niedziela, 15 października 2017

[TOM 3] Rozdział 41 - "Obietnica dana dziecku"

Wow, no po prostu nie wierzę. Dawno nie było już rozdziału w niedzielę. Teraz o dziwo ze wszystkimi tekstami wyrobiłam się w czasie. Może w końcu się wdrażam w ten studencki tryb. Październik z reguły jest dla mnie ciężki, dlatego mam nadzieję, że kiedy już minie, wszystko wróci do normy i będę mogła spokojnie dokończyć WCS.
Jak to zazwyczaj bywa z moimi rozpiskami, standardowo wydłużam rozdziały, żeby tylko nie skończyć tak szybko opowiadania. Idąc moim cudownym tokiem rozumowania, zapewne WCS skończy się dopiero na 50-kilku rozdziałach, a nie 40-kilku. Może to i lepiej.
Krótko, zwięźle (chyba) i na temat. Budujemy napięcie przed konkretną akcją. 
***
Burza szalała w najlepsze. Nigdy się jej nie bałam, uważałam ją raczej za interesujące zjawisko pogodowe, któremu można przyglądać się nocami i podziwiać za jego wszechmoc. Dzisiaj było inaczej. Silne uderzenia piorunami powodowały, że na mojej skórze pojawiała się gęsia skórka. To nie była zwyczajna burza, wcale nie musiałam być czarodziejką i mieć szczególnie zdolności mentalne, aby wyczuć, że kryło się w niej coś naprawdę złego. To nie siła natury, to zjawisko stworzone za pomocą czarnej magii.
Przy kolejnym potężnym trzasku dwójka moich dzieci podskoczyła zgodnie do góry. Nawet ja zesztywniałam pod wpływem silnego uderzenia. Miałam wrażenie, że cały dom się zatrząsł. To mnie zaniepokoiło. Nie chciałam mieć gruzowiska na środku pokoju. Nie chciałam również, aby komuś z nas cokolwiek się stało. Kiedy nie było obok Nathiela, wszystko zdawało się być sto razy gorsze. Ten nieustraszony łowca, mąż i ojciec w jednym, dawał nam poczucie bezpieczeństwa. Może to dlatego, że jego postawa nigdy nie wskazywała na to, że czegoś się boi.
Pogłaskałam chlipiącą cichą w moją koszulkę Calanthię oraz Nate’a, który miał oczy jak dwa wielkie migdały. Kiedy moja córka była całkowicie bezwładna, syn zesztywniał, jakby ktoś poraził go prądem. Tylko Aura siedziała spokojnie na fotelu i patrzyła się z zafascynowaniem w okno. Miała diabelsko szeroki uśmiech na twarzy, co bardzo mnie zaniepokoiło. Ona czuła, że burza jest wywołana siłami zła i bardzo jej się to podobało. Co jakiś czas wystawiała swoją bladą rączkę w stronę szyby i starała się dotknąć myślami tych błyszczących iskierek rozdzierających bezlitośnie niebo. Patrząc na nią czułam się bezradna. Mimo naszych wychowawczych starań, Aura wciąż była małym ¾ demona uraczonym klątwą, której nie można było zdjąć. Bałam się, że pewnego dnia pójdzie własną ścieżką, która może dążyć do czynienia zła.
– Aura, odejdź od okna, proszę – zagaiłam. Dwójka dzieciaków podskoczyła do góry zaskoczona tym, że się odezwałam. Przez to i moje mięśnie się napięły. Burza wystarczająco mocno wytrącała mnie z równowagi.
– Ale pioluny są takie fajne, mamo! – wykrzyknęła z fascynacją dziewczynka. Na kolanach trzymała miskę popcornu, która miała służyć nam podczas seansu filmowego. Jak się okazało, zabrakło prądu. Dla Aury nie stanowiło to przeszkody. Może daleko jej było na tym etapie życia do optymizmu, ale z optymizmem wynalazła darmowy seans bez telewizora – odbywał się on za oknem. Wzbogacony był o jednolity pokaz rażących świateł, uzupełnionych głośnymi trzaskami. 
Poddałam się. Co miałam powiedzieć własnemu dziecku? Że nie może oglądać burzy, bo działa na nią jak przepełniona złem ładowarka na baterię? To nie jest argument, który zrozumie pięcioletnie dziecko. Może Aura była mądra, ale nie rozumiała jeszcze pewnych kwestii. Przede wszystkim nie rozróżniała dobra i zła.
Drzwi wejściowe trzasnęły z rozmachem, oznajmiając powrót „pana” tego domu. Porywisty wiatr, który wkradł się do salonu, sprawił, że płomienie licznych świec roztańczyły się w szalonym rytmie. Nate pisnął tak głośno, że mało nie ogłuchłam. Najwyraźniej przestraszył się tego, że świece mogą zgasnąć, a wtedy zapanuje mrok.
Ciężkie i przyspieszone kroki zaznaczyły swoją ścieżkę do pokoju, w którym przebywaliśmy. Spodziewałam się Nathiela, ale nie Nathiela z małym czarnym pudłem pod pachą. Uniosłam brew w zdziwieniu, kiedy okazało się, że targa za sobą przenośny telewizor. Bez słowa postawił go z głośnym stuknięciem na stole, włączył i wskazał palcem na czarno-biały obraz. 
Telewizor na baterie? Naprawdę?
Na ekranie pojawiła się monumentalna ściana zbudowana z chaosu – wirujące wkoło przedmioty przypominały jakieś większe tornado. Pomiędzy porywistymi wstęgami wiatru wyłaniały się czarne szaty i jakieś twarze. Doliczyłam się czterech osób płci żeńskiej. Prawie natychmiastowo zbladłam. Czerwony napis u dołu ekranu głosił: „Czterej jeźdźcy apokalipsy. Czy koniec jest już bliski?”.
Oderwałam plecy od oparcia sofy i spojrzałam ostrożnie na Nathiela. Wyglądał wyjątkowo poważnie.
– Musimy się zbierać – oznajmił, wyłączając telewizor akurat w momencie, kiedy pojawiła się przy nas Aura żądna telewizyjnych ciekawostek. Kiedy tata zgasił ekran, spojrzała na niego ze zgrozą. – Ethan był na zwiadach razem z Aleciem, potwierdzili, że to wiedźmy. Najwyraźniej na kogoś czekają i to nie na nas.
– A więc na la bonne fee – dopowiedziałam, przygryzając wargę.
Auvrey kiwnął głową.
– Wiedźmy chcą policzyć się z czarodziejkami, dlatego nie wpuszczają do swojego centrum chaosu żadnej żywej duszy. Kiedy Ethan chciał się zbliżyć do ściany, mało nie urwało mu ręki. – Mój mąż wykrzywił usta, co tylko poświadczyło o tym, że był świadkiem efektów, jakie wywołało wiedźmowe tornado na jednym z naszych przyjaciół. – Musimy iść do Nox, Laura.
Wzięłam głęboki oddech, a potem wypuściłam go z cichym świstem. 
Przecież wiedziałam, że ten moment nadejdzie, że kiedyś znowu będziemy musieli zmierzyć się z wiedźmami, które uparcie milczały przez tyle lat. Teraz przybyły po to, aby narobić szkód i załatwić sprawy z czarodziejkami. Czy to oznaczało, że wojna właśnie się rozpoczęła? A może to tylko preludium, które miało ustawić nas do pionu i wprowadzić w stan gotowości?
Podniosłam się z sofy. Calanthia i Nate uwiesili się na mojej bluzce. Najwyraźniej wyczuli, że coś jest nie tak i wcale nie chcieli mnie puszczać. Kiedy spojrzałam w zielone oczy syna i niebieskie tęczówki mojej córki, zrozumiałam, że czują strach nie z powodu burzy, ale strach z powodu tego, że ich rodzice będą musieli zmierzyć się z czymś naprawdę złym. Może oboje byli mali, ale rozumieli powagę sytuacji. Chcieli mnie za wszelką cenę powstrzymać.
Westchnęłam i uklęknęłam przed dwójką moich dzieci.
– Zaprowadzimy was do cioci Amy i…
– Chcę iść z wami – usłyszałam cieniutki głos Nate’a. Był przerażony, trząsł się jak osika na wietrze, a jednak mimo tego twardo zaciskał pięść na mojej bluzce i nie chciał pozwolić mi odejść.
– Nie ma mowy – odezwał się Nathiel. Z głośnym prychnięciem założył ręce na piersi. Rzadko zdarzało się mu być stanowczym, czy chociażby surowym, sytuacja jednak właśnie tego od niego wymagała. – Jesteście dziećmi. Mówiłem wam już kiedyś, że mama i ja to superbohaterowie, nie? Pamiętacie? Potrafimy się zamieniać w Hulka, kiedy trzeba. Nas się nie da zabić, dlatego kiedy wy będziecie grzecznie siedzieć z Amy, my pójdziemy ukarać niegrzeczne wiedźmy, które bawią się z panem burzą. Zrozumiano? – Spojrzał na Nate’a i Calanthię z uniesioną brwią. Nasza najmłodsza córka od razu kiwnęła głową, choć wyraźnie było widać, że wcale jej się to podoba. Nate również ostatecznie pokiwał głową. Tylko Aura nie przejęła się sytuacją. Stała z boku z wielką miską popcornu w ręce i napychała sobie nim buzię, przyglądając nam się w zamyśleniu. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że nie zadaje zbędnych pytań, z drugiej strony odnosiłam głupie wrażenie, że może zrobić coś naprawdę głupiego. Oby nie poszła za nami tak jak wtedy, kiedy odbywaliśmy misję w Reverentii…
– Dobrze, w takim razie musimy was przebrać – powiedziałam i popchnęłam leciutko dzieci w stronę pokoju. Spojrzałam ukradkiem na Aurę, która wciąż stała w miejscu i przeżuwała popcorn. Dałam znać spojrzeniem Nathielowi, że to on powinien uporać się z najstarszą córką. Auvrey widząc moją minę tylko przewrócił oczami, wiedział jednak, że liczy się każda minuta, dlatego bez zbędnych dialogów chwycił Aurę wpół, wyrwał jej miskę z dłoni i ruszył z nią w stronę pokoju. Ich krótkiej podróży towarzyszyła symfonia demonicznych krzyków, płaczu i cichych pacnięć w nogi ojca, które nie chciały wstrzymać chodu. Gdyby nie ta przeklęta ciemność, która nas otaczała, zapewne powiedziałabym: dzień jak co dzień. 
***
W Nox pojawiliśmy się w momencie, kiedy wszyscy byli gotowi do wyjścia. Już w holu dało się słyszeć podniesione rozmowy i głośny, przejmujący płacz małego dziecka – domyślałam się, że to Aren przyniósł tu swoją córkę. Dziwiło mnie tylko to, że wraz z nim nie pojawiła się Madlene. Nie chciałam się dopytywać w tym momencie o sprawy, które nie miały najmniejszego sensu – zapewne śpiewająca czarodziejka miała się tutaj zjawić ze swoimi przyjaciółkami.
Skinęłam głową wszystkim członkom Nox na przywitanie i wymijając ich podeszłam do swojej przyjaciółki, która stała gdzieś na szarym końcu, trzymając w ramionach małą Madelyn. Na jej twarzy odznaczało się wyraźne zmartwienie. Była przerażająco blada. Starała się miarowo kołysać niemowlakiem, który jak na złość nie chciał się uspokoić. 
– Amy – zagaiłam. Zanim jednak cokolwiek zdołałam powiedzieć, moja przyjaciółka rzuciła się na mnie z rozmachem, mało nie przewracając mnie na podłogę. Wystawiłam przed siebie ręce, jakbym chciała się przed czymś obronić, najprawdopodobniej przed atakiem dziwnej wylewności, która odznaczała się w brązowych oczach idealnej matki i żony.
– Laura – usłyszałam ciepły głos pełen troski. Moje zesztywniałe mięśnie rozluźniły się pod wpływem tego tonu. Moja przyjaciółka zawsze miała w sobie coś kojącego. Rzadko kiedy zdarzał się ktoś, kto za nią nie przepadał, a jeżeli już, na pewno była to osoba, która czegoś jej zazdrościła. Może nie była najinteligentniejszą osobą na świecie, ale za to miała wielkie serce. – Błagam, uważaj na siebie – szepnęła do mojego ucha. Jej dłonie mocno zacisnęły się na moich plecach. Zdołałam tylko kiwnąć głową.
Amy odchyliła się w tył i spojrzała na mnie ze smutkiem. W jej oczach szkliły się łzy, mimo tego nadal próbowała się uśmiechać. Nie chciała wystraszyć dzieciaków, które stały za moimi plecami i przyglądały się z niepokojem tej scenie. Nie minęła nawet chwila, a zaczęła odgrywać rolę perfekcyjnej cioci. Dziwiło mnie to, jak znakomitą aktorką potrafiła być, gdy sytuacja tego wymagała.
– Cześć – zagaiła, machając do nich ręką. Calanthia nie potrzebowała więcej słów, od razu rzuciła się do nóg swojej cioci i mocno je przytuliła. Była już przyzwyczajona do tego, że gdy jej rodzice znikali na jakichś dziwnych misjach, to ona się nią zajmowała.
Nate wciąż stał obok mnie i przyglądał się z uwagą całej tej sytuacji. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie zdążyła zniknąć Aura, ale jej ojciec był najwyraźniej czujny – przyprowadził ją tutaj, trzymając za tył koszulki, jak małego zwierzaka. Bliźniaczka Nate’a wydzierała się na cały pokój, machając walecznie pięściami w górze.
– Chciała uciec – mruknął niezadowolony Auvrey, kiedy już obok nas stanął. Wciąż nie wypuszczał jednak Aury. Spojrzał z powagą na potencjalną opiekunkę dzieci. – Pilnuj jej. Ta mała cholera wykorzysta każdą chwilę twojej nieuwagi, żeby stąd uciec. Najlepiej pozamykaj wszystkie okna i drzwi. Jeżeli nie pomoże, przywiąż ją do krzesła, grzejnika, czegokolwiek. Natem i Calanthią się nie przejmuj, na ogół są przecież grzeczni. – Demon wzruszył obojętnie ramionami.
– Ja chcę iść z wami! – wrzasnęła rozdzierająco Aura. Tym razem udało jej się zdzielić ojca mocnym ciosem prosto w kolano. Nathiel nie chciał tego pokazywać, ale widziałam, że na jego twarzy pojawił się grymas bólu, najwyraźniej to uderzenie było wyjątkowo celne.
– Aura, rozmawialiśmy już na ten temat – odezwałam się z umęczonym westchnięciem. Oddźwięk głośnego chlipania Madelyn zlewał się teraz z piskami rozszalałej pięciolatki. To sprawiło, że rozbolała mnie głowa.
Nagle poczułam się zmęczona i przeciążona, zupełnie jakby ktoś położył na moich ramionach ogromny worek z kamieniami, który ledwo potrafiłam unieść. Przez cały ten czas mój umysł był względnie spokojny, dopiero teraz uświadomiłam sobie, że lada moment nastąpi coś, czego finału nie mogłam przewidzieć. Rozumiałam panikę Aury. Ona jako jedyna z całego swojego rodzeństwa nie uważała nas za superbohaterów, którzy są niezniszczalni. Wiedziała, że możemy więcej nie wrócić.
– Zostawicie mnie! Zostawicie! – wrzeszczała dalej pięciolatka. Jej policzki zaczerwieniły się z wysiłku i złości. Ogromne łzy spływały teraz strumieniami po okrągłej buzi. – Jesteście gupi! Nienawidzę was! 
Zacisnęłam usta, bo tak naprawdę nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. Wykrzykiwanie Aury poruszyło we mnie jakąś cienką strunę, która lada moment mogła pęknąć pod naciskiem i uderzyć mnie prosto w twarz. Przymknęłam na moment powieki i spróbowałam wziąć głębszy oddech.
– Aura, uspokój się – usłyszałam warknięcie Nathiela. Ojcowskie ostrzeżenie zawarte w niebezpiecznie brzmiącym tonie głosu niewiele jednak pomogło. Teraz pięciolatka wydzierała się już na całą siedzibę organizacji Nox, zwracając tym samym uwagę wszystkich zgromadzonych tutaj członków.
– Nienawidzę was! Nienawidzę! – Ogłuszający pisk sprawił, że wykrzywiłam usta w grymasie. Najwyraźniej nie tylko ja na niego zareagowałam. 
W jednym momencie w pokoju zapanował chaos. Wszystkie świece zgasły pod wpływem silnego podmuchu wiatru, który odepchnął na ścianę zarówno mnie, jak i Amy. Chwilę potem poczułam mocne uderzenie w policzek – to jakiś dryfujący w ciemnościach przedmiot zostawił na mojej twarzy bolesną pamiątkę. Obok mnie rozległ się pisk przestraszonej przyjaciółki, która najwyraźniej cudem uskoczyła w bok, nim coś ciężkiego roztrzaskało się na jej głowie. Teraz Madelyn darła się już wniebogłosy, zupełnie jakby postanowiła dołączyć się do rozszalałej Aury.
To pierwszy raz, kiedy małe ¾ demona pokazało swoją moc w tak ogromnym natężeniu. To pierwszy raz, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, po kim ją odziedziczyła. Najwyraźniej nie byłam jedyną dziedziczką magii Aidena Vauxa.
Odepchnęłam się od ściany i zaparłam nogami o dywan. Robiąc malutkie kroki, podążałam w stronę rozkrzyczanej córki, która wpadła w taki szał, że zapomniała o tym, jak kontrolować swoją moc – ona po prostu przez nią przepływała. Bezwolnie i bez ograniczeń. Nathiel musiał ją opuścić na podłogę, ponieważ słyszałam jego głos z oddali. To nie była jego wina. Nawet najtwardszy zawodnik nie potrafiłby się utrzymać w pionie.
Gdy w końcu dotoczyłam się do córki, upadłam na kolana. Aura nie wykrzykiwała już żadnych obelg, teraz tylko przejmująco płakała. Doskonale wiedziałam, ze za słowami „nienawidzę was” kryła się tak naprawdę rozpacz wynikająca ze świadomości, że lada moment będziemy musieli zmierzyć się z czymś naprawdę złym i zostawimy ją tutaj z Amy. Aura może gdzieś wewnątrz swojego małego serca była zła, to nie zmieniało jednak faktu, że naprawdę mocno nas kochała. Podejrzewałam, że gdyby nas zabrakło, to ona ucierpiałaby w największym stopniu, na dodatek wcale by tego nikomu nie pokazywała. Zapewne płakałaby w samotności, a potem wyrosła na pełną nienawiści do świata nastolatkę. 
– Aura – odezwałam się cicho, ale tak, aby mnie usłyszała. Wystawiłam przed siebie rękę i dotknęłam jej włosów. Pięciolatka podskoczyła w górę. Teraz, gdy wiedziałam już gdzie siedzi, chwyciłam ją za rękę i przygarnęłam do swojej piersi. Przytuliłam ją tak mocno, jak dawno już tego nie robiłam. 
Po niechętnym wyrywaniu się, nareszcie odpuściła i stała się bezwładna jak lalka, która potrafi tylko płakać. Chaos rozgramiający pomieszczenie ucichł. Fruwające w górze przedmioty opadły na podłogę.
– Wszyscy żyją? – dosłyszeliśmy głos Ethana. 
W pokoju rozległy się głośne pomruki, które potwierdzały swoją żywotność. Raczej żadnemu z nas nie stało się nic złego. To dobrze, najgorsze miało w końcu dopiero nadejść.
Już po chwili pokój zaczął rozjaśniać się na nowo światłami świec. Aura wciąż siedziała skulona w moich ramionach i cicho chlipała. Trzymała mnie za koszulkę tak mocno, że ręce całkowicie jej zbielały. Serce mi się krajało, kiedy musiałam patrzeć na cierpienie własnej córki.
– Wrócimy. Obiecuję, Aura – szepnęłam do jej ucha. Niespokojna pięciolatka milczała. Z jej ust wydobywały się tylko jęki rozpaczy przerywane od czasu do czasu cichym pociąganiem dziecięcego noska. Reszta moich dzieci stała w kącie przytulona do nóg Amy. Wyglądały na przerażone. Naprawdę, gorszego początku misji nie mogłam sobie wyobrazić.
Nathiel podszedł do nas, objął mnie i uniósł wraz z Aurą do pionu. Nie skarcił córki, tylko poczochrał ją po włosach i pochylił się tuż nad jej uchem, jakby chciał przekazać jej coś ważnego. Wiedziałam, że do niej szepcze, ale nie słyszałam co takiego. Nieważne o co chodziło, liczyło się to, że małe ¾ demona uniosło w końcu zapłakaną twarz i pokiwało głową, zgadzając się z naszym uczestnictwem w zabójczej misji. Konflikt najwyraźniej został zażegnany. Teraz mogłam odetchnąć z ulgą i przygotować się do kolejnego wyzwania.
Do organizacji wpadły czarodziejki. Początkowo nie zwróciłam uwagi na to, że jest ich tylko trójka, dopiero gdy w biegu opowiedziały nam całą historię związaną z pogrążonym w amnezji Arenem i tajemniczym zniknięciem Madlene, zrozumiałam, że sprawa jest aż nadto poważna.
Od samego początku wiedziałam, że śpiewająca czarodziejka przewidziała coś strasznego. I najprawdopodobniej zamierzała się z tym sama zmierzyć. Pozostawało pytanie, jaką my odegramy rolę w tym starciu. Karty najprawdopodobniej ułożyły je w odpowiedniej pozycji na planszy zwanej polem bitwy.

wtorek, 10 października 2017

[TOM 3] Rozdział 40 - "Zwiastun burzy"

Powróciłam co prawda z lekkim opóźnieniem, ale... jestem. Nie planuję już żadnych dzikich wypadów, także myślę, że spokojnie będę mogła pisać kolejne rozdziały. Można powiedzieć, że to mój taki urodzinowy rozdział. Nie planowałam go opublikować 10 października, ale... stało się >D. Także happy b-day, Naff, jesteś stara jak świat, nawet sypiesz się jak on.
Rozdział raczej odpoczynkowy. Miał bardziej budować napięcie niż rozwijać fabułę. Musicie mi wierzyć, napisanie go było bardzo ciężkie, kiedy tyle się nie pisało, dlatego nie będzie to niesamowicie cudowny tekst. Mam nadzieję, że się jednak poprawię. Teraz zamierzam powrócić do mojego starego pisarskiego trybu. Generalnie jestem pozytywnie naładowana, bo przeczytałam całe WCS od początku i... chyba wiem już co pisać dalej!
***

– Czy wy też czujecie, że coś jest nie tak?
Czarodziejki wymieniły znaczące spojrzenia. Nie musiały nawet odpowiadać na to pytanie. Zazwyczaj każde dziwaczne odczucia dzieliły ze sobą jak biologiczne siostry. Nazywały to wrodzonym instynktem magicznym. Prawdopodobnie każda la bonne fee na świecie miała tak samo wyczulone zmysły jak one – czarodziejki po prostu się z tym rodziły. Jedyną wadą wrażliwości, która je cechowała było to, że choć wiedziały, iż coś w niedługim czasie ma się wydarzyć, nie potrafiły odpowiedzieć dokładnie na pytanie, co takiego. To Madlene zajmowała się wróżeniem z kart oraz wyciąganiem z nich wniosków. Nie była to łatwa sztuka, dlatego nie każda la bonne fee była w stanie ją przyswoić. Tarot wymagał cierpliwości, dobrego zmysłu interpretacyjnego oraz szacunku. Ponoć każde karty przywiązywały się do swojego właściciela – im więcej dostawały od niego uczuć, tym chętniej z nim współpracowały. Madlene większość swoich nabytków traktowała z nabożną czcią, to dlatego podczas magicznego testu w szkole dla czarodziejek, została oznaczona jako potencjalna wróżbiarka. Reszta dziewcząt rozwijała inne poboczne zdolności.
Dzielone przez trzy dziewczęta uczucie wiązało się z nieuzasadnionym niepokojem oraz oczekiwaniem na niezbyt dobre wiadomości. Z tego powodu już od kilku godzin siedziały jak na szpilkach. Jakiś czas temu kontaktowały się z Madlene w obawie, że to właśnie ona uczyni coś karygodnego, nie brzmiała jednak jak osoba, która planuje zrobić coś złego, a przynajmniej nie wtedy, kiedy gotuje obiad i uspokaja płaczące dziecko. Wobec tych niepokojących odczuć mogły tylko zachować czujność i czekać aż sprawa sama się rozwiąże.
– Macie ochotę na coś słodkiego? – Ciężką ciszę przerwał nieśmiały głos Patricii, która gościła dzisiaj swoje przyjaciółki we własnym domu. Wszystkie siedziały w kuchni i popijały gorącą herbatę.
– Jakoś nie bardzo – odpowiedziała z westchnięciem Martha. Od dłuższego czasu wgapiała się w dno kubka, jakby chciała wyczytać z fusów przyszłość. Owszem, było to możliwe, ale na chwilę obecną nie do końca wykonalne. Pomimo wysoko rozwiniętej mentalności, nie potrafiła się skupić w tak wielkim stopniu, żeby przed oczami zaczęły przewijać się jej wizje dotyczące przyszłych dziejów. Wejście w trans wymagało większego skupienia i mniejszego natężenia niepokoju.
– Zaraz oszaleję – burknęła niezadowolona Alexandra, podpierając się na dłoni. Znudzona wpatrywała się w kubek zdobiony malutkimi, ohydnie słodkimi króliczkami, z którego przyszło jej pić herbatę. Przez myśl jej przeszło, że mogłaby posłać w jego stronę niewinny piorun, który sprawiłby, że bok tego ustrojstwa zacząłby leciutko i po cichu pękać. Dziewczyny stwierdziłyby, że to z powodu gorąca, a ona dokończyłaby swój chytry plan wielkim wybuchem porcelanowych odłamków. Nie, musiała przestać z wyżywaniem się na przedmiotach, kiedy czuła się niekomfortowo. Chociaż z drugiej strony…
W pomieszczeniu zapanował mrok.
– Alex, to ty się znowu bawisz piorunami? – spytała oschle Martha. Płomienna czarodziejka cieszyła się, że nie widzi jej twarzy, bo z pewnością przeszyłyby ją teraz dreszcze.
– Nie – prychnęła w odpowiedzi. – Jakbym chciała to bym wywaliła żarówkę, żeby było większe widowisko, a nie bawiła się w kabelkach i korkach. To skomplikowana robota, a po co się nadwyrężać. – Wzruszyła ramionami w ciemnościach.
Patricia westchnęła ciężko.
– Może Soriel nadużywał znowu prądu.
– Albo to znak, że idzie burza.
Wszystkie trzy spojrzały zgodnie w stronę okna. Niebo pogrążone w odmętach nocy zostało rozdarte przez jaśniejącą rażącym blaskiem błyskawicę. To siła natury zaznaczyła w przestworzach swoją potęgę, nie Alex. Krople deszczu spadły z nieba nagle, jakby ktoś zrzucił z góry całe wiadro przepełnione litrami wody. W ciągu kilku minut całe miasto pogrążyło się w pochmurnej i deszczowej atmosferze. Żaden człowiek zamieszkujący okolice nie mógł podejrzewać, że burza ma związek z czymś złym, ale czarodziejki wyraźnie to wyczuwały.
– Coś się rozpoczęło – odezwała się szeptem Alexandra. Chwilę po jej słowach rozległ się ogromny huk. Wszystkie la bonne fee wyskoczyły do góry i przybrały obronne pozy. Alex gotowa była użyć piorunów, Patricia swojej lodowej mocy, a Martha miała zamiar je wesprzeć, jeżeli będą miały do czynienia z jakimś nadnaturalnym zjawiskiem. Koniec końców okazało się jednak, że to burza postanowiła zawitać w ich magiczne progi, waląc w ścianę domu Patricii. Całe szczęście piorunochron posłał pobratymcę Alex w drogę powrotną ku niebu.
– To nie jest naturalna burza – stwierdziła pokrótce płomienna czarodziejka. – Wyczuwam w niej coś złego i… to nas nawołuje.
Kolejny piorun przeszył niebo z głośnym trzaskiem, uderzając w ziemię z ogłuszającym hukiem. Ogródek Patricii posłał w okno odłamki drewna, małe kamyczki i piach, które sprawiły, że na szybie pojawiły się szklane pajączki. Właścicielka domu jęknęła.
– Chcą mi zniszczyć mieszkanie? – spytała przestraszona. Natychmiastowo podbiegła do wszystkich okien i zasłoniła je firankami, zupełnie jakby myślała, że to ochroni je przed burzliwą zagładą.
– Nie, raczej chcą zniszczyć dom razem z nami w środku – burknęła niezadowolona Alexandra. Jako pierwsza podniosła się z krzesła i sięgnęła do szuflady, skąd wyjęła świeczki. Rozstawiła je na stole i jednym machnięciem dłoni sprawiła, że iskierki, które nad nimi zawisły zapaliły lonty. Kuchnia rozjaśniła się blaskiem świec.
– Chcąc  nie chcąc, musimy to sprawdzić – odezwała się Martha. Wystukiwała niespokojnie rytm palcami o stół. – Z ochroną Alex nie powinno nam nic grozić, gorzej kiedy dojdziemy już na miejsce, skąd sztucznie wywoływana jest burza.
– Sądzicie, że to mogą być wiedźmy? – Patricia spojrzała na swoje przyjaciółki ze strachem.
– Chciałabym sądzić, że nie – odpowiedziała mruknięciem Alex. Uwagę płomiennej czarodziejki przykuła nagle jedna z jej przyjaciółek, która chwyciła się za prawą stronę głowy i wykrzywiła usta w grymasie bólu. To najprawdopodobniej oznaczało, że coś wyczuła i nie było to na pewno nic dobrego. Już po chwili Martha zerwała się do góry, przewracając z głuchym trzaskiem krzesło. Patricia wyprostowała się jak czujna surykatka wyszukująca niebezpieczeństwa w swoim otoczeniu, a Alex obdarzyła Marthę zdziwionym spojrzeniem.
– Mad. – Tyle wystarczyło, aby dziewczyny zrozumiały, że ich towarzyszka miała dużo wspólnego z panującą w okolicy burzą. Krótkie i przyspieszone oddechy Marthy tylko potwierdziły, że to nie jest żadna błahostka. Czekały na to aż się uspokoi. – Mad użyła silnego zaklęcia mentalnego. Wyczuwam tylko cierpienie, nie wiem do końca co się dzieje.
– Powinnyśmy do niej pójść – oznajmiła Alex, zrywając się do góry i zarzucając na siebie czarny płaszcz. Nie czekając na reakcje swoich przyjaciółek ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Martha i Patricia wymieniły znaczące spojrzenia. Przecież nie mogły zostawać tutaj same, Madlene najwyraźniej potrzebowała pomocy, to po pierwsze, po drugie to Alexandra będzie ich osłoną przed burzliwą pogodą.
Jak na zawołanie zerwały się dobiegu i ruszyły za płomienną czarodziejką.
***
         La bonne fee były ze sobą połączone czymś, co nazywano duchową więzią. Więź najsilniejsza była wówczas, gdy przynajmniej jedna z nich stosowała magię mentalną. Można było ją wzmocnić, kiedy spędzało się z kimś wystarczająco dużo czasu, aby zacząć wyczuwać fale, na jakich nadawał sygnały. Martha była  w najbardziej dogodnej pozycji, żeby wyczuć, co dzieje się z Madlene. W dzieciństwie dużo razem trenowały, dzięki czemu bez problemu rozczytywały swoje nastroje czy użyte w danym momencie czary, nawet na duże odległości. Herbaciana czarodziejka nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jakiego zaklęcia użyła jej przyjaciółka, wiedziała tylko tyle, że jego użycie wywołało w niej silne emocje. Zupełnie jakby nie chciała robić tego, co jednak musiała. Ta myśl wywoływała dreszcze niepokoju, dlatego kiedy wszystkie czarodziejki zalane niepokojąco silnym deszczem dotarły już do domu Madlene, nie przejmowały się ani pukaniem, ani powiadamianiem o tym, że złożyły wizytę młodym rodzicom. W całym domu panowała ciemność, tylko w ostatnim pokoju paliło się blade światło. Im bliżej niego były, tym intensywniejszy stawał się dziecięcy krzyk.
         – Mój Boże, czy Mad się coś stało? – spytała spanikowana Patricia, wymijając w biegu swoje przyjaciółki. Jeszcze nigdy nie słyszała tak przejmującego płaczu niemowlaka. Bała się najgorszego.
         La bonne fee wpadły do pokoju z rozmachem. Każda z nich zaczęła rozglądać się po pustym pokoju, w którym panował chaos. Po podłodze walały się ciuchy i zabawki, nic innego nie wskazywało jednak na to, że ktoś napadł na dom Madlene. To raczej codzienny nieporządek utworzony w pośpiechu, niż rozbój w biały dzień.
         Patricia jako pierwsza podeszła do łóżeczka, w którym leżała czerwona od płaczu Madelyn. Ze ściśniętym z niepokoju sercem chwyciła ją w swoje ramiona i zaczęła kołysać. Jej błękitne oczka starały się przekazać jakąś rozpaczliwą wiadomość, której nie potrafiła rozczytać. Nawet przez moment nie przestała krzyczeć.
         – O nie – usłyszała za plecami lodowa czarodziejka. Obróciła się gwałtownie w tył i spojrzała w miejsce, w którym stały teraz jej przyjaciółki. Pod ich stopami na podłodze leżało jakieś nieruchome ciało.
         – Aren – zakończyła niemym głosem Pat. – Co mu się stało? – spytała przejęta, podchodząc do dziewcząt. Martha zdążyła się już nachylić nad bladym i nieprzytomnym chłopakiem. Sprawdzała jego czynności życiowe, które wydawały się być w normie. Czy półdemon uciął sobie po prostu drzemkę? Wszystko wskazywało na to, że nic mu nie groziło.
         – Ocućmy go jakoś – burknęła Alexandra. Rozglądnęła się po pokoju, a potem chwyciła za wazon z uschniętymi kwiatami. Badyle rzuciła na podłogę, a wodę ze szklanego pojemnika wylała prosto na głowę Arena. Jej przyjaciółki spojrzały na nią niedowierzająco, postanowiły jednak, że tego nie skomentują, tym bardziej że chłopak natychmiastowo odzyskał przytomność. Nie wiedziały tylko czy krztusi się powietrzem, czy cuchnącą wodą, którą został uraczony.
         – Spokojnie – uspokajała go Martha, która wciąż przy nim klęczała i trzymała go za ramiona.
         Dyszący niespokojnie blondyn spojrzał na trójkę dziewcząt, nie rozumiejąc co tutaj robią. Jego niezrozumiały wyraz twarzy uległ zmianie dopiero, kiedy spojrzał na swoją córkę. Natychmiastowo wyciągnął po nią ręce, jak przeszkolony w boju ojciec. Patricia pomyślała, że to całkiem urocze, kiedy chłopak zaraz po przebudzeniu myślał tylko o swojej pociesze. Tylko dlaczego nie zmartwił się losem Madlene? Może nawet nie wiedział, że zniknęła? A może tylko na chwilę wyszła z domu i to na zewnątrz musiała użyć jakiegoś silnego zaklęcia, aby obronić się przed złem, które wywołało burzę? Ktoś mógł ją zaskoczyć.
         – Czujesz się już lepiej? – spytała niepewnie. Nie chciała oddawać niemowlaka w ręce kogoś, kto przed chwilą z niewiadomej przyczyny zemdlał. Dziecku mogłoby się coś stać.
         Aren opuścił dłonie w dół i ciężko westchnął.
         – Wszystko w porządku – odpowiedział spokojnie. – Co prawda nie pamiętam, co się stało, ale najwyraźniej z jakiegoś powodu musiałem przysnąć.
         – Albo zemdleć – mruknęła do siebie Alex. – Wiesz, gdzie jest Mad?
         Aren spojrzał najpierw na jedną czarodziejkę, potem na drugą, a przy trzeciej zmarszczył czoło. Można było odnieść wrażenie, że nie rozumie pytania, zupełnie jakby Alexandra mówiła w nieznanym mu języku. To wywołało u dziewcząt pewne obawy – jego głowa mogła ucierpieć podczas domniemanego upadku i dlatego nie bardzo kontaktował, co się dzieje. Z drugiej strony to dziwne, ponieważ odpowiadał jak całkiem trzeźwa osoba, nawet w pewnym momencie stanął na równe nogi, nie chwiejąc się.
         Patricia widząc całkiem sprawnego ojca postanowiła oddać dziecięcą zgubę we właściwe ręce. Wciąż mu się jednak uważnie przyglądała, aby w razie czego zareagować na dziwne objawy, które mogą się u niego pojawić.
         Aren przytulił córkę do piersi, dzięki czemu zaczęła się powoli uspokajać. Nie od dzisiaj było wiadomo, że w ojcowskich ramionach lepiej się usypiało.
         – Ta Mad, o którą mnie pytacie – zaczął niepewnie blondyn, kiedy Madelyn uciszyła swoją płaczliwą symfonię i przeszła do cichej arii chlipania. – Chodziło wam o moją córkę, prawda? Jak widać, czuje się dobrze, po prostu musiało jej brakować towarzystwa. – Posłał każdej z osobna uspokojony uśmiech, w którym znajdowała się jakaś świadoma nuta niezrozumienia. Gdyby Martha miała strzelać, powiedziałaby, że Aren właśnie usiłuje sobie przypomnieć coś, o czym mógł zapomnieć.
         – Nie, Aren, chodzi o Madlene, matkę twojego dziecka – przyuważyła zdziwiona Alex.
         Kołyszący się miarowo półdemon nagle zastygł w bezruchu, jakby ktoś powiedział mu coś tak zaskakującego, że nie mógł w to uwierzyć. Zaczął marszczyć czoło i ściągać brwi, jakby usilnie chciał wyszukać coś w odmętach swoich myśli. Od tego zastanawiania się zaczęła go jednak boleć głowa. Chwycił się za jej prawą stronę i syknął cicho z bólu. Patricia widząc jego chwiejny krok w tył wystawiła przed siebie ręce, żeby złapać dziecko, Martha była już gotowa, aby w razie czego chwycić go za ramiona i przytrzymać w pionie.
         – Ja… – zaczął z bolesną nutą w głosie półdemon – nic nie pamiętam. – Jego mina wskazywała na to, że najwyraźniej sam był zdziwiony, że nie pamięta o matce swojego dziecka. Przecież z kimś musiał je spłodzić, a przypadkowe jego zrobienie byłoby co najmniej nie w jego stylu.
         – Jak to nic nie pamiętasz? – warknęła Alex. – Nie wiesz kto jest matką twojego dziecka?! Madlene, kretynie! Ta durna beksa, do której twoje dziecko jest tak cholernie podobne! Jak możesz o tym nie pamiętać?! – Rozkrzyczana dziewczyna chwyciła chłopaka za ramiona i nim potrząsnęła. To jednak nie sprawiło, że Arenowi cokolwiek się przypomniało.
         – Ja… wiem, że powinienem o czymś pamiętać – odezwał się  zszokowany – ale nie mogę sobie przypomnieć o czym. Jeżeli chodzi o tę kobietę, którą nazywacie Madlene i twierdzicie, że jest matką Madelyn… naprawdę nie wiem o kogo wam chodzi. Nie pamiętam jej. Kiedy próbuję sobie coś przypomnieć od razu boli mnie głowa. – Skrzywił się i pomasował swoje czoło.
         – Amnezja? – spytała z niemrawym śmiechem Patricia, która wyraźnie pobladła.
         – Nie. Silne zaklęcie – odpowiedziała cicho Martha, marszcząc czoło. – Poczułam to już wtedy, kiedy dotknęłam Arena w ramię. To samo uczucie, które wcześniej do mnie przyszło, pochodziło nie bezpośrednio od Mad, ale od niego.
         – A więc sądzisz, że to Mad sprawiła, że Aren o niej zapomniał? – Alex uniosła brwi w zdziwieniu. Jej ciało zaczęło wyprzedzać myśli, już zdołała zacisnąć gniewnie pięści.
         – Najwyraźniej tak.
         – Po co? – jęknęła Patricia. – Nie rozumiem tego, przecież Mad bardzo kochała Arena i… ona nigdy nie zostawiłaby swojego dziecka.
         – A jednak to ona rzuciła zaklęcie. – Martha westchnęła. – Czuję to, Pat. To nie jest zwykły domysł. – Przymknęła oczy i ściągnęła brwi, jakby potrzebowała chwili odpoczynku od uporczywych myśli i rozważań. – Jednego możemy być pewne. Nie zrobiła tego, bo chciała to zrobić. Coś ją do tego zmusiło.
         Wszystkie trzy czarodziejki spojrzały na siebie zgodnie. Posiadając tak mało informacji nie potrafiły wysnuć żadnej teorii. Nie miały zresztą na to czasu. Za oknem hulała niepokojąco silna burza, która posyłała swoje pioruny zadziwiająco blisko miejsca, w którym się znajdowały. Teraz nie miały już wątpliwości co do tego, że ktoś chciał je wykurzyć z ukrycia i zmusić do zjawienia się w samym centrum chaosu.
         Przejmującą ciszę w pomieszczeniu, która była oblegana przez niepokojące pytania rodzące się w głowach czarodziejek, przerwał dzwonek telefonu. Dwie z la bonne fee podskoczyły do góry, nawet sam Aren zdziwił się tym oddźwiękiem. Najprawdopodobniej nie znał tej piosenki, co mogło być wyjaśnieniem samym w sobie – telefon należał do Madlene. Jako pierwsza ruszyła się Alex, komórkę wykopała spod kołdry.
         – Sorathiel – burknęła. Bez chwili namysłu odebrała telefon i ustawiła go w trybie głośnomówiącym. – Z tej strony Alexandra, Madlene aktualnie zniknęła. Dzieje się coś?
         – Dzwoniłem do Madlene, ponieważ nie mogłem dodzwonić się do was – odezwał się dziwnie spokojny głos szefa organizacji. Czarodziejki spojrzały po sobie zdziwione. Każda z nich sięgnęła po własny telefon, który trzymały w kieszeni. Powodem, dla którego nikt nie mógł się do nich dodzwonić mogło być to, że nie miały zasięgu. Tylko jakim cudem telefon Mad zaczął dzwonić?
         – Słuchajcie, sprawa jest poważna. Nie wiem czy widzicie, co dzieje się za oknem… – zaczął Sorathiel. Przerwała mu zirytowana Alex:
         – Nie, jesteśmy ślepe, bo nie wzięłyśmy z domu okularów.
         Szef organizacji chrząknął, nie komentując tej uwagi.
         – W telewizji mówią o czterech kobietach, które demolują miasto. Podejrzewam, że nie chodzi o was, a skoro posądza się je o stosowanie czarnej magii… – Sorathiel nie dokończył zdania.
         – Wiedźmy – odezwała się Alex. Naraz poczuła jak cała krew odpływa z jej głowy. Wierzyła w to, że jej przyjaciółki miały podobną reakcję. Wszystkie były przerażone.
         – Chciałbym, żeby to nie były one, ale niestety wszystko na to wskazuje. – Sorathiel westchnął. W jego głosie było słychać napięcie. – Spotkajmy się w drodze do parku Hamiltona, będziemy tam za kilkanaście minut.
         – Zrozumiałyśmy – odezwała się Martha.
         – W takim razie do zobaczenia.
         Kiedy telefon oznajmił zakończoną rozmowę, la bonne fee wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Milczały przez długi czas, nie potrafiąc ruszyć się z miejsca.
         Żadna z nich nie myślała, że ten dzień nadejdzie akurat dziś. Na dodatek ich przyjaciółka najwyraźniej sama postanowiła wybrać się do parku, w którym wiedźmy urządzały chaotyczny terror miasta. Czy miała jakiś plan? A może pobiegła ostrzec Nox? Co znowu wymyśliła i dlaczego ich o tym nie powiadomiła? Może powodem był brak zasięgu w telefonach? A może znów działała na własną rękę? Na te pytania nie potrafiły teraz odpowiedzieć.
         – Idę przodem. – Aren przerwał ciszę, przechodząc obok dziewczyn i chwytając z rozmachem za plecak, który spoczywał na krześle. – Nie mogę zostawić Madelyn samej, dlatego zaniosę ją do siedziby. Amy powinna się nią zająć.
         Tylko Patricia kiwnęła niepewnie głową, reszta wciąż stała w miejscu wpatrując się z niedowierzaniem w półdemona, który tak szybko jak się zebrał, tak szybko wyszedł z domu. Żadna z nich nie rozumiała już zupełnie niczego z tej sytuacji. To wszystko było jak jakiś wyjątkowo chory koszmar. Straszliwa burza, zniknięcie Madlene, amnezja Arena i… wiedźmy.
         Czy mogło się wydarzyć coś gorszego?
         Zapewne najgorsze dopiero miało nadejść.

niedziela, 17 września 2017

INFORMACJA

Hejooo! Dzisiaj rozdziału nie będzie. Tymczasowo zawieszam WCS, wstępnie do października. Powód? Mam teraz dużo na głowie i nie potrafię się podczas wakacji ogarnąć, to po pierwsze, po drugie czuję się lekko zmęczona i bez weny na WCS, a nie chciałabym zepsuć ostatnich rozdziałów (tak, do końca jakieś 8 rozdziałów, a więc tylko dwa miesiące wstawiania). Ostatnio pisałam bardzo na siłę i nie podchodziłam do tego z radością, więc myślę, że to czas najwyższy na odpoczynek. Poza tym mam również inne opka, które wypadałoby zakończyć, a poprawianie starych rozdziałów WCN i pisanie WCS trochę mi czasu zajmowało. Zapewne zaczną się studia, a czas się znajdzie >D! Na pewno wrócę, w końcu nie zostawię nieskończonego 3 tomu. Pozdrawiam.
P.S. O matko, nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałam tyle wolnego od pisania WCNa!

środa, 13 września 2017

[TOM 3] Rozdział 39 - "Zapomnij mnie"

Mega opóźnienie we wstawianiu, uch. 
Wiem, za każdym razem narzekam, że rozdziały nie wychodzą mi tak jak powinny. Rzecz tkwi w tym, że tym razem ten rozdział wyszedł totalnie nie tak jak powinien. Jest wymęczony i słaby.
Czuję ostatnio dziwne zmęczenie pisaniem. Chciałabym już skończyć WCS, więc nie chcę robić przerw, ale zastanawiam się czy aby na pewno nie zrobić sobie wolnego, tym bardziej, że powoli będą zaczynały się te ostatnie rozdziały, które powinny być emocjonujące. Nie chciałabym tego zniszczyć.
Sprawa w gruncie rzeczy toczy się wokół Madlene. Coś kombinuje. Dramaty, że hej. Bleh. Przepraszam za ten niewypał. 
***
Nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem składałam la bonne fee bezinteresowną wizytę. Miałam wrażenie, że zawsze przychodziłam do nich w jakiejś ważnej sprawie. Po mikstury, po to, aby ustalić szczegóły naszych sojuszniczych misji, czy żeby dowiedzieć się czegoś na temat demonów – czemu służyły ich zaklęcia. Dziwiłam się, że czarodziejki nie wystawiły nam jeszcze długiego po samą ziemię paragonu z monumentalną kwotą za swoje usługi. Na świecie mało było osób, które oddawałyby się wyższej sprawie bez przyjmowania za to zapłaty. Takie osoby najprawdopodobniej były właśnie la bonne fee. Nieważne czy mieszkały we Francji czy w Ameryce, każdą z nich łączył kodeks, który zabraniał brania pieniędzy za pomaganie innym. Ich empatia nie była na szczęście wyuczona, miały ją we krwi.
Dzisiaj wyjątkowo wybrałam się do jednej z czarodziejek w innej sprawie. Tym razem to ja zostałam bowiem poproszona o przysługę.
Wczoraj wieczorem złożyła mi wizytę Patricia. Twierdziła, że nie może dojść do Madlene. Śpiewająca czarodziejka cały czas jej unikała i na wszystkie jej pytania odpowiadała zdawkowym: przepraszam, nie mam czasu, porozmawiamy później. Ponoć miała dużo roboty z dzieckiem, które nie dawało jej spać po nocach. Już w tym miejscu coś się nie zgadzało. Aren opowiadał nam wszystkim, że jego córka jest prawdziwym aniołem i prawie wcale nie płacze. Niewątpliwie dziewczyna miała coś do ukrycia i to właśnie ja miałam sprawdzić, co takiego. Moja wizyta to oczywiście czysto zawodowa zagrywka. W cudzysłowie.
Zapukałam do mieszkania Arena i Madlene. Od jakiegoś czasu zajmowali skromne włości odziedziczone po rodzicach półdemona. Byłam tutaj po raz pierwszy i to z dosyć niespodziewaną wizytą, dlatego mina otwierającej drzwi czarodziejki wcale mnie nie zdziwiła. Najpierw wydała się być zaskoczona, następnie odrobinę skonsternowana oaz podejrzliwa, ostatecznie nawet całkiem zadowolona. W końcu nie byłam żadną groźną osobą. I wcale nie przybywałam tutaj na przesłuchanie.
– Och – odezwała się w końcu Madlene. – Nie spodziewałam się ciebie, Laura. Zazwyczaj dajesz znać, kiedy wpadniesz. – Spojrzała na mnie z ukosa, jakby nie do końca podobała jej się ta niespodziewana wizyta.
– Wybacz, ale nie wzięłam z domu telefonu, a chciałam do ciebie wpaść możliwie szybko – wytłumaczyłam.
– Coś się stało? – Śpiewająca czarodziejka wyglądała na zaniepokojoną. Dopiero po chwili zorientowała się, że wciąż stoję w drzwiach. Zrobiła ten charakterystyczny dla siebie gest, kiedy wali się wewnętrzną stroną dłoni w czoło i odsunęła się w bok. – Wejdź proszę, skoro tu już jesteś. – Posłała mi delikatny uśmiech. Cóż, mój obserwatorski zmysł podpowiadał mi, że na razie nie wyglądała na osobę, która miała coś do ukrycia, chyba że zdołała opanować sztukę pozornego aktorstwa w tak krótkim czasie.
Weszłam do mieszkania. Moje nozdrza od razu uderzył zapach gotowanego obiadu, a uszy dziecięce okrzyki zadowolenia wymieszanego z dziką prośbą o atencję. To odczucia, z którymi można było się zapoznać w większości domów należących do młodych rodziców.
Madlene zaprowadziła mnie do salonu. Kazała mi usiąść, przyjęła zamówienie na herbatę i poprosiła, abym przez chwilę zajęła się małą Madelyn, wręczając mi ją do rąk. Chwilę później wyszła z pokoju, zarzucając swoimi brązowymi włosami splecionymi w kitkę. Odrobinę zaskoczona spojrzałam na niemowlaka, którego trzymałam w ramionach. Dziewczynka spoglądała na mnie mądrymi, błękitnymi oczami odziedziczonymi po matce i ssała swoją maleńką rączkę, przy okazji śliniąc wszystko wkoło.
– Cześć – przywitałam się z nią. Wystarczyło, że przejechałam palcem po jej bladym nosku, a zaczęła się śmiać jakbym opowiedziała właśnie żart roku. Jej radość była zaraźliwa, dlatego sama się uśmiechnęłam. Kto wie, może mała Madelyn miała w sobie moc la bonne fee? A może to po prostu urok osobisty lub fakt, że jest niemowlęciem, które każdą matkę potrafiło oczarować? Nie pamiętałam czasów niemowlęctwa bliźniaków, za to od początku byłam przy Calanthii. Przez pierwsze dni nie mogłam się na nią napatrzeć. Wyglądała jak anioł o blond włosach i niebieskich oczach.
Madelyn chwyciła za mój palec i wsadziła go sobie do buzi. Cieszyłam się, że nie miała jeszcze ząbków, którymi mogłaby mnie pogryźć.
– Jest urocza, prawda? – zaszczebiotała czarodziejka, która zjawiła się w salonie z okrągłą tacą trzymaną w rękach. Gdy już do mnie podeszła, postawiła przede mną herbatę i talerz z własnoręcznie pieczonym ciastem. Madlene miała w sobie coś, czego ja nigdy nie miałam. Była dobrą gospodynią domową.
Kiedy usiadła już obok mnie, przekazałam jej córkę. Mała bardzo ucieszyła się na widok swojej mamy. Teraz wyglądały jak dwie szczebioczące się krople wody. Jeżeli Madelyn nie będzie kopią swojej matki to naprawdę się zdziwię.
– Mów co cię do nas sprowadza – odezwała się uśmiechnięta matka. – Mam nadzieję, że nie stało się nic złego? – Teraz jej mina wskazywała na niepewność. – Wszyscy są zdrowi?
Uniosłam filiżankę herbaty do ust i powiedziałam:
– Oczywiście. Mimo ciągle narastających skupisk demonów, wszyscy mamy się całkiem nieźle. – Uśmiechnęłam się. – Problem tkwi raczej w zmęczeniu. Niezbyt dobrze sypiamy i mamy ręce pełne roboty. – Westchnęłam ciężko. To była ta część rozmowy, podczas której jeszcze nie kłamałam. Naprawdę byliśmy przemęczeni. Zewsząd napływały do nas zgłoszenia osób, które oczekiwały, że zniszczymy dręczące ich demony. Nie mogliśmy odmówić pomocy żadnemu człowiekowi, na dodatek musieliśmy reagować bardzo szybko. Z niepokojem przyglądałam się Nathielowi, który w trakcie krótkiej przerwy od misji usypiał na kanapie albo w wannie. Może i był demonem, a więc cechował się dużą wytrwałością i odpornością na zmęczenie, ale to nie zmieniało faktu, że miał swoje limity, jak każdy z nas. Również dzieci były naszym naturalnym pochłaniaczem energii.
– Och, a więc to dlatego przyszłaś? – spytała zmartwiona Madlene. Zanim skłamałam, ona zdążyła już chwycić haczyk. – Po jakieś mikstury na wzmocnienie i pobudzenie?
– W rzeczy samej. – Pokiwałam głową. – Chciałabym złożyć u ciebie małe zamówienie, jeśli to nie byłby problem.
– Skąd! – wykrzyknęła rozemocjonowana dziewczyna. – W końcu będę mogła zrobić coś przydatnego, a nie tylko siedzieć na tyłku i patrzeć jak pracujecie. – Spojrzała na mnie załamana, ale i szczęśliwa z tego powodu, że ktoś coś od niej chciał. – Ile tych mikstur? Z dwieście fiolek?
Mało nie zakrztusiłam się herbatą.
– Nie mamy armii, Mad. To tylko kilka zmęczonych osób, które trzeba wesprzeć magicznymi specyfikami. – Spojrzałam na nią znacząco.
– Och – zdziwiła się. – No, dobrze. To tak z dwadzieścia?
– Myślę, że to całkiem dobra liczba. – Upiłam łyka herbaty i odłożyłam filiżankę na stół. Kątem oka dostrzegłam, że mała Madelyn spogląda na mnie z dziwnie dorosłym zainteresowaniem. Zupełnie jakby wyczuwała, że to nie jest moja główna pobudka moich odwiedzin. O mało nie przeszyły mnie dreszcze.
– W takim razie zabiorę się za gotowanie mikstur już dzisiaj! – wykrzyknęła Madlene i klasnęła radośnie w dłonie. Niemowlak rozszerzył usta w swoim bezzębnym uśmiechu, jakby ucieszył się na ten gest i uderzył swoimi malutkimi rączkami o siebie, naśladując po dziecięcemu gest matki. Dziewczyna zaśmiała się na ten widok. Albo mi się zdawało, albo ostatnimi czasy była naprawdę szczęśliwa. Zanim urodziła chodziła posępna i niezadowolona, po porodzie najwyraźniej coś się zmieniło. Skąd w takim razie niepokój Patricii? Był uzasadniony czy może nie do końca?
Uśmiech zszedł z twarzy czarodziejki, kiedy tylko się zamyśliła. Przez ułamek sekundy widziałam w jej oczach niepokój, szybko zakamuflowała go jednak sztucznym kaszlem, po którym powróciła do swojego wesołego nastawienia. Nie patrząc na mnie, zaczęła mówić:
– Niedługo wszystko się skończy. Wystarczy, że dobrze to poprowadzicie, a los się do was uśmiechnie. – Powiedziała to szeptem tak delikatnym, że ledwo ją dosłyszałam. Zdawało się, że mówi to w dziwnym transie, ponieważ patrzyła tępo przed siebie i nie starała się mówić wyraźnie. Zwracała się do mnie, czy do swoich własnych myśli? 
Niepokoiła mnie jeszcze jedna rzecz. Nie uwzględniła w tym zdaniu własnej osoby. Czy to przez jej przeświadczenie o własnym braku użyteczności w tej wojnie? A może powód był zupełnie inny? Od teraz podejrzliwiej zaczęłam na nią patrzeć.
– Co masz na myśli? – spytałam. – Czyżby karty coś ci podpowiedziały?
Madlene najwyraźniej się zmieszała.
– Karty mówią dużo, niestety nie potrafią przesądzić o ostatecznych bitwach, które są złożeniem wielu decyzji różnych osób. Gdyby los wojen dało się przewidzieć, te nigdy by nie powstawały. To zawsze będzie jedno wielkie koło fortuny – westchnęła. – Istnieją jednak karty, które działają na korzyść wojen, podobnie jak w tej, w której uczestniczymy. – Spojrzała na mnie z udręczonym, wymuszonym uśmiechem.
– Martwisz się wynikiem tego starcia?
– Jak każdy z nas. Na szczęście istnieją środki, które mogą zapobiec tragedii. – Znowu to robiła. Patrzyła tępo przed siebie i wypowiadała słowa ze sztucznym zaangażowaniem, zupełnie jak zaprogramowana marionetka.
– Jakie środki masz na myśli? – spytałam ostrożnie.
Zarumieniła się.
– Och, to nic takiego! – Zaśmiała się odrobinę zbyt głośno i nerwowo, machając ręką z obojętnością. Zafascynowana Madelyn starała się powtórzyć ten gest, chociaż nijak jej to wychodziło. – Chodzi mi o ludzkie uczucia. W końcu w przeciwieństwie do demonów posiadamy ich całe spektrum, prawda? – spytała ze sztucznym entuzjazmem. – Poza tym karty podpowiadają pewne… udogodnienia. Kiedy pytałam co mamy zrobić – tu przymknęła na moment powieki – uznały, że mamy podążać śladami uczuć.
Uniosłam brew do góry. Ostatnie zdanie wydawało się być odcięte od rzeczywistości. Sposób w jaki wypowiadała je Madlene pozostawiał we mnie wątpliwości. Z reguły, jeżeli w śpiewającej czarodziejce drążyło się dziurę, w końcu się poddawała i mówiła w czym rzecz, podejrzewałam, że tym razem nie będzie to jednak takie łatwe. Coś ukrywała i to bardzo głęboko w sobie.
La bonne fee zajęła się swoją córką, która zaczęła cicho pochlipywać. Kiwała nią na boki i podkładała pod usta smoczek. Dziewczynka szybko się uspokoiła, widocznie wymagała po prostu więcej uwagi i zainteresowania.
Mój wzrok padł na walizkę znajdującą się w rogu pokoju. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy znajdujące się w niej rzeczy były gotowe do ułożenia w szafkach, czy gotowe na podróż w inną część miasta, ewentualnie kraju. Zazwyczaj ufałam swojej intuicji, a ona podpowiadała mi, że coś jest na rzeczy.
– Wyjeżdżasz gdzieś? – spytałam.
Madlene wyprostowała się jak kij od miotły. Zdezorientowana spojrzała w stronę walizki. Jej policzki od razu poczerwieniały.
– Ja… – zaczęła – ja… no, tak. Dzisiaj z Madelyn wybieramy się do mojej mamy. – Zaśmiała się niemrawo. – Oczyściłam swój rodzinny dom ze wszystkich swoich rzeczy i…
– Nie mówisz prawdy – powiedziałam spokojnie, upijając kolejnego łyka herbaty. Na dźwięk moich słów dziewczyna się zmieszała. – Byłam dzisiaj u twojej mamy w sklepie. Twierdziła, że połowę rzeczy wciąż masz w starym domu. – Westchnęłam ciężko. – Co się dzieje, Mad? Próbujesz coś przede mną ukryć? – Natychmiastowo przeszłam do delikatnej ofensywy. Pod gradem pytań czarodziejka potrafiła się ugiąć. Na razie wyglądała jednak tylko na zdezorientowaną. Patrzyła na mnie z otwartą buzią, nie wiedząc co powiedzieć. W jej oczach szkliły się łzy.
Pochyliłam się do przodu.
– Będę szczera. Nie przyszłam tu po żadne mikstury. Twoje przyjaciółki się o ciebie martwią. Nie chcą, żebyś znowu zrobiła coś głupiego. Wiedzą, że ostatnio celowo je unikasz. – Spojrzałam na nią znacząco, przez co odwróciła wzrok w drugą stronę. – Twoja córka miała urodzić się dopiero za dwa tygodnie, prawda? Domyślam się, że próbowałaś wywołać przedwczesny poród, bo wiesz o czymś, o czym my nie wiemy. 
Madlene zacisnęła usta i zaczęła nerwowo tupać nogą w podłogę.
– To… to nie tak, Laura – zaczęła odrobinę niepewnie, wciąż na mnie nie patrząc. – Ja… ja nie potrafię ci tego wyjaśnić, ale tak po prostu musi być. Musi. Nie ma innego rozwiązania. – Skierowała na mnie swoje zaszklone oczy.
– Jakiego rozwiązania? – Zmarszczyłam czoło.
Czarodziejka już otwierała usta, kiedy jej córka wybuchła nagłym płaczem, wtedy najwyraźniej zrezygnowała z odpowiedzeni na pytanie. Podniosła się z sofy i zaczęła kołysać małą Madelyn, udając że żadnej rozmowy między nami nie było. Postanowiłam, że nie będę jej ciągnąć za język. Nie byłam typem osoby, która na siłę będzie wyciągać z kogoś tajemnice.
– Madlene – zaczęłam na nowo z cichym westchnięciem. – Pamiętaj, że cokolwiek by się działo, nie jesteś sama i nie musisz niczego robić na własną odpowiedzialność. Karty nie zawsze przewidują przyszłość we właściwy sposób, prawda? – spytałam. Czarodziejka przybrała minę, która mogła mówić: „nie jestem tego pewna”. – Jeżeli coś się dzieje, możesz nam o tym powiedzieć, wspólnie wymyślimy rozwiązanie. Nie ma rzeczy, których nie można rozwiązać.
Dziewczyna kiwnęła tylko głową. 
Nie byłam w stanie do niej dotrzeć. Nieważne jak bardzo bym się naprodukowała w słowach, ona zbyt szczelnie zamknęła w sobie swoją tajemnicę. Jedyne co mogliśmy zrobić w tej sytuacji to ją obserwować, ponieważ nie pozostawiała nam żadnego wyboru.
Podniosłam się z sofy.
– Pójdę już, nie chcę ci przeszkadzać – powiedziałam grzecznie i posłałam jej zdawkowy uśmiech. Po tym odwróciłam się do niej tyłem i ruszyłam w stronę wyjścia.
– Laura.
Stanęłam w miejscu. Nie spodziewałam się, że chwilę później tupot stóp wytrąci mnie z równowagi. Ledwo ustałam na nogach, kiedy Madlene rzuciła się na mnie i objęła mnie ramionami. Bałam się, że dziecko, które między nami tkwiło mogło zostać zgniecione, na szczęście okazało się, że mała Madelyn leżała już na sofie, bezpieczna od czułości. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Moja koszulka w przeciągu kilku sekund zalała się łzami.
– Ja… ja tak bardzo was lubię! Ciebie i Nathiela! Nie, ja was kocham! Całym swoim sercem! – pisnęła czarodziejka. Zdziwiona poklepałam ją po plecach jak małe dziecko. Pominę oczywiście fakt, że była ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów wyższa. – I w ogóle wszystkich! Ja… ja się cieszę, że mam takich wspaniałych przyjaciół! Nigdy wam tego nie zapomnę, nigdy! Zawsze będę wam pomagać, nieważne gdzie będę i co zrobię! Chociażbym miała umrzeć, będę przy was!
– Spokojnie, Mad, przecież nikt nie umiera – szepnęłam i pogłaskałam ją po włosach uspokajająco. Na moje nieszczęście to nic nie pomogło, bo śpiewająca czarodziejka dalej płakała w najlepsze. Zdecydowanie nie wiedziałam jak poradzić sobie z taką wylewnością. – Proszę, nie płacz już, cokolwiek będzie się działo, damy sobie radę.
– Oczywiście, że damy radę! – pisnęła dziewczyna. Kiedy podniosła na mnie swoje zapłakane oczy dostrzegłam rozmazane na jej policzku i powiekach czarne plamy po tuszu do rzęs. Mimo wszystko nie wyglądała tak strasznie, jak się tego spodziewałam.
Wyjęłam z kieszeni chusteczkę i podałam ją czarodziejce. Ta odsunęła się ode mnie z wdzięcznością, choć wciąż chlipała jak małe dziecko. Jej głosowi wtórowała leżąca na sofie Madelyn.
– Naprawdę, naprawdę dziękuję za troskę. – La bonne fee dmuchnęła nosem w chusteczkę i pochyliła się ku mnie dziękczynnie, jakby składała mi hołd.
– Nie ma za co – mruknęłam na boku, nie wiedząc jak na to zareagować. – Nie chciałabym po prostu, żebyś robiła coś, czego możesz potem żałować.
– Uwierz mi, nie zrobię czegoś, czego będę żałować – dodała z płaczliwą powagą.
Kiwnęłam niepewnie głową i na sam koniec dodałam:
– Dobrze. Ufam ci.
Kiedy Madlene zdołała się już uspokoić, należycie pożegnałam się za la bonne fee. Opuściłam jej dom z obawami, które spoczęły na moim sercu. Nie mogłam się pozbyć tego przedziwnego uczucia, że coś było nie tak. Kiedy przechodziłam pod mieszkaniem czarodziejki i półdemona, ciekawość nakazała mi zerknąć w otwarte okno. Ukradkiem zobaczyłam, jak la bonne fee pakuje swoje rzeczy do walizki, robiąc to w tak chaotyczny i niepoprawny sposób, jakby naprawdę się gdzieś spieszyła. Nie chciałam się wtrącać w jej życie. Była tylko jedna osoba, która w tej sytuacji mogła ją powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego. Ta osoba pracowała ostatnio tak ciężko jak i my. 
Wyjęłam z kieszeni telefon i napisałam wiadomość:
„Wracaj szybko do domu, Madlene planuje najwyraźniej niespodziewany wyjazd. Nie martw się misją, są ważniejsze rzeczy. Laura"
***
Straciła zdecydowanie zbyt wiele czasu na pogawędki. Już dawno powinna być spakowana, już dawno powinna zadzwonić po mamę, która wzięłaby ze sobą Madelyn. Miała jeszcze zajrzeć do dziewczyn, powiedzieć każdej z nich coś miłego, napisać list Arenowi… Nic nie szło po jej myśli. Czy powinna wobec tego wszystko rzucić i po prostu stąd wyjść? Nie mogła panikować, ale ten czas się zbliżał, musiała się bardzo dobrze przygotować do tego, co miało nastąpić. Nie mogło być żadnych pomyłek, inaczej wszyscy przypłacą to życiem. Owszem, straty i tak zostaną poniesione, ale nie tak wielkie, jak los tego od nich oczekiwał. Zamierzała zatrzymać lawinę tragedii, która była im pisana.
Z szafki stojącej w kuchni zaczęła wyjmować wszystkie mikstury, które mogły się jej przysłużyć. Robiła to chaotycznie i pospiesznie, przez co jedna z fiolek stłukła się na blacie, rozlewając wkoło różany płyn. Śpiąca dotąd Madelyn na dźwięk tłuczonego szkła zaczęła cicho chlipać. Jej matka jęknęła cicho i bezradnie – nie miała teraz czasu na zajmowanie się płaczącym dzieckiem, ale nie mogła go zostawić samemu sobie. Zbliżała się pora karmienia.
Ścierając na prędkości rozweselający płyn z blatu, sięgnęła po butelkę z przygotowanym mlekiem i wraz z nią ruszyła do sypialni. Madelyn czerwona jak pomidor wydzierała się wniebogłosy, machając bladymi rączkami nad głową. Załamana czarodziejka chwyciła ją w swoje ramiona i przyłożyła butelkę do drobnych ust. To jednak nie pomogło. Czyżby jej mała następczyni wyczuła, że coś jest nie tak? Celowo chciała udaremnić jej plan?
Jęknęła donośnie. Starała się uciszyć swoją córkę kołysaniem, śpiewem, zabawą, ale to nic nie dawało, a czas upływał. Nie miała serca po prostu ją zostawić. Co powinna więc zrobić?
– Mad?
Dziewczyna zesztywniała i obróciła się gwałtownie w tył. Nie spodziewała się, że w drzwiach sypialni ujrzy zdyszanego Arena, który będzie na nią spoglądał z zaniepokojoną miną. Jego spojrzenie od razu przeniosło się na walizkę, a potem znów na czarodziejkę. Jego brwi zaczęły marszczyć się z irytacją.
– Jesteś w stanie mi to wytłumaczyć? – spytał ostrzegawczo.
La bonne fee nie wiedziała, co może powiedzieć. Arena niełatwo było oszukać.
– Wyprowadzasz się? – prychnął chłopak. Kiedy już się wściekł, trudno było go uspokoić. W tej sytuacji wcale mu się nie dziwiła. Ukrywała przed nim prawdę. Ukrywała prawdę przed wszystkimi. Chciała zniknąć bez słowa. To takie głupie i dziecinne.
– N-nie – szepnęła tak, że jej głos ledwo przebił się przez ścianę dziecięcego lamentu.
– W takim razie wytłumacz mi to! – krzyknął półdemon, rozkładając ręce na bok. – Od dłuższego czasu zachowujesz się naprawdę bardzo dziwnie. Nie chciałem nic mówić, ale mam już tego dosyć, Mad – warknął. – Nie ufasz mi? Nie jesteś w stanie powiedzieć, co cię martwi? – Aren postawił kilka kroków wprzód. Chcąc nie chcąc Madlene odsunęła się pod samą ścianę. To nie ona nakazała sobie uciekać, to jej nogi samoczynnie reagowały. Przytuliła swoją córkę do piersi, starając się ją uspokoić. – To, że masz przede mną tajemnice naprawdę boli.
Czarodziejka zacisnęła usta w wąską kreskę. Tak bardzo chciała mu o wszystkim powiedzieć… wiedziała jednak, że aby ją zatrzymać, mógłby uciec nawet do zamknięcia jej w piwnicy. Widziała tylko jedno rozwiązanie, tylko jedną drogę ucieczki.
– Mad, proszę. – Aren był już prawie naprzeciw niej. Teraz spoglądał na nią z bezradnością malującą się w pochmurnych oczach. Tak bardzo chciała, aby te ciepłe ręce, które gładziły ją nocami po włosach chwyciły ją teraz za policzki. Chciała, żeby to wszystko okazało się okrutnym snem, żeby życie dalej pędziło swoim zwyczajnym torem. Założenie rodziny było marzeniem, z którym teraz będzie musiała się pożegnać.
Przymknęła oczy i wzięła cichy wdech. W głowie powtarzała sobie, że musi to zrobić, inaczej Aren będzie cierpiał. To tylko i wyłącznie dla jego własnego dobra. Tylko. 
– Madlene? – usłyszała cichy głos.
– Przepraszam, Aren – szepnęła.
Sypialnia w ułamku jednej sekundy zmieniła swoją barwę. Wyglądała tak, jakby ktoś nałożył na nią delikatny efekt sepii. Zaniepokojony półdemon rozglądnął się po pokoju. Wiedział, że to czary, nie wiedział tylko czemu miały służyć. Spoglądał na czarodziejkę z niepewnością. Próbował postawić jeszcze jeden, ostrożny krok w jej stronę, ale na nic zdały się jego próby. Stopy przyrosły mu do podłogi. Nie był w stanie zrozumieć tego, co się dzieje. Dlaczego Madlene go zniewoliła? Dlaczego jej oczy zaszły łzami, a usta szeptały wciąż i wciąż to jedno słowo, oznaczające przeprosiny? Co ona planowała zrobić? Coraz bardziej go przerażała. Czy straciła zdrowe zmysły? 
– Cokolwiek próbujesz zrobić, Mad, nie powi…
– Zapomnij mnie.
Aren zesztywniał. Jego serce szybciej zabiło z niepokoju. Nie zdążył jednak dopytać się o co chodzi. w pomieszczeniu rozbrzmiała się piosenka, której już pierwsze nuty wdarły się do jego głowy, powodując silny ból. Syknął i chwycił się za nią, patrząc spode łba na swoją dziewczynę, której nie poznawał. Czy ona próbowała go zabić? Uszkodzić? Unieszkodliwić? Słowa piosenki zaczęły go przerażać, podobnie jak efekt, które wywoływały. Madlene nigdy nie śpiewała w taki sposób. Wszystkie jej piosenki były przepełnione radością, nie bólem jak teraz.

Zapomnij mnie, usuwam się w cień,
Wspomnienia i myśli w popioły zmień,
Niech wiatr uniesie moje błaganie,
Obudzisz się sam, gdy dzień nastanie,

Chłopak nie mógł wytrzymać bólu, który wżynał się we wszystkie jego komórki mózgowe. Próbował uchwycić się najbliżej stojącej szafki, ale nie zdążył do niej dotrzeć – siła nieznanej pieśni powaliła go na kolana. Obraz wirował mu przed oczami z prędkością pędzącego po torach pociągu, był bliski od tego, aby pozbyć się całej zawartości żołądka. Jego błędnik oszlał. 
Był bezsilny. Ciało powoli stawało się ciężkie i bezwładne. W pewnym momencie nie mógł już ustać. Kiedy upadł już na podłogę, wyciągnął rękę, tylko… do czego lub kogo? Wkoło panowała pustka.

Zapomnij o wszystkim, co nas łączyło
Żyj dniem dzisiejszym, nie tym, co było,
Zostawiam uczucie i cząstkę duszy w niej,
To dla niej się poświęć i serce w dłoniach miej

Madlene spojrzała ze łzami w oczach na swoją córkę, która przysłuchiwała się tej tajemniczej piosence. Na zakończenie pogłaskała ją po brązowych włoskach i posłała jej bezradny uśmiech. Dziewczynka go odwzajemniła, nieświadoma tego, co tak naprawdę się dzieje. Jej matka uklęknęła przy ojcu i dotknęła chłodną dłonią jego policzka. Pochmurne oczy spoglądały na nią nietrzeźwo, jakby w ogóle jej nie dostrzegały. Mimo wszystko starała się uśmiechać.

Będę cię kochać, nieważne gdzie odpłynę,
Przyjmij ciężar słów, ja zaś przyjmę winę,
Nie odchodzę na zawsze, wiatr moją duszę niesie,
Niech czar tego zaklęcia do góry się wzniesie

Ostatnie słowa wypowiedziała jękliwym szeptem. Nie wytrzymała napięcia i wybuchła głośnym, dziecięcym płaczem. Kiedy zabrała dłoń z policzka chłopaka, ten bezwładnie opadł na podłogę. Dopiero wtedy kolory codzienności ożywiły przyciemnione pomieszczenie. Mała Madelyn spoglądała na swoją matkę z niknącym uśmiechem na ustach, zamieniając go stopniowo w rozpacz pełną niezrozumienia. Już po chwili w sypialni rozległ się podwojony lament. I nikt nie mógł na niego zareagować.
– Jestem najgorszą matką pod słońcem, Madelyn! – zapłakała czarodziejka, tuląc do swojej piersi niemowlaka. Bezustannie głaskała go po główce i plecach. – Wcale nie chcę was zostawiać! To nie była moja decyzja! – zawodziła, kołysząc burzliwie dzieckiem.
Mała la bonne fee zrobiła się cała czerwona od płaczu. Zaciskała piąstki i wymachiwała nimi na wszystkie strony, jakby chciała powstrzymać swoją matkę od niechybnej ucieczki. Taka mała istota nie miała jednak fizycznej siły przebicia. Mogła tylko płakać.
– Przepraszam, naprawdę przepraszam – szeptała Madlene. W stronę dziecięcego łóżeczka szła możliwie wolno. Nie chciała rozstawać się z órką, a tym bardziej nie z Arenem. Niestety, słowa padły, nie mogła już cofnąć zaklęcia, tak samo jak nie mogła cofnąć swojej decyzji. To koniec dla niej, ale zupełnie nowy początek dla nich. Razem na pewno sobie poradzą.
La bonne fee ułożyła delikatnie córkę na poduszce. 
Nadszedł już czas. Lada moment reszta czarodziejek dowie się o jej występku, nie powinno jej tu wtedy być., w przeciwnym razie nigdy nie dopełni swojej samozwańczej misji. 
– Zaufaj światłu dnia – szepnęła na pożegnanie do Madelyn, która na dźwięk tych słów przestala lamentować. Teraz z cichym pochlipywaniem wpatrywała się w swoją matkę. Znała te słowa, znała tę piosenkę, słyszała ją co noc, w końcu to przy niej usypiała. Czy wobec tego powinna płakać? Znana kołysanka niosła ze sobą kojącą moc, która miała towarzyszyć jej już do końca swoich ledwo rozpoczętych dni. 
Czarodziejka ze łzami w oczach zaczęła stawiać powolne kroki ku wyjściu. Do samych drzwi patrzyła na łóżeczko, w którym leżało jej jedyne dziecko. W myślach powtarzała: poradzisz sobie, poradzisz, poradzisz. Może nie znała dokładnej przyszłości Arena i Madelyn, ale karty były wobec nich łaskawe. Ufała, że będą wiedli spokojne życie. W zamian za jej własne, które zamierzała poświęcić dla dobra ludzkości. Dla ich dobra.
Niebawem w pomieszczeniu zapanował spokój.