wtorek, 27 października 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 23 - "Randka z demonem"

 Dzisiaj na zewnątrz było wyjątkowo zimno, to dlatego szybko pożałowałam założenia krótkiej spódnicy i cienkich czarnych rajstop. Tylko kawa w papierowym kubku ogrzewała moją zmarzniętą skórę. Właśnie stałam przy witrynie sklepowej i przyglądałam się swojemu odbiciu. Zarzuciłam beżowym płaszczem, stając w lekkim rozkroku. Czułam się niemal jak modelka na wybiegu, dlatego nieco mnie to rozbawiło. Tak w zasadzie nie umówiliśmy się w konkretnym miejscu. Aiden nie miał również telefonu, abym mogła do niego zadzwonić i spytać, gdzie się znajduje. Zostało mi tylko – pomimo niewielkiego wzrostu – rzucać się w oczy na tyle dobrze, aby zostać zauważoną. I tak też się stało. Wkrótce za moimi plecami wyrosła wysoka postać – mignęła mi w zniekształconym odbiciu. Od razu obróciłam się w jego kierunku. Nieco się zaskoczyłam, ponieważ Aiden również nie wyglądał tak, jak zwykle. Można powiedzieć, że idealnie wpasował się w tutejszy krajobraz. Miał na sobie szary obcisły golf, czarne spodnie i czarny, długi płaszcz – a w takim zestawie jeszcze nigdy go nie widziałam. Myślałam, że to ja wyglądam jak modelka? Wystarczyło spojrzeć na Aidena, który stał tutaj, z rękoma w kieszeniach, w pozie najdroższej opłacanego fotomodela z największych magazynów modowych. Oczywiście najbardziej wyróżniały się jego białe, krótkie włosy oraz szmaragdowe oczy – dzisiaj idealnie podkreślały bladą cerę.

– Łał – odezwałam się, nie kryjąc się z tym, że mierzę go z góry na dół. – Naprawdę ubrałeś się jak na randkę. Tego się nie spodziewałam.

– Ty również – odpowiedział demon, obdarzając mnie tym samym mierzącym spojrzeniem. Zdawało mi się, czy dłużej zatrzymał się na moich nogach?

– Mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi, a chyba oboje będziemy ją zwracać aż nadto – dodałam ze śmiechem. – Patrz, nawet pasujemy do siebie stylistyką. – Wyciągnęłam przed siebie rękę, aby pokazać, że nasze płaszcze są bardzo podobne. Uśmiechałam się przy tym jak zadowolone dziecko. – Będziemy najlepszą parą na tym festynie.

Aiden nie odpowiedział, za to widziałam, że jego twarz zdobi uśmieszek. Już po chwili wyciągnął w moją stronę ramię, za które z rozmachem chwyciłam. Przez chwilę naprawdę czułam się jak na randce, na dodatek nie z demonem, a po prostu… z kimś, kogo lubię. A to trochę niebezpieczna myśl.

– Gdzie idziemy najpierw? – zapytał mój towarzysz, rozglądając się po okolicy.

– Hm – zastanowiłam się. Wspomniałam słowa Ariany, która mówiła coś o strzelaniu w puszki. Wskazałam palcem na stoisko, gdzie właśnie taka konkurencja miała miejsce. – Sprawdźmy, kto ma lepszego cela.

Byłam pewna siebie, ale rzeczywistość okazała się zgoła inna. Miałam wyraźnie zbyt mało siły, aby zbić wszystkie puszki. Mój cel był wspaniały, nawet jeżeli dłonie wciąż były pokiereszowane, ale dwie z przeszkód do głównej nagrody wciąż tkwiły w miejscu niewzruszone. Zmarszczyłam czoło, ponieważ podejrzewałam, że ktoś tu stosował nieczyste zagrania. Ze zmrużonymi morderczo oczami spojrzałam na sprzedawcę – udawał niewiniątko.

Aiden bez słowa chwycił za piłeczkę i obejrzał ją z każdej strony. Rzucił nią w ułożone puszki bez większego wysiłku oraz zapału, który ja miałam akurat duży. Stłukł celnie większość z nich. I w jego przypadku zostały dwie przeszkody. Widziałam ukradkiem, jak jego usta ledwie widocznie rozszerzają się w diabelskim uśmiechu. Zmrużył oczy i rzucił w puszki, od razu wszystkie strącając. Miałam wrażenie, że użył magii, ponieważ cała scena wyglądała, jakby piłka dosłownie wyrwała przymocowane do deski blaszane przedmioty. Sprzedawca był wyraźnie zdziwiony, ale i niezadowolony. Skinął głową na zabawki, które Aiden mógł wybrać. Bez wahania wskazał ogromnego misia, który był chyba takiego samego wzrostu jak ja. Jak na złość, oczywiście podarował go mnie. Kiedy go chwytałam, zapewne wyglądałam jak małe dziecko, co nie umknęło demonowi przybierającemu wredny uśmieszek.

– To nagroda pocieszenia – odezwał się mój towarzysz.

Zmarszczyłam czoło. Doskonale wiedział, jak urazić moją dumę.

– Przyznaj się, że użyłeś mocy. Widziałam to. – Zmrużyłam groźnie oczy.

– Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie oszukać. – Aiden wzruszył obojętnie ramionami.

Przyjrzałam mu się uważniej. Nigdy mi nie powiedział, jakiej mocy używa. W pewien sposób mnie to ciekawiło.

– Czy demony używają zawsze takiej samej cienistej mocy, czy mają różne rodzaje magii? – spytałam zaciekawiona, ruszając w dalszą podróż. Tym razem nie trzymałam już jednak Aidena pod ramię, bo musiałam dźwigać misia.

– Jedni używają zwykłej cienistej mocy, inni używają określonej magii, jeśli ją w ogóle posiadają.

– Skoro nie widziałam żadnego cienia, musisz mieć określony jej rodzaj. – Przyjrzałam mu się uważniej.

– Moja magia to moc chaosu – powiedział bez problemu, patrząc przed siebie. – Trudno ją opanować i jak sama nazwa wskazuje, jest niepowstrzymana. Na szczęście miałem dobrego nauczyciela.

Przekręciłam głowę w bok.

– Co taka magia może zrobić, pomijając to, że z powodzeniem strąca przyklejone do blatu puszki? – Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Gdybym chciał, zmiótłbym z powierzchni ziemi cały ten festyn, a gdybym się postarał bardziej, może nawet i miasto.

Zdziwiłam się. Mówił prawdę? Jeśli tak, posiadał w swoich rękach prawdziwą broń. Lepiej, aby nie został wrogiem ludzkości. Albo sprzymierzeńcem departamentu.

– Odziedziczyłeś ją po ojcu? – spytałam podejrzliwie.

– Nie. 

– W takim razie po matce?

– Nie wiem, nie znam swojej matki.

Zamyśliłam się.

– Czy to oznacza, że większość demonów rozmnaża się z kim popadnie i zwykle znacie tylko swoich ojców? – Zmarszczyłam czoło.

– To nie jest zasada.

Widziałam na twarzy Aidena dziwne rozbawienie. Bawiły go moje pytania? To prawda, że zwykle nie dopytywałam o niego tak dużo. W sumie to nawet byłam zdziwiona jego odpowiedziami. Chyba niczego przede mną nie ukrywał.

– Rzeczywiście niedużo o tobie wiem – przyuważyłam. – Masz rodzeństwo?

– Raczej nie.

– Dobrze dogadujesz się z członkami departamentu?

– Nie.

– A z ojcem?

– Na tyle, ile muszę.

Otworzyłam usta, żeby zadać kolejne pytanie, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że… nie mam więcej pytań. To Aiden. O co miałam go spytać? O to, co lubi jeść? Pewnie odpowiedziałby, iż nie ma ulubionego dania. Jakie czyta książki? Widziałam, że wszystkie, jakie wpadną mu w ręce, przy czym na pewno dużo filozofii, historii i psychologii. To jednak nie zasada, bo raz widziałam na jego półce z romans, co zapewne stanowiło swojego rodzaju eksperyment gatunkowy. Wszystko to pasowało do ciekawskiej, znudzonej natury mojego ulubionego demona. Chyba wcale nie musiałam wiedzieć o nim więcej. Tak było w porządku.

Uśmiechnęłam się pod nosem i podeszłam do budki z owocami w czekoladzie. Kupiłam kilka truskawek, a pierwszą z nich wyciągnęłam w kierunku Aidena. Chwilę patrzył na mnie z uniesioną brwią, zastanawiając się, co z nią zrobić.

Przewróciłam oczami.

– Po prostu ją zjedz – powiedziałam.

Nie spodziewałam się, że Aiden nagle obejmie delikatnie moją dłoń i zbliży ją do swoich ust. Zjadł truskawkę i spojrzał mi w oczy. Nie miał żadnej szczególnej miny, a jednak poczułam, że serce wali mi w piersi mocniej niż powinno. Nie mógł po prostu wziąć tej truskawki do ręki? Musiał od razu molestować moją dłoń? Od razu przyciągnęłam ją do swojej piersi, jak najcenniejszy skarb, i ruszyłam dalej.

Do cholery. My naprawdę zachowywaliśmy się jak na jakiejś randce. Czy Aiden wziął to na poważnie? A może ja wzięłam to zbyt poważnie? Nie wiem, trochę mieszało mi się już w głowie. Potrzebowałam o tym zapomnieć i po prostu dobrze się bawić.

– Dobra, idziemy na kolejkę górską! – wykrzyknęłam z udawanym podekscytowaniem, wchodząc w tłumy. Już biegłam w kierunku nowej rozrywki, a Aiden prawdopodobnie podążał za mną. Ciekawe, czy w ogóle dobrze się bawił? A może to była jedna z nudniejszych wypraw za młodą łowczynią, którą tak lubił śledzić?

W wagoniku stykaliśmy się ramionami, nie czułam się więc komfortowo. Natomiast Aiden zdawał się nie zwracać na to uwagi. Z założonymi na piersi rękoma i kamienną miną spoglądał przed siebie. Nawet gdy ruszyliśmy, na jego twarzy nie było widać żadnych emocji. Co musiałabym zrobić, żeby w końcu pokazał zdziwienie, strach albo radość?

Później zabrałam demona jeszcze na kilka innych atrakcji. Diabelski młyn – choć tu zrobiło się niebezpiecznie romantycznie i zaczęłam się nawet jąkać, gdy coś opowiadałam, na co Aiden od razu zwrócił uwagę i patrzył na mnie dziwnie rozbawiony. Potem karuzela, jakieś bujające się filiżanki, które wywołały w mojej głowie zawroty, dom strachów… i wciąż zero emocji. W końcu głodna oraz zirytowana kupiłam tonę frytek. Tym razem nie zamierzałam karmić demona.

– Czy tobie w ogóle się tu podoba? – spytałam.

– Podoba mi się to, że mogę cię obserwować w nowej sytuacji.

– A podoba ci się coś poza mną? – dodałam uroczym głosem.

– Zwłaszcza ty.

Sama nie wiem, czy powiedział to z ironią, czy zwyczajnym głosem. Przyjrzałam mu się podejrzliwie, próbując zgłębić tę tajemnicę. Nagle stanęłam pośrodku tłumu, zakładając ręce na piersi.

– No dobra. To co ci się we mnie podoba? – zapytałam wyzywająco.

Aiden obrócił się w moim kierunku. Przez chwilę mi się przyglądał, jakby rozważał, co może powiedzieć. W końcu jednak postawił dwa kroki, stając tuż przede mną tak, że musiałam wysoko zadrzeć głowę. Niespodziewanie chwycił kosmyk moich włosów.

– Wyróżniasz się z tłumu. Promieniejesz dziwnym blaskiem. Masz błękitne oczy i złociste włosy, które z łatwością oszukują mijające cię osoby. Nie jesteś aniołem, jak mogłoby się wydawać innym. Masz w sobie dużo tajemnic. Nie poddajesz się i nie okazujesz strachu. Łatwo zjednujesz sobie ludzi. Sprzymierzyłaś się nawet z demonem – mówił to niskim szeptem, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy. Czułam przez to, że robię się cała czerwona. Co to miało w ogóle znaczyć? Nigdy nie był tak wylewny. – Nie boisz się departamentu, mimo tego, że siedzą ci na ogonie. To właśnie mi się w tobie podoba – zakończył, puszczając moje włosy.

– Czyli wszystko to, co sprawia, że jestem dla ciebie świetną rozrywką – podsumowałam, patrząc na niego spode łba.

– Poniekąd – odpowiedział z uśmieszkiem.

– Matko, demony nie są ani trochę romantyczne – odpowiedziałam ironicznie, przewracając oczami. Misia chwyciłam pod pachę, a drugą ręką chwyciłam pod ramię demona. Zawsze wydawało mi się, że jest chłodny, a jednak czułam od niego przyjemne ciepło. Trochę pomogło mi to rozgrzać zziębnięte ciało. Przez dłuższą chwilę szliśmy przed siebie w milczeniu. Pluszak, którego za sobą ciągnęłam, obijał się o niezadowolonych ludzi. Miałam ochotę wyrzucić go za siebie. Nadarzyła się jednak okazja, aby pozbyć się tego prezentu w inny sposób. Zobaczyłam stojącą gdzieś z boku zapłakaną dziewczynkę, której ojciec nie chciał kupić żadnej zabawki. Puszczając Aidena, podeszłam do niej i wręczyłam jej tego wielkoluda. Nie sądziłam, aby mój demoniczny przyjaciel był na tyle sentymentalny, żeby obrazić się za ten gest. Zapewne rzeczy materialne nie miały dla niego tak dużego znaczenia. Błagam, to tylko demon.

– Masz. Mi się nie przyda – rzuciłam, posyłając jej uśmiech.

Oczywiście pluszaka musiał przytrzymać zdziwiony tym gestem ojciec, ponieważ dziewczynka była jeszcze dwa razy mniejsza niż ja. Widząc nagle na tej zaskoczonej twarzyczce szeroki uśmiech, ja sama poczułam się szczęśliwa. Pomachałam jej i wróciłam do towarzyszącemu mi mężczyzny. Ten patrzył na mnie z dziwnym uśmieszkiem.

– Nie sądziłem, że jesteś skłonna do takich poświęceń. – Prawdopodobnie wypowiedział to z nutą ironii w głosie, choć nigdy nie mogłam być tego pewna.

– Powiedzmy, że postąpiłam tak z egoistycznych względów, jednak koniec końców to miłe zobaczyć, jak ktoś się uśmiecha, zwłaszcza kiedy chwilę wcześniej płakał, bo było mu smutno. Czuję się niemal jak bohaterka. – Zaśmiałam się. – Chciałabym, żeby tak samo ludzie patrzyli na mnie, kiedy zabijam demony. – Rozmarzyłam się.

– A więc przyznajesz, że to twoja jedyna wielka pasja? – Aiden spojrzał na mnie ukradkiem, a ja zachichotałam.

– Taa, i to taka, która może wpędzić mnie łatwo do grobu. – Zerknęłam na przyjaciela. – Jakbyś się czuł, jakbym zabiła twojego ojca? W końcu jest demonem. I to szefem departamentu.

– Nie płakałbym za nim, jednak wydaje się to na razie dosyć irracjonalną wizją. – Aiden spojrzał na mnie znacząco, próbując mi przekazać, że bardzo ponosi mnie wyobraźnia. – Zacznij od jego pionków.

– Och, oczywiście. Pierwsza w kolejce jest Elyse, a potem Lilith. – Uśmiechnęłam się, może nawet trochę zbyt wesoło jak na rozmowę o zabijaniu. – Zammiela jeszcze wystarczająco nie poznałam, a Delrith to póki co za wysoki poziom, ze względu na jego moc. Muszę najpierw wzmocnić umysł. – Poklepałam palcem wskazującym głowę. – Idzie mi coraz lepiej, kiedy mam przy sobie ciebie – dodałam z ironią, ponieważ wciąż nie zapomniałam, co wyprawiał, będąc w moim cieniu.

Aiden już nic nie powiedział. Po prostu spojrzał do przodu. W tym momencie zechciałam zrobić bardzo głupią rzecz. Jak gdyby nigdy nic, chwyciłam go za dłoń, choć może to za dużo powiedziane w moim obecnym stanie. Nie wyglądał na zaskoczonego, ale spojrzał na nasze złączone ręce, a potem na mnie, jakby chciał zapytać samym spojrzeniem, co właśnie wyprawiam.

– Chciałam sprawdzić, czy demony mają zimne dłonie – wytłumaczyłam.

– I czego się dowiedziałaś? – spytał z uniesioną brwią.

– Jest cieplejsza niż moje. Zawsze myślałam, że twoje chłodne nastawienie przenosi się na całe ciało. – Pokiwałam do siebie głową. – Ciekawy eksperyment. Teraz możesz mnie ogrzać, bo nie wzięłam rękawiczek.

Nie ściskałam go zbyt mocno, ponieważ moje palce wciąż nie były wystarczająco zregenerowane.

– W takim razie może powinienem ogrzać całe twoje ciało? – Spojrzał na mnie ukradkiem.

Znowu to robił. Rzucał jakimś dziwnym tekstem, który brzmiał jak siłą wyrwany z powieści romantycznej, a wypowiadał to chłodno, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak mogę to do siebie przyjąć. A może to jakiś sposób na demoniczny podryw? Może jednak podobało mu się we mnie nie tylko to, że nie boję się departamentu?

– Takie rzeczy robi się zwykle po randce – rzuciłam, nie przemyślając nawet tego, co powiedziałam. Oczywiście dopiero po chwili przybrałam pokerową twarz. – Ale raczej nie po pierwszej.

– W takim razie czekają nas inne randki? – Aiden spojrzał na mnie znacząco.

– Być może.

Idąc w przedłużającym się milczeniu i trzymając się za ręce, czułam się coraz dziwniej. Dotychczas nie bywałam tak blisko Aidena. On też raczej trzymał mnie na dystans – pomijając próby, które podejmował, będąc w moim cieniu. Musiałam przyznać, że bliskość z nim była jednak całkiem przyjemna. Zastanawiałam się, jakby zareagował, gdybym znienacka go przytuliła? Zasadniczo już raz to zrobiłam, pod wpływem emocji, kiedy złapał mnie lecącą ze szkolnego dachu. To był jednak impuls, nad którym się nie zastanawiałam. Skąd w ogóle te myśli w głowie? Lubiłam stwarzać nowe sytuacje, ale czy ta bliskość nie robiła się przypadkiem nieco niebezpieczna?

Zagłębiona we własnych rozważaniach nie zauważyłam, że zaczyna kropić. Poczułam to dopiero, kiedy krople deszczu spadły mi na nos. Wzdrygnęłam się, patrząc w niebo. Zawiedzeni nagłą zmianą pogody ludzie zaczęli się przerzedzać – jedni ukrywali się pod dachami pobliskich budynków, inni znikali gdzieś wewnątrz nich. Tymczasem ja, stojąc z Aidenem gdzieś na środku, przyglądałam się, jak mokną moje idealnie wystylizowane loki.

– Nie chcesz się schować? – spytał Aiden, najwyraźniej dostrzegając moje niezdecydowanie.

Rozpadało się na dobre, a ja dalej stałam tutaj jak słup. Ludzi już prawie nie było. Okoliczni sprzedawcy zaczęli zamykać swój dobytek. Tylko muzyka brzęczała jeszcze w głośnikach. Właśnie leciała jakaś absurdalnie głupia, romantyczna piosenka. Chciałam się zaśmiać.

– Może powinniśmy zatańczyć? – spytałam, jakby deszcz padł mi na mózg.

Aiden zmarszczył czoło, co było dosyć rzadkim dla niego wyrazem twarzy.

– Jak? – spytał.

– Nigdy nie tańczyłeś? – Spojrzałam na niego zdziwiona, a ten potrząsnął głową. – To może być zabawne. – Zaśmiałam się, stanęłam przodem do niego i chwyciłam za jego ręce. – Pokażę ci, co to powolny taniec. Poznałam go z filmów. – Obie jego dłonie położyłam na swojej talii. I choć zrobiłam to sama, poczułam dziwne dreszcze. Swoje ręce zarzuciłam mu na szyję, którą ledwo obejmowałam, ponieważ brakowało mi kilka centymetrów. Uśmiechnęłam się z rozbawieniem, bo tańczenie na środku pustej, pogrążonej w deszczu przestrzeni, gdzie rozbrzmiewała kiczowata piosenka o miłości, było absurdalne. – Teraz możemy się zacząć bujać. – Ja pierwsza się poruszyłam, obserwując, jak Aiden stawia niezgrabne kroki, nie bardzo najwyraźniej wiedząc, co takiego wyprawiam. Chyba dawno się tak nie uśmiałam. Aż w kącikach oczu pojawiły mi się łzy.

– Nigdy nie słyszałem, żebyś się tak śmiała – mruknął najwyraźniej niezadowolony Aiden.

Spojrzałam do góry, stykając się z nim spojrzeniem.

– Ja nigdy nie słyszałam, żebyś się w ogóle śmiał – oznajmiłam z uśmieszkiem.

– Uwierz, śmieję się w duchu.

Odsunęłam się od niego na chwilę i chwyciłam za jedną z jego dłoni.

– Teraz pokażę ci inny ruch. – Zachichotałam, uniosłam nasze złączone ręce i zakręciłam się wokół własnej osi. – Tak zazwyczaj to wygląda, choć pewnie w naszym wykonaniu, nieco niezgrabnie.

– Proszę. Nauczyłaś mnie czegoś nowego. – Widziałam błysk w szmaragdowych oczach i delikatny uśmiech. Wyjątkowo nie kojarzył mi się z chłodnym demonem, a kimś, kto z powodzeniem mógł uchodzić za człowieka. Może to nie było do końca ciepłe spojrzenie, ale z pewnością mnie zahipnotyzowało. Nie byłam w stanie się od niego oderwać. Wciąż się bujaliśmy, jak zakochana w sobie para. Ręce demona wróciły na moją talię, dotykając jej tak, że ledwo czułam ten dotyk. Miałam ochotę mruknąć mu, że powinien chwycić mnie mocniej. Być może czytał w moich myślach, bo w końcu zostałam do niego przyciągnięta. Z tego wszystkiego aż zastygłam w bezruchu.

– Jak się kończą randki? – spytał dziwnym, głębokim szeptem. Niespodziewanie wyciągnął dłoń w kierunku mojej twarzy. Przejechał nią po policzku, sięgając włosów, gdzie zaczepił palce. Serce biło mi niemiłosiernie szybko, a jednak nie spuszczałam  niego wzroku.

– Zwykle… – Doskonale wiedziałam, że chce, żebym to powiedziała. Próbował zmusić mnie do tego oczami. Czy chciałam to jednak mówić? – Pocałunkiem – rzuciłam, zanim się zorientowałam, że w ogóle wypowiadam jakiekolwiek słowo.

Ta chwila trwała wieczność. Widziałam, jak Aiden się do mnie zbliża, a ja zastygłam w bezruchu jak bezbronny cielak, który po prostu poddał się swojemu drapieżnemu oprawcy. Aiden nie był jednak w tym przypadku drapieżnikiem. Dotknął moich ust tak delikatnie, że ledwo poczułam jego chłodne i mokre od deszczu wargi. Pocałował mnie. A najlepsze w tym wszystkim było to, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. 

Kiedy już się odsunął, wciąż patrzyliśmy sobie w oczy. Nie moją twarz zdobił jednak triumfalny, demoniczny uśmieszek. 

– Wracajmy. – Usłyszałam. I nagle ciepło drugiego ciała, które przy sobie miałam, zniknęło, a ja znów poczułam chłód.

Pozostało mi tylko pokiwać głową.

Czy żałowałam tego, co się stało? Niestety nie.

poniedziałek, 26 października 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 22 - "Przygotowania"


Minął tydzień od kiedy zetknęłam się z Elyse Thorne. I chociaż bardzo nad tym ubolewałam, nie mogłam od tego momentu uczestniczyć w żadnych misjach Nox. Miałam połamane wszystkie palce. W szpitalu nie dowierzali temu, że mogłam uszkodzić je na meczu siatkówki – również przyjaciele spoglądali na mnie, kiedy to mówiłam, z lekkim niedowierzaniem. Nie przyszło mi jednak do głowy żadne inne tłumaczenie. Pielęgniarki chciały wezwać moich opiekunów, dlatego podałam im numer do Hugh. Można się tylko domyślać, jak bardzo był niezadowolony, kiedy już się tutaj zjawił. Pierwszym jego pytaniem było: „w co się znowu wplątałaś, Calanthe?”. Cóż, opowiedziałam mu wszystko w jednym wielkim skrócie, pomijając w tej historii obecność Aidena oraz to, że sama próbowałam udowodnić Elisabeth, że demony istnieją. Uznałam to za jeden wielki przypadek, w który oczywiście Hugh nie wierzył. 

Kilka dni później do Nox zawitała pewna para. Oboje trzymali się za ręce, co zdradzało rozwijające się między nimi relacje. Powiedzieli, że chcą dołączyć do organizacji zwalczającej demony. Dla Hugh szybko stało się jasne, że to ci sami ludzie, z którymi byłam na dachu. Oczywiście przeprowadził z nimi długą rozmowę na temat całego tego niebezpieczeństwa związanego z byciem łowcami. Zaraz po tym, jak wyszli z organizacji, spotkał się również ze mną, oczywiście powtarzając całą przydługą rozmowę, którą odbywaliśmy za każdym razem, kiedy przyciągałam do organizacji nowe osoby. Obiecałam mu, że to koniec przyjmowania jakichkolwiek członków do Nox. Była też mowa o tym, że za bardzo się wyróżniam i powinnam wykorzystać moment swojej niesubordynacji na przemyślenia, jak przestać to robić, aby członkowie departamentu więcej mnie nie nachodzili. Na misje przez najbliższe miesiące Hugh zamierzał brać tylko i wyłącznie moją ekipę, ja przecież i tak nie mogłam trzymać w ręku noża. Tak samo nie mogłam trzymać długopisu – do szkoły również więc nie chodziłam. Miałam aż nadto wolnego czasu. I sama nie wiedziałam, jak go wykorzystać. Może to właśnie z tego powodu wybrałam się do demonicznego baru. 

– Rozumiem, że ci się nudzi – odezwał się Aiden, który od dłuższego czasu obserwował, jak bawię się szklanką, zupełnie nic nie mówiąc.

– I to jak – burknęłam niezadowolona. – Dlatego przyszłam cię pomęczyć. – Spojrzałam na niego uważnie. – Znowu mnie ostatnio uratowałeś. To dziwne, że jesteś przy mnie za każdym razem, kiedy dzieje się coś złego. Znalazłeś mnie zaraz po tym, jak Elyse pierwszy raz odwiedziła mój dom. Pomogłeś mi też na dachu. Za każdym razem wiesz, gdzie się znajduję. I wiesz, że departament zaatakuje. Nie mógłbyś mnie o tym po prostu powiadamiać? – spytałam z ironią w głosie.

– Wolę obserwować, jak radzisz sobie z przeciwnościami losu – odpowiedział z uśmieszkiem.

– Czyli jesteś jakimś sadystą, który uwielbia widzieć, jak demony łamią twojej ulubionej łowczyni palce albo katują ją prawie na śmierć?

– Nie mogę ingerować w walkę, ponieważ zostałoby to potraktowane jako zdradę. 

– Ale ingerujesz w to, co się dzieje po walce. To też nie oznacza dla twojego ojca zdrady? – Spojrzałam na niego zaciekawiona.

– Nie. Być może dlatego, że nie zdaje sobie sprawy z połowy rzeczy, które z tobą robię.

Aiden spojrzał mi prosto w oczy i znacząco się uśmiechnął. Przez to od razu przypomniałam sobie o jego próbach wdarcia się do mojego cienia. Pewnie zarumieniłabym się jak zwykła nastolatka, ale zanim ogarnął mnie wstyd, po prostu prychnęłam.

– W takim razie może dołóżmy do tego kolejną rzecz, o której twój ojciec nie będzie wiedział. – Powiedziałam to z błyskiem w oku i tajemniczym uśmieszkiem.

– Zaintrygowałaś mnie tą propozycją. – Aiden spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

– Och, to nic ciekawego. Bardzo ludzka propozycja. – Machnęłam ręką. – Pomyślałam, że moglibyśmy się przejść razem na festyn.

Gdyby mój demoniczny przyjaciel potrafił się śmiać, właśnie teraz by to zrobił. Zamiast tego wyglądał jednak na rozbawionego.

– Czy to zaproszenie na randkę?

Zamyśliłam się. Pod pewnymi względami wydawało się to absurdalne. W końcu zupełnie nic nas nie łączyło, ale skoro Aiden uwielbiał się bawić…

– Dlaczego nie? – spytałam wyzywająco. – Uznajmy to za eksperyment. Pobawimy się w normalnych ludzi.

– Zatem przyjmuję twoją propozycję, łowczyni.

***

Chyba nie muszę mówić, że rozmowę o randce nie potraktowałam poważnie, ale z nutą rozbawienia? Nie wyobrażałam sobie, aby miała to być prawdziwa randka. Dlaczego zresztą miałabym na nią zapraszać samego Aidena? Nasza znajomość nie kierowała się w stronę miłości, której zresztą mój demoniczny przyjaciel w sobie nie miał. Można powiedzieć, że oboje znakomicie się bawiliśmy, choć to syn szefa departamentu wiódł tutaj prym. Ja niekiedy kończyłam w o wiele gorszym położeniu, które trudno nazwać dobrą rozrywką. Dobrze, że miałam przy sobie kogoś takiego jak Aiden. W myślach lubiłam nazywać go darmowym ratownikiem (zwłaszcza że wciąż miałam w głowie wizję mężczyzny w spodenkach ratownika na basenie). Oczywiście wciąż mnie dziwiało, że nikt z departamentu absolutnie nie sprzeciwiał się jego czynom. Być może póki nie było w tym większych uczuć, a on wciąż pomieszkiwał w Reverentii, traktowali to jako chęć zabawienia się głupią nastolatką ze świata ludzi? Istniała także możliwość, że dostał za zadanie obserwować mnie i przekazywać informacje departamentowi.

Mimo tego, że nie traktowałam randki z demonem poważnie, siedziałam przy biurku w organizacji Nox, wgapiając się w swoje odbicie i próbując coś w nim zmienić. Nie posiadałam jednak zbyt dużej wiedzy na temat makijażu. Póki co zatrzymałam się na podkładzie, pudrze i wytuszowanych rzęsach. I chyba nie wyglądałam tak źle. 

Na łóżku leżały różne zestawy ubrań. Nie chciałam tym razem zakładać białej sukienki – wszystkie pochowałam gdzieś na dno szafy. Nie chciałam też wyglądać tak grzecznie jak zawsze. Czy to próba przeskoczenia kilku lat do przodu? Być może. 

Byłam tak zamyślona, że nawet nie zauważyłam, że do pokoju wchodzi Ariana. Czy w ogóle pukała? Widocznie tego również nie słyszałam. Zastygłam z tuszem do rzęs w powietrzu, patrząc ukradkiem na przyjaciółkę, która zatrzymała się w progu z otwartymi ustami.

– Randka? – spytała w końcu ostrożnie, gdy już zobaczyła ubrania porozrzucane po łóżku i kosmetyki walające się po biurku. Cóż, Ariana nie była głupia, domyślała się więc z kim miałam się spotkać. Widziałam to po jej minie.

– Powiedzmy, że zwykłe towarzyskie spotkanie – odpowiedziałam niewinnie.

– Calanthe… – Aria wyglądała teraz na załamaną. Weszła do pokoju, nie zamykając drzwi i usiadła na łóżku wśród tych wszystkich ciuchów. – Wiesz, dotychczas mówiłaś, że to tylko zwykła znajomość i próba zdobycia informacji, ale nie sądzisz, że to idzie trochę… dalej? 

– Dalej? – Zastanowiłam się, patrząc w sufit. – Nie czuję kompletnie żadnej zmiany, ale to prawda, jesteśmy w bardzo skomplikowanej relacji, polegającej na wzajemnej zabawie. 

– Żeby ta zabawa nie zaszła za daleko… – Ariana zaśmiała się niemrawo, zupełnie jakby posądzała mnie co najmniej o to, że zaraz po randce wyląduję z demonem w łóżku. – Przepraszam, jeśli jestem wścibska, po prostu się martwię. Mam nadzieję, że nie wyzywasz mnie w myślach od Ethana.

Zaśmiałam się cicho, bo rzeczywiście, zadałam sobie chwilę temu w głowie pytanie: „Boże miłosierny, dlaczego otaczają mnie klony Ethana?”.

– Potrzebujesz pomocy w wyborze ubrań? – spytała po chwili równie rozbawiona dziewczyna. Zanim jeszcze odpowiedziałam, już unosiła jedną z moich bluzek. – Wydaje mi się, że wszystkie twoje ubrania są dosyć… – Zastanowiła się chwilę. – Grzeczne. 

– To dlatego pożyczyłam kilka wyjątkowo krótkich spódniczek od naszej drogiej Elisabeth – odpowiedziałam, chichocząc się pod nosem. Wskazałam ręką na poduszkę, gdzie leżały.

– Hmmm. Tylko że Elis jest od ciebie wyższa – odpowiedziała w zamyśleniu Ariana. Po chwili zmarszczyła czoło. – Dlaczego w ogóle myślę o tym, żeby ubrać cię w coś innego, niż nosisz na co dzień? Przecież nie chcemy, żeby demon się do ciebie dobrał. Nie. Lepiej ubierz na siebie jedną z tych swoich niewinnych białych sukienek. 

– Ariana – odpowiedziałam rozbawiona. – Aiden nic mi nie zrobi. 

– A więc twój demon nazywa się Aiden. – Widziałam w oczach przyjaciółki błysk.

Dobrze, że nie zdradziłam, że miał na nazwisko Vaux, inaczej oprócz znaczącego uśmiechu, doczekałabym się przerażenia.

Do pokoju w tym samym momencie wpadła wcześniej wspomniana już Elisabeth. Spojrzała na mnie, marszcząc czoło, by już po chwili szybko do mnie podejść, chwycić mój podbródek, wysoko go unieść i rzucić:

– Przecież ty praktycznie nie zrobiłaś niczego ze swoją twarzą.

– A co miałam z nią zrobić? – spytałam ze śmiechem.

Elis westchnęła z zabawnym umęczeniem, przyciągnęła do siebie krzesło, usiadła na nim i pochyliła się ku mnie, chwytając za róż do policzków, który sama mi wcześniej pożyczyła. Znalazła też pędzel i bez słowa zaczęła nim miziać moje policzki.

– Zachowajcie tylko informacje o tym, że idę na randkę dla siebie – odezwałam się, patrząc najpierw na Elisabeth, a potem na Arianę.

– Oczywiście. Nie chcemy, żeby Ethan miał jeszcze bardziej złamane serce – odpowiedziała Elis, delikatnie się uśmiechając. Może była z nami krótko, ale bardzo szybko wpasowała się w Nox. Teraz oczywiście nie zwracaliśmy się już do niej i Arthura per pani, pan. Sama Elisabeth była ode mnie starsza o sześć lat. Może to sporo, ale wolałam na nią patrzeć jak na o wiele bardziej doświadczoną młodą kobietę, która mogłaby uchodzić za moją starszą siostrę.

W tym czasie Ariana przekopywała ubrania. W końcu znalazła coś, co jej zdaniem mogłoby być idealnym randkowym zestawem. W prawej ręce trzymała krótką spódnicę w kratkę, która w przypadku Elis zapewne ledwo zakrywałaby jej pośladki, a w moim zapewne będzie sięgać trochę ponad kolana. W lewej ręce trzymała zaś krótszy brązowy sweterek z białym kołnierzykiem. 

– Wciąż grzecznie, ale z pokazaniem nóg – powiedziała z uśmiechem. – Do tego czarne rajstopy, botki, czarna kokarda wpięta w podkręcone lokówką włosy i będziesz wyglądać pięknie.

– Dziękuję, że wykonujecie całą robotę za mnie – odpowiedziałam, śmiejąc się. Drgnęłam, dlatego skupiona Elisabeth znowu chwyciła mnie za podbródek i skierowała w swoją stronę. Teraz zabrała się za cienie do powiek.

– Co będziecie razem robić? – spytała nieco rozmarzona Aria, przewracając się na moim łóżku na brzuch. Oparła podbródek na dłoniach i zaczęła machać w górze nogami jak nastolatka z filmów, w których przyjaciółki pomagają tej jednej bohaterce uszykować się na pierwszą randkę. Wybrane ubrania chwilę wcześniej położyła na szafce.

– Pójdziemy na festyn.

– Brzmi romantycznie, ale znając ciebie, to pewnie zaczniesz z nim rywalizować o to, kto strąci najwięcej puszek i wygra główną nagrodę albo zaczniesz się z nim ścigać, kto szybciej zje hot doga. 

Zmarszczyłam czoło.

– To jest właśnie moja definicja dobrze spędzonej randki. Romantyczność zostaw Elisabeth i Arthurowi. – Spojrzałam znacząco na koleżankę, która wciąż mnie malowała. To zabawne, ale na jej twarzy pojawiły się rumieńce. – Elis, rumienisz się jak nastolatka.

– To wciąż dla mnie… nowe – żachnęła się. – Co prawda sama podkochiwałam się w nim od pięciu lat, ale nigdy nie sądziłam, że w ogóle kiedykolwiek ze sobą będziemy.

– Niespodzianka. Demony łączą ludzi. – Zachichotałam, na co Elisabeth przewróciła oczami. Po chwili obróciła mnie w kierunku lusterka i spytała:

– I jak?

Rzeczywiście wcześniej nie bardzo się różniłam się od swojej codziennej wersji. Dopiero teraz wyglądałam inaczej. Moje policzki nabrały naturalnych rumieńców, a oprócz wytuszowanych rzęs miałam również powieki pociągnięte brązowym i błyszczącym perłowym cieniem. Mój nos również nieco błyszczał, a usta muśnięte były malinową pomadką.

– Chyba polubię również tę wersję siebie – odpowiedziałam.

niedziela, 25 października 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 21 - "Zaproszenie"

Schodząc po schodach, nie mogłam nawet podpierać się dłońmi o barierkę, trwało to więc o wiele dłużej niż powinno. Wszystko, o czym teraz myślałam, to znaleźć Arthura i Elisabeth, upewniając się, że już nic im nie grozi. Nie sądziłam, że przy okazji na piętrze napadną mnie moi przyjaciele z Nox. Widziałam, jak wybiegają zza rogu, jakby gonił ich sam diabeł. Ariana ze łzami w oczach od razu mnie przytuliła, na co oczywiście się skrzywiłam, bo byłam cała obolała. Andreas stanął przede mną, podpierając się dłońmi na kolanach, ponieważ najwyraźniej był zmęczony całym tym biegiem, a Ethan spoglądał w moim kierunku w taki sposób, jakby upewniał się, czy wszystko ze mną w porządku i na pewno żyję – w jego oczach widziałam nawet niecodzienne zmartwienie. Częściej się irytował niż pokazywał, że się o mnie martwi.

– Dlaczego znowu tak ryzykujesz?! – jęknęła mi do ucha Ariana. – Przecież mogłaś zginąć! Wszyscy widzieli, jak lecisz z dachu! Jakim cudem w ogóle przeżyłaś?!

– Da się to wyjaśnić na wiele różnych sposobów – mruknęłam, krzywo się uśmiechając. – Widzieliście tego mężczyznę z dachu, który uratował praktykantkę? 

– Minęliśmy się z nimi. Są teraz w gabinecie u pielęgniarki – odezwał się zdyszany Andreas, który był cały czerwony na twarzy. Zdecydowanie przyda mu się trening i odstawienie na bok słodyczy.

– Przepraszam, że was zmartwiłam, później wam wszystko wyjaśnię – powiedziałam do moich towarzyszy. – Teraz chodźmy do tego gabinetu.

Ethan bez słowa do mnie podszedł i zarzucił moją rękę na swoje ramię. Byłam mu wdzięczna za ten cichy akt troski, dzięki temu łatwiej mi się chodziło, a przy okazji nie uszkodził bardziej zmasakrowanej dłoni. Właśnie w taki sposób już po kilku minutach doszliśmy do gabinetu pielęgniarki. Prawdopodobnie nie było jej już w pracy – na szczęście nigdy nie zamykała pomieszczenia, na wszelki wypadek, gdyby ktoś potrzebował pomocy. W środku na leżance siedziała blada Elisabeth, która wydawała się być nieco zdezorientowana, prawdopodobnie dopiero się obudziła. Oczywiście na krześle obok jak wierny pies spoczywał Arthur, który trzymał ją za dłoń. Oboje na nas spojrzeli.

– Wszystko w porządku? – spytałam Elisabeth, która obecnie niepewnie na mnie patrzyła, zastanawiając się, czy to, co niedawno przeżyła, to rzeczywistość czy sen.

– Chyba tak – odpowiedziała cicho, marszcząc czoło. – Za to z tobą chyba nie jest najlepiej… – Tym razem wyglądała na zmartwioną. – Czy to ten demon zrobił ci krzywdę?

Arthur na dźwięk tych słów zmarszczył czoło. Chyba nie bardzo do niego jeszcze docierało, że wcześniej nie kłamałam. 

– Tak. Niestety nie udało mi się jej zabić – mruknęłam z krzywą miną. Ethan doprowadził mnie do leżanki znajdującej się naprzeciw tej, gdzie siedziała Elisabeth. Z wdzięcznością na niej usiadłam. Reszta moich przyjaciół nieco wtopiła się w otoczenie. Ariana stanęła gdzieś z boku, obejmując swoje ciało – najwyraźniej nie czuła się komfortowo w tej sytuacji – a Andreas usiadł na obrotowym krześle, które na co dzień zajmowała pielęgniarka i zaczął się na nim obracać. Ethan usiadł obok, najwyraźniej gotowy wesprzeć mnie, gdybym stwierdziła, że zemdleję. Na szczęście się na to nie zapowiadało.

– Teraz mi wierzysz? – spytałam, spoglądając na Elisabeth.

– Tak. Trudno byłoby w to nie uwierzyć, choć uważam, że… wolałabym o tym wszystkim nie wiedzieć i żyć dalej w nieświadomości. – Kobieta zaśmiała się niemrawo.

– Przepraszam. – Spojrzałam tępo w kołdrę. – Przyznaję, że to moja głupia potrzeba udowodnienia komuś czegoś, czego wcale nie musiałam udowadniać. I przypadkiem wplątałam cię w to całe przedsięwzięcie. – Cicho westchnęłam. – Zaletą jest to, że skoro demonica raz wkradła się do twojego cienia, już żaden demon więcej cię nie opęta.

– I… co teraz? – spytała niepewnie Elisabeth. – Mam dalej z tym żyć?

– Cóż, razem ze swoim kochankiem zawsze moglibyście dołączyć do organizacji zwalczającej demony… – Uśmiechnęłam się niewinnie, na co moi przyjaciele spojrzeli na mnie znacząco. – Ale oczywiście nie musicie. – Wzruszyłam ramionami.

– Nie jesteśmy kochankami – odezwał się nagle Arthur, którego policzki ozdobiły rumieńce. Cóż, bardzo dobry moment na zaprzeczenie temu faktowi. Jego towarzyszka zdawała się jednak to ignorować.

– A więc wszyscy należycie do organizacji, która walczy z demonami? – Elisabeth spojrzała krótko po reszcie moich towarzyszy. Każdy z nich pokiwał głową, choć mam wrażenie, że niechętnie.

Arthur spoglądał na nas z coraz większym niezrozumieniem. Nie wiedział nawet, jakie może zadać pytanie. 

– O co tutaj chodzi? – Spojrzał na Elisabeth. Dopiero teraz zauważyłam, że cały czas trzymał ją za dłoń. 

– Nie byłam sobą, Arthurze. Nie próbowałam skoczyć z dachu. Zawładnął mną demon. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale chyba sam widziałeś, że nagle pojawiła się tam inna kobieta. To właśnie ona próbowała mnie zabić – wytłumaczyła mu.

– A więc… w ogóle słyszałaś i widziałaś, co się działo? – zapytał niepewny tego, czy jego przedstawienie przypadkiem mogło zostać zauważone. Trudno byłoby mu pewnie powtórzyć ten romantyczny dramat. 

Tym razem to na policzkach Elisabeth pojawiły się dwie rumiane plamy. Pokiwała ostrożnie głową. Najwyraźniej nie chciała poruszać teraz tego tematu przy dzieciakach ze szkoły.

– Bardzo doceniam to, co dla mnie zrobiłeś – szepnęła, tym razem chwytając go za obie dłonie. Nie spuszczała oczu z jego twarzy. – Chciałabym, żebyśmy porozmawiali o tym, kiedy będziemy już sami. – Uśmiechnęła się do niego niewinnie, na co Arthur odwzajemnił się tym samym.

– Trudno było nie zauważyć, że coś was łączy – odezwałam się, bo w końcu lubiłam wkładać kij w mrowisko. Uśmiechnęłam się przy tym wrednie. – Iście romantyczne przedstawienie, Arthurze, na dodatek zwieńczone namiętnym pocałunkiem. Byłeś prawie jak książę na białym koniu.

– Dla ciebie pan Arthur – burknął wyraźnie onieśmielony moimi słowami. – A poza tym nawet nie wiem, kim jesteś. Kim wy wszyscy jesteście. – Spojrzał na nas nieco bardziej podejrzliwie niż wrogo.

– Łowcami cienistych demonów. – Wzruszyłam obojętnie ramionami. – Zastanówcie się, czy chcecie do nas dołączyć. Niewątpliwie oboje macie w sobie dużo odwagi i uporu. – Uśmiechnęłam się pod nosem. – Praktycznie nie musiałam robić nic, aby Elisabeth się uwolniła, a ty wcale nie bałeś się jej uratować.

Arthur i Elisabeth spojrzeli na siebie. Jednak nic nie powiedzieli.

– Przemyślcie to. Na pewno jeszcze się spotkamy. – Po tych słowach podniosłam się z leżanki i spojrzałam na resztę swoich przyjaciół. – Chcecie odprowadzić mnie do szpitala? Zapewne przyda mi się poskładanie dłoni.

Ethan przewrócił oczami, Andreas zachichotał, a Ariana niemrawo się zaśmiała. 

– Do zobaczenia. – Puściłam oczko dwójce praktykantów i ruszyłam wraz ze swoimi towarzyszami w kierunku drzwi. Zanim jednak wyszliśmy ostatecznie z pomieszczenia, Elisabeth nagle zatrzymała nas swoimi słowami:

– Nie wiem jeszcze, na czym to wszystko polega, ale cieszyłabym się, gdybyś następnym razem więcej opowiedziała mi, na czym polega bycie łowcą. 

Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam na nią przez ramię.

– Jasne. Będziemy mieć jeszcze wiele okazji do rozmów.

Pomachałam im na pożegnanie i wraz z resztą opuściłam gabinet pielęgniarki.

***

– Elyse, coś ty taka… potłuczona?

Czarnowłosa demonica wybuchła śmiechem na widok swojej poturbowanej koleżanki, wyglądającej na piekielnie wkurzoną. Właśnie przeszła obok, uderzając w jej ramię.

– Zejdź mi z drogi – syknęła Elyse, wchodząc do sali obrad, w której zwykle spędzali czas. – Ta dziewczyna nie jest normalna. 

– Prawie przegrałaś. I to z nastolatką. – Lilith dalej ją przedrzeźniała, chichocząc się na boku.

– Elyse ma rację. – Zammiel, który siedział na krześle, spojrzał w zamyśleniu w sufit. Zastukał przy tym palcami o kamienny stół. – Ona nie jest zwyczajnym człowiekiem. To znaczy… pod wieloma względami nim jest. – Zmarszczył czoło. – Ale wystarczy spojrzeć na jej cień. Widzieliście kiedyś coś takiego? Do tego była blisko, żeby zabić Elyse, przyciąga do Nox coraz więcej nowych członków, pozbyła się już wielu demonów, w tym ludzkich, i wychodzi na to, że owinęła sobie wokół palca Aidena.

Dante Vaux, który stał przy oknie dotychczas w milczeniu, nagle obrócił się w kierunku Zammiela – ten wzruszył tylko obojętnie ramionami.

– Aidena? – spytał powoli.

– Delrith wszystko widział. Uratował tę łowczynię przed upadkiem i jeszcze z nią dyskutował, jakby bardzo dobrze się znali.

Do pomieszczenia wszedł demon, o którym była mowa. Trzymał ręce w kieszeniach i nie wyglądał, jakby go to w jakiś sposób poruszyło.

– Wiesz, ojcze, że ją obserwuję – odezwał się spokojnie. – Uznałem, że to za wcześnie, aby żegnać się z własną zabawką. Chyba wszyscy woleliby tu ujrzeć jej spektakularny upadek?

– A ty sukinsynu jesteś w końcu po stronie departamentu czy przeciwko niemu? – syknęła Elyse.

Zanim Aiden cokolwiek powiedział, a najwyraźniej nie zamierzał nic mówić – wyłącznie uśmiechnął się kpiąco pod nosem – odezwał się jego ojciec. Uniósł dłoń, nie pozwalając dalej mówić swoim podwładnym.

– To, co robi Aiden, to wyłącznie jego sprawa. Byleby nie działał przeciwko nam. – Spojrzał ukradkiem na syna, który wymienił z ojcem chłodne spojrzenia. – Baw się, ale z umiarem. Namieszanie tej łowczyni w głowie może być ciekawym ruchem. – Po tych słowach oderwał się od okna i ruszył w stronę wyjścia. – Obserwujcie ją. Jeśli jej zapał nie zmaleje i stanie się dla nas zagrożeniem, co raczej nie jest możliwe, w końcu jest tylko człowiekiem, wyeliminujemy ją. – Wyszedł z pomieszczenia.

Lilith cicho się zaśmiała.

– Przynajmniej Nox w końcu zaczyna być w jakiś sposób zabawne. Zapowiada się świetna zabawa.