Nie powiedziałabym, że nienawidzę szkoły. Pod pewnymi względami było to miejsce, które trzymało mnie jeszcze przy zwyczajnej rutynie, udowadniając, że nie jestem tylko i wyłącznie łowczynią goniącą za demonami. Oczywiście był to jeden z tematów najbliższych memu sercu, ale uczenie się niekiedy również potrafiło choć na chwilę zająć głowę i zapełnić ją nowymi faktami o otaczającym nas rzeczywistym świecie. Jak lubiłam różne ścisłe przedmioty, które kierowały się logiką, tak nie przepadałam za zajęciami, na których rozmawialiśmy o angielskiej literaturze. Uważałam, że było tysiąc zabawniejszych książek niż dawno nieaktualne „Romeo i Julia” czy inne antyczne bohomazy. A dzisiaj mieliśmy jeszcze na zajęciach praktykantkę zafascynowaną literaturą. Pewnie nawet bym na nią nie spojrzała, gdyby nie liczne, zachwycone szepty rówieśników. Dopiero wtedy podniosłam wzrok. Moim oczom ukazała się średniego wzrostu młoda kobieta o długich, prostych blond włosach wpadających w barwę słomy, które swobodnie opadały jej na ramiona. Duże, orzechowe oczy okalane gęstymi, jasnymi rzęsami połyskiwały w słonecznych promieniach wpadających do klasy przez okno. Na owalnej twarzy rozsiane były małe piegi. Usta i nos miała małe, a cerę lśniącą i brzoskwiniową. Wyglądała niemal jak lalka z wystawy sklepowej. W przeciwieństwie do mnie miała też długie nogi. Musiałam przyznać, że robiła wrażenie. Chyba przedstawiła się jako Elisabeth Reviers. I na tym moje zainteresowanie się skończyło.
Byłam dzisiaj tak zmęczona, że po kilku minutach jej prezentacji, od razu położyłam głowę na ławkę, ukrywając się za wysokim Derekiem, który skutecznie zasłaniał mnie swoją posturą. Wolałam uciąć sobie drzemkę. I pewnie nie zostałabym zauważona, gdyby nie to, że nasza urokliwa praktykantka zaczęła w pewnym momencie krążyć po klasie z książką w ręku. Nie zdążyłam nawet zasnąć, a zobaczyłam przed swoją ławką buty na obcasach i te długie nogi ubrane w ciemne rajstopy. Podniosłam głowę, by zmierzyć się z Elisabeth, która nawet się na mnie nie złościła. Patrzyła w moim kierunku z delikatnym uśmiechem.
– Jak masz na imię? – spytała od razu miłym, dźwięcznym głosem.
– Calanthe – mruknęłam od niechcenia.
– A więc Calanthe – zaczęła niedoszła nauczycielka – czy mogę prosić cię o skupienie? Ławki nie są od spania.
Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie tym skarceniem. Jej słowa wypowiedziane z dziwną życzliwością prawie wywołały poczucie wstydu. Zanim się spostrzegłam, kobieta przewróciła moją książkę na właściwą stronę. Nawet nie śmiałam się odezwać.
Z brakiem zainteresowania spojrzałam na treść, która się przede mną zarysowała. Demony najwyraźniej mnie prześladowały, bo właśnie czytaliśmy wiersz, gdzie grały pierwsze skrzypce. Chcąc nie chcąc, bardziej skupiłam się na temacie. Nawet grzecznie przyciągnęłam do siebie książkę, co Elisabeth najwyraźniej uznała za wspaniale przeprowadzoną konwersację wychowawczą.
– Wiele osób myśli dziś o demonach jako złoczyńcach pojawiających się tylko w horrorach, ale korzenie ich kreacji sięgają starożytności. Najstarsza wzmianka o nich pochodzi od Sumerów. Demony wówczas nie były jeszcze utożsamiane z chrześcijanizmem czy powiązane z wizerunkiem Szatana – opowiadała kobieta, przechadzając się między ławkami. – Bardzo często uznawano je za istoty z podziemi lub amoralne siły natury. Pierwszymi znanymi dziełami Sumerów, gdzie pojawił się ich wizerunek, były właśnie poematy. Demon Asag, w sumeryjskim poemacie Lugal-e, opisywany był jako przerażająca istota, której sam widok powodował gotowanie się żywcem. W sumeryjskim micie, Zejście Innany, wspomniano o nich natomiast jako o bezlitosnych istotach porywających dusze do świata zmarłych.
Z pewnych względów ta opowieść mnie zaintrygowała. Doszukiwałam się w niej podobieństw do demonów z Reverentii. Dalej było coś o późniejszych wizerunkach, które prezentowały hybrydy zwierząt oraz ludzi, a także o przejściu tych postaci w teologiczne opowieści. Największy przełom nastąpił w średniowieczu, gdzie narodziła się oficjalna nauka – demonologia. Największą obsesję na punkcie demonów przyniósł renesans – to były czasy, w których palono wiedźmy na stosie na potęgę większą niż kiedykolwiek. Okres romantyzmu zrobił pewien zwrot w kierunku bardziej uczłowieczonych demonów – zaczęto je przedstawiać jako postacie fascynujące, tragiczne, czasem nawet piekielnie inteligentne i cyniczne. Często też zakochiwały się w ludziach. Ten wizerunek bardziej przypominał już o demonach z Reverentii.
– Dzisiejszy kształt demonów z różnych dzieł literatury, kina lub sztuki według wielu krytyków bywa spłaszczony. Ich zło zaczęto romantyzować, a demony przybliżać do wizerunku ludzkiego, zarówno pod kątem wyglądu – choć tu często określa się je jako nieziemsko piękne i nadludzkie – jak i cech osobowości. Całe szczęście, takie istoty pozostają wyłącznie w naszych wyobrażeniach – Elisabeth uśmiechnęła się i zamknęła książkę.
– A co, jeśli demony naprawdę istnieją? – odezwałam się, choć wcale tego nie zamierzałam.
Wszystkie spojrzenia w klasie padły w jednym momencie na mnie. Och, jak uwielbiałam być w centrum zainteresowania. A polemiki lubiłam jeszcze bardziej.
– Cóż – zaczęła powolnie, nieco zaskoczona tą wypowiedzią Elisabeth. – Dzisiejsze demony ludzkości to najczęściej uzależnienia, traumy czy depresja.
– Nie o tym mówię. – Uśmiechnęłam się wyzywająco.
Kilka osób zachichotało, najwyraźniej sądząc, że chcę zrujnować tę lekcję w ramach zemsty. Sama praktykantka miała na twarzy lekkie rumieńce, nie wiem tylko, czy zawstydzenia, czy ze złości.
– Czy mogę prosić, żebyś została po lekcjach, Calanthe? – spytała grzecznie, nie wyzbywając się jednak miłego uśmiechu.
Pokiwałam posłusznie głową. Kolega z ławki obok zachichotał i poklepał mnie po plecach. Nie zareagowałam na to. Myślami byłam już przy rozmowie, którą miałam odbyć z przyszłą nauczycielką języka angielskiego. Jak na złość, zajęcia niemiłosiernie się ciągnęły, tak samo jak tematyka demonów i krótkiego wiersza. W końcu, kiedy omal ponownie nie zasnęłam, zadzwonił dzwonek. Wszyscy zwlekli się ze swoich ławek, a niektórzy życzyli mi nawet powodzenia. Tymczasem ja podeszłam do biurka, które zajmowała Elisabeth. Nie czekałam na reprymendę. Nagle pojawiła się we mnie silna chęć udowodnienia jej, że demony jednak istnieją.
– Chce je pani zobaczyć? – spytałam z tajemniczym uśmiechem.
Praktykantka podniosła wzrok i cicho westchnęła.
– Nie wiem, w co takiego grasz, Calanthe, ale byłabym wdzięczna, gdybyś nie przeszkadzała mi w prowadzeniu lekcji. – Spojrzała na mnie znacząco. – Nie wiem, jakie książki czytasz, ale…
– Wierzę w to, co widzę. – Wzruszyłam ramionami i założyłam torbę na ramię. – Do widzenia. – Obróciłam się z uśmieszkiem, machnęłam jej ręką na pożegnanie i wyszłam za drzwi. Za plecami usłyszałam tylko ciche zdanie, które pewnie miało nie dojść do moich uszu:
– Dziwna dziewczyna.
Idąc po korytarzu, walczyłam z chęcią udowodnienia nowej nauczycielce, że demony naprawdę istnieją. Pewnie nieźle by się przestraszyła, gdyby zobaczyła, co z nimi robię za pomocą jednego noża. Na samą myśl o tym, chytrze się do siebie uśmiechnęłam. Nie kontynuowałam jednak rozważań na ten temat, ponieważ na środku zatłoczonego korytarza zetknęłam się z Arianą. Wyglądała na uszczęśliwioną.
– Matko, Calanthe! – O ile mi wiadomo, matką jeszcze nie byłam, i raczej nic tego nie zapowiadało w najbliższych latach. – Miałam lekcję chemii z nowym praktykantem, i jaki on był słodki! Na dodatek bardzo zabawny i z fascynacją opowiadał o wiązaniach jonowych.
– Ach, tak? – spytałam rozbawiona reakcją dziewczyny, która miała słabość do inteligentnych mężczyzn. – Ja za to miałam nudną lekcję z praktykantką z języka angielskiego. Na dodatek ucięłyśmy sobie pogadankę o demonach. Uparcie sądzi, że nie istnieją.
Ariana najwyraźniej musiała zobaczyć w moich oczach jakiś niepokojący błysk, bo cała jej radość od razu zniknęła, ustępując miejsca zmartwieniu i podejrzliwości.
– Chyba nie chcesz… – zaczęła.
– Oczywiście, że chcę.
Ruszyłam na kolejne zajęcia, a Ariana podążała moim śladem, mimo tego, że kolejną lekcję miała w przeciwnym kierunku.
– Cala, to naprawdę nie jest potrzebne… – Próbowała przemówić mi do rozsądku, którego teraz akurat miałam w sobie mało. – Przecież nie musisz jej niczego udowadniać.
– Ma wysoką energię potencjalną. Przyda jej się wiedza na temat demonów. W sumie to musiała mieć naprawdę duże szczęście, skoro dotychczas żadnego na swojej drodze nie spotkała. – Wzruszyłam ramionami.
– Jesteś niemożliwa… – Arianie pozostało tylko westchnąć.
***
Jeszcze zanim skończyłam zajęcia, byłam świadkiem bardzo dziwnej sceny odbywającej się tuż przed moją twarzą. Poczułam się, jakby dwie postacie właśnie odgrywały przede mną rolę, kompletnie nie zwracając na mnie uwagi. Akurat spokojnie przeżuwałam kanapkę, przyglądając się im jak postaciom z kiepskiego serialu.
– Elisabeth.
– Arthur.
Młody mężczyzna przywitał naszą praktykantkę od angielskiego z wesołym uśmiechem, za to kobieta przybrała stonowaną postawę, najwyraźniej nie chcąc do końca pokazać, że się znali. Profesjonalna do bólu, co?
– Ciekawe, że znów odbywamy praktyki w tej samej szkole. – Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, jakby chciała go potraktować jako swojego stalkera.
– Być może przeznaczenie próbuje nas ze sobą złączyć. – Mężczyzna nazwany Arthurem zaśmiał się wesoło, a nasza praktykantka nieco się zarumieniła. Próbowała to ukryć zagarnięciem kosmyka włosów za ucho i poprawieniem stosu papierów, które trzymała w teczce.
– Nie gadaj głupot – upomniała go. – Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie.
Tak jak nie było czegoś takiego jak demony? Nasza Elisabeth musiała bardzo mocno stąpać po ziemi. I pomyśleć, że wybrała kierunek, jakim była literatura angielska pełna scen fantasy w czystej postaci. Teraz jeszcze bardziej miałam ochotę pokazać jej naszych wrogów.
Spojrzałam na Arthura, całkiem zwyczajnego, szarego mężczyznę o wypłowiałych, brązowych włosach i szarych oczach. Uśmiechał się właśnie smutno, jakby jego długie starania po raz kolejny nie przynosiły skutku. Elisabeth najwyraźniej nie mogła wytrzymać tego spojrzenia, bo chrząknęła, i rzuciła szybkie:
– Do zobaczenia.
Zniknęła. To samo chwilę później zrobił załamany Arthur, który najwyraźniej był tym mądrym praktykantem od chemii, o którym opowiadała Ariana. Ja też nie wierzyłam w to, że spotkali się ponownie na praktykach w szkole całkiem przypadkiem. Wszystko wskazywało na to, że ktoś od lat uganiał się za naszą chłodną i niedostępną Elisabeth.
– Niezły romans – mruknęłam do siebie, dokańczając kanapkę. Z jakiegoś powodu ta scena mnie rozbawiła.
Po zajęciach, gdy słońce już zachodziło, stanęłam tuż przy bramie wyjściowej ze szkoły. Wiedziałam, że kobieta kończy lekcje o tej samej godzinie, co ja. Wkrótce spodziewałam się ją ujrzeć. I oczywiście się nie pomyliłam. Kiedy przeszła przez bramę, od razu zwróciła na mnie uwagę. Uśmiechnęła się pod nosem i spytała miło:
– Czekasz na kogoś, Calanthe?
– Tak. – Oderwałam się od muru, o który wcześniej się opierałam. – Demony zaprosiły nas na herbatkę. Dołączy pani?
Kobieta ciężko westchnęła.
– Nie wiem, co kombinujesz, ale byłabym szczęśliwa, gdybyś nie dręczyła mnie więcej tym tematem. – Spojrzała na mnie znacząco.
Wyjęłam z kieszeni nóż, na co Elisabeth od razu zesztywniała, przyglądając mi się z niepewnością malującą się w oczach. Myślała, że chcę ją zadźgać?
– To niedaleko. Możemy się tam przejść razem – odpowiedziałam z uroczym uśmiechem.
Bez słowa ruszyłam przed siebie, nie oglądając się. Liczyłam na to, że zaciekawiona praktykantka pójdzie za mną. Albo przynajmniej że pójdzie za mną po to, aby upewnić się, że nikomu nie zrobię krzywdy nożem. I rzeczywiście, nie myliłam się.
– Skąd masz nóż i dlaczego miałaś go ze sobą w szkole? – spytała nieco zaniepokojona. Cały czas trzymała odpowiedni dystans. Zapewne nie wierzyła w to, że nastolatka może wyrządzić jej jakąś krzywdę, ale wolała w razie czego w łatwy sposób uciec, gdyby jednak się myliła. Słusznie.
Nie odpowiedziałam na te pytania.
– Powinnam to zgłosić… – przyuważyła z powagą Elisabeth.
– Komu? – Zaśmiałam się. – Raczej nikt nie uwierzy nowej praktykantce, że jedna z najlepszych uczennic w szkole ugania się za demonami z nożem.
– Należysz do jakiegoś gangu? – spytała podejrzliwie.
Mało nie wybuchłam śmiechem. Jakby nie patrzeć, Nox mogło uchodzić w pewien sposób za gang, było to jednak raczej określenie na młodocianych przestępców niż na poważną organizację.
– Powiedzmy.
– Grozi ci jakieś niebezpieczeństwo? – Głos kobiety zabrzmiał tym razem troskliwie.
Obejrzałam się przez ramię i uśmiechnęłam.
– Nie, ale pani może grozić, dlatego radziłabym trzymać się trochę z tyłu. Taki dystans powinien być odpowiedni.
Elisabeth wyglądała na zdezorientowaną. Nie wiedziała już, co może mi powiedzieć. Wydawało mi się, że podążała za mną tylko dlatego, że tak nakazywał jej nauczycielski instynkt. W końcu uczennica, która zadaje się z jakimiś typami spod ciemnej gwiazdy, powinna zostać zgłoszona do wychowawców.
Na szczęście punkt docelowy nie znajdował się daleko za szkołą. Wkrótce trafiłyśmy na opuszczony teren dawnej przychodni. Na odrobinę otwartej bramie obwiązanej pojedynczym, cienkim łańcuchem, pod którym można było się łatwo przekraść, wisiała tabliczka z napisem „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Ja bez problemu się tam przecisnęłam, Elisabeth natomiast nieco się zawahała.
– Nie powinnyśmy tutaj wchodzić – przyuważyła. – Ktoś może nas złapać.
– Spokojnie, bywałam tu setki razy. I jak widać, demony dalej chętnie tu wracają. – Zachichotałam, natomiast moja towarzyszka cicho jęknęła. W końcu jednak przeszła pod łańcuchem.
Weszłam do starego budynku. Przemierzałam różne pomieszczenia. Jedne drzwi nawet kopnęłam, aby powiadomić o moim przybyciu gości. Już myślałam, że nie spotkam tu żadnych pokrak, gdy dosłyszałam prosto z piwnicy ciche powarkiwanie. Ucieszona to właśnie tam się skierowałam. Wkrótce pod moje nogi zaczęły wylewać się cieniste powłoki. Elisabeth w tym czasie stała u szczytu schodów, przecierając oczy, jakby zastanawiała się, czy jest właśnie teraz częścią zbiorowej halucynacji, bo podłoga zrobiła się jakoś dziwnie czarna. Poczekałam do momentu, aż jedna z pokrak zmaterializuje się przede mną w swojej prawdziwej postaci. Chciałam upewnić się, że nasza praktykantka dokładnie się jej przyjrzy. Kiedy demon warknął mi prosto w twarz, pokazując nam się w całej swojej piekielnej okazałości, usłyszałam za plecami pisk. Chyba dawno nie czułam takiej satysfakcji. Z pełnym zadowoleniem wbiłam nóż prosto w demona.
– Zazwyczaj wychodzą na zewnątrz, gdy robi się całkowicie ciemno, ale nie miałyśmy zbyt dużo czasu – wytłumaczyłam, uderzając ostrzem kolejnego w połowie zmaterializowanego demona. – Nazywane są cienistymi demonami i odżywiają się ludzką energią. Zwłaszcza lubują się w wysokiej energii potencjalnej. Ma ją pani tak samo, jak i ja, tylko że ja mam ukryty cień, więc się w niego nie wkradną. Pani jest o wiele bardziej smakowitym kąskiem.
Zaatakowałam jeszcze jedną pokrakę, przemieszczając się w głąb piwnicy. Myślałam, że Elisabeth ucieknie, ale poza wcześniejszym krzykiem, nic na to nie wskazywało. Widziałam nawet, że powoli, choć z dużym strachem, schodzi po schodach, aby bliżej przyjrzeć się tym monstrum. Cały czas trzymała się ściany, jakby myślała, że zaraz zemdleje.
– Teraz mi wierzysz? – spytałam.
Elisabeth sama nie wiedziała, co powiedzieć, dlatego obróciłam się na chwilę w jej stronę. Kiedy to zrobiłam, ponownie krzyknęła, wskazując za mnie palcem. Spodziewałam się, że stoi tam jakaś cienista pokraka, ale szybko zorientowałam się, że to bardziej ludzka wersja demona. Kobieta stojącą za moimi plecami cicho się zaśmiała. Zamachnęłam się na nią nożem, ale równie szybko zniknęła. Widziałam ją tylko przez ułamek sekundy, ale już wiedziałam, z kim mam do czynienia.
– Uciekaj – syknęłam do Elisabeth. W tym samym momencie coś złapało mnie za nogę i pociągnęło po podłodze, uderzając całym ciałem w przeciwległą ścianę. Upadłam na pośladki, ale szybko podniosłam się z ziemi. Wiedziałam, co demonica zamierza.
Ruszyłam w kierunku Elisabeth, chcąc wepchnąć ją w ciemność. Teraz była za bardzo wystawiona na zachodzące promienie słońca, które odbijały jej cień na zagruzowanym podłożu. Była chyba w zbyt wielkim szoku, żeby cokolwiek zrobić, poza tym skąd miała wiedzieć, co się dzieje?
Słyszałam śmiech demonicy, która w mgnieniu oka przedostała się do odkrytego cienia. Przeklęłam cicho. Tymczasem Elisabeth nagle uśmiechnęła się w dziwnie diabelski sposób i stanęła w swobodnej pozie, opierając się dłonią o biodro. Najpierw strzeliła jedną stroną karku, a potem drugą.
– Nie pogardzę nowym ciałem – powiedziała nieswoim głosem. – Zabawimy się, Calanthe?
Rzuciłam się w jej kierunku z nożem, próbując dosięgnąć cień. Nim to jednak zrobiłam, cieniste pokraki ściągnęły mnie skutecznie ze schodów. Uderzyłam bokiem głowy w twarde podłoże, słysząc w głowie przeciągły, paraliżujący dźwięk. Przez nieco drżący obraz dostrzegłam pochylającą się nade mną oślizgłą twarz. Zdołałam kopnąć pokrakę, odrzucając ją od siebie. Zaraz obok pojawiło się jednak więcej demonów. Musiałam szybko się podnieść, inaczej tu zdechnę.
Nie obyło się bez ran. Kilka razy wylądowałam na ścianie lub na podłodze. Jeden z demonów wgryzł mi się nawet w ramię, a inny w łydkę. Kiedy ja użerałam się z prostymi pokrakami, Elyse w ciele Elisabeth stała u szczytu schodów i się ze mnie śmiała.
– Wiesz co? Mam nawet jeden pomysł – powiedziała w końcu, gdy już skończyłam bić się z kolejną porcją demonów.
Chwyciłam się za ramię i skrzywiłam.
– Spotkajmy się na dachu twojej szkoły – dodała mrocznym szeptem Elyse, a potem zerwała się do biegu.
Ponownie tego dnia przeklęłam. To oczywiste, że ze zranioną łydką będę wolniejsza. Musiałam jednak za nią gonić. Bo mogło wydarzyć się coś naprawdę złego. Szybko podarłam skrawek swojej sukienki, zawiązując go wokół świeżej rany, a potem ruszyłam schodami do góry, przynajmniej częściowo starając się biec.
Musiałam ją dogonić, zanim będzie za późno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz