niedziela, 11 marca 2018

[TOM 3] Rozdział 49 - "Nieproszeni goście"

Wow, nie wierzę, że po dwóch miesiącach wreszcie zebrałam się do kupy i postanowiłam dokończyć ten rozdział. Przy okazji... Na początku lutego minęły 4 lata WCNa na blogu. Wow, to kupa czasu. I oczywiście gdyby nie Cleo, to bym o tym nie pamiętała. Spóźnione wszystkiego najlepszego dla WCNa! Obym w końcu je skończyła i aby nigdy nie zniknęło z mojego chłodnego serduszka!
Ogólnie to chciałam go zadedykować Oli, bo jest moim epickim korektorem i poświęca swój czas, żeby zerknąć do poprawianych rozdziałów. Tym razem zerknęła nawet do WCSa, bo nie byłam pewna, czy po takim czasie będę w stanie napisać coś... w miarę dobrego. Jak się okazuje, nie jest tak źle. Nie wiem czy kolejny rozdział pojawi się za tydzień, bo podejrzewam, że będzie długi, ale może mi się uda skończyć go na czas.  
***
– No hej, dawno się nie widzieliśmy.
W pomieszczeniu zaległa cisza. Przerwała ją dopiero Patricia, która zerwała się do biegu i rzuciła z głośnym piskiem na osobę, o którą nie tak dawno się martwiła – uwiesiła się na jego szyi i mocno przytuliła, wyjątkowo nie przejmując się resztą zgromadzonych osób. Z reguły starała się nie pokazywać czułości, którą obdarzała nielubianego przez nas wszystkich demona. Poniekąd się cieszyłam, że nie ma tutaj Nathiela. Skomentowałby to w odpowiedni dla siebie sposób.
Widziałam, jak wszystkie la bonne fee, niczym magiczna armia wystawiają ręce w kierunku nowoprzybyłego zespołu, którego nie powinno tutaj być. W końcu kto spodziewał się całego składu demonów w siedzibie, która powinna być chroniona przez silne zaklęcie? Skoro oni dostali się tutaj bez problemu, to znaczyło, że i nasi nadrzędni wrogowie mogli się tutaj dostać.
– Spokojnie – odezwała się Patricia, spoglądając na swoich popleczników. – Oni są… są niegroźni. I najwyraźniej chcą nam pomóc – zaśmiała się niemrawo, jakby sama w to nie wierzyła. Bo o ile ufała swojemu ukochanemu, tak z resztą jego byłych towarzyszy miała niemały problem.
– Tobie mogę pomóc, im nie mam zamiaru – burknął niezadowolony Soriel Auvrey, dumnie wypinając swoją pierś. Teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przypominał swojego młodszego brata. – Jestem tu tylko po to, aby ktoś chronił mój tyłek, kiedy ja będę zabijał człowieka, którego za cholerę nie nazwę ojcem. – Posłał uroczy uśmiech w kierunku naszego zgromadzenia.