niedziela, 8 maja 2016

[TOM 2] Rozdział 37 - "Niepozorne kłamstwo"

Wow, na weekendzie udało mi się nadrobić dwa rozdziały wprzód, dzisiaj zamierzam napisać trzeci. W sumie wiele nie mam do dodania. Mamy Sorcię, mamy Mad vs. Soriel i spotkanie Laury z Sorielem. Można powiedzieć, że rozdział taki... sorielowy.

Nie mogłam się powstrzymać. Vail Auvrey bardzo. Znalezione
w gazetce w empiku >D
Poprawione: 14.09.2026
***
      – Muszę ściąć włosy.

Stojąca przy lustrze Patricia przyglądała się uważnie kosmykowi złocistych włosów tonącym w świetle sztucznej lampy. Gdyby mogła, sama zabawiłaby się we fryzjera, ale niestety trudno było to zrobić, kiedy nie widziało się tyłu. Zawsze może poprosić o to którąś z dziewczyn. Byle nie Madlene. Ilekroć sama próbowała zabrać się za swoje włosy, zawsze kończyło się to źle. Fryzjerzy załamywali nad nią ręce, gdy musieli naprawiać tę katastrofę.

Przeczesała złociste kosmyki szczotką. Nie mogła zasnąć, bo cały czas myślała o tym, jak pomóc Sorielowi. W głowie wertowała kartki grubych ksiąg, które niewiele pomagały. Początkowo myślała, że sama sobie z tym poradzi, ale ostatecznie powiedziała o tym Mad. Nie za bardzo wierzyła w bajeczkę Auvreya, ale ostatecznie obiecała jej pomóc, włączyła w to nawet swoją mamę, posiadającą ogromną magiczną bibliotekę.

Tydzień poszukiwań nic nie dał. Każdy, komu mówiła o miksturze, jaką zastosowały na Sorielu wiedźmy, dziwił się, że taka w ogóle może istnieć. Zahaczyła nawet o nauczycieli magii, którzy uczyli ją w szkole średniej, ale i oni trzęśli z niedowierzaniem głowami. Patricia wmawiała sobie, że to jakiś nowy wymysł wiedźm. Zakazana magia to ich domena, a taka mikstura z pewnością nie należy do powszechnych i legalnych. Nie chciała do siebie dopuszczać myśli, że Soriel kłamał. Przecież jego twarz wyglądała tak prawdziwie! A słowa? „Zawsze będę po twojej stronie” nie miało w sobie ani odrobiny fałszu! Na samo wspomnienie jej policzki zaróżowiły się lekko.

– Hej, maleńka – usłyszała za plecami. Nie powstrzymała się od okrzyku przerażenia i chociaż wiedziała, kto zjawił się w jej domu, z przyzwyczajenia rzuciła go tym, co miała pod ręką, czyli szczotką do włosów.

Soriel, który siedział w wannie – na szczęście w ciuchach – chwycił zgrabnie przedmiot. Miał dziś na sobie czarne spodnie i białą koszulkę z napisem: „Do you wanna fuck?”. Czy on coś sugerował? Chyba wybrał niewłaściwy dzień i niewłaściwy ubiór na odwiedziny. No, chyba że zaraz po nich zamierzał iść do klubu się zabawić. To jednoznacznie określiłoby jego niecne zamiary. Zapewne gorące dziewczynki się za nim stęskniły.

Młody Auvrey trzymał w ręku kaczkę do kąpieli. Ze skrzyżowanymi na wannie nogami i łokciem luzacko wspartym o jej róg, wyglądał jak młody Bóg. Zgadzał się nawet uśmiech. Brakowało mu tylko złotej korony na głowie.

– Prawie zawału dostałam! – pisnęła oburzona Pat, tupiąc nogą jak mała dziewczynka.

Soriel nie odpowiedział. Oglądając szczotkę, którą został zaatakowany, wyraźnie się nachmurzył, jakby zdał sobie właśnie z czegoś sprawę.

– Mam twoje DNA. Mogę stworzyć stado małych Patricii – powiedział, a potem zrobił krótką przerwę. – Albo nie. Nie przeżyłbym rzucających mnie zewsząd różnymi przedmiotami i lodowymi kartami dziewczynek. Wystarczy mi jedna. – Demon puścił uwodzicielskie oczko swojej małej przyjaciółce.

Dziewczyna westchnęła i pokręciła głową z pobłażaniem, było to jednak bardziej teatralne zagranie. W głębi duszy miała ochotę się zaśmiać.

Minął zaledwie tydzień, a Soriel z mrocznego typa bez uczuć znów przeobraził się w tego bezwstydnego podrywacza sprzed roku. Zdecydowanie wolała tę wersję demona. Może bardziej ją wtedy irytował, ale to nic. Chłód był gorszy.

– Jakiś ty śmieszny – zironizowała, podchodząc do niespodziewanego gościa. Z rąk wyrwała mu kaczuszkę do kąpieli. – Zostaw Eustachego.

– Twoja kaczka to Eustachy? – spytał rozbawiony demon. – Brzmi gustownie.

– To po dziadku!

– Twój dziadek miał fetysz na kaczki? – Soriel uniósł znacząco brew.

– Nie, ale lubił je zabijać. Demonów zresztą też nie trawił.

– Mam nadzieję, że nie żyje.

– Tak, ale gdyby tu był, zapewne goniłby cię ze strzelbą. – Dziewczyna odstawiła kaczuszkę na honorowe miejsce w prawym rogu wanny. Soriel zdążył z niej wyjść. Otrzepał swoje nieskazitelnie czyste spodnie, jakby wpadł przed chwilą w siedlisko kurzu. Może był leniwy i nienawidził sprzątać, ale nie tyczyło się to jego prezencji. Patricia miała wrażenie, że za każdym razem ubrany raz ciuch wyrzuca do śmieci i kupuje następny. Ani razu nie widziała go w tej samej koszulce. No tak, demon-podrywacz musiał robić wrażenie na gorących dziewczynach z klubu.

– Co tu robisz? – spytała podejrzliwie.

– Przyszedłem się wykąpać i zjeść coś. Co dziś na obiad? – Uśmiech demona wydawał się podejrzliwie uroczy. Można by go w tym momencie przyrównać do słodkiego szczeniaka, który próbuje oczami przekonać do podrzucenia mu ochłapów dobrego mięska.

– Żartujesz sobie? – Patricia wsparła się na biodrach i prychnęła.

– Ależ skąd. Obiecałaś mi, że będziesz mnie karmić i podzielisz się wanną.

Rozchichotany jak mała dziewczynka demon wyskoczył z łazienki. Luzackim krokiem przemierzał skrzypiące schody domu młodej la bonne fée. Gospodyni pobiegła za nim.

– Myślałam, że to żart! – oburzyła się.

Soriel spojrzał na nią przez ramię i obdarzył seksownym uśmiechem.

– Ja nigdy nie żartuję, maleńka.

Pat zacisnęła pięść. Miała ochotę przywalić temu gburowi prosto w nos.

– Poczekaj, aż dostaniesz rachunki za gaz i wodę! Nie wypłacisz się do końca swoich dni!

– Wynagrodzę ci to w dzieciach, zajączku.

– Zamknij się, debilu!

Młodego Auvreya bawiły piski dziewczyny. Uwielbiał ją irytować. Poza tym to jedna z niewielu osób, które traktowały go jak matka. Nie rób tego, nie rób tamtego, za dużo tracisz wody, tego nie możesz zjeść, Soriel, jesteś niegrzeczny! Może dlatego tak do niej lgnął? Jego dziecięca przeszłość przywoływała obraz wysokiej, czarnowłosej kobiety o łagodnym uśmiechu i wypłowiałych, szmaragdowych oczach. Sąsiedzi zawsze porównywali do niej Nathiela, choć jego zdaniem obydwoje mieli więcej wspólnego z ojcem. Gdyby przebywali całe swoje życie w Reverentii, zapewne niczym by się od niego nie różnili. Zauważył to podobieństwo, będąc zamkniętym w lochach przez cały rok. Kiedy w końcu go wypuścili, pozbawił życia co najmniej piątki niewinnych ludzi, wyżerając ich cenną energię potencjalną. Dopiero po jakimś czasie, gdy tu przebywał, jego dusza się uspokoiła. Już nie zachowywał się jak dzikie zwierze pragnące rozszarpać spacerujących przechodniów. Powoli wracał do siebie. Jednak musiał pamiętać o tym, że dopóki był pod władzą ojca, nie wróci w pełni do swojej dawnej postaci. Mógł przebywać w świecie ludzi, ale musiał też przebywać w Reverentii. Przez to czuł się rozdarty. W jednej chwili miał ochotę zrobić komuś krzywdę, w drugiej znów podrywał przechodzące obok niego dziewczyny. Taki stan rzeczy może doprowadzić demona do szaleństwa.

Soriel wszedł do kuchni. Pierwsze, co zrobił, to skierował się do lodówki. To prawda, że czuł, jakby to był jego dom. Tylko tu miał namiastkę przeszłości spędzonej ze szczęśliwą rodziną. Przypadkowe noce z przypadkowymi kobietami w ich małych lub większych mieszkaniach wcale go nie ujmowały. Było tu coś ciepłego i dobrego, za czym czasem tęsknił.

Wyjął z lodówki karton mleka i wypił co najmniej połowę jego zawartości. Wiedział, że zaraz matczyna imitacja głosu po jego prawej stronie zacznie prawić mu morały.

– W tym domu nie pije się z butelki! Naucz się nalewać mleka do szklanki!

– Boisz się, że czymś się zarazisz? – spytał Soriel, ocierając białe wąsiki od mleka.

– Głupotą chyba.

– To ci raczej nie grozi – powiedział i zaśmiał się dźwięcznie. Bardzo szybko zmienił temat na taki, który bardziej go interesował. – To co na obiad?

– Suchy chleb – warknęła dziewczyna, uderzając swojego kolegę piąstką w żebra. Nie był to zbyt mocny cios, w końcu nie chciała zrobić mu krzywdy. Chciała tylko pokazać, żeby nie pozwalał sobie na za dużo, bo źle skończy. Chyba nie chce powtórki z lodowej bitwy? – Zrobię obiad jak pomożesz mi z włosami.

Demon uniósł brew.

– Mam cię ogolić na łyso? Pasowałoby ci!

– Nie! Masz mi podciąć końcówki, baranie!

Patricia nie miała pojęcia dlaczego go o to prosiła. Przecież mógł jej ściąć włosy tak samo jak nieudolna fryzjerka Madlene. Z drugiej strony wspominał kiedyś, że nigdy nie chodzi do fryzjera, bo sam podcina sobie włosy. Nie wyglądało to źle. Musiał mieć wprawę przynajmniej w pozbywaniu się niesfornych końcówek.

– Dobra, nie chwaląc się, pracowałem kiedyś jako fryzjer za rogiem. – Auvrey odgarnął seksownym, powolnym ruchem krucze włosy w tył. Patricia przewróciła na ten widok oczami. Czy on musiał starać się ją poderwać przynajmniej dwadzieścia razy podczas ich spotkania? – Widzisz te czarne, lśniące włosy?

– Serio tak było? – zakpiła dziewczyna, zakładając ręce na piersi.

– Nie. Ale mogę spróbować, tylko potem nie płacz. – Chłopak wzruszył obojętnie ramionami.

Panna Finch bez słowa poszła poszukać nożyczek. Ostatnim razem widziała je w szufladzie w kuchni. Niestety, musiała ich użyć do czegoś innego. Przez kolejne pięć minut krążyła po domu, ale niestety ich nie znalazła. Poddała się i wróciła do Soriela.

– Nie mam nożyczek – westchnęła.

– Siadaj.

To ją zdziwiło. Czyżby demon nosił przy sobie nożyczki? Nie, to absurdalne. A może chce poderżnąć jej nimi gardło? Może to dlatego nie mogła ich znaleźć?

Niepewnie przysiadła na krześle. Ręce złożyła na kolanach jak grzeczna dziewczynka, a plecy wyprostowała, jakby miała pod koszulką kij od miotły. Jej mięśnie były napięte. Mogła mu ufać? Wciąż miała uraz do Auvreya po ostatnim ataku. Rana na szyi jeszcze się nie zagoiła.

– Nie zrobię ci krzywdy, zajączku – odpowiedział z prychnięciem Soriel.

Z kieszeni spodni wyjął nóż. Oczywiście Patricia, która siedziała do niego tyłem, nie mogła tego widzieć. Przez chwilę demon uśmiechał się jak psychopata mający zabić bezwzględnie swoją ofiarę. Chwycił za kosmyk blond włosów i zbliżył do niego zaostrzony przedmiot. Z perspektywy osoby trzeciej musiał wyglądać jak ktoś, kto chce pozbawić swoją ofiarę głowy – właśnie ten obraz miała przed oczami Madlene, która weszła do domu przyjaciółki bez pukania. Chciała zrobić jej niespodziankę. Przyniosła ze sobą babeczki z nutellą, które dzisiaj zrobiła. Były jeszcze ciepłe i pachnące. Gdy stanęła w progu kuchni, mało nie dostawała zawału. Pudełko z wypiekami upadło na podłogę.

– Co on ci robi?! – wrzasnęła na cały dom.

Zaskoczona obecnością Madlene Pat aż podskoczyła. Nie zdążyła nawet odpowiedzieć, a jej przyjaciółka już wzięła głęboki wdech i zaczęła swój zabójczy koncert. Oczywiście na nią to nie oddziaływało. Jej śpiew miał raczej uderzyć w Soriela. Auvrey był jednak sprytniejszy. Najwyraźniej przewidział to, że jedna z la bonne fée zjawi się w jej domu. Założył na uszy czarne słuchawki i zaczął kiwać głową w rytm muzyki, przycinając nożem końcówki włosów Patricii.

Mad wydawała się być oburzona. Nadmuchała poliki.

– On mi tylko obcina włosy, Mad – odpowiedziała niewinnie Pat.

Mad, która nie wyglądała na usatysfakcjonowaną odpowiedzią, pobiegła do schowka i wyjęła z niego miotłę. Pat chciała ostrzec Soriela, ale przecież miał na uszach słuchawki, tak więc nie przejmował się otoczeniem. Zanim zdołała go szturchnąć, Madlene zdzieliła go miotłą po głowie. To przesądziło o wojnie, która miała się rozpętać lada moment.

Zbulwersowany Auvrey rzucił się na niebieskooką dziewczynę z nożem. Mad walecznie operowała kijem, broniąc się przed nim. Patricia przyglądała się bezradnie tej scenie. Czy tylko jej przypominało to jakąś komediową walkę? Próbowała ich jakoś rozdzielić, ostrzegała, że za chwilę wkroczy do akcji, ale to nie pomagało. Walczyli jak dwójka odwiecznych wrogów.

Pat jęknęła bezradnie. Nic nie mogła na to poradzić. Wejście w sam środek walki mogłoby się źle skończyć. Wyglądało jednak na to, że za chwilę wszystko ucichnie.

Madlene sięgnęła kijem od miotły po słuchawki Soriela i ściągnęła je, wyrzucając gdzieś za siebie. Dłużej nie czekając, wznowiła swój morderczy koncert. Auvrey opuścił nóż na podłogę i zatkał dłońmi uszy. Skrzywił się. Musiał naprawdę wkurzyć Mad, skoro użyła starożytnego śpiewu. Zazwyczaj robiła to tylko w krytycznych sytuacjach. Patricia nie była w stanie odgadnąć, jaki efekt chce osiągnąć, wiedziała tylko tyle, że Soriel cierpi. Moc Madlene powaliła go na kolana.

– Nie fałszuj tak! – wykrzyknął zdenerwowany. Może zrobił to całkowicie nieświadomie, ale tyle wystarczyło, aby śpiewająca czarodziejka umilkła. Zacisnęła usta, jakby miała się zaraz popłakać.

– Powiedział, że fałszuję – jęknęła i spojrzała ze łzami w oczach na swoją młodszą przyjaciółkę.

– Mad, z takim nastawieniem nigdy nie pokonasz wroga – powiedziała spokojnie Pat, nie przejmując się cierpiącym Auvreyem. Niech cierpi. Może odpokutuje w taki sposób swoją zdradę.

– Fałszuję – zapłakała dziewczyna, nie przejmując się słowami przyjaciółki.

– Patrz, co zrobiłeś! – Patricia spojrzała karcąco na nieproszonego gościa.

Chłopak prychnął głośno i podniósł się z klęczek. Zbolałe uszy wciąż pocierał wierzchem dłoni.

– Zawsze mówię prawdę, przecież fałszowała, aż mnie uszy rozbolały – burknął niezadowolony.

To przesądziło o kolejnym ataku. Niezrównoważona Madlene rzuciła się na demona z pazurami i miotłą w ręku. Patricia wkroczyła do akcji w odpowiednim momencie. Przytrzymała swoją przyjaciółkę. Pomogło ciche: „proszę, przestań”, przy którym od razu się uspokoiła. Teraz stała na środku kuchni, łypiąc groźnie na demona. Dyszała ciężko jak po przebiegniętym maratonie, który zresztą przegrała.

– Soriel, do łazienki! – rzuciła władczo Patricia, pokazując palcem na schody prowadzące do góry.

Chłopak przewrócił oczami, ale zgodnie z jej rozkazem ruszył w stronę łazienki.

– Świeży ręcznik leży na szafce! – krzyknęła jeszcze za nim.

Odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała, że drzwi się zamykają. Dopiero wtedy puściła Madlene. Jej przyjaciółka spojrzała na nią z wyrzutem.

– Co on w ogóle robi w twoim domu?

– Też bym to chciała wiedzieć. – Pat westchnęła ciężko. – Zrobię ci herbatę, co? Zanim Soriel wyjdzie z łazienki, minie dobra godzina, więc mamy chwilę czasu dla siebie.

Mad kiwnęła głową. Podczas gdy młodsza la bonne fée przyrządzała herbatę, ona zdążyła schować miotłę do schowka i wyłożyć na talerz babeczki. Z góry dobiegał dźwięk lejącej się wody i głośne śpiewanie Soriela, który najprawdopodobniej założył słuchawki na uszy i wczuł się w koncert całym sobą.

– A on śmiał mówić, że to ja fałszuję? – spytała pod nosem Madlene.

Patricia zaśmiała się cicho. Gotową herbatę położyła na stole, tuż obok babeczek.

– Soriel to dziwny demon, ale go lubię.

Jej towarzyszka, która wgryzała się w pierwszą muffinę z nutellą, spojrzała na nią znacząco z uniesioną brwią. Z pytaniami poczekała do chwili, aż nie usiadła na krześle, naprzeciw niej.

– Czujesz coś do niego? – spytała z pełną powagą. – Wiesz, ostatnio próbował ci zrobić krzywdę… To trochę jak syndrom sztokholmski.

– Nie. – Odpowiedź Patricii była stanowcza. Nie mogła jednak ukryć lekko zaróżowionych policzków. To nie tak, że była w nim zakochana. Naprawdę lubiła go po przyjacielsku. To sam fakt rozmawianiu o miłości wywołał u niej zawstydzenie.

– Skoro tak mówisz... – Mad wzruszyła ramionami, nie ciągnąć tematu. – Zastanawia mnie, dlaczego tak do ciebie lgnie. Rozumiem, że go uratowałaś i że coś pomiędzy wami powstało…

– Nie. – Kolejna odpowiedź była tak samo stanowcza. Przecież nic między nimi nie powstało.

Byli po prostu znajomymi z przypadku, może nawet przyjaciółmi. Więzy, które pomiędzy nimi istniały, były bardzo kruche. Czuła, że tylko jeden niewłaściwy ruch i mogą się zerwać, nieważne kim dla siebie byli. W końcu Soriel to ich wróg.

–…Ale nie wydaje ci się to dziwne, że mimo tego, iż jest naszym wrogiem, nie chce cię tknąć? Jesteś pewna, że jego atak na ciebie był tylko pokazowy? Że tak naprawdę nie chciał tego robić, bo mu na tobie zależy? A jeśli to jego zły plan i korzysta z twojej łatwowierności? – pytała zaniepokojona Mad. – Nie powinien tu przychodzić, Pat. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

– Przecież nie zdradzam mu żadnych tajemnic. On po prostu jest.

– A jeśli w końcu zrobi ci krzywdę?

– Nie wygląda na osobę, która chciałaby zrobić mi krzywdę. – Patricia uśmiechnęła się niewinnie.

– A mi wygląda – powiedziała z westchnieniem Madlene. – Zastanów się nad tym, Pat. Mógł cię zmanipulować. Przecież nikt nie potwierdził, że mikstura, o której mówił, naprawdę istnieje, a przecież ktoś musi mieć o tym pojęcie, prawda? Nawet w książkach nic na jej temat nie ma. Mógł ją sobie wymyślić, żeby zamydlić ci oczy.

– Ale sama mówiłaś, że wiedźmy mają o wiele bardziej rozbudowaną wiedzę na temat mikstur.

– Pat. – Madlene zabrzmiała wyjątkowo poważnie. – Za bardzo ufasz Sorielowi. Przecież to mimo wszystko demon. Zły demon. I nasz wróg.

– Ale…

Blade poliki zostały pochwycone przez dłonie starszej koleżanki, która zaczęła nimi targać na wszystkie strony. Śpiewająca czarodziejka wyglądała teraz jak matka małego dziecka, która chce w delikatny sposób ukarać swoją pociechę.

– Nie ma żadnych ale! Nie chcę, żeby coś ci się stało!

Patricia odsunęła dłonie przyjaciółki i nachmurzyła się.

– Zachowujesz się jak nadwrażliwa matka, wiesz? – odezwała się chwilę potem, masując policzki. – Jestem już dorosła i świadoma konsekwencji, jakie niesie ze sobą znajomość z demonem. Podejmuję się wyzwania, bo wiem, że każdemu trzeba dać szansę. – powiedziała poważnie.

Widziała, że Madlene chce otworzyć buzię i odparować, ale szybko dodała:

– Mam pomysł! Rozłóżmy karty!

Wiedziała, że to pozwoli częściowo odwieść przyjaciółkę od głównego tematu. Czasem wystarczyło słowo, żeby zapomniała o tym, co właśnie miała powiedzieć.

– No, dobrze. – Mad westchnęła. Karty zawsze nosiła przy sobie w plecaku. Już po chwili zgrabnym ruchem dłoni zaczęła układać je na stole. Patricia kompletnie się na tym nie znała. Wiedziała tylko tyle, że Madlene używała różnych układów kart, które ponoć mogły znaczyć co innego. Operowała nimi, jakby zajmowała się tym już w brzuchu matki. Jej mimika twarzy zmieniała się z każdą kolejną wyciąganą z talii kartą. Raz zdawała się być zdziwiona, innym razem zirytowana, a potem nagle wzdychała bezradnie i potrząsała głową. Patricia chciała się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi.

– I? – spytała zniecierpliwiona.

– Na pewno widzę walkę ze złem, co było oczywiście nieuniknione. – Madlene nie odrywała oczu od kart. – Mag w zestawieniu z księżycem – mruknęła do siebie. Kosmyk brązowych włosów nawinęła w zamyśleniu na palca. – To by oznaczało kłamstwa i zawód. Księżyc to karta fantazji, co charakteryzuje złudność myśli i oczekiwań, a mag to ktoś, kto czaruje, a więc kłamie. To by się zgadzało. – Westchnęła. Chwyciła w dłonie następne dwie karty. – Coraz gorzej. Cesarz z diabłem. Niebezpieczny człowiek, może nawet sadysta. No i ostatecznie – dziewczyna przerwała i chwyciła ostatnią z kart, wystawiając ją przed twarz przyjaciółki.

– Wieża – odezwała się Pat. – Pamiętam, że oznacza nieszczęście, prawda? – spytała i spojrzała niepewnie na Madlene.

– Tak. Gdy położę wieżę w rozkładzie, połączy się z diabłem, a to najgorsze z możliwych zestawień.

– Śmierć?

Madlene milczała przez dłuższą chwilę, uciekając od odpowiedzi.

– To było pytanie o Soriela – mruknęła tylko.

– Umrze?! – Patricia prawie krzyknęła.

– Skąd mam wiedzieć? Nie połączyło się to z żadną konkretną osobą, a więc nie wiem, czy mowa o nim. Może umrze ktoś z jego otoczenia. Zresztą nieważne. Sama widzisz, że karty przepowiadają kłamstwa i zdradę. – Dziewczyna spojrzała z powagą na swoją przyjaciółkę, choć doskonale wiedziała, że jej nie uwierzy.

Chwilę później do kuchni wszedł niepodejrzewający niczego Soriel. Wyrobił się szybciej niż myślały. Stał na kafelkach z zawiązanym wokół bioder ręcznikiem i z nagą piersią, po której spływały krople wody. Również jego włosy w nieładzie były mokre. Kiedy dziewczyny patrzyły na niego w zdziwieniu, on stał w kałuży z kąpieli, niewinnie przeczesując włosy. Wyglądał jak profesjonalny model wyrwany z okładki dla kobiet. Madlene skarciła siebie w duchu za to, że nie wzięła aparatu, a potem skarciła siebie jeszcze raz za tą absurdalną myśl.

– Suszarka? – odezwał się Auvrey, przerywając długą ciszę wywołującą rumieńce na twarzach dziewcząt.

Zdezorientowane la bonne fée wskazały palcami w zupełnie odwrotne strony. Soriel zaśmiał się dźwięcznie na tę niezgodność. Dobrze wiedział, że to on wywołał taką reakcję.

– To ja ci przyniosę! – odezwała się Patricia. Zerwała się z krzesła, mało go nie wywracając. Zanim ktokolwiek coś powiedział, ona biegła już po schodach. Było tylko słychać, jak się potyka i klnie na drewnianych wrogów jej stóp.

Madlene i Soriel zostali w kuchni sami.

To nie wróży niczego dobrego – pomyślała Mad. Posłała demonowi złowrogie spojrzenie znad przymrużonych powiek.

Auvrey w ogóle się tym nie przejął. Spoglądał na nią z góry, zadzierając wysoko głowę. Wyglądał, jakby czuł nad nią wyższość i dosadnie chciał jej to przekazać. Wcześniejsza nuta radości i piękna zniknęła gdzieś z jego twarzy. Teraz znów wyglądał jak chłodny demon. Jego oczy iskrzyły się złem.

– Wiem, że kłamiesz – odezwała się szeptem Mad, nie spuszczając z niego oczu.

– Ja kłamię? – Głos Soriela brzmiał mało wiarygodnie. Zupełnie tak, jakby wcale nie chciał odbić ataku dziewczyny, a po prostu go potwierdzić. Bezczelny uśmieszek mówił sam za siebie.

– Nie powiedziałeś jej prawdy.

– Skąd takie wnioski? – Auvrey zaśmiał się kpiąco.

Madlene nie powiedziała Patricii wszystkiego, co rozczytała z kart. Chciała potwierdzić to, gdy wróci już do domu, na razie mogła tylko strzelać.

– Ktoś ci coś obiecał – wydedukowała. – Dlatego jesteś po stronie departamentu. Mikstura, którą podały ci wiedźmy, nie istnieje. Jeżeli nie zmienisz zdania i wciąż będziesz po złej stronie, w końcu sam umrzesz.

Demon nie odpowiedział na to.

– Dzięki za przepowiednię, ale raczej się nie sprawdzi.

Patricia zbiegła ze schodów, wprowadzając do kuchni powiew świeżości, rozwiewający tę ciężką atmosferę. Z uśmiechem podbiegła do chłopaka i wcisnęła mu do rąk suszarkę.

– Dzięki – odpowiedział niechętnie demon. Zaczął kierować się w stronę schodów, posyłając swojej uprzedniej rozmówczyni złowrogie spojrzenie. Chwilę potem zniknął za rogiem.

Madlene odetchnęła z ulgą. Jej nerwy były wystawione na ciężką próbę, na szczęści w porę się opanowała.

– Coś między wami zaszło? – spytała zdezorientowana Pat.

Jej przyjaciółka uśmiechnęła się niewinnie i odpowiedziała ze stoickim spokojem:

– Ależ skąd.

Całą rozmowę z demonem postanowiła przemilczeć. To sprawa, którą sama musi zbadać. I to jak najszybciej, bo zbliżało się coś wielkiego i nieprzewidywalnego.

***

Nareszcie mogłam wyjść na samotny spacer z córką i zająć się własnymi myślami. Nathiel jeszcze co najmniej przez dwie godziny powinien być na misji. Dziękowałam za to Sorathielowi. Dostrzegał, jak bardzo jego przyjaciel był przewrażliwiony i dla mojego świętego spokoju posłał go na obserwacje razem z Arenem. Aura, przez to, że jej ojciec gdzieś się ulotnił, z nadąsaną miną siedziała w wózeczku. Czasami tylko, gdy zainteresował ją jakiś motyl, wskazywała na niego palcem i oczekiwała ode mnie atencji. Zwracała też uwagę na psy i inne małe dzieci. 

– Mama! – krzyknęła już czwarty raz dzisiejszego dnia i wskazała palcem na dziewczynę o nietypowym kolorze włosów. Aura nie była fanką różu, ale z jakiegoś powodu ten kolor ją przyciągnął.

– Tak, widzę – powiedziałam. – Nie wolno pokazywać palcem na nieznajomych, Aura. – Mówiąc to uklęknęłam przed wózkiem i zamknęłam w delikatnym uścisku jej niesforne rączki. Spojrzała na mnie z pewnym wyrzutem, mrucząc coś do siebie w dziecięcym języku.

– Czyżby podobał ci się różowy kolor? – zapytałam, ignorując jej oburzenie. – Taki o? – dodałam, podnosząc jej miśka do góry. To wystarczyło, żeby Aura zaczęła się uśmiechać. Cała złość uciekła, kiedy mogła przytulić swojego ulubionego pluszaka. Powiedzmy, że na jakiś czas miałam spokój.

Przeszłam obojętnie obok nastolatki z włosami w kolorze jasnego różu, nie zwracając uwagi na to, co robi. Moja córka również nie była nią zainteresowana – teraz ważniejszy był miś. Nie spodziewałam się, że mój spokojny spacer zostanie przerwany przez ulotkę, która wyląduje przed moim nosem.

– Zapraszamy na wielki bal już w tę sobotę! – Przesłodzony, wysoki głos wdarł się szturmem do moich uszu. 

Westchnęłam i chwyciłam za niechcianą ulotkę, aby dała mi już święty spokój.

– Zapewniam, że zabawa będzie przednia – dodała szeptem, nachylając się tuż nad moim uchem. 

Przeszły mnie dreszcze. 

– Dziękuję, nie skorzystam – burknęłam, popychając wózek dalej. Nawet nie spojrzałam na ulotkę. Ścisnęłam ją w dłoni, rozglądając się za najbliższym śmietnikiem.

– Liczymy na twoją obecność, Lauro.

Dziewczęcy, wesoły śmiech rozległ się za moimi plecami. Stanęłam w miejscu jak wryta. Czy to dziwne, że zaczęłam czuć w sercu niepokój? Nie na co dzień obce dziewczyny zwracają się do mnie po imieniu. Może jeszcze niech ktoś mi powie, że imię „Laura” idealnie pasuje do mojej osobowości i wyglądu?

Gwałtownie obróciłam się w tył, ale różowe włosy zniknęły z pola widzenia. Przede mną była tylko pustka i wirujące wokół ulotki. Nie miałam wyboru, jak uwolnić jedną z nich z mojej zgniecionej dłoni. Zawartość pochłonęłam w mgnieniu oka. Nagłówek głosił: „Demoniczny bal na zamku królewskim”. Poniższe informacje napisane od myślników były tylko bzdurnymi zachętami do uczestnictwa w imprezie. Miał to byś bal maskowy, pełen drinków i smakołyków, gwarantujący piekielnie dobrą zabawę. Nie obchodziło mnie to. Już sama nazwa „demoniczny” bardzo mnie zaniepokoiła.

Aura zaczęła głośno gaworzyć, jakby kogoś dostrzegła. Zapewne kolejnego psa, którego będzie próbowała gryźć w ucho. Ulotkę schowałam do kieszeni.

– Tata! – dosłyszałam głos córki. Czyżby Nathiel dowiedział się, że uciekłam do parku na spacer?

Odwróciłam się w stronę gaworzącej wesoło Aury. Przez chwilę naprawdę miałam wrażenie, że to młody Auvrey pochyla się nad wózkiem córki, szybko zmieniłam jednak zdanie, gdy się odezwał.

– Nie jestem twoim tatą, mała, jestem twoim wujkiem.

Oniemiałam i zastygłam w bezruchu. Na trawie w parku klęczał Auvrey, ale nie ten, który powinien. Czapka baseballówka zasłaniała jego twarz. Widziałam tylko przydługie i skręcone kosmyki czarnych włosów oraz wystający spod nakrycia demoniczny uśmieszek. Wuj Aury sięgnął do jej polika i połaskotał ją w taki sposób, że zaczęła się śmiać. W przyszłości będę jej wypominać to, że pomyliła własnego ojca z wujkiem.

– Udaną macie córkę – usłyszałam. – Bardzo podobna do mojej matki. Na pewno gdy podrośnie, będzie piękna. No, chyba że coś pójdzie nie tak. – Szmaragdowe oko wychyliło się zza czapki i posłało mi morderczy błysk. 

Milczałam. Byłam tak sparaliżowana, że nie byłam nawet w stanie racjonalnie myśleć. Przecież powinnam zawrócić wózek i uciekać. Jak miałam walczyć z dzieckiem przy boku? 

– Powtórzę po Sapphire – zaczął chłopak, przenosząc się do pionu. Ręce schował do kieszeni.

Teraz już widziałam. Między dwójką młodych Auvreyów było niesamowite podobieństwo. Nie miałam jednak czasu na dogłębne rozważania na temat twarzy brata Nathiela. – Zapraszamy na nasz pierwszy i niepowtarzalny demoniczny bal – powiedział wręcz teatralnym, ironicznym głosem, nie spuszczając ze mnie oczu. – Byłbym zapomniał. – Demon pochylił się niespodziewanie tuż nad moją twarzą. Był aż za blisko moich ust. Chciałam się odsunąć, ale z jakiegoś powodu tkwiłam w jednym miejscu. Zupełnie, jakby moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Dlaczego? Czy to te przeszywające duszę szmaragdowe oczy? Przedziwnie błyszczały. – Witaj w rodzinie, Lauro. – Soriel Auvrey zakończył swoją krótką wypowiedź, zaśmiał się dźwięcznie i wyprostował. Patrzył na mnie z góry z wyższością. Nie mogłam dać się zastraszyć, przecież właśnie tego chciał, prawda?

Zgodnie z tym, co mówiła Patricia na ostatnim spotkaniu w organizacji Nox bez Nathiela – bracia Auvrey byli do siebie łudząco podobni. Różnili się tylko wzrostem, ponieważ Soriel miał co najmniej dziesięć centymetrów więcej niż Nathiel, a także spojrzeniem. Starszy z Auvreyów miał w nich przepełniony złem błysk. 

Kiedy ja nie mogłam się ruszyć, Aura wciąż  wesoło szczebiotała, wyciągając małe rączki do góry. Modliłam się o to, aby jej nie dotykał. Chyba nie zamierzał, skoro tak uparcie wgapiał mi się w oczy. Zaraz. Patricia też o tym wspominała. Umiał czarować oczami. Równie dobrze mógłby mnie teraz uśpić i zabrać ze sobą do Reverentii.

– Przez chwilę dziwiłem się, jak mój młodszy braciszek mógł wybrać kogoś tak pospolitego, ale teraz już to widzę – powiedział Soriel, uśmiechając się jak wcielony diabeł. – Masz w oczach coś, co przyciąga innych. Na dodatek ten chłód, który dobrze ukrywa twój strach. – Demon chwycił za kosmyk moich włosów i nawinął go sobie na palca. – Zapewne jeszcze się spotkamy. – Jego głos był głęboki, wręcz uwodzicielski. Różnił się od wesołego Nathiela, który próbując przybrać seksowny ton, raczej go parodiował. – Zapraszam na bal. Gwarantuję, że wszyscy będziecie się świetnie bawić.

Brat Nathiela puścił mnie, naciągnął na oczy czapkę, pstryknął palcem w czoło zaskoczonej tym gestem Aury i bez słowa ruszył przed siebie. 

Zaniepokojona uklęknęłam przy swojej córce. Na szczęście wszystko z nią było w porządku. Soriel i tajemnicza dziewczyna o imieniu Sapphire zniknęli. Znów byłam sama na środku parku. Nie miałam czasu na zastanowienie. Musiałam o tym powiadomić Nox.

***

Do organizacji wpadłam z głośnym, choć niechcianym trzaskiem drzwi. Ktoś z salonu zapytał, czy to Nathiel. Rzeczywiście, tylko on wchodził z takim impetem do domu. Mogłam to zrzucić na adrenalinę, która mnie tutaj przygnała. 

– Jest Nathiel? – spytałam, wchodząc do salonu z Aurą na rękach. Wózek zostawiłam przed organizacją. 

W pokoju siedziała tylko Amy. Najwyraźniej musiała sprzątać – w rękach trzymała dwa kubki po kawie. Była lekko zdziwiona.

– Nie ma – odpowiedziała. 

Bardzo mnie to cieszyło. Nie chciałam patrzeć, jak znowu ucieka z domu i nie wraca na noc, bo dowiaduje się o czymś, czego nie może przyjąć do swojej świadomości. Spotkanie z Sorielem na razie muszę przemilczeć, przynajmniej w jego obecności.

– Coś się stało, Laura?

– Tak. – Stwierdziłam, że nie ma powodu kłamać. Rzeczywiście, coś się działo i to bardzo ważnego. Potrzebowałam młodego szefa organizacji. Już. – Potrzebuję Sorathiela – powiedziałam zdyszana.

Moja przyjaciółka kiwnęła niepewnie głową. Oczywiście Amy nie byłaby sobą, gdyby najpierw nie posadziła mnie w trosce o moje dobro na sofie. Dziwiło mnie tylko to, że nie przywitała się z Aurą, którą wręcz ubóstwiała. Moja córka też zdawała się odczuwać powagę sytuacji. Nie szczebiotała, a rozglądała się dookoła czujnymi oczami.

Nie musiałam długo czekać. Sorathiel w niedługim czasie pojawił się w salonie. Amy nie chciała nam przeszkadzać, wobec tego poszła zrobić herbatę. Zaczęliśmy dyskutować o zaistniałej sytuacji. Opowiedziałam mu wszystko ze szczegółami. O różowowłosej Sapphire, która prawdopodobnie była demonem, choć przecież nie mogłam tego widzieć – stała za moimi plecami, podejrzenia wskazywały jednak na to, że była towarzyszką Soriela, a więc mieszkanką Reverentii. Potem opowiedziałam o Sorielu, o tym, że mnie zaczarował i o tym, co powiedział. Na samym końcu przekazałam mu ulotkę. Śledził ją uważnym wzrokiem w milczeniu. Nie przerywałam mu. Czekałam na jego opinię.

– Nie możemy tego tak zostawić – stwierdził pokrótce, przenosząc na mnie spojrzenie. Wyglądał na poważnego, a równocześnie spokojnego, cały Sorathiel. 

– To na pewno pułapka – zauważyłam. – Soriel osobiście zachęcił mnie do przyjścia na bal. Demony oczekują, że się tam zjawimy.

Gdy Amy przyniosła herbatę i usiadła obok mnie, Aura sama powędrowała do niej na czworakach. Najwyraźniej nie chciała mi teraz przeszkadzać w rozmowie.

– Musimy zaryzykować – powiedział z westchnieniem Sorathiel. – Nie mamy wyboru. Przecież oprócz nas będą tam inni, zwyczajni ludzie. Jeśli pojawi się tam departament, to nie skończy się dobrze.

W głębi duszy przyznawałam mu rację. Nawet, jeżeli to nie byłby departament, to przecież demony zabiorą się odpowiednio do działania – nie odpuszczą takiej okazji jak masowe pożeranie energii.

– Zwołajmy spotkanie z la bonne fée.

Kiwnęłam głową.

– Nathielowi ani słowa o tym, że widziałam się z jego bratem. Nie będzie chciał tego do siebie dopuścić i stwierdzi, że oszalałam. Niech wie tylko o tym, co musi wiedzieć, by zadziałać skutecznie na misji.

Sorathiel zgodził się ze mną.

Musieliśmy ustalić taktykę i zbadać miejsce, w którym ma się odbyć bal. Mieliśmy na to tylko kilka dni. Obawiałam się, że już niedługo stanie się to, czego tak bardzo się baliśmy. Spotkanie z nowym Departamentem Kontroli Demonów. I na pewno nie skończy się ono dobrze.

2 komentarze:

  1. Soriel, Soriel... Tak coś czułam, że sprawa nie jest tak prosta, jak zdaje się Pat. Ciekawe, że demony zaczęły działać jawniej - bal - teraz, gdy wróciła Laura. Z pewnością będzie ciekawie, ale też niepokojąco. Mniemam, że czeka nas bitwa i mam tylko nadzieję, że Mad znowu nie da się sprowokować twierdzeniem, że fałszuje.
    Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć :)
    A ja ścięłam włosy, efekty na fejsie. Hue. Tylko moje nie były obcinane nożem.
    Rozumiem wątpliwości Mad - w końcu nie ufa się komuś, kto jawnie grozi śmiercią twojej przyjaciółce. Ale trochę ejst zbyt nadopiekuńcza.
    "Stał na kafelkach z obwiązanym wokół bioder ręcznikiem i z nagą piersią, po której spływały krople wody. Również jego włosy w nieładzie były mokre. Pod jego stopami utworzyła się kałuża. Kiedy dziewczyny patrzyły na niego z rozdziawionymi buziami, on stał niewinnie przeczesując włosy. Wyglądał jak profesjonalny model wyrwany z okładki dla kobiet. Madlene skarciła siebie w duchu za to, że nie wzięła aparatu, a potem skarciła siebie jeszcze raz za tą absurdalną myśl. Przecież to demon! Nieważne, że seksowny demon!" - glebłam xD Soriel trochę przypomina mi Logana z 83 rozdziału. Huehue <3
    Mad vs Soriel. Mały, ale jednak zatarg. Ja chcę więcej!
    Świetnie opisane spotkanie Laury z przyszłym szwagrem. Kurde, nawet to sobie zwizualizowałam! Brawo! Dreszczyk mnie przeszedł i to nie od piosenki San Marino na Eurowizji. Tak złowieszczo. A Sapphire chyba będzie miała jakąś większą rolę, czyż nie? Ktoś poza Gabrielle by się przydał.
    Nox powiadomione. Teraz bal. Chcę spotkania braci!

    Czekam na nn ^^
    Ściskam! :*

    OdpowiedzUsuń