Nie zdążyłam nawet powiedzieć słowa, a znalazłam się w piekielnych ciemnościach. Nie był to jednak efekt ugaszonych pochodni. To uczucie równe temu, co przeżywałam, gdy Aiden wkradał się do mojego cienia. Niemożliwe, żebym znów znalazła się w tym stanie, w końcu zyskałam ukryty cień. Co się zatem działo? Nie mogłam nawet drgnąć. Nie słyszałam też żadnych dźwięków bitwy, których spodziewałabym się po słowach Dantego Vauxa.
To wszystko moja wina. Wszyscy moi przyjaciele zginęli. Ciocia Alice i wujek Bill też. Gdybym nie została łowczynią, nigdy by do tego nie doszło…
Słyszałam w głowie własny głos, choć te myśli zdawały się być obce, jakby nie należały do mnie.
Czy nie lepiej się teraz poddać? Dołączyć do mojej rodziny i przyjaciół. Moje życie nie jest nic warte. Sama to sobie zgotowałam.
Z jakiegoś powodu poczułam na skórze dreszcze. Wcale tak nie sądziłam. Nie chciałam umrzeć. Poza tym moja rodzina i przyjaciele wciąż żyli. A może jednak…?
Co, jeśli ktoś manipulował właśnie moim umysłem? Próbował zmusić mnie do tego, żebym poczuła się tak źle, abym ze sobą skończyła? Niedoczekanie.
Chcąc oddzielić się od własnego głosu, zatkałam uszy. Wciąż jednak go słyszałam, w końcu nie mogłam po prostu zatkać uszu w umyśle. Z czasem głosów zaczęło pojawiać się więcej. Nie należały tylko do mnie. Była tu ciocia Alice, wujek Bill, Hugh, Ethan, Andreas czy Ariana. Wszyscy mówili o tym, że żałują, że w ogóle mnie znali, inaczej wciąż by żyli.
Uciekłaś od nas, ale było już za późno… Demony wiedziały, gdzie mieszkamy. Najpierw odcięły głowę Annie, potem Lily, a ja na to wszystko patrzyłam, nie mogąc ochronić swoich dzieci… Nie powinnaś nigdy pojawić się w naszym życiu. To ty nam to zrobiłaś.
Ciocia Alice nigdy tak nie brzmiała. Teraz w jej głosie słyszałam rozpacz i gniew.
Tyle razy ci mówiłem, żebyś nie ryzykowała. Zawsze zachowywałaś się jak głupia, egoistyczna nastolatka, która chce zabijać demony, nie myśląc o innych. Widzisz, do czego doprowadziłaś? Nie żyjemy. Oni torturowali Arianę, zanim umarła. A Andreas stracił głowę. Wiesz, jak ja umarłem? Próbując cię ochronić. Niepotrzebnie. Nie robi to na tobie nawet wrażenia, prawda? To ty powinnaś nie żyć.
Ethan nigdy nie powiedziałby czegoś takiego. Z drugiej strony… często powtarzał mi, że nie myślę o innych i liczy się dla mnie tylko zabijanie demonów.
Poczułam niesamowity ból. Straciłam przez niego równowagę i upadłam na kolana. Wciąż trzymałam ręce po bokach głowy, próbując wyrzucić z niej te głosy. Powtarzałam sobie, że ktoś manipuluje moim umysłem. To musiał być ktoś z departamentu.
Żałuję, że byłaś naszą córką. Gdybyś z tą głupią ciekawością małego dziecka nie spojrzała na tego demona na lotnisku… żylibyśmy.
Przed oczami znów miałam scenę z tamtego dnia. Demon, który spojrzał w moje oczy i zaczął strzelać do wszystkich ludzi. Znów widziałam rodziców padających z martwymi oczami na podłogę. Widziałam dużo krwi. Miałam ją też na rękach, na które spoglądałam. Zupełnie jakbym to ja wszystkich zabiła. Przez cały ten obraz przepełniony głosami znanych mi ludzi, zaczął przebijać się głośny śmiech. Gdy jako pięciolatka podniosłam wzrok, by zaraz zetknąć się spojrzeniem z oprawcą, dostrzegłam śmiejącego się demona. Celował we mnie pistoletem. Kula wystrzeliła, trafiając mnie tym razem prosto w czoło. Poleciałam do tyłu.
Zamrugałam i znów zobaczyłam nad sobą ciemność. Rzeczywiście leżałam. A nade mną nachylał się teraz obcy demon. Nie. To nie był obcy demon. Teraz tylko wyglądał nieco inaczej. Miał krótsze włosy i zszyte nicią usta, które zastygły w szerokim uśmiechu. Szmaragdowe oczy przypominały mi o tamtym dniu.
– To ty – rzuciłam w pustą przestrzeń.
Demon znów się zaśmiał i zniknął.
Podniosłam się z podłogi. Zaczęłam biec przed siebie. To oczywiste, że jeden z członków departamentu mieszał mi w głowie. Czy to naprawdę był zabójca moich rodziców? Czy tylko go udawał? Cały czas słyszałam obwiniające mnie głosy.
– Przestań mieszać mi w głowie! – krzyknęłam w pustą przestrzeń. – Odczep się od moich wspomnień!
W ręku trzymałam exitialis. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kiedy nieopodal dostrzegłam sylwetkę mącącego demona, rzuciłam się na niego, próbując wbić w jego pierś nóż. W tym momencie jednak zniknął, a ja upadłam. Zobaczyłam go po drugiej stronie. Szybko podniosłam się i znów do niego podbiegłam, powtarzając ten sam błąd. Doskonale wiedziałam, że nawet go nie drasnę. Bawił się ze mną w kotka i myszkę.
Stanęłam w miejscu, czekając, aż demon ponownie się zjawi. Tym razem czułam, że stoi za moimi plecami. Kiedy gwałtownie się obróciłam, zauważyłam jednak nie jego, a postać Aidena. Chwycił mnie za szyję i zaczął dusić. Nóż potoczył się gdzieś po podłodze, a ja poczułam, że brakuje mi w płucach powietrza.
– Musisz zginąć – szepnął demon.
Coś w jego oczach kazało mi jednak sądzić, że to nie on. Postać Aidena szybko zmieniła się w osobę, która mąciła mi w głowie. Głęboka zieleń jego oczu zaczęła mnie pogrążać w zapętlającej się otchłani. Teraz wszystko dookoła było szmaragdowe, zwodnicze i kręciło się wokół jak w bębnie pralki. Powoli słabłam, bo nie mogłam złapać oddechu. Zanim całkowicie straciłam siły, kopnęłam demona w brzuch. Rozpłynął się, a ja wreszcie mogłam wziąć świszczący wdech. Ten irytujący śmiech wciąż odbijał się echem od ścian mojego umysłu. I stawał się coraz bardziej ogłuszający. Wrzynał się w każdy kawałek mózgu, a także całego ciała, dotykając nawet koniuszków palców. Wibrował niepokojąco w kościach. To uczucie wkrótce stało się nie do wytrzymania. Pragnąc się z tego uwolnić, zaczęłam głośno krzyczeć. I wtedy poczułam, że się zapadam.
Gdy otworzyłam oczy, leżałam na ziemi w jaskini.
– Calanthe! – Usłyszałam głos Ethana, który właśnie do mnie podbiegł. Uklęknął akurat w momencie, w którym zdążyłam się już podnieść na łokciach. Widziałam, że po jego czole ścieka krew. Jedno oko miał przymrużone, a usta wykrzywione w grymasie bólu. Musiał z kimś walczyć. To oczywiste. W końcu byliśmy tutaj uwięzieni z członkami departamentu.
Dopiero teraz zaczęłam ogarniać, co się dzieje. Tylko przez ułamek sekundy widziałam w kącie demona, który leżał na ziemi, podobnie jak ja trzymając się za bok głowy. Czoło miał zmarszczone, ale uśmiech przyszyty nićmi do twarzy pozostawał tak samo szeroki. Musiałam wyrzucić go siłą ze swojego umysłu. Czy to oznaczało, że trening z Aidenem pomógł?
– Co z Arianą i Andreasem? – spytałam, próbując się chwiejnie podnieść.
Ethan nie zdążył odpowiedzieć. Do jaskini ktoś wbiegł, kilkoro ludzi. Ktoś wbił nóż w jednego z demonów, który aż syknął, ktoś wydał z siebie okrzyk pełen bólu. To byli łowcy z Nox. Zorientowali się, że to pułapka. Nic dziwnego, w końcu zostawiłam kartkę na biurku Hugh. Wiedział, że nie należy do niego.
Kiedy z pomocą Ethana wróciłam do pionu, zorientowałam się, że członkowie departamentu zniknęli. Teraz zza skał zaczęły wyłaniać się dobrze nam znane cieniste pokraki. Nie mieliśmy wyboru, jak po prostu z nimi walczyć. Choć wciąż kręciło mi się w głowie, ruszyłam do ataku. Czułam w sobie ogromną złość. Nie chciałam wpadać w tę pułapkę i narażać całą grupę. Nie chciałam, aby członkowie Nox musieli nas ratować. Cały ten wstyd, głęboko palący mnie w piersi, spowodował, że moje ruchy stały się naprawdę gniewne. Niemal czułam w środku ogień. Nawet nie wiedziałam, ile to trwa. Zachowywałam się tak do momentu, do którego nie pozbyłam się ostatniego demona. Dopiero wtedy ktoś chwycił mnie za ramię. Spojrzałam do tyłu, głośno dysząc. To był Ethan.
– Starczy – rzucił. W momencie, w którym to powiedział, skały wokół nas zaczęły drżeć. Oboje spojrzeliśmy w górę. – Musimy uciekać.
Zgodnie się wycofaliśmy, dołączając do członków Nox. Widziałam omdlałą Arianę, którą ktoś zarzuca na plecy i mocno zranionego Andreasa – to Ethan założył jego rękę na swoje ramię i pomógł mu stąd wyjść. Podczas tej ucieczki czułam, jak mocno zaciskam usta. Poczułam w nich własną krew.
To jeszcze nie koniec, Calanthe.
Głos, który usłyszałam w głowie, zakończył się znanym mi już ogłuszającym śmiechem.
Po chwili wszyscy wypadliśmy na zewnątrz, patrząc, jak jaskinia się sypie. Rozglądałam się dookoła, zastanawiając się, czy wszyscy wyszli z tego cało. Ktoś jednak płakał. Tym samym już wiedziałam, że nie obeszło się bez ofiar.
I to z mojej winy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz