poniedziałek, 11 grudnia 2017

[TOM 3] Rozdział 47 - "Nadszedł czas"

No, to się zaczyna.
Rozdział nie jest zbyt długi, ale może to lepiej. 
***
Nadszedł czas.
Krwista poświata pokryła jeden z reveryntyjskich księżyców niczym gruba płachta, pogrążając całą demoniczną krainę w upragnionym szkarłacie. Czerwień kojarzyła się z krwią, ludzką krwią, która niedługo zostanie przelana na ziemskim padole – wraz z nią miała zostać przelana krew zdradzieckich demonów, które uciekły na Ziemię. Właśnie takie było główne zadanie Departamentu Kontroli Demonów – zniszczyć zdrajców, nieczysto krwistych oraz tych, którzy z nimi zadarli, a więc łowców. Teraz miało to być tylko Nox, potem – cały świat. Reverentia nie wystarczała już cienistym demonom. Miejsca było coraz mniej, potomków coraz więcej, pokarm był dobrze strzeżony przez ludzkich obrońców. Wystarczyło ich zdominować, a potem uczynić Ziemię swoją drugą rodzimą krainą. Świat, w którym ludzie będą niewolnikami demonów to już nie utopijna wizja przyszłości, a zamysł, który stawał się rzeczywistością. Właśnie rozpoczynał się pierwszy etap wielkiego planu.
Vail Auvrey uniósł srebrny puchar do ust – jego usta zmieniły kolor na krwawą czerwień. Intensywna zawartość kielicha pozostawała zagadką.
Raz na dwieście długich demonicznych lat Reverentia okrywała się szkarłatnym blaskiem chwały i mocy – nazywano to „efektem szkarłatnej soczewki”. Bliżej niezidentyfikowany cień, który nakładał się na księżyc, sprawiał, że kraina zamieszkiwana przez demony nie miała już ograniczeń – tym samym  naruszana zostawała równowaga reverentyskiej przyrody. Na szczęście to wyniszczające zjawisko miało miejsce stosunkowo rzadko, dlatego też ich świat przez kolejne lata samoczynnie się odbudowywał, odzyskując to, co zostało tymczasowo utracone. Efekt szkarłatnej soczewki nie mógł być zjawiskiem długotrwałym, a już szczególnie nie wiecznym. Gdyby tak było, Reverentia nie wytrzymałaby naporu, jaki wywierała na nim uwolniona magia. Prędzej czy później rozpadłaby się na drobne kawałeczki. To by oznaczało koniec demonicznej rasy, a na to Vail Auvrey  nie mógł pozwolić. Jako niekwestionowany przywódca swojej dzikiej armii był zobowiązany do chronienia miejsca, gdzie narodziło się całe zło tego wszechświata.

wtorek, 5 grudnia 2017

[TOM 3] Rozdział 46 - "Moi rodzice"

Uff, w końcu skończyłam pisać ten rozdział i z odetchnięciem mogę go opublikować. 
Odnoszę dziwne wrażenie, że WCS zakończy się jednak na 50 rozdziałach. Może to nie taka zła opcja, w końcu poprzednie tomy kończyły się gdzieś na 70, 60. Zobaczymy! Przede mną poważne wyzwanie. WOJNA.
***
Garsonka to zdecydowanie nie mój styl, ale pewne sytuacje wymagały poświęceń, nawet tych niechcianych. W głowie wciąż powtarzałam sobie: to wszystko dla Nox, a już szczególnie dla ludzkości, która niebawem mogła pogrążyć się w nicości. To w jakiś sposób dodawało mi otuchy.
Poprawiłam przylegającą do moich ud czarną spódnicę za kolana, nie zapominając o wykrzywieniu ust w grymasie. Sorathiel, który szedł tuż obok mnie, sprawiał wrażenie tak samo niezadowolonego jak ja – właśnie poprawiał swój pasiasty krawat, robiąc przy tym minę, jakby jego szyję opasał długi, duszący go wąż.
Jeżeli wraz ze mną w misji uczestniczył Sorathiel, to znaczyło, że sprawa naprawdę była poważna.
Oprócz nas w zespole był jeszcze Aren oraz Ethan – nie bez powodu zostali wybrani przez naszego szefa. To raczej wątpliwe, że Nathiel, który specjalizował się w masowym zabijaniu demonów, poradziłby sobie w typowo dyplomatycznym zadaniu. Prędzej zwyzywałby wszystkich urzędników świata i sprałby ich na kwaśne jabłko, co nie rzutowałoby pozytywnie na wyniki naszej misji.
Mieliśmy określony cel, którego musieliśmy się trzymać.
– Może przećwiczmy to jeszcze raz? – spytał Sorathiel. Jego ściągnięte brwi, pot na skroniach i nerwowo poprawiające krawat dłonie zdradzały stres, który trzymał go w swoich sidłach. Zazwyczaj szef Nox odznaczał się niesamowitym opanowaniem, ale nie na co dzień odbywaliśmy takie misje jak ta. W końcu rzadko zdarzało nam się działać publicznie – nasza niespisana umowa z ludzkością polegała na tym, że skradaliśmy się w cieniu nocy i niszczyliśmy to, co dręczyło naszą planetę. Niewiele niezwiązanych z Nox ludzi wiedziało o łowcach, zazwyczaj były to postronne osoby z rodziny jakiegoś członka organizacji. Zdarzały się również inne przypadki – na przykład gdy sytuacja wymykała nam się spod kontroli, byliśmy zmuszeni wytłumaczyć wszystko niechcianym uczestnikom misji. Niestety, do czasu kiedy nie pojawiły się la bonne fee, nie mieliśmy dostępu do czegoś takiego jak mikstury zapomnienia. Musiałam przyznać, że nawet teraz rzadko je stosowaliśmy – tylko w nagłych przypadkach, gdy komuś totalnie odbijało na punkcie demonów.

poniedziałek, 20 listopada 2017

[TOM 3] Rozdział 45 - "Krąg życia"

Z jednodniowym opóźnieniem, ale skończone. Zauważyłam, że te daty są ostatnio strasznie ruchome. Jak nie spóźnię się z poprawianiem WCNa, to spóźnię się z poprawianiem WCSa, ha. 
Powiedzmy, że rozdział lekko odpoczynkowy, zapowiadający coś większego. Dawno nie było Sorci, to też się na nich skusiłam huehuehu. 
***
Od ostatniego starcia z wiedźmami minął już ponad tydzień. Od tamtej pory nie widzieliśmy ani la bonne fee, ani Arena. Czarodziejki potrzebowały czasu na pogodzenie się ze stratą i zrozumienie tego, co zrobiła dla nas Madlene, Arena oprócz straty ukochanej dręczyły również dziwne dziury w pamięci i chorująca córka. Nie chcieliśmy ich poganiać, a równocześnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w końcu będziemy zmuszeni prosić ich o pomoc. Było coraz gorzej. Demony atakowały już nie tylko niewinnych ludzi – do tej pory bały się podchodzić do nas chociaż na krok, teraz byliśmy dla nich głównym obiektem do wyeliminowania. Czasy, kiedy unikały Nox jak ognia przeminęły. Najwyraźniej coś musiało podbudować ich nienawiść. Czy to Vail Auvrey maczał w tym palce? Nie mieliśmy wątpliwości co do tego, że to część jego planu. Chciał nas doprowadzić do przedwczesnej kapitulacji, złamać naszego ducha walki, który po śmierci jednej z naszych sojuszniczek i tak był już mocno osłabiony. W dosłowny sposób pokazywał nam, że nad nami góruje. Nie mieliśmy żadnego planu, nie wiedzieliśmy co robić, jedyne, co nam pozostało to żyć z dnia na dzień, walczyć z demonami, które nam zsyłał i przygotowywać się do bitwy, która niebawem miała nadejść.
Ślęczałam nad papierami już od kilku godzin. Wszyscy z Nox zgodnie orzekli, że najlepszą osobą od biurokracji będę ja, dlatego kiedy Nathiel spędzał całe dnie poza domem, próbując uratować niczego nieświadomych ludzi przed demonami, ja siedziałam w domu, opracowywałam misje i kompletowałam zespoły, które miały w nich uczestniczyć. Przy okazji wypijałam litry herbaty i próbowałam uspokoić dzieci, które czasem nie dawały mi spokoju i usilnie próbowały zmusić mnie do zabawy. Nie mogłam poradzić nic na to, że ostatnio ani Nathiel, ani ja nie mieliśmy dla nich czasu. Owszem, bolało mnie to, że ich zaniedbujemy, czy nie mamy pełnej kontroli nad tym, co robią – nieraz zamykały się w pokoju i objadały czekoladą, a ja wykorzystując chwilę skupienia, starałam się przy największych obrotach uporać z pracą – ale nie mieliśmy wyboru. Ze względu na serię przedziwnych wypadków zamknięto ostatnio przedszkole, do którego uczęszczały dzieciaki. Baliśmy się, że ta „seria dziwnych przypadków” mogła być spowodowana tym, że demony chciały dorwać nie tylko nas, ale również i nasze dzieci.

niedziela, 12 listopada 2017

[TOM 3] Rozdział 44 - "Zew wiatru"

Rozdział krótki i... dołujący. W swoim życiu chyba nie napisałam nic równie smutnego, jak 44 rozdział WCSa. W jednej chwili i to na własne życzenie zepsułam sobie humor. Nie sądziłam, że pisanie może dostarczyć mi również takich emocji. To tylko dowodzi temu, że WCS jest już częścią mojego życia. Z jednej strony to piękne, z drugiej... przerażające. Do końca zostało jakieś 5 rozdziałów. Robi się coraz ciężej i to nie tylko mi, ale również bohaterom WCSa!
*** 

Zacisnęłam powieki i opuściłam głowę w dół, zasłaniając twarz łokciem. Próbowałam uciec od oślepiającego światła, choć nie było to łatwe. Przez ten krótki moment nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje, a jednak byłam dziwnie spokojna. Czy to za sprawą mocy, którą uwolniła Madlene? Lata temu, kiedy się poznawałyśmy, wytłumaczyła mi, że magia mentalna, którą się posługuje jest na tyle potężna, iż potrafi ingerować nawet w siły natury, jej stosowanie wymaga jednak zużycia potężnych pokładów energii. Z jej pomocą prawdopodobnie można było zniszczyć cały świat, pod warunkiem, że poświęci się dla tego celu swoje własne życie. To dlatego osoby, które stosowały rzadką magię śpiewaną były pod stałą kontrolą Rady – la bonne fee bały się o to, że czarna magia w połączeniu z tą mocą może doprowadzić do zagłady naszej planety. Madlene nie użyła jednak złego czaru. W powietrzu dało się wyczuć spokój, dobro i równowagę.
Rażąca biel z czasem zmieniła się w ogrzewające skórę ciepłe promienie słoneczne, a krwawy deszcz przeszedł w pozbawioną skazy wodę, która w zetknięciu z naszymi ranami powodowała ich całkowite wypalanie. Kiedy przyzwyczaiłam już oczy do nowego światła i mogłam spojrzeć wyraźniej na świat, spostrzegłam, że jestem całkowicie czysta – krew spłynęła niewidzialnymi kanałami wprost do ziemi, a ja poczułam się znowu rześka i pełna energii, pomimo tego, że zużyłam potężną dawkę swojej chaotycznej mocy. To nie były omamy, to śpiewająca czarodziejka odwróciła szkody swoją własną magią. Próbowałam ją dostrzec poprzez promienie rażącego światła, ale nie byłam w stanie. Widziałam tylko to, co działo się między naszymi sojusznikami. 
Większość członków Nox spoglądała po sobie zdziwiona tym, że ich rany po prostu zniknęły, a burza i wichry szalejące nad naszymi głowami w przeciągu minuty przemieniły się w radośnie grzejące nasze twarze słońce i rześki deszcz. Nikt zdawał się nie zwracać szczególnie wielkiej uwagi  na to, kto jest przyczyną naszego nagłego ozdrowienia. Wszyscy byli w zbyt wielkim szoku, aby zauważyć, że to Madlene stała na szczycie wzgórza i przywracała nasze miasto do ładu. Tylko trzy la bonne fee wiedziały, co to oznacza – stanowiły pewien kontrast dla równoważącego się krajobrazu. 
Patricia wciąż klęczała na ziemi z bezradnie rozciągniętymi wzdłuż ciała rękami i płakała tak przejmująco, jakby właśnie kogoś utraciła. Poddała się, bo wiedziała, że nie jest w stanie już niczego zrobić. Co innego z Marthą i Alexandrą – pierwsza z nich początkowo starała się przebić przez potężną magię, którą roztaczała wokół siebie śpiewająca czarodziejka, w końcu jednak uznała, że jej starania nie przyniosą żadnych efektów. Tylko Alexandra posyłała swoje pioruny w górę, próbując się przebić przez światło. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Niemal popadła w szaleństwo, próbując z krzykiem dotrzeć do swojej przyjaciółki. W końcu Martha chwyciła ją wpół i zaczęła odciągać od wzgórza. Alex nie chciała się poddawać. Wyrywała się tak silnie, że w końcu uderzyła łokciem prosto w nos Marthy.

poniedziałek, 6 listopada 2017

[TOM 3] Rozdział 43 - "Usłysz wołanie"

Oczywiście  z lekkim opóźnieniem, ale udało mi się skończyć ten rozdział jeszcze przed północą. Trochę dłużej zajęły mi poprawki. Możecie mi wierzyć, że ten 10-stronnicowy fragment popłynął prosto z mojego umysłu pogrążonego w dzikim, wojennym transie >D! Nie potrafię racjonalnie ocenić, czy rozdział 43 jest dobry, ale... starałam się, żeby był. W trakcie jego pisania miałam ustalony na papierze zarys fabuły, a i tak pozmieniałam niektóre sceny. Zawsze tak jest. To chyba dobrze, bo historia płynie w mojej głowie własnym torem, zupełnie jakbym sama tam była. Uwielbiam to uczucie, które pochłania mnie tak, ze nie wiem co się wkoło mnie dzieje!
Wiem, ostatnio mam problem ze wstawianiem rozdziałów na bieżąco. Nie mam słów na swoją obronę. Po prostu trudno mi ostatnio pisać!
***
Bariera wichrów i chaosu zamknęła się tuż za moimi plecami, zahaczając o ostatnie kosmyki blond włosów. Kiedy oglądnęłam się za siebie, przed oczami mignął mi tylko szmaragdowy punkcik wyrazistych, demonicznych tęczówek i uniesiony w sarkastycznym uśmiechu do góry prawy kącik ust. Nie ulegało wątpliwości, że Sapphire zrobiła to celowo. Chciała udowodnić mi, jak wielką siłę ma bariera, która po krótkim zetknięciu z moimi włosami pozbawiła ich kilku kosmyków, czy zwyczajnie zrobić mi na złość? Opcja druga wydawała się bliższa rzeczywistości.
W obrębie parku otoczonym zewsząd porywistym wiatrem i przedmiotami codziennego użytku, panowała niesamowita cisza, zupełnie jakby to miejsce jako jedyne w mieście zostało wygłuszone z pomocą czarnej magii. Wiatr wędrujący po okręgu wydawał tylko cichy, przyjemny dla uszu szum kojarzący się z morskimi falami. Przez moment poczułam się, jakbym była na wymarzonych wakacjach z mężem i z dziećmi, jakbym była poza całym złem dręczącym od lat Nox. To jednak tylko iluzja, z której szybko się otrząsnęłam. Rzeczywistość dała o sobie znać wyimaginowanym ciosem wymierzonym wprost w policzek.
Byłam w miejscu, gdzie mogłam zginąć. Byłam w miejscu, gdzie mogli zginąć moi przyjaciele. Właśnie rozpoczęłam jedną z ciężkich bitew, które są tylko wstępem do tego, co mogło się stać potem. W końcu wiedźmy chciały wykończyć la bonne fee – nas czekało jeszcze starcie z demonami, które uparcie milczały i obserwowały nas z bezpiecznego kąta Reverentii. To, że departament chciał nas osłabić, pozbywając się naszych najsilniejszych sojuszniczek, nie ulegało wątpliwości, a kto jak nie wiedźmy parające się czarną magią, mogły stanąć naprzeciw nim? Vail Auvrey stosował proste rozwiązania, które zazwyczaj się sprawdzały. Na dodatek wiedział, jak grać na ludzkich uczuciach, których sam nie posiadał.
– Powinniśmy się rozdzielić – odezwał się Sorathiel. Widziałam jak kilku członków Nox prostuje swoje plecy i napina mięśnie. Od dłuższego czasu czekali na jakikolwiek rozkaz naszego szefa. Na dźwięk jego głosu wszyscy, bez wyraźnego sprzeciwu, wstrzymali swój cichy chód wiodący wprost w paszczę wrogich wiedźm.
– Jeżeli mamy się już rozdzielać, my pójdziemy przodem – odezwała się Alexandra, która przepchała się łokciami na sam środek naszego milczącego zgromadzenia. Miała poważną minę i mocno ściągnięte brwi. Kiedy Sorathiel chciał otworzyć usta, aby zaprzeczyć temu pomysłowi, dziewczyna wystawiła w górę rękę. Ten gest wystarczył, aby nasz przywódca wstrzymał potok tłumaczących słów. – Doceniamy to, że jesteście tu razem z nami, równocześnie chciałybyśmy wam przypomnieć, że to głównie nasze starcie. To nas wiedźmy chcą dopaść. Jeżeli ktoś ma się z nimi równać, to tylko my. – Świecące brązowe oczy nawet nie drgnęły, kiedy ich właścicielka wpatrywała się w twarz Sorathiela.

poniedziałek, 23 października 2017

[TOM 3] Rozdział 42 - "Bariera"

Kolejny rozdział wydłużający akcję. Niestety nie mogę już uciec od tego, co ma się stać w następnym rozdziale, dlatego to ostatni taki twór trzymający w napięciu. 
Dziwny twór mi wyszedł, racjonalnie nie mogę go ocenić. Na pewno znajdzie się sporo błędów, bo nie chciało mi się go już przeglądać tak skrzętnie i dokładnie. 
***
Nie mieliśmy żadnego planu. Wiedzieliśmy, że w obliczu zagrożenia, na którego czele będą stały wiedźmy, nie mamy szans na obmyślenie strategii, która pomogłaby nam wygrać. Szliśmy na pewną śmierć, ponieważ oprócz czarodziejek, które wiodły magiczny prym w naszym składzie, mojej chaotycznej mocy, umiejętności Nathiela związanej z wstrzymywaniem czasu, znikomej zdolności Andi do używania cienistej siły oraz półdemonicznych zdolności Arena, większość z nas była po prostu zwykłymi ludźmi, która ledwo umiała operować nożem. Owszem, Sorathiel przewidział taką okazję i wzbogacił naszą organizację o broń palną, która miała zwiększyć nasze marne siły, ale szkolenie związane z ładowaniem i użytkowaniem broni było odkładane tak długi czas, że teraz, po krótkim instruktażu w biegu, trwającym chaotyczne trzy minuty, większość z członków Nox wciąż nie potrafiła w odpowiedni sposób się nią posługiwać. Z tego mogło wyniknąć więcej szkód, niż pożytku, a jednak wciąż trzymaliśmy się tej rwącej nici otulonej cienką warstwą nadziei, która wisiała rozpostarta nad urwiskiem, gotującym dla nas śmierć. Nie było pozytywów, nie było negatywów. Wszyscy staliśmy gdzieś po środku, niepewni tego, co nas czeka. Mieliśmy świadomość, że już raz nasze spotkanie z wiedźmami zakończyło się tragicznie – złe kobiety mocno podcięły nasze skrzydła i zabrały nam wszelaką siłę do walki. Czy teraz mogło być inaczej? Czy la bonne fee były w stanie pokonać je z pomocą tylko i wyłącznie białej magii, która nikogo nie mogłaby zabić? Czy trenowały wystarczająco długo, aby chociaż dorosnąć im do pięt lub pokonać je przebiegłością? Wiedźmy zdawały się mieć póki co kontrolę nad sytuacją. W przeciwieństwie do nas kierowały się własnym planem. Pytanie tylko, czy przejdą do ofensywy delikatnie, czy bezlitośnie, jak na użytkowniczki czarnej magii przystało.
Zatrzymaliśmy się nieopodal bariery wyglądającej jak przeogromne tornado, wokół którego zbierały się wyrwane z ziemią drzewa, samochody, kawałki zniszczonych budowli i innych, bliżej nieokreślonych przedmiotów różnej wielkości. To wszystko otoczone było wstęgą piorunów, czarnej mgły i zła. Żaden człowiek patrzący na te zjawisko, nie mógłby stwierdzić, że jest to wywołane naturalnymi siłami przyrody. Nawet przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych byłby w stanie wyczuć emanującą z tego gigantycznego tornada chaosu czarną magię.

niedziela, 15 października 2017

[TOM 3] Rozdział 41 - "Obietnica dana dziecku"

Wow, no po prostu nie wierzę. Dawno nie było już rozdziału w niedzielę. Teraz o dziwo ze wszystkimi tekstami wyrobiłam się w czasie. Może w końcu się wdrażam w ten studencki tryb. Październik z reguły jest dla mnie ciężki, dlatego mam nadzieję, że kiedy już minie, wszystko wróci do normy i będę mogła spokojnie dokończyć WCS.
Jak to zazwyczaj bywa z moimi rozpiskami, standardowo wydłużam rozdziały, żeby tylko nie skończyć tak szybko opowiadania. Idąc moim cudownym tokiem rozumowania, zapewne WCS skończy się dopiero na 50-kilku rozdziałach, a nie 40-kilku. Może to i lepiej.
Krótko, zwięźle (chyba) i na temat. Budujemy napięcie przed konkretną akcją. 
***
Burza szalała w najlepsze. Nigdy się jej nie bałam, uważałam ją raczej za interesujące zjawisko pogodowe, któremu można przyglądać się nocami i podziwiać za jego wszechmoc. Dzisiaj było inaczej. Silne uderzenia piorunami powodowały, że na mojej skórze pojawiała się gęsia skórka. To nie była zwyczajna burza, wcale nie musiałam być czarodziejką i mieć szczególnie zdolności mentalne, aby wyczuć, że kryło się w niej coś naprawdę złego. To nie siła natury, to zjawisko stworzone za pomocą czarnej magii.
Przy kolejnym potężnym trzasku dwójka moich dzieci podskoczyła zgodnie do góry. Nawet ja zesztywniałam pod wpływem silnego uderzenia. Miałam wrażenie, że cały dom się zatrząsł. To mnie zaniepokoiło. Nie chciałam mieć gruzowiska na środku pokoju. Nie chciałam również, aby komuś z nas cokolwiek się stało. Kiedy nie było obok Nathiela, wszystko zdawało się być sto razy gorsze. Ten nieustraszony łowca, mąż i ojciec w jednym, dawał nam poczucie bezpieczeństwa. Może to dlatego, że jego postawa nigdy nie wskazywała na to, że czegoś się boi.
Pogłaskałam chlipiącą cichą w moją koszulkę Calanthię oraz Nate’a, który miał oczy jak dwa wielkie migdały. Kiedy moja córka była całkowicie bezwładna, syn zesztywniał, jakby ktoś poraził go prądem. Tylko Aura siedziała spokojnie na fotelu i patrzyła się z zafascynowaniem w okno. Miała diabelsko szeroki uśmiech na twarzy, co bardzo mnie zaniepokoiło. Ona czuła, że burza jest wywołana siłami zła i bardzo jej się to podobało. Co jakiś czas wystawiała swoją bladą rączkę w stronę szyby i starała się dotknąć myślami tych błyszczących iskierek rozdzierających bezlitośnie niebo. Patrząc na nią czułam się bezradna. Mimo naszych wychowawczych starań, Aura wciąż była małym ¾ demona uraczonym klątwą, której nie można było zdjąć. Bałam się, że pewnego dnia pójdzie własną ścieżką, która może dążyć do czynienia zła.

wtorek, 10 października 2017

[TOM 3] Rozdział 40 - "Zwiastun burzy"

Powróciłam co prawda z lekkim opóźnieniem, ale... jestem. Nie planuję już żadnych dzikich wypadów, także myślę, że spokojnie będę mogła pisać kolejne rozdziały. Można powiedzieć, że to mój taki urodzinowy rozdział. Nie planowałam go opublikować 10 października, ale... stało się >D. Także happy b-day, Naff, jesteś stara jak świat, nawet sypiesz się jak on.
Rozdział raczej odpoczynkowy. Miał bardziej budować napięcie niż rozwijać fabułę. Musicie mi wierzyć, napisanie go było bardzo ciężkie, kiedy tyle się nie pisało, dlatego nie będzie to niesamowicie cudowny tekst. Mam nadzieję, że się jednak poprawię. Teraz zamierzam powrócić do mojego starego pisarskiego trybu. Generalnie jestem pozytywnie naładowana, bo przeczytałam całe WCS od początku i... chyba wiem już co pisać dalej!
***

– Czy wy też czujecie, że coś jest nie tak?
Czarodziejki wymieniły znaczące spojrzenia. Nie musiały nawet odpowiadać na to pytanie. Zazwyczaj każde dziwaczne odczucia dzieliły ze sobą jak biologiczne siostry. Nazywały to wrodzonym instynktem magicznym. Prawdopodobnie każda la bonne fee na świecie miała tak samo wyczulone zmysły jak one – czarodziejki po prostu się z tym rodziły. Jedyną wadą wrażliwości, która je cechowała było to, że choć wiedziały, iż coś w niedługim czasie ma się wydarzyć, nie potrafiły odpowiedzieć dokładnie na pytanie, co takiego. To Madlene zajmowała się wróżeniem z kart oraz wyciąganiem z nich wniosków. Nie była to łatwa sztuka, dlatego nie każda la bonne fee była w stanie ją przyswoić. Tarot wymagał cierpliwości, dobrego zmysłu interpretacyjnego oraz szacunku. Ponoć każde karty przywiązywały się do swojego właściciela – im więcej dostawały od niego uczuć, tym chętniej z nim współpracowały. Madlene większość swoich nabytków traktowała z nabożną czcią, to dlatego podczas magicznego testu w szkole dla czarodziejek, została oznaczona jako potencjalna wróżbiarka. Reszta dziewcząt rozwijała inne poboczne zdolności.
Dzielone przez trzy dziewczęta uczucie wiązało się z nieuzasadnionym niepokojem oraz oczekiwaniem na niezbyt dobre wiadomości. Z tego powodu już od kilku godzin siedziały jak na szpilkach. Jakiś czas temu kontaktowały się z Madlene w obawie, że to właśnie ona uczyni coś karygodnego, nie brzmiała jednak jak osoba, która planuje zrobić coś złego, a przynajmniej nie wtedy, kiedy gotuje obiad i uspokaja płaczące dziecko. Wobec tych niepokojących odczuć mogły tylko zachować czujność i czekać aż sprawa sama się rozwiąże.
– Macie ochotę na coś słodkiego? – Ciężką ciszę przerwał nieśmiały głos Patricii, która gościła dzisiaj swoje przyjaciółki we własnym domu. Wszystkie siedziały w kuchni i popijały gorącą herbatę.
– Jakoś nie bardzo – odpowiedziała z westchnięciem Martha. Od dłuższego czasu wgapiała się w dno kubka, jakby chciała wyczytać z fusów przyszłość. Owszem, było to możliwe, ale na chwilę obecną nie do końca wykonalne. Pomimo wysoko rozwiniętej mentalności, nie potrafiła się skupić w tak wielkim stopniu, żeby przed oczami zaczęły przewijać się jej wizje dotyczące przyszłych dziejów. Wejście w trans wymagało większego skupienia i mniejszego natężenia niepokoju.
– Zaraz oszaleję – burknęła niezadowolona Alexandra, podpierając się na dłoni. Znudzona wpatrywała się w kubek zdobiony malutkimi, ohydnie słodkimi króliczkami, z którego przyszło jej pić herbatę. Przez myśl jej przeszło, że mogłaby posłać w jego stronę niewinny piorun, który sprawiłby, że bok tego ustrojstwa zacząłby leciutko i po cichu pękać. Dziewczyny stwierdziłyby, że to z powodu gorąca, a ona dokończyłaby swój chytry plan wielkim wybuchem porcelanowych odłamków. Nie, musiała przestać z wyżywaniem się na przedmiotach, kiedy czuła się niekomfortowo. Chociaż z drugiej strony…
W pomieszczeniu zapanował mrok.
– Alex, to ty się znowu bawisz piorunami? – spytała oschle Martha. Płomienna czarodziejka cieszyła się, że nie widzi jej twarzy, bo z pewnością przeszyłyby ją teraz dreszcze.
– Nie – prychnęła w odpowiedzi. – Jakbym chciała to bym wywaliła żarówkę, żeby było większe widowisko, a nie bawiła się w kabelkach i korkach. To skomplikowana robota, a po co się nadwyrężać. – Wzruszyła ramionami w ciemnościach.
Patricia westchnęła ciężko.
– Może Soriel nadużywał znowu prądu.
– Albo to znak, że idzie burza.
Wszystkie trzy spojrzały zgodnie w stronę okna. Niebo pogrążone w odmętach nocy zostało rozdarte przez jaśniejącą rażącym blaskiem błyskawicę. To siła natury zaznaczyła w przestworzach swoją potęgę, nie Alex. Krople deszczu spadły z nieba nagle, jakby ktoś zrzucił z góry całe wiadro przepełnione litrami wody. W ciągu kilku minut całe miasto pogrążyło się w pochmurnej i deszczowej atmosferze. Żaden człowiek zamieszkujący okolice nie mógł podejrzewać, że burza ma związek z czymś złym, ale czarodziejki wyraźnie to wyczuwały.
– Coś się rozpoczęło – odezwała się szeptem Alexandra. Chwilę po jej słowach rozległ się ogromny huk. Wszystkie la bonne fee wyskoczyły do góry i przybrały obronne pozy. Alex gotowa była użyć piorunów, Patricia swojej lodowej mocy, a Martha miała zamiar je wesprzeć, jeżeli będą miały do czynienia z jakimś nadnaturalnym zjawiskiem. Koniec końców okazało się jednak, że to burza postanowiła zawitać w ich magiczne progi, waląc w ścianę domu Patricii. Całe szczęście piorunochron posłał pobratymcę Alex w drogę powrotną ku niebu.
– To nie jest naturalna burza – stwierdziła pokrótce płomienna czarodziejka. – Wyczuwam w niej coś złego i… to nas nawołuje.
Kolejny piorun przeszył niebo z głośnym trzaskiem, uderzając w ziemię z ogłuszającym hukiem. Ogródek Patricii posłał w okno odłamki drewna, małe kamyczki i piach, które sprawiły, że na szybie pojawiły się szklane pajączki. Właścicielka domu jęknęła.
– Chcą mi zniszczyć mieszkanie? – spytała przestraszona. Natychmiastowo podbiegła do wszystkich okien i zasłoniła je firankami, zupełnie jakby myślała, że to ochroni je przed burzliwą zagładą.
– Nie, raczej chcą zniszczyć dom razem z nami w środku – burknęła niezadowolona Alexandra. Jako pierwsza podniosła się z krzesła i sięgnęła do szuflady, skąd wyjęła świeczki. Rozstawiła je na stole i jednym machnięciem dłoni sprawiła, że iskierki, które nad nimi zawisły zapaliły lonty. Kuchnia rozjaśniła się blaskiem świec.
– Chcąc  nie chcąc, musimy to sprawdzić – odezwała się Martha. Wystukiwała niespokojnie rytm palcami o stół. – Z ochroną Alex nie powinno nam nic grozić, gorzej kiedy dojdziemy już na miejsce, skąd sztucznie wywoływana jest burza.
– Sądzicie, że to mogą być wiedźmy? – Patricia spojrzała na swoje przyjaciółki ze strachem.
– Chciałabym sądzić, że nie – odpowiedziała mruknięciem Alex. Uwagę płomiennej czarodziejki przykuła nagle jedna z jej przyjaciółek, która chwyciła się za prawą stronę głowy i wykrzywiła usta w grymasie bólu. To najprawdopodobniej oznaczało, że coś wyczuła i nie było to na pewno nic dobrego. Już po chwili Martha zerwała się do góry, przewracając z głuchym trzaskiem krzesło. Patricia wyprostowała się jak czujna surykatka wyszukująca niebezpieczeństwa w swoim otoczeniu, a Alex obdarzyła Marthę zdziwionym spojrzeniem.
– Mad. – Tyle wystarczyło, aby dziewczyny zrozumiały, że ich towarzyszka miała dużo wspólnego z panującą w okolicy burzą. Krótkie i przyspieszone oddechy Marthy tylko potwierdziły, że to nie jest żadna błahostka. Czekały na to aż się uspokoi. – Mad użyła silnego zaklęcia mentalnego. Wyczuwam tylko cierpienie, nie wiem do końca co się dzieje.
– Powinnyśmy do niej pójść – oznajmiła Alex, zrywając się do góry i zarzucając na siebie czarny płaszcz. Nie czekając na reakcje swoich przyjaciółek ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Martha i Patricia wymieniły znaczące spojrzenia. Przecież nie mogły zostawać tutaj same, Madlene najwyraźniej potrzebowała pomocy, to po pierwsze, po drugie to Alexandra będzie ich osłoną przed burzliwą pogodą.
Jak na zawołanie zerwały się dobiegu i ruszyły za płomienną czarodziejką.
***
         La bonne fee były ze sobą połączone czymś, co nazywano duchową więzią. Więź najsilniejsza była wówczas, gdy przynajmniej jedna z nich stosowała magię mentalną. Można było ją wzmocnić, kiedy spędzało się z kimś wystarczająco dużo czasu, aby zacząć wyczuwać fale, na jakich nadawał sygnały. Martha była  w najbardziej dogodnej pozycji, żeby wyczuć, co dzieje się z Madlene. W dzieciństwie dużo razem trenowały, dzięki czemu bez problemu rozczytywały swoje nastroje czy użyte w danym momencie czary, nawet na duże odległości. Herbaciana czarodziejka nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jakiego zaklęcia użyła jej przyjaciółka, wiedziała tylko tyle, że jego użycie wywołało w niej silne emocje. Zupełnie jakby nie chciała robić tego, co jednak musiała. Ta myśl wywoływała dreszcze niepokoju, dlatego kiedy wszystkie czarodziejki zalane niepokojąco silnym deszczem dotarły już do domu Madlene, nie przejmowały się ani pukaniem, ani powiadamianiem o tym, że złożyły wizytę młodym rodzicom. W całym domu panowała ciemność, tylko w ostatnim pokoju paliło się blade światło. Im bliżej niego były, tym intensywniejszy stawał się dziecięcy krzyk.
         – Mój Boże, czy Mad się coś stało? – spytała spanikowana Patricia, wymijając w biegu swoje przyjaciółki. Jeszcze nigdy nie słyszała tak przejmującego płaczu niemowlaka. Bała się najgorszego.
         La bonne fee wpadły do pokoju z rozmachem. Każda z nich zaczęła rozglądać się po pustym pokoju, w którym panował chaos. Po podłodze walały się ciuchy i zabawki, nic innego nie wskazywało jednak na to, że ktoś napadł na dom Madlene. To raczej codzienny nieporządek utworzony w pośpiechu, niż rozbój w biały dzień.
         Patricia jako pierwsza podeszła do łóżeczka, w którym leżała czerwona od płaczu Madelyn. Ze ściśniętym z niepokoju sercem chwyciła ją w swoje ramiona i zaczęła kołysać. Jej błękitne oczka starały się przekazać jakąś rozpaczliwą wiadomość, której nie potrafiła rozczytać. Nawet przez moment nie przestała krzyczeć.
         – O nie – usłyszała za plecami lodowa czarodziejka. Obróciła się gwałtownie w tył i spojrzała w miejsce, w którym stały teraz jej przyjaciółki. Pod ich stopami na podłodze leżało jakieś nieruchome ciało.
         – Aren – zakończyła niemym głosem Pat. – Co mu się stało? – spytała przejęta, podchodząc do dziewcząt. Martha zdążyła się już nachylić nad bladym i nieprzytomnym chłopakiem. Sprawdzała jego czynności życiowe, które wydawały się być w normie. Czy półdemon uciął sobie po prostu drzemkę? Wszystko wskazywało na to, że nic mu nie groziło.
         – Ocućmy go jakoś – burknęła Alexandra. Rozglądnęła się po pokoju, a potem chwyciła za wazon z uschniętymi kwiatami. Badyle rzuciła na podłogę, a wodę ze szklanego pojemnika wylała prosto na głowę Arena. Jej przyjaciółki spojrzały na nią niedowierzająco, postanowiły jednak, że tego nie skomentują, tym bardziej że chłopak natychmiastowo odzyskał przytomność. Nie wiedziały tylko czy krztusi się powietrzem, czy cuchnącą wodą, którą został uraczony.
         – Spokojnie – uspokajała go Martha, która wciąż przy nim klęczała i trzymała go za ramiona.
         Dyszący niespokojnie blondyn spojrzał na trójkę dziewcząt, nie rozumiejąc co tutaj robią. Jego niezrozumiały wyraz twarzy uległ zmianie dopiero, kiedy spojrzał na swoją córkę. Natychmiastowo wyciągnął po nią ręce, jak przeszkolony w boju ojciec. Patricia pomyślała, że to całkiem urocze, kiedy chłopak zaraz po przebudzeniu myślał tylko o swojej pociesze. Tylko dlaczego nie zmartwił się losem Madlene? Może nawet nie wiedział, że zniknęła? A może tylko na chwilę wyszła z domu i to na zewnątrz musiała użyć jakiegoś silnego zaklęcia, aby obronić się przed złem, które wywołało burzę? Ktoś mógł ją zaskoczyć.
         – Czujesz się już lepiej? – spytała niepewnie. Nie chciała oddawać niemowlaka w ręce kogoś, kto przed chwilą z niewiadomej przyczyny zemdlał. Dziecku mogłoby się coś stać.
         Aren opuścił dłonie w dół i ciężko westchnął.
         – Wszystko w porządku – odpowiedział spokojnie. – Co prawda nie pamiętam, co się stało, ale najwyraźniej z jakiegoś powodu musiałem przysnąć.
         – Albo zemdleć – mruknęła do siebie Alex. – Wiesz, gdzie jest Mad?
         Aren spojrzał najpierw na jedną czarodziejkę, potem na drugą, a przy trzeciej zmarszczył czoło. Można było odnieść wrażenie, że nie rozumie pytania, zupełnie jakby Alexandra mówiła w nieznanym mu języku. To wywołało u dziewcząt pewne obawy – jego głowa mogła ucierpieć podczas domniemanego upadku i dlatego nie bardzo kontaktował, co się dzieje. Z drugiej strony to dziwne, ponieważ odpowiadał jak całkiem trzeźwa osoba, nawet w pewnym momencie stanął na równe nogi, nie chwiejąc się.
         Patricia widząc całkiem sprawnego ojca postanowiła oddać dziecięcą zgubę we właściwe ręce. Wciąż mu się jednak uważnie przyglądała, aby w razie czego zareagować na dziwne objawy, które mogą się u niego pojawić.
         Aren przytulił córkę do piersi, dzięki czemu zaczęła się powoli uspokajać. Nie od dzisiaj było wiadomo, że w ojcowskich ramionach lepiej się usypiało.
         – Ta Mad, o którą mnie pytacie – zaczął niepewnie blondyn, kiedy Madelyn uciszyła swoją płaczliwą symfonię i przeszła do cichej arii chlipania. – Chodziło wam o moją córkę, prawda? Jak widać, czuje się dobrze, po prostu musiało jej brakować towarzystwa. – Posłał każdej z osobna uspokojony uśmiech, w którym znajdowała się jakaś świadoma nuta niezrozumienia. Gdyby Martha miała strzelać, powiedziałaby, że Aren właśnie usiłuje sobie przypomnieć coś, o czym mógł zapomnieć.
         – Nie, Aren, chodzi o Madlene, matkę twojego dziecka – przyuważyła zdziwiona Alex.
         Kołyszący się miarowo półdemon nagle zastygł w bezruchu, jakby ktoś powiedział mu coś tak zaskakującego, że nie mógł w to uwierzyć. Zaczął marszczyć czoło i ściągać brwi, jakby usilnie chciał wyszukać coś w odmętach swoich myśli. Od tego zastanawiania się zaczęła go jednak boleć głowa. Chwycił się za jej prawą stronę i syknął cicho z bólu. Patricia widząc jego chwiejny krok w tył wystawiła przed siebie ręce, żeby złapać dziecko, Martha była już gotowa, aby w razie czego chwycić go za ramiona i przytrzymać w pionie.
         – Ja… – zaczął z bolesną nutą w głosie półdemon – nic nie pamiętam. – Jego mina wskazywała na to, że najwyraźniej sam był zdziwiony, że nie pamięta o matce swojego dziecka. Przecież z kimś musiał je spłodzić, a przypadkowe jego zrobienie byłoby co najmniej nie w jego stylu.
         – Jak to nic nie pamiętasz? – warknęła Alex. – Nie wiesz kto jest matką twojego dziecka?! Madlene, kretynie! Ta durna beksa, do której twoje dziecko jest tak cholernie podobne! Jak możesz o tym nie pamiętać?! – Rozkrzyczana dziewczyna chwyciła chłopaka za ramiona i nim potrząsnęła. To jednak nie sprawiło, że Arenowi cokolwiek się przypomniało.
         – Ja… wiem, że powinienem o czymś pamiętać – odezwał się  zszokowany – ale nie mogę sobie przypomnieć o czym. Jeżeli chodzi o tę kobietę, którą nazywacie Madlene i twierdzicie, że jest matką Madelyn… naprawdę nie wiem o kogo wam chodzi. Nie pamiętam jej. Kiedy próbuję sobie coś przypomnieć od razu boli mnie głowa. – Skrzywił się i pomasował swoje czoło.
         – Amnezja? – spytała z niemrawym śmiechem Patricia, która wyraźnie pobladła.
         – Nie. Silne zaklęcie – odpowiedziała cicho Martha, marszcząc czoło. – Poczułam to już wtedy, kiedy dotknęłam Arena w ramię. To samo uczucie, które wcześniej do mnie przyszło, pochodziło nie bezpośrednio od Mad, ale od niego.
         – A więc sądzisz, że to Mad sprawiła, że Aren o niej zapomniał? – Alex uniosła brwi w zdziwieniu. Jej ciało zaczęło wyprzedzać myśli, już zdołała zacisnąć gniewnie pięści.
         – Najwyraźniej tak.
         – Po co? – jęknęła Patricia. – Nie rozumiem tego, przecież Mad bardzo kochała Arena i… ona nigdy nie zostawiłaby swojego dziecka.
         – A jednak to ona rzuciła zaklęcie. – Martha westchnęła. – Czuję to, Pat. To nie jest zwykły domysł. – Przymknęła oczy i ściągnęła brwi, jakby potrzebowała chwili odpoczynku od uporczywych myśli i rozważań. – Jednego możemy być pewne. Nie zrobiła tego, bo chciała to zrobić. Coś ją do tego zmusiło.
         Wszystkie trzy czarodziejki spojrzały na siebie zgodnie. Posiadając tak mało informacji nie potrafiły wysnuć żadnej teorii. Nie miały zresztą na to czasu. Za oknem hulała niepokojąco silna burza, która posyłała swoje pioruny zadziwiająco blisko miejsca, w którym się znajdowały. Teraz nie miały już wątpliwości co do tego, że ktoś chciał je wykurzyć z ukrycia i zmusić do zjawienia się w samym centrum chaosu.
         Przejmującą ciszę w pomieszczeniu, która była oblegana przez niepokojące pytania rodzące się w głowach czarodziejek, przerwał dzwonek telefonu. Dwie z la bonne fee podskoczyły do góry, nawet sam Aren zdziwił się tym oddźwiękiem. Najprawdopodobniej nie znał tej piosenki, co mogło być wyjaśnieniem samym w sobie – telefon należał do Madlene. Jako pierwsza ruszyła się Alex, komórkę wykopała spod kołdry.
         – Sorathiel – burknęła. Bez chwili namysłu odebrała telefon i ustawiła go w trybie głośnomówiącym. – Z tej strony Alexandra, Madlene aktualnie zniknęła. Dzieje się coś?
         – Dzwoniłem do Madlene, ponieważ nie mogłem dodzwonić się do was – odezwał się dziwnie spokojny głos szefa organizacji. Czarodziejki spojrzały po sobie zdziwione. Każda z nich sięgnęła po własny telefon, który trzymały w kieszeni. Powodem, dla którego nikt nie mógł się do nich dodzwonić mogło być to, że nie miały zasięgu. Tylko jakim cudem telefon Mad zaczął dzwonić?
         – Słuchajcie, sprawa jest poważna. Nie wiem czy widzicie, co dzieje się za oknem… – zaczął Sorathiel. Przerwała mu zirytowana Alex:
         – Nie, jesteśmy ślepe, bo nie wzięłyśmy z domu okularów.
         Szef organizacji chrząknął, nie komentując tej uwagi.
         – W telewizji mówią o czterech kobietach, które demolują miasto. Podejrzewam, że nie chodzi o was, a skoro posądza się je o stosowanie czarnej magii… – Sorathiel nie dokończył zdania.
         – Wiedźmy – odezwała się Alex. Naraz poczuła jak cała krew odpływa z jej głowy. Wierzyła w to, że jej przyjaciółki miały podobną reakcję. Wszystkie były przerażone.
         – Chciałbym, żeby to nie były one, ale niestety wszystko na to wskazuje. – Sorathiel westchnął. W jego głosie było słychać napięcie. – Spotkajmy się w drodze do parku Hamiltona, będziemy tam za kilkanaście minut.
         – Zrozumiałyśmy – odezwała się Martha.
         – W takim razie do zobaczenia.
         Kiedy telefon oznajmił zakończoną rozmowę, la bonne fee wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Milczały przez długi czas, nie potrafiąc ruszyć się z miejsca.
         Żadna z nich nie myślała, że ten dzień nadejdzie akurat dziś. Na dodatek ich przyjaciółka najwyraźniej sama postanowiła wybrać się do parku, w którym wiedźmy urządzały chaotyczny terror miasta. Czy miała jakiś plan? A może pobiegła ostrzec Nox? Co znowu wymyśliła i dlaczego ich o tym nie powiadomiła? Może powodem był brak zasięgu w telefonach? A może znów działała na własną rękę? Na te pytania nie potrafiły teraz odpowiedzieć.
         – Idę przodem. – Aren przerwał ciszę, przechodząc obok dziewczyn i chwytając z rozmachem za plecak, który spoczywał na krześle. – Nie mogę zostawić Madelyn samej, dlatego zaniosę ją do siedziby. Amy powinna się nią zająć.
         Tylko Patricia kiwnęła niepewnie głową, reszta wciąż stała w miejscu wpatrując się z niedowierzaniem w półdemona, który tak szybko jak się zebrał, tak szybko wyszedł z domu. Żadna z nich nie rozumiała już zupełnie niczego z tej sytuacji. To wszystko było jak jakiś wyjątkowo chory koszmar. Straszliwa burza, zniknięcie Madlene, amnezja Arena i… wiedźmy.
         Czy mogło się wydarzyć coś gorszego?
         Zapewne najgorsze dopiero miało nadejść.

niedziela, 17 września 2017

INFORMACJA

Hejooo! Dzisiaj rozdziału nie będzie. Tymczasowo zawieszam WCS, wstępnie do października. Powód? Mam teraz dużo na głowie i nie potrafię się podczas wakacji ogarnąć, to po pierwsze, po drugie czuję się lekko zmęczona i bez weny na WCS, a nie chciałabym zepsuć ostatnich rozdziałów (tak, do końca jakieś 8 rozdziałów, a więc tylko dwa miesiące wstawiania). Ostatnio pisałam bardzo na siłę i nie podchodziłam do tego z radością, więc myślę, że to czas najwyższy na odpoczynek. Poza tym mam również inne opka, które wypadałoby zakończyć, a poprawianie starych rozdziałów WCN i pisanie WCS trochę mi czasu zajmowało. Zapewne zaczną się studia, a czas się znajdzie >D! Na pewno wrócę, w końcu nie zostawię nieskończonego 3 tomu. Pozdrawiam.
P.S. O matko, nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałam tyle wolnego od pisania WCNa!

środa, 13 września 2017

[TOM 3] Rozdział 39 - "Zapomnij mnie"

Mega opóźnienie we wstawianiu, uch. 
Wiem, za każdym razem narzekam, że rozdziały nie wychodzą mi tak jak powinny. Rzecz tkwi w tym, że tym razem ten rozdział wyszedł totalnie nie tak jak powinien. Jest wymęczony i słaby.
Czuję ostatnio dziwne zmęczenie pisaniem. Chciałabym już skończyć WCS, więc nie chcę robić przerw, ale zastanawiam się czy aby na pewno nie zrobić sobie wolnego, tym bardziej, że powoli będą zaczynały się te ostatnie rozdziały, które powinny być emocjonujące. Nie chciałabym tego zniszczyć.
Sprawa w gruncie rzeczy toczy się wokół Madlene. Coś kombinuje. Dramaty, że hej. Bleh. Przepraszam za ten niewypał. 
***
Nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem składałam la bonne fee bezinteresowną wizytę. Miałam wrażenie, że zawsze przychodziłam do nich w jakiejś ważnej sprawie. Po mikstury, po to, aby ustalić szczegóły naszych sojuszniczych misji, czy żeby dowiedzieć się czegoś na temat demonów – czemu służyły ich zaklęcia. Dziwiłam się, że czarodziejki nie wystawiły nam jeszcze długiego po samą ziemię paragonu z monumentalną kwotą za swoje usługi. Na świecie mało było osób, które oddawałyby się wyższej sprawie bez przyjmowania za to zapłaty. Takie osoby najprawdopodobniej były właśnie la bonne fee. Nieważne czy mieszkały we Francji czy w Ameryce, każdą z nich łączył kodeks, który zabraniał brania pieniędzy za pomaganie innym. Ich empatia nie była na szczęście wyuczona, miały ją we krwi.
Dzisiaj wyjątkowo wybrałam się do jednej z czarodziejek w innej sprawie. Tym razem to ja zostałam bowiem poproszona o przysługę.
Wczoraj wieczorem złożyła mi wizytę Patricia. Twierdziła, że nie może dojść do Madlene. Śpiewająca czarodziejka cały czas jej unikała i na wszystkie jej pytania odpowiadała zdawkowym: przepraszam, nie mam czasu, porozmawiamy później. Ponoć miała dużo roboty z dzieckiem, które nie dawało jej spać po nocach. Już w tym miejscu coś się nie zgadzało. Aren opowiadał nam wszystkim, że jego córka jest prawdziwym aniołem i prawie wcale nie płacze. Niewątpliwie dziewczyna miała coś do ukrycia i to właśnie ja miałam sprawdzić, co takiego. Moja wizyta to oczywiście czysto zawodowa zagrywka. W cudzysłowie.
Zapukałam do mieszkania Arena i Madlene. Od jakiegoś czasu zajmowali skromne włości odziedziczone po rodzicach półdemona. Byłam tutaj po raz pierwszy i to z dosyć niespodziewaną wizytą, dlatego mina otwierającej drzwi czarodziejki wcale mnie nie zdziwiła. Najpierw wydała się być zaskoczona, następnie odrobinę skonsternowana oaz podejrzliwa, ostatecznie nawet całkiem zadowolona. W końcu nie byłam żadną groźną osobą. I wcale nie przybywałam tutaj na przesłuchanie.
– Och – odezwała się w końcu Madlene. – Nie spodziewałam się ciebie, Laura. Zazwyczaj dajesz znać, kiedy wpadniesz. – Spojrzała na mnie z ukosa, jakby nie do końca podobała jej się ta niespodziewana wizyta.
– Wybacz, ale nie wzięłam z domu telefonu, a chciałam do ciebie wpaść możliwie szybko – wytłumaczyłam.
– Coś się stało? – Śpiewająca czarodziejka wyglądała na zaniepokojoną. Dopiero po chwili zorientowała się, że wciąż stoję w drzwiach. Zrobiła ten charakterystyczny dla siebie gest, kiedy wali się wewnętrzną stroną dłoni w czoło i odsunęła się w bok. – Wejdź proszę, skoro tu już jesteś. – Posłała mi delikatny uśmiech. Cóż, mój obserwatorski zmysł podpowiadał mi, że na razie nie wyglądała na osobę, która miała coś do ukrycia, chyba że zdołała opanować sztukę pozornego aktorstwa w tak krótkim czasie.
Weszłam do mieszkania. Moje nozdrza od razu uderzył zapach gotowanego obiadu, a uszy dziecięce okrzyki zadowolenia wymieszanego z dziką prośbą o atencję. To odczucia, z którymi można było się zapoznać w większości domów należących do młodych rodziców.
Madlene zaprowadziła mnie do salonu. Kazała mi usiąść, przyjęła zamówienie na herbatę i poprosiła, abym przez chwilę zajęła się małą Madelyn, wręczając mi ją do rąk. Chwilę później wyszła z pokoju, zarzucając swoimi brązowymi włosami splecionymi w kitkę. Odrobinę zaskoczona spojrzałam na niemowlaka, którego trzymałam w ramionach. Dziewczynka spoglądała na mnie mądrymi, błękitnymi oczami odziedziczonymi po matce i ssała swoją maleńką rączkę, przy okazji śliniąc wszystko wkoło.
– Cześć – przywitałam się z nią. Wystarczyło, że przejechałam palcem po jej bladym nosku, a zaczęła się śmiać jakbym opowiedziała właśnie żart roku. Jej radość była zaraźliwa, dlatego sama się uśmiechnęłam. Kto wie, może mała Madelyn miała w sobie moc la bonne fee? A może to po prostu urok osobisty lub fakt, że jest niemowlęciem, które każdą matkę potrafiło oczarować? Nie pamiętałam czasów niemowlęctwa bliźniaków, za to od początku byłam przy Calanthii. Przez pierwsze dni nie mogłam się na nią napatrzeć. Wyglądała jak anioł o blond włosach i niebieskich oczach.
Madelyn chwyciła za mój palec i wsadziła go sobie do buzi. Cieszyłam się, że nie miała jeszcze ząbków, którymi mogłaby mnie pogryźć.
– Jest urocza, prawda? – zaszczebiotała czarodziejka, która zjawiła się w salonie z okrągłą tacą trzymaną w rękach. Gdy już do mnie podeszła, postawiła przede mną herbatę i talerz z własnoręcznie pieczonym ciastem. Madlene miała w sobie coś, czego ja nigdy nie miałam. Była dobrą gospodynią domową.
Kiedy usiadła już obok mnie, przekazałam jej córkę. Mała bardzo ucieszyła się na widok swojej mamy. Teraz wyglądały jak dwie szczebioczące się krople wody. Jeżeli Madelyn nie będzie kopią swojej matki to naprawdę się zdziwię.
– Mów co cię do nas sprowadza – odezwała się uśmiechnięta matka. – Mam nadzieję, że nie stało się nic złego? – Teraz jej mina wskazywała na niepewność. – Wszyscy są zdrowi?
Uniosłam filiżankę herbaty do ust i powiedziałam:
– Oczywiście. Mimo ciągle narastających skupisk demonów, wszyscy mamy się całkiem nieźle. – Uśmiechnęłam się. – Problem tkwi raczej w zmęczeniu. Niezbyt dobrze sypiamy i mamy ręce pełne roboty. – Westchnęłam ciężko. To była ta część rozmowy, podczas której jeszcze nie kłamałam. Naprawdę byliśmy przemęczeni. Zewsząd napływały do nas zgłoszenia osób, które oczekiwały, że zniszczymy dręczące ich demony. Nie mogliśmy odmówić pomocy żadnemu człowiekowi, na dodatek musieliśmy reagować bardzo szybko. Z niepokojem przyglądałam się Nathielowi, który w trakcie krótkiej przerwy od misji usypiał na kanapie albo w wannie. Może i był demonem, a więc cechował się dużą wytrwałością i odpornością na zmęczenie, ale to nie zmieniało faktu, że miał swoje limity, jak każdy z nas. Również dzieci były naszym naturalnym pochłaniaczem energii.
– Och, a więc to dlatego przyszłaś? – spytała zmartwiona Madlene. Zanim skłamałam, ona zdążyła już chwycić haczyk. – Po jakieś mikstury na wzmocnienie i pobudzenie?
– W rzeczy samej. – Pokiwałam głową. – Chciałabym złożyć u ciebie małe zamówienie, jeśli to nie byłby problem.
– Skąd! – wykrzyknęła rozemocjonowana dziewczyna. – W końcu będę mogła zrobić coś przydatnego, a nie tylko siedzieć na tyłku i patrzeć jak pracujecie. – Spojrzała na mnie załamana, ale i szczęśliwa z tego powodu, że ktoś coś od niej chciał. – Ile tych mikstur? Z dwieście fiolek?
Mało nie zakrztusiłam się herbatą.
– Nie mamy armii, Mad. To tylko kilka zmęczonych osób, które trzeba wesprzeć magicznymi specyfikami. – Spojrzałam na nią znacząco.
– Och – zdziwiła się. – No, dobrze. To tak z dwadzieścia?
– Myślę, że to całkiem dobra liczba. – Upiłam łyka herbaty i odłożyłam filiżankę na stół. Kątem oka dostrzegłam, że mała Madelyn spogląda na mnie z dziwnie dorosłym zainteresowaniem. Zupełnie jakby wyczuwała, że to nie jest moja główna pobudka moich odwiedzin. O mało nie przeszyły mnie dreszcze.
– W takim razie zabiorę się za gotowanie mikstur już dzisiaj! – wykrzyknęła Madlene i klasnęła radośnie w dłonie. Niemowlak rozszerzył usta w swoim bezzębnym uśmiechu, jakby ucieszył się na ten gest i uderzył swoimi malutkimi rączkami o siebie, naśladując po dziecięcemu gest matki. Dziewczyna zaśmiała się na ten widok. Albo mi się zdawało, albo ostatnimi czasy była naprawdę szczęśliwa. Zanim urodziła chodziła posępna i niezadowolona, po porodzie najwyraźniej coś się zmieniło. Skąd w takim razie niepokój Patricii? Był uzasadniony czy może nie do końca?
Uśmiech zszedł z twarzy czarodziejki, kiedy tylko się zamyśliła. Przez ułamek sekundy widziałam w jej oczach niepokój, szybko zakamuflowała go jednak sztucznym kaszlem, po którym powróciła do swojego wesołego nastawienia. Nie patrząc na mnie, zaczęła mówić:
– Niedługo wszystko się skończy. Wystarczy, że dobrze to poprowadzicie, a los się do was uśmiechnie. – Powiedziała to szeptem tak delikatnym, że ledwo ją dosłyszałam. Zdawało się, że mówi to w dziwnym transie, ponieważ patrzyła tępo przed siebie i nie starała się mówić wyraźnie. Zwracała się do mnie, czy do swoich własnych myśli? 
Niepokoiła mnie jeszcze jedna rzecz. Nie uwzględniła w tym zdaniu własnej osoby. Czy to przez jej przeświadczenie o własnym braku użyteczności w tej wojnie? A może powód był zupełnie inny? Od teraz podejrzliwiej zaczęłam na nią patrzeć.
– Co masz na myśli? – spytałam. – Czyżby karty coś ci podpowiedziały?
Madlene najwyraźniej się zmieszała.
– Karty mówią dużo, niestety nie potrafią przesądzić o ostatecznych bitwach, które są złożeniem wielu decyzji różnych osób. Gdyby los wojen dało się przewidzieć, te nigdy by nie powstawały. To zawsze będzie jedno wielkie koło fortuny – westchnęła. – Istnieją jednak karty, które działają na korzyść wojen, podobnie jak w tej, w której uczestniczymy. – Spojrzała na mnie z udręczonym, wymuszonym uśmiechem.
– Martwisz się wynikiem tego starcia?
– Jak każdy z nas. Na szczęście istnieją środki, które mogą zapobiec tragedii. – Znowu to robiła. Patrzyła tępo przed siebie i wypowiadała słowa ze sztucznym zaangażowaniem, zupełnie jak zaprogramowana marionetka.
– Jakie środki masz na myśli? – spytałam ostrożnie.
Zarumieniła się.
– Och, to nic takiego! – Zaśmiała się odrobinę zbyt głośno i nerwowo, machając ręką z obojętnością. Zafascynowana Madelyn starała się powtórzyć ten gest, chociaż nijak jej to wychodziło. – Chodzi mi o ludzkie uczucia. W końcu w przeciwieństwie do demonów posiadamy ich całe spektrum, prawda? – spytała ze sztucznym entuzjazmem. – Poza tym karty podpowiadają pewne… udogodnienia. Kiedy pytałam co mamy zrobić – tu przymknęła na moment powieki – uznały, że mamy podążać śladami uczuć.
Uniosłam brew do góry. Ostatnie zdanie wydawało się być odcięte od rzeczywistości. Sposób w jaki wypowiadała je Madlene pozostawiał we mnie wątpliwości. Z reguły, jeżeli w śpiewającej czarodziejce drążyło się dziurę, w końcu się poddawała i mówiła w czym rzecz, podejrzewałam, że tym razem nie będzie to jednak takie łatwe. Coś ukrywała i to bardzo głęboko w sobie.
La bonne fee zajęła się swoją córką, która zaczęła cicho pochlipywać. Kiwała nią na boki i podkładała pod usta smoczek. Dziewczynka szybko się uspokoiła, widocznie wymagała po prostu więcej uwagi i zainteresowania.
Mój wzrok padł na walizkę znajdującą się w rogu pokoju. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy znajdujące się w niej rzeczy były gotowe do ułożenia w szafkach, czy gotowe na podróż w inną część miasta, ewentualnie kraju. Zazwyczaj ufałam swojej intuicji, a ona podpowiadała mi, że coś jest na rzeczy.
– Wyjeżdżasz gdzieś? – spytałam.
Madlene wyprostowała się jak kij od miotły. Zdezorientowana spojrzała w stronę walizki. Jej policzki od razu poczerwieniały.
– Ja… – zaczęła – ja… no, tak. Dzisiaj z Madelyn wybieramy się do mojej mamy. – Zaśmiała się niemrawo. – Oczyściłam swój rodzinny dom ze wszystkich swoich rzeczy i…
– Nie mówisz prawdy – powiedziałam spokojnie, upijając kolejnego łyka herbaty. Na dźwięk moich słów dziewczyna się zmieszała. – Byłam dzisiaj u twojej mamy w sklepie. Twierdziła, że połowę rzeczy wciąż masz w starym domu. – Westchnęłam ciężko. – Co się dzieje, Mad? Próbujesz coś przede mną ukryć? – Natychmiastowo przeszłam do delikatnej ofensywy. Pod gradem pytań czarodziejka potrafiła się ugiąć. Na razie wyglądała jednak tylko na zdezorientowaną. Patrzyła na mnie z otwartą buzią, nie wiedząc co powiedzieć. W jej oczach szkliły się łzy.
Pochyliłam się do przodu.
– Będę szczera. Nie przyszłam tu po żadne mikstury. Twoje przyjaciółki się o ciebie martwią. Nie chcą, żebyś znowu zrobiła coś głupiego. Wiedzą, że ostatnio celowo je unikasz. – Spojrzałam na nią znacząco, przez co odwróciła wzrok w drugą stronę. – Twoja córka miała urodzić się dopiero za dwa tygodnie, prawda? Domyślam się, że próbowałaś wywołać przedwczesny poród, bo wiesz o czymś, o czym my nie wiemy. 
Madlene zacisnęła usta i zaczęła nerwowo tupać nogą w podłogę.
– To… to nie tak, Laura – zaczęła odrobinę niepewnie, wciąż na mnie nie patrząc. – Ja… ja nie potrafię ci tego wyjaśnić, ale tak po prostu musi być. Musi. Nie ma innego rozwiązania. – Skierowała na mnie swoje zaszklone oczy.
– Jakiego rozwiązania? – Zmarszczyłam czoło.
Czarodziejka już otwierała usta, kiedy jej córka wybuchła nagłym płaczem, wtedy najwyraźniej zrezygnowała z odpowiedzeni na pytanie. Podniosła się z sofy i zaczęła kołysać małą Madelyn, udając że żadnej rozmowy między nami nie było. Postanowiłam, że nie będę jej ciągnąć za język. Nie byłam typem osoby, która na siłę będzie wyciągać z kogoś tajemnice.
– Madlene – zaczęłam na nowo z cichym westchnięciem. – Pamiętaj, że cokolwiek by się działo, nie jesteś sama i nie musisz niczego robić na własną odpowiedzialność. Karty nie zawsze przewidują przyszłość we właściwy sposób, prawda? – spytałam. Czarodziejka przybrała minę, która mogła mówić: „nie jestem tego pewna”. – Jeżeli coś się dzieje, możesz nam o tym powiedzieć, wspólnie wymyślimy rozwiązanie. Nie ma rzeczy, których nie można rozwiązać.
Dziewczyna kiwnęła tylko głową. 
Nie byłam w stanie do niej dotrzeć. Nieważne jak bardzo bym się naprodukowała w słowach, ona zbyt szczelnie zamknęła w sobie swoją tajemnicę. Jedyne co mogliśmy zrobić w tej sytuacji to ją obserwować, ponieważ nie pozostawiała nam żadnego wyboru.
Podniosłam się z sofy.
– Pójdę już, nie chcę ci przeszkadzać – powiedziałam grzecznie i posłałam jej zdawkowy uśmiech. Po tym odwróciłam się do niej tyłem i ruszyłam w stronę wyjścia.
– Laura.
Stanęłam w miejscu. Nie spodziewałam się, że chwilę później tupot stóp wytrąci mnie z równowagi. Ledwo ustałam na nogach, kiedy Madlene rzuciła się na mnie i objęła mnie ramionami. Bałam się, że dziecko, które między nami tkwiło mogło zostać zgniecione, na szczęście okazało się, że mała Madelyn leżała już na sofie, bezpieczna od czułości. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Moja koszulka w przeciągu kilku sekund zalała się łzami.
– Ja… ja tak bardzo was lubię! Ciebie i Nathiela! Nie, ja was kocham! Całym swoim sercem! – pisnęła czarodziejka. Zdziwiona poklepałam ją po plecach jak małe dziecko. Pominę oczywiście fakt, że była ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów wyższa. – I w ogóle wszystkich! Ja… ja się cieszę, że mam takich wspaniałych przyjaciół! Nigdy wam tego nie zapomnę, nigdy! Zawsze będę wam pomagać, nieważne gdzie będę i co zrobię! Chociażbym miała umrzeć, będę przy was!
– Spokojnie, Mad, przecież nikt nie umiera – szepnęłam i pogłaskałam ją po włosach uspokajająco. Na moje nieszczęście to nic nie pomogło, bo śpiewająca czarodziejka dalej płakała w najlepsze. Zdecydowanie nie wiedziałam jak poradzić sobie z taką wylewnością. – Proszę, nie płacz już, cokolwiek będzie się działo, damy sobie radę.
– Oczywiście, że damy radę! – pisnęła dziewczyna. Kiedy podniosła na mnie swoje zapłakane oczy dostrzegłam rozmazane na jej policzku i powiekach czarne plamy po tuszu do rzęs. Mimo wszystko nie wyglądała tak strasznie, jak się tego spodziewałam.
Wyjęłam z kieszeni chusteczkę i podałam ją czarodziejce. Ta odsunęła się ode mnie z wdzięcznością, choć wciąż chlipała jak małe dziecko. Jej głosowi wtórowała leżąca na sofie Madelyn.
– Naprawdę, naprawdę dziękuję za troskę. – La bonne fee dmuchnęła nosem w chusteczkę i pochyliła się ku mnie dziękczynnie, jakby składała mi hołd.
– Nie ma za co – mruknęłam na boku, nie wiedząc jak na to zareagować. – Nie chciałabym po prostu, żebyś robiła coś, czego możesz potem żałować.
– Uwierz mi, nie zrobię czegoś, czego będę żałować – dodała z płaczliwą powagą.
Kiwnęłam niepewnie głową i na sam koniec dodałam:
– Dobrze. Ufam ci.
Kiedy Madlene zdołała się już uspokoić, należycie pożegnałam się za la bonne fee. Opuściłam jej dom z obawami, które spoczęły na moim sercu. Nie mogłam się pozbyć tego przedziwnego uczucia, że coś było nie tak. Kiedy przechodziłam pod mieszkaniem czarodziejki i półdemona, ciekawość nakazała mi zerknąć w otwarte okno. Ukradkiem zobaczyłam, jak la bonne fee pakuje swoje rzeczy do walizki, robiąc to w tak chaotyczny i niepoprawny sposób, jakby naprawdę się gdzieś spieszyła. Nie chciałam się wtrącać w jej życie. Była tylko jedna osoba, która w tej sytuacji mogła ją powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego. Ta osoba pracowała ostatnio tak ciężko jak i my. 
Wyjęłam z kieszeni telefon i napisałam wiadomość:
„Wracaj szybko do domu, Madlene planuje najwyraźniej niespodziewany wyjazd. Nie martw się misją, są ważniejsze rzeczy. Laura"
***
Straciła zdecydowanie zbyt wiele czasu na pogawędki. Już dawno powinna być spakowana, już dawno powinna zadzwonić po mamę, która wzięłaby ze sobą Madelyn. Miała jeszcze zajrzeć do dziewczyn, powiedzieć każdej z nich coś miłego, napisać list Arenowi… Nic nie szło po jej myśli. Czy powinna wobec tego wszystko rzucić i po prostu stąd wyjść? Nie mogła panikować, ale ten czas się zbliżał, musiała się bardzo dobrze przygotować do tego, co miało nastąpić. Nie mogło być żadnych pomyłek, inaczej wszyscy przypłacą to życiem. Owszem, straty i tak zostaną poniesione, ale nie tak wielkie, jak los tego od nich oczekiwał. Zamierzała zatrzymać lawinę tragedii, która była im pisana.
Z szafki stojącej w kuchni zaczęła wyjmować wszystkie mikstury, które mogły się jej przysłużyć. Robiła to chaotycznie i pospiesznie, przez co jedna z fiolek stłukła się na blacie, rozlewając wkoło różany płyn. Śpiąca dotąd Madelyn na dźwięk tłuczonego szkła zaczęła cicho chlipać. Jej matka jęknęła cicho i bezradnie – nie miała teraz czasu na zajmowanie się płaczącym dzieckiem, ale nie mogła go zostawić samemu sobie. Zbliżała się pora karmienia.
Ścierając na prędkości rozweselający płyn z blatu, sięgnęła po butelkę z przygotowanym mlekiem i wraz z nią ruszyła do sypialni. Madelyn czerwona jak pomidor wydzierała się wniebogłosy, machając bladymi rączkami nad głową. Załamana czarodziejka chwyciła ją w swoje ramiona i przyłożyła butelkę do drobnych ust. To jednak nie pomogło. Czyżby jej mała następczyni wyczuła, że coś jest nie tak? Celowo chciała udaremnić jej plan?
Jęknęła donośnie. Starała się uciszyć swoją córkę kołysaniem, śpiewem, zabawą, ale to nic nie dawało, a czas upływał. Nie miała serca po prostu ją zostawić. Co powinna więc zrobić?
– Mad?
Dziewczyna zesztywniała i obróciła się gwałtownie w tył. Nie spodziewała się, że w drzwiach sypialni ujrzy zdyszanego Arena, który będzie na nią spoglądał z zaniepokojoną miną. Jego spojrzenie od razu przeniosło się na walizkę, a potem znów na czarodziejkę. Jego brwi zaczęły marszczyć się z irytacją.
– Jesteś w stanie mi to wytłumaczyć? – spytał ostrzegawczo.
La bonne fee nie wiedziała, co może powiedzieć. Arena niełatwo było oszukać.
– Wyprowadzasz się? – prychnął chłopak. Kiedy już się wściekł, trudno było go uspokoić. W tej sytuacji wcale mu się nie dziwiła. Ukrywała przed nim prawdę. Ukrywała prawdę przed wszystkimi. Chciała zniknąć bez słowa. To takie głupie i dziecinne.
– N-nie – szepnęła tak, że jej głos ledwo przebił się przez ścianę dziecięcego lamentu.
– W takim razie wytłumacz mi to! – krzyknął półdemon, rozkładając ręce na bok. – Od dłuższego czasu zachowujesz się naprawdę bardzo dziwnie. Nie chciałem nic mówić, ale mam już tego dosyć, Mad – warknął. – Nie ufasz mi? Nie jesteś w stanie powiedzieć, co cię martwi? – Aren postawił kilka kroków wprzód. Chcąc nie chcąc Madlene odsunęła się pod samą ścianę. To nie ona nakazała sobie uciekać, to jej nogi samoczynnie reagowały. Przytuliła swoją córkę do piersi, starając się ją uspokoić. – To, że masz przede mną tajemnice naprawdę boli.
Czarodziejka zacisnęła usta w wąską kreskę. Tak bardzo chciała mu o wszystkim powiedzieć… wiedziała jednak, że aby ją zatrzymać, mógłby uciec nawet do zamknięcia jej w piwnicy. Widziała tylko jedno rozwiązanie, tylko jedną drogę ucieczki.
– Mad, proszę. – Aren był już prawie naprzeciw niej. Teraz spoglądał na nią z bezradnością malującą się w pochmurnych oczach. Tak bardzo chciała, aby te ciepłe ręce, które gładziły ją nocami po włosach chwyciły ją teraz za policzki. Chciała, żeby to wszystko okazało się okrutnym snem, żeby życie dalej pędziło swoim zwyczajnym torem. Założenie rodziny było marzeniem, z którym teraz będzie musiała się pożegnać.
Przymknęła oczy i wzięła cichy wdech. W głowie powtarzała sobie, że musi to zrobić, inaczej Aren będzie cierpiał. To tylko i wyłącznie dla jego własnego dobra. Tylko. 
– Madlene? – usłyszała cichy głos.
– Przepraszam, Aren – szepnęła.
Sypialnia w ułamku jednej sekundy zmieniła swoją barwę. Wyglądała tak, jakby ktoś nałożył na nią delikatny efekt sepii. Zaniepokojony półdemon rozglądnął się po pokoju. Wiedział, że to czary, nie wiedział tylko czemu miały służyć. Spoglądał na czarodziejkę z niepewnością. Próbował postawić jeszcze jeden, ostrożny krok w jej stronę, ale na nic zdały się jego próby. Stopy przyrosły mu do podłogi. Nie był w stanie zrozumieć tego, co się dzieje. Dlaczego Madlene go zniewoliła? Dlaczego jej oczy zaszły łzami, a usta szeptały wciąż i wciąż to jedno słowo, oznaczające przeprosiny? Co ona planowała zrobić? Coraz bardziej go przerażała. Czy straciła zdrowe zmysły? 
– Cokolwiek próbujesz zrobić, Mad, nie powi…
– Zapomnij mnie.
Aren zesztywniał. Jego serce szybciej zabiło z niepokoju. Nie zdążył jednak dopytać się o co chodzi. w pomieszczeniu rozbrzmiała się piosenka, której już pierwsze nuty wdarły się do jego głowy, powodując silny ból. Syknął i chwycił się za nią, patrząc spode łba na swoją dziewczynę, której nie poznawał. Czy ona próbowała go zabić? Uszkodzić? Unieszkodliwić? Słowa piosenki zaczęły go przerażać, podobnie jak efekt, które wywoływały. Madlene nigdy nie śpiewała w taki sposób. Wszystkie jej piosenki były przepełnione radością, nie bólem jak teraz.

Zapomnij mnie, usuwam się w cień,
Wspomnienia i myśli w popioły zmień,
Niech wiatr uniesie moje błaganie,
Obudzisz się sam, gdy dzień nastanie,

Chłopak nie mógł wytrzymać bólu, który wżynał się we wszystkie jego komórki mózgowe. Próbował uchwycić się najbliżej stojącej szafki, ale nie zdążył do niej dotrzeć – siła nieznanej pieśni powaliła go na kolana. Obraz wirował mu przed oczami z prędkością pędzącego po torach pociągu, był bliski od tego, aby pozbyć się całej zawartości żołądka. Jego błędnik oszlał. 
Był bezsilny. Ciało powoli stawało się ciężkie i bezwładne. W pewnym momencie nie mógł już ustać. Kiedy upadł już na podłogę, wyciągnął rękę, tylko… do czego lub kogo? Wkoło panowała pustka.

Zapomnij o wszystkim, co nas łączyło
Żyj dniem dzisiejszym, nie tym, co było,
Zostawiam uczucie i cząstkę duszy w niej,
To dla niej się poświęć i serce w dłoniach miej

Madlene spojrzała ze łzami w oczach na swoją córkę, która przysłuchiwała się tej tajemniczej piosence. Na zakończenie pogłaskała ją po brązowych włoskach i posłała jej bezradny uśmiech. Dziewczynka go odwzajemniła, nieświadoma tego, co tak naprawdę się dzieje. Jej matka uklęknęła przy ojcu i dotknęła chłodną dłonią jego policzka. Pochmurne oczy spoglądały na nią nietrzeźwo, jakby w ogóle jej nie dostrzegały. Mimo wszystko starała się uśmiechać.

Będę cię kochać, nieważne gdzie odpłynę,
Przyjmij ciężar słów, ja zaś przyjmę winę,
Nie odchodzę na zawsze, wiatr moją duszę niesie,
Niech czar tego zaklęcia do góry się wzniesie

Ostatnie słowa wypowiedziała jękliwym szeptem. Nie wytrzymała napięcia i wybuchła głośnym, dziecięcym płaczem. Kiedy zabrała dłoń z policzka chłopaka, ten bezwładnie opadł na podłogę. Dopiero wtedy kolory codzienności ożywiły przyciemnione pomieszczenie. Mała Madelyn spoglądała na swoją matkę z niknącym uśmiechem na ustach, zamieniając go stopniowo w rozpacz pełną niezrozumienia. Już po chwili w sypialni rozległ się podwojony lament. I nikt nie mógł na niego zareagować.
– Jestem najgorszą matką pod słońcem, Madelyn! – zapłakała czarodziejka, tuląc do swojej piersi niemowlaka. Bezustannie głaskała go po główce i plecach. – Wcale nie chcę was zostawiać! To nie była moja decyzja! – zawodziła, kołysząc burzliwie dzieckiem.
Mała la bonne fee zrobiła się cała czerwona od płaczu. Zaciskała piąstki i wymachiwała nimi na wszystkie strony, jakby chciała powstrzymać swoją matkę od niechybnej ucieczki. Taka mała istota nie miała jednak fizycznej siły przebicia. Mogła tylko płakać.
– Przepraszam, naprawdę przepraszam – szeptała Madlene. W stronę dziecięcego łóżeczka szła możliwie wolno. Nie chciała rozstawać się z órką, a tym bardziej nie z Arenem. Niestety, słowa padły, nie mogła już cofnąć zaklęcia, tak samo jak nie mogła cofnąć swojej decyzji. To koniec dla niej, ale zupełnie nowy początek dla nich. Razem na pewno sobie poradzą.
La bonne fee ułożyła delikatnie córkę na poduszce. 
Nadszedł już czas. Lada moment reszta czarodziejek dowie się o jej występku, nie powinno jej tu wtedy być., w przeciwnym razie nigdy nie dopełni swojej samozwańczej misji. 
– Zaufaj światłu dnia – szepnęła na pożegnanie do Madelyn, która na dźwięk tych słów przestala lamentować. Teraz z cichym pochlipywaniem wpatrywała się w swoją matkę. Znała te słowa, znała tę piosenkę, słyszała ją co noc, w końcu to przy niej usypiała. Czy wobec tego powinna płakać? Znana kołysanka niosła ze sobą kojącą moc, która miała towarzyszyć jej już do końca swoich ledwo rozpoczętych dni. 
Czarodziejka ze łzami w oczach zaczęła stawiać powolne kroki ku wyjściu. Do samych drzwi patrzyła na łóżeczko, w którym leżało jej jedyne dziecko. W myślach powtarzała: poradzisz sobie, poradzisz, poradzisz. Może nie znała dokładnej przyszłości Arena i Madelyn, ale karty były wobec nich łaskawe. Ufała, że będą wiedli spokojne życie. W zamian za jej własne, które zamierzała poświęcić dla dobra ludzkości. Dla ich dobra.
Niebawem w pomieszczeniu zapanował spokój.