niedziela, 13 sierpnia 2017

[TOM 3] Rozdział 36 - "Śmiertelna transakcja"

Chyba nie powinnam przy tym rozdziale słuchać bojowych soundtracków i ckliwych pozytywek. Tak się skupiłam na pisaniu, że nawet nie wiem kiedy zleciał mi czas.
Udało się! Rozdział 36 skończony. Jestem zadowolona. Nie z rozdziału, bo ten wydaje mi się średni, tylko z powodu wyrobienia się z czasem. Oczywiście nie muszę mówić, co za akcja się szykuje? Bitwa z Nivareth ciąg dalszy. Dzięki Oli za pomysł na nazwę rozdziału, z którą męczyłam się z jakieś dwie godziny >D!
***
Odłamki świątynnych gruzów wirowały na wietrznym tańcu, poruszane zdradliwą dłonią wiedźmy, która zanosiła się przerażającym śmiechem. 
Wbiłam paznokcie w kamienną płytę, która odrywała się od podłoża. Dzięki temu choć na chwilę przystanęłam w miejscu i mogłam się rozejrzeć się za mniej wątpliwym ratunkiem. Niestety, nie widziałam żadnego innego punktu zaczepu. Moje ręce nie wytrzymywały już naporu silnego wiatru. W końcu oderwałam się od płyty i pofrunęłam w dół. Z kieszeni spodni zdążyłam wyjąć exitialis i chociaż nie takie było jego przeznaczenie, wbiłam go w dziurę znajdującą się pomiędzy kamiennymi płytami. Nie wybrałam jednak idealnie bezpiecznego miejsca. Byłam dokładnie kilka metrów od Nivareth, która stała we władczej pozie z wyciągniętymi przed siebie rękami. Poły jej karmazynowych szat powiewały na szaleńczym wietrze. Wyglądała jak uosobienie krwawej wojowniczki. Spojrzała na mnie z piekielnym uśmieszkiem oznaczonym na jej czerwonych, pełnych ustach i pstryknęła palcem. W ostatniej chwili uchyliłam się przed powietrzną kulą, która mogła zmieść moją głowę razem z podłożem. Próbowałam się skupić i uwolnić trochę własnej mocy, ale w obecnej chwili nie było to możliwe. Coś blokowało przepływ mojej energii. Nie wiedziałam czy to Nivareth, czy to mój własny strach przed porażką.
Kolejny wir powietrzny rozkruszył płyty, pomiędzy którymi tkwił mój nóż. Tym razem nim zdołałam się niczego uczepić. Nivareth wykorzystując chwilę mojej bezradności, wyrzuciła mnie gwałtownie w górę i umieściła w niewielkim tornadzie, które zakręciło mną tak, że w jednej chwili miałam ochotę zwymiotować. Exitialis bezwładnie wypadło mi z rąk. Dopiero wtedy wiatr rozstąpił się jak niewidzialne morze, a ja poleciałam w dół. Widząc niebezpiecznie szybko zbliżające się kamienie, zaczęłam krzyczeć i wymachiwać rękami w górze. Panika ścisnęła moje serce ciasną obręczą. Mechanicznie zamknęłam oczy, w obawie, że lada moment będą świadkami mojego rozkwaszenia na marmurowej posadzce. Nagle poczułam silne szarpnięcie i dotyk czyichś dłoni. To Nathiel chwycił mnie w górze i odbijając się stopami od wystających płyt, wbiegł za niszczejącą kolumnę. Obydwoje dyszeliśmy i spoglądaliśmy sobie prosto w oczy.
– Dzięki – powiedziałam ochryple, gdy opuścił mnie na dół. – Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
– Zginęłabyś już w wieku siedemnastu lat – odpowiedział Auvrey, uśmiechając się krzywo. Ścisnął nóż w ręku i wyjrzał zza naszej tymczasowej kryjówki. Głośno przeklął. Najwyraźniej sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. – Masz się mnie trzymać, rozumiesz?
Kiwnęłam głową i zgodnie z rozkazem Nathiela, chwyciłam się jego ramienia. Również wyjrzałam zza kolumnę. Zamiar miałam jednak zupełnie inny. Mój mąż był od walki, ja byłam od strategii. Może nie urodziłam się tak szybka i sprawna jak on, ale moje szare komórki krążyły zdecydowanie szybciej.
– Jakiś pomysł? – Nathiel starał się przekrzyczeć szum wiatru.
Przygryzłam wargę, mocniej zaciskając rękę na ramieniu towarzysza mojej niedoli. Rozpaczliwie wpatrywałam się w Nivareth, próbując znaleźć jej słaby punkt. Czy mogliśmy ją zaatakować z którejkolwiek strony? A może łatwiej byłoby stąd uciec? To nie była pierwsza lepsza wiedźma. Była prawdopodobnie jedną z najpotężniejszych la bonne fee, które kiedykolwiek stąpały po tej ziemi.
Martha i Alex kupiły nam trochę czasu. Ruszyły do wspólnego ataku – herbaciana czarodziejka jedną ze swoich pobocznych mocy lewitujących odsuwała od nich latające kamienie i próbowała pchnąć je w stronę Nivareth, Alex siała spustoszenie swoimi piorunami, próbując dotrzeć do karmazynowej oprawczyni.
Wróciłam z powrotem za kolumnę i przymknęłam powieki. Plecami oparłam się o jedyny stały punkt zaczepu, który jeszcze nie został rozbity siłą wiedźmy. Starałam się skupić nie na swoich myślach, ale na mocy, którą uwalniał gniew. To była ryzykowna gra. Mogłam stracić kontrolę nad swoją chaotyczną magią, mogłam nas wszystkich pozabijać, a jednak nie widziałam innego rozwiązania.
Otworzyłam oczy i spojrzałam z powagą na Nathiela.
– Dasz radę zatrzymać czas w miejscu, gdzie stoi wiedźma, nie naruszając przy tym otoczenia? – spytałam z powagą. – Chodzi o to, żeby gruz wciąż wirował wokół nas. W momencie, kiedy wyjdę na środek, nie możesz go wstrzymywać. Niech płynie zgodnie z mocą Nivareth. Teoretycznie i tak powinien spowolnić swój lot, skoro uwięzisz wiedźmę w pułapce czasu – mówiłam szybko i gorączkowo. Nie mieliśmy przecież czasu. – Kiedy skieruję jej słabnącą moc ku górze i uniosę ręce, policzysz do trzech i odwołasz swoje zaklęcie.
Auvrey zmarszczył czoło. Spojrzał przed siebie, jakby przyglądał się swojemu celowi. Oceniał, czy da sobie z tym zadaniem radę.
– Spróbuję – mruknął, zaciskając dłonie na kolumnie.
Kiwnęłam głową i wypuściłam z płuc wstrzymywane powietrze. Czy byłam gotowa, czy nie, musiałam wypełnić swoją misję. Tylko jeden pomysł trzymał się mojej głowy: skierowanie wywołanego chaosu na wiedźmę.
– Dobrze, w takim razie zaczynaj – powiedziałam twardo.
– Wiesz, co robisz? – spytał Auvrey, spoglądając na mnie przez ramię.
– Nie, ale nie mamy wyboru.
Nastąpił głośny trzask i jęk. La bonne fee kupiły nam wystarczająco dużo czasu, nie mogliśmy dłużej czekać. Teraz wiedźma zainteresuje się nami.
– Teraz – szepnęłam do ucha Nathiela i ścisnęłam jego ramię.
Otoczenie w jednej chwili przybrało bladą, niebieskawą barwę. Chaos zgromadzony wokół nas spowolnił, ale nie przestał pędzić. Promień mocy dotarł do stóp Nivareth niczym pękająca szrama na lodzie. Zaskoczona wiedźma nie zdążyła zareagować na moc Auvreya – w jednej chwili zastygła w bezruchu.
Wzięłam głęboki wdech i wyskoczyłam zza kolumny. Kamienne odłamki haratały moją skórę, zostawiając po sobie krwiste ślady. Adrenalina płynąca w żyłach pozwoliła mi uodpornić się na ból. Zacisnęłam mocno pięści, zacisnęłam powieki, a dolną wargę przygryzłam aż do krwi.
– Szybciej – usłyszałam za plecami głos, który pobrzmiewał wysiłkiem. Utrzymać wiedźmę w pułapce czasu nie było łatwo. Zapewne próbowała się wydostać. 
Kiedy otworzyłam oczy, odłamki popłynęły gwałtownie w górę jak deszcz, który cofnięty wracał tam, skąd przybył. Czułam w piersi palący ogień. Użycie całej mocy kusiło mój umysł wolnością i swobodą. Nie mogłam jednak dać upustu chaosowi, który we mnie tkwił. Musiałam wykorzystać to, czego nauczyła mnie Pandora. Opanowanie. Świadomość władania nad własną mocą. Głębokie wdechy.
Uniosłam ręce w górę. W głowie odliczyłam czas, po którym Nathiel miał odwołać swój czar. Gdy strużka oszronionego błękitu zaczęła rozsypywać się na świetliste ogniki, skierowałam całą swoją moc na gruz opętany magią szalonej wiedźmy. Uwolniłam palący mnie wewnątrz gniew i cofnęłam zaklęcie do osoby, która je przywołała. Uderzenie było gwałtowne i wywołało u wiedźmy szok. Nie zdążyła się obronić, wraz z powiewającymi na wietrze szkarłatnymi połami sukienki, uderzyła w ścianę, w której zrobiła niemałe wgłębienie. Chaos napierał na Nivareth jeszcze długi czas, wgniatając ją w kamienną płytę. W końcu dałam jednak za wygraną i opadłam na kolana.
Wokół zrobiło się przerażająco cicho.
– Laura! – Nathiel podbiegł do mnie i bez chwili zastanowienia chwycił mnie za ramiona, przenosząc do pionu. Nie obchodziło go to, że w tym momencie świat wirował mi przed oczami, a ogień płonął w całym moim ciele, próbując mnie spalić od środka. Przytrzymał moje ciało w pionie i zaczął klepać po twarzy, jakby próbował mnie ocucić. Najwyraźniej spora dawka irytacji zadziałała, bo zaraz odepchnęłam jego dłonie i wyraźniej spojrzałam na świat.
– Żyjesz – powiedział i wyszczerzył się do mnie jak szczęśliwy dzieciak.
– Dlaczego miałabym nie żyć? – burknęłam z niezadowoleniem.
Kiedy mój mąż mnie puścił, a zrobił to niechętnie, otarłam rękawem podartej sukienki spocone i zakrwawione czoło. Nie wiedziałam czy miałam ranną głowę, czy dłonie, tak naprawdę całe moje ciało było porysowane ostrymi odłamkami kamieni. Trochę upływu krwi jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda? Czasem nawet lepiej upuścić sobie kilka mililitrów, ciało dobrze się potem regenerowało.
Obydwoje spojrzeliśmy w stronę zniszczonej ściany świątyni. Czyżby udało nam się powstrzymać wiedźmę? Nie powinniśmy się jeszcze cieszyć.
– Co wy żeście zrobili?! – usłyszeliśmy okrzyk Alex, niosący się echem po wielkiej sali. Wynurzyła się spod niewielkiej sterty kamieni i kaszlnęła pyłem.
– Trochę chaosu i człowiek się gubi się w gruzach, co?! – krzyknął do niej Nathiel, śmiejąc się jak ostatni szaleniec. Pociągnęłam go za rękę i razem podbiegliśmy w stronę obdartych i umorusanych czarodziejek, które najwyraźniej zostały lekko poturbowane przez moją moc zwrotną. Nie sądziłam, że znajdowały się tak blisko wiedźmy. Nie chciałam im zrobić krzywdy, ale najwyraźniej nie miałam wyboru.
Całą czwórką stanęliśmy w odpowiedniej odległości od ogromnej dziury w ścianie. Auvrey jako pierwszy zajrzał do środka, podciągając się na wystającym ze ściany rozłupanym kamieniu. Przyłożył dłoń do czoła i rozejrzał się po wyrwie. Bałam się, że Nivareth może nagle wyskoczyć z jej wnętrza i rzucić się na nas z zabójczymi zamiarami, póki co nic się jednak nie działo. W ziejącej ciszą jaskini świątynnej, było słychać tylko nasze urywane oddechy.
– Yyy – zaczął Auvrey. Spojrzał na nas w tył ze zmarszczonym czołem, jakby nie rozumiał tego, co się właśnie wydarzyło. – Wydaje mi się, że gdzieś na szarym końcu powinna być ta przeklęta wiedźma. Istnieje możliwość, ze wyparowała? – Jeszcze raz zerknął do środka, unosząc się na czubkach palców.
– Chciałabym, żeby tak było – szepnęłam.
– W takim razie przykro mi, że nie spełniłam twoich oczekiwań – usłyszałam za sobą chłodny i niski głos. Nim zdołałam się obrócić, kobieta odziana w krwistą czerwień odchyliła moją głowę w tył i przyłożyła do mojej krtani nóż. Z wrażenia i strachu zabrakło mi powietrza. Nie miałam pojęcia jak zdołała wyjść z tej dziury bez dna. Przecież cały czas tutaj staliśmy.
– Za kogo mnie masz?! – usłyszałam zbulwersowany okrzyk, który ranił moje bębenki. – Gdy chcę, sama mogę zamienić się w wiatr! Jestem jego częścią! Cholerną częścią! Tak właśnie wygląda mój świat! – wrzeszczała, przyciskając nóż coraz mocniej do mojej szyi.
Nim zorientowałam się co robi, zaczęła wycofywać się pod kolumnę, jak najdalej od moich współtowarzyszy. Nathiel chciał ruszyć w moją stronę, ale Nivareth przygwoździła go do ściany i nie pozwoliła na ucieczkę. Chociaż Auvrey szarpał się rozpaczliwie i wyginał na wszystkie strony, niewidzialne, powietrzne obręcze nie chciały odpuścić. La bonne fee również zastygły w bezruchu i pobladły, jakby wiedźma dotknęła swoją magią również je.
– Chciałam cię wykończyć własną magią, ale skoro się jej sprzeciwiłaś, uznałam, że dobrym wyborem będzie zabicie cię twoim własnym sztyletem. Jak człowiek człowieka – powiedziała uspokojonym, przerażająco przesłodzonym głosem. Nie spodziewałam się, że w pewnym momencie pociągnie mnie w dół, rzuci plecami na ostre kamienie i przygniecie moją klatkę piersiową stopą. Zabrakło mi powietrza w płucach. Adrenalina już dawno odpłynęła, dlatego ból był dotkliwszy niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawił, że przed oczami pojawiły mi się mroczki. Mogłam odpłynąć w cudowną krainę nieświadomości, poddać się bezwładności, która chciała otoczyć moje ciało, ale zamiast tego mocno zacisnęłam usta i starałam się brać krótkie wdechy nosem. Nóż znów wylądował przy mojej krtani.
Nivareth nie wyglądała już jak kobieta, która wybiera się na randkę. Miała podartą suknię, potargane włosy i rozmazaną szminkę. Doskonale wiedziałam, że może naprawić ten efekt w każdym momencie, ale dla kogo miała się starać? Najpierw zabije mnie, potem la bonne fee, a na końcu Nathiela. Taki właśnie będzie nasz koniec. Po śmierci nie będziemy jej nawet pamiętać, makabryczny obraz potarganej arystokratki, w której oczach malowało się szaleństwo, na zawsze zniknie z naszych umysłów.
– Zakończmy to szybko – powiedziała chłodno wiedźma i przycisnęła nóż do mojej szyi.
Zaczęłam się dławić własną krwią. Czułam obezwładniający ból w okolicach krtani. Ostrze wbijało się w moją skórę i próbowało dotrzeć jeszcze głębiej – do tętnicy, do strun głosowych, do kości. Ostrze bezlitośnie miało przebić całą linię mojego ciała na poziomie szyi.
Nathiel krzyczał rozpaczliwie moje imię. Brzmiał jak zarzynane zwierze, które traciło nie tylko życie, ale kogoś bliskiego. Moje oczy zapełniły się łzami. Nie to chciałam słyszeć w ostatniej chwili swojego życia. Czy to naprawdę musiało się tak skończyć? Zginąć na polu walki w ostatecznym starciu to jedno, ale stracić życie z rąk wiedźmy, która nawet nie była częścią naszej wojny, to nieudane zakończenie mojej ludzkiej męczarni. To nie tak miało wyglądać. Nie tak.
Spojrzałam w płonące nienawiścią złote oczy, z których lały się łzy upokorzenia. Słone krople skapywały na moją skórę, paląc ją złem zmieszanym ze smutkiem tysiąca lat przeżytych w samotności. Po raz pierwszy na twarzy wiedźmy widziałam ten dziecięcy, rozpaczliwy wyraz, który błagał, a nie tylko i wyłącznie nienawidził. Było za późno, żeby ją uratować, za późno, żeby uratować siebie.
– Nivareth! – głośny okrzyk przeszył powietrze swoim błagalnym tonem.
Wtedy wszystko zastygło, jakby ktoś wstrzymał czas. Mina wiedźmy z rozpaczonej stopniowo zaczęła przeradzać się w szok, a następnie w przerażenie. Jej ciało zadrżało, a dłoń trzymająca nóż przy mojej krtani dziwnie się rozluźniła. Exitialis zsunęło się po moim prawym obojczyku i wylądowało na kamiennej posadzce z cichym puknięciem.
– Nivareth! – Ten sam okrzyk powtarzany jak echo, miał w sobie tym razem jakąś dziwną nutę bezradności, smutku i bólu. Nie wiedziałam co jest grane, wystarczyło jednak jedno słowo wyrzucone szeptem z ust wiedźmy, abym odgadła, co dokonało zwrotu akcji.
– Edgar.
Poły czerwonej sukni zafalowały mi przed oczami jak płomienie, gdy Nivareth obróciła się gwałtownie w stronę swojego ukochanego. Tupot jej obcasów niósł się po świątyni radosnym oddźwiękiem. Brakowało jeszcze wiedźmowych okrzyków szczęścia. Na szczęście los mi ich oszczędził.
Podparłam się na łokciach i przyłożyłam dłoń do krtani. Nie była taka poharatana, jak myślałam, że będzie. Widocznie wizja nadchodzącej śmierci sprawiła, że wszystkie odczucia stawały się przesadzone. 
Odetchnęłam z dziwną ulgą, choć dobrze wiedziałam, że to jeszcze nie pora na radość. 
W dalszym ciągu nie wiedziałam o co chodzi. Przecież la bonne fee uparcie twierdziły, że nie mogą przywołać ukochanego Nivareth. Czy to był ten plan, o którym Martha nie zdążyła mi powiedzieć? To jakaś iluzja?
– Stać – dosłyszałam dobrze mi znany, twardy kobiecy głos. Spojrzałam przed siebie oniemiała.
Calanthe w swojej ludzkiej powłoce stała przed młodym, wiejskim chłopakiem, zasłaniając go ręką. Miała zniechęconą minę i wykrzywione w grymasie niezadowolenia usta. Błękitne oczy mierzyły chłodno poszarpaną wiedźmę, która nie przejmowała się teraz swoim makabrycznym wyglądem.
Nivareth stanęła gwałtownie w miejscu i zacisnęła pięści.
– Odsuń się – warknęła w stronę mojej matki, wystawiając do niej dłoń. Chciała użyć swojej mocy, ale nie wiedziała jeszcze, że Calanthe nie jest osobą rzeczywistą i jej magia na nią nie zadziałała.
– Zamknij swoją niewyparzoną gębę i posłuchaj mnie chociaż przez moment, przeklęta, wiedźmowa gówniaro – syknęła kobieta. Standardowo nie dawała sobą pomiatać. Czy istniała na świecie osoba, której się bała? Bo szczerze w to wątpiłam.
Artystokratka aż zesztywniała, zupełnie jakby przestraszyła się tonu głosu mojej matki.
– Daj teraz przemówić jemu – dodała burkliwie, kiwając obojętnie głową na chłopaka, stojącego za jej plecami.
Nivareth milczała z opuszczonymi w dole dłońmi. Żałowałam, że widzę tylko jej plecy, a nie twarz.
Blondyn wysunął się nieśmiało zza mojej matki i postawił dwa kroki wprzód. Wiedźma otarła szybko usta i oczy rękawem sukni, jakby chciała przywrócić swój zmasakrowany wizerunek do porządku. Wciąż czekała na słowa ukochanego.
– Niva – zaczął Edgar bezradnie, wystawiając przed siebie dłonie, jakby chciał ją dotknąć, ale nie mógł. Jego twarz miała łagodne rysy. Za życia nie mógł być złym człowiekiem. Jego postawa, twarz, głos i zachowanie zdradzały to, kim był. – Co się z tobą stało? – spytał jękliwie. – Nie chciałem, żebyś… żebyś skończyła w taki sposób. Dlaczego robisz innym ludziom krzywdę?
Ramiona Nivareth drżały, jakby próbowała powstrzymać łzy. Nie miała na to żadnej odpowiedzi.
– Oni chcieli ci pomóc. Widzisz? Dotrzymali obietnicy. – Edgar stanął zaledwie dwa kroki od niej i rozłożył ramiona w bok, uśmiechając się niewinnie jak dzieciak. Cóż, zapewne gdy umarł, właśnie nim był. Nie zdziwiłabym się, gdyby był młodszy niż nasza wiedźma-handlarka. – Chodź tutaj.
Dziewczyna postawiła krok wprzód, a potem wpadła w ramiona swojego ukochanego, który objął jej głowę dłońmi i pogłaskał z czułością po włosach. Obydwoje tkwili w swoim silnym uścisku i wylewali rzewnie tęskne łzy. Dobrze, że byłam odporna na tego typu wzruszenia.
Spojrzałam na Calanthe, a następnie usiadłam na zniszczonym podłożu. Na mój widok westchnęła ciężko i założyła ręce na piersi. Marszczyła czoło, jakby nie była do końca zadowolona, a może… a może nawet zmartwiona. Zmartwiona Calanthe, to ci dopiero widok.
Chciałam otworzyć usta i wykrzyknąć słowa podziękowania, ale ona wystawiła tylko przed siebie dłoń i wskazała palcem w daleki kąt. Spojrzałam tam lekko zdezorientowana, nie wiedząc, czego się spodziewać. Na pewno nie spodziewałam się swojego ojca.
Uniosłam brwi w zdziwieniu i wymieniłam z nim spojrzenie. Aiden wyglądał tak chłodno jak zawsze. Nie obdarzył mnie nawet jednym uśmiechem. Po prostu patrzył się na mnie z miną bez wyrazu.
A więc to mój ojciec znalazł Edgara. Nie dowierzałam temu.
Zszokowana stanęłam na posadzce i chwiejąc się, postawiłam w jego stronę krok. Nie wiedziałam, co zamierzam zrobić. Moje ciało działało mechanicznie. Przecież nie wpadnę w ramiona osoby, która niegdyś próbowała mnie zabić, prawda?
Stanęłam zaledwie kilka kroków od niego i wsparłam się o pochyłą kolumnę. Aiden wciąż nie spuszczał ze mnie czujnych, szmaragdowych oczu.
– To ty – powiedziałam cicho. – Dlaczego to zrobiłeś?
– Na pewno nie z miłości – zironizował. Nie wiedziałam dlaczego, ale się uśmiechnęłam. Chyba byłam szalona, skoro okazywałam radość przy potężnym demonie, który był niegdyś szefem departamentu, a więc naszym wrogiem. W jego ironii kryła się jednak nuta mojej własnej.
– Calanthe cię zmusiła – powiedziałam.
Aiden wzruszył obojętnie ramionami, a potem oderwał się od ściany.
– Nie daj się następnym razem zabić – prychnął z pogardą i wyminął mnie, nie patrząc mi w twarz. – Nie będę patrzył na twoją porażkę – syknął.
Obróciłam się gwałtownie w tył i otworzyłam usta, żeby mu podziękować, ale go już nie było. Zniknął. Wyparował jak dym.
Westchnęłam ciężko.
– Chłodny gość, co? – prychnęła Calanthe, która zjawiła się znienacka obok mnie. – Nie wiem jak z nim wytrzymuję. – Wzniosła ręce i oczu ku niebu, jakby błagała stworzyciela o wybawienie.
– Trochę podobny do mnie – mruknęłam z ironicznym uśmieszkiem.
– Nie gadaj – zironizowała Calanthe. Uśmiechnęła się wrednie na boku i pstryknęła mnie palcem w czoło. To zabolało, ale nie był to ból przerażająco silny. Słusznie zostałam ukarana. Następnym razem powinnam przemyśleć swoje decyzje. Może sprawę z Nivareth dało się rozwiązać inaczej.
Rozmasowałam obolałe miejsce i spojrzałam na tulących się w tle kochanków.
– Dzięki – mruknęłam. – Bez ciebie bym zginęła.
– Już w dniu swoich narodzin, więc nie ma za co – prychnęła i założyła ręce na piersi.
– Gdzie go znaleźliście? – spytałam cicho, wciąż nie spuszczając oczu z zakochanego Edgara, który kołysał w ramionach Nivareth. Teraz obydwoje wyglądali jak niegroźne dzieciaki. Przy nich poczułam się niewiarygodnie stara. Cóż, prawdę powiedziawszy, nieubłaganie szybko zbliżałam się do wieku średniego.
– Biedak był zamknięty w świecie, gdzie znajdowały się łotry obrzucone wiedźmowymi klątwami. Ja to nazywam w prosty sposób więzieniem. Trudno się tam dostać, ale jak widać nie było to niemożliwe – mówiąc to, wzruszyła ramionami.
– Dalej jest przeklęty, prawda? – spytałam.
– Klątw nie da się tak łatwo odwołać. Nawet Nivareth nie mogłaby jej ściągnąć z Edgara. Rzuciły ją w końcu trzy najpotężniejsze czarodziejki wszechczasów. – Calanthe wyjęła z kieszeni papierosa, zapaliła go i zwyczajowo zaciągnęła się śmierdzącym dymem. – Będą się mogli jednak spotykać. Oczywiście za drobną opłatą. – Moja matka uśmiechnęła się wrednie pod nosem.
Pomoc Nox i to nie tylko w sprawie narzuconej na nas klątwy obaw. Dobrze będzie mieć po swojej stronie potężną sojuszniczkę, prawda?
Kiwnęłam głową i odetchnęłam z ulgą.
– Hej, a może ktoś nas w końcu do cholery uwolni?! – wykrzyknął z oddali Nathiel, który wciąż wisiał na ścianie. Kompletnie o nim zapomniałam. Chyba byłam straszną żoną.
Nivareth nie odrywała się od Edgara. Wystawiła obojętnie dłoń w stronę la bonne fee oraz Auvreya i pstryknęła palcami. Łowca upadł na podłogę i syknął z niezadowoleniem, a czarodziejki z ulgą odetchnęły.
Spojrzałam w bok, gdzie spodziewałam się dostrzec Calanthe, ale jej już nie było. Zostawiła po sobie chmury śmierdzącego dymu papierosowego. Najwyraźniej chciała mi przekazać, że jestem już dorosła i odtąd sama powinnam wziąć sprawy w swoje ręce. Cóż, nie miałam wyboru.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę średniowiecznych kochanków. Teraz moja kolej na dobicie targu z wiedźmą. Rolę się odmienią.

niedziela, 30 lipca 2017

[TOM 3] Rozdział 35 - "Złamane obietnice"

Rozdział oczywiście napisałam w niedzielę, jakżeby inaczej. Namęczyłam się. Pisałam od południa do teraz i nawet nie potrafię racjonalnie ocenić tego tworu. Jak będzie, tak będzie, walę błędy i niedomówienia.
Mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia będę mogła już spokojnie się obijać, a więc i pisać. Rozdział wysyłam wam prosto z małopolskiej wsi, gdzie mieszka moja babcia. Piszę w krzakach, Nathiel by propsował.
Pod ostatnim rozdziałem pojawiło się kilka pytań od Olsei oraz Rozbebeszonej Szynki. Nie zostaje mi nic, jak na nie odpowiedzieć.

1. Dlaczego Nivareth zażądała połowy mocy Laury i dlaczego akurat ona to zrobiła? 

Przyjęcie całej mocy byłoby dla niej mało atrakcyjne. Lubi męczyć ofiary swoich transakcji, dlatego zażądała tylko połowy mocy, aby Laura dorzuciła do tego coś jeszcze (liczyła pewnie na jej duszę, bo dusze są dla niej bardziej przydatne). Dlaczego Laura tego nie zaproponowała? Bo miałam taką wizję, a nie inną. Może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że Nivareth jest w stanie zabrać tylko połowę mocy i rzuciła propozycją dotyczącą całości. 

2. Dlaczego skoro Nivareth stwierdziła, że istnieje rozwiązanie na urzeczywistnienie obaw, czarodziejki znalazły w księdze odpowiedź, która naprowadzała je na wiedźmę przekupstwa, a nie na to inne?

Myślałam, że to całkiem logiczne, że Nivareth mówi to dlatego, że nienawidzi czarodziejek i chce je oczernić. Podejrzewam, że takie rozwiązanie w rzeczywistości nie istnieje nigdzie w księdze, a że Nivareth jest wiedźmą - może więcej. Skoro wiedźmy przywołują klątwy, mogą je również odwoływać. Przypominam, że w treści nieraz było uwzględniane, iż czarna magia ma większą moc przebicia, a stosowanie jej przez czarodziejki jest karalne. Skoro wiedźma może odwołać tę klątwę i żadna wina nie spadnie na la bonne fee, to dlaczego księga miałaby tego nie potraktować, jako właściwe rozwiązanie?

3. Skąd tyle głupców, którzy chcą się targować z Nivareth, skoro z poszczególnymi założycielkami można spotykać się tylko raz?

Ta zasada dotyczyła tylko uzyskiwania pomocy od Wielkich Czarodziejek - było to wytłumaczone w rozdziale "Wiedźma przekupstwa", gdzie la bonne fee użyły Wielkiej Księgi Czarodziejek. To po pierwsze. Po drugie, nawet jeśli taka zasada by istniała, to Nivareth jest wiedźmą i nie robi niczego za darmo, w przeciwieństwie do swoich sióstr, które pomagają bezinteresownie. Nie jest też powiedziane, że Nivareth może przywoływać tylko i wyłącznie la bonne fee. To wiedźma, więc przyjmuje też zwyczajnych, niczego nieświadomych ludzi, którzy są dla niej łatwym łupem. To ona rządzi zasadami, nie zasady nią. 

4. Dywagacje dotyczące demonicznej połówki Laury.

Mam wrażenie, że źle to zostało odczytane. Na początku była rozmowa dotycząca połowy mocy Laury (co już wyjaśniłam), potem były rozmyślania Laury o jej demonicznej połówce, a co za tym idzie nie chodziło o moc, tylko o jej demoniczność. Dlaczego nie mogłaby się jej pozbyć? To tak jakbyśmy my byli ludźmi (no co ty, Naff) i nagle mielibyśmy komuś oddać połowę swojego człowieczeństwa. Wiemy co się wtedy stanie? Będziemy może półludźmi, półzombie? Gdyby Laura pozbyła się swojej demoniczności, też byłaby tylko półczłowiekiem, raczej ta pustka nie zostałaby niczym zapełniona. Ja na jej miejscu również bym nie ryzykowała. Nivareth nie jest cudotwórczynią, jak sama wspominała, dlatego może zabrałaby demoniczność Laury, ale w zamian niczego by jej nie dała, bo po co? Jest wiedźmą-egoistką.

5. Wyjaśnienie wątku z niedźwidziem, który miał śledzić Alex (padłam, nie wstałam)

Niedźwiedź nie zniknął, niedźwiedź wciąż się czai. Dzięki temu pytaniu dostałam nowej weny na rozdział. Dzięki!

Jeszcze tak na samo zakończenie tych przydługich rozważań. Nie jestem w stanie opisać dosłownie wszystkiego, co was ciekawi. Wiele rzeczy jest dla mnie czysto logicznych, co dla niektórych niekoniecznie musi być. Mogę się też kierować zupełnie inną logiką niż czytelnicy, co nie znaczy, że moje rozważania są złe, w końcu to moje uniwersum i ja je tworzę. Dla podkreślenia, staram się notować wszystko co jest ważne, dlatego istnieje mała szansa, że w trzecim tomie walnę jakiś niewytłumaczalny błąd (zaś w pierwszym tomie jest ich dużo, stąd też moje poprawki). Wystarczy po prostu pytać w razie wątpliwości. Pytać, nie obwiniać i komentować nie tylko rzeczy, które się nie podobają, ale również takie, które przypadły do gustu. Autor-amator też człowiek. 
***

Długi rząd zielonych drzew, wolno płynąca rzeka, błękitne niebo, szumiące lasy, a to wszystko za magiczną, senną mgłą, która nie pozostawiała mi wątpliwości co do tego, w jakim miejscu się znajduję i kogo za chwilę zobaczę. Byłam pełna nadziei na to, że dostanę podpowiedź, co mam zrobić, aby nie zginąć z rąk wiedźmy przekupstwa, gdy nie dojdzie do wypełnienia ostatniego warunku transakcji. Podążałam blado-pastelową łąką, aby odnaleźć jedyną osobę, która pełniła rolę mojej ludzkiej czarodziejki, potrafiącej wspomóc dobrą radą, nie magią. Ile razy Calanthe uratowała nam już tyłki? Nie w sposób zliczyć.
             Ominęłam czwartą aleję sklonowanych drzew. Zazwyczaj spotkanie następowało zdecydowanie szybciej, dzisiaj musiałam się natrudzić, zanim znajdę własną matkę wśród gąszczu zieleni. Co ciekawe – to ona najczęściej znajdowała mnie. Może wcale nie byłam w sennym świecie? Może znajdowałam się we śnie, który odzwierciedlał moje pragnienie związane ze spotkaniem jej? 
               Pod jednym z drzew dostrzegłam ubraną na czarno postać. Po jej płaszczu spływały długie blond włosy, które skrzyły się w świetle słońca. Ich właścicielka zwyczajowo rozkoszowała się dymem papierosowym. Nie spoglądała na mnie, patrzyła gdzieś przed siebie. Nie mogłam nawet rozszyfrować jej myśli, twarz była wykuta z kamienia i nie miała żadnego wyrazu, przynajmniej dopóki nie podeszłam do niej wystarczająco blisko i nie spojrzała na mnie z dziwną irytacją malującą się w błękitnych oczach.
                Nie spodziewałam się usłyszeć tego, co mi powiedziała:
                – Zrypałaś sprawę. – Dym z papierosa został wydmuchany prosto w moją twarz. Zaczęłam kaszleć i się krztusić. Spodziewałam się, że gdy wiatr odegna ode mnie tego mglistego zabójcę, powrócę do wizji, którą zesłał mi senny świat, ale zamiast tego nastała ciemność, a w tej ciemności czaił się ogłuszający śmiech wiedźmy, która wyszeptała mi do ucha, że mój koniec jest bliski.
        Zerwałam się do góry i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza. Minęło kilka dobrych chwil, zanim odzyskałam świadomość oraz oddech. Nathiel poruszony moim zachowaniem zerwał się do góry, chwycił za lampkę nocną i stanął na łóżku w walecznej pozie, rozglądając się wkoło czujnym wzrokiem.
              Gdy już się uspokoiłam, odebrałam mu tą niefortunną broń i odłożyłam ją na miejsce.                  
           – Nic się nie dzieje, Nathiel – powiedziałam ochrypłym z niedospania głosem. Całą noc dręczyły mnie koszmary, jednak coś mi podpowiadało, że ostatnia wizja wcale nie była wymysłem mojej głowy. Jeżeli Calanthe miała mi coś do przekazania, to wcale by mnie nie zdziwiła, gdyby były to słowa „zrypałaś sprawę”. Moja matka była szczera do bólu.
            Auvrey zmarszczył czoło, rozwichrzył swoje krucze włosy, które ozdobione były porannymi kogutami i usiadł na łóżku. Próbował najwyraźniej dojść do siebie po zdarzeniu, które miało przed chwilą miejsce. Nie można było mu odmówić czujności, ale lampa z pewnością nie była dobrą bronią w walce z demonami, które mogły nas zaatakować. Jego exitialis leżało zaledwie dwa centymetry dalej, więc spokojnie można było uznać, że chybił. Cieszyłam się, że departament nie próbował nas nigdy atakować podczas snu, prawdopodobnie skończylibyśmy martwi.
        Mój mąż opadł bokiem na kołdrę, jakby ktoś zamienił jego kości w rozciągliwą gumę. Głowa usiana czarnymi włosami odbiła się od poduszki, a potem luźno na nią opadła. Najpierw się przestraszyłam, że coś mu dolegało, ale gdy się nad nim nachyliłam, usłyszałam ciche chrapanie. To się nazywało czujny łowca.
            Odkryłam kołdrę i wystawiłam nogi na światło dzienne. Była ósma rano, tak więc nadszedł czas pobudki. Przeciągnęłam się ospale i rozejrzałam po pomieszczeniu, zupełnie jakbym oczekiwała, że przedmioty, które się tu znajdowały, w nocy zmieniły swoje położenie. Podejrzewałam, że był to czysty instynkt, bo rzeczywiście, na środku pokoju stało krzesło, którego nikt z nas nie ruszał. No chyba, że ominęłam lunatykującego w nocy Nathiela, co było mało prawdopodobne, bo gdy wpadał w swój nocny, przechodni trans, wspinał się na parapety, skakał po stole i robił dużo hałasu. Gdyby to był on, to krzesło stałoby tu połamane.
        Podniosłam się z łóżka i krokiem bezgłośnego ducha podeszłam do drewnianej konstrukcji. Jak się okazało, leżał na niej list. Chwyciłam za niego i dla pewności jeszcze raz się rozglądnęłam. Nikogo tu nie było. Mogłam spokojnie wziąć się za czytanie.

            Wybrałyśmy się do paryskiej Biblioteki Narodowej. Nie chciałyśmy was budzić, i tak niewiele byście nam pomogli, bo dostęp do magicznych zbiorów mają tylko czarodziejki. Spędźcie ten dzień tak dobrze, jak tylko możecie, bo wieczorem czeka nas kolejne starcie z wiedźmą przekupstwa. Mamy nadzieję, że odnajdziemy jakieś rozwiązanie. Trzymajcie kciuki. Bonne journée!
Martha i Alex

             Opuściłam list w dół. Na środku pokoju stałam dłuższą chwilę, zupełnie jakbym nie wiedziała co z zrobić z tą wiadomością. 
Zostanie w hotelu rzeczywiście nie wchodziło w grę. Naprawdę potrzebowałam zająć czymś myśli. Siedzenie i przejmowanie się swoją nadchodzącą śmiercią nie było przyjemną czynnością. Nawet jeżeli miałabym przeżyć ostatni dzień z życia, chciałabym, żeby był szczęśliwy, także nie pozostawało mi nic innego, jak zwiedzić Paryż. Oczywiście nie sama, każda dziewczyna powinna mieć swojego bodyguarda.
Spojrzałam na rozwalonego na łóżku Nathiela, któremu spodenki zsuwały się pod artystycznym kątem z tyłka. Był wczorajszej nocy tak zmęczony swoim pijackim trybem, którym próbował zabić zmartwienia o moją osobę, że nawet się nie przebrał, wyłącznie zrzucił z siebie koszulkę. Pewnie będzie zły, kiedy go obudzę, bo w dni wolne (czyli w prawie każdy dzień) lubił spać do południa. Nie obchodziło mnie to. Potrzebowałam go. Teraz. Ja również miałam swoje potrzeby. 
Dziarskim krokiem ruszyłam w stronę łóżka. Najpierw spróbowałam wyjąć spod niego kołdrę, potem poduszkę, ale to niewiele dawało. Targanie nim na wszystkie strony wywołało tylko szereg cichych pojękiwań i mruków. W pewnym momencie zaczęłam być odganiania ręką jak natrętna mucha, przez co dostałam w czoło. Odsunęłam się od Nathiela i potarłam obolałe miejsce. Jak będę miała na czole siniaka, pożałuje tego.
Już miałam powrócić do gwałtownej pobudki męża, kiedy usłyszałam ciche drapanie w drzwi. Najpierw się zdziwiłam, potem kiwnęłam głową ze zrozumieniem. Najwyraźniej jeden z towarzyszy czarodziejek zbłądził.
To prawda, że zaklęcie odwołujące obawy zostało cofnięte, ale nie wszystko wróciło do normy. Niektórzy za bardzo przyzwyczaili się do podążania za swoją orędowniczką.
Podeszłam do drzwi i uchyliłam je lekko. Przez szparę spoglądał na mnie łagodny, choć ogromny niedźwiedź, który śledził naszą czarodziejkę. Burknął coś z niezadowoleniem, jakby się żalił, że nie może znaleźć Alexandry. 
– Cześć, Alex tutaj nie ma, poszła do biblioteki, ale raczej nie próbuj jej tam szukać – mruknęłam. – Tamtejsi bibliotekarze nie lubią takich puchatych niedźwiadków, mogliby ci zrobić krzywdę. Poza tym nie wiem czy słyszałeś, ale Alex jest już zajęta przez Lysandra – wytłumaczyłam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że z końca korytarza zerka na mnie jakaś ułożona rodzinka. Mieli zgodnie rozdziawione usta. Pomachałam im obojętnie ręką. Najwyraźniej uznali, że są uczestnikami zbiorowych halucynacji, albo to ja byłam jakąś wiedźmą, która rozmawia z niedźwiedziami w hotelu.
Miś, który był ode mnie wyższy co najmniej o pięć ludzkich głów, zawył z niezadowolenia i obrócił się na swoich łapskach w tył. Ułożona rodzinka uciekła z okrzykami do swojego pokoju, a mój dobry znajomy powędrował kulturalnie w dół. Zastanawiało mnie jak się tu dostał i dlaczego nikt nie interweniował. Może personel myślał, że ktoś stroi sobie żarty, w końcu niedźwiedź w samym centrum Paryża to nie jest normalne zjawisko.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że żyję w świecie, którego inni ludzie nie mogliby zrozumieć. Na szczęście swoich przyjaciół poznałam w Nox, a sama Amy była już obeznana z dziwami dotyczącymi magii i demonów. Nie potrzebowałam nikogo więcej.
– Czy to był Alfred? – spytał z ziewnięciem Nathiel, który siedział teraz na łóżku z przymrużonymi oczami.
Alex wraz z Nathielem wymyślili dla niedźwiedzia imię. Jeszcze brakowało tego, żeby zaprosili go do nas na podwieczorek i poczęstowali go kieliszkiem wódki. Pewnie wtedy stałby się ich wielkim przyjacielem i musielibyśmy zapakować go do luku bagażowego, żeby wrócił z nami do Stanów Zjednoczonych.
– Tak – odpowiedziałam krótko i założyłam ręce na piersi. – Widzę, że w końcu się obudziłeś.
– Bo niedźwiedź w drzwi drapał – burknął niechętnie.
– To dziwne, ale dosłownie minutę przed tym jak zaczął drapać w drzwi, ja sama próbowałam zrzucić cię z łóżka i dostałam jeszcze za to w czoło – prychnęłam.
Auvrey zachichotał jak dzieciak, któremu udał się żart. W zamian za brak skruchy, rzuciłam w jego twarz poduszką. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego ataku na swoją osobę, bo nie zdążył się obronić. Ten cudowny oddźwięk, gdy puchaty, wypchany materiał uderzył w rozespaną facjatę – jak miód dla oczu.
– Hej! – usłyszałam krzyk.
Chwyciłam za ręcznik, pomachałam mężowi ręką i wyszłam z pokoju. Poduszka zastosowana w kontrataku uderzyła z cichym puknięciem w drzwi.
1:0 dla mnie.
***
Pomimo ogólnego lenistwa, które zawładnęło Nathielem, udało mi się go wyciągnąć na miasto. Wystarczyło przekupić tego niepoprawnego demona głupią karuzelą i potrójną porcją lodów. 
Istotna różnica pomiędzy dziećmi a moim mężem polegała na tym, że dzieci były jeszcze małe i ledwo sięgały do stołu, Nathiel był zaś przerośniętym chłopcem, przed którym nie mogłam ukryć ciastek na najwyższej półce w kuchni – ja sama do niej bowiem nie sięgałam. Dlatego tak dobrze dogadywał się z dziećmi – po prostu był jak one. To z powodu tego umiejętnego dogadywania się pomiędzy nimi, nie kupowałam już ciastek. Kiedyś wyżarli cały wielki słój tych słodkich przysmaków, potem przez całą noc musiałam słuchać płaczu dzieciaków, które jak mantrę powtarzały: „boli mnie brzuszek”. Nathiel który jęczał, że bolą go usta i chce leczniczego pocałunku nie ułatwiał sprawy. Dzieci (i demony) nie znają umiaru.
Obecnie znajdowaliśmy się na ulicy Rue de Rivoli, która leżała w samym sercu Paryża. Niestety nie udało mi się namówić Nathiela na wejście do kościoła Saint Germain l'Auxerrois – mamrotał coś o tym, że spłonie, bo jest demonem, dlatego zostało nam przypatrywanie się dumnemu, złotemu posągowi Joanny d’Arc oraz zwiedzaniu antykwariatów, z których słynęła owa dzielnica. Teraz zmierzaliśmy w stronę Wyspy Świętego Ludwika znajdującej się na Sekwanie, z której roztaczał się ponoć piękny widok. Jeżeli ten zachód słońca miał być ostatnim w moim życiu, to chciałam oglądnąć go z Pont Saint-Louis, który łączył wyspę Île de la Cité z Île Saint-Louis.
Spojrzałam w bok na Nathiela, który zajadał się lodami. Cieszyłam się, że mogłam spędzić z nim trochę czasu na osobności. Zazwyczaj nie spacerowałam ze swoim mężem pod rękę – mówią, że Paryż to miasto zakochanych, może coś w tym było, bo po części znów poczułam się jak zapatrzona w tego demonicznego idiotę nastolatka.
Auvrey spojrzał na mnie i uniósł brew do góry.
– Co się tak patrzysz? – spytał. – Chcesz mojego loda? – Ostentacyjnie przygarnął go do siebie, jakby z nikim nie chciał się dzielić.
Przewróciłam oczami.
– Wiem, że masz problem z dzieleniem się, dlatego nie nalegam – odparowałam z ironicznym uśmieszkiem.
– Tobie mogę dać go polizać, maleńka – rzucił uwodzicielsko, puszczając mi oczko. Wystawił w moją stronę wafelka z miętowymi lodami. Patrzył na mnie zza niego jak łowca czający się na swoją ofiarę.
Trzepnęłam go w ramię i przewróciłam oczami. Miałam się już więcej nie odzywać, ale zachęcony rozmową Auvrey sam zaczął dyskusję.
– Dlaczego nie chciałaś iść na wieżę Eiffla? – spytał z uniesioną brwią.
Od razu przeszyły mnie dreszcze, co najwyraźniej wyczuł, bo przybrał głupią, nierozumną minę.
– Byłam na samym jej czubku, gdy targowałam się z Nivareth – mruknęłam od niechcenia, udając że wcale mnie to nie ruszyło. Spoglądałam na błyszczącą w zachodzącym słońcu Sekwanę. – Wystarczy mi tego widoku.
– Doświadczyłaś ekstremalnego skoku z wieży Eiffla – oburzył się Auvrey. – Dlaczego się nie cieszysz? Też bym tak chciał!
Możemy tam jeszcze pójść, z chęcią cię z niej zrzucę.
– Pewnie gdybyś był na moim miejscu, wcale byś się tak nie emocjonował – prychnęłam, wyrywając się z jego uścisku. 
Zapragnęłam samotności. Prawie zdążyłam już zapomnieć o tym, że za kilka godzin czeka mnie spotkanie z Nivareth. La bonne fee nie dały nam znać, czy znalazły jakieś rozwiązanie, dlatego moje życie wciąż wisiało na włosku.
Uśmiech zszedł mi z twarzy, a strach na nowo zawitał w moim sercu. Spochmurniałam. W końcu z wiedźmami nie było żartów, a już szczególnie nie z tymi, które stoją tak wysoko w magicznej hierarchii. Nivareth nie była pierwszą lepszą czarodziejką. Kiedy la bonne fee szukały miliona rozwiązań na klątwę, ona  tylko machnęła ręką i odgoniła ją w przeciągu kilku minut. 
Zastanawiałam się w jaki sposób mnie zabije. Użyje swoich wichrów, czy może zastosuje na mnie jakiś bardziej wymyślny sposób wyrwany z czasów, w których się narodziła? Średniowiecze niosło ze sobą sporo wymyślnych tortur, chociażby sławny stół do rozciągania, czy krzesło przesłuchań. 
– Hej – usłyszałam. Spojrzałam na Nathiela z uniesionymi brwiami. Marszczył czoło. – Nie dołuj się, przecież mamy randkę, prawda? – spytał z szerokim uśmiechem na twarzy, splatając swoją dłoń z moją. Zamachał nimi tak silnie, że mało nie wyrwał mi barku ze stawów. Czasami bycie romantykiem mu nie wychodziło, na szczęście nie oczekiwałam tego od niego, gdy brałam go za męża. Miłość nie polegała wyłącznie na wymaganiu, prawda?
– Nie nazwałabym tego randką – mruknęłam. – To ty powinieneś wziąć mnie na lody, a nie ja ciebie.
– Ale tu chodzi o to, że jesteśmy nietypową, nieschematyczną parą – odparował Auvrey, szczerząc do mnie swoje białe zęby. – Wiesz, demon, który jest seksownym łowcą i półdemon, który jest bladą dupą albinosa. – Znowu puścił mi oczko.
Zaśmiałam się cicho. Użył wobec mnie nazwy, której już dawno nie stosował. To na chwilę odgoniło ode mnie złe myśli.
Weszliśmy na most świętego Ludwika od strony Île de la Cité. W tym czasie milczeliśmy – była to jednak miła cisza wzbogacona o delikatne uśmiechy i nutkę szczęścia unoszącą się gdzieś ponad zbliżającym się spotkaniem z wiedźmą. 
Dopiero gdy znaleźliśmy się w połowie mostu, Nathiel gwałtownie się zatrzymał. Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Coś nie tak? – spytałam.
– Nie, po prostu ten widok artystycznie mnie natchnął – rzucił z tajemniczym uśmieszkiem. Puścił moją rękę i ustawił swoje palce w taki sposób, jakby chciał zrobić zdjęcie zachodzącemu słońcu. Miał przy tym usta ułożone w dzióbek i przymrużone prawe oko. Wydał z siebie oddźwięk cichego cykania aparatu, a potem skierował ten wyimaginowany palcowy twór na mnie. Znów wykonał pstryknięcie. Po nim opuścił ręce w dół i przybrał udawanie zdziwiony wyraz twarzy.
– Matko, nie wiedziałem, że mam taką ładną żonę – odezwał się z uwodzicielskim uśmiechem.
Skrzywiłam się, choć gdzieś w środku zrobiło mi się miło. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie grała chłodnej Laury.
– Daj spokój, Nathiel, twoje podrywy już na mnie nie działają – mruknęłam od niechcenia. Oparłam się łokciami o most i spojrzałam w dal. Ci, którzy nas tu naprowadzili mieli rację. Zachód słońca na Wyspie Świętego Ludwika był majestatyczny.
– Hej, maleńka, nie odwracaj ode mnie oczu, kiedy cię podrywam – usłyszałam z boku.
Kiedy spojrzałam na mojego utajonego podrywacza, właśnie sięgął dłonią po kapelusz jakiegoś jegomościa, który przechodził obok. Założył go na swoją głowę, wsparł się seksownie o barierkę i jeszcze raz puścił mi oczko. Tym razem musiałam zasłonić usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Oburzony Francuz zaczął się wydzierać w swoim języku, próbując wyrwać Nathielowi kapelusz. Auvrey się tym nie przejmował. Chwycił mnie za dłoń, ściągnął kapelusz i rzucił go do Sekwany, chichocząc jak mały dzieciak. Potem pociągnął mnie gwałtownie do przodu i zmusił do szaleńczego biegu.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam z niedowierzaniem, ale i rozbawieniem. Ktoś musiałby zobaczyć minę Francuza, który stracił kapelusz. Był zbyt przejęty lamentowaniem, żeby zacząć nas gonić.
–  Porywam cię w paryski taniec namiętności! – odkrzyknął Nathiel, zanosząc się śmiechem. Nie spodziewałam się, że chwilę później wciągnie mnie na sam środek mostu. Jacyś rowerzyści zaczęli na nas wrzeszczeć, z trudem nas wymijając, potem o mało nie wpadliśmy na bryczkę prowadzącą przez nerwowego, wąsatego Francuza. Krzyczałam jak oszalała, żeby Nathiel się nie wydurniał, a on zamiast mnie posłuchać, stanął na środku mostu, wstrzymał czas i okręcił mnie wokół własnej osi. Przed oczami wirowały mi srebrne drobinki charakterystyczne dla auvreyowskiej mocy. W połączeniu z nimi paryski zachód słońca wydawał się być jeszcze piękniejszy. Srebrzyste kołtuny fruwały w powietrzu wplątując się w moje włosy, podobnie jak oświetlające nas promienie słońca.
Zaśmiałam się wesoło, kiedy Nathiel chwycił mnie w pasie i podniósł do góry. Tym razem zakręcił się razem ze mną. Położyłam ręce na jego ramiona i spojrzałam w jego szmaragdowe oczy, od których odbijał się blask słońca. Uśmiechał się tak szeroko, jakby dostał najpiękniejszy prezent. A to wszystko po to, żeby poprawić mi nastrój.
Wpadłam prosto w ramiona męża, który zamiast czułego pocałunku podarował mi pstryczka w czoło i łobuzerski uśmiech nastolatka, który pragnie zrealizować swój chytry plan.
– Wolę ciebie właśnie w tej wersji – zagaił z rozbawieniem. – Gdybyś się śmiała tak codziennie, pewnie rozkochałabyś w sobie połowę tego świata, na szczęście jesteś chłodną mendą i tylko ja wiem jak cię rozbawić, żeby zobaczyć twój uśmiech, dzięki czemu należysz do mnie. – Wyszczerzył się.
– A więc twierdzisz, że jestem twoją własnością? – spytałam z rozbawieniem.
– Dokładnie. Moją bladą, małą własnością.
– Cóż, nigdy nie sądziłam, że trafię do kolekcji Nathiela Auvreya, ale stało się. – Wzruszyłam ramionami. – Chyba nie ucieknę. – Posłałam mu wredny uśmiech.
– Spróbowałabyś tylko – prychnął. – Na końcu świata bym cię znalazł.
– Skretyniały demon. – Potrząsnęłam głową i objęłam jego policzki. Chciałam go pocałować w ramach tego, że mnie pocieszył, ale ostatecznie nasze usta się nie spotkały. Czas wrócił we władanie i obok nas przejechało wrzeszczące na rowerze dziecko. Nathiel postawił krok w tył, potykając się o jakąś zabawkę małego Francuza. Ze mną w ramionach nie zdołał utrzymać równowagi, dlatego obydwoje wylądowaliśmy na betonie. Auvrey skrzywił się z bólu, ale widząc moją minę prawie natychimastowo wybuchnął śmiechem.
– To nie jest zabawne, debilu, mało nie zostaliśmy potrąceni przez pięciolatka! – Starałam się brzmieć poważnie, ale nie mogłam ukryć rozbawienia. Szturchnęłam demona w ramię, a w zamian za to zostałam pocałowana prosto w usta. Nie spodziewałam się tego, dlatego nawet nie zdążyłam na niego zareagować. Tak samo nie sądziłam, że Nathiel pogrążony w namiętnym uścisku zerknie nagle w bok, chwyci mnie za ramiona i delikatnie od siebie odsunie. Ludzie przechodzący obok nas patrzyli z półuśmieszkami, widocznie byli przyzwyczajeni do takich wybryków.
– Co jest? – spytałam nierozumnie.
– Jak to co? Łowca nigdy nie śpi! – wykrzyknął i wyskoczył do góry jak rakieta pędząca w kosmos. Z kieszeni wyjął swoje exitialis i popędził za kimś, kto najwyraźniej był nieszczęśliwym posiadaczem szmaragdowych oczy. 
Spojrzałam za uciekającym Auvreyem z niedowierzaniem i potrząsnęłam głową. Mogłam się tego spodziewać. Auvreyowskie priorytety.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam w stronę wielkiej, pomarańczowej kuli, która powoli tonęła w rzece.
Laura kontra Nathiel 1:2.
***
Mój niepoprawny mąż wrócił po godzinie, kiedy Paryż zaczął tonąć w ciemnościach. Był zdyszany, ubrudzony mułem, cały przemoczony i podarł sobie koszulkę. Jak podejrzewałam, uśmiech zdobił jego twarz pomimo stanu w jakim się znajdował. Daj Nathielowi zabawkę (demona), a przepadnie. Jemu naprawdę niewiele było trzeba do szczęścia.
Z czarodziejkami spotkaliśmy się już w świątyni. W bibliotece narodowej siedziały do ostatniej chwili. Ponoć musieli je stamtąd wyrzucać siłą i nie pomógł nawet niedźwiedź, który pojawił się ni stąd ni zowąd, warcząc złowieszczo na tych, którzy chcieli wypchnąć Alex z siedziby magicznych książek. La bonne fee wleciały do świątyni zaledwie cztery minuty przed ustalonym czasem spotkania z Nivareth, oznajmiając nam, że niestety nie znalazły żadnego rozwiązania i będziemy musieli improwizować. Ponoć zrobiłam się blada jak ściana. Cóż, gdyby któreś z nich musiało zmierzyć się z wiedźmą taką jak Nivareth, zapewne żadne z nich nie byłoby z tego powodu zadowolone. Musieliby słyszeć z jaką miłością i łagodnością opowiadała o swoim Edgarze. Cieszyła się na samą myśl o tym, że będzie się mogła z nim spotkać. Jeśli jej powiem, że chcę zmienić warunki umowy, wybuchnie gniewem i odetnie mi głowę jednym ruchem dłoni, który pośle w moją stronę piekielnie ostry podmuch wiatru.
Przełknęłam ślinę, wpatrując się w dwie la bonne fee, które próbowały przetłumaczyć, co poszło nie tak.
– Problem polega na tym, że nie wiadomo, gdzie znajdują się osoby, które są przeklęte – powiedziała Martha, bawiąc się dłońmi, jakby sama była zestresowana. – Prawdopodobnie jest to świat, do którego zwyczajni ludzie nie mają dostępu.
– Próbowałyśmy przywołać tego gościa wszystkimi rytuałami jakie odnalazłyśmy w księgach, ale żaden nie zadziałał. Jeden z nich sprawił nawet, że przypadkiem przywołaliśmy do biblioteki delfina. Zwalił półkę z rytuałami płodności i zdzielił Marthę płetwą po tyłku – opowiadała Alex. Mimo śmiesznej sytuacji ani ona, ani ja nie potrafiłyśmy się śmiać. – Był jeszcze jeden rytuał i macie milczeć, bo przywołaliśmy przypadkiem stado afrykańskich tubylców, którzy rozbiegli się po Paryżu – syknęła.
Nathiel parsknął cichym śmiechem, za co Alexandra spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach.
– Co mam w takim razie robić? – spytałam.
– Wymyśliłyśmy jedno, choć liche rozwiązanie – dodała szybko Martha. – Może się nie udać, ale warto spróbować.
Poruszyła ustami, próbując mi wytłumaczyć, co takiego wymyśliły, ale żadne ze słów nie padło. Zaczynałam się bać, że mam jakieś halucynacje. Zaniepokojona spoglądałam to na bezgłośnie śmiejącego się Nathiela, to na mruczącą coś pod nosem Alex. Co się tutaj do cholery działo?
Silny podmuch wiatru pchnął mnie do przodu. Uderzyłam w Marthę, która nagle wybuchła i rozpadła się na cząsteczki wody, rozprzestrzeniając się po całej świątyni – podobnie stało się z resztą moich towarzyszy misji. Na środku pomieszczenia stałam teraz sama. Za moimi plecami tkwiła zaś postać, której nie spodziewałam się tu ujrzeć. Jak widać, wiedźmy mogły zdecydowanie więcej i były cholernie punktualne. Sama wprosiła się do świątyni, aby dowiedzieć się czy załatwiłam jej spotkanie z ukochanym.
–  Nie polecam spóźniania się na transakcje – syknęła za moimi plecami.
Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się w jej stronę. Nivareth była tym razem ubrana w krwistoczerwoną suknię z głębokim dekoltem i ogromem falban ciągnących się po ziemi – zdobiły ją tylko delikatnie, złote elementy, takie jak wstążeczki czy nitki. Włosy tym razem nie były upięte  ułożone w loki otulały jej ramiona. Najbardziej wyróżniały się jej czerwone usta, które wydęły się z niezadowolenia. Romantyczny outfit, nie ma co.
– Wybacz – zaczęłam ostrożnie. – Miałyśmy kilka małych problemów.
Nivareth uniosła brew do góry.
– Ale chyba odnalazłyście sposób na przywołanie Edgara? – spytała. W jej zainteresowaniu był jakiś fałsz. Ona wiedziała. Wiedziała, że nie znajdziemy sposobu na jego przywołanie. To wszystko było tylko przedstawieniem, która zamierzała przeprowadzić, aby potem wpaść w potężny gniew.
Wiedziałam, że Nivareth słyszy moje myśli, ale twardo udawała, że nie rozumie o co mi chodzi.
– Niejasno się wyraziłam? – syknęła przez zęby. – Spytałam cię o coś, wieśniaczko – mówiąc to, spojrzała na mój skromny ubiór ze zgrozą. W średniowieczu nie noszono sukienek do kolan, dziewczęta, które pokazywały nogi, nazywano ladacznicami. Najwyraźniej z tego powodu tak krzywo na mnie patrzyła.
– Nie mogę dopełnić drugiej części mojej transakcji – wyrzuciłam z siebie.
– Co to ma znaczyć? – warknęła. – Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że niewypełnienie danej mi obietnicy kończy się bardzo, ale to bardzo źle? – powiedziała to złowieszczo niskim głosem, zbliżającym się do męskiej tonacji. Stukając swoimi czarnymi lakierkami o kamieniste podłoże, zaczęła powolnie ku mnie zmierzać. Podbródek miała zadarty, a złote oczy patrzyły na mnie ostrzegawczo z góry. Rogi sukni unosiła z gracją godną prawdziwej arystokratki. 
– Tak, wiem. Mam jednak inną propozycję – kontynuowałam, choć tak naprawdę nie wiedziałam co robię. Byłam wściekła na la bonne fee za spóźnienie. Gdyby przyszły wcześniej, być może usłyszałabym jaki mają pomysł. Nie mogłam ich jednak o to obwiniać, ja sama, choć nieświadomie, wpakowałam się w te kłopoty.
– Nie obchodzą mnie inne propozycje! – wybuchła wiedźma. Jej złość sprawiła, że niewidzialne wiatry wzniosły się ku górze, próbując poderwać mnie pod sam sufit za sobą, na szczęście w porę uchwyciłam się kolumny. – Chciałam Edgara! Chciałam go tu! – krzyczała, tupiąc nogą jak rozkapryszona nastolatka.
Nim się obejrzałam, pojawiła się tuż przede mną, zupełnie jakby przeniosła się w czasie. Swoje długie pazury wbiła w mój podbródek.
– Oszukałaś mnie – syknęła ze złością przez zęby – a tego ci nie daruję. – Zacisnęła swoją dłoń na mojej twarzy tak mocno, że gdybym jej nie odepchnęła, mogłaby mi połamać kości podbródka. Zachwiała się, ale szybko odzyskała równowagę. Już bez słowa zamachnęła się na mnie ręką i posłała w moją stronę ostry jak nóż wicher. Ukryłam się za kolumną, która została przecięta – roztrzaskała się na kawałeczki w zetknięciu z posadzką, robiąc w niej dziurę.
– Odwołuję to, co zdołałam dla ciebie zrobić – powiedziała chłodno i machnęła zamaszyście dłońmi. W klatce piersiowej poczułam dokładnie to samo pieczenie, co ostatnim razem, teraz zamiast pustki, wyczułam jednak zapełniającą ją moc. To samo musiało stać się z obawami – powróciły we władanie złej magii.
Przeklęta wiedźma wiedziała co robi. Gdyby zostawiła mi pół mocy, być może mogłabym z nią walczyć, całości jednak nie kontrolowałam.
– Powinnaś przemyśleć to, co chcę ci zaproponować! – krzyknęłam, kryjąc się za inną kolumną. Czułam się jak idiotka. Nie lubiłam nie dotrzymywać słowa, a tym bardziej kłamać. Czułam się jak w obcej skórze.
– Mam głęboko w poważaniu twoje liche prośby! – powiedziała władczo, a jej głos poniósł się po świątyni echem. – Miałaś jedną szansę, nie zamierzam być dla ciebie łaskawsza niż byłam! – Albo mi się zdaje, albo w jej głosie rozbrzmiała nutka bezradnej rozpaczy. Ona naprawdę liczyła na to, że dam jej możliwość spotkania się z Edgarem. Czyżbym złamała jej serce w taki sam sposób, jak zrobiły to jej siostry? – Przeklęci ludzie! Cholerne la bonne fee! Mam dosyć handlowania z wami! – krzyczała gniewnie.
Nie słuchałam jej dalszych obelg, skupiłam się na unikaniu odłamków ścian i kolumn. Martwiłam się, że lada moment świątynia się zapadnie. La bonne fee wspominały, że w innym świecie niczego mi nie zrobi, ale nikt nie powiedział, że nie może przenieść się do zwyczajnego świata. Kiedy zobaczyłam kolumnę dalej przerażoną Alex, zrozumiałam, że ten moment właśnie nastąpił. Teraz nie tylko ja mogłam zginąć.
– Skoro już wszyscy się tutaj zebraliśmy – zaczęła z nową energią w głosie wiedźma, rozkładając ręce w bok – pora urządzić wam zbiorowy grób – zakończyła swoją wypowiedź szaleńczym śmiechem, który sprawił, że przeszyły mnie dreszcze.
Jak na zawołanie cała świątynia zaczęła się trząść. Ostry wiatr przemykał się pomiędzy kolumnami i posągami, raniąc nas i popychając ku centrum zdarzeń. Próbowałam się czegoś uchwycić, ale nie byłam w stanie tego zrobić – rozszalałe wichry skutecznie mi to uniemożliwiały.
Kiedy upadłam na podłogę z sufitu na moją głowę zaczęły sypać się odłamki marmuru. Wtedy już wiedziałam, że nie ucieknę. Mógł mnie w tej sytuacji uratować tylko cud.
Potężny kawał płyty leciał prosto na mnie. W ostatniej chwili przetoczyłam się w bok, nie uniknęłam jednak bliskiego zetknięcia z ostrymi odłamkami materiału budowlanego. Całe moje ramię ociekało krwią, ale to nic z porównaniu z tym, co dopiero mnie czekało.
Czyżby wszystko zmierzało do końca?