczówki nie były ciemne, tak jak zawsze. One płonęły szmaragdowym, dobrze znanym mi blaskiem.
A może to było tylko przywidzenie?