środa, 25 marca 2015

Rozdział 61 - "Droga do wolności"

Ostatnie komentarze z lekka mnie podbudowały, dzięki czemu zyskałam moc do pisania i nadrobiłam kilka rozdziałów w przód! Dziękuję! I nie, nikt nie trafił kim była osoba, która wręczyła Laurze klucz >D. W sumie to dopiero wyda się to w następnej części o tytule "3/4 demona" >D!
Nad poniższym rozdziałem sporo myślałam. Był pisany długi, długi czas, przez co fragmenty raz są gorsze, raz lepsze (Naff woli zawsze pisać cały rozdział od razu). Wydaje mi się, że uciekłam w nie bardzo sprytny sposób. Miało być BUM, a w sumie obyło się bez większych trudności ;____; no, trudno! W 62 będzie się działo więcej. Mam nadzieję.
PS. Moja rozpiska WCN twierdzi, że pozostało jeszcze tylko 7 rozdziałów :o *a jestem na pisaniu 65 rozdziału*
***

     Nie wiem ile razy tego dnia usłyszałam swoje własne imię, wypowiedziane w skrajnie różnych tonacjach głosowych, z różnych natężeniem dźwiękowym i z odmiennymi emocjami w głosie. Czasami śmiałam się do siebie w duchu, wyobrażając sobie własną osobę leżącą w szpitalnym łóżku, gdzie odwiedzana jestem przez tłum ludzi, nieustannie mówiących coś do mnie. Członkowie organizacji, Joanne, Calanthe, Deaniel, Sorathiel, Amy, a nawet Nathiel. Kto by najwięcej do mnie mówił? Amy buzia nigdy się nie zamykała, więc może ona? Nie. Ten głos był zdecydowanie męski. Raz z charakterystyczną nutką złości, raz z niewielką dozą sarkazmu, innym razem całkiem bezradnie, wręcz niepodobnie do właściciela. Doskonale znałam ten głos. W ostatnich dniach towarzyszył mi bardzo często. Lubiłam jego brzmienie. Miało w sobie coś przyciągającego, hipnotyzującego. Równocześnie głęboki, kochany, seksowny, słodki i równocześnie irytujący oraz skłaniający do samobójczych działań. Do kogo należał?
     - Laura, do cholery!
      Laura to chyba byłam ja. Nie, Laura to na pewno byłam ja.
     - Mówię do ciebie od jakiś dwóch godzin! Ogarnij się w końcu! Jak ktoś tu wejdzie to mamy przerąbane! Rozumiesz?!
     Ogarnąć się? Dlaczego ktoś mówił do mnie w tak dziwny sposób?
     - Laura! Klucz! Masz w rękach klucz! Ile razy mam to jeszcze powtórzyć? Wiejmy, póki możemy!
     Klucz?
     Rozwarłam szeroko oczy. Trochę czasu upłynęło, zanim zdołałam uzyskać właściwą ostrość obrazu, gdy to jednak zrobiłam, szybko rozeznałam się w sytuacji. Lochy na nowo rozświetlone były blaskiem woskowych świec, dzięki czemu bez problemu mogłam spoglądać w poruszoną niepokojem twarz Nathiela. Gdy byłam nieprzytomna, ktoś musiał tutaj być. No, chyba, że Reverentia posiada samozapalające się i wymieniające świeczki.
     - Klucz - usłyszałam znowu.
     Wybudzając się ze swojego otępienia, spróbowałam poruszyć ręką. Na chwilę obecną było to jednak niemożliwe. Długi czas wisiałam przyczepiona łańcuchami do ściany, a więc krew zdążyła odpłynąć z moich kończyn. Dopiero teraz mogłam stanąć na równych nogach i odciążyć ramiona od potężnego ciężaru, jakim było moje ciało. Na pewno dłuższą chwilę zajmie mi odzyskiwanie władzy w dłoniach.
     Oczy utkwiłam w niedużym, srebrzystym kluczu, spoczywającym w mojej otwartej dłoni. Aż dziw, że nie strąciłam go na dół. To musiał być jakiś cholerny cud.
     - Skąd go masz? - spytał szeptem Nathiel.
     Dopiero teraz przypatrzyłam się jego twarzy. Miał podkrążone oczy, zmęczony, pozbawiony emocji wyraz twarzy oraz roztrzepane włosy. Na jego skroni widać było krople potu. Oddychał ciężko i powoli, co zdradzało jego cierpienie, spowodowane licznymi ranami na ciele. Z niektórych wciąż ulatniał się ciemny, demoniczny dymek. Patrzenie na niego sprawiało mi swojego rodzaju ból. Do oczu od razu naszły mi łzy. Zdecydowanie za często się rozklejałam.
     - Spytałem o coś - westchnął chłopak.
     - Nie wiem - odpowiedziałam ochrypłym głosem - Ktoś tu był. Jakaś kobieta. Po prostu mi go wręczyła - odparłam, chmurząc się. W między czasie spróbowałam poruszyć dłonią. Palce lekko drgały, a przez żyły zaczął przepływać mi dobrze znany chłód. To oznaka, że wszystko wraca do normy.
     Nathiel nie pytał o więcej. Nie miał na to zwyczajnie siły. Nie stać go było nawet na zwyczajny uśmiech. Po prostu wpatrywał się w tępo w jakiś punkt na ścianie.
     - Boli? - spytałam cicho.
     - Nie, łaskocze - odparł zirytowany chłopak. - Może chcesz podrapać?
     - Przytulić - mruknęłam ironicznie. - Jak małe, rozpłakane dziecko, które stłukło sobie kolano o beton.
     Auvrey posłał mi lekki uśmiech. Nie odpowiedział jednak na tą kwestię. Widocznie było to dla niego za wiele.
      Jeszcze raz poruszyłam dłonią i nareszcie się udało. Władza nad kończynami wróciła. Teraz kwestia tego, jak uwolnić samą siebie z objęć kajdan.
     Przybierając skupiony wyraz twarzy, wyginęłam dłoń pod odpowiednim kątem, próbując włożyć klucz do dziurki kajdan. Aby osiągnąć swój cel, musiałam się nieźle natrudzić. Moje ciało odmawiało mi bowiem posłuszeństwa. Było jak zastygłe, było obolałe. Chwila nic nieznaczącego cierpienia była jednak niczym w porównaniu z silną chęcią ucieczki. Chciałam się uwolnić, chciałam stąd uciec, nieważne za jaką cenę.
      Po wielu minutach starań, moja ręka została oswobodzona. Z drugą nie było już problemu.
     Spojrzałam na czerwone rany odbijające się na nadgarstkach. Nieziemsko piekły, choć jeżeli mam wybierać gorszy ból, z pewnością wskazałabym na uszkodzone ramię. Miałam szczęście. Od dziecka cechowałam się doskonałą krzepliwością krwi. Dziś, myślę, że to może być kwestia demonicznych genów.
     Postawiłam krok w stronę Nathiela, niemal od razu upadając na kolana. Godziny bez poruszania się oraz zraniona łydka, dopiero teraz zaczęły mi doskwierać. Skrzywiłam się wyraźnie i syknęłam z bólu. Myślałam, że Nathiel zacznie się do mnie wydzierać, że po raz setny stwierdzi, że żaden ze mnie łowca, on jednak milczał, wyjątkowo cierpliwie oczekując na moment swojego wybawienia. Miałam nadzieję, że klucz będzie pasował również do jego kajdan, w przeciwnym razie będę miała wielki problem.
     Biorąc głęboki wdech, powstrzymałam falę słabości i podniosłam się na równe nogi. Powoli zaczęłam sunąć w jego stronę. Spojrzeniu Nathiela towarzyszył lekki uśmiech. Było w nim coś dziwnego, coś, co mogło świadczyć o dumie. Dumie? Był ze mnie dumny? Wewnętrznie się zdziwiłam, ale na zewnątrz tego nie pokazałam. W końcu wciąż byłam tą samą, chłodną Laurą Collins.
     - Zaraz stąd uciekniemy - mruknęłam do siebie, stając przy Nathielu. Dłońmi sięgnęłam do jego kajdan. Czułam przy sobie jego oddech, jego ciepło. Samo to wzbudziło we mnie falę jednoczesnej radości i tęsknoty. Dawno nie byłam tak blisko niego. Może nie chciałam się do tego przyznawać na głos, ale brakowało mi jego bliskości.
      Klucz na szczęście pasował, co tylko wywołało u mnie westchnięcie ulgi. Już po chwili Auvrey był wolny. Myślałam, że w pierwszej kolejności zacznie się przeciągać jak kot, rozmasowywać nadgarstki czy inne temu rzeczy, ale zamiast tego, chłopak przygarnął mnie do siebie delikatnie, wspierając głowę na moim ramieniu. Nie mogłam już powstrzymać łez. Godziny, a pewnie i dni spędzone w samotności w tym niezmierzonym, przerażającym miejscu, zdążyły wycisnąć ze mnie resztki sił. Potrzebowałam ciepłego ramienia do cichego wypłakania swoich żali.
     Moje dłonie zacisnęły się na jego plecach, a głowa schowała w jego piersi. W normalnej sytuacji nie pozwoliłabym sobie na taką chwilę czułości, ale to była sytuacja wyjątkowa.
     Nathiel objął ramionami moją głowę i zaczął mnie głaskać po włosach, uciszając szeptem jak małe dziecko. Wciąż powtarzał moje imię i mówił, że jestem dzielna, ale... czy tak w rzeczywistości było? Tak naprawdę czułam się słaba. Po pierwsze nie mogłam mu pomóc na balu, po drugie nie mogłam sama wydostać się z Reverentii, po trzecie nie zdołałam nawet uciec od wrogich demonów, po czwarte wciąż płakałam i nie mogłam nic zrobić z wiedzą, że Nathiel cierpi. W której z tych sytuacji tkwiła siła? Chyba tylko i wyłącznie w tym, że się nie załamałam.
     - Laura - szepnął Nathiel tuż nad moim uchem - Wiesz, chętnie bym tak postał, bo fajnie się ciebie tuli, ale chyba pora wiać - roześmiał się cicho.
     Oddźwięk jego cichej radości wywołał na moich ustach uśmiech. Tego właśnie mi brakowało. Jego nieskrywanego optymizmu, chwytającego za serce nawet najchłodniejszego pesymistę.
     Ostatni raz spoglądając sobie w oczy, wyszliśmy z niezagrodzonej niczym celi. Auvrey niemalże natychmiastowo chwycił mnie za dłoń.
     - W którą stronę teraz? - spytałam szeptem.
     - Wszyscy, którzy się tu zjawiali, przechodzili tą stroną - mruknął chłopak, wskazując głową w lewą stronę.
     - Może powinniśmy spróbować pójść w przeciwną? Niemiło byłoby się na kogoś natknąć.
     - Racja.
     Obydwoje wyruszyliśmy w podróż powrotną. Nawet zagadka tajemniczych świec została rozwiązana. Ciasny korytarz, którym z wolna się przechadzaliśmy, z każdym naszym krokiem zapalał kolejną świecę woskową, umieszczoną na kamiennej wnęce ściany. Nie było więc innej możliwości, jak uznać je za magiczne.
     - Nathiel - zaczęłam lekko zaniepokojonym, drżącym głosem.
     Chłopak spojrzał w tył pytająco.
     - Wiesz, że ten zamek jest prawdopodobnie jedynym wysokim budynkiem w Reverentii? - spytałam cichutko. - Tylko stąd będziemy mogli skoczyć w cień.
     Auvrey zaśmiał się nerwowo pod nosem.
     - Zdaniem Blaziera, Reverentia zawierała wiele wysokich budowli i skał - warknął.
     Uśmiechnęłam się pod nosem. No, tak, musiał nas przecież jakoś nabrać. W rzeczywistości okazuje się, że łatwo jest trafić do Reverentii, ale gorzej już z niej wyjść. Tak naprawdę tylko szaleniec mógłby się tu zapuścić. Szaleniec? Do tej pory uznawałam za niego Nathiela, ale czy ja sama nie zostałam teraz pochłonięta przez szaleństwo? Cóż, ludzie powiadają, że z kim się zadajesz, takim się stajesz. Modliłam się tylko o to, aby jego głupota nie przeszła na mnie.
     - Nie masz ze sobą tego dziwnego, leczniczego krzaczka, prawda? - spytał podejrzliwie Nathiel, zerkając na mnie w tył.
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie.
     - To się okaże - mruknęłam, puszczając jego dłoń. Z lekkim zażenowaniem, sięgnęłam za dekolt swojej dostatecznie już zniszczonej, czarnej sukienki. Chłopaka najwyraźniej to zdziwiło, ale i ucieszyło.
     - Laura, ale że teraz? - spytał uwodzicielskim głosem, opierając się w seksownej pozie o ścianę. Dłonią w powolny sposób przeczesał swoje włosy.
     - Wiem, że to odpowiednie miejsce do nawiązywania stosunków, bo jest ciemno i klimatycznie, no i jeszcze te romantyczne świece, ale żeby tutaj, wśród wrogów? - udał zdziwienie - Poczekaj, aż stąd wyjdziemy - mówiąc to, puścił mi oczko.
     - Co kogo jara - mruknęłam do siebie. Chwilę potem wyjęłam zza sukienki lekko zgnieciony kwiat algei leczniczej. Przez chwilę miałam wątpliwości co do słów, którymi obdarowała mnie Naira. Mówiła przecież o tym, że obojętnie gdzie się go umieści i ile będzie się go trzymać niewsadzonego w ziemię, on i tak będzie żył. Teraz wyglądał trochę marnie.
     - Coś ci się zgniótł - oznajmił rozbawiony Nathiel.
     Obdarowałam go morderczym spojrzeniem.
     - Widzę, że już czujesz się lepiej - zaironizowałam.
     - O, ty też wracasz do formy, stęskniłem się za twoim sarkazmem - zaśmiał się.
     Westchnęłam głośno, kierując spojrzenie na algee. Ku mojemu zdziwieniu, właśnie zaczął rozkładać swoje liście i prostować się, niczym kwitnący wiosną kwiat. Naira nie kłamała.
     Odetchnęłam i z zażenowaną miną z powrotem schowałam go za dekolt. Wciąż patrzyłam na Nathiela karcącym spojrzeniem. Wiedziałam, że chce coś powiedzieć, ale zamiast tego wpatrywał się we mnie z uniesioną brwią i zawadiackim uśmiechem na twarzy. Skończyły mi się pokłady czułości. Teraz chciałam mu przywalić w twarz.
     Biorąc głęboki wdech, już bez dłoni Nathiela w swoim uścisku, ruszyłam w głąb korytarza. O dziwo czułam się w nim coraz pewniej. Żałowałam tylko, że nasze tempo nie mogło być szybsze. Gdybyśmy byli sprawni i pozbawieni ran, z pewnością pędzilibyśmy teraz środkiem korytarza, ile sił w nogach. Nie można mieć jednak wszystkiego. Grunt, że w ogóle przetrwaliśmy pobyt w więzieniu.
     - Schody - dosłyszałam głos Nathiela, tuż za swoimi plecami.
     Rzeczywiście. Przed nami rysował się blady obraz schodów, prowadzących stromo i kręto ku górze. Nie wiedziałam jednak czy mam się z tego powodu cieszyć. Wybraliśmy dosyć ryzykowną drogę do przejścia. Nie wiemy w końcu dokąd prowadzi prawa strona kamiennego korytarza. Równie dobrze, mogłaby nas zaprowadzić do siedziby departamentu kontroli demonów. Na samą myśl o tym, przeszły mnie ciarki. Nie mieliśmy jednak wyboru i nic do stracenia - jedynie życie. Ale chyba lepszą opcją była próba ucieczki, niż czekanie, aż ojczulek Nathiela znowu wróci i zabawi nas swoją elokwencją.
     Powoli, z głośno bijącym sercem, zaczęłam stawiać pierwsze kroki ku górze. Musiałam wyglądać trochę jak sierotka Marysia ze swoimi bosymi stopami, drepczącymi po chłodnych, kamiennych schodach. Wolałam jednak to, niż wysokie, przeszkadzające w chodzie obcasy. W ciągu swojego życia zachorowałam tylko kilka razy, nie musiałam się więc martwić o konsekwencje bosego stąpania po zimnej posadzce. Nie ukrywam jednak faktu, że wolałabym mieć w tym momencie na nogach swoje stare, dobre trampki.
     - Nathiel - zaczęłam szeptem, aby przerwać tą przerażającą i przytłaczającą ciszę - Jak myślisz, ktokolwiek z Nox nas szuka?
     Chłopak zaśmiał się kpiąco w zbyt głośny jak dla mnie sposób.
     - Oczywiście - odpowiedział - Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. W Reverentii musimy być już kilka dni. Na pewno się zorientują, że coś jest nie tak i zaczną nas szukać - westchnął ciężko - Dokładnie to samo zrobili, gdy razem z Sorathem zniknęliśmy na 3 dni w moje 10-te urodziny.
     - Niech zgadnę, pewnie wpadłeś na jakiś głupi pomysł, który miał uczcić twoje urodziny? - spytałam, zerkając na niego w tył.
     Chłopak zaśmiał się radośnie.
     - Taa - przyznał - Carissa naopowiadała mi bajek o demonicznym lesie, gdzie mogą zapuszczać się tylko dzielni łowcy, a za każdego zabitego demona z nieba spadają ci słodycze. Stwierdziła, że dopiero gdy dorosnę będę mógł tam pójść, ale oczywiście nie chciałem czekać.
     - Uwierzyłeś w tą bajkę jako 10-latek? - spytałam rozbawiona.
     Nathiel oburzył się.
     - Dalej w nią wierzę!
     Zaśmiałam się cicho. Równocześnie głupi i tak samo naiwny mógł być tylko Nathiel.
     - A ty zrobiłaś choć raz coś szalonego w swoje urodziny? - spytał kpiąco - Ja co roku mam fajne pomysły - dodał, wzruszając ramionami.
     - Chodzi ci o te z podpalaniem firanek i ubieranie ich na siebie, w celu wybiegnięcia na dwór i wykrzyczenia: "Jestem Człowiek-Ogień i gasi się mnie tylko benzyną"? - zaśmiałam się.
     Szmaragdowooki nachmurzył się.
     - Lepsze to, niż ubranie prześcieradła na plecy, durszlaka na głowę, wzięcie sanek, wejście na dach i ślizgnięcie się po nim, wykrzykując: "Pędź mój drewniany rumaku, szybszy niż tysiące reniferów" - dodał - Później straszliwie bolał mnie tyłek, a rumaka musiałem pochować w ręcznie wykopanym przez siebie grobie - zachichotał.
     - Wiesz, Nathiel? - spytałam - Współczuję w przyszłości twoim dzieciom.
     - Ja im wcale nie współczuję, nawet im zazdroszczę - zaśmiał się - Każdy chciałby mieć takiego ojca!
     Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Nie chciałam bowiem pogrążać Nathiela jeszcze bardziej. Niech żyje w swoim świecie, przeświadczony o własnej boskości. Nie złamię mu przecież serca. Nie, wcale. Naprawdę.
     Jakby nie patrzeć, nigdy nie zrobiłam nic szalonego w swoje urodziny. Każde z nich kończyły się tak samo. Zjedzeniem jednego kawałku tortu, zrobionego przez Joanne, otrzymaniem prezentu, którym zazwyczaj była jakaś ciekawa książka oraz kładzeniem się spać. Wolałam bardziej rutynowy tryb życia, poza tym urodziny nigdy nie były dla mnie zbyt wielkim świętem. Z czego tu się cieszyć? Że człowiek dorasta, tym samym się starzejąc? To nie dla mnie.
     - Ile jeszcze tych cholernych schodów, zanim gdziekolwiek dojdziemy? - warknął pod nosem Nathiel. Nie minęła nawet chwila od jego słów, a kręta ścieżka z kamiennych stopni ukazała nam pierwsze piętro. I wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy własnie nie stanęli na przeciw dwóch, zupełnie nam obcych demonów. Serce stanęło mi w miejscu, a nogi dotknął paraliż. Nathiel najwyraźniej też był tym spotkaniem zaskoczony.
     - Kim jesteście? - wyrzucił zdumionym głosem jeden ze szmaragdowookich demonów.
     Auvrey otrzeźwiał zdecydowanie szybciej, niż ja.
     - Demonami? - prędzej spytał, niż odpowiedział.
     Wśród kamiennych ścian zaległa cisza. Dwójka ciemnowłosych, wrogich przybyszów, przyglądała się nam uważnie bez większych emocji. Wiedziałam, że to nasz koniec. Nie mamy żadnej broni, nie mamy niczego, czym byśmy się mogli obronić, ani miejsca, gdzie możemy uciec. Wystarczy jeden ruch dłonią i nie żyjemy. Sama nie wiedziałam czy wolę popełnić samobójstwo czy zostać zabita przez demony.
     - Aha - wyrzucił z siebie jeden z wrogów, co już mnie zdziwiło. Zastanawiałam się teraz tylko, czy dopowie: "to was zabijemy", czy "My też, chodźmy poszaleć". - Byliście tam na dole?
     - Nie, przez okno weszliśmy - zaironizował Nathiel. Szturchnęłam go ramieniem.
     - Tak, byliśmy na dole zobaczyć tych nowych więźniów - odpowiedziałam, jak najstaranniej kryjąc się za Nathielem. Nie chciałam, żeby przypadkiem zobaczyli moje oczy.
     Jeden z demonów wyraźnie się ucieszył, żeby nie powiedzieć, że podjarał.
     - I co? - spytał.
     - Noo - zaczął niepewnie Nathiel - Wiesz, jeden z nich jest przystojny, ma seksowną klatę, zabójczy uśmiech i w sumie mógłbym wymieniać w nieskończoność. Generalnie to się chłopakiem jaram.
     Demony wyminęły nas na schodach, dotykając plecami samej ściany. Przerażone i zniesmaczone spojrzenia utkwiły w Nathielu. Niemalże dziękowałam mu na kolanach za objaw niechcianej głupoty. Przynajmniej raz idiotyzm wyratował nas z jakiejś sytuacji.
     Gdy Auvrey przyglądał się im ze zmarszczonym czołem, nie wiedząc o co im chodzi, ja próbowałam ukryć rozbawienie, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę. Demony ruszyły ku dołowi, aj ja uśmiechnęłam się ironicznie.
     - Co? - prychnął Nathiel - Myślisz, że gdybym powiedział, że jest tam też blada dupa albinosa to by się ucieszyli?
     Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, od razu chwytając Auvreya za dłoń.
     - Dałeś nam właśnie chwilę na ucieczkę - mruknęłam i pociągnęłam go ku górze. Mimo bólu, musieliśmy przyspieszyć swoje tempo. Te wyjątkowo idiotyczne demony zaraz się zorientują, że to my byliśmy tymi uciekinierami i wtedy już nic nam nie pomoże. Tylko na chwilę stanęliśmy na pogrążonym w ciemności piętrze, próbując rozeznać się w terenie. Długo się jednak nie zastanawialiśmy. Tu nawet nie było okien z których moglibyśmy wyskoczyć. Musieliśmy pędzić ku następnym schodom.
     Spojrzałam na Nathiela w tył. Ironiczny uśmiech sam cisnął mi się na usta. Wciąż miał ten sam, ciężko skupiony wyraz twarzy, lekko zmarszczony nos, zwinięte w śmieszny dzióbek usta i ściągnięte brwi. Czy naprawdę nie zorientował się dlaczego tamte demony ominęły nas szerokim łukiem? To chyba oczywiste, uznały go za geja. Gdyby wiedzieli, że mówi o sobie, pewnie spostrzegli by go jako narcyza, ale całą prawdę o nim znałam tylko ja. Cóż, czasem nawet głupota potrafi uratować człowieka. Kwiaty chwały dla losu.
     Pędziliśmy przez następne kamienne stopnie, pnąc się coraz wyżej do góry. Moje serce okrył lekki niepokój. Dlaczego nigdzie nie było tu okien? Jak demony mogły żyć w takiej ciemnicy, oblegane wyłącznie przez samozapalające się świece? Normalny człowiek już dawno zwariowałby w takich warunkach. Chociaż... może się mylę? Jeżeli ktoś narodził się w takim miejscu i żyje tu przez cały czas, być może nie ma z tym problemu? Problemem staje się wówczas, gdy taka osoba ląduje w świecie ludzi - miejscu, przepełnionym życiodajnym światłem. Idę o zakład, że wszystkie demony czują się wtedy jak wampiry.
     - Ponuro tutaj - burknął Nathiel. Gdy spojrzałam na niego w tył, dostrzegłam na jego twarzy lekki grymas bólu. Widocznie przyspieszone tempo musiało sprawiać mu cierpienie. Ja jednak sama nie czułam się lepiej. Wolałam chwilę pocierpieć, niż zginąć w tym miejscu z rąk demonów.
     Dotarliśmy na następne, przyciemnione piętro, które swoim wyglądem nie różniło się od poprzedniego. Wręcz czułam się, jakbym cofnęła się w dół. Tym razem ruszyliśmy do góry bez chwili namysłu. Gdzieś tutaj musiało być wyjście. Nikt mi nie wmówi, że siedziba demonów ma tylko jedne wyjście, znajdujące się na dole.
     Kolejne piętro wyglądało już odrobinę inaczej. Świece zostały zmienione na pochodnie, rozświetlające cały korytarz. Odnosiłam wrażenie, że musi mieć tu miejsce coś naprawdę ważnego. Być może to tu spotykały się cieniste demony na obradach departamentu? Być może to właśnie za rogiem czai się ich szef? Na samą myśl o tym, przeszły mnie ciarki. Za nic w świecie nie chciałabym go ponownie spotkać.
     - Laura, dlaczego stoisz tu jak sztywny kołek? - spytał z westchnięciem Nathiel. Chwycił mnie za rękę i pociągnął mocno za sobą. Tym razem to on był na prowadzeniu.
     - Poczekaj - mruknęłam, zatrzymując się na moment. Natężyłam słuch. Z dołu słychać było przyspieszone kroki i przyciszone, zdenerwowane warknięcia. Byłam pewna, że to te same demony, co wcześniej. Miałam jednak nadzieję, że nie byli w większej obstawie. Niestety, nie mogłam tego wywnioskować po krokach.
     Nim się obejrzałam, moje nogi poniosły mnie ku jednej z pochodni. Zdziwiłam się swoją własną postawą. Może to kolejna, rozpaczliwa prośba mojej duszy o walkę? Może narodziła się we mnie wola wojownika? Być może szaleństwo zakorzeniło się w mojej głowie i stwierdziło, że już nic nie mam do stracenia? Nie wiem i chyba nie chciałam tego wiedzieć.
     Wyrywając pochodnię z metalowego uchwytu, stanęłam na jednym z pierwszych schodków prowadzących na wyższe piętro. Nathiel przyglądał się mi w zdziwieniu.
     - Co ty... - zaczął, choć szybko mu przerwałam, nadeptując mu na stopę. To sprawiło, że syknął z bólu i usiadł na wyższym stopniu schodów. Widocznie i tam musiał być zraniony. Przykro mi, Nathiel, szalonej dupie albinosa nie można przeszkadzać podczas akcji. Siedź grzecznie i się przyglądaj.
     Gdy głosy odpowiednio się do nas zbliżyły, waleczna, mała, blondwłosa blada istota, zeskoczyła ze schodów i bez chwili namysłu zdzieliła jednego z demonów pochodnią. Wydałam z siebie przy tym okrzyk niczym wojownicza księżniczka Xena. Przez moment poczułam się jak walczący o życie dzikus.
     Zaskoczony demon zleciał ze schodów, potrącając swojego kompana. I wtedy cała odwaga ze mnie uleciała. Rzuciłam w ich stronę pochodnie, złapałam się za poliki i stanęłam jak wryta w miejscu. Tym razem to Nathiel mnie uratował. Chwycił mnie za dłoń i pociągnął ku górze, śmiejąc się jak ostatni szaleniec na ziemi.
     - Ja nie mogę! - wykrzyknął, dusząc się własnym śmiechem - Mały, walczący, blady gladiator! Myślałem, że nie dożyję takiego momentu!
     - Zamknij się, Nathiel - warknęłam, spoglądając w jego plecy ze zgrozą.
     Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło. Kolejne piętro było już ostatnim piętrem tego zamku. Było puste, zakurzone i wyglądało niczym mały, ziemski strych. Obok walały się przeróżne, dziwne graty, których nawet nie chciałam dotykać, gdzieś w rogu widać było małe stworki z Reverentii, które poukrywały się przed naszymi spojrzeniami. Na samym środku stała drewniana drabina, która prowadziła na sam szczyt zamku. Uznałam, że łatwiejszym celem będzie coś w rodzaju balkonowego okna, znajdującego się przed nami. Zdziwił mnie fakt, że nie miało żadnych uchwytów czy rączek do otwierania. Szokiem dla mnie była też szyba. Po pierwsze nie pasowało do mojej średniowiecznej wizji świata, po drugie: skąd do jasnej cholery w Reverentii szkło?
     Rozglądnęłam się na boki zaniepokojona. Potrzebowałam czegoś ciężkiego, jednak bałam się dotykać tu czegokolwiek. Wybawieniem znowu okazała się pochodnia. Chwyciłam za nią i bez chwili zastanowienia, zamachnęłam w okno. Nathiel przyglądał się temu z rozbawionym uśmieszkiem. Miałam ochotę go także walnąć tą pochodnią. Czy to takie zabawne, że walczę o nasze życie?
     Szkło rozprysnęło się na drobne kawałeczki, ukazując nam otwarty krajobraz Reverentii. Byłam pewna, że nie było barwniejszego i piękniejszego świata, a jednocześnie, że żaden ze światów nie był równie przerażający jak Reverentia. Wydaje mi się, że jednorazowa wycieczka w te krańce wystarczy mi do końca życia. Teraz chcę poczuć chłodny powiew ziemskiego wiatru i ujrzeć światło słońca.
     Ostatni raz spojrzałam w tył. Na szczęście nie słyszałam, ani nie widziałam niczego podejrzanego. Nie mogliśmy jednak dłużej czekać. Spojrzałam znacząco na Nathiela, który bez słowa kiwnął głową. Obydwoje stanęliśmy na krańcu kamiennego zamku. Tym razem nie chciałam lecieć sama w tą przerażającą, cienistą otchłań. Odważnie chwyciłam za rękę zielonookiego i spojrzałam na jego twarz z delikatnym uśmiechem. Odwzajemnił go, a jego oczy błyszczały jaśniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Całą magię zepsuły oczywiście jego słowa.
     - Przelećmy się razem! - wykrzyknął, unosząc triumfalnie pięść do góry. Z jego ust wydobył się głośny, szalony okrzyk radości. Bez uprzedzenia pociągnął mnie w dół. Ale ja byłam już przecież do tego przyzwyczajona. Może przyzwyczajona aż za bardzo.

niedziela, 22 marca 2015

Rozdział 60 - "Ważniejszy, niż ktokolwiek na świecie"

No i jest rozdział. Znowu po tygodniu. Mam cztery dni wolnego od pracy, a więc staram się wszystko nadrabiać. Czytanie zaległych rozdziałów, pisanie rozdziałów i... generalnie to jestem wyssana z weny. Ten smuteg. Do przodu został mi tylko jeden rozdział. Nieźle się opuściłam. Jak tak dalej pójdzie to zaprzestanę wstawiać rozdziały :o. Bierz się w garść, Naff! A teraz ładnie powitajmy Vaila Auvreya. No, niestety po tym rozdziale go polubiłam. Nie wiem czemu. Może to zamiłowanie do sadyzmu, które przejęłam po Króliku :o? 
***

     Wciąż spoglądałam w jego twarz, potrząsając głową z niedowierzaniem. Bałam się, że może nie być sobą, bałam się, że będzie na mnie krzyczał, odnosił się z nienawiścią, że to nie będzie Nathiel, którego znam. Szybko jednak odrzuciłam swoje uzasadnione obawy. Jego spojrzenie pełne gniewu stopniowo zaczęło ulegać łagodności. Patrzył na mnie z coraz większym załamaniem, nie spuszczając ze mnie wzroku nawet na moment.
     - Co poszło nie tak? - spytał dziwnie cichym, pozbawionym emocji głosem.
     Wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w tej bezdusznej krainie, wszystkie ucieczki, ogrom nowych informacji, zmartwienie o jego osobę i ostateczna radość z powodu tego, że żyje, wybuchły we mnie potokiem łez. Starałam się nie pokazywać, że płaczę, robiłam to praktycznie milcząco, ale jak miałam ukryć twarz, gdy moje ruchy były ograniczone przez łańcuchy? Zdołałam tylko spojrzeć w bok na kamienną, chłodną ścianę. Wciąż jednak wiedziałam, że twarz oświetla mi woskowa świeca stojąca w rogu pomieszczenia.
     - Laura - zaczął załamanym tonem głosu Nathiel. Mogłam sobie tylko wyobrażać jaką ma minę, nie chciałam bowiem na niego patrzeć - Proszę, nie płacz.
     Potrząsnęłam głową, nie wiedząc tak naprawdę co mogę odpowiedzieć. Wszystkie uczucia mieszały się we mnie, tworząc przedziwną mieszankę wybuchową. Jednocześnie rozpierała mnie radość, jednocześnie smutek. Wiedziałam, że w tym momencie nie ma dla nas ratunku. Tylko cud mógłby nas stąd uwolnić, a w niego akurat nie wierzę. Żaden z łowców nie miał pojęcia gdzie się wybraliśmy. O naszej podróży do świata demonów wiedział tylko Blazier. Blazier? Coś zaświtało mi w głowie. Podczas balu, Vail Auvrey wydawał się być przygotowany na nasze przybycie. Nie robiliśmy przecież nic, co by mogło świadczyć o naszej inności, czegoś, co mogłoby nas wyróżniać. Nie mógł odkryć nas przypadkiem. Czy to nie oznacza, iż osobą, która nas zdradziła jest sam Blazier? To on przekonywał nas do tej podróży i tylko on o niej wiedział.
     Coś z nagła we mnie zawrzało.
     - Zostaliśmy oszukani - warknęłam, próbując otrzeć łzy ramieniem.
     - Blazier - zaśmiał się niemrawo Nathiel. - Ojciec mi o nim wspominał - dodał zdenerwowanym tonem głosu.
     - Jesteśmy tacy głupi i naiwni - dodałam, sama śmiejąc się z własnej głupoty. Do tej pory byłam uważana za dosyć inteligentną i bystrą osobą, na dodatek nieufającą byle komu. Co się nagle ze mną stało? Czy to nie było ani trochę dziwne, że jakiś obcy, ukrywający się w cieniu wszystkiego demon, nagle trafił do organizacji i został sprzymierzeńcem jednego z nas? Czy to nie dziwne, że nagle bezinteresownie pomógł mi uwolnić Nathiela i znaleźć matkę, nic za to nie chcąc? Właśnie tymi gestami chciał zdobyć moje zaufanie. Prawdziwym idiotą nie był więc Nathiel, tylko ja. Będę przeklinać siebie do końca swoich dni za tak głupi czyn, jakim było pójście do Reverentii. Nie dość, że to była pułapka, to jeszcze nie osiągnęliśmy żadnego z przyjętych celów. Co mnie tutaj zagnało? Przecież wiedziałam jak to się może skończyć.
     - Stało się, już tego nie cofniemy - odezwał się z westchnięciem Nathiel.
     Spojrzałam w jego zmęczoną twarz na której rysowały się wyrzuty sumienia. Nie sądziłam, że to będzie rzecz, którą ujrzę przed śmiercią. Nathiel żałujący czegoś.
     - Nie chciałem, żeby tak to się skończyło - mruknął, wbijając spojrzenie w podłogę - Nie będę cię przepraszał, bo to niczego nie zmieni.
     - To nasza wspólna wina, Nathiel - szepnęłam łamiącym się głosem - Obydwoje daliśmy się nabrać i jak zwykli egoiści ruszyliśmy w nieznane.
     - Koniec końców nie osiągnęliśmy nic - odpowiedział chłopak.
     - Przynajmniej jesteśmy tutaj razem - dodałam najciszej jak mogłam. Te słowa wywołały na jego twarzy szczery, pełen uczuć uśmiech. Przynajmniej w chwili, gdy nasze żywoty powoli zbliżały się do końca, chciałam mu dać odrobinę swojego ciepła. Kochał mnie, zawsze poświęcał się dla mnie i bronił nawet za cenę własnego życia. W każdym jego geście, nawet ironicznym, była doza miłości. Gdy mówił, że nie nadaję się na łowcę - tak naprawdę się o mnie martwił, bo wiedział z czym wiąże się ta profesja, gdy mówił, że jestem słaba - chciał, żebym była silniejsza i umiała sobie poradzić bez niego. Czy kiedykolwiek nie był ze mną szczery? Zawsze mówił to, co myśli, nawet jeśli to bolało, zastanawiało lub mieszało w głowie. W zamian za to ja dawałam mu sam chłód. Dlaczego taka dla niego byłam? Zależało mi przecież na nim, prawda?
     Spojrzałam na Nathiela, któremu uśmiech wciąż nie schodził z twarzy. Jego zewnętrzna demoniczność gdzieś uciekła. Miałam jednak wrażenie, że jeszcze może wrócić.
     - Kto ci to zrobił? - spytałam wreszcie, próbując przerwać przejmującą ciszę, niosącą ze sobą nutkę przytłaczających uczuć. Miałam oczywiście na myśli rany na ciele pół nagiego Nathiela.
     Chłopak uśmiechnął się diabelsko pod nosem, nie odpowiadając na to pytanie. Gdzieś w głębi niezmierzonych, tajemniczych lochów rozległy się kroki. Moje serce momentalnie przyspieszyło swoje bicie. Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie żałowałam tego, że nie mogę przytulić się do Nathiela. Będąc przy nim, czułabym się zdecydowanie pewniej. Teraz, byłam na skraju załamania nerwowego. Jeżeli kiedykolwiek uda mi się wrócić do domu, będę potrzebowała mocnej, antydemonicznej terapii.
     Kroki rozbrzmiewały coraz głośniej, tworząc wśród kamiennych ścian echo. Kogo mogliśmy się tu spodziewać? Na pewno nie kogoś, kto nas wybawi. Bałam się, że nasza śmierć mogła nastąpić stosunkowo szybko.
     Strach przyćmił na moment mój umysł. Nie zdążyłam się nawet zorientować, kiedy jakaś ciemna, bliżej nieokreślona postać, weszła do naszej więziennej celi. Dopiero wówczas, gdy rozłożyła na bok ręce, dowiedziałam się z kim mamy do czynienia. Moje nogi na moment zmiękły. Utrzymywałam się w pionie tylko dlatego, że moje ręce były podtrzymywane przez łańcuchy. Ostrze noża trzymanego przez przerażającego demona, lśniło w świetle woskowych świec, nie zwiastując niczego dobrego. To było exitialis. Prawdopodobnie należące do Nathiela.
     - Witaj ponownie, synu - ozwał się władczym głosem Vail Auvrey. - Stęskniłeś się za mną?
     - W cholerę - odpowiedział przez zaciśnięte zęby Nathiel, spoglądając na niego oczami pełnymi nienawiści. - Jeszcze nigdy tak za tobą nie tęskniłem, tatusiu.
     W ramach podziękowania za czułą odpowiedź, młodszy Auvrey dostał nożem prosto w brzuch. Wydałam z siebie okrzyk zaskoczenia mieszany z przerażeniem. Mogłabym przysiąc, że poczułam na sobie jego ból. Tak bardzo zdziwił mnie wówczas wyraz twarzy Nathiela. Wciąż patrzył w oczy ojca i uśmiechał się z niekrytą, diabelską pogardą. Nie widziałam u niego oznak bólu. Większe cierpienie musiało rysować się na mojej twarzy, niż na jego.
     Władczy mężczyzna obrócił się niespodziewanie w moją stronę. Na sam widok jego nienawistnego spojrzenia, przeszły mnie ciarki. Wolałam pozostać w tej chwili niezauważona.
     - Liczyłem na to, że przypadkiem cię zabiją, ale żadna strata - powiedział głosem wyższości, obdarowując mnie pogardliwym spojrzeniem - Najpierw popatrzysz na powolną śmierć swojego towarzysza, a potem sam cię zabiję - mówiąc to, uśmiechnął się w dziwnie, psychopatyczny sposób.        Na mojej skórze pojawiła się jeszcze większa gęsia skórka.
     - Zobaczymy czy pójdzie ci to tak łatwo - warknął Nathiel, uśmiechając się w iście diabelski sposób. Morderczy błysk w jego oku zdradzał siłę, jaką w sobie miał. Doskonale wiedziałam, że zwykłe tortruy go nie zabiją. Ma zbyt wiele celów w życiu, aby tak łatwo się poddać.
     Vail Auvrey zaśmiał się krótko w dziwny, nieprzypominający śmiechu sposób.
     - Wyjątkowo masz racje. Nie pójdzie tak łatwo. Jesteś jednym z Auvreyów, a to do czegoś zobowiązuje - odpowiedział gładko - Żałuję tylko, że ostatni z moich potomków w którym pokładałem największe nadzieje, okazał się być nie godzien życia - westchnął - Widocznie popełniłem błąd. Być może to Soriel nadawałby się na mojego następce - dodał z uśmieszkiem.
     - Soriel był taki jak ja. Gdyby żył, nie przeszedłby na złą stronę - odpowiedział zielonooki, śmiejąc się kpiąco.
     Soriel Auvrey, jeden z trójki rodzeństwa Auvreyów, najstarszy z nich. Został zabity przez ojca, podobnie jak siostra Nathiela. Mój demoniczny towarzysz dużo mi o nim opowiadał. Zawsze przewodził całym rodzeństwem i był ich skarbnicą wiedzy. Nathiel był w niego wpatrzony i jak prawie każde małe dziecko, uważał starszego brata za wzór. To on najwięcej opowiedział mu o demonach i to dzięki niemu Nathiel zdołał wkraść się do mojego cienia. Ponoć byli tacy sami. Często kłócili się o ostatni kawałek pizzy, a nawet robili konkurs na zauroczenie pierwszej lepszej dziewczyny w parku. Biorąc pod uwagę podobieństwa - cieszę się, że na świecie nie ma dwóch Nathielów, choć oczywiście nikomu nie życzę śmierci.
     - Nie dowiemy się już tego - odpowiedział Vail, wzdychając - Niedługo słuch po rodzeństwie Auvrey zaginie - dodał powolnym i mrocznym szeptem.
     - A ty dalej będziesz płodził swoich potomków i zabijał ich dla zabawy, bo... czemu nie? - spytał Nathiel, śmiejąc się kpiąco. - Niszczenie komuś życia jest takie cudowne.
     - Owszem. Po to istnieją demony - szepnął czarnowłosy demon, wbijając nóż w ramię swojego syna. Przejechał po nim w brutalnie powolny sposób - Zrozum to wreszcie i przestań udawać człowieka - syknął.
     Widząc na twarzy Nathiela ból, nie mogłam stać bezczynnie. Moje serce pękało na miliony kawałeczków, a łzy ściekały po polikach wodospadem. Nigdy w życiu nie czułam się tak źle, gdy patrzyłam jak ktoś cierpi.
     - Zostaw go! - wykrzyknęłam mimowolnie, rozpaczliwym głosem. W przypływie chwili chciałam rzucić się do biegu, skończyło się to jednak cichym jękiem bólu. Łańcuchy uniemożliwiły mi podróż, z powrotem przygarniając do kamiennej ściany. W tym momencie poczułam silny ból w łydce. Dopiero teraz przypomniałam sobie o tym, że jest zraniona.
     Dwójka Auvreyów spojrzała na mnie w tym samym momencie. Nathiel z lekko oburzonym i zdenerwowanym wyrazem twarzy, jego ojciec z kpiącym uśmiechem.
     - Zamknij się, Laura i nie wtrącaj się - warknął chłopak.
     - Nie mogę patrzeć jak dzieje ci się krzywda! - wykrzyknęłam.
     Vail Auvrey oparł się o ścianę i założył ręce na piersi, przyglądając mi się z bliżej nieokreślonym uśmiechem. Zastanawiałam się co w tym momencie myśli.
     - Daj mi się pobawić z ojcem, nie widziałem go całe życie - prychnął w odpowiedzi Nathiel. Zanim odpowiedział, zdołałam dostrzec na jego twarzy lekkie zdziwienie. Wiem, nie na co dzień słyszy się z moich ust takie słowa. Nie mogłam ich jednak powstrzymać. Widok ranionego i cierpiącego Nathiela bolał mnie bardziej, niż własny, fizyczny ból.
     - Przestań! - wykrzyknęłam zbulwersowana, całkowicie ignorując przyglądającego się nam ojca Nathiela - Nie zgrywaj bohatera! I tak obydwoje umrzemy!
     - Słusznie - odpowiedział Vail, obracając między palcami exitialis łowcy.
     - Nie chcę, żebyś widziała jak cierpię! - odkrzyknął zdenerwowany Nathiel - Nie chcę, żebyś się bała!
     A przede wszystkim nie chciał, aby jego ojciec zwrócił na mnie uwagę. Umilkłam. Przecież każde nasze słowo mogło zostać zwrócone przeciwko nam. Już teraz Vail Auvrey musiał zauważyć więź, która tworzy się pomiędzy nami. Cały czas uważnie się nam przyglądał, a jego uśmiech wykrzywiał się w coraz większej ironii i pogardzie.
     - Proszę, proszę - zaczął, odrywając się od ściany. Zaczął iść w moją stronę powolnym krokiem, co wywołało u Nathiela zdziwienie. Zaczął wyrywać się z łańcuchów z których przecież i tak nie mógł się uwolnić. Chciał zatrzymać swojego ojca za wszelką cenę.
     - Czyżby to była twoja ukochana, Nathielu? - spytał sarkastycznie ojciec. Gdy już do mnie podszedł, podłożył mi nóż pod samo gardło. Na chwilę wstrzymałam dech. Miałam wrażenie, że jeżeli ruszę się chociaż o milimetr, nóż przetnie moją krtań.
     Młodszy Auvrey milczał, wyrywając się coraz mocniej i mocniej. Z jego licznych ran na ciele wyciekał dobrze mi znany, ciemny dymek. Mimo bólu rysującego się na jego twarzy, wciąż walczył. To wywoływało u mnie coraz większy poziom rozpaczy. Nie mogłam powstrzymać łez. W mojej duszy aż się gotowało. Dlaczego temu idiocie aż tak bardzo na mnie zależało? Dlaczego chciał pokazać za wszelką cenę, że jest ponad swoim ojcem, mimo tego, że był na straconej pozycji? Naprawdę chciał mi pokazać, ze się nie boi?  Chciał mi dodać tym odwagi? Ale ja tylko cierpiałam z powodu jego bólu, to wcale nie pomagało!
     - Weź od niej te brudne łapska, miałeś się najpierw zająć mną - warknął zielonooki.
     Vail Auvrey puścił mnie, dzięki czemu mogłam na chwilę odetchnąć. Zaczęło bowiem brakować mi powietrza.
     - Racja - powiedział cicho, zwracając się przodem do swojego syna - Ale kto powiedział, że nie mogę zabawić się z kimś, kogo - tu przerwał na chwilę, krzywiąc się w wyraźny sposób - Kochasz - swoją wypowiedź zakończył groźnie brzmiącym śmiechem kpiny. Na sam jego oddźwięk, przeszły mnie nieprzyjemne ciarki.
     Vail Auvrey spojrzał mi prosto w twarz. Był wystarczająco blisko, abym mogła dostrzec zabójcze wręcz podobieństwo między nim, a jego synem oraz równoczesne różnice powstałe między nimi. Kolor oczu się zgadzał, podobnie jak włosy, Vail Auvrey miał jednak o wiele ostrzejsze rysy twarzy, niż on. I chyba nie muszę wspominać, że wyglądał bardziej przerażająco, niż on. Spoglądanie w jego oczu paraliżowało, a nie czarowało.
     - Boisz się - stwierdził mężczyzna szeptem. Jedną ze swoich dłoni zacisnął na moich polikach, przez co moje usta ułożyły się w dzióbek. Gdyby to nie była przerażająca sytuacja, z pewnością ktoś z boku mógłby wybuchnąć śmiechem na widok mojej twarzy.
     - Wręcz umierasz ze strachu - kontynuował Vail Auvrey, uśmiechając się w diabelski sposób. W jego oczach pojawił się dziwnie morderczy błysk.
     - Zostaw Laurę i chodź do swojego ukochanego syna - syknął Nathiel. Jego głos lekko drżał, co zdradzało jego niepokój. To wcale nie pomoże, jego ojciec właśnie upatrzył sobie mnie. W duchu się przeżegnałam i choć nie jestem zbytnio wierzącą osobą, zaczęłam w głowie układać modlitwy nie z tej ziemi. Nie, nie błagałam o życie, błagałam o szybką i bezbolesną śmierć. Przy okazji kazałam temu na górze pozdrowić całą organizacje oraz Amy i jej rodziców. Temu na górze? Wybrałam chyba niewłaściwe niebo.
     Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. Powoli zaczynałam tracić zdrowe zmysły. Teraz byłam już pewna - strach potrafi uczynić z człowieka szaleńca.
     Vail Auvrey nie przejął się słowami swojego syna. Kompletnie go zignorował i zajął się mną.
     - Laura Collins - wypowiedział moje imię ze zgrozą - Brzmi pospolicie. Wygląda tak samo. Aż dziw, że ktoś taki w ogóle trafił do Reverentii. Nie wierzę, że jesteś córką samego Aidena - prychnął.
     - Ja też - mruknęłam, przeklinając siebie w duchu za swój niewyparzony język. Doskonale wiedziałam, czym to się może zakończyć.
     Vail Auvrey odchylił się tylko w tył i spojrzał na mnie z góry, uśmiechając się w złowieszczy sposób.
     - Widzę, że czarny humor się ciebie trzyma - odpowiedział spokojnie, podrzucając w dłoni exitialis - Znakomicie. Nie jesteś taka nudna jak myślałem - zaśmiał się chrapliwie i rozłożył ręce na bok w charakterystyczny dla siebie sposób - Razem będziemy się świetnie bawić.
     Tak, na pewno będziemy się świetnie bawić. Brakowało nam jeszcze łąki, kolorowych kwiatków, puchatych, różowych króliczków skaczących w trawie i tęczy nad naszymi głowami. Ach, zapomniałam wspomnieć o tym, że razem pleciemy wianki z kwiatów i ubieramy w nie Nathiela.
     - Wiedziałem, że mam ojca gnojka, ale żeby od razu zarywał do nastolatki? - spytał ironicznie młodszy Auvrey, próbując ratować sytuację.
     Ojciec zwrócił się gwałtownie w jego stronę  i nim się obejrzałam, wyciągnął znikąd zwyczajny nóż, którym rzucił w stronę jego głowy. Zielonooki bez emocji przesunął twarz w bok, dzięki czemu mordercza broń odbiła się od ściany w miejscu obok jego ucha. Nie zdążyłam nawet nic powiedzieć czy nawet pomyśleć o tym co się dzieje. Nie wiem czy to kwestia mojego strachu czy też słabego refleksu, cieszyłam się jednak, że ten atak nie zrobił krzywdy mojemu zielonookiemu towarzyszowi.
     - Brawo, tego się własnie spodziewałem po moim synu - powiedział głosem przepełnionym sarkazmem ojciec Nathiela.
     - Nie chwal mnie tak, bo się zarumienię, tatusiu - zawtórował mu syn.
     Vail Auvrey spojrzał z wyższością na chłopaka.
     - Za to pyskatą gębę odziedziczyłeś po matce - syknął.
     - To dziwne, bo to samo mama mówiła, gdy wspominała o tobie.
     Dwójka Auvreyów zmierzyła się groźnym spojrzeniem. Już na pierwszy rzut oka było widać, że są rodziną, a sarkastyczne docinki, Nathiel z pewnością odziedziczył po ojcu. Z taką rodziną chyba nawet nie chciałabym mieć do czynienia. Byłam pewna, że wszyscy Auvreye to jacyś psychopaci.
     - Przez ciebie utraciłem chęć na zabawę z Laurą - zaironizował starszy demon. Już chciałam odetchnąć z ulgą, gdy nagle i całkowicie niespodziewanie, exitialis poruszone dłonią Vaila, trafiło mnie prosto w ramię. Nie zdołałam powstrzymać okrzyku bólu. Tak potwornie jeszcze nigdy w życiu się nie poczułam. Byłam pewna, że to wina mojej demonicznej połówki - exitialis istnieje w końcu po to, aby zadawać zdecydowanie gorszy ból demonom.
     Łzy momentalnie pociekły mi z oczu. Czułam, że powoli słabnę. Przed oczami miałam dobrze znany, fioletowy kolor. Nogi z nagła mi zmiękły, a usta wykrzywiały się w bólu. Do moich uszu doszedł głośny, wręcz szaleńczy śmiech ojca Nathiela, który nawet nie spoglądał w moją twarz oraz głośne przeklinanie mojego szmaragdowookiego przyjaciela. Od tamtej pory tak naprawdę nie wiem co się działo. Być może co rusz traciłam przytomność, być może cały czas patrzyłam na tą scenę i nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje ze względu na ból, nie wiem. Moje oczy i mózg zarejestrowały tylko kilka sytuacji oraz słów. Nathiel wyzywał swojego ojca najgorszymi obelgami, których w życiu nie słyszałam z jego ust, Vail Auvrey nieustannie śmiał się niczym psychopata i szeptał coś w jego stronę. Nóż łowcy co rusz wbijał się w ciało bezradnego łowcy, nie raz przejeżdżając od samej góry ciała, do dołu. Gdzieś z oddali widziałam szklące się oczy Nathiela. Gdzieś z oddali słyszałam jego stłumiony krzyk. Kilka razy zdawało mi się nawet, że słyszę własne imię, wymawiane jego głosem. Nie raz starałam się otworzyć usta, by wydać z siebie oddźwięk protestu na widok dziejącej się krzywdzie przyjaciela, nic jednak nie mogłam uczynić. Czułam, że moje ciało bezwładnie wisi nad ziemią i tylko piekielne, stalowe łańcuchy trzymają mnie w swoich objęciach, doprowadzając do drętwienia kończyn. Nie raz podejmowałam próbę podniesienia się, moje ciało jednak nie reagowało. Miałam ochotę śmiać się do samej siebie z rozpaczy. Czy to już szaleństwo czy po prostu moment w którym ból jest zbyt wielki, aby go opanować? Nie wiedziałam. Mogłam tylko starać się skupić i nie dać się ogarniającej mnie zewsząd ciemności. Chciałam wciąż być przy Nathielu. Chciałam patrzeć w jego twarz, widzieć jego oczy i usta. Nieważne, czy krzywił się z bólu, czy uśmiechał w sardonicznym oburzeniu, chciałam wciąż czuć i widzieć, że żyje. Czuć, że mnie nie zostawi.
     Nie wiem dokładnie ile trwały jego męczarnie. W pewnym momencie jego ojciec po prostu zniknął. Być może zrobił to za sprawą zakapturzonej postaci, która pojawiła się w progu naszej celi, być może uznał, że rozłoży te męczarnie na kilka części. Nie wiem. W tym momencie, w tym dniu, nie byłam zupełnie niczego pewna. Jedyną osobą, która zaprzątała moje myśli był Nathiel. Moje serce biło w przyspieszonym tempie. Nie mogłam pojąć dlaczego. Ze strachu o niego? Z wewnętrznego bólu? A może już z miłości? Nie mogłam odpowiedzieć na to pytanie. Chaos w mojej głowie był zbyt wielki.
     Świece gasły z każdą minioną minutą. Nie wiedziałam, ile tu już wiszę. Obraz rozmazywał mi się raz po raz, a ja wciąż walczyłam z własną słabością. Szmaragdowe oczy bezustannie się we mnie wpatrywały. Raz były zmęczone, raz lekko zirytowane, innym razem pogrążone w rozpaczy. Wydaje mi się, że Nathiel wciąż coś do mnie mówił. Jego usta drgały. Czyżby był przerażony? Z ruchu warg mogłam rozczytać tylko swoje własne imię. Byłam pewna, że się o mnie boi.
     Coraz większe przerażenie ogarniało moją duszę, gdy świece gasły, coraz słabiej oświetlając jego zbolałe oblicze. Próbowałam coś mówić. Próbowałam się ruszyć, nie działo się jednak nic. Tylko słone krople łez spływały po moich polikach milcząco. Milcząco? Z czasem zaczęłam słyszeć własny jęk rozpaczy. W taki sposób nigdy nie płakałam. To byłam jeszcze ja, czy może już ktoś inny? Może to nie ja byłam tą Laurą, która tu wisiała? Nie miałam przecież nad nią władzy.
     Ostatnia świeca rzucająca blade światło na twarz Nathiela zgasła i to właśnie wtedy z moich ust wyrwał się głośny okrzyk. Mój oddech stał się płytki, zaniepokojony. Jednocześnie czułam, że zmysły powoli wracają do właściwego stanu. Szumienie w uszach zaczęło znikać, kończyny powracać do dawnej używalności. Nareszcie, choć chwiejnym i niepewnym krokiem, mogłam stanąć na ziemi. Na moje nieszczęście, cała krew odpłynęła z dłoni. Nie mogłam nimi nawet ruszyć. A co jeśli zbyt długo wisiałam bezwładnie nad ziemią?
     - Nathiel - rzuciłam bezradnie.
     - Jestem tu - usłyszałam cichy szept w odpowiedzi - Nie bój się.
     Raz jeszcze załkałam cicho. Zanim jednak cokolwiek powiedziałam z ust mojego towarzysza wyrwał się słaby śmiech.
     - Zależy ci na mnie? - spytał.
     Nie musiałam długo czekać z odpowiedzią. Słowa same popłynęły mi z ust:
     - Co za głupie pytanie - szepnęłam - Jesteś dla mnie ważniejszy, niż ktokolwiek na tym świecie.
     Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Wszystko wokoło znów stało się milczące. Czy to ja ponownie traciłam świadomość? Ból wciąż promieniował z mojego ramienia,  nie mogąc pozwolić na trzeźwe myślenie, wydawało mi się jednak, że nie jestem już w tak tragicznym stanie jak wcześniej. Powoli moje ciało zaczęła ogarniać senność. Być może za dużo już przeszłam, być może potrzebowałam snu, aby wypocząć. Nie próbowałam z tym już walczyć. Chciałam paść w ramiona Morfeusza i zostać otulona senną mgłą, niosącą się po lochach. Chciałam wytchnienia, spokoju, a przede wszystkim nowej nadziei i sił do walki. Czy będę w stanie odzyskać świadomość? A co jeśli zasnę i więcej się nie zbudzę?
     Jakiś nieznany, dziewczęcy śmiech opanował mój umysł. Niósł się echem wśród ścian lochów. Czulam też dotyk. Dotyk kobiecych dłoni. Nie wiem czy to moje własne przywidzenia, gdy jednak sennymi oczami spojrzałam w głąb ciemności, dostrzegłam dziewczęcą, zakapturzoną postać o długich włosach. W jej bladych dłoniach błyszczało coś na wzór klucza. Jej czerwone usta uśmiechały się do mnie i przekazywały jakieś nieznane słowa. Mnie interesował tylko złoty połysk klucza, który w pewnym momencie wylądował w moich dłoniach. Byłam jednak pewna, że to tylko i wyłącznie sen, a gdy się zbudzę, zobaczę już tylko ciemność.

niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 59 - "Wzdłuż krwistej rzeki"

Krótkie, opisowe, w ogóle nieciekawe. COŚ zacznie się dziać dopiero w 60-tym (będzie Nathiel, yahoo!), ale i tak jestem zdania, że od 57 do 61 jest ciąg nieudanych rozdziałów ;____; może coś się naprawi! Nie wiem. A może straciłam właśnie moc do WCN :o *WC Nathiela tak bardzo!*. Aktualnie odpoczywam od pracy i staram się napisać 62 *tak bardzo opóźniona*.
PS. Wiem, jestem strasznie opuszczona w czytaniu, ale gdy wrócę do domu na pewno zabiorę się za blogi!

***
     Obudził mnie głośny trzask. Początkowo nie przejmowałam się nim, po prostu przewróciłam się na drugą stronę i na nowo starałam pogrążyć we śnie. Na jednym trzasku się jednak nie skończyło. Z czasem zaczęły do nich dołączać przyciszone, spanikowane szepty. Nim jednak zdążyłam rozeznać się w sytuacji i całkowicie rozbudzić, ktoś pociągnął mnie mocno za ramię, przywracając do pionu. Otworzyłam gwałtownie oczy.
     - Musimy uciekać - usłyszałam z ust niebieskookiego demona.
     - Co się dzieje? - spytałam ospałym głosem.
     - Zostaliśmy odnalezieni.
     Moje serce stanęło w miejscu. Wiedziałam przecież, że to nie ich szukają, a mnie. Moja obecność sprowadziła na nich tylko niepotrzebne niebezpieczeństwo, ale przecież nie mogli tego wiedzieć. Nie mieli pojęcia w jakim celu tu przybyłam i że uciekłam prosto z balu czczącego departament.
     - Uciekaj w stronę rzeki - burknął pół demon, nie spoglądając nawet w moją twarz, jego uwagę przykuł raczej rząd poruszających się krzaków.
     Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. Chciałam mu podziękować, chciałam podziękować Nairze, ale wszystkie słowa nagle ugrzęzły w moim gardle. Nie spodziewałam się, że cieniste demony odnajdą mnie tak szybko. Musiałam uciekać i tylko to mogło zajmować teraz mój umysł. Dzieciaki już dawno wyruszyły w pogoń. Zauważyłam, że każde pobiegło w swoją stronę, wnioskuję więc, że mieli już przećwiczoną i ustaloną z góry strategię. Nie przejmowałam się nimi. Oni sobie poradzą. Teraz czas na mnie.
     Biorąc głęboki wdech, zaczęłam swoją morderczą gonitwę. Miałam uciekać w stronę rzeki, ale gdzie się znajdowała? Mój wzrok nie sięgał tak daleko. Nie miałam wyboru, jak po prostu biec przed siebie.
     Wbiegłam do lasu. Na szczęście nie wyglądał tak mrocznie, jak wspomniany wcześniej przez Nairę "las śmierci" po którym biegłam boso. Miałam nadzieję, że nie zaskoczą mnie tu żadne trujące krzaki, w przeciwnym razie będę miała wielki problem. Mogłam już przecież nie spotkać pół demonów. Nie wiedziałam do którego miejsca pędzą, a Reverentia zdawała się być ogromna.
Pozostała więc jeszcze jedna, ważna kwestia do przemyślenia: skoro świat demonów nie zawierał praktycznie żadnego wysokiego wzgórza czy budynku, czy powinnam wrócić się do zamku? Jeżeli tego nie zrobię, będę błąkać się po tym świecie bez pożywienia i nadziei na powrót. Czy to nie była jedyna opcja? Tylko jak miałam się tam dostać zupełnie niezauważona? To niemalże graniczyło z cudem. A Nathiel? Jeżeli wciąż gdzieś tam był? Może zamknęli go w jakiś lochach i czekali, aż samoczynnie wyzionie ducha? A może go torturowali?
     Jęknęłam bezradnie. Mam jeszcze czas na samobójcze działania. Najpierw muszę uciec przed wrogami, potem dopiero zacznę zastanawiać się nad dalszym losem.
     - Brać ją! - usłyszałam nieopodal dosyć twarde, chrapliwe brzmienie głosu.
     Przeraziłam się nie na żarty. Tym razem demony były o krok od złapania mnie. Dopiero teraz zaczęłam żałować, że nie jestem w lesie śmierci. Tam przynajmniej było o wiele mniej światła i sto razy więcej zarośli, które mogłyby mnie ukryć. Tu, biegłam tylko po granatowej trawie w otoczeniu kilku, łysych drzew, które nie były dla mnie zbytnio łaskawe.
     Zaryzykowałam i oglądnęłam się do tyłu. Nieopodal mnie znajdowały się trzy, groźne, cieniste demony, uzbrojone po zęby w noże. Na dodatek jeden z nich szykował w ręku cienistą kulę. Gdybym nie biegła i nie walczyła o swoje życie, zapewne stanęłabym w miejscu i zemdlała.
      Zaryzykowałam i skręciłam w prawą stronę lasu. Skumulowana moc trafiła w jedno z drzew, powalając je na ziemię. Przełknęłam głośno ślinę. Nie sądziłam, że ten atak ma aż taką siłę. Przecież jak mnie dotknie, na pewno pozbawi mnie jakiejś części ciała, a tego chciałam za wszelką cenę uniknąć.
     Biorąc głęboki wdech, postarałam się przyspieszyć swój szaleńczy bieg. W między czasie, po swojej prawej stronie, gdzieś między drzewami, dostrzegłam rzekę. Nie wiedziałam czy się cieszyć czy płakać, miałam jednak nadzieję, że nie bez powodu niebieskooki, bezimienny pół demon, kazał mi tu pobiec. Może jeszcze byłam w stanie się uratować?
     Otoczona przez mordercze ostrzały cienistych kul, pobiegłam w stronę podejrzanie wyglądającej wody. Już z daleka przyprawiała mnie o dreszcze. Jaka rzeka miała bowiem krwisty kolor? Moja wyobraźnia zaczęła podsuwać mi przedziwne obrazy i sceny. Ludzi z których demony spuszczają litry krwi, wprost do potężnego rowu przepełnionego wodą, a potem wrzucają tam ich martwe ciała. Na samą myśl o tym przeszły mnie ciarki.
     Cieniste demony były już blisko. Z trudem unikałam ich ataków. Jeden cios mało nie pozbawił mnie głowy, drugi otarł się o mój łokieć, raniąc go, trzeci przeleciał gdzieś obok prawej nogi. Byłam bliska płaczu z przerażenia. W tym momencie byłam w stanie zrobić wszystko, byle, żeby uciec. Nawet zaprzedać duszę diabłu! Tylko nie demonom. W ich ręce nie chciałam się oddawać. No, chyba, że w ręce Nathiela. Oddałabym wszystkie demoniczne pokraki świata za niego jednego. Naprawdę. Mogłabym nawet zostać z nim zamknięta w jednym pokoju na resztę życia.
     Pokonałam ostatni zakręt mrocznego lasu. Przed moimi oczami wyraźnie rysowała się krwista rzeka. Nie zastanawiałam się długo, musiałam przez nią przepłynąć. Nieważne co się tam znajduje, nieważne czy jakaś obślizgła ręka pociągnie mnie na samo dno, to jedyna droga ucieczki.
     Biorąc głęboki wdech, pobiegłam w stronę brzegu. Nim jednak moje gołe stopy dotknęły krwistej rzeki, stało się coś, czego po części się spodziewałam. Dostałam ciemną kulą mocy prosto w łydkę. Cios ten spowodował mój upadek wprost do płytkiej wody, która zalewała teraz moją twarz. Jęknęłam z bólu. Nawet nie chciałam oglądać się w tył. Wiedziałam, ze uderzenie było mocne. Z nagła zrobiło mi się słabo i czołgając się wprost do krwistej rzeki, modliłam się o to, aby nie utracić nagle przytomności. Wciąż przyświecał mi jeden, jedyny cel: uciec i przeżyć.
     Z wielkim trudem, ciągnąc za sobą zranioną nogę, wślizgnęłam się do rzeki. Już po chwili znalazłam się na głębszej wodzie i rozpoczęłam walkę z własną słabością. Pływanie nigdy nie sprawiało mi problemów, ale nie robiłam tego będąc w takim stanie w jakim byłam. Czułam, że zanim dopłynę do brzegu, mogę odlecieć w krainę wiecznego snu. Nie chciałam jednak takiej śmierci. Nie chciałam utonąć.
     Na przemian topiąc się i pokonując kawałek rzeki, rozpaczliwie walczyłam o własne życie. W takich momentach moja głowa przepełniona była myślami dotyczącymi osób, które zostawię, jeśli umrę. Nie dość, że nikt nie odnajdzie mojego ciała to jeszcze nie uratuję swojej matki. Z drugiej strony zawsze mogę dołączyć do Joanne, ale... czy ona by tego chciała? Przecież to dzięki niej wciąż żyłam i to dla mnie poświęciła własną osobę. Nie, nie mogłam się tak łatwo poddawać.
     Ostatkami sił, dobrnęłam do brzegu. Miałam spory problem, aby wczołgać się na suchą trawę. Myślałam, że nie dam rady. W uszach nieziemsko mi szumiało, a obraz zaczynał się stawać coraz bardziej ciemny. Wydawało mi się, że ni wczołgałam się na brzeg o własnych siłach. Czułam, jakby jakieś obce ręce podciągały mnie do góry. Zważając na to, że ostatnim co zobaczyłam były szmaragdowe, groźnie wyglądające oczy, nie myliłam się. Żałowałam tylko, że nie były to dobrze mi znane oczy Nathiela.
***
     Powoli się budziłam. Doskonale pamiętałam, co miało miejsce, a przypomniał mi o tym silny ból w łydce. W sumie to sama się dziwiłam, że cokolwiek czułam lub inaczej: że wciąż żyłam. Czyżby tajemniczy demon mnie oszczędził? A może nie był jednym z tych złych?
     Moje wątpliwości rozwiały się w momencie, gdy odzyskałam władzę w kończynach i poruszyłam dłońmi. Syknęłam z bólu. Coś ograniczało ich ruch, coś twardego, jakby stalowe kajdany. Oddźwięk łańcuchów przy ich poruszaniu potwierdził moje obawy. Odrobinę trzeźwiejszym wzrokiem spojrzałam w dół. Kamienna, przerażająco chłodna podłoga i ja wisząca w górze. Z trudem przeniosłam się do pozycji stojącej i uwolniłam dłonie z wiszącego uścisku. Miałam wrażenie, że cała krew z nich odpłynęła. W końcu były ściśnięte i utrzymywały mnie w zwisie przez dłuższy moment. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i potrzebna byłaby mi amputacja.
     Przejmujący chłód z nagła uderzył w moje ciało, powodując niechciane drgawki i gęsią skórkę. Sądząc po zimnie, kamiennej posadzce i kajdanach rodem z filmu grozy, musiałam znajdować się gdzieś w lochach, a co za tym idzie: demony mnie dopadły. Dziwiła mnie tylko jedna rzecz: jakim cudem wciąż żyłam? Przecież mogli mnie zabić na miejscu.
     Mrugając kilka razy oczami, podniosłam swój wzrok do góry. Chciałam zbadać miejsce w którym byłam. Nim to jednak zrobiłam, napotkałam oczami coś, czego się nie spodziewałam, a co zabrało mi na moment dech.
     - Mówiłem, żebyś uciekała - odezwał się dobrze mi znany głos, choć w tym momencie miał dosyć zmęczone i ochrypłe brzmienie.
     W moich oczach momentalnie pojawiły się łzy. W świetle bladych świec gdzieś w głębi mrocznych lochów, dostrzegałam dobrze mi znaną twarz.
     - Nathiel - szepnęłam, czując, jak jednocześnie smutek i radość ogarniają moje serce. Bałam się, że lada moment eksploduje.
 Auvrey patrzył na mnie swoimi zmęczonymi, szmaragdowymi oczami, zdradzającymi całe zło jakie przeszedł. Może i nie widziałam zbyt wiele w bladym świetle świec, jednak zdołałam wywnioskować kilka rzeczy. Był jedynie w obdartych spodniach, bez koszulki, poraniony, lekko wybrudzony, tak samo ja przypięty kajdanami do kamiennej ściany. Jego włosy były w jeszcze większym nieładzie, niż kiedykolwiek wcześniej, na skroniach widniały krople potu, a twarz zmieniła się nie do poznania. W jego oczach dostrzegłam coś, czego się bałam. Jakaś doza straszliwej demoniczności. Chłód, złość i nienawiść czaiły się w szmaragdowych tęczówkach, nie zwiastując obfitych w miłe słowa wypowiedzi. Wiedziałam, że przebywał tu już zbyt długo. Powoli stawał się tym, kim nie chciał być. Demonem z krwi i kości.

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 58 - "Jesteśmy jak ty"

BANG! Dzisiaj Dzień Kobiet. Wszystkiego naj. W sumie minęły dopiero 3 dni, ale pomyślałam sobie, że wstawiając ten rozdział, zostaną mi tylko dwa w zanadrzu, a to mnie przede wszystkim zmusi do pisania ;______; poza tym od teraz będę wstawiać je zdecydowanie rzadziej, nawet nie wiem, czy co tydzień. To się jeszcze okaże.
Jeszcze nigdy nie namęczyłam się nad żadnym rozdziałem tak jak nad tym. Pisałam go chyba z miesiąc, często nawet po jednym zdaniu dziennie. Mam totalne wrażenie, że bardziej zepsuć go nie można było, ale za długo się nad nim trudziłam, żeby go skasować. W sumie to spotkanie bardziej odnosi się do "3/4 demona" (sequela "W cieniu nocy"), niż do tej części, bo dla tej nie ma nic wartościowego i przydatnego. Można powiedzieć, że to znowu taki odpoczynek od prawdziwych dziejów. Niech żyje ciąg nieudanych rozdziałów. Mam nadzieję, że po 61 będzie lepiej.
***
     - To demon! Cienisty demon! Mówię ci! Spójrz na nią!
     - A widziałeś w ogóle jej oczy, idioto?! Przecież oni się tu nie zapuszczają bez powodu!
     - A może któryś z nich stwierdził, że fajnie byłoby nas znaleźć?
     - To kretyni! Nie myślą!
     Mocny ból głowy dał o sobie znać ze zdwojoną siłą w momencie, gdy zaczęłam się przebudzać. Już od dłuższego czasu słyszałam głośne rozmowy prowadzone przez jakieś zupełnie mi obce, dziecięce głosy. Nie mogłam pojąć umysłem tego, co się własnie dzieje. Przecież jeszcze niedawno zagłębiona w leśnej ucieczce, starałam się zgubić depczące mi po piętach, uzbrojone demony. Nie mogły być przecież dziećmi. Czy ja całkowicie oszalałam?
     - Otwiera oczy! Patrzcie!
     - Cholera! Gdzie moja broń?!
     - Skąd mam wiedzieć, kretynie, gdzie ją położyłeś?!
     - Wszyscy zginiemy!
     Ogrom dziecięcych okrzyków sprawiał, że miałam ochotę pozabijać wszystkich naokoło. Po pierwsze: nie wiedziałam o czym gadają te nieznośne bachory, po drugie: bolała mnie już głowa, po trzecie: gdzie ja do cholery jestem?
     Moje jasne, zielone oczy omiotły otoczenie w którym się znajdowałam, w raz z postaciami towarzyszącymi mojej niewiadomej przygodzie. Dzieciaki, które mnie otaczały, nie były cienistymi demonami, mogącymi wydrapać mi oczy. Każde z nich, nie dość, że różniło się wiekiem, to jeszcze kolorem oczu. Brązowe, niebieskie, szare, żółte i zielone tęczówki o różnym natężeniu jasności, mieszały się ze sobą, jakby chciały stworzyć w moim mózgu barwną tęczę. Nie mogłam pojąć co tu się dzieje. Dotąd przebywałam przecież tylko wśród szmaragdowookich demonów. Czy wciąż jestem w Reverentii?
     Rozglądnęłam się dookoła siebie. Rzeczywiście. To wciąż była Reverentia.
     - Nie patrz tak na nas, potworze!
     Przekręciłam głowę w bok i zamrugałam kilka razy oczami. Jedno z dziecięcych, na około 7-letnich stworzeń, własnie kierowało w moją stronę wymyśloną broń jaką była proca. Przez moment zachciało mi się śmiać, ale zaraz otrzeźwiałam, przypominając sobie scenę z pewnej powieści, gdzie kamień posłany przez procę, zostawił trwały ślad w mózgu przypadkowego człowieka.
     Poruszyłam rękoma, z myślą, że w razie czego będę mogła się nimi bronić. Podstępne dzieciaki jednak o tym pomyślały.
     Mój wzrok skierował się ku górze. Świetnie. Byłam przywiązana liną do jednego z drzew. Poczułam się jeszcze bardziej beznadziejnie, niż przed ucieczką. Rozumiem młodego demona z którym po raz pierwszy miałam styczność w domu Nathiela i Sorathiela, rozumiem demona, który rzucał mną o ścianę w moim własnym domu, ale nie zrozumiem tego, że jakieś małe dzieciaki uwięziły mnie i właśnie czyhają na moje życie. Jak to się do cholery mogło stać?! Pamiętałam tylko własną ucieczkę.
     - Kto ty jesteś? - spytał lekko przestraszonym głosem, jeden z niebieskookich dzieciaków.
     Nie wiedziałam co mogę im powiedzieć. Jestem człowiekiem? Pół demonem, pół człowiekiem? Demonem? Za każdą z tych odpowiedzi mogłam zostać zabita. Najpierw musiałam dowiedzieć się kim oni byli. Demonami? Zważając na to, że znajdywaliśmy się w Reverentii - tak, musieli nimi być. Istniała jednak jeszcze jedna opcja o którą modliłam się całym sercem.
     - Jesteście pół demonami? - zaryzykowałam.
     Większość z nich oniemiała i umilkła.
     Trafiłam w sedno. Dosyć mocno zaryzykowałam tym pytaniem, ale nie od zawsze wiadomo, że kobieca intuicja jest nieomylna.
     - A ty to kto? - spytała groźnie najmłodsza z grupy.
     - Laura, pół człowiek, pół demon - odpowiedziałam natychmiastowo.
     Wśród dzieciaków rozległy się okrzyki zaskoczenia. Wszyscy zgodnie zaczęli się ode mnie odsuwać. Czy naprawdę taki szok wywołała u nich wiadomość, że jestem pół człowiekiem, pół demonem? Już kilka razy usłyszałam, że jestem pierwszym takim przypadkiem w ich świecie, ale czy to powód do obaw? Oni w przeciwieństwie do mnie musieli mieć jakieś przydatne, magiczne moce, ja robiłam tylko chaos, gdy się zdenerwowałam. Latający papier i tłukące się szkło to nic wielkiego. Prędzej to oni zrobią mi krzywdę, niż ja im.
     - Ale bajer - usłyszałam nagle cichy szept.
     Po tej wypowiedzi krzyki ponownie zaczęły namnażać się w mojej głowie. Nie mogłam wywnioskować nic konkretnego z rozmów dzieciaków. Najczęściej z ich ust padały słowa takie jak: "wow, ale bajer", "pół demon, pół człowiek!", "to groźna choroba?" czy "ciekawe jak to działa". Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zamiast tego moich ust trzymał się ironiczny uśmiech. Gdy oni przekrzykiwali się nawzajem, ja zdołałam sobie przypomnieć, że już kiedyś ktoś opowiadał mi o miejscu, gdzie znajdują się pół demony. Deaniel. On sam był demonem pół krwi i mieszkał tu, gdy był jeszcze małym chłopcem. Przeżył jako jeden z niewielu, uciekając do świata ludzi. Demony pół krwi żyjące w Reverentii nie mają życia. Co rusz muszą się przenosić z miejsca na miejsce, aby departament kontroli demonów ich nie dopadł. Musiało być ich tu stosunkowo niewiele. Szłam o zakład, że większa ich ilość znajdywała się na Ziemi, gdzie byli odrobinę bezpieczniejsi.
     - Znałam kiedyś pół demona ziemi, pół demona cienia - spróbowałam zaryzykować. Tak jak się domyślałam, dziecięce krzyki umilkły - Nazywał się Deaniel i też kiedyś uciekał jak wy.
     Dzieciaki spoglądały na mnie nierozumnie. Na pewno nie wiedziały o kim mówię, w końcu Deaniel mieszkał tu, gdy ich nie było jeszcze na świecie. Miałam jednak nadzieję, że to ich odrobinę uspokoi.
     - Deaniel? - usłyszałam grubszy, męski ton, który mnie zdziwił.
     Skierowałam swoje spojrzenie na prawo. Stał tam mężczyzna. Wysoki, na około czterdziestoletni brunet o twarzy, która w żaden sposób nie przypominała mi demona. Miał czyste, błękitne oczy, kilka zmarszczek i sine usta. Wyglądał, jakby nie spał wieki. Udręczony życiem i ciągłą ucieczką.
     - Co z Deanielem? - usłyszałam ponowne pytanie, przepełnione ciekawością.
     - Został posłany w otchłań przez członkinię departamentu - odpowiedziałam. Czułam, że głos z nieznanych przyczyn mi się łamie.
     Mężczyzna westchnął ciężko i potrząsnął głową, nie odpowiadając na tą kwestię. Znał go, tylko skąd?
     - Rozwiążcie ją i zostawcie w spokoju - zaczął zmęczonym głosem niebieskooki - Jest w końcu jedną z nas - po tej kwestii spojrzał prosto w moje oczy, jakby oczekiwał, że odpowiedzą mu na niezadane pytania.
     Zrezygnowane dzieciaki zaczęły rozplątywać mnie z węzłów. Już po chwili byłam oswobodzona i mogłam rozprostować kości. Czułam się tak, jakbym siedziała pod tym drzewem całe wieki. Wszystko mnie bolało, a już szczególnie poranione od mojego szaleńczego biegu stopy.
     Gdy zgromadzone wokół dzieciaki przyglądały mi się jak latającemu w górze niezidentyfikowanemu obiektowi, ja zdążyłam ogarnąć wzrokiem okolicę w której się znajdowałam. Byliśmy w samym środku, mrocznego lasu otoczonego różnokolorowymi, podejrzanie wyglądającymi drzewami. Dookoła rozłożone były niskie, okrągłe, szmaciane domki, odbiegające trochę swoim kształtem od ludzkich namiotów. Domyślałam się, że to właśnie tam sypiały pół demony, choć szłam o zakład, że nie mieściło się tam więcej, niż dwie osoby. Gdzieś w tle jarzyło się słabe światło prowizorycznych pochodni, które w niewielkim stopniu rozświetlały okolice. Pół demony musiały być jednak przyzwyczajone do życia w mroku. W Reverentii nie istnieje coś takiego jak dzień i słońce, tak więc ciągła noc nie jest dla nich problemem. Zmniejszone światło pochodni może być też taktyką obronną przeciwko złym siłom, mogącym ich zabić. Ciekawa jestem ile już tak żyją?
     Jakiś dzieciak pociągnął mnie znienacka za dłoń, a ja mu uległam. Zostałam poprowadzona ku wielkiej, powalonej kłodzie, która prawdopodobnie robiła za siedzenie. Posłusznie usiadłam na niej, chwilę potem przyjmując w dłonie gliniany kubek, wypełniony po brzegi jakimś lodowatym płynem o zielonej konsystencji. Albo miałam wrażenie, albo coś tam pływało. Jakieś podejrzanie wyglądające, strzałkowate liście. Spojrzałam pytająco na czarnowłosego chłopca o błyszczących w świetle pochodni, złotych, łobuzerskich oczach. Uśmiechnął się do mnie.
     - To trucizna, smacznego - powiedział.
     Uniosłam do góry brew. Zanim jednak cokolwiek zdążyłam odpowiedzieć, jakaś obca, na około 30-letnia kobieta podeszła do niego i zdzieliła go w głowę kijem. Drgnęłam na wielkiej kłodzie, gdy do moich uszu doszedł potężny trzask. Mały chłopiec nie dyskutując, oddalił się od winowajczyni zamieszania, rozcierając obolałą głowę. Spojrzałam w górę na płomiennowłosą, niską kobietę o dosyć niesprecyzowanym kolorze oczu. Nie wiedziałam czy mam się bać, uciekać czy płakać. Spoglądała na mnie dosyć krytycznie, zupełnie, jakby dostrzegała we mnie wroga. Rzuci się na mnie z pazurami czy zdzieli mnie kijem jak tego dzieciaka? Już po chwili moje obawy jednak zniknęły. Kobieta uśmiechnęła się do mnie w łagodny sposób i przysiadła tuż obok mnie, poprawiając swoją przydługą, szarą suknię, przypominającą ubranie Kopciuszka, sprzątającego zakurzoną kuchnię.
     - Wypij to - powiedziała wysokim, cienkim głosem - Oczyści cię z trucizny.
     - Trucizny? - zdziwiłam się.
     Kobieta kiwnęła głową.
     - Głupotą z twojej strony było biegać boso po lesie śmierci - stwierdziła, uśmiechając się ironicznie na boku - Nie na darmo ma taką nazwę.
     Ponownie spojrzałam w stronę dziwnego, pozornie leczniczego napoju. Czy mogłam im zaufać?        Spojrzałam prosto w oczy nieznajomej, szukając odpowiedzi na niezadane pytanie. Ona tez była pół demonem, ale... kto im każe mi pomagać? Nic poza tą kwestią nas przecież nie łączyło. Równie dobrze mogą mnie zabić na miejscu.
     Płomiennowłosa westchnęła głośno i chwyciła za kubek dzierżony przeze mnie. Bez chwili zastanowienia, upiła z niego duży łyk.
     - Nie otrujesz się - odpowiedziała, z powrotem mi go przekazując. Na jej twarzy pojawił się znaczący uśmiech.
     Choć w dalszym ciągu czułam się niepewnie, postanowiłam, że spróbuję upić łyka dziwnego napoju. Nie mam nic do stracenia. Gdy podniosłam kubek do ust, odrobinę się zdziwiłam. Spodziewałam się, że napój będzie smakował jak morskie, niefiltrowane glony, a tymczasem skosztowałam całkiem słodkiego i kojącego napoju, przypominającego smakiem herbatę.
     - Wyglądasz na zdziwioną - zaśmiała się płomiennowłosa kobieta - Widzisz, Reverentia może i kojarzy się z demonami i złem, ale zawiera w sobie też trochę dobra, na przykład rośliny lecznicze. Prawda jest taka, że gdyby ludzie znaleźli się w Reverentii, nikt z nich by nie chorował.
     Nim o czymkolwiek zdążyłam pomyśleć, pół demonica podała mi dłoń.
     - Naira, pół demon ognia, pół demon ziemi - przywitała się.
     Uścisnęłam jej rękę.
     - Laura, pół demon cienia, pół człowiek - odpowiedziałam z lekką ironią. W końcu wszyscy już wiedzieli, kim jestem.
     - Co tu robi ktoś taki jak ty? - zdziwiła się kobieta. - Nie będziesz tu zbytnio bezpieczna.
     Uśmiechnęłam się ironicznie do własnych myśli. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Nie dość, że byłam pół demonem, to jeszcze wkradłam się na demoniczny bal i zechciałam obcować z tymi, którzy mogli mnie zabić jednym palcem. Poza tym zostawiłam swojego przyjaciela na pastwę losu.
     Coś w głębi serca mnie zakuło. Nathiel. Tak bardzo się o niego bałam. Wiedziałam, że jest silny, że jest wytrwały i nie brakuje mu odwagi, ale... jak miał sobie poradzić w pojedynkę z tak dużą ilością demonów? Tak bardzo nienawidziłam siebie za decyzję, którą podjęłam. Gdybym została, być może udałoby mi się coś zdziałać i wcale bym nie zawadzała? Wiem, złożyłam Nathielowi obietnicę, ale za jaką cenę? Co, jeśli w tym momencie już nie żyje? Co, jeżeli rozszarpali go na strzępy i nigdy więcej go nie zobaczę? Ta myśl sprawiła, że poczułam napływające do oczu łzy. Nie chciałam jednak płakać przy obcych demonach, więc szybko stłumiłam w sobie to dziwne, wylewne uczucie. Znałam siebie i wiedziałam, że nawet siłą potrafię zmienić tor myśli.
     Nie odpowiadając na pytanie przyglądającej mi się z uwagą Nairy, spojrzałam w stronę rozszalałych dzieciaków, bawiących się w bladym świetle nocy. Demoniczne moce mieszały się ze sobą w górze, tworząc barwną tęczę, tak niepodobną do tego świata. Przedmiotem ich zabawy było coś, co kształtem przypominało piłkę. Nie mogłam powiedzieć tego o wyglądzie, ponieważ cały czas za sprawą przeróżnych mocy zmieniała swoją barwę, za to o kształcie i wielkości jak najbardziej. Raz piłka płonęła ogniem rozświetlając pasmem niebo, raz okryta była wodą, rozlewającą się po wszystkich dzieciakach, cieszących się z drobnego deszczu, innym razem odbijała się od pokrętnie wystających korzeni. Czasami była też poruszana delikatnym zefirem, a czasami okalał ją wariujący w górze cień. Na ten widok moja twarz wykrzywiała się w uśmiechu. Wiedziałam, że to małe pół demony nieposiadające własnego życia. Wiedziałam, że ciągle uciekały. Nie mogłam się więc nadziwić ich radości.
     Mój wzrok znów podążał za płomienną piłką, toczącą się gdzieś po granatowej trawie, a myśli powróciły do poprzedniego stanu rzeczy. Nathiel. Wszędzie w mojej głowie był Nathiel. Pierwszy raz moja osobista terapia przeciw zbyt emocjonalnym treściom, zakończyła się niepowodzeniem. W mojej głowie ten szmaragdowoki typ, uśmiechał się do mnie i krzyczał  z oddali: "Cześć, maleńka! Wiem, że na mnie lecisz!", oddalając się coraz dalej i dalej, zupełnie, jakby niknął gdzieś w cieniu. Czy naprawdę nigdy więcej go nie ujrzę? Nie chciałam wracać bez niego. Wolałam umrzeć, niż żyć bez Nathiela.
     Moje dłonie zacisnęły się na glinianym kubku. Co miałam robić? Wrócić do zamku i rzucić się w objęcia cienistych demonów? Uciekać jak ostatni tchórz na ziemi, już do końca swoich dni, nigdy nie wracając do domu? Miałam zostać z nimi? Tutaj? Nie wiedziałam. Nie wiedziałam już nic.
     Nim się obejrzałam, tuż obok Nairy usiadł wcześniej już przeze mnie widziany demon o błękitnych oczach. Dopiero on zdołał wyrwać mnie z sideł pesymistycznych myśli. Nie uśmiechał się do mnie, nie zagadywał, ale patrzył się prosto w moje oczy, jakby oczekiwał, że coś z nich wyczyta. Postanowiłam zaryzykować.
     - Znałeś Deaniela, prawda? - spytałam szeptem.
     Pół demon kiwnął głową.
     - Widzisz, kiedyś mieszkałem na Ziemi, wśród ludzi. To tam się ukrywałem i tam go poznałem - odpowiedział spokojnie - Był wtedy małym, niesfornym chłopcem.
     Zdziwiłam się. Zanim jednak cokolwiek wywnioskowałam, postanowiłam wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.
     - Zająłem się nim i trochę ucywilizowałem - kontynuował - Niestety, pewnego dnia jego nastoletniego życia...
     - Napadł was departament kontroli demonów, który domniemanie strącił cię do otchłani. Prawda była jednak inna - odpowiedziałam dosyć chłodno.
     Tak. Już słyszałam tą historię i to z ust samego Deaniela. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, w to co słyszę. Przede mną siedział właśnie jego przybrany ojciec, którego tak bardzo chciał ocalić. Ostatecznie przypłacił za to życiem. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jego włamania do organizacji Nox, skąd chciał porwać tajemniczą księgę, demonicznej wiedzy. To własnie z jej pomocą chciał przywrócić ojca do życia, a ojciec? Ojciec zostawił go na pastwę losu, pozorując swoją śmierć i znikając w Reverentii bez słowa. I pomyśleć, że gdyby to kłamstwo wyszło na jaw, dziś mogłoby mnie tu nie być i prawdopodobnie nigdy nie poznałabym ani swojej prawdziwej matki, ani Nathiela, ani Deaniela. Nie dowiedziałabym się nawet o istnieniu demonów.
     Niebieskooki mężczyzna uniósł zdziwiony brwi.
     - Skąd to wiesz? - spytał zaskoczony.
     - To był mój przyjaciel - szepnęłam - Poświęcił własne życie, żeby uratować mnie przed otchłanią - dodałam i potrząsnęłam głową z niedowierzaniem - Starał się ciebie przywrócić do życia, uwolnić stamtąd. Dlaczego nie dałeś mu znaku życia? - spytałam, czując zbliżające się oburzenie.
     Pół demon uśmiechnął się krzywo.
     - Widzisz, Lauro - zaczął zmęczonym głosem - Każdy rządzi własnym życiem. Moje upozorowanie śmierci miało jakiś cel. Departament od dłuższego czasu mnie poszukiwał. Chciałem po prostu zniknąć.
     Potrząsnęłam głową nie dowierzając temu, co słyszę. Milion pytań i oskarżeń cisnęło mi się do ust, jednak nic nie mogłam wypowiedzieć na głos.
     - Demon na zawsze pozostanie demonem - dodał mężczyzna, wbijając we mnie wzrok.
     - Nie - zaprzeczyłam gwałtownie - Gdyby Deaniel był demonem z krwi i kości, nigdy by mnie nie uratował - syknęłam, spoglądając na niego złowrogo.
     Sama zdziwiłam się swoją reakcją, Nathiel mi jednak o tym wspominał. Im dłużej jest się w Reverentii, tym bardziej demon ukazuje swoją prawdziwą naturę. Moja cząstka aż rwała się do gniewu. Miała ochotę rzucić się na tego irytującego mężczyznę i pozbawić go życia. Te myśli zaczęły narastać we mnie strachem. Skoro ja czułam się tak nieludzko, to jak w takim razie musiał czuć się Nathiel, będący pełnym demonem? Czy gdybym go teraz spotkała, byłby sobą, czy kimś zupełnie innym?
     - Eee - zaczęła Naira, spoglądając to na mnie, to na mężczyznę - Może zmieńmy temat, co? Robi się odrobinę niebezpiecznie - zaśmiała się niemrawo - Nie odpowiedziałaś, Lauro, co tu robisz.
     Biorąc głęboki wdech, postanowiłam stłumić w sobie niepozytywne emocje. Przecież w świecie, gdzie nie było dobra, mogłam umrzeć w każdej sekundzie. Wolałam nie narażać się na gniew, nawet, jeśli to były pół demony.
     Opowiedziałam im nieco o swojej wyprawie. Obydwoje słuchali mnie z coraz większym zdziwieniem. Pominęłam oczywiście takie szczegóły jak to, że należę do łowców cienia, wybrałam się tu w raz z Nathielem i że jestem córką samego szefa departamentu. Gdy ostatecznie zakończyłam swoją wypowiedź, milczeli.
     - A więc szukasz algei leczniczej? - spytała w zamyśleniu Naira.
     Pokiwałam znacząco głową.
     Płomiennowłosa kobieta podniosła się z drewnianej, ciężkiej kłody i poszła kilka metrów w głąb lasu. Chwilę potem wróciła, niosąc w dłoniach turkusowy kwiat. Podała mi go.
     - Algea lecznicza ma to do siebie, że nawet jeśli schowasz ją w bucie, to nie zwiędnie - powiedziała, posyłając mi znaczący uśmiech.
     Zdziwiona tą wiadomością, chwyciłam w dłonie zbawienny kwiat. Może schowanie go do buta rzeczywiście było dobrą opcją? Nigdy nie wiedziałam, czy podczas mojej ucieczki stąd (jeżeli w ogóle dane będzie mi uciec), zdążę w biegu odnaleźć algeę. Nie mogłam ryzykować, postanowiłam postąpić wg. rady Nairy. Żałowałam tylko, że nie mam żadnej kieszeni. Jedynym miejscem w którym mogłam upchnąć kwiat był tak naprawdę tylko mój dekolt. Zażenowana przewróciłam oczami i wepchałam go tam. Calanthe będzie mi dziękować na kolanach za takie poświęcenie.
     Naira obserwując mnie, wybuchła śmiechem. Mi jednak nie było zabawnie. Starając się nie wracać do tematu Deaniela, postanowiłam wypytać ich o inne rzeczy.
     - Odpowiada wam życie w ciągłej ucieczce? - spytałam podejrzliwie - Nie lepiej mieszkać wam w świecie ludzi?
     Niebieskooki demon uśmiechnął się pod nosem krzywo.
     - Może to śmiesznie zabrzmi, ale w Reverentii znajduje się nas mniejsza ilość, niż w świecie ludzi, przez co departament zwraca na nas mniejszą uwagę. Zdecydowanie gorzej mają pół demony zamieszkujące Ziemię - stwierdził.
     - Mimo tego, wciąż musicie uciekać - stwierdziłam, unosząc brew.
     - Tak, codziennie zmieniamy swoje położenie - odpowiedziała tym razem Naira. W jej oczach widziałam zmęczenie.
     - Dużo was tu jest?
     - Stosunkowo niewiele. Dziesiątka. Większość z nas została zabita.
     - A więc jesteście tylko wy i te dzieciaki?
     Obydwoje pokiwali twierdząco głowami.
     Sama nie wiedziałam w tym momencie, czy wolałabym być w dogodnych warunkach na ziemi i czekać na śmierć z rąk departamentu czy żyć w Reverentii z myślą, że w każdej chwili mogą wyskoczyć zza rogu i oderwać mi głowę. Żadna z tych opcji nie wydawała się zbyt optymistyczna. Na szczęścia byłam w miarę dobrych położeniu. Przynajmniej jeszcze niedawno. Żyłam w końcu w organizacji z łowcami cienia, dzięki czemu byłam chroniona i mogłam spać spokojnie. Moje jedyne zmartwienie to to, że byłam córką samego szefa departamentu i łowczyni z Nox oraz to, że wszyscy już wiedzą kim jestem. Coś w głębi podpowiadało mi jednak, że i tak jestem w lepszym położeniu sytuacyjnym, niż oni.
     - Zastanawia mnie jedna rzecz - zaczęła z nagła Naira - Pół demony mają w sobie cechy łączące obydwie rasy. Przykładowo: pół demon wiatru i pół demon ziemi może posiadać błękitne oczy, charakterystyczne dla demonów wiatru, a mimo tego, może zarządzać ziemią. Jak to jest z tobą? Oczy masz zbliżone do cienistego demona, a przecież ludzie nie mają żadnych zdolności magicznych, prawda?
     Uśmiechnęłam się nikle.
     - Myślę, że u mnie genetyka zadziałała w podobny sposób - odpowiedziałam - Nie mam żadnej mocy, chyba, że liczyć moje rzadkie napady złości przez które wszystko naokoło zaczyna latać, tłuc się i robić chaos.
     - To śmiesznie zabrzmi, ale znam cienistego demona, który ma taką moc - zaśmiała się Naira, chwilę potem chmurząc - Choć oczywiście u niego wygląda to zdecydowanie groźniej.
     - Co masz na myśli? - spytałam, unosząc brew do góry.
     - Jakbym miała strzelać na oko, jaką ma moc, powiedziałabym: chaosu. Jednym ruchem dłoni potrafi zniszczyć człowieka na odległość 10 metrów, umie wywoływać wichry, robić nieporządek i inne takie.
     Niebieskooki demon westchnął głośno, trzęsąc głową z pobłażliwym uśmiechem.
      - Nie sądzę, aby szef departamentu kontroli demonów, dorobił się jakiegoś potomka, szczególnie w świecie ludzi - odpowiedział rozbawiony.
     W momencie, gdy to mówił, upijałam łyka leczniczego napoju i mało się nim nie zakrztusiłam. Zaczęłam głośno kaszleć. Rzeczywiście, nie minął się z prawdą. Ani trochę. W końcu czy ja byłam córką Aidena Vauxa? Gdzieżby, w żadnym wypadku. W jakiś sposób mnie to zdziwiło. Nie sądziłam, że moje nic nieznaczące zdolności były po kimś odziedziczone, a jednak. Gdybym była pełnokrwistym demonem, zapewne sama byłabym panią chaosu, niestety, jestem jej słabą imitacją.
Mimo wszystko, postanowiłam ominąć ten temat. Nie chciałabym nikogo wystraszyć. Ani sprowadzić na siebie nagłej śmierci.
     - Nie myśleliście o sojuszu z łowcami cienia? - spytałam, co zaskoczyło obydwu. Gdy nic nie odpowiadali, zaczęłam kontynuować tą kwestię:
     - Zarówno wy, jak i oni chcecie pozbyć się departamentu kontroli demonów. Sojusz byłby ciekawym rozwiązaniem - dodałam.
     Niebieskooki, bezimienny demon uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem.
     - Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł się z nimi równać. Łowcy cienia to istoty bez magii, posługujące się tylko swoją energią potencjalną, która jest niczym w porównaniu z mocą cienistych demonów. My, posługujemy się tylko namiastką mocy, którą w pełni posiadają pełnokrwiste demony. Przykładowo: ja zdmuchnę liście z drzewa, a pełen demon wiatru, powali tą samą mocą całe drzewo. To dlatego jesteśmy nic niewarci dla departamentu.
     Zastanowiłam się przez chwilę.
     - Sądzę, że odrobina mocy wsparła by organizację Nox - odpowiedziałam - Razem moglibyście zdziałać cuda.
     Naira i niebieskooki demon spojrzeli po sobie z uśmiechami. Wiedziałam, że nie byli zbytnio przekonani do tego szalonego pomysłu. Musieliby naprawdę dużo poświęcić, gdyby zostali naszymi sojusznikami.
     - Lauro, przyzwyczailiśmy się już do takiego życia i pogodziliśmy się z obecnym stanem rzeczy - odparła z uśmiechem Naira.
     Postanowiłam nie ciągnąć tematu. Brakowało mi już argumentów, brakowało silnej woli. Zresztą dlaczego miałam decydować za szefa organizacji Nox? Być może wcale nie chciał sojuszu z kimś takim.
     Ziewnęłam potężnie, zasłaniając dłonią usta.
     - Prześpij się - powiedziała Naira z uśmiechem. Chwilę potem wskazała dłonią w stronę jednego z wolnych, pseudo namiotowych domków - Tam powinno być ci wygodnie.
     Nie chciałam zaprzeczać prawdzie. Byłam straszliwie zmęczona. Mój umysł powoli gasł, nie dając już szansy na głębsze rozmyślania. Przeżyłam dziś naprawdę wiele. Wiedziałam, że nie będę miała problemu z zaśnięciem. Nawet gdy sytuacje życiowe zmuszały mnie do płaczu, przejęcia i wewnętrznego przezywania, byłam w stanie usnąć z czystym umysłem. Moja świadomość nie przekładała zmartwień nad sen, czego pewnie większość ludzi by mi pozazdrościła.
     Wstałam, odkładając kubek na kłodę i kiwnęłam głową. Zastanawiała mnie jeszcze jedna kwestia.
     - Często sypiacie? - spytałam.
     - Stosunkowo rzadko. Demony nie muszą praktycznie w ogóle zażywać snu. Sama się o tym przekonasz - odpowiedział beznamiętnie niebieskooki.
     Kiwnęłam głowa, już więcej nie dręcząc ich pytaniami.
     - Dziękuję za możliwość pobytu z wami - powiedziałam na zakończenie.
     - Jesteś taka, jak i my, tu nie ma nic do dziękowania - odpowiedziała Naira, puszczając mi oczko.
     Zamieniając z nimi jeszcze kilka słów uprzejmości, w końcu ruszyłam w stronę namiotowego domku. Nie obchodziło mnie w tym momencie czy ktoś mnie zabije podczas snu, czy napadnie. Chciałam po prostu zamknąć swój umysł i nareszcie oddać się w ramiona Morfeusza. Kto wie, może gdy się obudzę, dzień będzie lepszy?

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 57 - "Ucieczka w nieznane"

Rozdział 57 odrobinę krótszy. W większości opisuje ucieczkę i nie zawiera praktycznie w ogóle dialogów. W sumie zastanawiam się czy nie zacząć wstawiać rozdziałów znowu co tydzień. Cudem nadganiam w pisaniu, a teraz zaczynam jeszcze pracę. Dlaczego spowolniłam akurat, gdy powoli zbliżam się do końca D:? Trzeba to zmienić.
Ogólnie rozdziały od 57 są jakieś zdechłe. To był taki mój moment kryzysu. Będą to chyba jedne z gorszych rozdziałów, aż do całkowitej ucieczki ;___;
A teraz znowu LBA. W sumie nie narzekam, lubię odpowiadać na pytania (ale nie lubię do nich nominować ;___;). Dziękuję, Cleo!

  1.Która pora doby jest dla Ciebie najlepsza, jeśli chodzi o myślenie nad opowiadaniem?
Noc. Szczególnie kiedy już się kładę do łóżka. Wtedy pomysły wręcz wybuchają w mojej głowie.

   2. Czy kiedykolwiek dotknął Cię taki pisarski dołek, że co najmniej przez tydzień nie napisałaś/eś ani jednego nowego słowa?
A żeby tylko tydzień. Ostatnimi czasy mam tak przez miesiące, ale mój najdłuższy kryzys wynosił rok. Wtedy nawet żadna myśl na temat opowiadań nie zaprzątała mojej głowy, wręcz się zastanawiam jak ja wtedy żyłam, skoro opowiadania to moje życie :o.

   3. Wyczekujesz wakacji z utęsknieniem czy może nawet o nich jeszcze nie myślisz?
W sumie wyczekuję ich tylko dlatego, że mam kilka planów: np. wypad z ekipą nad morze i dlatego, że będzie gorąco. Tak to mi nie robią różnicy, bo i tak prawdopodobnie będę pracować.

   4. Gdybyś miał/a możliwość spędzenia jednego dnia z fikcyjnym bohaterem, kto by nim był?
Ojeju. A można wybrać kilku? Huhu. Na pewno wybrałabym dzień spędzony z Nathielem. Kusi mnie Logan i Astley, ale jak tak sobie pomyślę, że miałabym ich spotkać, to Astley zbrołkował by mi totalnie serce (a ono takie wrażliwe ;___;), a przy Loganie czułabym się nieswojo, bo jest dla mnie za przystojny i za dojrzały (no i pewnie uznałby mnie za wariatkę, którą jestem). Z Nathielem bym się dogadała bo ma podobny do mnie charakter. BANG! To na pewno z opowiadaniowych bohaterów. Z książkowych chętnie spotkałabym wiedźmę Sol z Sagi o Ludziach Lodu i Cecylię! >D

   5. Ile książek planujesz kupić w tym roku?
Ja bardzo rzadko kupuję książki, bo zwyczajnie mnie nie stać ;___; a jak już mam trochę kasy to zawsze znajdą się inne wydatki (sushi np. huehue). Wolę je wypożyczać i dostawać od innych huhu.

   6. Czy byłaś/eś w tym roku w kinie? Jeśli tak, to na czym?
W 2015 jeszcze nie byłam. Planuję dopiero pójść jak coś zarobię.

   7. Zima powoli zmierza do kalendarzowego końca, cieszysz się?
W cholerę się cieszę. Nienawidzę zimy z całego serca i nawet biały puszek mnie nie raduje.

   8. Gdybyś spotkał/a Cleo w pracy, wzięłabyś od niej ulotkę?
No ba, że wzięła. Zazwyczaj biorę od wszystkich ulotki, a od Cleo bym nawet i ze 100 wzięła. Pomogłabym nawet roznosić, bo to lubię <3

   9. Oglądasz aktualnie jakiś serial, który zawładnął Twoim sercem i mózgiem?
Nie, ja praktycznie nie oglądam seriali ;___;

   10. Często poszukujesz materiałów do swojego opowiadania w bibliotece czy sam/a tłumaczysz wszelkie szczegóły?
Jeszcze nigdy nie szukałam ich w bibliotece! Zazwyczaj staram się mieć jak najmniej takich rzeczy do wyszukiwania. Jak już to spoglądam szybko w ciocię Wiki.

   11. Masz w tym roku datę, na którą czekasz z niecierpliwością?
2 kwietnia, 3-cia rocznica związku! I 20 czerwiec - ślub mojej przyjaciółki. No i maj, który mam nadzieję wypali <3.
***

     - Poznajcie mojego syna, Nathiela Auvrey - odezwał się władczym tonem głosu Vail, wykrzywiając swoje usta w piekielnie złym uśmiechu.
     Wśród zgromadzonych demonów rozległy się okrzyki zaskoczenia. Najwyraźniej nie podejrzewali, że ktoś, kto jest synem tak poważanego w Reverentii demona, może okazać się "zdrajcą rasy".
     Vail Auvrey bez obaw i strachu skierował ku nas swoje powolne kroki. Z każdym uderzeniem jego butów o posadzkę, moje serce przyspieszało swoje bicie. Trzęsłam się jak osika, równocześnie miałam ochotę mdleć i płakać. Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że zostaniemy nakryci, że nasza przygoda wcale nie zakończy się pozytywnie. Nie mogło być przecież tak pięknie. Jaką cenę zapłacimy za to, że odważyliśmy się wstąpić w progi Reverentii i trafiliśmy w samo siedlisko cienistych demonów? Jaką ja zapłacę cenę za to, że posłuchałam marzenia Nathiela o srogiej zemście? Za to, że chciałam uratować moją matkę? Czeka mnie śmierć, kara czy niespodziewane zbawienie?
     Pełna strachu i obaw, ścisnęłam dłoń Nathiela. Chciałam przejąć od niego trochę odwagi, która zawsze kryła się w jego ironicznym, bezczelnym uśmiechu. Osoba, którą ściskałam za rękę nie wyglądała jednak jak Nathiel Auvrey, którego znałam. Ten spoglądał właśnie w stronę swojego ojca z niekrytą pogardą i nienawiścią godną prawdziwego, krwiożerczego demona, który lada chwila może się rzucić na swoją zdobycz. Byłam w szoku, gdy patrzyłam w jego nowe oblicze. Czy aż tak nienawidził swojego ojca? Czy całe życie poświęcił na moment, gdy będzie mógł stanąć z nim twarzą w twarz i ukarać go za mękę? Zemsta nie jest dobrym rozwiązaniem i dobrze o tym wiedziałam.
     - Zdradził nas - kontynuował podwyższonym, złowrogim tonem głosu Vail Auvrey - Zdradził naszą rasę w tak uwłaczający sposób w jaki nigdy nikt tego nie zrobił.
     Zdawało mi się, że im więcej jego słów, tym więcej wypływa z nich nienawiści i odrazy.
     - Żyjąc w świecie ludzi, już jako 5 latek dołączył do organizacji zwalczającej demony - powiedział kpiąco Vail.
     Wśród demonów znowu zapanował chaos. Większość z nich zaczęła się od nas oddalać w panice. Zachowywali się tak, jakby się bali, że samym dotknięciem pozbędziemy się ich z powierzchni Reverentii.
     - Demoniczny łowca cieni. To zaprzecza sobie - warknął ojciec Nathiela, wbijając w niego tak samo wrogie spojrzenie.
     Chłopak natychmiastowo wyjął z kieszeni swoje stare, dobre exitialis, które wywołało jeszcze większe przerażenie wśród zgromadzonych demonów.
     - Nigdy do was nie należałem - warknął zielonooki, zaciskając dłoń na nożu, zupełnie jakby szykował się do walki - Gardzę wami od najmłodszych lat - dodał groźnie.
     Na dźwięk jego głosu przeszły mnie ciarki. Bałam się, że zbyt długo przebywa w Reverentii. Jego zachowanie drastycznie ulegało zmianie. Wiedziałam, że jest ryzykantem, napalonym na zabijanie łowcą, ale nie miałam pojęcia, że może w nim tkwić tyle nienawiści. Jego słowa mnie przerażały. Miałam ochotę puścić jego dłoń i oddalić się na kilka kroków w tył. Gdy jednak rozluźniłam uścisk, on ścisnął mnie mocniej, jakby nie chciał mnie wypuścić ze swoich objęć. Czy istniała możliwość, że mimo jego przerażającej postawy, wciąż martwił się o mnie? Myślę, że tak mogło być.
     Ojciec Nathiela uśmiechnął się z wyższością, zadzierając do góry głowę. Wiedziałam, że chce pokazać tym gestem, iż jest ponad nim i wcale się go nie boi. Nathiel to dla niego tylko zwykły robal, którego może zgnieść w każdej chwili butem.
     Jak podejrzewałam, nie odpowiedział na jego atak słowny, zamiast tego kontynuował swoją przemowę:
     - Poznajcie także niejaką Laurę Collins - zaczął, kierując na mnie swoje złowrogie spojrzenie - Pierwszy taki przypadek w naszym świecie. Pół demon cienia, pół człowiek.
     Czułam, że moje zęby zaczynają szczękać, a ręce drżeć ze strachu. Vail Auvrey nie spuszczał ze mnie swoich oczu. Było w nich jednak coś zupełnie innego, niż wówczas, gdy patrzył na swojego syna. Go traktował z wyższością, mnie jak nic niewartego pionka, którego byle palcem można strącić z planszy. Poczułam się bardziej bezużyteczna, niż kiedykolwiek.
     Ojciec Nathiela rozłożył na bok dłonie, uśmiechając się w naszą stronę w istnie diabelski sposób.
     - Cieszcie się miłym powitaniem, moi drodzy.
     Jego słowa nie dały mi nawet chwili na zastanowienie. Z ciemnych kątów po równoległych do siebie stronach, zaczęły wyłaniać się groźnie wyglądające, uzbrojone postacie, którym nawet nie zdążyłam się przyjrzeć. Moje oczy zajął raczej widok wychodzących zza pleców Vaila Auvreya dwóch członków departamentu kontroli demonów z którymi już miałam styczność. Gabrielle i Andariel. Kobieta uśmiechała się w moją stronę triumfalnie i złowieszczo, a mężczyzna krzywił znacząco na boku.
     Jęknęłam cicho, w myślach składając swoją przemowę pożegnalną. Ten dzień nie mógł być gorszy.
     - Pamiętasz co mi obiecałaś? - spytał cicho Nathiel, nie patrząc w moją twarz.
     Doskonale to pamiętałam. Przeklinałam siebie w duchu za tak głupie i nierozważne potwierdzenie. Przecież obiecałam mu, że jeżeli coś się będzie działo, ucieknę i wrócę do świata ludzi razem z algeą leczniczą, nie przejmując się nim w żadnym stopniu.
     - Nathiel - zaczęłam bezradnie, pragnąc jakoś się bronić.
     - Nie - warknął chłopak, patrząc groźnie w moją stronę - Uciekaj, albo zginiesz. Co najmniej 10 metrów z wysokiego budynku lub przepaści, skocz w cień - mówiąc to, wyjął z drugiej kieszeni jeszcze jeden nóż exitialis - Zaufaj mi, wrócę - dodał, posyłając mi ostatni raz łagodny uśmiech, pozbawiony demoniczności.
     W moich oczach nagromadziły się łzy. Nie zdążyłam nic zrobić. Nathiel rzucił się w stronę zgromadzonego za nami tłumu. Doskonale wiedziałam co chce tym osiągnąć. Chaos. Chciał, aby nikt nie zwracał na mnie uwagi, chciał, żeby wszystko skupiło się na nim.
     Podwijając suknię, starałam się nie patrzeć na jego postać. Wiedziałam, że jeżeli to zrobię, nie będę mogła się ruszyć. To była obietnica, poza tym doskonale wiedziałam, że będę tu tylko zawadzać. Nie byłam zbyt dobra w bezpośrednich starciach, tym bardziej z członkami departamentu kontroli demonów, którzy zniszczyliby mnie bez problemu.
     Zaciskając swoje powieki, rozkazałam nogom biec przed siebie. Za moimi plecami rozległo się tylko głośne:
     - Brać ją!
     Uznałam, że czas najwyższy pozbyć się długiego ogona sukni, który na każdym kroku starał się mnie powalić na ziemię. Wyciągając spod sukienki exitialis, ucięłam go w biegu, pozwalając mu pofrunąć gdzieś w dal Reverentii. Przydługą część sukienki bezwzględnie porwałam. Amy mi to wybaczy. Musi. Moje życie, a czarna suknia to dwie nierównoważące się rzeczy.
     Zaciskając w dłoni nóż, wybiegłam z sali. Nie miałam zbyt wiele czasu na rozeznanie się w sytuacji.
     Co najmniej 10 metrów z budynku? Stanęłam na moment w miejscu i rozglądnęłam się rozpaczliwie dookoła, próbując złapać oddech. Tu nie było żadnych budynków, oprócz zamku z którego właśnie wybiegłam! Istniała możliwość, że gdzieś za nim było jeszcze inne wejście, ale czy miałam czas na ryzyko? Za zamkiem nie było już lasu w którym mogłabym się skryć. Gdybym została otoczona, mogłabym pobiec tylko w stronę pustych stepów Reverentii, gdzie od razu zostałabym zaatakowana.
     Widząc przelatujący obok mojej głowy kłębek ciemnego, demonicznego dymu, zdecydowałam, że czas najwyższy uciekać. Moje kroki bez sprzeciwu skierowały się ku tajemniczemu, mrocznemu lasu, który znajdował się na wprost mnie. Miejmy nadzieję, że wyprowadzi mnie w miejsce, gdzie znajdzie się choć jedno 10 metrowe wzniesienie.
     W biegu ściągnęłam zawadzające moim stopom buty. Nie byłam przyzwyczajona do szaleńczych wyścigów z obcasami na nogach. To wyzwanie dla Amy, nie dla mnie. Co prawda mogłam poranić sobie stopy, ale w chwili obecnej się tym nie przejmowałam. Chciałam po prostu ratować swoje życie.
     Ostatni raz spojrzałam za siebie, pragnąc dostrzec Nathiela. Nie ujrzałam go już jednak. Musiał być pogrążony w wirze walki.
     Zacisnęłam na moment powieki i usta, starając się nie zapłakać. Czułam się okropnie. Nie wiedziałam czy w tym momencie byłam tchórzem czy rozsądną osobą. A jeśli na coś jednak bym mu się przydała? Nie wybaczę sobie, jeżeli coś mu się stanie. Byłam na tej misji razem z nim. Jeśli on zginie, to dlaczego ja mam żyć? Nie chcę takiego poświęcenia. Za bardzo mi na nim zależy!
     Czułam, jak nieliczne łzy spływają po moich polikach. Nie mogłam ich powstrzymać. Moja dusza była rozdarta na milion kawałków. Dręczyło mnie tysiące myśli na temat tego czy właściwie postąpiłam.
     Obserwując przelatujące obok mnie dymne kule mocy z których jedna drasnęła mnie w ramię, wbiegłam wreszcie do lasu. Nie poczułam się tu jednak ani trochę bardziej bezpieczna. Ramię piekło mnie w dziwnie bolesny sposób i sprawiało, że jego ruchy zostały w jakiś sposób ograniczone. Chyba nie chciałam dostać taką kulą w głowę lub serce. To by mogło oznaczać mój koniec.
     Moje oczy omiotły przerażające stworzenia, wyłaniające się zza fioletowych, bordowych i turkusowych krzaków. Miałam wrażenie, że wszystkie te dziwne stwory patrzą się na mnie zdziwione, nie wiedząc co zrobić. Wolałam jednak to, niż dodatkowy problem w postaci przerażających ludzkich rączek, kolczastych kul i jaszczuro-podobnych potworów, atakujących mnie.
Tylko blade światło nieznanych mi grzybów i kwiatów oświetlało mi krętą drogę lasu. Rzucana przez nich poświata w dużym stopniu przypominała mi łunę księżyca.
     Spojrzałam w tył i już wiedziałam, że choć na chwilę mogę odetchnąć, zwalniając swój bieg. W pobliżu mojej osoby nie znajdowały się żadne cieniste pokraki, mogące zrobić mi krzywdę. Nie chciałam się jednak zatrzymywać. Choć moje płuca błagały o dodatkową ilość tlenu, a w piersi serce waliło tak, że mogło lada moment dostać palpitacji, nie mogłam na to pozwolić. Spocznę dopiero wówczas, gdy znajdę drogę ku wolności.
     Moje blond włosy, które jeszcze niedawno układały się w przeurocze loki, teraz falowały na wietrze, próbując uwolnić się od sterty niepotrzebnego lakieru. W takim stanie w jakim byłam, czułam się jak dzikus uciekający do dżungli. Podarta suknia, bose, poranione stopy, rozwiane włosy i obłęd w oczach. Ile człowiek jest w stanie zrobić, by przeżyć? Czy to cecha, która włada zwierzętami? Instynkt samozachowawczy, chyba tak zwą to ludzie.
      Jeszcze raz obejrzałam się w tył.  Na szczęście nie dostrzegałam niczego niepokojącego. Kilka razy skręciłam w przeciwne od siebie strony, pragnąc zmylić goniących mnie oprawców, choć nie sądziłam, że w wielkim stopniu może to pomóc. Jeżeli demony będą chciały, znajdą mnie. To ich świat, to ich królestwo. Mieszkają tu całe życie, znają jego najmniejsze nawet zakątki, gdy ja jestem tu po raz pierwszy i uciekam na oślep. Może właśnie w tym momencie stoją już na skraju lasu i czekają, aby mnie obezwładnić lub jeszcze gorzej: bezwzględnie zabić. Nie. Nie powinnam myśleć o takich rzeczach. Obiecałam Nathielowi, że ucieknę i zrobię to, a potem wrócę po niego z resztą łowców.
     Nim się obejrzałam, moja stopa skrzywiła się pod niebezpiecznym dla zdrowia kątem, co wywołało u mnie syk bólu. Mimowolnie poleciałam do przodu, przetaczając się z wysokiej górki w dół. Moje plecy, ramiona i twarz kaleczone były przez ostre kolce zdrewniałych krzewów, przypominających swoim wyglądem róże. Nie miałam jednak czasu na rozpacz. Ucieczka była ważniejsza od kilku nic nieznaczących zadrapań.
     Lądując na dole, wśród miękkich liści opadających z wielkiego, czerwonego drzewa, poczułam, jak kręci mi się w głowie. Momentalnie wywołało to u mnie odruch wymiotny. Powstrzymałam się jednak od niechcianych czynności, zmuszając swoje rozchwiane ciało do powstania. Gdy to robiłam, podtrzymywałam się dziwnie powykręcanego drzewa, które zdawało się burzyć obecnością obcych rąk. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby było żywe jak większość tych dziwnych roślin Reverentii.
     Próbując złapać oddech i równowagę, wolnym krokiem sunęłam ku głębi ciemnego lasu. Niepokojąca ciemność okryła moje serce paraliżującym strachem. Tajemnicza poświata nie oświetlała już mojej drogi. Mogłam iść teraz tylko i wyłącznie na wyczucie, modląc się, aby nie napotkać gołymi stopami na niechciane stworzenia. Chód wiele mi dał. Czułam, że jeśli dłużej będę biegła, padnę z przemęczenia. Teraz udawało mi się odzyskać utracony tlen.
     Powoli, obmacując dłońmi wszystko co było w ich zasięgu, brnęłam do przodu. Od czasu do czasu dotykałam czegoś oślizgłego, żywego, miękkiego. Różnorodność odczuwanych przeze mnie cech określających przedziwną faunę Reverentii, przerażała mnie w najwyższym stopniu. Czułam obrzydzenie do tego pięknego, nietypowo wyglądającego i tajemniczego miejsca. Zdawałam sobie sprawę z tego, że gdyby wszystko było tu martwe, moje serce nie byłoby na krawędzi życia.
     Tuż za plecami usłyszałam cichy szelest liści. Stanęłam na chwilę w miejscu, starając się ukryć jak najmożliwiej dobrze w cieniu drzewa. Wiedziałam, że nie dam rady biec. Zraniona stopa przeszkadzałaby mi w tym. Mogłam się tylko modlić o to, żeby nie był to żaden z demonów. Próbowałam sobie wmówić, że to tylko moja wyobraźnia, ewentualnie jakiś leśny stworek z Reverentii, który zaraz przytuli się do mojej stopy kolcami zagłady. To jednak nie pomagało. Szelest liści stał się bardziej gwałtowny i głośny, zdradził mi jednak fakt, że mam do czynienia z tylko jedną osobą.
     Odgłos rozsuwanych krzaków, zniknął tuż za moimi plecami. Chwyciłam mocniej za drzewo, które zdawało się być martwe. Strach paraliżował moje zmysły i nie wiedziałam w tym momencie co mam robić. Moja dłoń zaciskała się na nożu zwalczającym demony. Odwagi, Laura. Na pewno poradzisz sobie z jedną, cienistą pokraką, wystarczy, że uwierzysz w siebie.
     Gdy usłyszałam tuż nad uchem cichy chichot, przeraziłam się nie na żarty. Moja dłoń nie zdążyła jednak wykonać żadnego ruchu. Oprawca był szybszy. Silnym uderzeniem w tył głowy sprawił, że padłam na ziemię, obserwując ciemno zarysowane na niebie korony drzew. Świat wirował mi przed oczami, a jedyną rzeczą, którą usłyszałam zanim całkowicie straciłam świadomość, było:
     - Do cholery! Nikt nie będzie wkraczał na nasze terytorium!