piątek, 16 października 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 17 - "Zawieszenie broni"


Kiedy następnego dnia otworzyłam oczy, wiedziałam już, że jestem sama. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu mój demoniczny przyjaciel zapowiedział, iż kilka najbliższych dni spędzi w Reverentii. Zostawił mi tylko wiadomość zapisaną na kartce: „Zamknij drzwi i odłóż klucz pod pustą doniczkę na zewnątrz”. Strasznie ociągałam się z wyjściem z domu. Kusiło, żeby pogrzebać po szufladach i szafkach, ale wystarczyło, że zajrzałam do lodówki, która gdyby nie to, że znajdował się tam zafoliowany talerz z jedzeniem dla mnie, byłaby kompletnie pusta. Już na pierwszy rzut oka widać, że Aiden nie przebywał tu zazwyczaj długo. Trudno więc zgłębić tajemnice, które zabrał ze sobą w kieszeni czarnego płaszcza.

Na śniadanie miałam kanapki nadziewane krewetkami i sałatą. Wyglądały jak wyciągnięte z drogiej piekarni zaledwie godzinę temu. To miłe, że mój przyjaciel o mnie zadbał, chociaż nie musiał. I on naprawdę nie był do mnie przywiązany?

Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie, ponieważ sama czułam do niego lekkie przywiązanie, a może i tęsknotę za tymi momentami sprzed tygodni, kiedy razem siedzieliśmy w kuchni i popijaliśmy czarną kawę. Była ohydna, mocna, ale pachniała wspomnieniami. Nawet kiedy sama ją sobie zaparzyłam, czułam swojego rodzaju nostalgię. 

Miałam spędzić tu kilka dni, ale uznałam, że spróbuję wrócić do Nox już dzisiaj. Z samego rana dostałam wiadomość od Ethana, który pisał, że Hugh cały poranek wgapiał się w okno, jakby czekał na mój powrót. Poza tym wyjątkowo nie reagował, gdy ktoś coś do niego mówił. Zapewne uznał, że był dla mnie zbyt surowy. Ja wcale tak nie uważałam. Czułam wdzięczność, bo potraktował tę młodą, głupią łowczynię dosyć ugodowo, dając jej szansę na powrót. Oczywiście zamierzałam ją wykorzystać.

Kiedy już zjadłam śniadanie, wypiłam kawę, od której aż przechodziły mnie dreszcze i przebrałam się w codzienne ciuchy, ruszyłam do organizacji Nox. W między czasie zastanawiałam się, jak czuli się Andreas i Ariana. Ethan w wiadomości napisał mi również, że oboje zawieziono do szpitala. Andre prawdopodobnie złamał rękę, a Ariana, zaraz po przebudzeniu, odczuwała silne zawroty głowy i wymiotowała – szybko się więc odwodniła. Chciałam ich dzisiaj odwiedzić. Miałam tylko nadzieję, że cała ta akcja w jaskini nie spowodowała, że będą chcieli odejść z Nox. Z drugiej strony… kto normalny nie poczułby strachu, spotykając najgorsze demony chodzące po tym świecie? Nawet ja wiedziałam, że w obecnym stanie nie mogłam się z nimi mierzyć. Od dziś chciałam ciężko trenować, aby wzmocnić swoje ciało i umysł. Po głowie chodził mi też jeden szalony pomysł, ale żeby go zrealizować, potrzebowałam więcej czasu.

W organizacji Nox przywitano mnie zmartwionymi uściskami. Ja sama jeszcze raz przeprosiłam Hugh za swoje bezmyślne zachowanie i obiecałam, że rozważniej będę podchodzić do naszej pracy. Nie był już zły, ale w ramach kary postanowił odsunąć mnie na jakiś czas od misji, ponieważ jego zdaniem za bardzo rzucałam się w oczy. Gorzko przełknęłam tę decyzję, starając się jej nie podważać. W tym czasie mogłam się przecież zająć treningiem.

Czekała mnie jeszcze rozmowa z moją małą, samozwańczą grupą młodych demonicznych łowców. Cieszyłam się, że niemal od razu mogłam zamienić słowo z Ethanem. Była sobota, oboje mogliśmy więc przejść się w odwiedziny do szpitala. To świetna okazja do dyskusji. Najpierw kupiliśmy jednak kwiaty i ulubione bananowe czekoladki Andreasa. Musiałam przyznać, że Ethanowi do twarzy było z bukietem róż obwiązanych różową wstążką. Szkoda tylko, że minę miał taką, jakby ktoś zmusił go do ich kupienia. Wiedziałam, z czego to wynika. Po prostu nie lubił szpitali. 

– Nie porozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło – zagaiłam w połowie drogi.

– To prawda – mruknął od niechcenia mój kolega. Wyraźnie zmarszczył czoło. – Chyba nie muszę przypominać, kto próbował cię powstrzymać przed pójściem do jaskini? – Spojrzał na mnie kątem oka. 

– Tak, wiem, jestem najgorsza – odpowiedziałam, krzywiąc się na boku. – Dostałam nauczkę. W zasadzie to wszyscy dostaliśmy. 

Ethan nic na to nie odpowiedział. Widziałam jednak, że głęboko nad czymś rozmyśla, dlatego czekałam, aż ponownie się odezwie.

– Kiedy zaczęliśmy walczyć z departamentem, stało się z tobą coś dziwnego. Zastygłaś w bezruchu i zupełnie nic do ciebie nie docierało. Co się wtedy działo? – spytał w końcu.

– Szef departamentu przedstawił jako ostatniego demona, który nie pokazał nam się w całej swojej okazałości. – Zmarszczyłam czoło, wgapiając się w drogę przed sobą. – Ja go jednak zobaczyłam. W swojej głowie.

Ethan wyglądał, jakby niczego z tego nie rozumiał. Zanim zadał pytanie, którego się spodziewałam, dodałam:

– Nie zaatakował mojego cienia, ponieważ jest ukryty, ale zaatakował mój umysł. I to było coś podobnego do zawładnięcia cieniem, tylko… o wiele bardziej żywe, chaotyczne i bolesne. – Na samo wspomnienie koszmaru, przez który przeprowadził mnie demon o imieniu Delrith, poczułam na skórze dreszcze. 

– Byłem zajęty walką, ale kątem oka widziałem, że w pewnym momencie z czymś walczysz. Tylko przed tobą nikogo nie było.

– Za to był w mojej głowie.

Już otwierałam usta, żeby opowiedzieć Ethanowi, co dokładnie przeżyłam, kiedy nagle poczułam wewnątrz siebie blokadę. Nie chciałam mówić mu o swoich słabościach, które Delrith po prostu wykorzystał. Doskonale odczytał moje myśli oraz obawy, bardzo realistycznie je wyolbrzymiając. Poza tym była jeszcze jedna rzecz. Był podobny do demona, który zabił moich rodziców. Tamten tylko nie miał przyszytego do twarzy uśmiechu. Zastanawiało mnie, czy to zwykła iluzja, próba namieszania mi w głowie, czy prawda, której nie chciałam do siebie przyjąć?

– Nie chcesz mi o czymś powiedzieć – przyuważył Ethan, badawczo mi się przyglądając. Musiał zauważyć moją zmieniającą się mimikę twarzy. 

Potrząsnęłam głową, posyłając mu delikatny uśmiech.

– To nic takiego. Po prostu nie chciałabym, aby was spotkało to samo. Uwierz mi, wolałabym już skończyć z poważną raną w brzuchu, niż męczyć się przez kilka minut z wizjami, które posyłał mi Delrith. – Skrzywiłam się. – To psychol.

– Chyba jak każdy z departamentu – mruknął w odpowiedzi mój przyjaciel. – Miałem okazję walczyć z Lilith. Musiała się świetnie bawić, bo nawet jej nie drasnąłem, za to ona nieźle mnie podziurawiła. Coś mi jednak podpowiada, że gdyby chciała, po prostu by mnie zabiła. – Przerwał na chwilę. – Myślisz, że ich celem było wystraszenie nas?

Pokiwałam głową.

– Tak. Inaczej oboje byśmy już nie żyli – stwierdziłam ponuro.

Zbliżaliśmy się do szpitala. W oddali wyglądał jak wielki, szary parowiec z milionami okien. Nie chciałam nim odpływać w długi rejs, a najlepiej to w żaden.

Poczułam, że musimy domknąć temat, który zaczęliśmy.

– Co zamierzasz z tym zrobić? – spytałam, spoglądając na niego z całkowitą powagą. Ethan natomiast wyglądał na zaskoczonego, zupełnie jakby nie rozumiał, o co mi chodzi.

– Z czym?

– Z tym wszystkim. – Zamachałam dłońmi, sama nie wiedząc, jak o to spytać. – Z Nox, demonami, departamentem.

– Jak to co? – Zmarszczył czoło. – Dalej walczyć. W końcu nie tkwię w tym bagnie sam.

Na jego twarzy dostrzegłam rzadki, drobny uśmiech, który czynił jego groźne oblicze o wiele łagodniejszym. Uważałam, że częściej powinien się tak uśmiechać. Zjednałby sobie wtedy serca wielu ludzi. Z drugiej strony… może to nawet lepiej, że nie miał zbyt wielu przyjaciół. Dzięki temu mógł być moim.

– Poza tym muszę dalej hamować zapędy mojej towarzyszki – dodał chwilę później. Nagle ten słodki uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca niemal bezczelnemu wyrazowi.

Prychnęłam cicho.

– Odzywa się w tobie znowu ojciec Ethan? – Najczęściej to Andre tak do niego wołał, tym razem postanowiłam jednak wykorzystać to przezwisko.

– Jestem za młody, żeby niańczyć piętnastolatki – odpowiedział rozbawiony chłopak.

– A jednak próbujesz to robić. – Szturchnęłam go zaczepnie, na co odpowiedział śmiechem.

Właśnie teraz poczułam, że nasza relacja weszła na wyższy poziom. Może wciąż niewiele o sobie wiedzieliśmy, w końcu oboje uchodziliśmy za dosyć tajemnicze osoby, ale stawaliśmy się przyjaciółmi, którzy poszliby za sobą w ogień, a to o wiele więcej niż znajomość ulubionego smaku lodów czy muzyki.

***

Wchodząc na salę szpitalną, na pewno nie spodziewałam się, że ujrzę driftującego na wózku inwalidzkim Andreasa, który pomimo złamanej ręki, świetnie sobie radził. Ariana, która siedziała na łóżku, przykryta kołdrą, śmiała się tak głośno i radośnie, że z oczu ciurkiem leciały jej łzy. Andre dodatkowo wydawał z siebie dźwięki, które miały najwyraźniej przypominać startującą wyścigówkę. Stając w drzwiach, spojrzeliśmy po sobie z Ethanem zapewne z podobnymi minami.

– Widzę, że świetnie się bawicie – zaczęłam z uśmieszkiem.

Na dźwięk tych słów Andreas się zatrzymał, a Ariana umilkła, od razu się prostując.

– Calanthe, Ethan – powiedziała nieco zawstydzona, od razu się rumieniąc. Kosmyk swawolnych czerwonych włosów założyła za ucho, co stanowiło jej nerwowy gest.

Dlaczego się tak zawstydziła? Nie do końca rozumiałam tę reakcję.

– Ręka już cię nie boli? – spytał z ironią w głosie Ethan, spoglądając na Andreasa, który z pomocą zagipsowanej ręki kręcił wcześniej szalone kółka. Andre przez chwilę patrzył na niego, aż w końcu wybuchnął śmiechem.

– Sorry, ale rzeczywiście musiało to wyglądać głupio – powiedział, podnosząc się z wózka. Grzecznie odprowadził go pod ścianę. – Pożyczyłem go od Rachel, która leży obok Ariany. Właśnie poszła na badania.

Domyślałam się, że Andre zaczął udawać szaleńca po to, żeby rozbawić naszą koleżankę. To miłe z jego strony. 

– Przynieśliśmy wam prezenty – oznajmiłam, nie komentując tego, co wcześniej zobaczyłam. Czekoladki rzuciłam w kierunku Andreasa, który nie zdołał ich jednak złapać. Nie miał wystarczająco wytrenowanej lewej ręki. To dlatego spojrzał na mnie z wyrzutem, zbierając je z podłogi i tuląc do piersi.

– Mam nadzieję, że moje banany przeżyły ten upadek – zamruczał do siebie.

Ethan przewrócił ostentacyjnie oczami i podszedł do Ariany, niezręcznie wręczając jej bukiet kwiatów. O mały włos, a wepchnąłby go jej do buzi. Z jakiegoś powodu mnie to rozbawiło, tak samo jak jego zmarszczone czoło i spojrzenie, które utkwił w przeciwległej ścianie. Nasza czerwonowłosa koleżanka pokiwała ostrożnie głową, przyjmując kwiaty.

– Dz-dziękuję – odpowiedziała.

Przysiadłam na krańcu jej łóżka. 

– Jak się czujesz? – spytałam.

– Lepiej. – Ariana uśmiechnęła się niewinnie. Wyglądała jakby coś przede mną ukrywała. – A… wy? – Spojrzała najpierw na Ethana, a potem na mnie. Ethan jako pierwszy wzruszył ramionami, nic na to nie odpowiadając.

– Całkiem w porządku – oznajmiłam.

– Ej, a mnie to już nikt nie spyta, jak się czuję? – spytał oburzony Andre, zakładając ręce na piersi i robiąc z ust dzióbek niczym obrażona dziewczynka.

– Po twoim przedstawieniu od razu było widać, że czujesz się już wspaniale – powiedział ironicznie Ethan. Widziałam jednak, że próbuje się nie zaśmiać. Chwilę potem usiadł na wolnym łóżku sąsiadującym z Arianą.

– Ha, ha, no super, teraz będziecie śmiali się ze mnie do końca moich dni – odpowiedział z wrednym uśmieszkiem Andre, przysiadając się tuż obok naszego kolegi.

– Nie, skąd. Może to potrwać jeszcze z tydzień, ale w końcu o tym zapomnimy. – Zaśmiałam się.

– …aż nie zrobisz czegoś równie głupiego – dodał Ethan, za co został dosyć mocno szturchnięty. Rozbawiony wylądował na szpitalnej poduszce. 

Na sali nastała niezręczna cisza. Najwyraźniej nikt z nas nie wiedział, jak zacząć temat. Czuliśmy się przegrani i na dodatek oszukani. Nie wiedzieliśmy, co dalej. Z milczenia wyłamał się Andreas, który ostentacyjnie chrząknął, otworzył pudełko z czekoladkami i wyciągnął je w naszym kierunku.

– Bananka? – spytał.

– Sam jesteś jak ten bananek – powiedziałam, cicho się śmiejąc. Mojemu śmiechowi zawtórowały pozostałe głosy. Najpierw dołączyła do mnie Ariana, której w oczach znowu pojawiły się łzy rozbawienia, potem Ethan ze swoim dziwnym, chrapliwym dźwiękiem przypominającym kosiarkę, a na koniec chichoczący się jak wariat Andre. Nie powinniśmy się śmiać. A jednak to robiliśmy. Być może był to sposób na odreagowanie tego, co spotkało nas w jaskini? Być może ciche porozumienie przyjaciół, którzy właśnie przeszli wspólnie przez trudny moment i przybliżyło ich to do siebie jeszcze bardziej? A może śmialiśmy się, bo po prostu było nam to potrzebne.

Już po chwili jedliśmy wspólnie ohydne czekoladki i rozmawialiśmy o głupotach. Wcale nie musieliśmy zaczynać od ciężkich tematów, chociaż doskonale wiedzieliśmy, że w końcu będą musiały nadejść.

– Chciałam was przeprosić – odezwałam się nagle, wgapiając się w podłogę. – Naraziłam was na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

– A my dobrowolnie się go podjęliśmy – przyuważyła łagodnie Ariana. Położyła chłodną dłoń na mojej dłoni. – Nie musisz nas przepraszać, Calanthe. Najważniejsze, że wszyscy przeżyliśmy.

Byłam jej wdzięczna za te słowa, choć nie sprawiły, że miałam mniejsze wyrzuty sumienia.

– Co dalej zamierzacie? – spytałam z niepewnością w głosie, która nijak miała się do mojej osobowości. Brzmiałam tak jednak dlatego, że nie chciałam ich stracić.

– Jak to co? – spytał oburzony Andre z buzią pełną czekoladek. Miał umorusane kąciki ust. – Dalej będziemy to ciągnąć. W końcu wiedzieliśmy, z czym wiąże się bycie łowcą, prawda? – Spojrzał porozumiewawczo na Arianę, z którą najwyraźniej przegadał już wcześniej ten temat. To dlatego wyłącznie pokiwała głową.

Między nami znów zapanowała cisza. Tym razem przerwał ją jednak Ethan. Chwilę przed jego słowami widziałam, że uśmiecha się łobuzersko pod nosem, jakby szykował jakąś ciętą ripostę.

– Calanthe dostała szlaban od Hugh na uczestnictwo w misjach.

Kiedy ja spoglądałam na niego z wyrzutem, Andre chichotał się pod nosem. 

– Dla Cali to chyba najgorsza z możliwych kar – przyznał. 

Niestety nie mogłam zaprzeczyć.

– My też jeszcze przez dłuższą chwilę nie będziemy mogli w nich uczestniczyć – powiedziała Ariana. – A przynajmniej nie Andre. Bez prawej ręki sobie nie poradzi.

Andreas pokiwał głową.

– Rozmawiałem wczoraj z Hugh i poradził, aby cała nasza czwórka wyłączyła się tymczasowo z działania w Nox. To tak na wszelki wypadek, żeby nie wkurzyć jeszcze bardziej departamentu. – Ethan wykrzywił usta.

Rzuciłam się plecami na łóżko Ariany, spoglądając prosto w sufit. Znajdowały się na niej gustowne plamy po jakimś czerwonym sosie. Czyżby ktoś rzucał ohydnymi, szpitalnymi pulpecikami? To całkiem możliwe. Jako nastolatkowie Ariana i Andre przebywali na oddziale razem z dzieciakami.

– Czy to oznacza, że powinniśmy zabawić się tym razem jak normalni ludzie w naszym wieku? – spytałam w zamyśleniu. – Wiecie, wspólne nocowanie, oglądanie filmów, jedzenie popcornu…

– Naprawdę?! – krzyknęła Aria. Była tak zachwycona tym pomysłem, że wygrzebała się spod kołdry i nachyliła tuż nad moją twarzą z błyskami fascynacji w oczach. – Nigdy nie robiłam takich rzeczy!

– He? – spytał głupkowato Andre. – Nie oglądałaś filmów i nie jadłaś popcornu?

Ariana wróciła na łóżku, spokojnie na nim siadając.

– Nie, głuptasie. Nie robiłam tego nigdy z przyjaciółmi – przyznała. 

– Och. – Andreas zmarszczył czoło. – Ale teraz… masz przyjaciół. – Rozłożył ręce na bok w geście otwartości lub jakby chciał ją przytulić. 

– Zdobytych w bardzo dziwnych okolicznościach, ale tak, rzeczywiście – dodałam, cicho się śmiejąc. Ja również wróciłam do pozycji siadu. – W takim razie gdy wyjdziecie już ze szpitala, pobawimy się w normalnych nastolatków. Ale to ja wybieram film. – Zachichotałam.

– Jak będzie to jakaś bijatyka, to zamknę się w kiblu i stamtąd nie wyjdę do rana – powiedział Andre.

– Dobrze, w takim razie każdy wybierze taki film, jaki mu odpowiada – dodałam z uśmieszkiem.

Jak się okazało, zetknięcie się z departamentem nie sprawiło, że uciekliśmy w popłochu. Można powiedzieć, że wzmocniło to nasze więzi, ale przy okazji dało nam też nauczkę. Mieliśmy teraz sporo czasu na zastanowienie się, jaką nową strategię powinniśmy przyjąć. Póki co należał nam się jednak odpoczynek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz