niedziela, 11 czerwca 2017

[TOM 3] Rozdział 28 - "Zaklinacz"

Pisząc ten rozdział zdałam sobie sprawę z tego, że Laura i Nathiel mają po 28 lat. Tak mnie to zszokowało, że wydałam z siebie okrzyk zdziwienia. Tak, zdążyłam już o tym zapomnieć.
No, to mamy taką pewną fantazję na temat Deana. Jest też trochę innych bohaterów, ale głównie wątek toczy się wokół Deana i Sapphire. I pomyśleć, że całą tę reverentyjską historię miałam zamknąć w jednym rozdziale (wg. rozpiski), ale tak to jest, jak rozpiska z nagła znika, robisz ją od nowa i już niczego nie pamiętasz. Przyznaję się bez bicia, wiele wymyślam na bieżąco, dlatego zamiast opisu w jednym rozdziale, mamy rozbudowaną historię w kilku. 
***
Idzie tu, idzie tu, idzie tu.
Czuła to wszystkimi swoimi wyostrzonymi zmysłami. Jego lawendowy zapach, jego niepewny chód, głęboki, łagodny głos i oczy czujnie przyglądające się nowemu światu. To był jej Dean. Usłyszał ją.
 Plunęła krwią w cień na potwory, które na nią polowały, dłonią otarła z policzków łzy, rozcierając przy okazji strużkę szkarłatu po swojej twarzy – wyglądała, jakby celowo stworzyła barwy bojowe na wojnie, której początkowo nie spodziewała się wygrać. Vail Auvrey powiedział, że w końcu oszaleje jak Delirth i będzie błagać o śmierć. Wcale nie musiała o nią błagać. Chyba zapomniał o tym, że ma słabszą odporność niż zwyczajne demony – posiadała ludzką krew. Wszystko, co działo się w świecie mentalnym, w jej własnej głowie opętanej przez truciznę, rzutowało na rzeczywistość. Kiedy ktoś ją ranił, jej ciało doznawało rzeczywistych obrażeń. Wystarczyło, że się wykrwawi, może wtedy nawet nie zdąży oszaleć.
Spojrzała w górę i dostrzegła zmieniający się na nowo krajobraz. Od góry zalała ją barwa nocnego nieba zmieszana z jaskrawą żółcią, rażącą ją w oczy. Na chwilę straciła czujność i przymknęła powieki – nie mogła znieść blasku, który ją oślepił.
Kiedy demon posiada wystarczająco dużo energii potencjalnej, jest w stanie kontrolować swoje myśli, kiedy słabnie – to myśli przejmują nad nim władzę. Trujący Las, w którym ją uwięziono, odbierał jej trzeźwość umysłu. Po kilku godzinach była już tak osłabiona, że oddała się losowym wizjom, próbującym ją zabić. Potrafiła tylko uciekać, wszelaki upór myślowy niczego nie dawał, czuła się jeszcze bardziej osłabiona z powodu próby przejęcia kontroli nad sytuacją, co nie ułatwiało jej walki.
Ciężka jak skała dłoń uderzyła ją w szczękę, a potem kopnęła prosto w brzuch. Wylądowała twardo na plecach, tracąc całe powietrze w płucach. Myślała, że jeszcze chwila i się udusi, ale czyjaś dłoń podniosła ją za przód podartej sukienki i tak nią potrząsnęła, że natychmiastowo odzyskała kontrolę nad własnym ciałem. Spojrzała znad przymrużonych powiek na postać, która trzymała ją w swoich objęciach. Zdziwiła się, kiedy zobaczyła własną osobę.
– Jego tu nie ma – syknął jej sobowtór i zaśmiał się kpiąco. – To tylko twoja wyobraźnia.
Sapphire otarła usta z krwi i uśmiechnęła się ironicznie.
– Nie ufam własnej osobie, a co dopiero mojemu sobowtórowi – prychnęła. – Przyjdzie tu. Nie potrzebuję na to dowodów. Cała Reverentia krzyczy o jego przybyciu, nie zagłuszysz tego swoimi wizjami. – Sapphire wybuchła głośnym śmiechem. 
– Przekonamy się. – Jej klon rzucił nią na posadzkę.
Ledwo widziała na oczy. Szkarłatna barwa zalała jej szmaragdowe oczy. Różowe włosy zaczęły jej się dwoić w oczach. Już po chwili z jednego sobowtóra powstało ich dziesiątki, a każdy z nich dzierżył w ręku nóż. To nie zapowiadało niczego dobrego.
Czyżby miała skończyć szybciej niż przypuszczała?
***
Dean wyprostował się gwałtownie i potarł ramiona, które z nagła zaatakowała gęsia skórka. Zamrugał kilka razy oczami i rozglądnął się wkoło z taką niepewnością, jakby oczekiwał, że zaraz ktoś na niego wyskoczy z krzaków. Wcześniej szedł spokojnie i przyglądał się wszystkiemu z zainteresowaniem, skąd ta nagła zmiana?
 Spojrzałam na niego badawczo, a on od razu pochwycił moje spojrzenie. Posłał mi uspokajający uśmiech.
– Wszystko w porządku? – spytałam.
– Tak. Po prostu miałem takie dziwne wrażenie, że… – przerwał i spojrzał w reverentyjskie niebo. – To głupie, możesz uznać mnie za szaleńca, ale… myślę, że Sapphire wie, że tu jestem.
– Nie mam zamiaru nazywać cię szaleńcem, Dean. Sapphire potrafi przekazywać wiadomości na wielkie odległości – odpowiedziałam spokojnie.
– A potrafi przesyłać wiadomości między światami?
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
– Nie jestem specjalistą z dziedziny mocy mentalnej, ale myślę, że to mało prawdopodobne.
Dean kiwnął głową, a potem powrócił do badania wzrokiem Reverentii. Kiedy przyglądałam się profilowi jego twarzy, miałam wrażenie, że patrzę na dziecko zafascynowane Disneylandem. Chłopak starał się być poważny, w końcu nie była to błaha misja, ale nie mógł ukryć zachwytu krainą demonów. Reverentia była piękna, a nawet jeśli nie piękna to po prostu inna – charakteryzowała ją odmienność barw. U nas wszystkie rośliny miały zielone liście, tu można było dostać zawrotu głowy od ciemniejszych tonacji przeróżnych kolorów. Jeszcze zdoła przekonać się o tym, że ta kraina nie jest taka piękna, na jaką wygląda. Tu wszystko mogło cię zabić, nawet rośliny.
Naszym celem było dotarcie do wielkiego karmazynowego drzewa o niebieskich liściach, znajdującego się na wschód od zamku demonów. To tam mieliśmy spotkać się z półdemonami, które zrobiły dla nas rozeznanie. Dzięki ich szpiegom będziemy mogli bez problemu dostać się do zamku ukrytym korytarzem. Mają również przekazać nam informację o tym, co stało się z młodymi demonami należącymi do departamentu. Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążyli.
Spojrzałam na Nathiela, który marszczył czoło i robił dziwnie obrażony dzióbek z ust. Ręce miał założone na piersi, a brwi ściągnięte. Był na wszystkich obrażony. Nieźle mu się dostało od Sorathiela za to, że przywołał tutaj Deana, który swoją drogą przyczepił się do nas jak rzep. Próbowaliśmy odesłać go do domu, ale on się uparł, że idzie po Sapphire. Z jednej strony wcale mu się nie dziwiłam. Gdyby to Nathiel był zamknięty w Reverentii, ja sama chciałabym po niego iść, tyle, że Dean nie wiedział zupełnie nic o świecie demonów. Nie umiał nawet walczyć. Nie potrafiłam go sobie wyobrazić jako potencjalnego członka Nox – miałam nadzieję, że Sorathiel nie będzie rozważał, czy przypadkiem go do nas nie zwerbować. Dean to dobry i miły człowiek, ale to byłoby na tyle. Myślę, że nawet nie był świadomy tego, co może go tu czekać, a wielokrotnie podkreślaliśmy, że może nawet zginąć. Nie obchodziło go to. Niech mi ktoś teraz powie, że Sapphire jest dla niego tylko i wyłącznie przyjaciółką, a w to nie uwierzę.
Deanowi kazaliśmy trzymać się z tyłu, oczywiście rola jego opiekuna została powierzona mi. Dlaczego czułam się, jakbym pilnowała dziecko? Co prawda był ode mnie młodszy o jakieś osiem lat, ale to nie czyniło z niego małolata. Może to sam fakt rozkazu pilnowania go dostarczał mi takiego wrażenia?
Spojrzałam na mojego podopiecznego, który trzymał na dłoni jakieś małe, błyszczące i fioletowe zwierzątko. Najpierw się wzdrygnęłam, w końcu nie można być pewnym czy fauna Reverentii nie zrobi ci krzywdy, potem spojrzałam na nich podejrzliwie. Dean do niego przemawiał. Głaskał go palcem po pierzastej głowie i całym ciałku zakończonym smoczym ogonem, a ten piszczał jak mały czajnik i przymilał się do jego dłoni. Dean się uśmiechał.
Co z nim było nie tak? Naprawdę nie czuł strachu?
– Nie powinieneś go dotykać – odezwałam się.
– Nie sprawia wrażenia kogoś, kto zrobi mi krzywdę. – Dean uśmiechnął się szerzej. Potem zmarszczył czoło i pochylił głowę nad fioletowym stworkiem, jakby nasłuchiwał, co do niego mówi. Zaraz będę musiała zmienić zdanie i nazwę go świrem. – Ach, rozumiem. – Tak, Dean jest świrem, rozmawia ze zwierzętami i to w Reverentii. – W takim razie leć i mi ich pokaż! – dodał zadowolony. Kiedy fioletowy zwierzak zleciał z jego dłoni i poszybował w las, mało nie rozdziawiłam ust.
– Czy ty z nim rozmawiałeś? – spytałam.
– Tak. Nie słyszałaś naszej rozmowy? – zdziwił się.
– Słyszałam tylko ciebie.
– Czy to oznacza, że jest coś ze mną nie tak? – Dean wyglądał na niepewnego.
– Chciałabym sądzić, że nie.
Chłopak już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy z lasu wyleciała zgraja fioletowych stworów – każde z nich usiadło na Deanie, dwa na jego ramionach, jeden mniejszy na głowie, a trzy na dłoniach.
– Och, pokaźną masz rodzinę – zaśmiał się, a cały rój stworów zaświergotał swoim czajnikowym piskiem. Może z Deanem było wszystko w porządku? Po prostu potrafił dogadywać się z tutejszymi zwierzętami. Czy nikt tego nie zauważył, oprócz mnie?
Rozglądnęłam się i napotkałam podejrzliwe spojrzenie Marthy. Spoglądała badawczo na Deana, ale w momencie, kiedy to ja na nią popatrzyłam, jej wzrok padł na mnie. Nie musiałam mówić, żeby podeszła – zrobiła to sama. Wyczułam, że ma na ten temat jakąś teorię. Zrównałyśmy krok i pozwoliłyśmy cieszyć się Deanowi rozmową z dziwnymi zwierzętami Reverentii w spokoju. Dialog przeprowadziłyśmy szeptem.
– Co o tym sądzisz? – spytałam.
– Już kiedyś ci wspominałam, że jest w nim coś dziwnego – odezwała się Martha. Zmarszczyła czoło. – To ma coś wspólnego z jego wskaźnikiem energii potencjalnej. Może mieć jakiś szczególny rodzaj energii, co zdarza się niezwykle rzadko, ale jednak. Pamiętasz co demony mówiły o twojej matce?
– Że jest feniksem, bo jej cień płonie – odpowiedziałam i spojrzałam niepewnie w stronę cienia Deana. Nie byłam pełnokrwistym demonem, nie dostrzegałam więc różnicy, to samo było przecież przy Calanthe. – Jeżeli natkniemy się na demony, będzie prawdopodobnie pierwszą osobą, za którą się wezmą – dodałam szybko.
Martha kiwnęła głową. Widziałam, że marszczy czoło. Znów była poirytowana. Czasami wolałam ją w wersji bardziej spokojnej.
– Czy ty też w jego obecności czujesz się… nie wiem jak to nazwać. – Spojrzała w stronę nieba. – Winna?
Jeżeli się nad tym zastanowić, to była prawda. Było w oczach Deana coś takiego, co wyłaniało z twojego wnętrza wszystkie grzechy, zupełnie, jakby miało się do czynienia z kimś tak czystym, że samo przebywanie w jego towarzystwie cię zawstydzało. Ale Dean też popełniał błędy, miał tyle grzechów w sobie, ile normalny człowiek. Skąd więc to wrażenie? Na dodatek to nie wszystko, co odczuwało się przy tym dziwnym chłopaku.
– Tak – odpowiedziałam krótko. – I równocześnie spokojna.
– Jakby był jakimś narkotykiem, który uspokaja ludzi, prawda? – spytała z krzywym uśmieszkiem.
Kiwnęłam głową. Może coś w tym tkwiło. Może Dean nie umiał stosować magii, ale mógł mieć szczególne, ludzkie na swój sposób zdolności, tak jak moja matka. Calanthe sprawiała, że każdy czuł wobec niej respekt, a demony się jej bały, większość ludzi czuła się jednak przy niej bezpieczna. Z Deanem było odrobinę inaczej – rozsiewał spokój, koił nerwy, ale jednocześnie coś wewnątrz ciebie sprawiało, że jesteś niespokojny, jakbyś miał coś do ukrycia.
– W takim razie to musi działać nie tylko na ludzi, ale również na demony i inne stworzenia – odpowiedziałam spokojnie, patrząc w stronę zadowolonego Deana, do którego małe stwory wręcz się pchały. Może to jest właśnie odpowiedź na to, dlaczego Sapphire go nie zaatakowała? Ona też to czuła.
Doszliśmy do wielkiego drzewa w ciszy. Stała tam już gromada naszych sojuszników. Zdziwiło nas, kiedy zobaczyliśmy dwa związane demony z departamentu – Raidena i Riela. Obydwoje byli nieźle poharatani, Raiden miał zamknięte oczy, a więc podejrzewałam, że był nieprzytomny. Półdemony nie lubiły ckliwych powitań, dlatego od razu przeszliśmy do konkretów.
– Znaleźliśmy ich w lesie – odezwał się Nick, przywódca półdemonów. – Będą wam potrzebni?
Sorathiel zmierzył ich od góry do dołu.
– To się okaże – odpowiedział. – Czego się dowiedzieliście?
– Syn Vaila Auvreya jest zamknięty w lochach. – Reszty nie musiał dopowiadać. Wszyscy wiedzieliśmy, gdzie wobec tego powędrowała Patricia. – Kiedy tam byliśmy, w zamku panowało poruszenie. Mogło być wywołane bezpośrednim natarciem jednej z la bonne fee na siedzibę demonów. Nie wiemy co się z nią stało.
Alex i Martha wymieniły znaczące spojrzenia, ale żadna z nich niczego nie powiedziała. Nick zamierzał kontynuować swoją wypowiedź, ale zanim zdołał otworzyć usta, przez członków Nox przepchał się oblegany przez fioletowe stwory Dean. Przeklęłam pod nosem i poszłam w ślad za nim.
Co on do cholery wyprawiał?
Półdemony wstrzymały dech i spojrzały na niego zszokowane. Podzieliliśmy się w tym momencie na dwa obozy – my, członkowie organizacji, którzy kompletnie nie rozumieli reakcji półdemonów i półdemony, u których widok Deana wywołał szok – kilkoro z nich nawet się cofnęło. 
Nastała cisza.
– Gdzie jest Sapphire? – spytał niepewnie chłopak.
Żaden z naszych demonicznych sojuszników nie odpowiedział, za to Riel uniósł do góry głowę.
– Trujący Las – odpowiedział, wskazując palcem na wschodnią część Reverentii. Uśmiechał się słabo, ale nie było w tym uśmiechu ani grama kpiny, prędzej zmęczenia. – Spotkał ją o wiele gorszy los niż nas. Może już nie żyć, ewentualnie oszalała.
Dean zesztywniał i zacisnął pięści. Fioletowe stwory uleciały w górę, jakby wyczuły niepokój chłopaka. Półdemony odetchnęły z ulgą. Nie rozumiałam ich zachowania.
– O co wam chodzi? – spytał bezpośrednio Nathiel, spoglądając to na nich, to na Deana. Zrezygnował z miny obrażonego dziecka, zamiast tego przybrał maskę niezadowolenia i niezrozumienia.
 – To zaklinacz – odezwał się Nick. Zazwyczaj był spokojny, ale nawet mu zadrżał w tym momencie głos. – Jego cień. – Wskazał na niego. – Musisz to widzieć, jesteś demonem – zwrócił się do Nathiela.
Auvrey zmarszczył czoło i spojrzał w stronę cienia Deana. Długo wytężał wzrok aż w końcu odskoczył.
– I co? – spytał Nick.
– No, nic. Odskoczyłem, bo jakiś robak chciał się na mnie wspiąć – mruknął niezadowolony.
Miałam ochotę trzepnąć Auvreya w ten pusty łeb, na szczęście mój zamiar przerwał inny półdemon, który postanowił zawrzeć głos w tej sprawie. Do tej pory nie widziałam go nawet na oczy, a co dopiero słyszałam.
– Jego cień faluje jak wasz ludzki ocean – powiedział głębokim, ale niezwykle spokojnym głosem. – Istnieje mało osób o wysokim wskaźniku energii potencjalnej, istnieje jeszcze mniej, których cień przybiera jakiś kształt. Płynący cień jest oznaką tych, którzy potrafią poskramiać.
– Kogo? – spytał nierozumnie Nathiel.
– Wszystkich. Dlatego staramy się nie spożywać takich cieni.
Domyślałam się, że mogło chodzić o „smak” takiego cienia, bądź też o jego zbyt wysoki wskaźnik, co utrudnia spożywanie i nie jest dla demonów przyjemne. Tak więc się myliliśmy. Dean wcale nie będzie spożyty w pierwszej kolejności przez naszych wrogów, będą go raczej omijać szerokim łukiem. Czy to powód strachu demonów wobec mojej matki? Czy ona też poskramiała reverentyjskie potwory? A może wręcz przeciwnie – odstraszała je?
Spojrzałam w bok, próbując odnaleźć Deana, ale go nie dostrzegłam. W tym samym czasie Nick powrócił do poprzedniego tematu rozmowy i zaczął opowiadać o tym, gdzie znalazł Riela i Raidena. Zaniepokojona zaczęłam przedzierać się przez członków Nox. Dopiero gdy minęłam Andi wpatrującą się w Aleca jak zaczarowana, dostrzegłam uciekającego w las Deana. Najwyraźniej wykorzystał chwilę naszej nieuwagi i uciekł.
Przeklęłam pod nosem. Wiedziałam, że to nie jest odpowiednia chwila, ale musieliśmy działać szybko.
– Dean uciekł do Trującego Lasu – odezwałam się.
Między Nox a półdemonami zaległa cisza. Słyszałam jak ktoś przeklina, najprawdopodobniej był to Nathiel. Nasz szef zareagował szybko. Najwyraźniej dowiedział się już wszystkiego, co było mu potrzebne do zorganizowania dalszej części misji.
– Laura, Andi, Martha i ja pójdziemy za Deanem, reszta niech kieruje się za Nickiem do lochów zamku. Weźcie ze sobą Riela – powiedział w pośpiechu. – Jeśli mogę was prosić, przypilnujcie Raidena. – Zerknął ukradkiem na półdemony. – Wrócimy po niego.
Młody demon spojrzał przerażony na Sorathiela.
– Ale… chyba nie zostawicie mnie w zamku? – spytał.
– Pójdziecie z nami do świata ludzi – mruknął. – Spotkamy się pod tym drzewem. – Sorathiel machnął ręką do drugiego zespołu i ruszył z nami w stronę lasu.
Jeszcze się zastanowię, co zrobię Deanowi, kiedy go dorwę.
***
Nie miał pojęcia co robi. Nawoływanie Sapphire stało się tak intensywne, że rozbolała go od tego głowa. Nie słyszał już niczego poza jej głosem – im bliżej był miejsca docelowego, tym stawał się wyraźniejszy. Nie mógł bezczynnie stać, kiedy działo się jej coś złego. Czuł, że Sapphire cierpiała, chć nie wiedział co i kto jej szkodzi. Gdyby zaproponował pójście po nią Nox, zapewne nie zgodziliby się na to – ich pierwotny plan odnosił się do tego, aby odzyskać jedną z czarodziejek. Demonami mieli zająć się potem, nie byli priorytetowi. Sapphire nie przeżyłaby tyle czasu, dlatego postanowił sam ją uratować. Wiedział, że może sobie nie poradzić, wiedział, że może wyrządzić więcej szkód niż pożytku, ale kto inny miał jej pomóc? Dla Nox nie miała większego znaczenia, byłoby łatwiej, gdyby po prostu umarła, nikt by za nią nie płakał, prawda? Miała tylko jego. Nieważne było to, że nic nie wiedział o tym świecie.
Początkowo biegł między dziwnie kołyszącymi się drzewami, potem musiał zwolnić, ponieważ las stawał się coraz bardziej gęsty. Odnosił wrażenie, że to flora krainy demonów starała się go przytłoczyć, powstrzymać przed dotarciem do źródła, ale on nie zamierzał się wcale poddawać. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął nóż, który zabrał w biegu z kuchni, zaczął torować sobie drogę. Drzewa nie wydawały się być tym faktem zadowolone, dlatego już po chwili zaczęły się rozrzedzać, jakby przed nim uciekały – z zaklinaczem nie było żartów.
Na drodze Deana pojawiły się ciernie przypominające ogromne węże z kolcami, układające się pod nogami tak, aby ktoś celowo w nie wdepnął i zrobił sobie krzywdę. Otaczały drzewa, trawy i całą okolicę, a im dalej się zapuszczał, tym trudniej było mu się przemieszczać. Kroki stawiał ostrożnie, chociaż nie uniknął zranień. Już po kilku minutach jego spodnie wyglądały jak podziurawiony latawiec z wstęgami materiału fruwającymi na wietrze – ich kolor zlewał się z krwią, która skapywała na ciernie.
Powietrze nagle stało się gęste, jak w środku dżungli. Dean musiał brać coraz to głębsze oddechy. Na dodatek kręciło mu się w głowie. Tylko na chwilę przystanął, aby przyjrzeć się swoim ranom. Przez myśl mu przeszło, że ciernie mogły być zatrute. Może w rzeczywiści powietrze wcale nie jest gęste, taki efekt mogła też dawać trucizna.
Przełykając ślinę, pospieszył krok. Bał się, że mógł ominąć miejsce docelowe, ponieważ nawoływanie Sapphire stawało się coraz cichsze i spokojniejsze, ale zaufał swojej intuicji i brnął dalej przed siebie.
Ta dramatyczna sytuacja go zadziwiała. Czuł się jak w jakimś niesamowitym śnie, gdzie mógł grać zupełnie inną osobę – osobę, która niczego się nie boi, choć tak naprawdę mogłaby w każdej chwili zginąć. Miał dziwne wrażenie, że zaraz się obudzi, ale nic takiego się nie działo. Choć nieprawdopodobny, to wciąż był prawdziwy obraz zdarzeń.
Dean ostatni raz przeciął gruby cierń i sprawił, że usunął mu się z drogi. Musiał przystanąć, chwycić się za kolana i pochylić ku dołowi. Łapał powietrze, choć ledwo oddychał. Wiedział, że jeżeli dalej tak pójdzie, niczego nie osiągnie. Może niepotrzebnie porywał się z motyką na słońce? Może wystarczyło porozmawiać z członkami Nox? Nie, nie wydawali się pozytywnie do niego nastawieni, uważali go za balast. Jego zdanie nie miałoby siły przebicia.
Nad jego głową coś zapiszczało, wtedy zdał sobie sprawę, że to te same fioletowe stwory, co wcześniej. Uśmiechnął się słabo na ich widok. Zataczały wokół niego koło i zanosiły się radosnymi okrzykami. Chciały czegoś od niego?
– Coś się dzieje, moi mali przyjaciele z Reverentii? – spytał.
Jeden smokopodobny stwór wylądował mu na ramieniu i zapiszczał wesoło w swoim języku.
– Och, naprawdę możecie mi pomóc? – spytał uradowany Dean. – Będę wam wdzięczny!
Malec wzbił się w powietrze i razem ze swoimi kompanami zatoczył wielki krąg wokół drzew i cierni – dopiero po chwili Dean dostrzegł, że zostawiają za sobą smugi błękitnego dymu. Zwierzaki zdawały się dobrze bawić – robiły piruety, chichotały się i tańczyły na niewidzialnym wietrze. Ciernie i drzewa zaczęły uciekać przed dymem, który dla Deana pachniał jak trawa cytrynowa. To był naprawdę miły zapach. Ciekawe dlaczego flora Reverentii przed nim uciekała?
Chłopak pomachał swoim towarzyszom i głośno im podziękował za oczyszczenie drogi. Kiedy szybowały ku górze, obserwował ich uważnie jak matka wypuszczająca swoje dzieci z gniazda. 
Ruszył do dalszej drogi. Rozglądając się na boki dostrzegł, że błękitny pył osiadł na roślinach, które stały się sflaczałe. Najwyraźniej dym, który rozsiały fioletowe stwory, był dla nich trujący.
Nie wiedział ile przeszedł już drogi, ani ile czasu spędził w tej przedziwnej krainie, na szczęście nie szedł w nieskończoność. Już po kilkuset krokach dosłyszał bolesne jęki dochodzące zza drzew. Od razu przyspieszył krok. Wiedział, że jest na miejscu.
– Sapphire! – wykrzyknął i rzucił się do biegu. Potykał się o własne nogi i ciernie, nabawił się kolejnych krwawych rys na nogach, ale nie przejmował się tym. Miał teraz jeden cel.
Kiedy wybiegł na polanę otoczoną ciernistą kopułą, wstrzymał dech. Nie spodziewał się ujrzeć swojej przyjaciółki w takim stanie. Miała podartą i zakrwawioną sukienkę, poharatane ręce, nogi i twarz, jej włosy wplątały się w ciernie, które otaczały ją zewsząd, mocno trzymając w swoim uścisku – nie chciały jej puścić i to tylko dzięki nim wciąż była w pozycji pionowej. Jej głowa była przechylona w prawą stronę. Choć twarz zasłaniał długi kosmyk różowych włosów, wyraźnie było widać, że ma zarumienioną i mokrą od łez twarz. Powieki miała mocno zaciśnięte, a jej ciało rzucało się słabo na wszystkie strony, jakby chciało uwolnić się z koszmaru, który ją dręczył.
Dean nie miał wątpliwości co do tego, że demon, którego Sapphire się bała zastosował na niej jeden z najgorszych możliwych dla niej kar – musiał ją zamknąć w jakimś koszmarze, w którym walczyła ze wszystkich sił.
Z jej czoła pociekła kolejna strużka krwi. Wtedy Dean zdał sobie sprawę z tego, że Sapphire jest raniona przez coś niewidzialnego.
Podszedł do niej ostrożnie. Próbował rozciąć grube ciernie zwykłym nożem kuchennym, ale to nic nie dawało, wciąż pozostawała uwięziona. Patrzył bezradnie na jej twarz i szeptał bezustannie, że nie ma się czego bać, bo zaraz ją uwolni, ale ona nawet na chwilę się nie uspokoiła. Teraz nie miał już co do tego wątpliwości – jej głos całkowicie ucichł, bo nie miała już sił, aby go wołać. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że tutaj jest.
Co miał zrobić? Przecież był tylko człowiekiem. Nie posiadał żadnych mocy superbohatera, nie był nawet łowcą walczącym z demonami, co on tak naprawdę wiedział? Nic. Powinien się wrócić po Nox? A może byli już w drodze? Nie mógł ryzykować. Musiał tu pozostać i liczyć na łut szczęścia.
Dean zacisnął usta i spojrzał prosto w twarz dziewczyny. Wyglądała jeszcze bardziej bezradnie niż wtedy, kiedy po raz pierwszy ją poznał.
Uniósł powoli rękę do jej twarzy i niepewnie pogładził ją po poliku. Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał.
Ciało Deana padło omdlałe w trawę, a ciernie otoczyły go swoimi grubymi konarami rade z tego powodu, że zyskały kolejną ofiarę swoich tortur. 
W Trującym Lesie zapadła cisza.

1 komentarz:

  1. Szczerze mówiąc, też zapomniałam, że Laura i Nathiel są już dorosłymi ludźmi. Może to kwestia tego, że przy takiej dawce akcji to też nie ma wielkiego znaczenia, a ludzie - czy też demony w przypadku Nathiela - naprawdę nie zmieniają się aż tak z biegiem lat.
    No proszę, Dean jednak ma coś w sobie, co może go ocalić w Reverentii. Milutko, chociaż nadal pomysł tej wycieczki jest głupi. A jeszcze głupsze jest to, że poszedł sam do Trującego Lasu. Wiem, wiem, poszedł ocalić miłość swego życia, ale to nadal było nierozsądne.
    Cieszę się, że jeden opisowy rozdział zamienił się w nieco większą akcję, bo naprawdę dobrze się to czyta. Aż nie mogę się doczekać ciągu dalszego.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń