niedziela, 4 czerwca 2017

[TOM 3] Rozdział 27 - "Uratuj miłość"

Rozdział skończyłam przed 3 w nocy. Większość napisałam w zeszycie na zajęciach, bo po co tracić czas? W domu musiałam się uczyć. Trochę się już gubię w rzeczach do zrobienia, no, ale przynajmniej napisałam rozdział. Mam nadzieję, że za tydzień też mi się to uda. No i w końcu poprawię rozdziały z pierwszego tomu, bo stanęłam w miejscu.
Smutno i sorciowo, Dean, no i trochę Nathiela i Laury. Hoho, będzie się działo!
***

– Gdzie on jest?! Gdzie jest Soriel?!
Patricia potrząsnęła desperacko demonem. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, wiec wpatrywał się w nią obojętnie szmaragdowymi oczami. Ze złości wbiła mu nóż prosto w brzuch – ten natychmiastowo wyparował.
To już dwudziesta cienista pokraka, którą zabiła. Wciąż miała nadzieję, że któraś z nich wskaże jej kierunek.  W szale zabijania zupełnie zapominała o tym, że demony, które nie mają w sobie nic z człowieka, nie posiadają inteligencji, a więc prawdopodobnie nawet nie wiedzą o co je pyta.
Do zamku w Reverentii dotarła bez większych problemów. Tylko raz cienista pokraka wbiła jej swoje ohydne pazury w ramię – na szczęście była przygotowana na takie ewentualności, od razu wyjęła z plecaka fiolkę wypełnioną płynem przeciwko demonicznemu jadowi i polała nią ranę. Nie mogła w końcu pozwolić na to, aby padła teraz i tutaj. Miała cel do wypełnienia.
Chwilami nie wierzyła w to, że zrobiła coś tak głupiego. Gdyby to nie był Soriel, którego przecież już wielokrotnie utraciła, na pewno by tego nie zrobiła. Chciała sobie wmówić, że po swoje przyjaciółki również by ruszyła, ale doskonale wiedziała, że tak by nie było. Martwiłaby się o nie, to jasne, odchodziłaby od zmysłów, ale grzecznie czekałaby na pomoc. Uczucie, którym darzyła Soriela sprawiało, że traciła zdolność do logicznego myślenia. Chciała go po prostu mieć przy sobie na dłużej niż jedną chwilę. Przyzwyczaiła się już do jego koczowniczego trybu życia, starała się nie wierzyć w to, że już do końca przy niej będzie, bo w końcu gdzieś zniknie – to przecież Soriel – ale radość i miłość ją zaślepiły, a on to wykorzystał, żeby uciec. Była na niego zła, to oczywiste, ale tym razem młody Auvrey nie działał przeciwko niej. Po prostu chciał to wszystko zakończyć, zabijając swojego ojca. Wciąż nie pozbył się frustracji po zobaczeniu się z matką. Żądał sprawiedliwości. Auvreyowie byli bardzo niecierpliwi, lubili załatwiać sprawy na własną rękę i niczego nie przemyślali. Pod tym względem Soriel i Nathiel naprawdę się nie różnili.
Patricia zamachnęła się lodowym nożem na kolejnego demona, podcinając mu gardło. Pędziła przez zamkowe korytarze, próbując odnaleźć się w tym kamiennym labiryncie. Wiedziała, że to nie jest rozważne. Robiła wiele hałasu, departament w końcu musi się zorientować, że tutaj jest, ale może to była dobra strategia? Oni powinni wiedzieć, gdzie jest Soriel, jeżeli udałoby się jej przechytrzyć jednego z demonów, to wtedy…
– Jesteś tak głośna, że słychać cię na końcu Reverentii – odezwał się kobiecy głos zza jej pleców.
Serce czarodziejki stanęło w miejscu. Natychmiastowo przybrała pozycję obronną. Zamachnęła się nożem w tył, żeby trafić swojego wroga.
Demonica odskoczyła spokojnie w tył z założonymi na piersi rękoma. Próbowała ją jeszcze wielokrotnie atakować, ale ona omijała każdy jej nieporęczny cios niesiony gniewem. Gabrielle przyglądała się jej ruchom ze znudzeniem. Raczej wątpiła w to, że ją zaskoczy, chociaż musiała przyznać, że energii to ona miała dużo.
– Starczy – westchnęła członkini departamentu i chwyciła ją za nadgarstek. Ścisnęla go tak mocno, ze Patricia syknęła z bólu i mimowolnie opuściła nóż na ziemię. Czego się spodziewała? To Gabrielle. Była jedynym demonem, który był w departamencie w dwóch różnych składach. Przeżyła i wcale się nie poddała. Była silna, mogła równać się z samym Vailem Auvreyem.
Czarodziejka starała się wyrwać, ale kpiąco uśmiechająca się dziewczyna jej na to nie pozwoliła.
– Chcesz wiedzieć, gdzie jest twój kochaś? – spytała słodkim głosem.
Przestała się wyrywać. Spojrzała podejrzliwie w twarz swojej rozmówczyni. Czy naprawdę zamierzała ją puścić wolno? A może to była pułapka? Nie, to nie było ważne. Chciała odnaleźć Soriela za wszelką cenę, chciała dowodu na to, że wciąż żyje.
– Powiedz mi, gdzie jest – syknęła przez zaciśnięte zęby.
Gabrielle puściła jej nadgarstek i odrzuciła ją w tył z obrzydzeniem. Patricia z cudem utrzymała równowagę.
– Lochy. To chyba całkiem logiczne – prychnęła demonica. – Zazwyczaj to tam zabieramy naszych więźniów, żeby zgnili. – Zielony błysk w jej oczach był niepokojący, podobnie jak uniesiony, lewy kącik ust. Gabrielle wyglądała jak chytry kot.
– Jeśli kłamiesz, to…
– To co? – prychnęła demonica. – Zabijesz mnie? Dobre sobie – zaśmiała się i odwróciła na pięcie. Machnęła do niej ręką na pożegnanie, a potem kręcąc biodrami skierowała się w głąb ciemnego korytarza. Patricia jeszcze długo po tym nie mogła wyrównać oddechu. Była przerażona. Stała kilka minut jak wryta, próbując opanować drżenie rąk i nóg. Takie spotkania nie wywołałyby u nikogo radości. Gabrielle była przerażająca i bezwzględna. To dziwne, że nie zrobiła jej krzywdy. Musiała coś knuć, ale to nie było teraz ważne. Ważny był Soriel.
Zgodnie ze wskazówkami demonicy, pobiegła w stronę schodów, które wcześniej mijała. Bała się schodzić do lochów. Nie wiedziała, co ją tam czeka. Myślała o potworach i niebezpieczeństwie, a nie pomyślała o tym, w jakim stanie zastanie Soriela. Co, jeśli już się z nim rozprawili? Może to dlatego Gabrielle powiedziała jej, gdzie się znajduje? Mogła z oddali obserwować jak płacze nad jego martwym ciałem.
Na samą myśl o tym w jej oczach pojawiły się łzy. Szybko je jednak otarła. Nie mogła uśmiercać Soriela w myślach. Nie miała żadnych dowodów. Najlepszym dowodem będzie znalezienie go i przekonanie się o jego losie.
W lochach panowała ciemność. Była przerażona tym, że nic nie widzi, dlatego zanim dotarła do połowy schodów, wróciła się po świece, która stała na brzegu niskiego muru. Chwyciła ją zbyt gwałtownie, dlatego polała się woskiem.
Z cichym syknięciem bólu ruszyła w dół. Starała się schodzić najciszej jak mogła, aby nie obudzić nieznanych stworów zasiedlających zamek Reverentii. Czuła się jak w jakimś horrorze, a ona nigdy nie lubiła oglądać strasznych filmów. Co rusz patrzyła się za siebie i nasłuchiwała każdego podejrzanego stukotu, na razie wśród ścian rozbrzmiewały tylko jej własne kroki, resztę wrażeń tworzyła wyobraźnia.
Stawiając stopę na ostatnim stopniu schodów, usłyszała ciche jęknięcie. Miała być cicho, ale kiedy usłyszała znajomy głos, nie zważała już na nic, co mogło jej przeszkodzić w dotarciu do celu. Potykając się o wystające z ziemi kamienie, biegła przed siebie.
– Soriel! – krzyknęła ze łzami w oczach. Starała się oświetlać w biegu każde więzienie. Większość z nich była pusta, dopiero ostatnie, którego o mało nie ominęła ze względu na pozycje leżącą poszukiwanego obiektu, było zajęte. Wiedziała już, że to Auvrey.
Kraty były zamknięte, ale nie miała problemu z ich otworzeniem. Wystarczyło, że zamroziła zamek i sprawiła, że konstrukcja wybuchła. Drzwi od razu stanęły przed nią otworem. Postawiła świecę z boku tak, aby nie potrącić jej przypadkiem nogą czy ręką, a potem uklęknęła przy Sorielu. Kiedy zobaczyła jego twarz, a potem nagą, poranioną pierś, wstrzymała dech. Już wiele razy widziała go w ciężkim stanie, w końcu dzięki jego ranom się poznali, ale nigdy nie widziała go tak poharatanego i pobladłego, jak teraz. Pot lał się z czoła chłopaka, a czarna grzywka nasiąkła wilgocią, jego oczy były przymrużone i nieprzytomne, usta lekko rozwarte – wdmuchiwały i wydmuchiwały ciężko powietrze do płuc. W bladym świetle świecy można było dostrzec na policzkach demona rumieńce. Soriel wyglądał, jakby miał wysoką gorączkę, ale czy demony mogą w ogóle chorować? Najbardziej poharatana była jego klatka piersiowa. Z głębokich ran sączył się powolnie dym.
Nie wiedziała, co zrobić. Uniosła ręce do góry, jakby chciała go objąć, pocieszyć, opatrzyć, ale zamiast tego przyklęknęła i wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, sztywna jak kołek. Nie wzięła żadnych opatrunków, nie wzięła niczego, co mogłoby mu pomóc.
Łzy lały się po jej policzkach i spływały na jego rozgrzaną, nagą skórę. Żałowała, że to nie bajka, gdzie jej łzy okazałyby się lecznicze.
– Soriel – szepnęła zbolałym głosem. – Co oni ci zrobili?
Auvrey otworzył szerzej oczy. Poruszył się niespokojnie, a jego usta drgnęły. Dopiero gdy usłyszał głos Patricii, zorientował się, że ktoś przy nim siedzi. Miał wrażenie, że to kolejna halucynacja, którą zafundował mu ojciec.
– Nie powinno cię tu być – powiedział z wysiłkiem. Kiedy czarodziejka go usłyszała, serce rozsypało jej się na miliony kawałeczków. Nie chodziło o to, co powiedział, bo właśnie tego się spodziewała, chodziło o ten słabowity ton, tak niepodobny do energicznego Soriela.
Zaniosła się cichym płaczem. Nie obchodziło ją w tym momencie, że muszą uciekać. I tak nie było na to żadnych szans. Nie uniosłaby go, a Soriel sam nie był w stanie chodzić. Ledwo poruszył ręką i już się skrzywił z bólu.
Zrezygnowana usiadła na zimnej posadzce, oparła się plecami o kraty i ułożyła bezwładną głowę Auvreya na swoich kolanach. Cicho pochlipując, głaskała go po mokrych włosach.
– Jesteś taki głupi. Naprawdę głupi – jęknęła. – Mogłeś poczekać, mogłeś powiedzieć, mogłeś… mogłeś mnie nie zostawiać. Patrz, co ci zrobili. Jak my teraz stąd wyjdziemy? – pytała.
– Ty wyjdziesz – zachrypiał Soriel. Spojrzał jej prosto w oczy, a potem na moment je przymknął. Głowa opadła mu lekko na bok, co przeraziło Patricię, na szczęście kiedy go szturchnęła, chłopak odzyskał świadomość, przynajmniej częściowo. Znów uniósł ociężałe powieki i spojrzał na nią z miną bez wyrazu.
– Wciąż tu jesteś? – spytał.
– I będę, Soriel. Nie zostawię cię – szepnęła.
– Uciekaj. – Auvrey znów przymknął na moment oczy. Patricia poklepała go po policzku i szepnęła ciche: „nie usypiaj”. – Kto się zajmie dziećmi? – padło pytanie.
– Matko, Soriel – zapłakała głośniej. – Przecież my nie mamy dzieci! Nawet nie mieliśmy ślubu i… i nie spaliśmy ze sobą – mówiąc to, zarumieniła się lekko. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Nie w takiej sytuacji. Ale gdyby przeżył, gdyby razem przeżyli... w końcu by do tego doszło, prawda? – Majaczysz, głupku.
– Mózg ci wessało, zajączku, nie wiem po co tu w ogóle przychodziłaś – mruknął niezadowolony, odrobinę trzeźwiejszym głosem. Zdołał nawet surowo spojrzeć jej w twarz. Potem cała złość zniknęła na rzecz potężnego kaszlnięcia uzupełnionego o chrapliwy dźwięk dochodzący z jego płuc. Dla Patricii nie był to dobry znak. Brzmiało to tak, jakby Soriel miał co najmniej gruźlicę, a demony przecież nie chorują na ludzkie choroby. 
Zaśmiała się niemrawo. Starała się mówić byle co, żeby tylko zająć go rozmową.
– Wiesz, Soriel, ludzie mówią, że jesteś tym co jesz – odezwała się cieniutkim głosem. – Ja nie jem zajączków, a więc nie mogę nim być.
– Ta teoria jest najwyraźniej błędna – mruknął Auvrey, próbując powstrzymać usta przed delikatnym uśmiechem, który sam wpełznął na jego twarz. – Chociaż nie. W moim przypadku to się sprawdza. Nazywałaś mnie kiedyś starym serem. I patrz, mam nawet dziury jak on – zaśmiał się podnosząc rękę i wskazując na swoje rany. Potem znów potężnie i gruźliczo zakaszlał.
– Soriel, błagam, nie żartuj sobie w taki sposób – jęknęła. – Jestem tutaj, wszystko będzie dobrze. Na pewno.
– Zawsze wierzyłaś w cuda – westchnął. – Głupia wiara –  prychnął słabo, ale z pogardą. – Nie przeżyję nawet godziny, zajączku, pogódź się z tym. Może i jestem poraniony, ale główny problem stanowi trutka, którą poczęstował mnie mój ukochany ojciec.
– Trutka? – Patricia zbladła.
– Zginę. Nieważne co zrobisz i tak umrę, dlatego powinnaś stąd iść. Nie oglądaj się za siebie, nie patrz na to jak zamykam oczy i…
Czarodziejka uderzyła demona w policzek. Ten cios odrobinę go zdziwił, a dodatkowo obudził. Przez chwilę poczuł wściekłość, ale kiedy zobaczył jej zapłakaną twarz od razu złagodniał i przeklął siebie w duchu. Był głupi. Mógł tutaj nie iść sam. Powinien się domyślić, jak to się skończy. Optymizm i zbyt wielka wiara w swoje możliwości nie popłacały.
Patricia pochyliła się, objęła dłońmi jego twarz i przytuliła ją do siebie. Soriel poczuł jak jej blond włosy łaskoczą go po policzkach.
– Nie zostawię cię, chociażby nie wiem co – szepnęła. – Zginę tu razem z tobą, jeśli będę musiała.
Wiedział czego to wina. Nie myślała racjonalnie z powodu niedawno odbytego rytuału, gdzie poświęciła całą przyjaźń, którą go darzyła. Silniejsze uczucie zapełniło tę pustkę i uczyniło ją maksymalnie wrażliwą w tym temacie. Ona sama nie myślała racjonalnie, kiedy tu szła na własną rękę. Jak widać – coś ich łączyło.
– Wiem, że cię nie przekonam – westchnął Soriel. – I tak oboje jesteśmy straceni. Może to i lepiej? – spytał. – Nikt mi ciebie nie zabierze.
– Egoista. Głupi egoista. – Patricia nie powstrzymała się jednak od uśmiechu. Wyglądał jednak dosyć dramatycznie.
 – Urodziłem się jako on i jako on zginę. – Tym razem to Auvrey się uśmiechnął.
– Nie mówmy już o śmierci. Może… pomówmy o życiu? – zaśmiała się niemrawo. Drżącą dłonią starała się gładzić jego włosy. Nie wiedziała, czy próbowała uspokoić tym jego, czy siebie. Soriel jak na osobę, która bliska była śmierci, wyglądał dosyć spokojnie. Czyżby był na to przygotowany? Ona nie była. Ani na swoją śmierć, ani na jego.
– Życie – mruknął Soriel. – Jakbyśmy jakimś cholernym cudem przeżyli, to nawet ranny zaciągnąłbym cię do ołtarza, a potem zrobilibyśmy sobie trójkę dzieci. Najlepiej naraz.
Patricia potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Zdziwiło ją to, że nawet się nie zawstydziła jego słowami. W pewnym sensie nawet ją ucieszyły, czy może raczej uspokoiły. Temat życia i marzeń może był złudny, ale przynajmniej pozwalał się przez chwilę cieszyć, kiedy los był przeciwko tobie. 
– Tak, to miła perspektywa – szepnęła mu do ucha. – I wtedy bylibyśmy razem już do końca. Byłbyś pewnie wspaniałym ojcem, Soriel. Może trochę niezrównoważonym i szalonym, ale… przynajmniej ja byłabym rozsądna, prawda? – zaśmiała się niemrawo.
– Teraz nie jesteś rozsądna. Siedzisz tu ze mną – mruknął niezadowolony demon. – Na dodatek nie mogę cię dotknąć. – Dopiero teraz Patricia zauważyła, że Soriel od dłuższej chwili próbował unieść dłoń do jej twarzy. Za każdym razem bezwolnie opadała mu na ziemię. Po raz kolejny złamało jej to serce.
Chwyciła za jego rękę i zgodnie z jego prośbą uczyniła to, co chciał – położyła ją na własnym policzku.
– Mógłbym tak wieczność – zachrypiał znowu z uśmiechem, starając się poruszyć chociaż kciukiem, który mógłby pogładzić jej policzek.
– Wolałabym inną wieczność – dodała cicho czarodziejka.
Soriel starał się coś odpowiedzieć, ale za każdym razem jego usta otwierały się i bezwiednie zamykały. Patricia starała się do niego cały czas mówić. Wierzyła w to, że jeżeli nie zaśnie, wszystko będzie w porządku. Ale on już jej nie słyszał. Nawet jej twarz zamazywała mu się przed oczami. Stała się dla niego nierzeczywistym, choć ciepłym obrazem, który chciał utrwalić w swojej głowie na wieki. Czuł się błogo i zadziwiająco dobrze, nie przeszkadzały mu nawet głębokie rany. Czy to jakieś znieczulenie? A może rzeczywiście stracił czucie? Nie potrafił poruszyć żadną kończyną. W uszach co rusz brzęczało mu jego własne imię wypowiedziane ustami czarodziejki. Starał się wytężyć słuch, ale to nic nie dawało. Na policzkach czuł krople wody.
– Soriel, proszę, błagam cię, nie usypiaj, nie zostawiaj mnie tu samej, nie chcę patrzeć jak mnie zostawiasz. Obiecałeś, że już będziemy razem – szeptała rozpaczliwie, próbując nim potrząsać. – Soriel.
Auvrey uśmiechnął się delikatnie. Miał jeszcze tak wiele do przekazania. Pogodził się jednak z tym, że niczego nie może z siebie wydusić. Tak naprawdę wszystko co chciał powiedzieć, ona już wiedziała. Przez ostatnie dni zwierzał jej się z każdego lęku i pragnienia, znała go lepiej niż ktokolwiek na tym świecie, lepiej niż jego własna rodzina. To smutne, że to właśnie tak się kończy, ale nie mógł nic na to poradzić. Miał tylko nadzieję, że kiedy już ucichnie, ona pójdzie po rozum do głowy i wróci do świata ludzi. Przecież nawet jego ciało w końcu zniknie, był demonem.
– Soriel, otwórz oczy, proszę…
Oddychało mu się coraz ciężej. Trucizna zaatakowała jego płuca i sprawiła, że jego oddech stał się świszczący. To dziwne, zawsze sądził, że śmierć przez uduszenie jest niespokojna, a on tymczasem nie czuł wielkiego strachu. To tak, jakby powolnie usypiał, zapadał się w nicość. Może to dlatego, że jego twarz otaczały ciepłe dłonie, a na jego policzki skapywały gorące łzy?
Chyba ułożyła inaczej jego głowę. Najwyraźniej musiała dostrzec, że ciężko oddycha, ale to nic nie dało. To był koniec. Słyszał w tle jej cichnące okrzyki, czuł potrząsanie ramion, a potem nagle wszystko zgasło.  I przestał oddychać.
Patricia krzyknęła rozdzierająco. Wpadła w panikę i nie wiedziała, co zrobić. Nie przejmowała się tym, że ktoś ją usłyszy. Już nic ją nie obchodziło. 
W tym samym momencie rozległy się kroki, a na ścianie pojawił się cień.
Wiedziała, że to koniec. Umrą w tym miejscu razem.
***
Z nocnego koszmaru obudził się z krzykiem. Zerwał się do góry i wziął głęboki, świszczący oddech. Na skroniach pojawiły się mu kropelki potu – przetarł je dłonią.
Śniła mu się Sapphire. Początkowo był to miły, aczkolwiek dosyć nieprawdopodobny sen. Byli rodziną. Młoda demonica stała w kwitnącym sadzie, a wkoło niej latały białe płatki kwiatów, splatające się na wietrze z jej pudrowymi włosami. Miała na sobie białą, zwiewną sukienkę z falbankami i wielką kokardą z tyłu. Śmiała się wesoło i tańczyła z małą, brązowowłosą dziewczynką, która miała jej oczy. Dean czuł, że jest przepełniony spokojem i radością. Na ramionach trzymał malutkiego chłopca, który obejmował mu szyję drobnymi rączkami i szeptał coś dziecięcym głosem do ucha. Całą tę beztroską scenę przerwały dobiegające z oddali bolesne okrzyki, które były coraz to głośniejsze. Jego szczęście stopniowo zaczęło przeradzać się w niepokój, a potem w strach. Ktoś płakał. Wołał jego imię. Wesoła, przepełniona pastelowymi kolorami scena utonęła w czerni umazanej smugami krwi. Teraz Sapphire stała przed nim ubrana w tę samą sukienkę, w której widział ją po raz ostatni. Była podarta i ozdobiona plamami szkarłatnej krwi. Demonica próbowała do niego podejść z wyciągniętą przed siebie dłonią, ale padła na kolana. Bez przerwy szeptała jego imię. Chciał do niej podejść, pomóc jej wstać, przytulić ją, szepnąć na ucho, że nie jest sama, że już nigdy nie będzie sama, ale nie mógł się ruszyć. Płacz stawał się coraz głośniejszy, bardziej ogłuszający. Chociaż nie chciał, sam w pewnym momencie zaczął krzyczeć. Zasłaniał uszy, krzywił się, wewnętrznie krwawił. A potem wszystko ucichło  i zgasło. Zobaczył szmaragdowe oczy pełne rozpaczy i usłyszał ciche słowa odbijające się w jego głowie echem: „pomóż mi, Dean”.
Chłopak westchnął ciężko i przetarł dłońmi oczy. Wiedział już, że nie zaśnie. Na szczęście jutro nie musiał iść do pracy. Od dwóch lat nie miał urlopu, jego szef dał mu wolne z przymusu. 
Podniósł się z łóżka i sięgnął po szklankę z wodą. Starał się zapomnieć o tym makabrycznym, realistycznym śnie, ale nie potrafił. Mroczna scena wracała do myśli wbrew jego woli.
Na szafce nocnej w słoju spoczywała gałązka z kwiatami, spadł z niej kolejny już biały płatek. Sapphire chciała ją mieć na parapecie w zajmowanym przez nią pokoju. Twierdziła, że wiosna na zewnątrz jej nie wystarcza. Chciała się nią nacieszyć również w domu, w którym bardzo się nudziła. Ten mały, powoli więdnący dowód istnienia wiosny, sprawiał że czuł się zaniepokojony. Przecież to głupie. Jeśli gałąź opuści wszystkie płatki i zgnije, nie będzie to oznaczało, że to samo stanie się z Sapphire, prawda?
Martwił się o nią. Chciał jej pomóc, pójść po nią, wyrwać ją z łapsk tych okropnych demonów, ale nawet nie wiedział, jak się tam dostać. Laura Auvrey powiedziała mu żeby czekał, bo być może się przyda, ale on nie potrafił po prostu siedzieć i nic nie robić. Co, jeśli ten sen był rzeczywistym przekazem? Co, jeśli Sapphire naprawdę go potrzebowała i to w tej chwili?
Dean podniósł się z łóżka i zaczął krążyć po pokoju. Jego umysł był pobudzony do działania. Musiał coś zrobić, po prostu musiał.
Chwycił za telefon i przejrzał kontakty.
Czy istniała możliwość, że ktoś z organizacji Nox opowiedziałby mu o tej sławnej krainie demonów? A może mógłby kogoś spytać czy może w jakiś sposób pomóc? Nie odpuści tak łatwo. Nie tym razem. Już kiedyś utracił ważne dla siebie osoby tylko dlatego, że zaakceptował ich decyzję i nie potrafił się im sprzeciwić. Pozwolił umrzeć swoim rodzicom, ale Sapphire nie zamierzał na to pozwolić.
Przewinął palcem kontakty.
Martha Settler. Była konkretna i odrobinę przerażająca. Detektyw Clay powiedział mu ukradkiem, że kiedyś była spokojniejsza, a jej nagła zmiana to wina pewnego rytuału. Nie chciał w to wnikać. Nie chciał również próbować do niej dzwonić. I tak by mu nic nie powiedziała.
Clay Herendsen. Nie, nie miał zbyt wielkiego doświadczenia z demonami, był zwykłym człowiekiem, poza tym wątpił w to, aby zdradził mu jakieś cenne informacje, to w końcu detektyw. Na co dzień miał do czynienia z poufnymi danymi.
Nathiel Auvrey. Tak, tu nie było żadnych przeciwwskazań. Z  nim mógł spróbować.
Dean nacisnął zieloną słuchawkę bez zastanowienia. Po drugiej stronie prawie natychmiastowo odezwał się zachrypnięty, zaspany głos. Dean zdołał już zapomnieć o tym, że jest trzecia nad ranem. Nagle zrobiło mu się z tego powodu głupio.
– Czego?
– Ja… przepraszam, że tak późno – odezwał się zmieszany. – Z tej strony Dean Hanley.
– Aha, spoko. I tak nie spałem. Misja i te sprawy. Ciesz się, że nikt nie każe ci wstawać o trzeciej w nocy. Lubię spać. Cholernie lubię spać – pożalił się Nathiel.
Dean przełknął ślinę. Może jednak to nie był dobry pomysł? Młody Auvrey nie brzmiał jak ktoś, kto byłby skłonny w tej chwili do rozmowy. Był zirytowany.
– No, to czego chciałeś?
Chłopak wziął głęboki wdech. Postanowił zaryzykować, w końcu chodziło o kogoś ważnego.
– Jak dostać się do krainy demonów? – zapytał prosto z mostu.
Nathiel przez dłuższą chwilę milczał.
– Przecież każdy to wie – mruknął w odpowiedzi zmulonym głosem. – Idziesz na wzgórze i skaczesz w cień, a potem bum, lądujesz na dupsku w Reverentii.
– D-dobrze, dziękuję. – Dean był w szoku, że poszło mu tak łatwo. Rozłączył się i odetchnął z ulgą.
Zastanawiał się czy to była prawda. Mógł zaufać Nathielowi? Nie znał go. Czy skok w przepaść to nie jest zbyt wielkie ryzyko? Nie chciał z powodu swojej własnej głupoty stracić życie, miał rodzinę do wykarmienia.  Bez rodziców było im ciężko żyć.
Znowu zaczął krążyć po pokoju. Wspomnienie rozpaczliwej prośby Sapphire kołatało mu się w głowie. Nie mógł się zdecydować. Naprawdę nie wiedział, co zrobić.
Podskoczył do góry, kiedy jego telefon zadzwonił. Spojrzał na ekran i dostrzegł nazwisko swojego potencjalnego rozmówcy, Nathiela Auvreya. Serce stanęło mu w miejscu. Czyżby wyczuł, że chce zrobić coś głupiego? Na pewno. Jak mógł w ogóle sądzić, że ten niezrównoważony demon jest na tyle głupi, żeby nie zorientować się, co mu powiedział? Może nie powinien odbierać telefonu? Jeśli się następnym razem spotkają, powie, że miał zły sen i gadał głupoty. Wcale nie chciał się dowiedzieć jak dostać się do Reverentii.
A jak to coś innego, ważnego?
Dłoń zadziałała wbrew jego własnej woli. Drżący kciuk wcisnął zieloną słuchawkę.
– Ej – znowu usłyszał ten sam leniwie brzmiący głos.
– Tak?
– Nie chcesz iść z nami na misję? Możesz się nam przydać przy tej różowej pindzie.
Dean był tak zaskoczony tą propozycją, że nawet nie zwrócił uwagi na obraźliwe przezwisko użyte wobec jego przyjaciółki.
– Oczywiście! – wykrzyknął z entuzjazmem. 
Dłużej nie czekał. W biegu zaczął pakować wszystkie rzeczy, które mogły się okazać przy tej misji niezbędne.
– Masz piętnaście minut. Spotkamy się na wzgórzu Rainford.
– Dobrze!
– Nara, fetyszysto różowych dziewek.
Dean zmarszczył czoło z nierozumną miną, a potem się rozłączył. Wiedział, że ta misja nie będzie bezpieczna, a mimo tego się nie bał. Może to była kwestia tego, że nie wiedział, czego się bać? Nie miał do czynienia z demonami, ani z ich krainą, to dla niego zupełnie nowa, wciąż nieodgadniona i mało realna wizja. Czy to dziwne, że czuł ciekawość?
Cieszyło go to, że będzie mógł pomóc. Już zbyt długo siedział bezczynnie, zbyt długo próbował się bronić przed uczuciami. Teraz zamierzał walczyć nie tylko z przeciwnościami losu, ale również ze sobą. Nie wiedział jaki będzie tego efekt, ale zamierzał zaryzykować, bo w swoim życiu nigdy tego nie robił. Koniec z uległością.
– Sapphire, idę po ciebie.
***
– Kto do ciebie dzwonił o tej godzinie? – Spojrzałam podejrzliwie na swojego ledwo kontaktującego męża. Miałam ochotę ułożyć palcami jego włosy, które rozchodziły się na wszystkie strony, wiedziałam jednak, że naturalna ingerencja w jego fryzurę niczego nie zmieni. Jego włosy były jak zastygła w bezruchu burza.
– Kochaś mentalnej mendy – odpowiedział zaspanym głosem Auvrey i ziewnął potężnie.
Poprzedniego dnia mówiłam mu, że powinien się położyć wcześniej spać. Zamiast tego oglądał głupie filmiki i sączył piwo, przesiadając godzinami w kuchni – stwierdził, że musi odstresować się po ciężkim wieczorze, który spędził  w łazience z rozszalałymi dzieciakami. Zdążyłam się już nauczyć, że nieważne co powiem, Nathiel i tak zrobi, co będzie chciał.
– Dean? – spytałam zaskoczona. – Po co dzwonił?
– Pytał mnie jak się dostać do Reverentii. – Auvrey wzruszył obojętnie ramionami.
Spojrzałam na niego ukradkiem, spodziewając się odpowiedzi na pytanie, które zamierzałam mu zadać. Zbyt dobrze go znałam.
– Powiedziałeś mu, prawda?
– Ta – mruknął i raz jeszcze potężnie ziewnął.
Nie miałam nawet ochoty na karcenie go. To było nierozsądne, bardzo nierozsądne. Nie znałam Deana na tyle, żeby stwierdzić, czy zaryzykuje i pójdzie na wzgórze, całkowicie ufając słowom Nathiela. Nie sprawiał wrażenia odważnej osoby, ani takiej, która z chęcią by ryzykowała. Był zwyczajnym człowiekiem, nie wiedział niczego o Reverentii, mało co o demonach. Czy był na tyle głupi, aby to zrobić? Wierzyłam w jego inteligencję.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś? – spytałam chłodno. Pochyliłam się blisko niego, aby nikt nas nie usłyszał. Szliśmy w sporej grupie, ale na szczęście niewiele osób nas otaczało. Gdyby Sorathiel dowiedział się o tym, co zrobił Nathiel, nie byłby zadowolony.
Auvrey zmarszczył czoło i spojrzał mi prosto w oczy. Ta informacja nie mogła przedrzeć się przez gęstwinę szarych komórek w jego mózgu. Nie widział swojego błędu. Był pewien, że zrobił wszystko, co powinien zrobić. Nawet nie chciałam wiedzieć czy to kwestia jego niedospania – Nathiel często robił głupie rzeczy, kiedy był niewyspany – czy tego, że najzwyczajniej w świecie popełnił kolejne głupstwo, bo nie nauczył się jak korzystać w takich chwilach z mózgu.
– No, powiedziałem mu gdzie jest Reverentia – prychnął. – Myślisz, że tam pójdzie? – Uniósł brew. – Nie wygląda mi na takiego, poza tym umówiłem się z nim na wzgórzu. To chyba logiczne, że sam nie skoczy.
Mało się nie zakrztusiłam. Takie wiadomości z rana nie były dobre dla mojego serca. Czułam, że za kilka lat Nathiel doprowadzi mnie do zawału.
– Co zrobiłeś? – syknęłam.
Zanim Auvrey zdołał odpowiedzieć z oddali dobiegł nas nowy głos. Głos osoby, której nie powinno tu być.
Przeklęłam pod nosem głupotę męża, cudem powstrzymując się od wbicia mu paznokci w bok albo uderzenia łokciem w brzuch. Chyba wszyscy byli równie zdziwieni co ja, tyle, że ja przynajmniej byłam gotowa na przybycie Deana.
– Cześć. Ruszamy? – spytał z dziwnym entuzjazmem w głosie.
Wymieniłam znaczące spojrzenia z resztą zespołu.


1 komentarz:

  1. Tak, Naff, jesteś niedobrą i sadystyczną autorką *powiedziała druga niedobra i sadystyczna autorka*
    Sorcia była naprawdę smutna. Nie lubię Soriela, wiesz o tym doskonale, ale naprawdę przykro patrzyło się na jego ostatnie chwile i rozpacz Pat.
    Nathiel znowu pobija rekordy głupoty. Przecież w takim stanie Dean jest pierwszy do odstrzału. Ja wiem, Nathiel to niewyspany i nieodpowiedzialny demon, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie. Nie wiem, czy jego głupota przestanie mnie kiedyś zadziwiać.
    A Dean nie lepszy. Żeby nie było.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń