Bal miał się rozpocząć lada moment. Pierwszy punkt uroczystości to przemówienie organizatorki, która miała pozornie zwyczajne imię. Sapphire Farris. Wiedziałam, o kim mowa. Miałam dobrą pamięć, w końcu Soriel wymówił jej imię w rozmowie ze mną.
W słuchawce rozbrzmiał głos Sorathiela sprawdzającego pomiędzy nami łączność. Odpowiedziała mu Martha, która potwierdziła obecność całej czwórki la bonne fée. Powiedziała, że czeka na resztę swoich przyjaciółek pod filarem. Zrobiły już wstępne rozeznanie i oprócz tego, że roiło się tu od cienistych demonów zmieszanych w tłumach ze zwykłymi ludźmi, napotkały również różowowłosą demonicę. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kim były. Tak, to była Sapphire, którą tytułowano główną organizatorką balu. W przeciwieństwie do la bonne fée nie mieliśmy tak miłego powitania. Wpuścili nas zwyczajni ochroniarze, niewyróżniający się niczym z tłumów. Nie mieli nawet szmaragdowych oczu.
Martha powiedziała, że czekają już tylko na Patricię. W razie czego będzie na bieżąco informować o tym, co się dzieje. Ja również potwierdziłam swoją obecność i zgłosiłam brak dodatkowych spostrzeżeń. Miałam dziwne przeczucie, że bomba zegarowa niedługo wybuchnie. Na razie zachowywałam jednak zimną krew.
Moim zadaniem była obserwacja. Nathiel, który stał obok mnie, poprawiał nerwowo czarny krawat. Robił to dlatego, że nie znosił eleganckiego ubioru. Chmurzył się jak dzieciak, któremu nie pozwolono wyjść na dwór i pograć w piłkę z kolegami. Uśmiechnęłam się w jego kierunku, a on odwzajemnił uśmiech, choć niezmiernie się przy tym krzywił.
– Nie rozumiem, po co mi garniak, jak i tak go rozedrę w walce – powiedział z prychnięciem.
– Również nie jestem zwolenniczką balowych sukni, a jednak musiałam ją założyć. Wymagały tego zaistniałe okoliczności – Spojrzałam na niego znacząco.
– Ale mnie to nie przeszkadza. Lubię, gdy nosisz sukienki. – Demon zachichotał. Zmierzył mnie z góry do dołu w taki sposób, jakby chciał mnie pożreć.
Przewróciłam oczami. Kiedy sytuacja wymagała od nas powagi, Auvrey oczywiście musiał zachowywać się jak przystało na niedojrzałego emocjonalnie nastolatka. Czy on naprawdę niczego się nigdy nie bał i każdą misję traktował jak błahostkę? Rozumiem, że zabijanie demonów było jego hobby od dziecka, ale na jego miejscu bałabym się tego, czego nie mogę przewidzieć. Zazwyczaj wszystkie jego misje były dosyć jednoznaczne i miały prosty cel: zabij demona, który zawładnął czyimś cieniem. Dziś było inaczej. Nie mieliśmy żadnych wskazówek.
Wokół roiło się od nienawistnie spoglądających na nas szmaragdowych oczu. Miałam przedziwne wrażenie, że robili tylko za tło tego, co ma się wydarzyć. Czyżby Vail Auvrey chciał pokazać mieszkańcom Reverentii, że nie mają się czego bać, bo w mig się z nami rozprawią? Może i byliśmy słabi, ale to nie oznaczało, że tak łatwo polegniemy. Było coś, co nas od nich odróżniało. Nie polegaliśmy wyłącznie na magii i nie byliśmy przesadnie pewni siebie. Nie popełnialiśmy tych samych błędów dwa razy, wyciągaliśmy z nich wnioski.
– Stresujesz się – stwierdził odkrywczo Nathiel, przyglądając się uważnie mojej twarzy. Chwycił mnie za dłoń i ścisnął uspokajająco.
Zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie i nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. W przeciwieństwie do młodego Auvreya nie znosiłam niespodzianek. Wolałam mieć zaplanowany z góry scenariusz zdarzeń.
– Jest w porządku – odpowiedziałam.
Kiedy mój demoniczny chłopak trzymał mnie za dłoń, spoglądałam w dół na swoje buty. Dla większego komfortu ubrałam czarne, płaskie baleriny. Nie wypadało pójść na bal w trampkach, nieważne, czy organizatorami były demony. Sukienka również nie była typowo balowa. Jak podczas podróży do Reverentii musiałam pożyczyć ją od Amy. Tym razem była to zwiewna kreacja pod kolor moich oczu. Sięgała za kolana i miała ramiączka. Materiał marszczył się na piersiach i opadał w dół przezroczystą zasłoną jak krzyżujące się po środku okna firanki. Sukienka nie miała żadnych zbędnych dodatków i nie była przebojową kreacją. Została skazana na potępienie, bo z pewnością nie obejdzie się bez walki.
W słuchawkach rozległ się głos Sorathiela. Mówił, że mamy być czujni. Po jego słowach zgasły wszystkie świece. Chwilę staliśmy w egipskich ciemnościach. Sparaliżował mnie strach, dlatego ścisnęłam mocniej dłoń Nathiela. Mieliśmy walczyć po ciemku? Na szczęście chwilę potem zapłonęły sztuczne reflektory kierujące wstęgi świateł prosto na organizatorkę balu. Tam, gdzie staliśmy, mieliśmy idealny widok na młodą Sapphire. Jak ktoś, kto wyglądał jak nastolatka, mógł być organizatorem balu? A może w rzeczywistości była starsza ode mnie i Nathiela? Demony rządziły się przedziwną genetyką.
Martha wspominała wcześniej, że przed wejściem Sapphire przebrana była za ochroniarza, a włosy splecione miała w koka. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Długie różowe włosy były spięte w dziecięce kucyki, które skręcając się w drobne fale, sięgały aż do jej kolan. Były perfekcyjnie wystylizowane – stanowiły własne lustrzane odbicie. Na boku głowy dziewczyna miała mały cylinder z białą wstęgą opadającą na postrzępioną grzywkę. Sukienka, która przylegała do jej ciała, była w całości czarna, plisowana u dołu. Sięgała jej ledwo do kolan. Zdobiły ją białe elementy w postaci dwóch guziczków przy dekolcie, koronek przy czarnych bufkach, pasie oplatającym talie oraz dwie warstwy koronek u dołu sukienki i odrobinę wyższej, gdzie tworzyła się kolejna, plisowana warstwa czerni. Na nogach miała długie, czarne zakolanówki, na stopach białe, lśniące lakierki, w ręku trzymała drewnianą laskę zagiętą na końcu. Opierała się o nią na scenie. W rękach przystrojonych koronkowymi rękawiczkami trzymała mikrofon bezprzewodowy. Trzeba było przyznać, że demony zadbały o odpowiednie efekty specjalne i sprzęt. Nie sądziłam, że się na tym znają.
Zanim Sapphire przemówiła, w słuchawce rozległ się głos Marthy. Wraz z nim pojawiły się zakłócenia, które uniemożliwiały odczyt jej słów. Mówiła coś o Patricii, która spotkała Soriela. Więcej jednak nie zrozumiałam. Połączenie pomiędzy nami zostało zerwane. Nie pomogło nawet nawiązanie kontaktu z Sorathielem. Tak, rozważaliśmy ewentualne problemy na łączach. Demony mogły to w końcu przewidzieć.
Westchnęłam ciężko. Zostało mi być czujną i obserwować uważnie otoczenie.
– Witam państwa na pierwszym, największym w mieście demonicznym balu! – wykrzyknęła dziewczyna dobrze mi już znanym, irytująco wysokim, słodkim głosem małej dziewczynki. Wzniosła teatralnie ręce ku górze.
Ludzie i demony zaczęli klaskać i wydawać okrzyki radości. Chyba jeszcze nie wiedzieli, co ich czeka.
Przyjrzałam się uważniej postaci Sapphire. Była niska, szczupła i blada, ale nie w takim stopniu jak ja. Przemawiając do nas, wykonywała zestaw wyćwiczonych i zgrabnych ruchów. Miałam wrażenie, jakby już kiedyś gdzieś występowała. Jej radosnej i energicznej postaci towarzyszył przerażająco kpiący uśmiech i złowieszczy błysk w oczach.
– Zgromadziliśmy się tutaj, aby uczcić pewną ważną dla nas okazje – kontynuowała demonica. Widziałam, że kieruje swoje diabelskie spojrzenie wprost na mnie. Wiedziała w końcu, kim jestem. – Nasi goście specjalni, organizacja Nox i la bonne fée, zapewne domyślają się, cóż to za piękna chwila. Tak, tak, moi mili! – Zaśmiała się i zastukała laską o posadzkę. Wszystkie światła reflektorów nagle zgasły. – Przybyliśmy tu, aby uczcić… – Tu nastąpiła długa cisza, którą wypełniły zaciekawione szepty. W tej przerażającej ciszy czułam, jak serce tłucze mi się o pierś. Tajemnica nie mogła być wiecznie tajemnicą. Sapphire rozwiała wszystkie niepewności, dręczące nas od kilku dni: – odrodzenie Departamentu Kontroli Demonów! – wykrzyknęła energicznie.
Z trudem powstrzymałam Nathiela od nieprzewidzianych w skutki czynów. Przytrzymałam go za rękę, aby nie uciekł. Widziałam, jak krzywi się z obrzydzeniem. Był wściekły. Nasze obawy się sprawdziły.
Choć ludzie nie wiedzieli, kim są członkowie departamentu dręczącego nas od zarania dziejów, zaczęli głośno gwizdać i klaskać. Gdyby tylko wiedzieli, z kim mają do czynienia…
– Pragniemy powitać was naszym cudownym przedstawieniem! – rozległ się donośny głos konferansjerki. – Pozwólcie, że przedstawimy naszych wyjątkowych aktorów!
Światło reflektorów padło nagle na siedzącą na barierce dziewczynę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jej przerażająca, wręcz trupia bladość – nie mogłam się z nią równać. Długie nogi zwisały w dole i bujały się na przemian, stopy miała bose. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych gości wyróżniała się ubiorem. Założony miała na siebie czarno-żółty sweter sięgający jej ledwo do ud. Jego rękawy wychodziły daleko poza dłonie – zwisały w dole jak kaftan bezpieczeństwa. Na szyi dziewczyna miała zawiązaną skromną, żółtą wstążkę nie pasującą do całości ubioru. Miałam przedziwne wrażenie, że nie założyła żadnych spodenek, bo o nich po prostu zapomniała. Nie wiedziałam, czy to, co miała na sobie, mogłam nazwać po prostu częścią bielizny. Nie chciałam w to wnikać. Najdziwniejsze w jej osobie zdawały się być puste, szmaragdowe oczy, które nie patrzyły na scenę, a poza nią. Dziewczyna zdawała się być w innym świecie. Leciutki uśmiech na jej twarzy był jak przylepiony i niepasujący do całości. Jej długie, brudno-zielone włosy przerastały całą postać – wirowały jeszcze daleko poza zwisającymi z barierki stopami. Były lekko poskręcane i sprawiały wrażenie żywych. Drgały przy każdym, nawet nieznacznym ruchu. Demonica czule je gładziła. Brakowało tylko, aby zaczęła do nich szeptać. Na czubku głowy miała przekrzywiony czarny beret.
– Lamiere Matheney! – wrzasnęła Sapphire ukryta w ciemnościach.
Zapłonął kolejny reflektor, tym razem oświetlając chłopaka stojącego pod kolumną, nieopodal demonicy o imieniu Lamiere. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic dziwnego. Opierał się luzacko o filar ze skrzyżowanymi nogami i ramionami. Włosy miał brązowe i w nieładzie – sterczały na wszystkie strony. Ubiór całkiem zwyczajny – szara bluza z kapturem, czarny podkoszulek i granatowe spodnie przetarte w kilku miejscach. To, co wydawało się być w nim dziwnego to jedno zabandażowane oko. Z lekkim uśmieszkiem i błyskiem w szmaragdowym ślepiu, mierzył publiczność.
– Raiden Shirey! – wykrzyknęła znowu Sapphire.
Młody demon pomachał do nas ręką.
Światło padło tym razem na innego demona. Niepozornego, małego i wyjątkowo kruchego. Był nawet niższy niż ja. Z wyglądu przypominał raczej dzieciaka, a nie nastolatka. Stał z boku, trzymając się kurczowo zwisającej z góry czerwonej kotary. Najwyraźniej chciał się ukryć. Bardzo zdziwił mnie fakt, że ktoś taki mógł należeć do Departamentu Kontroli Demonów, z drugiej strony… nie należy oceniać demona po okładce. Być może to tylko jego przykrywka.
Włosy miał szare, gładko przylegały do jego policzków. Nie było nawet jednego włoska, który odstawałby od swoich towarzyszy. Oczy miał wielkie, szmaragdowe i przestraszone. Usta blade i zaciśnięte. Założoną miał na siebie luźną, zdecydowanie za dużą białą koszulę z krótkim rękawkiem i proste, czarne spodnie. Na plecy zarzuconą miał dziwną, czarną pelerynę, która nijak miała się do całości jego bioru. Przywodziła na myśl raczej halloweenowy rekwizyt, który idealnie wpasowywał się w postać wampira.
– Riel Talley!
Kolejny reflektor padł na znajomą mi już postać, na widok której poczułam dreszcze. Tak, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że żyła. Przecież spotkałam ją, gdy byłam w ciąży. To od jej pojawienia zaczęła się nowa przygoda z departamentem. Przeżyła.
Długie, czarne włosy upięte były na czubku głowy, spadając falami na jej ramię. Usta rozszerzały się w diabelskim, przerażającym uśmiechu, a szmaragdowe oczy błyszczały nieludzko w świetle reflektorów. Jej kusy ubiór nie był dla mnie nowością, a wszystko to w kolorze czerni – zarówno krótka bluzka sięgająca jej do pępka, jak i krótkie spodenki opinające demoniczne nogi. Jej dłonie odziane w rękawiczki trzymały znajome wstęgi. Stała tak, unosząc władczo podbródek i patrzyła prosto w moje oczy, jakby pragnęła przekazać mi swoją nienawiść do rasy ludzkiej. Miałam wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy. To przecież demonica, która po części wciągnęła mnie w to wielkie bagno bez dna.
– Gabrielle Adair! – usłyszeliśmy.
Nathiel prychnął głośno i skrzywił się na widok dziewczyny, z którą wielokrotnie walczył. Można powiedzieć, że znali się od dziecka.
Następny reflektor wyjątkowo długo zwlekał z ujawnieniem kolejnego członka departamentu. Miałam co do tego złe przeczucia. Odruchowo ścisnęłam mocniej dłoń Auvreya. Przecież wiedziałam, że prędzej czy później zbudowany przez niego bezpieczny mur się rozsypie. Bałam się o jego reakcję i chyba słusznie. Gdy tylko zapłonął kolejny reflektor, spojrzałam niepewnie w twarz Nathiela. Pierwszy raz widziałam go w tak wielkim szoku. Rozdziawił lekko usta, a jego oczy rozszerzyły się, tworząc dwa, wielkie spodki. Ścisnął moją dłoń tak mocno, że skrzywiłam się z bólu.
Przed nami stał nie kto inny, jak Soriel Auvrey. Ubrany w luźną, białą koszulę wyglądał jak kopia własnego brata. Mogliby w tym momencie uchodzić za bliźniaków.
– Soriel Auvrey! – wykrzyknęła przesłodzonym głosem Sapphire.
Starszy brat Nathiela włożył ręce do kieszeni i stanął w lekkim rozkroku. Dzieliło go od nas zaledwie kilka metrów. Oboje patrzyli sobie prosto w oczy.
– Zabiję gnoja – syknął Nathiel. Nie spodziewałam się, że nagle wyrwie się z mojego uścisku i pogna na scenę z nożem w ręku. Zdążyłam tylko krzyknąć jego imię. Niezrównoważony, demoniczny łowca po raz kolejny zareagował nierozważnie i tak, jak podpowiadało mu serce. Przecież to było jasne, że gdy tylko zobaczy Soriela, rzuci się na niego z bronią.
– Ostatnim członkiem departamentu jestem ja! – wykrzyknęła na zakończenie Sapphire, machając w górze ręką. – Sapphire Farris. – Po tych słowach ukłoniła się, unosząc rogi sukienki. Przysięgam, w tym momencie wyglądała jak zaprogramowana lalka. – Niestety nasz kochany szef, Vail Auvrey, nie mógł się to zjawić – dodała chwilę potem, robiąc teatralną, smutną minę – ale kazał pozdrowić swojego najmłodszego syna i wszystkich członków Nox – zakończyła, śmiejąc się dźwięcznie. – Dziękujemy za przyjście, drodzy goście! – krzycząc, machnęła dłonią w górze, jakby rysowała tęczę. – A teraz zapraszamy na rzeź. – Ostatnie słowa wymówiła zadziwiająco niskim i mrocznie brzmiącym głosem. Gdy klasnęła w dłonie, reflektory zgasły.
Nie minęła nawet sekunda, a wśród tłumów rozległy się okrzyki przerażenia. Ktoś mnie pchnął, przez co upadłam na podłogę i zostałam podeptana przez stado uciekających ludzi. Z trudem podniosłam się z podłogi. Domyślałam się, że to demony będące gośćmi tego balu dobrały się do energii potencjalnej zwykłych ludzi. Po ciemku nic nie mogliśmy zdziałać.
Po omacku zaczęłam szukać noża, który musiałam opuścić przy niespodziewanym upadku. Znalazłam go. W tym samym czasie na sali zapłonęły świece.
Zrobiłam szybkie rozeznanie. Nathiel gdzieś zniknął, za to nieopodal mnie stał Sorathiel wraz z Arenem – ratowali ludzi przed demonami, które niczym wygłodniałe hieny wchodziły do ich cieni. Członkowie departamentu zniknęli mi z oczu. Czyżby bal miał się obejść bez walki z nimi? Narodziła się we mnie cicha nadzieja na to, że wszyscy wyjdziemy stąd cali.
***
– Soriel!
Demoniczny łowca biegł w stronę brata, ściskając nerwowo nóż. To, co działo się z jego duszą, ciężko było opisać słowami. Wszystkie chaotyczne myśli składały się w jeden, poplątany kłębek zwieńczony furią. Emocje buchały w nim jak ogień, a wszystkie dążyły do jednego: nienawiści do własnego brata.
Nathiel nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Wciąż wmawiał sobie, że to jakiś chory sen, z którego lada moment się zbudzi. Jak to było możliwe, żeby Soriel żył? Przecież doskonale pamiętał, jak ich ojciec zabił całą rodzinę Auvreyów. Soriel nie oddychał, tak samo jak jego matka i siostra. Zmartwychwstał? Zdarzył się jakiś cholerny cud? A może to było celowe zagranie Vaila Auvreya? Może od samego początku chciał zostawić Soriela przy życiu po to, aby w późniejszym czasie stał się jego wrogiem? Musiał pogratulować ojcu pomysłowości. Nie dość, że był zdenerwowany, to jeszcze miał ochotę zabić własnego brata. Normalny człowiek zapewne by się ucieszył na widok członka swojej rodziny, ale nie on. Soriel Auvrey powinien nie żyć. Dla Nathiela wciąż był martwy.
– Kochany braciszku! – Donośny głos starszego brata poniósł się echem po sali. Z uśmiechem godnym psychopaty rozłożył ręce na bok. Ten gest przypominał Nathielowi ich ojca. Gest fałszywej otwartości. Soriel niczym nie różnił się teraz od Vaila Auvreya, to po prostu jego młodsza wersja. Od zawsze chciał się zemścić na ojcu za to, co zrobił, dziś będzie musiał podzielić chęć zemsty na dwoje.
– Ty skurwysynie – warknął Nathiel. Z nienawiścią w oczach i rękach rzucił się z nożem na swojego brata. Ten w ostatniej chwili wyjął z kieszeni broń – również Exitialis – i odparował atak. Spojrzał Nathielowi prosto w oczy, uśmiechając się jak postać z koszmaru, którym straszy się dzieci.
Młodszy Auvrey wciąż nie mógł uwierzyć, że widzi przed sobą Soriela. Dlaczego nie uwierzył la bonne fée? Nie miały powodu by kłamać. Potraktował je jak gbur. Wychodzi na to, że po skończonej akcji będzie musiał je przeprosić.
– Tak się wita brata po latach? – zapytał nagle Soriel, parując kolejny szaleńczy atak Nathiela. Na razie leniwie odpierał jego cioy prawą dłonią, lewa spoczywała w kieszeni, za nic mając swojego wroga.
– Nie żyłeś! – wykrzyknął wkurzony nie na żarty Nathiel. Zmrużył groźnie szmaragdowe oczy przepełnione chęcią zemsty.
Ostatnim razem widział go, gdy był pięciolatkiem. Od tego czasu minęło dwadzieścia lat. Czy się zmienił? Nieznacznie, choć na pewno urósł i zmężniał, tak samo jak i on. Nie widział między nimi podobieństwa, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że inni je widzieli. Każdy Auvrey był taki sam. Zarówno z charakteru, jak i wyglądu. Na szczęście każdego z nich różniły priorytety. Nathiel oddawał się walce ze złem, pełniąc rolę łowcy cienia, Soriel walczył po stronie demonów jako jego wróg, a Vail Auvrey wszystkim sterował, patrząc na to wszystko z boku jak pieprzony władca marionetek.
– Żyłem. – Odpowiedź Soriela była prosta i przepełniona obojętnością. W chwili przerwy na odparcie ataku, wzruszył ramionami. To jeszcze bardziej zdenerwowało Nathiela. Zaczął napierać nożem na brata szybciej i mocniej.
– Dlaczego się nie odezwałeś?! Dlaczego mnie nie szukałeś?! – krzyczał coraz bardziej zbulwersowany demoniczny łowca. – Śmiesz nazywać się moim bratem?! Byliśmy rodziną! Zawsze sobie pomagaliśmy!
– Zacząłem nowe życie z dala od wszystkiego, a już szczególnie od mojego braciszka-wybrańca, który został oszczędzony w dniu rodzinnej egzekucji. – Soriel prychnął głośno i spojrzał złowrogo na brata. Przestał odpierać ataki, teraz sam zaczął atakować przeciwnika. – Doskonale wiedziałem, że mój kochany, maleńki braciszek sobie poradzi – zironizował.
Exitialis przejechało po żebrze Nathiela, który na chwilę stracił czujność. Skrzywił się na tą ranę, ale mimo tego wciąż atakował. Miał jeszcze dużo sił i nie spocznie, dopóki nie zabije tego gnojka.
– Jak pięciolatek mógł sobie poradzić sam?! – wrzasnął zbulwersowany Nathiel, oddając cios bratu.
– Poradził sobie – prychnął Soriel. – Poszedł do łowców, czyli tam, gdzie ja nie chciałem się pchać. Mały tchórz.
– Jesteśmy braćmi, do cholery! Zawsze trzymaliśmy się razem!
– Byliśmy, sam to stwierdziłeś.
Soriel zaśmiał się głośno i powalił brata na podłogę. Nathiel z trudem uniknął ciosu w ramię – w ostatniej chwili rzucił się w bok.
Walka zaczęła robić się poważna. Nie miał nawet czasu obejrzeć się do tyłu. Ukradkiem widział innych członków departamentu, którzy walczyli z jego przyjaciółmi. Cywile zapewne zostali już wyprowadzeni na zewnątrz. Miał tylko nadzieję, że Laura jest bezpieczna.
Nathiel z trudem odpierał ataki – jego brat miał w sobie zdecydowanie więcej siły i refleksu niż on. Czy to kwestia tego, że przez długi czas przebywał w Reverentii? Bardziej przypominał teraz demona niż człowieka. Ich oczy były takie same, a jednak istniała między nimi istotna różnica – Soriela oczy pałały gniewem i chęcią mordu. Młodszy Auvrey wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Demony żyjące w Reverentii i pożerające energię potencjalną miały większą moc.
– Dlaczego akurat departament? – spytał z prychnięciem Nathiel. – Jest tyle organizacji i towarzystw, do których byś się nadawał. Na przykład do burdelu. – Starał się wrednie uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko krzywy uśmieszek. – Dotąd nie słyszałem o przypadku, kiedy ktoś przeszedł na stronę osoby, która wybiła mu całą rodzinę – syknął przez zęby. – Jesteś wielkim, cholernym ewenementem.
– Miałem swoje powody. – Głos Soriela przybrał chłodny ton. Nie dał się zmanipulować. Doskonale wiedział, o co chodzi Nathielowi. Może większość życia spędzili osobno, za to te pięć lat przeklętego dzieciństwa wystarczyło, żeby nauczył się wszystkich sztuczek brata. Byli podobni, więc robili podobne rzeczy. Może właśnie na tym polegała jego przewaga? Myślał głową, nie pięściami.
– Pamiętasz nasze bitwy, braciszku? – Tonacja głosu Soriela zmieniła się na ironicznie przesłodzony. Teraz to on postanowił zastosować sposób Nathiela, aby zdezorientować przeciwnika.
– Jak mógłbym zapomnieć? – prychnął w odpowiedzi demoniczny łowca.
– A pamiętasz, kto zawsze wygrywał?
Nathiel nie odpowiedział. Jego myśli przywołały pewną scenę. Odbyła się tuż przed śmiercią ich matki i siostry. Siedzieli w kuchni i stukali sztućcami w stół, wołając o jedzenie. Pamiętał, że matka zamówiła wtedy pizzę. Razem z Sorielem robili wyścigi. Oczywiście Nathiel miał problem z prześcignięciem brata. Ich siostra, Anne, patrzyła na nich z pobłażaniem i wyraziła swoje oburzenie z powodu obrzydliwego zachowania chłopców przy stole. Obydwoje mieli ubrudzone keczupem buzie. Nieprzerwanie patrzyli sobie w oczy, tak jak dziś, gdy ze sobą walczyli. Ich matka myła wtedy naczynia – w przeciwieństwie do siostry śmiała się, jakby bawiła ją ta mała wojna. Oczywiście bracia Auvrey nikogo nie słuchali. Uwielbiali rywalizację. Gdy walczyli, byli w zupełnie innym świecie i nic do nich nie docierało poza odgłosami na polu bitwy – w tym przypadku żucia pizzy. Nathiel nadgonił w ostatniej rundzie. Został im jeden kawałek. Rzucili się na niego jak wygłodniałe demony, żądne salami. Jeden Auvrey tłukł drugiego po twarzy i żebrach, drugi starał się ugryźć brata w ucho. Siostra nawet nie próbowała ich rozdzielić, po prostu odeszła od stołu. Przecież takie akcje zdarzały się na co dzień, po co się przejmować? Raczej się nie pozabijają.
– Oddawaj to, kretynie! – krzyczał mały Nathiel, szarpiąc brata za koszulkę i okładając go pięścią po twarzy.
– Siad, kmiotku! Starsi mają pierwszeństwo! – śmiał się Soriel, odgryzając kawałek pizzy, którą zwycięsko dzierżył w dłoni. Oburzony malec zaczął skakać, żeby ją dosięgnąć. Starszy brat podstawił mu nogę, powalając go na podłogę. Bezlitośnie usiadł mu na plecach i patrzył prosto w oczy, spożywając ostatni kęs jedzenia.
– I co, mały gnojku? – zaśmiał się. – Ze mną nigdy nie wygrasz.
– Kiedyś cię pokonam! – piszczał mały, czerwony na twarzy Nathiel. Uderzał rękami i nogami w ziemię jak rozkapryszone dziecko, a to wszystko po to, aby się uwolnić i zdobyć choć trochę zwycięskiego kawałka pizzy. Niestety, Soriel był silniejszy.
– Mamo! – dziecięcy okrzyk zawodu rozległ się po pokoju.
Czy naprawdę nic się nie zmieniło od tego dnia? Musiało się zmienić. Gdy miał pięć lat, był zdecydowanie mniejszy, stąd ta przewaga. Dziś nie było pomiędzy nimi wielkiej różnicy. Nie podda się tak łatwo. Obiecał Laurze, że przeżyje, a sobie, że zemści się na ojcu i bracie. Jeżeli to wspomnienie miało wytrącić go z równowagi, to niestety Soriel nie zastosował zbyt dobrej taktyki. Auvreyowie zawsze byli pewni siebie.
– Teraz jesteśmy dorośli, braciszku – odpowiedział z ironią w głosie, uśmiechając się do niego wrednie.
– Sądzę, że nic się nie zmieniło. – Soriel zaśmiał się głośno i przeniósł się za plecy brata.
Nathiel odskoczył w ostatniej chwili i tylko dzięki temu uniknął poważnego ciosu. Nóż tylko drasnął go w ramię. Było blisko. Musi bardziej uważać, inaczej straci życie. Demony owładnięte żądzą mordu nie patrzyły na to, czy zabijają członka swojej rodziny, liczyła się dla nich po prostu śmierć przeciwnika.
– No, dalej, co jest, grzybku? – Starszy brat nie przestawał śmiać się jak szaleniec.
Nathiel się skrzywił. Jego matka nazywała go zawsze „grzybkiem”, ale Soriel również miał swoje przezwisko.
– Chcesz się ze mną zabawić, kurko? – ironizował Nathiel.
Gdyby ktoś spojrzał w tym momencie na braci Auvrey z boku, mógłby pomyśleć, że nie walczą na poważnie, a bawią się jak dzieci. Niewątpliwie w ich bitwie było coś z dziecięcych czasów. Obydwoje tęsknili za tymi pełnymi sielanki dniami, kiedy to matka się nimi zajmowała. Wtedy wszystko wydawało się być proste.
Ciosy stały się ostrzejsze. Teraz żaden z nich nie był w stanie ich uniknąć. Sam Nathiel dostał kilka razy w ramię czy okolice klatki piersiowej, nie były to jednak poważne rany, mógł walczyć dalej.
– Soriel! – Dziewczęcy krzyk przedarł się przez odgłosy walki toczącej się wokół braci Auvrey. Młodszy brat nie dał się wytrącić z równowagi, za to starszy mimowolnie spojrzał w tył na osobę, która go wołała. Stała tam Patricia. W podartej już sukience, z roztrzepanymi, złocistymi włosami, zakrwawionym policzkiem, po którym ktoś musiał przejechać nożem i ze łzami w oczach. Zaciskała usta, jakby powstrzymywała prawdziwą falę płaczu. To, że na nią spojrzał, to błąd.
Nathiel wbił mu Exitialis w ramię z całą nienawiścią, jaką w sobie miał. Cienisty dym zaczął ulatniać się z rany. Soriel syknął z bólu, mało nie opuszczając noża. Nathiel znów zamachnął się bronią w jego stronę. Tym razem zdążył zareagować. Może to dobrze, że Patricia go zawołała? Musiał kończyć tę przeklętą zabawę z młodszym braciszkiem.
– Odejdź stąd – warknął w tył do dziewczyny, robiąc unik przy kolejnym ataku. Musiał zmienić dłoń, którą operował. Lewa co prawda była mniej sprawna, ale działała.
Patricia nie dała za wygraną. Nie chciała, żeby Soriel walczył ze swoim bratem. Byli rodziną! Na rodzinie się polega, a nie próbuje ją zabić! Czy chcą pójść w ślady swojego ojca?
– Soriel, przestań – jęknęła dziewczyna, podchodząc powoli do walczących.
Nie słuchał jej. Wykorzystując chwilę nieuwagi Nathiela, wbił mu nóż w brzuch. Patrzył przy tym w jego oczy z nieskrywaną nutą triumfu. Chciał, żeby poczuł ból. Chciał go zabić. Ale jeszcze nie dziś.
Soriel wyjął nóż z brzucha brata, który ze zdziwieniem malującym się w oczach upadł na kolana. W tle słyszał krzyk przerażenia swojej przyjaciółki. Nawet się nie oglądnął. Pchnął młodszego Auvreya butem i brutalnie przygniótł go nim do podłogi. Nathiel jęknął z bólu. Wszystkie siły opuściły go w jednej chwili. Gdyby dostał zwyczajnym nożem, może tak by tego nie odczuł, ale Exitialis zostało stworzone, żeby zabijać demony. Nawet od jednego precyzyjnego ciosu można było zginąć.
– Zostawię cię przy życiu – powiedział chłodno Soriel, patrząc na niego z góry. Bezlitośnie poprawił nożem ranę, którą już zadał bratu. Chciał mu zadać jeszcze większy ból, ale nie mógł tu dłużej zostać. Sapphire dała znak, że czas się zbierać. Na do widzenia kopnął Nathiela w żebra i oddalił się. Patricia chciała za nim pobiec, ale wiedziała, że Nathiel bardziej potrzebuje teraz pomocy.
– To już koniec naszego cudownego przedstawienia! – odezwała się w tym samym momencie Sapphire stojąca na schodach, gdzie oświetlał ją reflektor. Wznosiła rękę, z gracją nią machając. – Mam nadzieję, że się podobało! Widzimy się na poprawinach! – Jej wypowiedź została zakończona gromkim, przerażająco słodkim śmiechem.
Członkowie departamentu zniknęli, pozostawiając po sobie tylko spustoszenie.
***
Na sali zapanowała cisza. Zostali tu tylko członkowie Nox i la bonne fée. Cywili wyprowadzono odpowiednio wcześniej, dlatego nikt z nich nie ucierpiał. Cała sala wyglądała jak pobojowisko. Podarte szmaty, kawałki gruzów, stopiony wosk, śladowe ilości ludzkiej krwi i inne zniszczone obiekty. Wydawało się, że nikt z nas nie został poważnie zraniony, a przynajmniej jeszcze o nikim takim nie wiedziałam. Rozglądałam się za Nathielem. Chciałam się dowiedzieć, jak wypadła jego walka z Sorielem i opowiedzieć mu o własnej. Miałam okazję walczyć z małym, przerażonym chłopcem o imieniu Riel. Przy nim bardzo dobrze sprawdziło się powiedzenie: nie oceniaj książki po okładce. Początkowo tylko unikał ciosów, zalewając się łzami, w rzeczywistości była to jednak jego taktyka. Gdy moje ciosy osłabły, zasłonił się swoją wampirze peleryną i zmienił wyraz twarzy na zabójczy. W tym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy ma rozdwojenie jaźni, czy jest po prostu świetnym aktorem. Jego szmaragdowe oczy przepełnione niewinnością znienacka zmieniły się w pełne nienawiści. Byłam przerażona tą nagłą zmianą. Mały chłopiec już się nie bronił, a atakował ze wszystkich stron. Nie uniknęłam kilku ran, ale doskonale wiedziałam, że to spotkanie nie miało doprowadzić do naszej śmierci. Bawił się ze mną, chciał mnie przestraszyć, zdezorientować. Sądząc po tym, że wszyscy wyszliśmy żywi z tej bitwy – departament po prostu chciał nas przestraszyć. Mały Riel na zakończenie uśmiechnął się w uroczy sposób i powiedział grzecznie, że niedługo znów się spotkamy – na nowo stał się przykładnym chłopczykiem.
Zaczęłam uważnie lustrować wzrokiem poszkodowanych w walce. Widziałam, jak Aren pomaga Madlene wstać z podłogi, a Martha prowizorycznie opatrywała ranę na nodze Alex. Na salę weszli nowi członkowie, którzy mieli za zadanie wyprowadzić stąd cywili. Zdawało się, że są zadowoleni. Nie pasowało mi tylko jedno. Dlaczego wciąż nie słyszałam dzikich okrzyków Nathiela?
– Laura! – usłyszałam płaczliwy krzyk. Nie należał do Nathiela, a do Patricii. Widziałam, że nachyla się nad czyimś ciałem.
Moje serce zamarło. Opuściłam Exitialis i podbiegłam do Auvreya. Natychmiastowo przy nim uklęknęłam. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to jego nienaturalnie blada twarz – przecież demony nie bladły! Drugą były jego zwyczajne, szmaragdowe oczy pozbawione radosnego blasku – spoglądały na mnie znad przymkniętych powiek, jakby widziały mnie pierwszy raz. Ostatnie, co zobaczyłam, to wielka dziura w brzuchu Nathiela, z której ulatniał się dym. Cała krew odpłynęła z mojej głowy i gdyby nie fakt, że klęczałam, zapewne upadłabym na ziemię. Nie mogłam mdleć. To Nathiel potrzebował teraz pomocy.
Poczułam, jak łzy cisną mi się do oczu. Płakałam naprawdę rzadko, ale jak mogłam tego nie robić w tej sytuacji? Przecież istniała możliwość, że stracę kogoś, kto jest sensem mojego życia. Kogoś, bez kogo sobie nie poradzę.
– Nathiel – jęknęłam bezradnie. Nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć. Nawet nie wiedziałam, co mogę dla niego zrobić, przecież nie znałam się na opatrywaniu demonicznych ran. Zostało mi bezradnie wpatrywać się w jego twarz.
– Czego jęczysz? – spytał Nathiel, próbując się zaśmiać. Całe to jego przedstawienie było jednak przepełnione słabością. Chciał mi pokazać, że wszystko z nim w porządku, mimo tego, że nie było. Okłamywał samego siebie czy tylko mnie?
Auvrey wsparł się na łokciach i spróbował się podnieść. Przytrzymałam go i sprowadziłam z powrotem do pozycji leżącej.
– Nie wstawaj, proszę. Ta rana wygląda naprawdę poważnie – powiedziałam, nie spuszczając z niego oczu.
Patricia, która siedziała obok, milczała. Wpatrywała się w nas z wielkimi łzami w oczach. Miałam wrażenie, że wyglądałyśmy w tym momencie podobnie.
– Lubię, gdy się o mnie martwisz, maleńka. – Nathiel puścił mi oczko.
Nie mogłam już powstrzymać łez. Ściekały po moich policzkach, lądując na białej koszuli mojego przyszłego męża.
– Nie możesz mnie podrywać w takiej chwili – mruknęłam w odpowiedzi.
– No, tak. Mam całe życie na podrywanie ciebie. Zresztą… niedługo zostaniesz moją żoną. – Nathiel uśmiechnął się szeroko i znów podjął próbę podniesienie się. Ponownie go przytrzymałam, przez co skrzywił się z niezadowoleniem. Znałam go, wiedziałam, że nie lubi okazywać słabości.
Widziałam, że walczy z sennością. Jego powieki raz się zamykały, a raz otwierały. Nie znałam się na fizjologii demonów, ale domyślałam się, że zaśnięcie nie będzie teraz dobrym pomysłem.
– Nie zamykaj oczu, Nathiel – powiedziałam głośno i wyraźnie. Poklepałam go dłonią po poliku i rozejrzałam się w poszukiwaniu pomocy. Sorathiel już pędził w naszą stronę, podobnie jak reszta członków organizacji Nox i la bonne fée.
– Pamiętaj, co mi obiecałeś. Przeżyjesz, a potem zmienisz moje nazwisko. Nie będę już Laurą Collins – dodałam z powagą, choć gdyby sytuacja tego nie wymagała, zapewne nawet bym o tym nie wspomniała. Mówienie takich sentymentalnych rzeczy nie było w moim stylu. Po prostu chciałam, żeby nie zamykał oczu.
– Laura Auvrey – powiedział słabo, ale z błogim uśmiechem Nathiel. – Obiecałem. I dotrzymam obietnicy – mruknął ledwo słyszalnie.
Znów poklepałam go po twarzy, ale to nic nie dało. Zamknął oczy, a jego głowa przechyliła się w bok. Stał się bezwładny.
Wstrzymałam oddech.
To nie mogło się tak skończyć.
O... Mój... BOŻE!!!
OdpowiedzUsuń1. Mam nadzieję, że masz już wykupioną rezydencję w Bieszczadach, w której Nathiel i Laura w końcu odpoczną z dala od wszystkiego
2. Soriel raczej powinien zostać ocalony... bo a) Patricia na to zasługuje b) mimo, że kawał z niego gnojka, polubiłam gościa ;)
3. Trzymam tylko kciuki, żeby Nate w przyszłości nie pracował dla Departamentu...
Czekam na nn :D
Dużo weny i żelków życzę
Żelcio
Kurczę, naprawdę nie wiem, co myśleć. Vail to jednak sprytny skubaniec jest. Tak sobie pogrywa z Nox, wiedząc, że departament jest silniejszy. Mam nadzieję, że przez to lekceważenie Noxa dostanie nauczkę raz na zawsze.
OdpowiedzUsuńNathiel z początku jak zwykle uroczy. On nie lubi garniaków, ale Laurze to już najlepiej kazałby ubierać sukienki na co dzień.
Tak myślałam, że dojdzie do walki pomiędzy braćmi. Nathiel, wracaj mi tu w tej chwili. Wystarczy, że Laura rok sobie jaja robiła i nie chciała wracać. Ja nie chcę powtórki albo jeszcze gorszego scenariusza.
Pozdrawiam
Cześć :)
OdpowiedzUsuńDotarłam, uff. To oczywiste, że tak się to nie skończy. Nathiel musi żyć, w końcu złożył obietnicę. Nie wyobrażam sobie, by on i Laura nie byli w końcu małżeństwem, przecież nikogo innego sobie nie znajdą, takie ich przeznaczenie.
Nowe postaci i ja się jaram. Najbardziej Sapphire - wydaje mi się, że może być bardziej pokręcona od Gabrielle.
Świetne opisy. Plastyczne, naturalne. Z tekstu wyziera pewna arogancja demonów i lęk łowców. Przypadł mi on do gustu :)
Czekam na nn ^^
Pozdrawiam! :)