niedziela, 18 czerwca 2017

[TOM 3] Rozdział 29 - "W ogniu strat"

Nie kryjąc, jestem aktualnie w dupie ze wszystkim, łącznie z opowiadaniami, dlatego rozdział może się okazać niezbyt dobry i obfity w akcję. Napisałam go dopiero dzisiaj i ledwo go skończyłam. Matko, niech następny tydzień minie, ja już chcę spokój od egzaminow i od nauki. Mózg mi pęka!
W rozdziale dużo wątków. Nox, Sapphire, Dean, Soriel, Patricia, Vail, Gabrielle... Matko, no, wszyscy, tylko wiedźm brakuje >D. Może trochę taki misz-masz, ale... no, trudno. Chciałam zachować ciąg niedzielowych rozdziałów. 
***

Przedarliśmy się przez gąszcze roślin obsypanych niebieskim pyłem. Ktoś ułatwił sobie drogę poprzez odstraszenie flory Reverentii. Intuicja podpowiadała mi, że to Dean, logika, że to mieszkaniec Reverentii, który doskonale się na tym znał. To nie było jednak w tym momencie ważne.
Kiedy dostaliśmy się na ciernistą polanę otuloną mrokiem, od razu dostrzegliśmy Sapphire. Zdziwiło nas to, że nie ma tu Deana, tak więc zaczęliśmy się niepokoić, czy przypadkiem coś go po drodze nie pożarło albo zwyczajnie się zgubił – trudno byłoby go znaleźć w tak rozległym lesie. Sprawa się rozwiązała, kiedy Sorathiel ruchem dłoni kazał nam bliżej podejść. Dean zdążył tutaj dotrzeć. Spotkała go taka sama historia jak Sapphire – ciernie wbiły się w jego blade ciało, posyłając go do krainy, do której nie mieliśmy wstępu. W przeciwieństwie do swojej towarzyszki nie rzucał się na wszystkie strony i nie wydawał z siebie dźwięków, które świadczyłyby o tym, że cierpi. Był sztywny i nieruchomy, zupełnie jakby zapadł w śpiączkę.
Kiedy próbowaliśmy go uwolnić, ciernie zareagowały na nas obronnie – nie pozwalały nam dotknąć żadnego z nich. Nie mieliśmy pojęcia co zrobić, przecież nie mogliśmy pozwolić na to, aby nas również pochłonęła trucizna. Staliśmy więc bezradnie i prowadziliśmy między sobą milczącą burzę mózgów.
– Co teraz? – spytała w końcu Andi.
Z przyzwyczajenia wszyscy spojrzeliśmy na Sorathiela, ale co tak naprawdę miał nam powiedzieć? Nie byliśmy specami od Reverentii. Mogliśmy wziąć ze sobą jednego z półdemonów, może wtedy powiedziałby nam, co zrobić.
Milczącego Sorathiela wyratowała z opresji Martha.
– Może to zabrzmi głupio, ale wydaje mi się, że musimy po prostu poczekać.
Spojrzałam na nią unosząc brew do góry. Wiedziałam, że nie zaproponowała tego bezpodstawnie, dlatego czekałam na jej wyjaśnienia.
– Vail Auvrey uwięził Sapphire w jej własnym umyśle, mam wrażenie, że Dean po prostu do niej dołączył. Musiał nawiązać z nią kontakt, dlatego świadomie bądź nieświadomie wciągnęła go do tego świata. Trujące ciernie to wykorzystały, dlatego chwyciły słabą ofiarę, żeby wesprzeć umysłowe katusze swoją trucizną. Ciernie mają właściwości halucynogenne, więc wspierają to, co dzieje się w głowie Sapphire – wyjaśniła.
Pokiwałam lekko głową. Zdołałam zapomnieć o tym, że mamy przy sobie la bonne fee, która choć do niedawna nie miała okazji pojawić się w Reverentii, posiadała szeroki zakres wiedzy na temat krainy demonów. W końcu czarodziejki po coś uczęszczały do szkoły dla młodych la bonne fee.
– Jak mają się stamtąd uwolnić, skoro Sapphire została uwięziona, a Dean nie wie kompletnie nic na temat tego, co się z nią dzieje? – spytał Sorathiel, marszcząc czoło. Był zirytowany tą sytuacją. Nie dziwiłam mu się. Przez Deana musieliśmy się rozdzielić, a nie wiedzieliśmy, czy reszta zespołu poradzi sobie bez nas w zamku.
Martha wzruszyła ramionami.
– Nie jestem w stanie wejrzeć do ich głów. Możemy tylko mieć nadzieję, że sami się uwolnią. Nawet gdybyśmy chcieli, trujące ciernie nie pozwolą nam do nich podejść.
– W takim razie – zaczęłam cicho – albo umrą, albo wydostaną się stamtąd o własnych siłach.
Zapadło milczenie. Nikt nie chciał odpowiadać na kwestie oczywiste.
***
 Myślała, że to koniec, że już go nie odzyska, że umrze tu razem z nim, bo nie będzie potrafiła znieść życia w samotności – nie wtedy, kiedy byli tak blisko od realizacji swoich marzeń związanych z rodziną. Ale stało się coś, czego nie przewidziała – Soriel nagle się zachłysnął i zaczął kaszleć, jakby ktoś magicznym zaklęciem przywrócił mu zdolność do oddychania. Najpierw podskoczyła zaskoczona do góry, a potem zaczęła płakać i powtarzać bezustannie jego imię.
To nie był czas na ulgę. Przez chwilową radość zdołała zapomnieć o tym, że ktoś się zbliżał. Dopiero kiedy kraty zaskrzypiały złowieszczo, spojrzała w stronę nowego gościa. Na jego widok zacisnęła ręce na ramionach Soriela, którego obejmowała. Spodziewała się każdego, ale najbardziej w świecie nie chciała, aby był to Vail Auvrey. Tym razem nie miał na twarzy charakterystycznego dla siebie kpiącego uśmieszku, który pokazywał, że jest władcą świata. Tym razem wyglądał na niezadowolonego – wykrzywił usta na widok Patricii, jakby uznał ją za niepotrzebnego szczura, którego można tylko kopnąć i posłać na drugą stronę. Nie powiedział niczego. Po prostu się zbliżył, chwycił ją za kark i pomimo jej sprzeciwów podciągnął do góry. Patricia nie przejmowała się sobą, po prostu nie chciała zostawiać samego Soriela. Widziała jego wykrzywione usta i błąkająco się nieprzytomnie oczy, które nie potrafiły odczytać prawdziwego obrazu zdarzeń. Widziała, że coś szepta, ale czy było to jej imię, tego nie wiedziała.
Vail Auvrey bez słowa wbił jej nóż w brzuch. Nie spodziewała się tego, dlatego kiedy została zraniona z płuc uciekło jej całe powietrze. Nie mogła chwycić oddechu, a szef departamentu wcale jej w tym nie pomógł – rzucił nią o ścianę, wytarł ręce o swoje spodnie i spojrzał na swojego syna. Stracił całe zainteresowanie nędznym, ludzkim robakiem, który miał czelność pojawić się w zamku. Nawet nie miał ochoty tracić na nią swoich sił.
– Dziwi mnie to, że ktokolwiek chciał cię ratować – mruknął Vail. Potem zwrócił się gwałtownie ku kratom, wprawiając swoją pelerynę w ruch. Kiedy miał wychodzić z więzienia za jego plecami rozległ się cichy, ale chrapliwy śmiech.
Soriel złapał go za kostkę i przytrzymał w miejscu.
– Ciebie nikt nie będzie chciał ratować, kiedy nadejdzie twoja kolej – syknął przez zaciśnięte zęby.
Vail uśmiechnął się z wyższością, jednak niczego nie powiedział. Wyrwał swoją kostkę z uścisku, nadepnął na rękę syna i wyszedł z więzienia, pozostawiając je otwarte.
Patricia przeczołgała się spod ściany do Soriela. W każdym jej ruchu pobrzmiewała jękliwa nuta bólu – w przeciwieństwie do Auvreya była tylko i wyłącznie człowiekiem, taka rana mogła ją zabić w przeciągu kilkunastu minut. Na szczęście oprócz bycia człowiekiem, była też czarodziejką, przyłożyła więc rękę do swojej rany i zamroziła ją, przynajmniej częściowo. Wiedziała, że nawet jeśli zatrzyma krwotok, niewiele jej to da. Mogła mieć uszkodzone organy wewnętrzne – to po pierwsze, po drugie – nóż Vaila Auvreya był zatruty, a nie mogła zamrozić sobie krwi, którą trucizna powędruje do serca.
Kiedy znalazła się przy Sorielu, padła obok jego ciała i spojrzała w sufit. Chwyciła go za rękę i mocno ścisnęła.
– Jeżeli mamy umrzeć to zrobimy to razem, prawda? – spytała, śmiejąc się niemrawo. Dopiero teraz cały sufit zaczął jej wirować przed oczami, to świadczyło o tym, że trucizna na spółkę z gwałtownym ubytkiem krwi, zaczęły swoją współpracę.
Nie spodziewała się odpowiedzi od Soriela. Wiedziała, że po tym jak jego ojciec wyszedł, znów popadł w ten dziwny stan nieświadomości, a jednak zwrócił ku niej głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Poczuła jego delikatny, ale drżący uścisk dłoni. To sprawiło, że lekko się uśmiechnęła, choć nie był to uśmiech zadowolenia. 
– Dziękuję – zdołał z siebie wydusić demon. Potem jęknął z bólu i umilkł. Patricia widziała, że znowu zaczyna się dusić. Nie miała pojęcia ile zdoła jeszcze wytrzymać, ale nie liczyła już na ratunek. Pogodziła się z tym, że obydwoje tutaj umrą. Pytanie tylko: kto będzie pierwszy?
Tak właśnie zakończy się ich miłosna historia, która od początku do końca była tragiczna. 
***
 Nie wiedział ile trwał jego stan nieświadomości. Odnosił wrażenie, że jest zawieszony w pustej przestrzeni od zawsze. Czy nie na tym właśnie polegało do tej pory jego życie? Nie robił nic. Po prostu żył, trwał, był dla innych – nie dla siebie. Nigdy mu to nie przeszkadzało, do czasu, kiedy nie uświadomił sobie, że on też ma własne pragnienia. A długo kryte wewnątrz siebie uczucia z czasem stają się gorętsze niż ogień, który bezlitośnie pochłania ziemskie lasy. Do tej pory zachowywał się racjonalnie, każdego dnia starał się być perfekcyjnym bratem, perfekcyjnym zastępcą ojca, perfekcyjnym pracownikiem, perfekcyjnym człowiekiem, słowem sumując: ideałem. Ale nikt nie jest idealny. To nie cecha ludzi, to cecha robotów. Czasem wystarczy odrobina uczuć, aby rozbudzić w kimś ukrytą prawdę.
Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że może się ruszać, zamachał rękami i nogami w górze. Leżał w pustce przez naprawdę długi czas i nie mógł się z niej wydostać. Wołał, krzyczał, sprawdzał, rozglądał się, ale nikogo tutaj nie było. Dopiero po dłuższej chwili zaczął słyszeć głosy. Jego ciało okazało się nie być w spoczynku – wpłynęło w kolorowe wizje wypełnione pudrowym odcieniem włosów. Na początku nie wiedział, co się wkoło niego dzieje, jego wzrok chwytał tylko krótkie obrazy, z czasem jego podróż ustabilizowała się jednak. Teraz mógł przyjrzeć się małej dziewczynce, którą matka ciągnęła przez środek placu cyrkowego i nie zważała na jej krzyki i płacz, widział małego pieska, którego zadowolona i dumna z siebie dziewczynka przyniosła do przyczepy – potem jej łzy, kiedy drobna istota musiała zostać na dworze. Widok małej Sapphire rozkopującego własnymi rękami ziemię i urządzającej pogrzeb szczeniakowi, wzbudziła w nim współczucie. We własnych wspomnieniach Sapphire nigdy nie narzekała – znosiła każde upokorzenie i płakała w samotności, nieufność narastała w jej małym ciele wraz z upływem lat. Wkrótce zaczęła wykorzystywać nowoodkryte w sobie moce na innych ludziach – tak właśnie broniła się przed zbirami, którzy chcieli ją zaatakować późną nocą, kiedy biegła do sklepu, tak broniła się przed matką, tak próbowała się obronić, kiedy przyszedł jej ojciec i nie wiedziała, kim jest. Widział małą Sapphire, która zamieszkiwała piękną Reverentię, ale była nieszczęśliwa i samotna, jej przerażającego ojca, który traktował ją jak rzecz – wcale nie lepiej, niż jej własna matka. A potem jej dołączenie do departamentu, jej popisywanie się, próba zwrócenia na siebie uwagi, misje, które polegały na niszczeniu Nox. Była taka bezwzględna i bezlitosna. Czerpała satysakcję ze zniszczenia. 
Na samym końcu pojawiły się wspomnienia z nim w roli głównej. Widział podglądającą go w nocy Sapphire, która chciała wejść do jego pokoju i położyć się obok niego. Widział, jak obserwuje go zazdrosnym okiem przez okno, gdy rozmawiał z sąsiadką. Widział jej radość, kiedy spędzali razem czas, a potem rozpacz, kiedy zobaczyła go przez okno w dniu, kiedy Nox przybyło do jego domu.
Zdziwił się i zastygł w bezruchu. Nawet nie wiedział, że Sapphire próbowała do niego wrócić, że tu była, że złamał jej serce, kiedy przytulił na pocieszenie sąsiadkę – znał się z nią od dziecka, zwierzali się sobie z każdego problemu, to było dla niego coś całkiem zwyczajnego, ale Sapphire o tym nie wiedziała. To przez niego została porwana przez czarnowłosą demonicę i zabrana do Reverentii. A gdy otworzyła oczy, nie miała już możliwości ucieczki. 
Kolejne wizje były przerażające. Sapphire była raniona przez cienie, uciekała, walczyła, krzyczała. To nie była rzeczywistość. To świat, w którym utknęła.
Dotknął ją, a potem tutaj trafił. Czy to oznacza, że wkradł się do jej głowy? Czy wszystko, co tutaj widział, właśnie przeżywała? Nie mógł tego tak zostawić.
Dean przepłynął przez kolejne niewyraźne wspomnienia, aż trafił w dobrze mu znaną pustkę. Nareszcie mógł stanąć o własnych nogach. Chociaż nie wiedział, gdzie zaprowadzi go nicość, podjął się tej ciężkiej podróży. Cały czas wołał imię dziewczyny z nadzieją, że ją znajdzie. Odpowiadała mu pustka.
– Sapphire, przyszedłem po ciebie! Jestem tutaj, nie musisz się już bać! – krzyczał bezradnie. – Proszę, pokaż się. Wrócimy razem!
Ciemność otoczyły jaśniejące plamy przypominające straszydła. Krążyły wokół niego, ale nie robiły mu krzywdy. Im dalej szedł, tym więcej dziwów napotykał, wiele z nich go przerażało. To tak, jakby dziwnie niedopasowane puzzle próbowały znaleźć wejście do własnej bajki. Krzywe i zniekształcone sylwetki, kolorowe stwory, krwisty deszcz, błękitne smuga światła, szumy, dźwięki, głosy, śmiechy. Od tych obrazów rozbolała go głowa. Starał się mrużyć oczy, od czasu do czasu nawet je zamykał.
Jak Sapphire mogła znieść coś takiego? Jak długo tu była? Czy mógł ją jeszcze uratować? Wierzył w to, że była silna. Była silna. Przecież ją znał. 
Gruby konar krzywego, bordowego drzewa otarł się o jego ramię – pozostawił na nim krwawiącą i bolesną ranę. Przypomniała mu się demonica, która raniona w umyśle, zyskiwała rany w rzeczywistości. Musiał uważać. Jeżeli i on będzie ranny, niewiele będzie mógł wskórać.
Delikatne płatki kwiatów przetarły szlak chorobliwych wizji. Poczuł dobrze mu znany zapach wiosny. Gdy otworzył oczy zobaczył sad. Ten sam sad, który znajdował się za jego domem. Miał wrażenie, że jest już blisko. Puścił się przez niego biegiem, a im dalej był, tym drzewa stawały się coraz bardziej przerażające i krzywe. Białe płatki fruwające po sadzie zamieniły się w krwiste, aksamitne drobinki – smagały go po twarzy i zostawiały po sobie  ślady w postaci drobnych ran. Próbował je odganiać rękoma, ale to niewiele dawało. 
Przyspieszył swój bieg. Kiedy przekroczył linię sadu, płatki stanęły za jego plecami w bezruchu, zupełnie jakby się mu przyglądały. Oddalił się od nich ze skrzywioną miną i stanął po środku wieczornego nieba obleganego przez pomarańczowe i czerwone smugi zachodzącego słońca. Ten widok zrobił na nim wrażenie. 
Pod jego stopami nie było żadnej ziemi, całą powierzchnię otaczały chmury i przeplatające się między nimi kolory wieczornego nieba. Noc nadeszła szybciej, niż się tego spodziewał. Teraz otaczały go świetliste gwiazdy. Przepychał się między nimi, wyginał i próbował przedostać się na dalszy etap planu. Im dalej szedł, tym gwiazdy przypominały coraz bardziej dryfujące po niebie świetliki. Pomiędzy nimi błysnęła biała sukienka, którą szybko zgubił.
– Sapphire! – krzyknął i przyspieszył biegu.
Biała sukienka znów mignęła mu przed oczami. Pędził jak szalony, nie patrząc się na to, czy może stać mu się krzywda. 
Gdy przedarł się przez gąszcz świetlików, dostrzegł postać, której szukał. Szła po krawędzi nieba, wpatrując się w pustą przestrzeń. Za sukienkę ciągnęły ją cienie, które zmuszały ją do dalszej podróży. Cudem utrzymywała się o własnych siłach. Stawiała kroki powoli i niepewnie, potykała się i upadała, ale cienie szybko przywracały ją do pionu.
Dean wyciągnął przed siebie rękę i uśmiechnął się z ulgą. Jeszcze tylko moment dzielił go od wydostania Sapphire z objęć krzywych cieni. Wleciał w zbiorowisko potworów rozgramiając je jak dym z komina, ale zrobił to za późno. Demonica została pchnięta w przepaść znajdującą się za niebem. Różowe włosy poszybowały na niewidzialnym wietrze.
Chłopak zastygł w bezruchu. Słyszał, że cienie się chichoczą, skaczą za jego plecami triumfując. Początkowo nie wiedział co zrobić, przeklinał siebie za to, że przybył za późno, ostatecznie jednak uznał, że nie zamierza tego tak zostawić. Jeszcze nic nie jest stracone.
Wziął rozbieg i skoczył w przepaść. Był cięższy, dlatego płynniej przychodziło mu poruszanie się po nicości. Z daleka widział mknącą ku dołowi białą postać oplecioną różowymi włosami. Nie machała rękami, spadała bezwolnie. Kiedy był już blisko niej, na drodze pojawiły się przeszkody w postaci przedmiotów codziennego użytku – wśród nich rozpoznał rzeczy znajdujące się w jego domu. Kolory zmieniały się z prędkością światła, uzupełniały je chaotyczne wspomnienia i głosy, wtedy zrozumiał, że to umysł Sapphire – jego otchłań. Na samym jego dnia znajdowała się ciemność. Co się stanie, jeśli ją przekroczą? Czy to będzie koniec? Wszystko się ze sobą mieszało, tworząc niewyobrażalnie wielki chaos. Starał się skupić na tej jednej postaci, do której wyciągał dłoń.
Czy go widziała? Jej oczy były takie puste, usta lekko rozwarte, skóra blada jak u martwej osoby. Czy był dla niej jeszcze ratunek? Tak bardzo chciał ją ocalić!
– Sapphire, wyciągnij do mnie rękę! – krzyknął, a jego głos odbił się echem od zmieszanych ze sobą wspomnień. – Proszę, jestem już tak blisko ciebie, nie uda mi się tego zrobić, jeżeli mi nie pomożesz. Obudź się!
Demonica wciąż patrzyła się pusto przed siebie, nie zwracając na niego uwagi. Dean dostał czymś ciężkim w tył głowy, a potem odbił się od czegoś wielkiego i ciężkiego. Musiał zamrugać oczami, aby odzyskać jasność widzenia. Wciąż trzymał rękę przed sobą. Obijające się o przedmioty bezwładne ciało Sapphire zwolniło swój lot. Z czasem nauczył się wykorzystywać latające w przestrzeni rzeczy w taki sposób, aby się od nich odbijać i nabierać dzięki temu prędkości.
Kiedy byli już blisko szarości, zmierzając powoli ku mrokowi, chwycił ją za skrawek sukienki i przyciągnął do siebie. Ich lot jeszcze bardziej przyspieszył, jakby to sam umysł demonicy próbował doprowadzić ich do jak najszybszej śmierci.
Zaniepokojony Dean przytulił do siebie bezwładne ciało dziewczyny. Wtedy minęli szare wizje i znaleźli się w ciemności.
– Sapphire, musisz się obudzić. Jestem tutaj, widzisz? – szeptał do jej ucha. – Dotykam cię, trzymam i nie mam zamiaru więcej puszczać. – Jego głos brzmiał coraz bardziej rozpaczliwie. Powietrze stawało się gęstsze, gorętsze, jakby zaraz mieli spłonąć. – Sapphire, to ja, Dean. Proszę, powiedz coś.
Demonica drgnęła. To dało mu odrobinę nadziei.
– Wszystko zależy teraz od ciebie. Nie możesz pozwolić na to, abyś zginęła, abyśmy my tutaj zginęli. Jeszcze tyle rzeczy mamy do zrobienia – zaśmiał się niemrawo. To jednak w dalszym ciągu nie pomagało. – Hej, wrócisz ze mną na Ziemię? Zamieszkamy razem. Będzie tak jak dawniej. Nie, będzie jeszcze lepiej. Będę cię chronił i nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię stamtąd zabrał, dobrze?
Dean spojrzał w dół. Jego serce na moment przestało bić. Jeżeli właśnie tak wyglądało piekło, to nigdy, przenigdy nie chciał do niego trafić. Czerwone, pomarańcozwe i żółte języki ognia wzbijały się ku górze coraz wyżej i wyżej, próbując ich dosięgnąć. Jeżeli dotrą na sam dół – spłoną.
– Sapphire, co mam powiedzieć, żebyś się ocknęła? – jęknął. – Wiem, że mnie słyszysz. Dlaczego nie chcesz żyć? Dlaczego… dlaczego nie odpowiadasz? – Dean odchylił głowę dziewczyny i spojrzał jej prosto w oczy. Nie patrzyła na niego, patrzyła przez niego, jakby w ogóle go nie dostrzegała. 
Spanikował. Głos uwiązł mu w gardle i chociaż próbował cokolwiek powiedzieć, żadne słowa nie przechodziły mu przez gardło. 
To koniec. Przyszedł tu na darmo. Nie potrafił jej ocalić. Popełnił głupstwo. Może gdyby przyszedł tu z Nox, byłaby jakaś szansa  na ocalenie jej? A może już wtedy by nie żyła? Co zrobi jego rodzina? Jak sobie poradzą? Dlaczego to właśnie tak miało się skończyć?
Sukienka Sapphire zaczęła płonąć. Nie mógł już niczego zrobić.
– Przepraszam – szepnął bezradnie i wplótł dłonie w jej włosy. Łzy zaczęły ściekać mu po polikach – niknęły w ogniu, który lada moment miał ich pochłonąć.
Czy była jakaś rzecz, którą chciał zrobić przed śmiercią? Była. Chciał, żeby to wyglądało inaczej, żeby to wszystko stało się jakąś romantyczną bajką, nie tragicznym końcem zgotowanym im przez los, ale nie miał już na to wpływu.
Kiedy wpadli w ogień Dean pocałował Sapphire w usta.
***
Nox przedzierało się przez ciemne korytarze zamku. Za ich przewodnika robił Riel, który obiecał z nimi współpracować. Wciąż szedł związany i pod czujnym okiem łowców, w końcu nikt z nich mu nie wierzył. Półdemony postanowiły zostać przed wejściem, zarzekły się, że kiedy przyjdzie niebezpieczeństwo, nie będą mieli zamiaru walczyć w ich imieniu. Taka była natura demonów. Kiedy tchórzyły, po prostu uciekały.
Nathiel, który szedł wraz z Ethanem i Alex na przedzie, dźgał co jakiś czas końcówką noża plecy Riela – przypominał mu o tym, że jeżeli będzie chciał ich zdradzić, bez chwili wahania go zabije. Młody demon nie protestował. Szedł prosto z zaciśniętymi ustami, czekając na zakończenie tej marnej historii. Wewnątrz siebie pocieszał się wizjami cudów świata ludzkiego – było tyle pudełeczek z tajemniczymi proszkami, które chciał zgłębić. Niedługo będzie mógł się do nich dobrać, tylko odpokutuje u Nox swoje czyny.
– Daleko jeszcze? – spytał znudzony podróżą Nathiel.
– Niedaleko – odpowiedział zmęczony Riel. – Teraz skręcamy w prawo i jesteśmy na miejscu.
Tak jak powiedział, tak się stało. Przedostali się wąskim przejściem do słabo oświetlonych światłem świec lochów.
– Jak myślicie, będzie tu ktoś na nas czekał? – spytał Alec. Uważnie się rozglądał.
– Niewykluczone, chociaż na mój gust to ojczulek Auvreyów nawet się nami nie przejmie – mruknął Ethan. Wyjął ukradkiem z kieszeni piersiówkę i łyknął jej zawartości. Nathiel obserwujący go z boku, skrzywił się znacząco.
– To nie mój ojciec. To demoniczne ścierwo, które już powinno być martwe, ale ma tak cholerne szczęście, że wciąż chodzi po tym świecie i utrudnia nam życie – prychnął. – Niech ja tylko gnoja dorwę, to…
Ethan wystawił rękę w bok i wstrzymał chód zespołu. Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni.
– Słyszycie? – spytał szeptem.
Nathiel wytężył słuch, podobnie jak reszta grupy.
Rzeczywiście, ktoś ciężko dyszał i na pewno nie był to nikt z departamentu. To Alex wyrwała do przodu jako pierwsza, nie przejmując się swoimi sojusznikami. Młody Auvrey wyzywał ją w duchu i popędził za nią. Nie chodziło tu o to, że im uciekła, chodziło o to, że wpadła na to pierwsza, a przecież to on zawsze był pierwszy, jeżeli chodziło o takie akcje!
– Stój, ty głupia wiedźmo – zasyczał pod nosem. Z daleka wyglądało to, jakby chciał ją dopaść i zadźgać nożem, który dzierżył w dłoni. Owszem, czasem o tym myślał, ale wiedział, że Laura nie byłaby z tego powodu zadowolona. Lubiła la bonne fee, to samo ich dzieci – wołały do nich „ciocie czarodziejki” i prosiły je zawsze o jakieś chore, magiczne przedstawienia, które Nathielowi w ogóle się nie podobały. Przecież to on miał być w centrum uwagi, a nie jakieś wiedźmy. Niech same sobie zrobią własne dzieci. To ojcowie mają być bohaterami!
Alex przystanęła i chwyciła gwałtownie za kraty – sam jej dotyk sprawił, że piorun posłał je w głąb lochów. Bez chwili zastanowienia wparowała do środka i padła na kolana. Nathiel wbiegł tam zaraz za nią, jednak nie uklęknął, wpatrywał się z góry w ten przedziwny obraz dwójki wrogów, którzy trzymali się za ręce. 
Kiedy zobaczył twarz Soriela, coś ścisnęło go w żółądku. Do głowy zaczęły mu wracać wspomnienia. Jego ojciec, który powoli wykańczał całą rodzinę, krzyk Soriela, żeby uciekał i ratował swój tyłek, to jak Vail chwycił go za szyję i posłał na podłogę, wbijając mu w klatkę piersiową nóż. Wtedy wyglądał tak samo. Jakby umarł.
Dlaczego tak go to zaniepokoiło? Czy to tylko wina wspomnień? A może podświadomie nie chciał śmierci własnego brata?
– Niech cię szlag – warknął i uklęknął przy Sorielu. W tym czasie dołączyła do nich reszta Nox.
Demon i czarodziejka zostali rozdzieleni, co w tym przypadku nie miało już dla nich najmniejszego znaczenia. Żadne z nich nie było świadome tego, co się dzieje. Patricia była nieprzytomna i zakrwawiona, Soriel ledwo oddychał, był poraniony i blady jak ściana.
– Ktoś wie, co im w ogóle dolega? – spytał Ethan, spoglądając to na czarodziejkę, to na demona.
– Są otruci – odezwał się nieśmiało Riel.
– Jesteś w stanie sporządzić dla nich odtrutkę? Znasz się na roślinach Reverentii – odezwała się Alex. Miała niezwykle poważną minę, ale nie patrzyła na niego. Sprawdzała co dokładnie dolega Patricii.
– Chyba tak – powiedział niepewnie chłopak, zerkając gdzieś w bok. Gdyby nie to, że wciąż był związany, zapewne podrapałby się po głowie, starając się ukryć swoje zażenowanie. – Ale… nie wiem czy zdążę. Z nią nie będzie problemu, ale z Sorielem… – tu przerwał na moment. Teraz wszyscy patrzyli się prosto na niego. Czuł się z tego powodu nieswojo. – On… ledwo żyje.
– Nieważne co stanie się z tym kretynem – syknęła Alex, zakładając rękę przyjaciółki na własne ramię. – Masz ją wyleczyć.
To samo uczynił Nathiel. Ethan pomógł mu zarzucić Soriela na jego plecy.
– Nie obchodzi mnie, co stanie się z tą wiedźmą, masz ocalić ich oboje – syknął młody Auvrey. – Muszę komuś sprać mordę za to, że się szlaja po obcych landach. 
Ethan wymienił spojrzenie z Aleciem. Obydwoje się uśmiechnęli.
– Widziałem po drodze rośliny, które przydadzą się do odtrutki, ale musimy się spieszyć – powiedział cicho Riel.
Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami. Bez słowa sprzeciwu ruszyli w drogę powrotną.
***
– Nie zrobisz niczego?
Milczący dotąd demon uśmiechnął się pod nosem i złożył ręce za plecami. Długo kazał czekać swojej towarzyszce na odpowiedź. Nie miał zamiaru się spieszyć. Spoglądał uważnie przez okno zamku i oglądał pędzących przed siebie członków Nox oraz półdemony. Mógł ich zniszczyć nawet w tym momencie, ale nie czuł takiej potrzeby. Niszczenie musiało mieć odpowiednią oprawę. Porażka miała być wielka, nie szybka i zaskakująca. Teraz chciał potraktować tych głupich ludzi i demony jako rozrywkę. Cieszył się, kiedy oglądał ich bezsensowne starania, które w końcowym starciu okażą się zwykłą stratą czasu i życia. 
– Nie – odparł w końcu, odrywając się od okna. Ruszył w stronę wyjścia, po drodze chwytając za kielich z zadziwiająco ciemnym płynem, przypominającym ludzką krew. – Ci, których chciałem zabić i tak zginą, nie ma już dla nich ratunku. Resztą zajmę się w odpowiednim czasie – rzucił, a potem wyszedł z pomieszczenia.
Czarnowłosa demonica westchnęła ciężko. Założyła ręce na piersi i spojrzała za okno. Ich wrogowie byli jak mrówki, które można było zgnieść w każdej chwili butem, ale skoro nie padł żaden rozkaz, musiała zostawić ich w spokoju.
Mogła tylko czekać aż ostateczny plan dojdzie do skutku. A pomoże im w tym sama Reverentia.
Gabrielle spojrzała w stronę reveryntyjskiego księżyca i uśmiechnęła się jak diabeł z piekła rodem.
Już niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz