środa, 7 października 2026

[W cieniu ognia] Rozdział 14 - "Nauczka"


Wyjątkowo mieliśmy wolne od szkoły, a to oznaczało, że czekał mnie długi, nudny dzień. Dopiero wieczorem czekała nas misja. Większość członków organizacji albo pracowało, albo załatwiało sprawunki. To oczywiste, że brakowało mi adrenaliny. Poza tym chciałam nieco poćwiczyć sztukę infiltracji. Hugh doskonale wiedział, że podbierałam mu papiery z zadaniami dla Nox. To dlatego od jakiegoś czasu zamykał drzwi do swojego gabinetu na klucz. Zamierzałam na nich przetestować spinacze biurowe, które podkradłam nauczycielce od matematyki. Mocowałam się z nimi dobre piętnaście minut, ale to całkiem dobry czas jak na kogoś początkującego. W końcu drzwi ustąpiły, a ja mogłam się wkraść do środka. Od razu sięgnęłam do szuflady, gdzie zwykle leżały papiery. Tym razem ich tam jednak nie było. Oczywiście. Hugh musiał przewidzieć, że się tutaj włamię. Gdzie w takim razie ukrył te dokumenty?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Moje spojrzenie padło na biurko, gdzie leżała jedna kartka. Może zapomniał jej schować, bo się spieszył? Wzruszyłam ramionami i po nią sięgnęłam. Miałam szczęście, bo to naprawdę był opis misji. Wskazywał na ukrytą kryjówkę demonów, oczywiście w jednej z wielu jaskiń w naszym mieście. Ponoć od dłuższego czasu atakowały przechodniów, pożerając im doszczętnie energię. To miejsce w lesie zostało uznane przez okolicznych mieszkańców za przeklęte i dlatego obecnie nikt się tam nie zapuszczał. Ludzkie demony zaczęły nawet poszerzać swoje tereny łowieckie. Świetnie. Brzmi jak wspaniały trening dla całej naszej młodzieńczej drużyny. 

Zadowolona odłożyłam papier na biurko, a potem wyszłam z gabinetu. Niemal od razu zetknęłam się z Ethanem, który właśnie wszedł do organizacji. Najpierw spojrzał na mnie, a potem na drzwi, które właśnie zamknęłam. Od razu ciężko westchnął.

– Musisz przestać to robić. Hugh może cię za to nawet wyrzucić z Nox.

Uśmiechnęłam się do niego niewinnie, splatając ręce za plecami.

– Chodzi ci o drzwi? Ach, Hugh nie zamknął okna i zrobił się przeciąg – powiedziałam uroczym głosem, na co Ethan oczywiście prychnął.

– Jasne, przypadkiem, tak wyjątkowo, nie zamknął drzwi, wiedząc, że będziesz tu dzisiaj sama. Znając go, to pewnie przewidział to włamanie i schował wszystkie papiery. – Skrzywił się.

– Och, akurat przypadkiem jeden zostawił.

– Calanthe…

Wiedziałam, że zaraz stary dziad Ethan zacznie mnie pouczać, dlatego zawczasu przewróciłam oczami i skierowałam się do swojego pokoju. Oczywiście za mną podążał. Gadał coś o niebezpieczeństwie wynikającym z uczestniczenia w takich misjach na własną rękę, o byciu niedoświadczonym łowcą, pchaniu w to wszystko przyjaciół, bla bla bla. Nie słuchałam go. Zaczęłam się po prostu pakować. 

– Jak nie chcesz, nie musisz uczestniczyć w tej misji – powiedziałam, zakładając plecak na plecy. – Chociaż liczyłam na wsparcie. Twoje, Ariany i Andreasa.

Ethan zamknął na chwilę oczy, biorąc cichy, uspokajający oddech.

– Nienawidzę tego, że zawsze stawiasz na swoim, a ja za tym podążam, jakbym był ślepym głupcem – burknął.

Kiedy go wymijałam, spojrzałam na niego ukradkiem, cicho się śmiejąc.

– Po prostu jesteś troskliwym chłopcem, który dba o swoją przyjaciółkę.

Ethan złapał mnie za dłoń, zanim zeszłam po schodach.

– Ostatnio napadł cię demon z departamentu. Inny zjawił się na imprezie Andreasa. Teraz jeszcze traktują nas jak gówniarzy, którzy im nie zagrażają, ale zaraz ich cierpliwość się skończy. Naprawdę nie widzisz tego, w jaką niebezpieczną grę grasz?

Głos Ethana nie miał w sobie nic z jego zwyczajowej surowości. Brzmiał o dziwo… troskliwie. Nawet nie wiedziałam, że mógł mieć tyle łagodności w głosie.

Przez dłuższą chwilę milczałam. Nie mogłam na to nie zareagować. Może lubiłam podejmować ryzyko, ale byłam człowiekiem, który potrafił słuchać innych. To, że czasem świadomie ignorowałam ich słowa, to już inna sprawa.

– Ostatnia misja – powiedziałam cicho, patrząc się w podłogę. – Niech to będzie ostatnia misja, którą wykonamy na własną rękę. Potem przestanę grzebać w dokumentach Hugh. Przestanę kraść papiery i działać wbrew ustaleniom Nox. 

Ethan w końcu puścił moją rękę. Najwyraźniej był usatysfakcjonowany tym rozwiązaniem.

– Niech będzie.

Chwilę później do organizacji wszedł Andreas razem z Arianą. Już w progu słyszałam, jak się kłócą czy może raczej… płomiennie dyskutują.

– Szachy są do bani. Powinnaś zagrać choć raz w jakąś grę komputerową. 

– Nie mów tak. Regularny trening szachowy według badań naukowych jest świetnym treningiem poznawczym oraz emocjonalnym. Może gdybyś choć raz spróbował, twoje skupienie znacząco by się poprawiło i nie dostawałbyś w szkole samych miernych ocen.

– Co? Skąd to niby wiesz? Śledzisz mnie?

– Nie, po prostu zostałam wyznaczona do pomagania osobom, które nie radzą sobie z nauką i usłyszałam od nauczyciela, że niedługo będziesz uczęszczał na takie zajęcia. 

– Cholera…

Zeszłam po schodach, cicho się śmiejąc. Ostatnio dostrzegałam między nimi nić porozumienia. Może najczęściej się spierali, ale to dobry znak.

– Tak się składa, że mi też przypadło w udziale uczenie takich beznadziejnych przypadków – odezwałam się.

Andreas spojrzał na mnie i jęknął.

– Czy to akurat wy musicie być tymi kujonami? – Chłopak rzucił się na sofę w salonie, zakładając ręce na oparcie i przybrał umęczoną minę. – Błagam, zbawcie mnie jakąś misją…

– Dobrze się składa, bo akurat mam dla nas jedną. – Uśmiechnęłam się nonszalancko i założyłam ręce na piersi.

***

Do demonicznej jaskini wybraliśmy się jeszcze tego samego południa. Nie czekaliśmy, aż Hugh i reszta członków Nox wróci. Zamierzałam szybko się tym zająć, aby jeszcze wieczorem móc uczestniczyć w kolejnej misji, tym razem ze starszymi członkami naszego ugrupowania.

Ariana nie była zbytnio zachwycona, że robiliśmy coś na własną rękę, a jednak Andreas zdołał ją przekonać do wybrania się na jedną z wyjątkowych wypraw naszego małego zespołu. Miał w sobie tyle entuzjazmu, ile ja, tylko w przeciwieństwie do niego nie okazywałam radości z zewnątrz. Ona objawiała się u mnie krążącą w żyłach adrenaliną, która aż paliła się, żeby ubić kilka ludzkich demonów. Oczywiście prosiłam Andreasa i Arianę, aby trzymali się z tyłu, nie mieli w końcu jeszcze tyle doświadczenia, ile ja i Ethan. W razie czego będziemy mogli uratować ich tyłki.

Gdy weszliśmy do jaskini, pokazałam palcem, żeby nikt nic nie mówił. Istniała duża szansa, że demonów tutaj nie będzie, w końcu najczęściej ukrywały się tu po nocach, ale niekiedy odpoczywały w takich miejscach po udanej wyżerce. Powoli skradaliśmy się, zachodząc w coraz dalsze zakątki jamy wypełniającej się echem naszych kroków. Ciemność z każdym kolejnym ruchem ogarniała nas w coraz większym stopniu, aż w końcu przestaliśmy cokolwiek widzieć. Słyszałam, jak Ethan mocuje się z latarką, ale nie może jej odpalić. Nie pozostaliśmy jednak długo bez dostępu do światła. Nagle jaskinię rozświetlił rząd palących się po kolei pochodni. A to nie wróżyło nic dobrego.

Wyciągnęłam w tył dłoń, pokazując zespołowi, aby się wycofali. Przez dłuższą chwilę staliśmy w miejscu, nasłuchując kroków, ale nic takiego nie nastąpiło. 

– O co tutaj chodzi? – spytał pod nosem Andre.

– Witajcie, młodzi łowcy. – Donośny, męski głos roznosił się z całą swoją siłą po jaskini. Pierwszy raz go słyszałam. Nie wiedziałam, czego możemy się spodziewać. – Widzę, że przyjęliście nasze zaproszenie z radością.

Miałam ochotę przekląć. Bardzo szybko do mnie dotarło, że kartka, którą znalazłam na biurku Hugh, musiała być nie przypadkowo pozostawionym opisem misji, a czymś, co miało stać się pułapką. A ja dałam się w to bez namysłu wciągnąć. Ethan miał rację, nie powinniśmy tutaj przychodzić.

– Wycofajmy się – szepnęłam do swoich towarzyszy. Zaczęliśmy kierować się powoli do wyjścia. Ktoś jednak skutecznie nam w tym przeszkodził. Za plecami Ariany stała demonica, którą już raz mieliśmy okazję zobaczyć. Właśnie podrzucała w dłoni nóż, uśmiechając się wrednie pod nosem. To była Lilith Adair. Ariana stojąca najbliżej niej, przylgnęła do ramienia Andreasa, szukając u niego wsparcia. 

Lilith nie była jedyną demonicą w tym miejscu. Z cieni zaczęli wyłaniać się powoli jej poplecznicy. Najbardziej w oczy rzucił mi się jednak mężczyzna w czarnym płaszczu, który miał białe włosy. Wyglądał jak Aiden, tylko co najmniej dwadzieścia lat starszy. W przeciwieństwie do niego nie uśmiechał się jednak chłodno, a z jawnym rozbawieniem. 

– Kim jesteś? – spytałam, wyciągając przed siebie exitialis. Ta reakcja najwyraźniej rozbawiła mężczyznę jeszcze bardziej, bo głośno się zaśmiał.

– Dante Vaux – oznajmił krótko – szef Departamentu Kontroli Demonów.

Za moimi plecami usłyszałam ciche „nie” szeptane przez Arianę i Andreasa, który z niedowierzaniem przeklął. Ethan pozostawał milczący.

A więc szefem departamentu musiał być najprawdopodobniej ojciec Aidena. Cóż za ironia losu. Czy w takim razie Aiden naprawdę nie należał do ich ugrupowania? A co, jeśli to on nasłał na nas całe złowieszcze ugrupowanie demonów z Reverentii? Nie. To nie był czas na takie rozważania. Mogliśmy nie przeżyć tego spotkania. Oczywiście wszystko zależało od intencji członków departamentu. Istniały dwa rozwiązania: albo chcieli nas wystraszyć, albo zabić.

– Chyba wiecie już, że nasza organizacja zajmuje się niszczeniem demonów półkrwi, uciekinierów z Reverentii, a także… – tu Dante Vaux zniżył głos i pochylił głowę, pokazując błyszczące w świetle pochodni szmaragdowe oczy. – pozbywaniem się osób trzecich, które stają nam na przeszkodzie.

Milczeliśmy. Nawet ja nie śmiałam nic powiedzieć. To nie moment, w którym mogliśmy dyskutować z demonami. Może ostatnio w rozmowie z Lilith byłam bezczelną nastolatką, ale teraz to zupełnie inna sytuacja.

– Nie poznaliście jeszcze zapewne wszystkich członków naszego zgromadzenia. – Dante machnął ręką w kierunku kobiety, z którą mieliśmy ostatnio do czynienia na imprezie u Andreasa. – Lilith Adair. – Następnie machnął ręką w przeciwną stronę. W półcieniu stała demonica, którą również znałam. Wtedy nie mogłam się jej jednak przyjrzeć. – Elyse Thorne.

Elyse miała brązowe, falowane włosy spięte niedbale w wysoki kucyk, który umieściła po lewej stronie głowy; jej grzywka była prosta, ale jeden z kosmyków po środku czoła wyraźnie się wydłużał, nachodząc niemal na nos. Twarz w przeciwieństwie do Lilith wyglądała na młodszą – na dodatek była bardziej okrągła. Duże, szmaragdowe oczy patrzyły wprost na mnie znad przymrużonych powiek. Nie wyróżniała się z tłumu. Jedynym elementem, z którym można było ją kojarzyć, to pieprzyk na lewym policzku, blade, wąskie usta i wyraźne cienie pod oczami. W świetle ognistych pochodni jej skóra zdawała się być ziemista. Na sobie miała zwykłą, białą koszulkę z czarną apaszką zawiązaną wokół szyi, a na plecy zarzucone coś, co przypominało prostą, czarną marynarkę bez kołnierza i z szerokimi rękawami – sięgała jej do ud i na pewno była nieco przyduża. Nogi opinały czarne, obcisłe spodnie, które miały kieszenie – trzymała w nich właśnie ręce. 

– Zammiel Touraville – kontynuował prezentowanie szef departamentu, tym razem pokazując dłonią na mężczyznę będącego najbliżej niego. 

Demon był smukły i wysoki, może nawet wyższy niż Aiden. Siedział na kamieniu, luzacko się o niego opierając. Ręce miał skrzyżowane na piersi. To, co go wyróżniało to krótko przystrzyżone włosy, które miały w tym świetle czerwony odcień. Posiadał ciemniejszy odcień skóry, dzięki czemu szmaragdowe oczy jeszcze bardziej wybijały się na jego twarzy. Trójkątny podbródek unosił wysoko, kpiąco się przy tym uśmiechając. Był ubrany w czarny płaszcz zdobiony złotymi guzikami i tylko tyle zdążyłam zauważyć.

– Delrith.

Osoba, o której wspomniał Dante Vaux, nie pokazała nam się, natomiast prawdopodobnie zaczęłam słyszeć w głowie jego ogłuszający śmiech. Od tego zabolały mnie skronie. Ten sam efekt najwyraźniej poczuli moi poplecznicy, bo wszyscy nagle zatkali uszy. 

– Wasz zapał jest godny podziwu, zwłaszcza twój, Calanthe Clerinell – kontynuował szef. Wymówił moje imię mrocznym szeptem, który wywołał na mojej skórze dreszcze. – Zawadzasz.

Tym razem nie wyglądał już na rozbawionego ani tym bardziej na zdenerwowanego, raczej na… znudzonego. Mogłam się tylko domyślać, że Aiden odziedziczył ten wyraz twarzy po ojcu. 

– Najwyższy czas dać wam odpowiednią nauczkę.

Wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem, zgasły wszystkie pochodnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz