To oczywiste, że z uszkodzoną nogą biegłam o wiele wolniej niż Elyse w ciele naszej praktykantki, jednak uparcie siedziałam jej na ogonie. Miałam szczęście, że opętanie przez demona wiązało się z wolniejszą nauką motoryki i możliwości nowej ofiary, chociaż demonica, która mnie prześladowała, musiała być nieźle wprawiona w takich wojażach. Wróciłyśmy do punktu wyjścia, czyli do szkoły. Kiedy ja byłam na dole, Elyse dotarła już na dach. Oczywiście stała teraz na jego krańcu, próbując odegrać rolę niedoszłej samobójczyni, której śmierć będzie dla mnie największą karą. Sycząc pod nosem przekleństwa, nawet nie oglądałam się za siebie. Za plecami słyszałam tylko:
– To nie ta nowa praktykantka od angielskiego?
– Czy ona chce stamtąd skoczyć?!
– Ale jazda…
Próbowałam wdrapać się po schodach, podejrzewając najgorsze zagrania ze strony wroga. Trzymając się poręczy, stawiałam bolesne i spowolnione kroki. Czułam w środku bezsilność, która napędzana gniewem łagodziła nieco ból. Cały czas bałam się jednak, że nie zdążę. Elyse właśnie do tego chciała doprowadzić. Do śmierci niewinnej, przypadkowej osoby. Byłam już prawie na szczycie, chcąc pokonać ostatnie piętro, gdy nagle obok przebiegł mężczyzna, którego już wcześniej widziałam. Nazywał się Arthur i najwyraźniej próbował wcześniej romansować z naszą drogą Elisabeth. Musiałam przyznać, że nieźle mnie to zdziwiło. Spojrzałam za nim, kiedy on rzucił tylko do tyłu:
– Uciekaj stąd, ściągnę ją stamtąd!
Arthur jak prawdziwy bohater życia codziennego, nienoszący żadnej peleryny, wyskoczył na dach. A tego Elyse na pewno się nie spodziewała. To dało mi siłę, aby podciągnąć się kilka ostatnich razy i do nich dołączyć. Być może to wcale nie jest zły pomysł, aby ktoś, kto był bliżej z naszą nauczycielką, pomógł do niej dotrzeć. Inna sprawa, że Arthur kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że Elisabeth wcale nie chce dobrowolnie skoczyć z dachu, a jej ciałem zawładnął demon. On nawet nie wiedział, że demony istniały.
– Stój! – krzyknęłam do niego. – Ona jest opętana przez demona! A ja jestem od tego, żeby je zabijać!
Arthur obejrzał się przez ramię, przybierając bardzo nieadekwatną do tej sytuacji poważną minę, zupełnie jakby jego mózg zignorował to, co powiedziałam.
– Nieważne, co nią kieruje, kocham się w niej od pięciu lat i nie pozwolę, żeby zrobiła coś głupiego! – krzyknął.
Moją minę zapewne można by teraz ocenić na coś w rodzaju kamiennego posągu pozbawionego emocji i uczuć, chociaż wolałabym ją raczej nazwać pokerową twarzą. Nie spodziewałam się takich słów.
Elyse doskonale wiedziała, jak mnie wyczuć, ale nie podejrzewała, że dobiegnie tu przede mną szalenie zakochany młodzieniec, który rzuci się na swoją ukochaną i mocno ją obejmie, próbując odsunąć jak najdalej od krańca dachu. Ja tymczasem stałam gdzieś na środku, zastanawiając się, czy to jest ten moment, w którym powinnam dołączyć, czy wręcz przeciwnie – zadzwonić do Ethana i Andreasa, żeby przynieśli popcorn i wspólnie ze mną obejrzeli to realistyczne kino romantyczne nowej generacji.
– Elisabeth! Naprawdę chcesz zakończyć swoje życie w ten sposób?! – krzyknął demonicy do ucha Arthur. Brzmiał teraz jak bohater scenicznego dramatu.
– Puść mnie, ty kretynie, nawet nie wiem, kim ty do cholery jesteś! – wydarła się Elyse głosem Elisabeth. Chociaż się rwała, wciąż była w obcym ciele kobiety, która najwyraźniej nie miała więcej siły niż wyższy od niej mężczyzna.
– Proszę, przestań się wyrywać – kontynuował scenę Arthur, próbując jeszcze mocniej przytulić do siebie ciało dziewczyny. – Nie chcę, żebyś skończyła w taki sposób. Zależy mi na tobie.
Wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Demonica nagle przestała się wyrywać i powiedziała cicho:
– Arthur?
A to oznaczało, że głos mężczyzny naprawdę na nią działał. To w takim razie mogło potwierdzić moją wcześniejszą teorię, że krokiem do uwolnienia się spod władzy demona wcale nie jest pewność siebie i skupienie, ale uczucia i emocje.
Elyse najwyraźniej zorientowała się, że może stracić swoją ofiarę, dlatego starała się nią w pełni zawładnąć. Znów zaczęła się wyrywać, tym razem jednak jeszcze mocniej niż wcześniej.
– Nie uwolnisz się teraz – syknęła Elyse, najwyraźniej próbując przemówić do zamkniętej we własnym cieniu Elisabeth.
Arthur, zaślepiony dramatyzmem chwili i własnymi romantycznymi uczuciami, które trzymał tyle lat na uwięzi, zdawał się nie dostrzegać, że coś jest nie tak.
– Pamiętasz, jak skończyliśmy liceum? – spytał ze zmartwioną miną. – Dla ciebie byłem gotowy pójść na ten sam kierunek studiów, nawet jeżeli nienawidziłem angielskiego i byłem w nim naprawdę kiepski. Nie przyjęli mnie, bo tak beznadziejny byłem! Myślałem, że nigdy więcej się nie zobaczymy, a po zakończeniu roku szkolnego bałem się, żeby chociaż do ciebie podejść i się pożegnać! Jakie miałem szczęście, że zobaczyłem cię pewnego dnia na korytarzu uniwersytetu… Wiesz, jak się czułem? Wspaniale. I wtedy właśnie obiecałem sobie, że chociażby nie wiem co, wyznam ci swoje marne uczucia. I co? I jesteśmy już na trzecim roku studiów, a ja dalej jestem tchórzem! Widziałaś, co dopiero sprawiło, że tutaj przybiegłem?! Myśl, że mogę cię stracić…
Spoglądałam na tę scenę z szeroko rozwartymi oczami, którymi od czasu do czasu mrugałam. Naprawdę nie spodziewałam się, że ten dramat pójdzie w kierunku wyznania miłości. A co było w tym najlepsze? To naprawdę działało. Elisabeth znów przestała się wyrywać, a z jej oczu po policzkach ściekały łzy. Wyglądała jednak bardziej, jakby cierpiała, wymieniając się władaniem nad własnym ciałem z demonicą, z którą gdzieś wewnątrz walczyła.
– Kocham cię, Elisabeth, odkąd tylko cię poznałem! – wykrzyknął z całych płuc Arthur. Brzmiał tak, jakby bał się, że może tego nie powiedzieć na głos, dlatego zebrał w sobie wszystkie siły i wyrzucił z siebie lata milczących uczuć.
Ciało nauczycielki od angielskiego zaczęło drżeć w objęciach mężczyzny. Widziałam, jak jej usta próbując wymówić jakieś słowa. W końcu padło z nich ciche:
– Pomóż mi…
Arthur jak na zawołanie obrócił gwałtownie dziewczynę przodem do siebie, spojrzał jej prosto w oczy, wplótł dłoń we włosy i złożył na ustach gorący pocałunek.
Teraz nie dość, że stałam tu z wybałuszonymi oczami, to jeszcze z rozwartymi ustami. Ta sytuacja była tak absurdalna, iż zamierzałam ją opisać potem Arianie i zachęcić do opisania tego na jej demonicznym blogu. Znakomity materiał na nastoletni romans. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie drgnęłam palcem, aby to zadziało.
Elyse Thorne została wyrzucona z cienia młodej nauczycielki. Na dodatek wypadła z niego tak, że potknęła się o własne obcasy i wylądowała na twardych kafelkach z głuchym trzaskiem. Miała wykrzywione w grymasie usta. Chwyciła się nawet za głowę. Tymczasem Elisabeth, od której wymagało to na pewno dużych pokładów energii, zemdlała w objęciach zaskoczonego tym Arthura.
– Oto moc miłości, tym razem jeden do zera dla ludzi – mruknęłam do siebie, śmiejąc się cicho w duchu. Już dzierżyłam w dłoni nóż łowców i biegłam w kierunku zdezorientowanej, a nawet wściekłej demonicy, która jeszcze nie mogła dojść do siebie. – Zabieraj ją stąd! – krzyknęłam w kierunku zdziwionego Arthura, który jednak nie oponował.
Zamachnęłam się nożem na Elyse, która w ostatniej chwili zdołała przetoczyć się po podłożu na bok. Exitialis przejechało po kafelkach, ale w taki sposób, że szybko odzyskałam równowagę i rzuciłam się w pogoń za demonicą – tym razem, aby uciec, zrobiła przewrót w tył i wylądowała na nogach, kierując w moją stronę dłoń. Uwolniła cienistą magię, którą cudem wyminęłam, odskakując na bok, wyraźnie poczułam jednak ból w prawej łydce – a to prawie spowodowało upadek. Tym samym Elyse zdobyła nade mną przewagę. Cienista moc oplotła się wokół mojego nadgarstka i posłała mnie na samą krawędź dachu. Uchwyciłam się go w ostatniej chwili, zanim z niego spektakularnie zleciałam. Przodem ciała uderzyłam o budynek, w dłoniach natomiast poczułam rwący ból. Blacha, której się chwyciłam, lekko się naderwała – z trudem utrzymywała mnie w tej pozycji. Gdzieś na dole słyszałam okrzyki ludzi, a kiedy spojrzałam w dół, dostrzegłam, że nie dość, że byłam w ciężkim położeniu, gdzie zaraz mogłam stać się czerwonym plackiem na asfalcie, to jeszcze gapiów było nadzwyczaj dużo. Co oni o tej porze robili jeszcze w szkole?!
Spojrzałam w górę, by zaraz dostrzec śmiejącą mi się prosto w twarz Elyse, która stanęła przy krawędzi dachu. Teraz udawała kogoś, kto triumfował, zupełnie zapominając o spektakularnym wyrzuceniu jej na bruk przez zwyczajnego człowieka.
– Zabawne. Naprawdę sądziłaś, że możesz wygrać z demonem, wymachując tym swoim nożykiem? Jesteś tylko człowiekiem – wysyczała jak jadowity wąż. Jej oczy nabrały teraz psychotyzmu. Tęczówki zrobiły się niemal całe czarne, a uśmiech tak szeroki, że niemal przypominała Delritha z zaszytymi ustami. – Nędznym robalem – dodała i nadepnęła butem na moją dłoń. Chcąc nie chcąc, oderwałam ją od dachu i zachybotałam się na jednej drżącej ręce. W duchu dziękowałam sobie za silne ciało i to, że jeszcze niedawno ćwiczyłam gimnastykę łączoną z akrobatyką. W innym przypadku od razu bym zleciała. Nawet jeśli chciałam wrócić do trzymania się dłonią dachu, kompletnie jej nie czułam. Elyse złamała mi palce. Teraz stała tutaj, śmiejąc się głośno i szaleńczo, jakby bawiło ją to, że zaraz pozbawi mnie życia. Trudno uciec z takiej sytuacji. W najlepszym przypadku uda mi się wylądować w połowie lotu na balkonie, nieumiejętny upadek może jednak spowodować, że zginę na miejscu także w tym miejscu.
– No dalej, spojrzyj na mnie oczami pełnymi strachu – powiedziała prześmiewczo Elyse.
– Nie zamierzam – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
To najwyraźniej zezłościło demonicę, która wykrzywiła usta.
– W ogóle nie jesteś zabawna – mruknęła, podnosząc buta. – Z chęcią będę oglądać, jak rozbijasz się po ludzku na kawałku betonu. I będę oglądać, jak cię stamtąd zeskrobią i zmyją całą twoją krew wodą – dodała niskim głosem. Wbiła obcas w drugą dłoń, gniotąc moje palce tak, że przestałam je czuć. Dalej twardo próbowałam trzymać się dachu, jednak z bólu przed oczami mi pociemniało. Kiedy Elyse z ogromnym gniewem nadepnęła drugi raz na złamaną rękę, mimowolnie puściłam się krawędzi. Teraz myślałam tylko o tym, żeby trafić na balkon. Wyciągnęłam przed siebie dłonie w niezbyt dobrym stanie, jednak minęłam się z barierką o kilka milimetrów. Teraz już wiedziałam, że nie było innej drogi – skończę na betonie i stanę się traumą kilkunastu obserwujących mnie osób.
Zamknęłam oczy. Zdziwiłam się, kiedy poczułam nagłe szarpnięcie w pasie. Coś, a może ktoś chwyciło mnie i poniosło jak na wietrze z powrotem na balkon. Stąd przetoczyłam się prosto w ramiona, które dobrze już znałam. Zdyszana i zbolała spoglądałam w oczy demona ratującego po raz kolejny mój tyłek. Tym razem byłam jednak bardziej wylewna. Zarzuciłam mu ręce na szyję i mocno ścisnęłam. Można było nazwać to przytuleniem, choć z oczywistych względów nie objęłam go bezwładnymi dłońmi.
– Tak się cieszę, że cię widzę – jęknęłam, ponieważ byłam niemalże pewna, że zginę. Cudem powstrzymałam się od wydania na świat kilku łez, jednak głowę zapobiegawczo ukryłam w ramieniu mężczyzny.
– Nie ma za co – odpowiedział dosyć chłodno mój demoniczny przyjaciel. Wciąż mnie nie puszczał, jednak odsunął się ze mną w ramionach w głąb balkonu, aby nikt nas tutaj nie dostrzegł, łącznie z gapiami i samą Elyse.
W końcu się od niego oderwałam i spojrzałam mu w oczy. Oczywiście był kompletnie niewzruszony tą wylewnością. Chwycił za moją dłoń, jednak zrobił to bardzo delikatnie, kładąc ją na swojej dłoni. Mimo wszystko syknęłam, ponieważ każdy ruch z powodu złamania wywoływał ból.
– Nie jestem dobry w złamaniach. Będzie musiał na to spojrzeć lekarz.
Pokiwałam głową i ponownie spojrzałam mu prosto w oczy. Wyjątkowo nie przeszkadzała mi ta bliskość. Można powiedzieć, że teraz wręcz mnie cieszyła, bo udowadniała, że wciąż jestem żywa. Gdybym mogła, zapewne dalej tuliłabym Aidena, ponieważ z wielu ludzkich przyczyn potrzebowałam teraz bliskości. Może byłam nieustraszona, ale nie niezniszczalna.
– Użyłeś swojej magii, żeby mnie uratować? – spytałam.
– Można tak powiedzieć. – Aiden również nie spuszczał ze mnie wzroku.
– Mógłbyś mnie nauczać. – Sama nie wiedziałam, dlaczego to powiedziałam. Pod wieloma względami brzmiało to absurdalnie. I niby dlaczego miałby się na to zgodzić?
– Czego miałbym cię nauczać? – Po tym pytaniu spróbował opuścić mnie ostrożnie na dół. Stanęłam chwiejnie na podłożu, tylko dzięki jego podparciu nie upadając. Kiwnęłam głową z wdzięcznością.
– Wszystkiego – kontynuowałam z pełną powagą. – Jak walczyć z demonami, jak tworzyć te wasze dziwne mikstury…
– Chyba za bardzo się rozpędziłaś. – Aiden lekko wykrzywił usta w niezadowolonym uśmieszku. – Czy nie mówiłem ci, że nie stoję po żadnej ze stron?
– A jednak mnie uratowałeś. Kolejny raz. – Patrzyłam na niego z uporem. – Nie zabawniej byłoby obserwować łowczynię, która potrafi walczyć z demonami i której nie musisz za każdym razem ratować? – Zmarszczyłam czoło. – Wtedy dostarczyłabym ci więcej rozrywki.
Aiden cicho prychnął.
– Jeszcze nie upadłem na głowę, żeby narażać się departamentowi.
– A więc nawet ty się ich boisz. – Skrzywiłam się.
– Skąd. Po prostu cenię sobie spokój. – Posłał mi uśmieszek.
Ciężko westchnęłam. To nie był w końcu dobry moment na podobne rozmowy. Poza tym musiałam być po prostu oszołomiona tym wszystkim. Wcześniej nawet o tym nie myślałam. Dopiero teraz, spoczywając w ramionach Aidena, wpadłam na ten irracjonalny pomysł. Cóż, przynajmniej spróbowałam.
Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie w milczeniu, aż w końcu powiedziałam:
– Dziękuję. Jeszcze raz.
Oczywiście nie byłam zadowolona z tego, że znowu jestem ratowana, ale prawdę powiedziawszy, gdyby Aiden nade mną nie czuwał, już dawno bym nie żyła. Korygował wszystkie moje błędy, za które mogłam przypłacić życiem.
– Do usług – odpowiedział mój demoniczny przyjaciel, szerzej się uśmiechając.
Tym razem bez słowa obróciłam się na pięcie i machnęłam mu ręką na pożegnanie. Zwróciłam się w kierunku drzwi wyjściowych, do których zaczęłam powoli człapać.
Teraz już przynajmniej wiedziałam, że mam więcej szczęścia niż rozumu.